Strony

niedziela, 22 maja 2011

6. Hotel Słoneczny [LPoH]

Od rana starałem się wszystko przemyśleć, poukładać, wyjaśnić… Nie potrafiłem zupełnie zrozumieć tego, co się ze mną działo. Biegałem jak ostatni wariat za chłopakiem, którego właściwie nie znałem. Chciałem go zobaczyć, martwiłem się, zastanawiałem… Prawie całą noc.
Powiedział, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Ba, powiedział to wielokrotnie. To był ten moment, w którym powinienem się wycofać i dać mu spokój, ale nie potrafiłem.
I nie byłem w stanie samemu sobie odpowiedzieć, czego tak właściwie od niego oczekiwałem.
Dopuszczałem do siebie różne dziwaczne myśli. Od fantazji seksualnych po zupełnie absurdalne plany, coś, co w ogóle nie powinno się pojawić. O ile to pierwsze potrafiłem sobie wyjaśnić po prostu fizjologią, faktem, że od tak dawna nie miałem z nikim kontaktów seksualnych, o tyle drugie było bardziej porażające, bo nie potrafiłem tego zrozumieć.
Nie chciałem nigdy z nikim mieszkać, ceniłem sobie swoją samotność, lubiłem mieć świadomość tego, że wszystko zależy ode mnie. A teraz przeszedłem do drugiej sypialni i przyłapałem się na tym, że zacząłem się zastanawiać jakby to było, gdyby mieszkał w niej Andy.
To było zupełnie idiotyczne i niewytłumaczalne.
Czułem się jak głupio zauroczony nastolatek, a przecież w tym wieku nie powinienem zachowywać się w taki sposób. Owszem, ktoś mógł mi się podobać, bardziej lub mniej, ale ja zachowywałem się jak stary wariat, który ugania się za kimś, u kogo w ogóle nie ma szans, i nie chce tego przyjąć do wiadomości.
Od rozmyślań oderwał mnie dźwięk telefonu.
-Słucham?- rzuciłem do słuchawki, widząc na wyświetlaczu, że dzwoni mój szef.
-Witaj, Mitchell.
-Dzień dobry, panie Carso. O co chodzi?
-Rozmawiałem wczoraj z Hugo…- o tak, tego właściwie mogłem się spodziewać- Nie ukrywam, że nie jestem do końca zadowolony z rezultatów owej rozmowy… Dlatego postanowiłem, że zapytam cię o to osobiście.
-Panie Carso…- zacząłem powoli. Czułem się jeszcze bardziej skrępowany niż wtedy, gdy mówiłem o tym Hugo. Znowu miałem świadomość tego, że na dobrą sprawę brakuje mi argumentów i nie wiem, jak dobrze wyjaśnić fakt, że na razie nie chcę wracać. A przecież samo to, że nie zostałem usunięty zupełnie z listy pracowników, było jedynie wyjątkową łaską mojego szefa.
-Nie, nie, Mitchell… Nie mów mi od razu, że nie wrócisz, proszę. Ja rozumiem, że życie różnie się układa… Ale właściwie nie powiedziałeś mi, dlaczego chcesz póki co zrezygnować. Wtedy nie naciskałem, ale teraz jestem ciekawy. Jaka była przyczyna twojego odejścia?
Zawahałem się, zastanawiając przez dłuższą chwilę. Nie miałem bladego pojęcia, co odpowiedzieć.
-Nie wiem…- przyznałem w końcu nieco bezradnie- Chyba to nie było nic konkretnego… Chyba chciałem po prostu… Coś zmienić.
Chyba właśnie tak. Chyba oczekiwałem, że zmiana tego rodzaju sprawi, że nagle zmieni się wszystko. Że skończy się codzienna rutyna. To nie było takie proste.
-I co? Coś się zmieniło, Mitchell…?- głos mężczyzny był niemal serdeczny, chociaż miałem wrażenie, że traktuje mnie tak, jakbym był nie do końca sprawny umysłowo. Co zresztą, w obliczu ostatnich zdarzeń, wcale nie mogło mnie dziwić.
