Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 5 # [Theodore]

Obudził się z samego rana, czując się fatalnie. Nie był tym zdziwiony, nigdy nie bywał, od dłuższego czasu był to wszakże stan permanentny, co nie oznaczało jednak, że dało się do tego uczucia przyzwyczaić.
Nie miał ochoty wstawać. Wiedział, że powinien. Że ma jakieś obowiązki, że jest w tym domu po coś, że musi jeszcze trochę poudawać i spróbować utrzymać maskę żałosnego klauna, chociażby po to, żeby nie zniknąć, nie zatracić się całkowicie. Wiedział o tym, ale z drugiej strony miał świadomość tego, że nie ma głębszej motywacji. Wiedział, ale równocześnie zadawał sobie pytanie: „Po co?”. Po co miał wstawać, po co miał naruszać na nowo wszystkie swoje rany, jak człowiek z okaleczonym ciałem, który nagle stara się funkcjonować jak reszta?
Ale przecież nie chodziło o ciało. Chodziło o coś więcej niż poranne migreny, bóle, złe nastroje. Chodziło o coś głębszego, innego, coś, co wyżerało go od środka i było dużo gorsze niż wszystko inne, co go kiedykolwiek spotkało. Było gorsze od świadomości śmierci.
Zwinął się w kłębek na łóżku, okrywając szczelnie kołdrą.
Nie, dzisiaj nie wstanie.
Nie ma po co. Nikt go przecież nie zmusi. Nikomu go nie będzie brakować. Nie miał żadnych zobowiązań, był świadom tego, że może przestać usługiwać temu bękartowi, że może go zostawić na pastwę losu, na pastwę Carmen, wszystkich innych…
On przecież go do tego nie zmusi. Jest słaby. Cholernie słaby dzieciak, nic więcej.
A Theodore nie wierzył w żadne siły wyższe, nie wierzył w Boga, nie wierzył w przeznaczenie. Nie wierzył w nic. Był pusty. Martwy od środka. A w ten sposób można umierać tylko raz i jak każda inna śmierć, jest to proces nieodwracalny.
I przeżywał swoją cichą śmierć każdego dnia, dławiąc się w bólu, gryząc ręce z wściekłości, a później wychodząc i udając obojętność. Był tak szyderczo zimny, tak wewnętrznie zły, spaczony emocjonalnie, że nie potrafił się już zmusić do niczego innego.
Mógł tylko udawać.
Odkąd go nie było, nie potrafił być szczęśliwy.
Odkąd go nie było, nie potrafił być szczery ze sobą.
Odkąd go nie było, nie potrafił być.
Tak po prostu.
Nie był zdolny pogodzić się z niczym, nawet z samym sobą. Potrzebował jakiegoś celu, czegoś głębszego, czegoś, na czym mógłby się skupić…
Miał zatem swój banalny cel.
Tego przeklętego bękarta…
… Litości.
Nawet zmuszał się, żeby tak o nim myśleć. Chciał tak o nim myśleć, bo gdy zaczynał myśleć inaczej, dopadała go świadomość własnej słabości. Świadomość własnej winy. Świadomość bardziej raniąca niż jakakolwiek inna. A tak było prościej.
Prościej było udawać, że go nienawidzi, prościej było sterować własnymi emocjami, wmawiać sobie coś, co nie imało się nawet prawdy.
Ciche skrzypnięcie drzwi.
-Theo?- a jednak. A jednak Felix…
Obiekt jego wydumanej nienawiści, absurdalnej zemsty i fałszywej obojętności.
Spojrzał na niego kątem oka, nie odpowiadając jednak.
-Źle się czujesz?- rudowłosy podszedł powoli do jego łóżka, spoglądając na niego uważnie- Coś cię boli, Theo? Głowa?
-Trochę- odparł cicho, przymykając powieki.
-Pójdę do pani Carmen po jakieś leki- zaoferował się natychmiast chłopak, ale Theodore chwycił go za dłoń, zatrzymując przy sobie.
-Nie trzeba- odpowiedział stosunkowo chłodno- Poradzę sobie.
Felix spojrzał na niego odrobinę niepewnie.
-Mam sobie iść…?
Nie, wcale tego nie chciał. A jednak odpowiedzią na pytanie rudowłosego stało się jedynie obojętne wzruszenie ramionami. Felix przeczesał jego włosy palcami, co przybrało rangę niemal troskliwego gestu.
-Gdybyś mnie potrzebował, to powiedz, dobrze, Theo?- zapytał, wciąż głaszcząc go delikatnie po głowie.
-Mhm…- odmruknął jedynie, zaciskając powieki.
A co miał powiedzieć, do diabła?
Jak banalnie brzmiałoby w tym momencie wyznanie, że wcale nie chce, żeby odchodził?
Że wcale nie chce zostać teraz sam?
-Felix…- rzucił, gdy chłopak podniósł się z pościeli- Po co właściwie przyszedłeś…?
-Och… Chciałem tylko… Zapytać, czy poszedłbyś ze mną na spacer, gdybyś miał chwilkę czasu- stwierdził rudowłosy, wyraźnie lekko onieśmielony własną propozycją.
-Pójdę.
Rudzielec spojrzał na niego z zaskoczeniem.
A on chciał po prostu spędzić z nim trochę czasu. Chciał i jednocześnie wewnętrznie karcił się za ową chęć, próbując ją przekształcić w samym sobie w obojętną jedynie zgodę na prośbę nic nie znaczącego dzieciaka.
-Ale Theo… Przecież źle się czujesz.
-Wszystko ze mną w porządku- warknął z niechęcią, nie chcąc dłużej kontynuować tego tematu- Powiedziałem już, że pójdę, więc to zrobię… Przebierz się tylko i zjedz śniadanie, a później zawołaj mnie, gdy będziesz gotowy do wyjścia.
-Dobrze, Theo- potwierdził natychmiast chłopak- Dziękuję.
Nie otwierał oczu, dopóki drzwi nie zamknęły się cicho za rudowłosym. Pozwolił sobie na głębsze odetchnięcie. Wiedział, że musi coś ze sobą zrobić, a siedzenie w zamknięciu nie ma większego sensu. Jeśli ma go spacer z tym dzieciakiem – właściwie dlaczego miałby się nie zgodzić?
W imię jakich wartości?
W imię banalnej wierności, własnego poczucia winy, nienawiści, której wcale do niego nie żywił?
Chciał się przed sobą usprawiedliwić, a jednocześnie się oskarżał. Z każdą swoją myślą, która miała odsunąć wyrzuty sumienia na bok, stawał się w swojej wyobraźni jeszcze bardziej podły, jeszcze bardziej dwulicowy.
Na powrót przymknął powieki, starając się skupić na czymkolwiek innym niż natrętnych myślach o przeszłości.
I zamiast nich przyszły inne.
Te bliższe obecnej chwili.
Wspomnienie pocałunku Felixa. Poczuł jakieś ciepło rozlewające się w jego wnętrzu i zaraz coś zakłuło go boleśnie w okolicach serca. Cóż za ironia losu… Nawet jego własne ciało zdawało się nie wiedzieć, jak zareagować.
Nie wyjaśnił tego chłopakowi. Nie powiedział, co było przyczyną jego zachowania, a rudowłosy wcale nie pytał, tak jakby mógł rzeczywiście wiedzieć. Z drugiej strony, co właściwie mógłby powiedzieć? Że chciał go uspokoić? Odkąd tak się uspokaja ludzi? Pocałunkiem…? A jednak było w tamtej chwili coś takiego, że nic innego nie przyszło mu do głowy. Pamiętał jego łzy, pamiętał wyraz jego twarzy, delikatne zaledwie muśnięcie warg, ich słony smak… Każdy jeden element, który powracał do niego w takich chwilach równie uciążliwie.
Uśmiechnął się niemalże gorzko, podczas gdy przez jego ciało przeszedł zupełnie sprzeczny z uczuciami, które nim władały, dreszcz. Dreszcz czegoś w rodzaju podniecenia, czegoś w rodzaju dziwnego, zupełnie niezdrowego podekscytowania
Ach, cóż za ironia losu…
Gdyby ten dzieciak miał chociaż najmniejsze pojęcie, jakie uczucia u niego wywołuje…

Obudził się i natychmiast podniósł się do pozycji siedzącej, czując się mocno zdezorientowany. Zerknął na zegarek. Wpół do czwartej…
Do licha.
