Strony

niedziela, 22 maja 2011

5. Odpowiednia motywacja [Sunrise]

Przyglądałem mu się niemalże z fascynacją. Rozsypane w nieładzie czarne włosy, stanowiły idealny kontrast z białą pościelą. Przełknąłem głośno ślinę, gdy moje spojrzenie zjechało nieco poniżej pasa. Szybkim ruchem zakryłem go kołdrą.
-Co?- zakpił, chichocąc cicho- Boisz się, że zmarznę?
-Jasne- prychnąłem. Wahałem się przez chwilę, po czym wtuliłem się w niego. Spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, obejmując mnie. To było dziwne... Nie czuć jak jego klatka unosi się miarowo... Nie słyszeć bicia jego serca.
Arghhh! Josh weź się w garść!
Nie mogę przecież o nim myśleć... W takich kategoriach...
-Mogę cię spytać o tamtą sprawę z Ricky'm?- zacząłem, starając się za wszelką cenę uspokoić myśli.
Milczał przez dłuższą chwilę.
-Co chcesz wiedzieć?- zapytał w końcu.
-Nie wiem czy dobrze cię zrozumiałem... To znaczy...- westchnąłem ciężko- Ten napad wcale nie wyglądał na sfingowany.
Spojrzał na mnie krytycznie.
-Oczywiście, że nie wyglądał. Przecież byś się domyślił. Chociaż takim narwanym chłopcom jak ty, łatwo wkręcić każdą bujdę.
-Co to ma znaczyć?- zmierzyłem go gniewnym spojrzeniem.
-To znaczy, że to już stary, wypróbowany przez niego numer. Nie ty pierwszy nie ostatni, nie martw się.
-Nie martw się?!- powtórzyłem- Dzięki za pocieszenie, naprawdę... Chcesz powiedzieć, że to jest jego sposób...
-... to jest jego sposób na poznanie naiwnych, bogatych chłopaczków z twojej szkoły- dokończył leniwie- Następnie wyciągnięcia z nich kasy, a potem porzucenia i zarzucenia sieci na kolejną ofiarę. Taki biznes.
-Biznes- wpatrywałem się w niego z przerażeniem- Ty usiłujesz mi wmówić, że on wcale mnie nie...
-Nie, nie darzył cię wielką, bezgraniczną miłością- mruknął ironicznie- Ty jego zresztą też nie. Nie wyglądasz na załamanego.
-Bo na razie jestem jeszcze w fazie szoku- syknąłem ze złością- Jak... Skąd... Skąd w ogóle mam wiedzieć, że to prawda?
-Możesz ufać demonowi na słowo, albo przekonać się na własnej skórze- wzruszył obojętnie ramionami- Szczerze mówiąc średnio mnie to obchodzi.
-Och jasne... Więc przekonam się na własnej skórze- parsknąłem, wyplątując się z jego objęć.
-CO?!- wrzasnął, wyraźnie zaskoczony.
-Ale czemu krzyczysz?- zapytałem z niewinną miną- Średnio cię to obchodzi, zapomniałeś?
-Nie, ale... Czemu nie wierzysz?
-Po prostu ciągle nie widzę jaki masz cel w pomaganiu mi... I bardzo możliwe, że twoje ostrzeżenie jest tylko żałosną próbą przejęcia mnie na własność.
Ze skrywaną radością obserwowałem malujące się na jego twarzy napięcie.
-Czy ty insynuujesz, że jestem zazdrosny?- spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem.
-Skąd- prychnąłem wstając i ubierając się prędko- Uważam po prostu, że sądzisz, że jeżeli nie daj Boże zerwałbym z Rickiem, będzie ci dużo łatwiej skłaniać mnie... do pewnych rzeczy- zakończyłem kulawo.
-Nie musisz wcale z nim zrywać, ani ja nie muszę cię specjalnie zmuszać, żeby "pewne rzeczy" się działy- uśmiechnął się kwaśno- Więc lepiej daj sobie z nim spokój, bo się sparzysz.
-Wiesz, nawet jeżeli naciągał tak pozostałych...- mruknąłem niepewnie- To nie znaczy, że mnie również... Znaczy, może się zakochał... Rozumiesz sam, na miłość nie ma rady.
-Jasne- zaśmiał się Amadeusz- Na miłość do pieniądza.
-Nawet nie wiesz jak się o mnie stara!- fuknąłem ze złością.
-Wiem. Ma odpowiednią motywację.
-Łatwo ci to tak oceniać- wycedziłem przez zęby- Ale tak się składa, że to ja z nim jestem i ja znam go lepiej.
-Nie wiem czy próbujesz udowodnić coś sobie czy mnie... W każdym bądź razie- zmusił się do nieco zbolałego uśmiechu- Obyś miał rację. Tylko nie przychodź do mnie z płaczem.
-Nie zamierzam.