-Nie… Nie wiem…- nie miałem pojęcia. Samo odejście z pracy nie zmieniło niczego. Sprawiło tylko, że zwolniło się kilka godzin mojego dnia, że niektóre czynności przestawiły się w czasie, ale jeśli chodzi o jakieś konkretne zmiany… Nie zmieniło się nic. Może poza wyjątkiem tego, że poznałem Andy’ego, ale to raczej nie łączyło się kluczowo z chwilową rezygnacją z życia zawodowego- Coś się chyba zmieniło.
-Na płaszczyźnie zawodowej czy prywatnej?
-Nie wiem- odpowiedziałem po raz kolejny, czując się jak idiota. To nie były zmiany na płaszczyźnie zawodowej, ale z drugiej strony… Nie wiedziałem, czy można je nazwać prywatnymi. Gdybym opowiedział mojemu szefowi, że jedyną istotną zmianą w moim życiu było poznanie przeuroczego szesnastolatka, za którym biegam, jakbym zupełnie zwariował na jego punkcie, to chyba poważnie zwątpiłby w moją zdolność logicznego rozumowania – Raczej na tej drugiej.
-To coś istotnego, Mitchell?
-N… Nie wiem…
Och Boże.
Naprawdę, staram się być elokwentny, ale nie potrafię skonstruować nic bardziej szczerego. Ja naprawdę nie mam bladego pojęcia, jak mógłbym to wyrazić.
-Rozumiem, Mitchell…- usłyszałem, jak wzdycha głęboko- A jednak… Jeśli nie jest to coś, co koliduje z pracą… Wiem, że nie zawsze da się wszystko pogodzić i rozumiem, że na razie nie potrzebujesz zatrudnienia, ale nie ukrywam, że zależy mi na tobie jako pracowniku. Zawsze trzeba dać szansę. Nawet samemu sobie. Więc jeśli teraz dobrze to przemyślisz, to może mógłbyś wrócić na jakiś czas i sprawdzić, czy ci to odpowiada…
Zawsze trzeba dać szansę.
Zmarszczyłem brwi i westchnąłem cicho. Kto miałby dać szansę Andy’emu? Nie miałem nawet pojęcia, czy chodzi do szkoły. Wiedziałem, że mieszka w podrzędnym hotelu w kiepskiej dzielnicy. Że nie ma pieniędzy i prawdopodobnie nie wiedzie mu się najlepiej. I tyle. Kto da szansę jemu?
Kto da szansę jemu, jeśli nie… Ja?
Może interpretowałem to zbyt dowolnie i być może chciałem działać również na swoją korzyść… Ale naprawdę chciałem…
-Mitchell…? Jesteś tam?
-Och. Tak, tak- zreflektowałem się, powracając myślami do chwili obecnej- Przepraszam… Każdemu trzeba dać szansę, zgadzam się, dobrze…
-Tak?- podchwycił mój szef z wyjątkowym entuzjazmem- Więc to znaczy, że wracasz?
-Eee… Nie. Znaczy, na razie nie- podkreśliłem, przeczesując nerwowo włosy palcami- Bardzo przepraszam, ale muszę coś pilnie załatwić… W razie gdyby coś się zmieniło to zadzwonię, dobrze?
Mężczyzna westchnął głęboko.
-Dobrze, Mitchell. Przemyśl to.
Odłożyłem komórkę na komodę i przeszedłem do przedpokoju, ubierając się do wyjścia.
Chyba zupełnie oszalałem…

Wszedłem do Hotelu Słonecznego nieco niepewnie. Wnętrze było wyjątkowo obskurne i ciasne. Nie rozglądałem się zbyt dokładnie, jedyne, co zdążyłem zaobserwować, to schody prowadzące na pierwsze piętro, przy których zgromadzone zostały jakieś śpiwory. Miałem wrażenie, że każda osoba, która wchodziła lub wychodziła, wpatrywała się we mnie z zainteresowaniem lub politowaniem niemalże.
A ja czułem się, nie da się ukryć, nieco zażenowany. W końcu podszedłem do lady, przy której rozsiadł się wygodnie recepcjonista, podobny, jeśli chodzi o styl, do gotyckiego sprzedawcy z mojego osiedlowego sklepiku.
-Dzień dobry…- zacząłem, nieco nerwowo skubiąc zębami wargę.
-Mhm…- przeniósł na mnie badawcze spojrzenie- Pan po kogo…?
-Ja… Ja właściwie…- zawahałem się mocno, czując się jeszcze bardziej zbity z tropu.
-Tak, rozumiem skrępowanie- chłopak skinął lekko głową- Niech się pan nie martwi, wszyscy pierwszy raz się denerwują i raczej im się tutaj nie podoba… Lepiej zabrać na drugi raz swoją pocieszycielkę albo pocieszyciela w inne miejsce.
-C… Co?- wpatrywałem się w niego zupełnie osłupiały. Tak, zrozumiałem o co mu chodziło, ale nie da się ukryć, że nieco mnie to przeraziło. Andy też zarabiał w taki sposób…? Mówił przecież, że zdarzyło mu się to po raz pierwszy, ale już poznałem jego zdecydowanie trudne do zrozumienia poczucie humoru. A poza tym, przecież nie miał obowiązku mówienia mi prawdy w takich okolicznościach- Nie, nie- zaprzeczyłem w końcu, czerwieniąc się lekko- Chyba źle mnie pan zrozumiał…
Po raz kolejny zmierzył mnie uważnym spojrzeniem, tym razem bardziej zaniepokojonym i stwierdził chłodno:
-Z glinami nie gadam.
-Nie - jęknąłem cicho. To było zupełnie żałosne- Nie jestem z policji… Ja po prostu szukam kogoś… Ale nie w jakichś… Dziwnych… Celach…- chłopak parsknął z politowaniem- Po prostu… Szukam Andy’ego.
Nie miałem nawet pojęcia, jak ma na nazwisko. To zdecydowanie nie świadczyło na moją korzyść.
-No na gliniarza rzeczywiście pan nie wygląda…- zaśmiał się cicho- Ale właściwie po co go pan szuka?
Zamilkłem. Nie miałem pojęcia, jak to w tym momencie wyjaśnić. Po raz kolejny dostrzegłem, że moje działania są zupełnie idiotyczne i nawet nie mają jasno określonych przyczyn, prócz jakiegoś przeczucia lub chęci zmiany.
Chciałem dać mu pieniądze. Czy to nie zupełnie idiotyczne? Chciałem dać mu pieniądze i jednocześnie wmówić sobie, że to jedyne, co mną kierowało. W rzeczywistości chyba chodziło o to, żeby go zobaczyć. Porozmawiać z nim chociaż chwilę. Jakbym był od niego uzależniony i dążył do spotkania za wszelką cenę.
-Mam mu coś do przekazania. Ale to nieistotne. Czy mógłby mi pan wskazać jego pokój?
Chłopak zaśmiał się niepohamowanie i pokręcił z niedowierzaniem głową.
-Pokój?- powtórzył z politowaniem i machnął ręką w kierunku schodów, przy których rozłożonych było kilka śpiworów- Drugi od lewej jego. Ale nie spodziewałbym się go tutaj na pana miejscu, wraca dopiero pod wieczór.
Wpatrywałem się we wskazane przez niego miejsce zupełnie zaszokowany. Andy tu spał? Przy schodach?
To było… Zupełnie niewiarygodne.
I nagle pomyślałem o czymś zupełnie innym. I nagle ponownie przypomniała mi się moja mniejsza sypialnia, zupełnie pusta, niewykorzystana. I nagle strasznie zapragnąłem, żeby wrócił dzisiaj ze mną.
-Więc… Co takiego ma mu pan do przekazania?- chłopak wychylił się ciekawie przez ladę- Jakby co, to może pan to zostawić u mnie… Serio, jestem zaufany. Zostawia u mnie wszystko, co ważniejsze, tutaj raczej nie należy droższych rzeczy trzymać na widoku… A właściwie żadnych rzeczy nie należy trzymać na widoku.
-Chciałbym… Zabrać go do siebie.
-W jakichś niegodziwych celach…?- zdawał się parafrazować moje poprzednie słowa ze złośliwym uśmieszkiem.
-Nie, nie… Chciałbym go zabrać, żeby… Chciałbym, żeby ze mną zamieszkał- zaryzykowałem w końcu. Trudno było powiedzieć to głośno. Nawet w moich myślach brzmiało absurdalnie. Mina owego chłopaka przekonała mnie, że wypowiedziane głośno brzmi tak samo.
-Ach tak…- parsknął cicho- Super. Brakuje panu zwierzątka domowego? Nie ma pan co zrobić z pieniędzmi? Proponuję zainwestować w chomika, ewentualnie coś większego, to mniej kłopotliwe, proszę mi wierzyć…- teraz jego ton, mimo pozornego spokoju, wydawał się być wręcz agresywny.
-Pan mnie chyba źle zrozumiał…- starałem się powoli wycofać.
-Nie, ja pana doskonale zrozumiałem. Nie jest pan pierwszym wspaniałomyślnym, który wpadł na taki pomysł. Szkoda tylko, że zazwyczaj odpowiada to innym tylko na chwilę… Przestanie stawać, to i przestanie interesować- uśmiechnął się bezczelnie, a ja spłonąłem rumieńcem.
To przecież nie było tak.
Chyba nie tak.
Nie chcę przecież, żeby uprawiał ze mną seks.
… Mitchell, cholerny kłamco.
Od kilku dni o niczym innym prawie nie myślałem.
Ale przecież nie chcę go do siebie zabrać pod takim pretekstem. Chcę mu pomóc. Nie chcę, żeby mieszkał w takim miejscu.
… A jeśli nie o to chodzi? Jeśli podświadomie dążę do czegoś zupełnie innego?
Bzdura, w życiu nie kierowały mną takie pobudki!
W takim razie jakie pobudki mną kierują…?
-Hej- usłyszałem tak dobrze znany mi głos i odwróciłem się, stając twarzą w twarz z Andy’m- Ja tylko po moją kartę jak możesz…- umilkł gwałtownie, gdy mnie zobaczył- Co tu robisz…?
-Cześć Andy, ja…
-Przyszedł cię zamknąć w złotej klatce- postanowił mnie wyręczyć recepcjonista, a rudowłosy spojrzał na mnie z niezrozumieniem.
-O co chodzi?
Przełknąłem cicho ślinę, zdobywając się na odwagę.
-Chcę… Żebyś ze mną zamieszkał.
Wpatrywał się we mnie w dłuższą chwilę, po czym… Parsknął z niedowierzaniem.
-Nie żartuj- rzucił, kręcąc głową.
-Nie żartuję.
-Nawet mnie nie znasz!
-Ale nie chcę żebyś… Mieszkał w takim miejscu…- zauważyłem, że rzucił krótkie spojrzenie w kierunku stosu śpiworów i zaczerwienił się nieznacznie- Nie mam wobec ciebie żadnych złych zamiarów…
-… Och nie, skąd…- wtrącił się recepcjonista.
-Chciałbym po prostu, żebyś ze mną zamieszkał.
-Och tak, z dobrego serca i bez żadnego powodu…
-Chcę ci pomóc.
-Kurwa mać, to nie Caritas. Każ mu wypierdalać, Andy, póki możesz.
Ale rudowłosy nawet na niego nie spojrzał, wciąż wpatrując się badawczo w moją twarz, po czym… Zupełnie niespodziewanie, zarówno dla recepcjonisty jak i dla mnie, skinął głową z krótkim:
-Dobrze.
-Andy…- chłopak zza lady spojrzał na niego z osłupieniem.
-Daj mi moje rzeczy- stwierdził cicho rudowłosy, a ja nie mogłem odkryć, czy się cieszy, czy raczej wprost przeciwnie. Daleko mu było w tym momencie do stanu ducha chłopaka, którego poznałem tamtego dnia, na moich urodzinach. Nie był radosny, nie miał w sobie tyle energii. Teraz wydawał się zgaszony, dziwnie bezradny. Bez życia.
-Pomyśl, co wyrabiasz, Andy…- spróbował raz jeszcze chłopak, kręcąc z niedowierzaniem głową- Przecież sam wiesz, jak jest…
-Daj mi moje rzeczy- powtórzył po raz kolejny rudzielec, a recepcjonista parsknął cicho, wyciągając spod lady cały wór o trudnej do zidentyfikowania zawartości.
-Proszę. Jak sobie chcesz- stwierdził jedynie cicho, wzruszywszy ramionami- Liczę dni do twojego powrotu…
Czułem się dziwnie. Przecież wcale nie traktowałem Andy’ego przedmiotowo. Nie licząc… Pewnych momentów… Ale nie robiłem tego. Naprawdę zależało mi na czymś innym. Nie brałem go do siebie, żeby się z nim kochać.
Chyba nie…

Przez całą drogę starałem się z nim nawiązać jakąś rozmowę, ale nie wydawał się tym zainteresowany. Potakiwał coś albo mruczał niewyraźnie pod nosem. Dziwiło mnie to. Sądziłem, że będzie miał więcej pytań, że będzie się wahał, w ogóle nie spodziewałem się, że się zgodzi. A już na pewno nie tak łatwo.
On tymczasem wydawał się być jakiś osowiały, jakby było mu obojętne, gdzie się znajdzie, i wcale nie interesowało go, co go czeka u mnie. Nic go nie interesowało.
-Proszę- otworzyłem drzwi od mieszkania i gestem dłoni zaprosiłem go do środka.
Stanął na przedpokoju z owym workiem w rękach i rozejrzał się nieco niepewnie, po czym odrzucił go na posadzkę i zdjął z siebie kurtkę. Natychmiast pospieszyłem mu z pomocą i zaraz odwiesiłem ją na wieszak.
-Dzięki- odparł krótko, a ja uśmiechnąłem się do niego lekko. Bynajmniej nie odwzajemnił tego gestu.
-Może coś zjesz? Nie umiem, co prawda, najlepiej gotować, ale myślę, że uda mi się coś zrobić…
-Nie- odparł cicho- Nie jestem głodny.
Chwyciłem go delikatnie za brodę, unosząc jego twarz i spoglądając z uwagą na wciąż mocno wyraźnego siniaka pod jego okiem. Pogłaskałem go lekko, po policzku, mimowolnie chyba z krótkim:
-Jest lepiej.
-Mhm- przytaknął jakoś chaotycznie, cofając się prędko, a ja natychmiast w duchu skarciłem się za ten gest. Mitchell, do licha! Świetnie, udowodnij mu jeszcze dobitniej jego teorię o twoich zboczeniach! Jesteś świetny!
-Masz może na coś ochotę? Powinienem coś kupić, chcesz coś obejrzeć, poczytać, może wziąć kąpiel…?- chciałem zrobić cokolwiek. Cokolwiek, żeby się uśmiechnął, a z jego twarzy zniknął ten ponury wyraz. Żeby znowu zachowywał się tak jak tamtego dnia. Ale on wydawał się być przygnębiony, a ja nie pytałem, dlaczego. I tak wiedziałem, że się nie dowiem.
-Nie…- zaprzeczył cicho, kręcąc głową- Chciałbym… Chciałbym się położyć. Mógłbym…?- spojrzał na mnie nieco nieśmiało- Wolałbym się przespać przed tym…
… Przed tym?
-W porządku- odpowiedziałem natychmiast, prowadząc go do mniejszej sypialni i wskazując mu łóżko.
-Dzięki- uśmiechnął się do mnie nieco blado, ale z autentyczną wdzięcznością.
-Nie ma sprawy- odparłem cicho- Zostawię cię samego. Gdybyś czegoś potrzebował, przyjdź.
Wróciłem do salonu, nie mogąc wciąż uwierzyć we własne szczęście.
Czując się jak zupełny wariat manewrujący pomiędzy radością a niepokojem.
I zastanawiając się nad jego słowami…
To dopiero była zmiana. Najbardziej nieoczekiwana i najbardziej trudna do uwierzenia.
Zmiana, której nie mogłem się w ogóle spodziewać.
Zmiana, która teraz spała spokojnie w pokoju obok, i wstanie, i jutro też tutaj będzie. I z którą trzeba się będzie nauczyć żyć i której tak bardzo chciałem się poświęcić, że znowu zaczynałem wątpić w swoją normalność.
Zmiana, której na imię było Andy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz