Strony

niedziela, 22 maja 2011

5. Spotkanie w deszczu [LPoH]

Obudziłem się, słysząc natarczywy dzwonek telefonu. Przetarłem oczy i podniosłem się do pozycji siedzącej, rozglądając wokół mocno zdezorientowany. Znacie to uczucie, kiedy chcecie szybko znaleźć telefon, a nie potraficie nawet dokładnie zlokalizować skąd dochodzi dźwięk?
Och, do diabła.
W końcu wygrzebałem go z szuflady i odebrałem.
-Mhm…?- mruknąłem do aparatu.
-Cześć, Mitch- usłyszałem pogodny i zdecydowanie wyspany głos Hugo- Co tam? Spałeś?
-Moi nastoletni sąsiedzi urządzili sobie wczoraj imprezę… Wyobraź sobie, że dopóki moje łóżko nie przestało podskakiwać w rytm puszczanego przez nich techno, trudno było mi zasnąć…- stwierdziłem z głębokim westchnieniem.
-Idiota z ciebie, Mitch- zaśmiał się lekko Hugo- Mówiłem ci dawno, żebyś się gdzieś przeprowadził. Na przykład do mnie. Wiesz, mam wolny pokój.
Parsknąłem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-Nazywasz to pokojem? Ja określiłbym to raczej wysypiskiem na śmieci, odkąd łóżko i wszystkie inne meble zniknęły pod stertą twoich rzeczy…
Hugo zaśmiał się lekko.
-Niech będzie- odparł z rozbawieniem- Masz trochę czasu?
-Żartujesz?- och, a czy ja kiedykolwiek bywałem tak naprawdę zajęty, odkąd nie pracowałem?- Ale o co właściwie chodzi? Przecież jesteś w pracy, nie?
-No jakby jeszcze tak, ale zaraz nie będę… Było jakieś spięcie, nie ma prądu, internetu i nic ciekawego do roboty. Szef powiedział, że to kwestia kilku godzin i na razie możemy sobie gdzieś wyskoczyć… To co?
-To propozycja spotkania?- zapytałem, nieznacznie zdezorientowany.
-No raczej- zaśmiał się serdecznie- Pora wstawać, Mitch, pobudka. Brak pracy źle na ciebie działa… Ale o tym jeszcze pogadamy. To co? Za ile zdążysz zebrać swoje szczątki z łóżka?
-No ha, ha- parsknąłem bez przekonania- Nie wiem… Gdzie właściwie idziemy?
-Jak to gdzie?- prychnął, jakby było to oczywistością- U Raoli.
-U Raoli- potwierdziłem z cichym westchnieniem- Niech będzie. Daj mi godzinkę.
-Okej. Do zobaczenia na miejscu.
-Pa, Hugo…
Zebrałem się z łóżka z ciężkim westchnieniem. Wieczór spędzony na dość… Wyczerpujących czynnościach i nieprzespana noc z pewnością nie sprawiał, że czułem się jak ranny ptaszek. Wprost przeciwnie, najchętniej położyłbym się jeszcze i korzystał z czasu, dopóki moi sąsiedzi nie zechcieliby zafundować mi gwałtownej pobudki.
-CO?! Ty stary idioto! Dzwonię do ciebie cały wieczór, a ty…
… Och. Już.
To słynne wyczucie czasu Hugo…
W każdym bądź razie nasze spotkanie na pewno nie było złym pomysłem. Odkąd odszedłem z pracy, nie widywaliśmy się zbyt często. Ostatnio owszem, bo były moje urodziny, ale w innych warunkach trudno było się nam zgrać. Hugo miał w końcu własne życie. I zawodowe, i prywatne.
… To trochę dołujące, że ja nie mam żadnego, wiecie?
Poprawka.
Nie miałem.
Teraz do mojego życia prywatnego zalicza się wyczekiwanie godzinami na chłopaka, którego praktycznie rzecz biorąc nie znam i onanizowanie się pod prysznicem.