Amadeusz nie jest absolutnie pociągający.
Ani trochę.
Ani odrobinę.
Uch...
I wcale nie przez niego mam ochotę zamordować własnego chłopaka.
Nie. Zdecydowanie tylko i wyłącznie przez niego.
Właściwie nie wiem po co wdaję się z nim w podobne dyskusje. Może ma rację co do Ricka ale... Ale przecież to niemożliwe, żeby chciał wykorzystać mnie w taki sam sposób! Przecież spędziliśmy razem tyle czasu, był taki... Cudowny, niesamowity, wspaniały...
Moje idealizujące wyliczenia przerwał dzwonek do drzwi. Podniosłem się nieco zdziwiony.
-Zaprosiłeś kogoś?- mruknął podejrzliwie Amadeusz.
-Chyba nie- odparłem z lekkim zdumieniem.
-Może to twój chłopak?- syknął kąśliwie.
-Ha, ha- burknąłem, podchodząc do drzwi- Nie podałem mu swojego adresu.
-A to czemu? Czyżbyś wstydził się swojej big love?
-Raczej swojego big chlewu w mieszkaniu- odparłem z irytacją- Zajmij się sobą, co?
-Racjaa... Takiego faceta lepiej zaprosić do miejsca które bardziej pachnie kasą.
-Zamknij się!- warknąłem ze złością, otwierając drzwi.
Spojrzałem zdziwiony na stojącą na korytarzu Jennę. Żadne z moich przyjaciół nie odwiedzało mnie nigdy w mieszkaniu, bo wszyscy mieszkali w akademiku. Brunetka wyjrzała ciekawie ponad moje ramię, tak jakby zamierzała tam kogoś dostrzec.
-Eee... Cześć...- powiedziałem niepewnie.
-O mój Boże Josh, tak mi przykro, ale to moja wina!- krzyknęła natychmiast- Ja się tak strasznie o ciebie martwiłam i gadałam z Katy, no po prostu totalnie przycisnęłam ją do muru i...
-Dobra, dobra- westchnąłem ciężko- I tak zamierzałem ci powiedzieć.
Demon wyjrzał ciekawie. Zatrzasnąłem drzwi tuż przed jego nosem, mając nadzieję, że zrozumie, iż to prywatna rozmowa.
-ON u ciebie jest, prawda?- Jenna uśmiechnęła się radośnie- Wiedziałam, że z tym całym Ricky'm to tylko kompletna ściema!
-Jenna ciszej!- syknąłem, chwytając ją za łokieć i prowadząc po schodach w dół. Zdecydowanie nie mogłem dopuścić do tego, żeby Amadeusz dosłyszał chociażby słówko. Kiedy zeszliśmy na dół, rozejrzałem się uważnie, czy przypadkiem nie zamierzał za nami iść- Słuchaj... Z Ricky'm to nie jest żadna ściema, jesteśmy razem, okej?
-Czemu mi go nie przedstawisz?- zapytała, patrząc tęsknie wgłąb klatki, tak jakby nie dosłyszała moich poprzednich słów.
-Bo... Bo nie ma o czym mówić!- syknąłem ze zdenerwowaniem- On jest po prostu... Eee... To coś w rodzaju... Noo... Kolegi.
-Spałeś z nim?- spytała bezpośrednio.
-C... Co ty?!
-Czyli tak- skwitowała moją reakcję, uśmiechając się bezczelnie- Słuchaj Josh, wiesz przecież... Przyjaźnimy się od samiuśkiego początku, więc nie masz się czego przede mną wstydzić. A jeżeli po prostu podoba ci się inny chłopak, to przecież nic w tym dziwnego! Nie ma co tracić głowy dla takiego idioty jakim jest Ricky!
-Jenna... Ricky nie jest idiotą. Kocham go. A Amadeusz jest po prostu...
-Amadeusz?! Mój Boże, co za... Dziwne imię!
Zakląłem w duchu. Że też jak zwykle nie potrafię trzymać języka za zębami.
-Eee... Ta, dziwne- zgodziłem się niechętnie- A więc kontynuując...
-Ile ma lat? Skąd jest? Gdzie chodzi do szkoły? Jest przystojny? Jak całuje? Katy go widziała?
-Jenna...- jęknąłem głucho- Jak mam ci u licha wyjaśnić, że między nami nic nie ma? Ja jestem z Rickiem.
-Och przestań... Opowiedz o nim!
-Noo... Dobra... Ma...- zamyśliłem się głęboko- Ma siedemnaście lat. Yyy... Jest z jakiejś małej mieściny niedaleko Bright Bell... No i chodzi tam do szkoły... Eee... Jest całkiem... Całkiem przystojny.
-Całkiem przystojny?- Jenna spojrzała na mnie zawiedziona- Całkiem przystojny oznacza u ciebie: "nawet, nawet", "przynajmniej lepszy od Ricky'ego" czy może "całkiem zabójczo boski"?!
-No boski to on nie jest...- mruknąłem, mając już ochotę dodać, że to w końcu demon, ale na całe szczęście się powstrzymałem- No dobra, jest bardzo przystojny.
-I...?- zachęcała mnie dalej brunetka.
-I... I bardzo dobrze całuje...- wyburczałem pod nosem, czerwony jak piwonia.
-I kiedy zamierzasz nam go przedstawić?
-Co?- chrząknąłem- Aaa... Kiedyś... Jak będzie odpowiednia pora... Znaczy wiesz, on jest z innego miasta i w ogóle...
Boże, co za żenująca sytuacja. Wymyślam sobie chłopaka. Co z tego, że wzoruje go na demonie, ale jeżeli którekolwiek z moich znajomych pozna prawdę, raczej nie będę mógł tego wyjaśniać w ten sposób.
-Może zaproś go na urodziny Katy?
-Zaprosiłem już Ricka...
-To zaproś obu. Będzie zabawnie.
-Jak cholera- mruknąłem pod nosem podejrzewając, że Amadeusz nie będzie potrzebował żadnego zaproszenia, żeby pojawić się na imprezie.

-Rozleniwiłeś się- chrząknąłem, żeby ukryć swoje zażenowanie, kiedy wieczorem zauważyłem, że Amadeusz czeka na mnie w łóżku- Podobno demony nie muszą spać.
-Nie zamierzam spać- uśmiechnął się lekko.
-To bardzo nie dobrze, bo ja zamierzam- zaznaczyłem od razu- Możemy pogadać?
-Możemy potem?- mruknął błagalnie.
-Nie. Jutro idę do Katy.
-Wiem, z twoim cudownym, uczciwym, krystalicznym i kochającym cię nad życie chłopakiem- parsknął.
-Taa... Rzecz w tym, że nie chcę, żebyś pojawił się tam ty.
-Rzecz w tym, że nie ma nic za darmo.
-Nie bądź bezczelny- fuknąłem na niego, mając na nadzieję, że przez panujący półmrok nie zauważył palących mnie policzków.
-A ty uparty- odparł, przeszywając mnie wzrokiem- Ładna piżama...
Chrząknąłem, rumieniąc się lekko.
Oblizał lubieżnie wargi.
-... chociaż nie widzę specjalnego sensu w tym, żebyś ją ubierał...
-Przestań!- warknąłem, mierząc go wściekłym spojrzeniem- Nie wejdę do łóżka, dopóki ty z niego nie wyjdziesz!
Uniósł się na łokciach i posłał mi wyzywające spojrzenie.
-Zobaczymy.
Sapnąłem ze złością, po czym skierowałem się na parapet. Usiadłem na nim, wpatrując się w Amadeusza, ale ku mojej wściekłości nie ruszał się z miejsca.
-Przez ciebie będę nie wyspany na imprezie- westchnąłem cierpiętniczo, opierając głowę o ścianę.
Po niecałej godzinie zacząłem przysypiać i zanim zdążyłem się czegokolwiek chwycić, zwaliłem się na posadzkę z głośnym hukiem. Syknąłem z bólu, próbując się podnieść.
-Żyjesz?- Amadeusz pojawił się przy mnie, wpatrując we mnie ze skruchą.
-Nie- wycedziłem przez zęby.
-Możesz wstać?
Nie czekając na moją odpowiedź, wziął mnie na ręce z całkowitą lekkością.
-Przestań- mruknąłem, ale zrezygnowałem z chęci wyrwania się. Drugi upadek tej samej nocy to stanowczo za wiele jak na moje biedne kości.
Demon przeniósł mnie swobodnie na łóżko.
-Lepiej?- spytał niemal troskliwie, przykrywając mnie dokładnie.
-Nie wiem- burknąłem, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem.
-Hm?
-Wchodź...- westchnąłem ciężko, przesuwając się do ściany. Amadeusz uśmiechnął się z satysfakcją.
-Mówiłem, że nie będę musiał cię zmuszać.
-Nie będziesz, bo nie zamierzam cię palcem tknąć- prychnąłem, sięgając po dużą, puchową poduszkę i kładąc ją na środku łóżka- To jest twoja połowa, a ta jest moja. Możesz sobie poleżeć i pogapić się w sufit jeżeli tak bardzo ci się chce.
Ach, pieprzyć mój wszechogarniający altruizm!
-Chyba zapominasz kim jestem- syknął ze złością- Sam mogę sobie wziąć to czego chcę.
-To czemu nie weźmiesz?- posłałem mu wypracowane, pełne politowania spojrzenie, chociaż w duchu zastanawiałem się czy mówi poważnie.
-Bo... Tak mi się jakoś odechciało- położył się z nadąsaną miną.
Parsknąłem śmiechem.
-Nic nie możecie zrobić ludziom, prawda? Nie możecie ich w żaden sposób zranić, ani zabić, mylę się?
Milczał przez dłuższą chwilę.
-Ciekawe wnioski. Widzę, że jesteś święcie przekonany o naszej niedołężności- prychnął cicho- Ale rozczaruję cię. Możemy ranić i zabijać ludzi. To nie jest trudne spuścić im na głowę coś ciężkiego, albo po prostu zorganizować mały wypadek- wpatrywałem się w niego z osłupieniem. Mówił o tym z kompletną obojętnością- Ale to nie sprawia przyjemności. Nie cieszy nas cierpienie innych ludzi.
-Ch-chyba już kompletnie nic nie rozumiem- przyznałem- Przeszkadzacie ludziom. Utrudniacie im codzienne życie, obserwujecie ich, ale nie chcecie ich cierpienia?
-Nie. To wszystko traktujemy w ramach doświadczeń. Już ci to wyjaśniałem. Taką mamy naturę, czasami zdarza nam się coś potrącić, zabrać, albo schować. Dla wielu z nas obserwowanie jak ludzie się denerwują jest ciekawe. Owszem, niektórzy z tym przesadzają. Ale nie zabijamy ludzi dla chorej przyjemności, jak to u was bywa.
-Ale... Zdarza się, prawda?
-Czemu się tym interesujesz?- spojrzał na mnie badawczo.
-Po prostu, jestem ciekawy.
Westchnął ciężko.
-Demony zniżają się do waszych ludzkich krwawych metod jedynie jeżeli chodzi o zemstę.
-Ale z jakiego powodu demony mogłyby się mścić na ludziach?- spojrzałem na niego pytająco.
-Nieważne- machnął niedbale dłonią- Śpij. Nie wyśpisz się na imprezę, czyż nie?
-To interesujące- nie zważając na poduszkę, wtuliłem się w jego plecy.
-Przekroczyłeś moją połowę- zauważył chłodnym tonem, chociaż wiedziałem, że uśmiechał się lekko- Prawdopodobnie Rick będzie wściekły jeżeli się dowie.
-Prawdopodobnie się nie dowie, o ile nagle nie stałeś się widzialny- musnąłem nosem skórę na jego szyi, a on zachichotał.
-Dziwne. Spodziewałem się raczej, że się odwrócisz, obrazisz i zaczniesz bredzić o tym, że go kochasz.
Prychnąłem cicho, sam w pewnym stopniu dziwiąc się swoim reakcjom. Dlaczego do cholery, kiedy był dla mnie umiarkowanie miły byłem w stanie trzymać się z daleka, a kiedy zaczynał zachowywać się odrobinę ozięble sam do niego lazłem?
Miałem ochotę cofnąć się pod ścianę, ale przycisnął mnie do siebie.
-Nigdy... Nie tęskniłeś za taką fizyczną bliskością? Jako demon?- przejechałem opuszkami palców po jego torsie.
-Nie...- szepnął cicho- Właściwie dopóki cię poznałem moje ciało nie miało dla mnie większego znaczenia - westchnął bezradnie- Można by powiedzieć, że kiedy zdałem sobie sprawę, że czuję twój dotyk, zdałem sobie sprawę, że odczuwam również inne... Przyjemniejsze rzeczy, których nie odczuwam normalnie.
-Tak więc przypuszczalnie dzięki mnie widzisz jak ludzie i czujesz jak ludzie. Pomijając fakt, że pocałowałeś mnie nie do końca za moją zgodę i uprawiałeś ze mną seks. Mam to traktować jako wykorzystywanie?- uśmiechnąłem się krzywo.
-Hmmm... Pomogłem ci dostać dobrą ocenę z fizyki i obrzuciłem samochód twojej nauczycielki jajkami.
Na wspomnienie owej sceny oboje zanieśliśmy się śmiechem.
-Racja- przyznałem, wciąż chichocąc.
-... A teraz staram ci się pomóc w sprawie cholernego dupka, który chcę cię wykorzystać, ale nie chcesz mnie słuchać i nie wiem czy naprawdę jestem dla ciebie aż tak mało wiarygodny, czy jesteś pieprzonym masochistą i lubisz jak ludzie robią ci krzywdę.
-Po prostu... Nie jesteś człowiekiem, okej? Nie wiesz wszystkiego i nie znasz całej sytuacji.
-Niestety tak się składa, że ty wiesz jeszcze mniej niż ja i całą sytuację też znasz niewiele lepiej- westchnął, kręcąc głową z niedowierzaniem- Już dawno powinieneś sobie dać z nim spokój. Masz obok siebie tyle świetnych osób, z którymi byłoby ci lepiej niż z nim. Chociażby ta Jenna...
-Jenna to dziewczyna- syknąłem ze złością- A moja orientacja nie jest kwestią wyboru.
-Wiem... To w sumie nieistotne- powiedział po chwili.
-Porozmawiam z Ricky'm o twoich przypuszczeniach. Znam go już tyle czasu... Będę wiedział, jeżeli skłamie.
-Ta... Nie wątpię- prychnął kpiąco- Śpij już.
Jeżeli Rick rzeczywiście zamierzał wyciągnąć ode mnie kasę... Ale to przecież niemożliwe. Nigdy nie wypytywał o moich rodziców, nie chciał nic pożyczać, w sumie to przecież nawet nie wiedział ile oni zarabiają. A poza tym nie wysyłali mi wcale jakiejś olbrzymiej sumy pieniędzy. Ledwie starczało mi na utrzymanie tego ciasnego mieszkanka i przeżycie do kolejnego kieszonkowego.
-Będziesz się tak na mnie patrzył całą noc?- zapytałem sennie, lekko skrępowany.
-A mam coś lepszego do roboty?- zaśmiał się cicho, całując mnie w czoło, a ja drgnąłem lekko na przypływ owej "czułości"- Dopiszę to do listy moich ciekawych doświadczeń.
On mi się absolutnie nie podoba.
Ani troszeczkę.
...
Naprawdę.

3 komentarze:

  1. Anonimowy8:27 AM

    Te przemyślenia przypominają mi Brandona gdy wmawiał sobie ,że Desmond nie jest pociągający i jego odczucia są w stu procentach normalne Hyhy.
    Świetne.

    OdpowiedzUsuń
  2. no rzeczywiście wykapany Brandon XD

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy1:37 PM

    Rany, tu skojarzenia z Brandonem, tam z Desmondem :D Btw, to chyba akcja dzieje się w tym samym miasteczku, nie? Bright Bell... tak mi się coś kojarzy.
    Ech, chcę takiego demona na własność.
    Alys

    OdpowiedzUsuń