Czyżby Felix zrezygnował z wyjścia i wcale go nie obudził?
Podniósł się z łóżka i przebrał pospiesznie, by zaraz wyjść na korytarz i przejść do sypialni chłopaka.
-Felix...- zaczął, otwierając drzwi, i umilkł, gdy zorientował się, że w pokoju nie było nikogo. Nie miał pojęcia, gdzie rudowłosy mógłby się znajdować o tej porze. Na pewno był już po obiedzie, więc gdzie właściwie miałby się kręcić? W tym domu naprawdę nie było dobrych rozrywek dla kogoś takiego jak on.
Theodore wyszedł z pomieszczenia i zszedł na sam dół, po czym zajrzał do kuchni. Miał rację. Chłopaka w niej nie było. Nie miał bladego pojęcia, gdzie powinien go szukać. Przeszedł z powrotem do holu.
-Mirtha!- zawołał, dostrzegając przy schodach pokojówkę.
-Tak?- zatrzymała się z pościelą w rękach i spojrzała na niego pytająco.
-Widziałaś Felixa?
-Hm…- odparła nieco niepewnie, po czym wyraźnie się zamyśliła - Wyszedł chyba… W sumie już z samego rana…
-Sam?- Theodore prychnął oburzony. Nie obchodziło go, gdzie dzieciak biegał za czasów mieszkania w sierocińcu, i kto go wtedy pilnował. Tutaj nie miał takiego prawa, nie powinien wychodzić sam. Szczególnie, że nie był już takim zwykłym dzieciakiem, a potomkiem milionera. Co ten bachor ma w głowie, cholera?!
-Nie, nie, skąd!- zaprzeczyła prędko Mirtha, kręcąc gwałtownie głową- Właściwie chciał wyjść najpierw ze mną, ale nie mogłam… No i Richard powiedział, że chętnie się z nim przejdzie.
Theodore parsknął cicho i wydął wargi w pogardliwym geście. No tak. Tego mógł się spodziewać. Miłosierny Samarytanin się znalazł… Staruch zamierzał chyba przeżyć swoją drugą młodość… Zacisnął dłonie w pięści, mimo tego, że starał się zachować spokój. Wcale nie podobało mu się to, że Felix z nim wyszedł. Ba. Był zirytowany jak diabli. Przecież miał obudzić jego, po co przylazł po tego cholernego majordomusa?!
W dodatku wyszli rano… Do diabła, dlaczego ich jeszcze nie było?! Stary dziad, tworzył same problemy, och, gdyby tylko mógł, to by mu pokazał, gdzie jest jego miejsce, gdyby tylko mógł…!
Drzwi frontowe otworzyły się gwałtownie.
-Myślisz, że niedługo spadnie śnieg?- dopadł go głos Felixa.
Wrócili. Prychnął cicho, opierając się o poręcz schodów. Wcale go to w tym momencie nie cieszyło.
Przeklęty Richard. Że też zawsze musi się pchać tam, gdzie nie ma dla niego miejsca…
-Pewnie tak, jest naprawdę bardzo zimno. Chociaż zeszłej zimy pojawił się bardzo późno… Dużo po Bożym Narodzeniu, dopiero na początku lutego.
-Szkoda. Lubię śnieg. Wyjdziesz ze mną też jutro, Richard?- Theodore niemalże czuł, jak coś w nim drga wewnętrznie z wściekłości. Ach, jaki ten dzieciak wydawał się zadowolony! Jaki szczęśliwy! Niech by go szlag trafił!
-Oczywiście, Felix- zaśmiał się serdecznie mężczyzna- Mam mnóstwo wolnego czasu…
-Może gdybyś zajął się pracą, a nie bzdurami, to byś go nie miał?- rzucił chłodno Theodore, gdy obaj wyszli zza rogu i stanęli właściwie tuż naprzeciw niego.
-Theo!- wykrzyknął Felix, wyraźnie jeszcze bardziej uszczęśliwiony- Byłem w parku, wiesz?
Zignorował zupełnie jego słowa, ruszając powoli do przodu i zatrzymując się przed Richardem.
-Twoje miejsce jest w domu…- wycedził przez zęby z jawną pogardą- Jeśli chcesz się wybierać na samotne spacerki, to twoja sprawa. Chłopaka zostaw w spokoju.
-Theodore…- zaczął stosunkowo łagodnie majordomus, ale mężczyzna prychnął donośnie. Nie chciał słuchać tych jego nieustających bredni.
-Jesteś tylko majordomusem, starcze. Nie jego opiekunem. I jeśli nie możesz się z tym pogodzić, chętnie ci wyjaśnię, jak wielka jest różnica pomiędzy jednym a drugim…- czuł, że Felix wbija w niego nieco niepewne spojrzenie, ale sam nie zamierzał się odwracać w jego stronę. Chciał raz na zawsze pozbyć się tego cholernego faceta.
-Nie przesadzaj, Theodore, to tylko spacer…- westchnął cicho mężczyzna, kręcąc głową- Zresztą Felix sam poprosił, żebym…
-Panicz…- przerwał mu z poirytowaniem. W owym momencie czuł się tak, jakby imię chłopaka było czymś niezwykle intymnym. Jakby tylko on miał prawo, żeby go używać- Przebywa pod moją wyłączną opieką. Na polecenie kogoś wartego więcej niż… kierownik służby…- parsknął, mierząc go pełnym politowania spojrzeniem, chociaż w rzeczywistości z chwili na chwilę spokojny wzrok majordomusa coraz bardziej wytrącał go z równowagi- Na polecenie jego wuja.
-Nie sądzę, żeby pan Grekch obraził się bardzo, że zapewniłem mu jakąś rozrywkę- odparł lekko, uśmiechając się pogodnie do chłopaka, który ów uśmiech odwzajemnił, jednak wyjątkowo niepewnie, i zaraz przeniósł swoje spojrzenie z powrotem na Theodore’a.
-To, co zrobiłby pan Grekch, to wyłącznie jego sprawa, chociaż zakładam, że nie chciałbyś z nim tego przedyskutować…- stwierdził wyniośle- Powinieneś znać swoje miejsce.
-Znam je, Theodore…- głos Richarda nadal był irytująco spokojny, jakby coraz liczniejsze ataki Theodore’a na jego osobę wcale nie wywoływały na nim większego wrażenia- To ty powinieneś wreszcie pogodzić się ze swoim… Felix jest panem tej posiadłości, zatem i my jesteśmy mu podlegli… Nie ma sensu się o to kłócić. Ma prawo podejmować własne decyzje.
Theodore parsknął drwiąco.
Ach tak…?
Oni byli podlegli…?
Felix był panem…?
Och, oczywiście… Przecież jego asertywność i stanowczość są godne podziwu… Theodore pokręcił głową w geście politowania. Już on mu zaraz pokaże, kto tu jest komu podległy i kto tu ma prawo o czym decydować.
-Idziemy na górę, Felix- zawyrokował, posyłając chłopakowi krótkie, acz stanowcze spojrzenie. Wcale nie musiał się oglądać za siebie. I tak wiedział, że rudowłosy idzie tuż za nim.
-Felix…- Theodore aż zgrzytnął zębami, ponownie słysząc głos majordomusa- Wcale nie musisz z nim iść.
Theodore nie zatrzymał się ani na chwilę, chociaż zawahał się odrobinę, gdy kroki Felixa na schodach ucichły.
-Pójdę z Theo- stwierdził jednak w końcu Felix, a Theodore święcił już w myślach swój cichy triumf- Przepraszam, Richard, do zobaczenia później.
Starzec westchnął cicho i odparł:
-Do zobaczenia, Felix.
Theodore uśmiechnął się lekko pod nosem, ruszając wzdłuż korytarza. Chyba dopiero teraz dopadła go świadomość własnej wyższości nad tym dzieciakiem. Własnej kontroli nad nim. Świadomość wyjątkowo wprost satysfakcjonująca, chociaż jeszcze nie miał pojęcia, w jakim wymiarze…
Teraz cieszył go jedynie triumf nad tym przeklętym starcem. Cieszyło go, że Felix wybrał jego. Cieszyło nie w ten prosty sposób, wywołujący radość, nie. Raczej wprawiało w coś na kształt poczucia własnej wyższości.
Ale z drugiej strony, było w tym coś też innego. Owa świadomość zawierała w sobie też nutkę jakiejś okrutnej satysfakcji z własnej dominacji. Dominacji drapieżnika nad swoją ofiarą, tak bardzo uległą, że zdawałaby się w razie czego nawet nie próbować, nie uciekać, a dobrowolnie poddać.
O tak, niewinność Felixa była wyjątkowa…
-Theo!- Felix wszedł za nim do jego sypialni i spojrzał na niego uważnie- Jesteś na mnie zły?
Spojrzał na niego stosunkowo chłodno, po czym prychnął cicho.
-Dlaczego po mnie nie przyszedłeś? Lubisz spacery ze starszymi panami…?
-Theo, przecież to nie tak!- zaprotestował natychmiast rudzielec, kręcąc aż nazbyt gwałtownie głową- Po prostu… Rano się źle czułeś, a później, gdy przyszedłem, już spałeś, nie chciałem cię budzić… A Richard zgodził się ze mną wyjść, sądziłem, że tak będzie w porządku!
-Nie jest- uciął krótko Theodore, czując znowu coś na kształt ukłucia. Cholerny dzieciak, że też zawsze musiał w nim wzbudzać podobne uczucia… Balansujące pomiędzy czymś w rodzaju okrutnego szczęścia i przepełniającej goryczy.
-Przepraszam- powiedział z jawną skruchą- Naprawdę nie chciałem cię zdenerwować.
-Niech będzie- odparł sucho, skinąwszy lekko głową- Jeśli to wszystko, możesz zejść na dół. Na pewno jesteś głodny.
-Jadłem na mieście- och, oczywiście. W podrzędnej budzie za pieniądze tego miernoty? Czegóż więcej Theodore mógłby się po nim spodziewać?- Theo, dlaczego nie lubisz Richarda?
Parsknął cicho, chcąc coś powiedzieć, ale nagle zdał sobie sprawę z tego, że zupełnie zabrakło mu jakiegokolwiek, chociażby najbardziej oczywistego argumentu. Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.
-Nie chodzi o to, czy go lubię, czy nie- stwierdził w końcu, nie całkiem szczerze- Chodzi o jego pozycję i obowiązki. Pewnych rzeczy nie należy podważać- tu spojrzał na chłopaka dobitnie, jakby chciał po raz kolejny podkreślić, że jego dzisiejsze wyjście nie było najlepszą decyzją, chociaż gdyby chciał być szczery sam ze sobą, musiałby przyznać, że wcale nie o to chodziło.
Ale nie chciał być.
A to rozwiązywało wszystkie dylematy.
-Ale on ciebie lubi, Theo!- wykrzyknął Felix, jakże charakterystycznie naiwnie i łagodnie- I bardzo dobrze o tobie mówi! Naprawdę, Richard jest bardzo dobry…
Och, tak, wspaniały… Theodore już skakał wewnętrznie ze szczęścia na jakże cudowną wieść o tym, że starzec go lubi i z tej okazji ucina sobie z dzieciakiem pogawędki na jego temat, cholera. Miał mu za to podziękować?
-Nie obchodzi mnie to- stwierdził, tym razem aż nazbyt szczerze- W najmniejszym nawet stopniu. Zejdź do kuchni i poproś, żeby Carmen podała ci coś normalnego do jedzenia… Nie mam ochoty rozmawiać- uciął, widząc, że Felix już otwiera usta, by kontynuować temat. Zamiast tego skinął jedynie szybko głową i wyszedł z pokoju.
Ach, jakże cudownie było móc go tak bezwstydnie kontrolować…
Pytanie chłopaka zdawało się powrócić do niego po raz kolejny.
Dlaczego nie lubił Richarda?
Nie zdarzyło się właściwie nic, co dawałoby mu prawo go nienawidzić czy nawet żywić do niego zwyczajną niechęć. Richard nie zachowywał się w stosunku do niego agresywnie, nie prowokował kłótni. To Theodore to robił. Tymczasem majordomus nawet nie odpowiadał na jego zaczepki. Nie podnosił na niego głosu. Odpowiadał spokojnie i życzliwie, tak jakby słowa Theodore’a nie robiły na nim większego wrażenia… Jakby były słowami kogoś niepoczytalnego, kogoś, kogo nie należy traktować poważnie…
To właśnie wyprowadzało go zupełnie z równowagi. Sprawiało, że jego niechęć do mężczyzny rosła z każdym jego słowem. To jego litościwe spojrzenie…
Theodore nie potrzebował litości. Jego litości tym bardziej. Spokojnych oczu, które spoglądały na niego z nieustającym, przeklętym współczuciem, przypominając mu raz po raz wszystko, co się zdarzyło, a jednocześnie zdawały się go oskarżać.
Paradoksalnie.
To było to i nic więcej.
Tylko ten cholernie irytujący spokój…

Zszedł na dół, do kuchni, by wziąć naszykowaną już kolację dla Felixa. Wyczuwał na sobie chłodne, przeszywające niemalże, spojrzenie Carmen, ale nie zamierzał się odwracać. I tak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sprawił jej pewnego rodzaju zawód. Z drugiej jednak strony nie potrafił również pozbyć się czegoś na kształt pretensji do niej. Za to, że spowodowała łzy u Felixa.
… Czyż to nie absolutnie żałosne?
-I co?- odezwała się wreszcie, nie doczekawszy się żadnych wyraźnych reakcji ze strony Theodore’a- Teraz będziesz za nim biegał, przynosił mu wszystko, na co będzie miał ochotę, i wychodził z nim na spacerki niczym piesek ze swoim panem?
Na ustach Theodore’a wykwitł nikły uśmiech. Wyszedł z tacą, nie komentując słów kobiety. Jak pies ze swoim panem… Być może, chociaż role zdawały się być od samego początku zupełnie inaczej obsadzone. Wszedł do pokoju chłopaka i postawił tacę na stoliku.
-Smacznego- rzucił krótko, gotów przejść do siebie, ale Felix odezwał się prędko:
-Możemy pogadać, Theo?
Odwrócił się w jego stronę, odrobinę zaintrygowany, a w końcu jedynie wzruszył ramionami.
-Jeśli chcesz… O czym?
Felix wstał z łóżka, zupełnie niezainteresowany posiłkiem, i prędko podszedł do mężczyzny, po czym wyminął go i oparł się o drzwi, spoglądając na niego autentycznym wzrokiem (och, cóż za ironia losu!) zbitego psiaka.
Theodore uniósł brwi w pytającym geście.
-Wyjdziesz ze mną jutro, Theo?- zapytał z autentyczną nadzieją w głosie, wciąż wpatrując się w niego tymi dużymi, intensywnie zielonymi oczyma.
Theodore aż parsknął w duchu.
-Gdzie?
-Na spacer.
… Miał zabrać ze sobą smycz i kaganiec, czy Felix obieca, że będzie grzeczny…?
-Nie wiem- odparł, siląc się na chłód, chociaż w rzeczywistości cała ta sprawa z Richardem_ wciąż wyjątkowo go irytowała- Podobno w tym domu mieszka bardzo dobry człowiek i podobno cię lubi, więc sądzę, że powinieneś wyjść z nim.
-Och, Theo!- jęknął niemalże błagalnie- No przepraszam raz jeszcze, nie wiedziałem, że ci to tak bardzo przeszkadza! Chodź ze mną proszę cię!
-Niby po co?- parsknął cicho- Skoro lubisz nas oboje, nie zrobi ci chyba różnicy, z którym z nas wyjdziesz.
… Czy nie rzucał właśnie tekstami niczym zazdrosny o swoją cichą sympatię gówniarz?
-Och, Theo!- wykrzyknął po raz kolejny i zaraz dodał iście dramatycznie- Ale ciebie lubię aż tak bardzo, że już bardziej się nie da! Po prostu musisz ze mną iść!
Theodore miał ochotę się zaśmiać, widząc iście zdeterminowaną minę chłopaka. Ten dzieciak chyba naprawdę sądził, że on mówi poważnie… Prędzej dałby sobie rękę uciąć niż pozwolić mu wyjść po raz kolejny z tym starym kretynem.
Co to, to nie.
Szczególnie, że perspektywa ich wspólnych rozmów…
… Zdecydowanie mu się nie podobała.
Oparł się dłonią o drzwi, tuż obok głowy Felixa i zaraz nachylił się do niego, zatrzymując się zaledwie kilka milimetrów od jego twarzy.
-A co, jeśli nie pójdę…?- zapytał, spoglądając na niego z niemą satysfakcją. Cóż to za rumieniec wstąpił na jego policzki…
Chłopak rzucił mu się na szyję, zupełnie dla Theodore’a niespodziewanie, przez co ten zachwiał się i niemalże upadł do tyłu, w ostatniej jednak chwili odzyskując równowagę. Teraz przyłapał się na tym, że to on reaguje na bliskość chłopaka stanowczo nazbyt mocno… Serce znowu drgnęło dziko, a w jego podbrzuszu rozlało się coś ciepłego, rozkosznie przyjemne i błogie uczucie.
-Pójdziesz, Theo?
Czy miał jakiekolwiek szanse nie zgodzić się w takich warunkach?
-Pójdę.
Ach.
Pies bywa przebieglejszy od swojego pana…?

Obudził go jakiś szelest. Mruknął coś jeszcze nie do końca świadomie, po czym przetarł oczy, rozglądając się po pomieszczeniu. Łóżko ugięło się lekko pod czyimś ciężarem. Gdy jego wzrok przyzwyczaił się wreszcie do ciemności, dostrzegł tuż nad sobą twarz Felixa, który rozsiadł się na jego nogach.
-Felix…?- zapytał, wciąż jeszcze mocno zaspany.
Chłopak nie odpowiedział. Zamiast tego nachylił się w jego kierunku i musnął jego wargi.
-Kurwa mać!- zaklął donośnie Theodore. O tak, to zdecydowanie wystarczyło mu do natychmiastowego obudzenia. Co ten dzieciak, do wszystkich diabłów, wyrabiał? Podniósł się prędko do pozycji siedzącej, chwytając rudowłosego za ramiona. Nie zareagował. Mimo zdecydowanego oporu mężczyzny ponownie przylgnął do jego warg w pocałunku, tym razem nieco dłuższym i bardziej pewnym.
Theodore odepchnął go od siebie gwałtownie bez zbędnej subtelności.
-Wypierdalaj, Felix!- warknął, a w jego głosie prócz zdenerwowania pobrzmiewało coś zupełnie innego. Strach. Strach przed własnym, bijącym jak oszalałe, sercem, przyspieszonym oddechem i podnieceniem, zdającym się przenikać przez całe jego ciało.
Rudowłosy nie wydawał się tym wielce urażony, bo zaraz na powrót usiadł okrakiem na jego nogach i chwycił go mocno za szyję, przyciągając do pocałunku, jeszcze innego niż oba poprzednie. Wargi chłopaka były gorące, a ich dotyk sprawił, że Theodore na dłuższą chwilę zapomniał zupełnie, jak się oddycha. Wszystko zdawało się być takie nieprawdopodobne… Chłopak całował go żarliwie i mocno, a jednak bez większej wprawy, Theodore bez problemu wyczuł, że zapewne nigdy wcześniej całował się z nikim w taki sposób. Język rudowłosego przesunął się niepewnie po jego wargach. Do diabła…
Nie potrafił przestać. Jego dłonie nadal zaciskały się mocno na ramionach chłopaka. Prawdopodobnie zbyt mocno, wbijając się głęboko w jego skórę, a jednak tym razem wcale nie chodziło o to, żeby go odepchnąć.
Nie.
Chciał go przy sobie zatrzymać. Jak najdłużej.
Jego wargi rozchyliły się w niemym zaproszeniu, a język rudowłosego wsunął się między nie. Theodore nie czekał długo, a jego niepewność powoli zastępowało zupełnie inne uczucie. Pożądanie. Ich języki splotły się ze sobą w pełnym namiętności tańcu.
Przestał zwracać uwagę na niedoświadczenie Felixa. Przestał zwracać uwagę na jego niewinność, na wszystko to, o czym powinien w tej chwili myśleć.
Przestał zwracać uwagę na to, że… To Felix.
W jednej chwili oderwał się od jego warg i uniósł lekko, by zaraz zrzucić go z siebie i przygwoździć do pościeli.
-Theo…!- usłyszał jego pełen zdziwienia jęk, ale nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
Wpił się w jego szyję. Mocno, brutalnie, zbyt agresywnie. Nie potrafił jednak w tym momencie skupić uwagi na niczym innym prócz ciała chłopaka.
Pachniał zupełnie oszałamiająco, odbierając mu ostatki logiki i spokoju. Zassał mocniej jego skórę, słysząc jego ciche westchnienia. Doskonale wiedział, że jego gesty daleko odbiegają od subtelności, ale nie potrafił się w żaden sposób powstrzymać. Wszystko rozmazywało mu się przed oczyma.
Nie miał pojęcia, dlaczego. Może gdyby nie fakt, że nie potrafił się oderwać od rudowłosego, zorientowałby się, że po prostu płakał…?
Dłonie mu drżały, kiedy chaotycznie, prędko, starał się rozpiąć jego koszulę, w ostateczności właściwie rozrywając ją na jego ciele z niecierpliwości. Chłopak zdawał się być zupełnie bierny, może przerażony, ale w tym momencie nie było to coś, na co Theodore mógłby zwrócić uwagę. Wprost przeciwnie. Podobało mu się to. Podobała mu się jego uległość.
Nie czekał długo. Nachylił się nad nim, by złożyć na jego torsie kilka chaotycznych, łapczywych niemalże pocałunków. Miał takie piękne, delikatne ciało… Nawet, gdy błądząc po nim dłońmi, wyczuł pod palcami blizny, nie pozwoliło mu to się uspokoić ani na jedną chwilę. Szybkim ruchem zsunął z niego spodnie i odrzucił je gdzieś na bok.
-Theo…- teraz głos chłopaka pobrzmiewał autentycznym przerażeniem, ale Theodore zdawał się już tego nie słyszeć, zbyt pochłonięty jego widokiem, smakiem, zapachem… Wszystkim tym, co sprawiało, że zatracał się z każdą chwilą coraz bardziej.
Nie patrzył nawet na jego twarz, podświadomie chyba obawiając się tego, co może zobaczyć.
Ale przecież był specjalistą w okłamywaniu samego siebie, czyż nie…?
Uniósł jego biodra w górę i wszedł w niego mocno, zbyt brutalnie jak na obecną chwilę. Usłyszał donośny, przeciągły jęk chłopaka, przepełniony bólem, i poczuł, jak ten szarpnął się gwałtownie, próbując się wyrwać. Ale zaraz opadł zupełnie bezwładnie na poduszki, zaciskając palce na kołdrze i tłumiąc w sobie reakcje na ból. Theodore wchodził w niego raz po raz, wyjątkowo agresywnie, zagryzając wargi, by powstrzymać się od jęków. I nie było w tym nic pięknego ani podniosłego. Chodziło tylko i wyłącznie o jego żądzę, prymitywną fascynację jego ciałem, które zdawało się teraz należeć do kogoś zupełnie innego…
Felix nie istniał.
Zniknął chwilę po ich ostatnim pocałunku, zastąpiony przez kogoś zupełnie innego. Wyobraźnia Theodore’a zdawała się go okrutnie oszukiwać, a on wcale nie zamierzał rezygnować ze swojego złudzenia. Nieważne, kim był chłopak leżący pod nim, chłopak, którego pieprzył, ważne było jedynie to, kogo chciał zamiast niego widzieć. To dlatego, instynktownie niemal, nie patrzył na jego twarz.
Trwał w swoim słodkim kłamstwie do samego końca.
Wtulił twarz w jego szyję, szczytując w jego wnętrzu, ledwie chwilę wcześniej czując ciepło jego spermy na swoim brzuchu.
Ucałował chłopaka w okolicach szyi, delikatnie, niemalże czule, przymykając powieki i uśmiechając się lekko.
Felix nie istniał.

5 komentarzy:

  1. Anonimowy11:26 PM

    Może robię taki mały spam... ale nie mogę się powstrzymać przed komentowaniem.
    Kocham cię .
    Boginikokainy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzajemnie, robaczku i bynajmniej nie jest to spam ;). Dziękuję za komentarze.

      Usuń
  2. Uwielbiam twoje opowiadania *.* jak i inne to także jest cudowne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:19 PM

    Naprawdę świetne ;)

    OdpowiedzUsuń