Ach, żyć nie umierać, mówię wam!
… Naprawdę, jestem żałosny.

Bar „U Raoli” w swoich dawnych, świetnych czasach był czymś w rodzaju baru mlecznego do którego razem z Hugo chadzaliśmy zaraz po szkole. W przeciągu tych wszystkich lat zmienił się diametralnie i obecnie był czymś w rodzaju niewielkiej restauracji, aczkolwiek chyba przywiązanie nie pozwoliło nam zmienić miejsca naszych spotkań. Zresztą znajdowało się nieopodal budynku w którym pracowaliśmy, więc tak było łatwiej.
-Hej- przywitałem się z Hugo, przysiadając się do jego stolika.
-Cześć, Mitch- obdarował mnie swoim firmowym uśmiechem, którym wdzięczył się zazwyczaj do kelnerek i wszelkiej innej maści kobiet, które wpadały mu w oko, toteż spojrzałem na niego nieco zaniepokojony- Zamówić ci coś?
-Kawę.
-Ja stawiam- zadeklarował iście czarująco, a następnie wstał i ruszył w kierunku lady, nie czekając na kelnerkę, a ja powiodłem za nim pełnym zaskoczenia wzrokiem. Naprawdę, czasem trudno mi rozgryźć tego człowieka…
Wrócił po chwili z dwoma filiżankami kawy, jedną przesuwając mnie.
-Czarna, niesłodzona- posłał mi oczko i upił łyk własnej. Chyba wciąż musiałem spoglądać na niego jak na zupełnego kretyna, bo zmarszczył brwi i zapytał- Jestem brudny, ubrałem koszulę na lewą stronę czy co…?
-Nie wiem. Albo coś brałeś od rana, albo cię podmienili na lepszą i milszą wersję…- parsknąłem cicho, kręcąc głową- No nieważne. O czym chcesz rozmawiać?
-Hm… O pracy.
-Ach tak. No to mów.
-O… Twojej pracy, Mitch.
… Albo czegoś ode mnie chcesz.
Zupełnie zapomniałem o trzeciej opcji.
-O mojej pracy?- powtórzyłem, spoglądając na niego sceptycznie.
-No… Khem… Dokładnie- skwitował w końcu, odrobinę kulawo.
-Ach tak… Załapałem- stwierdziłem z cichym parsknięciem- Czyli nie było żadnego spięcia i problemów z dopływem prądu, tak…?
-Było, było!- Hugo odstawił filiżankę na spodek i uniósł dłonie w obronnym geście- No co ty, Mitch? Sądzisz, że wymyśliłem to wszystko żeby sprowokować cię do gadki o twoim powrocie?
-Przeszło mi to przez myśl…- przyznałem całkiem szczerze, nadal przypatrując mu się z podejrzliwością.
-Po prostu uznałem, że najwyższy czas o tym pogadać…- stwierdził, wpatrując się we mnie badawczo- Oczywiście nie sam…- zaznaczył natychmiast, widząc, że już otwieram usta- Wiesz, Mitch, brakuje mi naszych wspólnych wyjść w czasie dłuższych przerw, ale znasz mnie, nie poruszałbym tej kwestii… To twoja sprawa. Ale szczerze mówiąc, szef trochę się niepokoi tym, że twój… Urlop… Aż tak się przedłuża. Zależy mu na tym, żebyś wrócił do pracy. Jak najszybciej.
-Hm… Na razie to chyba niemożliwe…- odpowiedziałem ostrożnie, starając sobie dać jak najwięcej czasu na wyszukanie odpowiednich argumentów. Żadnych nie znalazłem. Nie chodziło o żaden brak czasu, chęć odpoczynku, o nic. Praca by mi się przydała. Miałbym coś do roboty, nie siedziałbym całymi dniami w domu, może odrobinę odbudował swoje życie towarzyskie, a w dodatku nie rozmyślał o Andy’m. Ale do licha…
-Dlaczego?- Hugo przechylił lekko głowę, wpatrując się we mnie badawczo.
-Nie wiem- odparłem zgodnie z prawdą, wzruszywszy ramionami- Mówiąc szczerze nie mam pojęcia…- odetchnąłem głęboko, kręcąc głową.
-No cóż… Nie myślałeś chociażby o tym, żeby wrócić tak na próbę? Zobaczyłbyś, czy ci to pasuje, czy nie i już…
-Nie chcę, Hugo- stwierdziłem stanowczo- Wiem, że to banalnie brzmi, bo nie mam żadnego argumentu i właściwie trochę brakuje mi pracy, ale… Na razie nie czuję się gotowy żeby wrócić. Nie wiem, czemu. Nie pytaj.
-W porządku- skapitulował, skinąwszy lekko głową- Nie to nie, Mitch, nic na siłę. Pytam, bo szef o to prosił, zresztą sam byłem ciekaw, czy się przymierzasz… Ale jak już mówiłem, to twoja sprawa.
-Mhm…- potwierdziłem cicho. Szczerze mówiąc, nie byłem pewien czy idę dobrym tropem i czy naprawdę nie powinienem wrócić. Ale zdecydowałem się tego w tym momencie nie rozważać- Co z Andreą?
Hugo jęknął i zrobił iście zbolałą minę.
-Nie pytaj… Totalna klapa, Mitch. Boże, jeszcze nie spotkałem takiej kobiety… No zupełnie jej nie rozumiem.
-No cóż…- parsknąłem jedynie- Znaczy, że się poddajesz?
-Skąd- prychnął i dodał wyjątkowo pewnie- I tak w końcu coś z tego będzie… Wiesz, może po prostu ma złe doświadczenia albo po prostu jest… Porządna- zaśmiał się lekko, tak jakby naprawdę nie do końca w to dowierzał- Wysłałem jej kwiaty, podziękowała, a ja zaprosiłem ją na kolację.
-Zgodziła się?
-Nie, kulturalnie odmówiła- wzruszył ramionami, nie wyglądając na wielce zawiedzionego- Ale za tydzień mamy bankiet z okazji otwarcia centrum handlowego, więc kto wie...- Hugo wyglądał, jakby on już wiedział i był przekonany, że wszystko mu się powiedzie.
-No cóż- uśmiechnąłem się po prostu lekko- Pewnie masz rację.
-Pewnie, stary- Hugo zaśmiał się serdecznie- Zawsze mam.
Obracałem filiżankę z moją stygnącą kawą nieco niepewnie w dłoniach. Pozostawała jeszcze jedna otwarta kwestia, którą mógłbym teraz właściwie rozwiązać...
-Słuchaj…- zacząłem powoli.
-No?- przeniósł na mnie pytające spojrzenie.
-Hm…- odkaszlnąłem cicho, wiedząc już doskonale, że po raz kolejny będę miał trudność z odpowiednim wysłowieniem tego, co chcę przekazać- Bo widzisz… Jest jeszcze jedna sprawa o której chciałbym pogadać…
-Tak?
-Ale musi zostać między nami.
-Mitch, na litość boską…- Hugo parsknął śmiechem- Może nie uwierzysz, ale nie jesteś najbardziej rozchwytywaną pod względem towarzyskim osobą i ludzie naprawdę nie biją się o każdą informację o ciebie… Poza tym jesteśmy kumplami, nie? Mów o co chodzi.
-O… O Andy’ego.
-Andy’ego?- Hugo spojrzał na niego z zaskoczeniem- Tego Andy’ego? Z działu kasacji?
-Nie, nie- zaprzeczyłem z lekkim zażenowaniem- O… Tego chłopaka, którego przyprowadziłeś do mnie w dzień urodzin.
Hugo spoglądał na niego stosunkowo osłupiały, po czym rzucił:
-Ale nie chcesz mi chyba powiedzieć, że… Sam wiesz… Coś między wami zaszło?
-Nie, nie!- … fantazje seksualne też się liczą?- Tylko… Rozmawialiśmy…- wyjaśniłem, wciąż nieco zdenerwowany, gapiąc się w obrus- No i… Było bardzo miło…
-Miło…?- podchwycił Hugo- Tak miło, kiedy zaczyna się robić cieplej, wyłącza się światełko, włącza nastrojową muzykę i…
-Hugo!- uciąłem, czując, jak moje policzki pokrywa rumieniec- Nic nie zaszło, do licha!
-Okej- uśmiechnął się lekko pod nosem- Niech ci będzie. Nie muszę wiedzieć wszystkiego.
Posłałem mu mordercze spojrzenie.
-Nic nie zaszło- powtórzyłem po raz kolejny, siląc się na spokój- Po prostu to bardzo sympatyczny chłopak…
-Tak sympatyczny, że nagle wydał ci się seksowny, miałeś ochotę się z nim przespać, a w dodatku…
-Hugo…- ja naprawdę byłem bliski zadźgania go łyżeczką od cukru- Nie- dodałem twardo- Po prostu… Po prostu polubiłem go…- stwierdziłem dużo ciszej, ponownie wbijając wzrok w blat stołu- No i… Spotkałem go kilka dni temu… Porozmawialiśmy trochę… I wydaje mi się, że ma jakieś problemy… Zastanawiałem się mówiąc szczerze czy może mógłbym mu jakoś pomóc… No i…
Umilkłem, nie do końca wiedząc jak dokończyć.
Hugo spoglądał na mnie z delikatnym uśmiechem, po czym o dziwo wyjątkowo subtelnie jak na niego, skinął jedynie głową i odpowiedział:
-Rozumiem.

Och, świetnie.
Gdybym ja też rozumiał, to cała sytuacja byłaby dużo łatwiejsza, nie sądzicie? Ciekawe, co Hugo sobie o mnie pomyślał. Pewnie, że jestem skończonym kretynem. I pedofilem.
… Chociaż właściwie to on podrzucił mi go do pokoju, jakkolwiek to nie brzmi, i to on jest winien tej całej żenującej sytuacji, w jakiej się znajduję.
Jest winny moim desperackim próbom zaskarbienia sobie uwagi chłopaka, myślenia o nim każdego wieczoru i wszystkiego innego, co temu myśleniu towarzyszy…
… Ugh.
Zmiana zdania.
Nie chcę, żeby Hugo był przyczyną moich orgazmów.
A co do desperackich prób…
… Wracałem z miasta na piechotę…
… Drogą tuż obok hotelu z którego wyszedł tamtego dnia.
Nazwijcie mnie idiotą.
Och, dobra. Nie nazywajcie. I tak wiem, że nim jestem. Już gdy byłem w centrum zaczęło padać, ale ja wspaniałomyślnie nie wsiadłem a autobus, tylko przywlokłem się tutaj… A od tamtej pory zdążyło się rozpadać na dobre. Nie będę wspominał o tym, że nie byłem na tyle przewidywalny, żeby pomyśleć o parasolu.
Zatrzymałem się na dłuższą chwilę przed hotelem, po czym ruszyłem dalej z głębokim westchnieniem.
Mitch, stary idioto…
Nie zachowuj się jak zakochany gówniarz…
I w momencie, kiedy już zaczynałem przeklinać w duchu swoje idiotyczne decyzje, dostrzegłem kogoś, kto szedł drugą stroną ulicy. Zapewne nawet nie poznałbym, że to on, gdyby nie te charakterystyczne loki…
… Andy…
-Andy!- krzyknąłem za nim, a on ku mojemu zaskoczeniu jeszcze przyspieszył kroku. Przebiegłem na drugą stronę ulicy i ruszyłem za nim, po czym chwyciłem go za ramię, odwracając w swoją stronę. Spojrzał na mnie niemalże z przerażeniem, jakby spodziewał się kogoś zupełnie innego. Dopiero po dłuższej chwili odetchnął cicho i cofnął się o parę kroków.
-Andy…- spoglądałem na niego uważnie- Andy dlaczego nie masz na sobie kurtki? Mój Boże, przecież… Rany boskie, kto ci to zrobił?- zapytałem niemalże z przerażeniem, dostrzegając sporego siniaka pod jego okiem.
-Spadaj!- warknął, odpychając mnie lekko- Po prostu daj mi spokój.
-Andy…- zacząłem cicho, podchodząc do niego po raz kolejny.
-Nie rozumiesz, czy jak?- krzyknął agresywnie, chociaż na dobrą sprawę wydawał się być bardziej zlękniony niż zdenerwowany- Jesteś jakimś cholernym zbokiem?
-Andy, przecież ja… Chcę ci tylko pomóc…- zaryzykowałem w końcu cichym i wyjątkowo żałosnym stwierdzeniem.
-Doskonale wiem, co chcesz zrobić- odparł z poirytowaniem- Uzależnić mnie od siebie, a później… Później… Sam nie wiem!- dokończył nieco kulawo- Daj mi święty spokój, rozumiesz?! Odczep się ode mnie! Nie wiem, czego chcesz, ale nie podobasz mi się i nie przespałbym się z tobą niezależnie od tego, ile byś mi zapłacił, więc po prostu się odpierdol, zrozumiałeś?
Spuściłem wzrok, czując się zupełnie żałośnie. Jeszcze bardziej niż wtedy gdy przechadzałem się tędy tylko po to by go spotkać i jeszcze bardziej niż wtedy, gdy zbyt intensywnie o nim myślałem. Czego właściwie od niego oczekiwałem?
-Jesteś po prostu…- oddychał płytko, próbując się uspokoić, ale wcale mu to nie wychodziło- Jesteś po prostu jakimś totalnym zbokiem, a ja nie mogę… Nie mogę…
-Andy…- rzuciłem łagodnie, widząc jego stan. Był zdenerwowany. Ale nie mną. Nie całą tą sytuacją. Czymś zupełnie innym. Chwyciłem go lekko za dłoń, ciągnąc w swoją stronę, a on uległ i zaraz wtulił się we mnie mocno, skrywając twarz w materiale mojej kurtki. Nie miałem pojęcia, czy płakał, czy po prostu drżał z zimna. W obecnej chwili nie potrafiłbym tego poznać. Deszcz wciąż padał. A on po prostu stał, przytulony do mnie i zupełnie bezradny.
-Andy…?- zacząłem cicho, obejmując go ramieniem- Andy, chodźmy do mnie, dobrze?
Pokiwał jedynie głową, odsuwając się powoli i odwracając wzrok. Mokre od deszczu, rude włosy zupełnie zasłoniły jego twarz. Wciąż obejmowałem go ramieniem i prowadziłem powoli w kierunku kamienicy.
Wcale się nie opierał. I nie odezwał się do mnie słowem, dopóki nie doszliśmy pod same drzwi mojego mieszkania i nie wpuściłem go do środka.
-Andy?- spojrzałem na niego uważnie, widząc jak drży niemalże spazmatycznie- Usiądź, dobrze? Zaraz dam ci jakieś ubrania.
Pokiwał głową zupełnie niemrawo, po czym przeszedł do pokoju. Wiedziałem, że nie mam żadnych ubrań, które by na niego pasowały, ale w obecnej chwili liczyło się tylko to, żeby dać mu coś suchego, zanim całkiem przemarznie. Wyjąłem z szafy jakiś sweter i spodnie, po czym wróciłem do salonu.
-Proszę- położyłem ubrania na kanapie, tuż obok niego. Podniósł na mnie nieco zmarnowane spojrzenie- Przebierz się- dodałem, czując się nieco zażenowanym- Zaraz przyjdę.
Przeszedłem do kuchni, chcąc dać mu jak najwięcej swobody i oparłem się o ladę, przecierając skronie. Nie miałem pojęcia, co zrobić, jak się za to wszystko zabrać. Sprowadziłem go tutaj, a teraz nie wiedziałem, jak mogę mu pomóc. W końcu przeszedłem do łazienki i wziąłem z niej ręczniki, po czym ruszyłem z powrotem do salonu.
-Mogę…?- zapytałem nieco niepewnie, uchylając drzwi.
-Tak, proszę- odparł cicho, a ja wszedłem do środka.
Andy siedział na kanapie, boso, przebrany już w moje ubrania i spoglądał na mnie nieco wilgotnymi oczyma. Podszedłem do niego prędko i zacząłem osuszać jego piękne, rude włosy ręcznikiem.
-Dziękuję- szepnął ledwie słyszalnie.
-Nie ma za co- odpowiedziałem, siląc się na uśmiech- Przyniosę ci lodu na tą ranę, dobrze?
Pokiwał głową, samemu zabierając się za osuszanie włosów, a ja wyszedłem do kuchni, po czym wróciłem z lodem zawiniętym w ścierkę i przyłożyłem mu ją do oka.
Nie wiem, ile tak obok siebie siedzieliśmy. W zupełnym milczeniu. On chyba nie chciał nic mówić. A ja nie miałem pojęcia, czy jest cokolwiek, co powiedzieć powinienem.
-Wystarczy- stwierdził w końcu z bladym uśmiechem i podniósł się- Będę musiał iść… Tylko te ubrania…
-Zostań w nich- odpowiedziałem natychmiast- Wiem, że są na ciebie za duże i tak dalej… Ale w tych mokrych lepiej nie wracaj… Zapakuję ci je do reklamówki, dobrze?
-Dobrze- odparł z cichym westchnieniem.
Uśmiechnąłem się nieco niepewnie, po czym przeszedłem do przedpokoju i wyjąłem z szafy kurtkę i parasol.
-Nie, nie- zaprotestował natychmiast, gdy tylko mnie z tym zobaczył.
-To nic takiego…- odpowiedziałem cicho, przyglądając mu się z uwagą. Chciałbym wiedzieć kto zrobił mu krzywdę, ale miałem świadomość, że i tak mi nie powie.
-Zgubiłem twoją kurtkę… Przepraszam.
-Zgubiłeś?- powtórzyłem, przyglądając mu się badawczo. Spuścił wzrok. A ja domyśliłem się, że nie chodziło o zwykłe zgubienie czegokolwiek. Ktoś go po prostu okradł. I wyglądało na to, że również pobił- Poczekaj- rzuciłem prędko i podszedłem do szuflady, gdzie trzymałem niezbyt duże oszczędności, których nie chciało mi się wpłacać na konto. Wyjąłem dwieście dolarów i podałem mu je.
-Dziękuję…- powtórzył po raz kolejny, biorąc ode mnie pieniądze i wpatrując się we mnie niemal z niedowierzaniem- Ty naprawdę chcesz mi pomóc…- stwierdził tak, jakby wydawało mu się to absurdalne.
-Chciałbym…- odparłem, nieco nieśmiało- Gdyby… Zabrakło ci pieniędzy… Albo gdybyś miał jakieś problemy… To możesz przyjść. Zawsze- dodałem, spoglądając na niego uważnie, a on uśmiechnął się pogodnie i zarzucił mi ręce na szyję, ściskając mnie serdecznie.
Osłupiałem zupełnie, nie mając pojęcia co zrobić.
Po chwili odsunął się ode mnie i ubrał buty i kurtkę.
-Odprowadzić cię?- zapytałem z cichą nadzieją, że się na to zgodzi, ale on pokręcił odmownie głową.
-Nie, nie trzeba. Poradzę sobie.
-W porządku… W takim razie do zobaczenia…
-Cześć, Mitch.
Spoglądałem, jak wychodzi, czując się zupełnie ogłupiały.
Na litość boską…
Na moje wargi wstąpił lekki uśmiech.
Mitch…
… Powiedział do mnie Mitch.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz