Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 6 # [Theodore]

Theodore przebudził się z samego rana, mając w myślach wspomnienie wczorajszej nocy. Dotyk delikatnych ust, oszałamiający zapach rozpiętego pod nim ciała, smak jasnej skóry, miękkie, rude włosy… To było piękne. To było wspaniałe. Na jego wargach zagościł lekki, nieco nieprzytomny, który zaraz zmienił się w pełen zwykłej niechęci grymas.
Piękne? Bzdura! Jego umysł wprowadzał go w stan uniesienia, by zaraz gwałtownie z powrotem sprowadzić na ziemię. Upewnić raz jeszcze w tym, że wszystko, co miało miejsce wczorajszej nocy, było zaledwie snem, marą, wspomnieniem tego, co się stało…
Powrotem do przeszłości, krainy spokoju, z czasów, do których nie dało się już cofnąć. Kiedy miał u swojego boku jego, kiedy wszystko było tak idealnie proste, tak idealnie…
… Rude włosy.
Uniósł się lekko na łokciach, przerywając swe rozmyślania, kiedy jeden szczegół dotyczący wczorajszego wieczoru wdarł się brutalnie do jego świadomości.
Rude włosy…?
Do diabła.
To nie było żadne wspomnienie.
To był Felix.
Theodore rozejrzał się. Leżał zawinięty w kołdrę, a jednak coś było nie tak. Pomijając już fakt, że cała pościel była dziwnie zmięta. Gdzieś ukradkiem przyuważył zagubione guziki koszuli od piżamy, rozdartej wczoraj nazbyt gwałtownie i agresywnie. Podniósł się odrobinę i wymacał pod kołdrą swoje spodnie, po czym naciągnął je na siebie, czując jednocześnie ślady zaschniętej gdzieniegdzie na jego skórze spermy.
W jednej chwili poderwał się z łóżka, jak oparzony, przeczesując nerwowo włosy palcami i rozglądając po pomieszczeniu jak w amoku. Chwycił za kołdrę, ściągając ją z łóżka i aż odetchnął głębiej, starając się zachować spokój. Plamy krwi. Pojedyncze, drobne, a jednak prezentujące się aż nazbyt okazale na białym prześcieradle. Przetarł twarz dłonią, nie mając pojęcia, co robić.
Brawo, Theodore, mistrzu subtelności!
Jakże brawurowo udało ci się od niego odseparować!
Cóż za godna podziwu obojętność!
Wziął kolejny, głęboki oddech, opierając się ciężko o komodę i starając się zachować równowagę. Do diabła… Co on najlepszego zrobił?
Zresztą… Jak to on?!
Chłopak sam do niego przyszedł… Sam do niego przyszedł, to przecież oczywiste, sam go pocałował… Cholerny, wszystko to jego wina! Jego przeklęta wina! Gdyby nie to, nie stracił by nad sobą panowania! Mały, przeklęty bękart, doskonale wiedział, co robi! Chciał go uwieść, uwieść, do diabła, i tyle! No i udało mu się! Co z tego?! To jego sprawa, Theodore nie był winien!
… Cholerny kłamca.
Kłamstwo, które tak usilnie starał się sobie wmówić, pobrzmiewało w jego myślach tak obłudnie i nieszczerze, że aż zagotowało się w nim z wściekłości.
Do diabła z tym wszystkim!
Felix był tylko dzieciakiem. Mimo swojego wieku. Niedojrzałym, pozostałym na pewnym etapie, niedorosłym jeszcze, dzieciakiem. Dzieciak nie chciał go uwieść. Może był ciekaw, może chciał sprawdzić, nieważne. Może nawet liczył na cokolwiek więcej, ale raczej Theodore przy najszczerszych chęciach miał problem z tym, żeby we własnych myślach zakodować sobie, że Felix przyszedł do niego z entuzjastycznym zamiarem bycia zgwałconym. Tym bardziej, że nie było go tutaj teraz… Też coś! Dobrze, że go nie było! Nie potrafiłby mu spojrzeć w oczy!
Cholera jasna! Dał się ponieść swoim emocjom. Dał się zupełnie rozbroić własnym odczuciom, przejąć kontrolę nad swoim ciałem pragnieniom, które nie miały przecież z Felixem nic wspólnego. Chłopak nie powinien brać w tym udziału.
I gdzie teraz był…?
Theodore nie zdziwił się, gdyby uciekł stąd od razu po całym zajściu. Nie pamiętał, co działo się potem. Nie pamiętał, do diabła! Zbyt zamroczony, oszołomiony, zbyt chętny zapomnienia. Pamiętał, że się do niego przytulił, to wszystko. Nie, nie do Felixa. Do jego żałosnego wspomnienia, patetycznie ziszczonego w ciele rudzielca.
… Jakież to wszystko idiotyczne.
Wytarł się prędko i niezbyt uważnie, po czym przebrał się w pierwsze lepsze ubrania i wyszedł. Chciał po prostu znaleźć chłopaka, to było w tym momencie najważniejsze. Nie, nie, żeby mu wszystko wyjaśnić.
Swoją drogą… Jakiego rodzaju miałyby to być wyjaśnienia?
Po prostu trzeba było mu pomóc, skoro już zachował się w stosunku do niego w sposób tak brutalny i nieprzemyślany.
Po raz kolejny jego złote zasady poszły się pieprzyć.
A zresztą…
Głupi dzieciak!
Miał ochotę zatrzymać się i rąbnąć głową o ścianę, jakby rzeczywiście mogło mu to pomóc odzyskać zdolność logicznego myślenia. W końcu jednak wszedł do pokoju Felixa, mając nadzieję i obawę jednocześnie, że go tam zastanie.
Mylił się. Łóżko było idealnie pościelone, chłopak od wczorajszego wieczora najwyraźniej nawet w nim nie był.
Doskonale.
Theodore westchnął głęboko, przecierając skronie. Gdzie mógłby się u diabła podziewać?
Przeszedł do łazienki Felixa, ale ta również była pusta. Co mógł zrobić po tym wszystkim? Gdzie mógł się udać?
A jeśli…
A jeśli Richard…?
Jeśli poszedł i powiedział wszystko temu staremu idiocie i teraz…
Nie.
Felix by tego nie zrobił.
Głupia naiwność i zbyt pewne przekonanie. Równie pewnie mógłby powiedzieć jeszcze wczoraj, że Felix z pewnością nie wlazłby mu do łóżka w celach dwuznacznych. Ale przylazł. Głupi, głupi dzieciak!
Denerwował się. I był wściekły. Ale nawet w tej wściekłości igrała odrobina strachu i niechęci do samego siebie. Nieważne, co próbował w tym momencie myśleć i jak starał się usprawiedliwiać. Felix nie miał z całą sytuacją nic wspólnego. Nie sprowokował go, nie umyślnie przynajmniej. To Theodore potraktował go w taki, a nie inny sposób i trudno było winą za swoje zachowanie obarczać chłopaka, który zresztą prezentował się iście niewinnie w każdej jednej dziedzinie…
… Chociaż ten pocałunek…
Kurwa! Powinien raz jeszcze rozpatrzyć perspektywę rąbnięcia głową o ścianę, bo logiczne myślenie wcale nie chciało powrócić, mimo usilnych starań.
W końcu zszedł na sam dół, do łazienki dla pracowników, i dopiero, gdy zobaczył zapalone światło, zdał sobie z czegoś sprawę. Nie czekając ani chwili, wszedł od razu do środka. Cóż, zawsze mógł schrzanić i wejść podczas prysznica Mirthy albo którejś ze służących, ale co z tego…?
Nie schrzanił. Felix był tutaj. Stał w kabinie prysznicowej, nie odkręcając jednak wody, a po prostu starając się z siebie zetrzeć resztki spermy, a następnie sięgnął dłonią pomiędzy swoje pośladki i aż jęknął donośnie, po czym oparł się całym ciężarem ciała o ściankę prysznica, nie zdając sobie najwyraźniej sprawy z obecności Theodore’a.
Po to tutaj przylazł. Wstydził się. Nie wrócił do sypialni i do swojej łazienki, bo sądził, że tam zostanie znaleziony. No pięknie. Wyrzuty sumienia dopadły Theodore’a ze zdwojoną siłą, a serce zabiło szybciej ze strachu. A jeśli zrobił mu coś poważnego? Raczej trudno go było posądzić o szeroko rozumianą subtelność, prawda?
-Felix…- zaczął ostrożnie, a rudzielec aż podskoczył gwałtownie, rąbnąwszy głową o ściankę prysznica.
-Theo!- krzyknął, pąsowiejąc natychmiast i wchodząc głębiej do kabiny, zaczerwieniony i zawstydzony, jakby Theodore właśnie niechcący wszedł w czasie jego kąpieli, a nie wczorajszej nocy potraktował go w ten, a nie inny sposób.
-Felix, wyjdź stamtąd- starał się być jako tako łagodny.
-N… Nie, Theo…- odparł powoli chłopak, najwyraźniej wahając się- Sam sobie dam radę, wszystko w porządku.
Wszystko w porządku…?
Kurwa mać! Znowu to samo! Felix zachowywał się, jakby stłukł sobie kolano, a Theodore aż nazbyt opiekuńczo starał się mu na siłę pomóc.
-Felix, nie dasz rady. Wyjdź. Muszę sprawdzić, czy coś ci się stało- nadal silił się na spokój, chociaż odpowiedź już znał. Potraktował go zupełnie przedmiotowo, nie zwracając uwagi na jego odczucia. Na jego nikły, ale jednak obecny protest… Krew na pościeli raczej nie jest najlepszym dowodem na to, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Rudowłosy wciąż wpatrywał się w niego z zażenowaniem, ale w końcu wyszedł powoli spod prysznica, odrobinę chwiejnie, i zatrzymał się przed Theodore’em, w groteskowy niemal sposób zasłaniając ciało rękoma. Theodore westchnął ciężko, odsuwając jego ręce, i odwrócił go do siebie tyłem, po czym kucnął na posadzce.
-Theo!- jęknął Felix, zasłaniając purpurową twarz dłońmi- Nie patrz tam! To krępujące!
-Muszę…- stwierdził powoli Theodore z cichym westchnieniem- Zresztą nie sądzisz, że bardziej krępujące jest wchodzenie komuś nocą do łóżka?
-Chciałem cię tylko pocałować- teraz Felix wydawał się już zupełnie zażenowany.
… Świetnie.
Trudno o lepszy sposób do wzbudzenia u Theodore’a większego jeszcze poczucia winy. Nie mógł przecież oczekiwać, że Felix chciał od niego czegokolwiek ponad to. Przesunął dłonią po jego udach, na których tylniej części wciąż widniały niedokładnie zmyte, zaschnięte strużki spermy i inne, pojedyncze, typowo krwawe. Odetchnął raz jeszcze. Spokój, do licha…
-Czemu nie odkręciłeś wody, Felix…?- zapytał powoli. W rzeczywistości miał to gdzieś. Musiał się skupić na czymkolwiek innym prócz przeklinania samego siebie.
-Nie umiem tego regulować, Theo, jest za ciepła… Bolało, gdy…- wskazał nieco skrępowanie na swoje pośladki i ponownie zakrył twarz dłońmi.
Theodore wsunął możliwie najdelikatniej palec pomiędzy jego pośladki. Felix jęknął donośnie z bólu i poruszył się niespokojnie. Theodore przesunął palcami wzdłuż jego wejścia, mocno zaczerwienionego i podrażnionego. Krew już nie leciała. To był zdecydowanie dobry sygnał jak na chwilę obecną. Chciał dopytać o coś chłopaka, ale ostatecznie zrezygnował, nie chcąc go jeszcze bardziej przerazić i zdenerwować. Wsunął powoli palec w jego wejście. Felix zaskamlał z bólu, a Theodore cofnął w końcu dłoń z ciężkim westchnieniem i wytarł się o papier.
-Co mi jest, Theo…?- rudowłosy zerknął na niego pytająco przez ramię.
-Nic- odparł krótko Theodore, jakby to rzeczywiście była prawda- Jesteś trochę… Trochę poobcierany. Wymyję cię i zaraz wrócisz do pokoju, dobrze?
Chłopak pociągnął nosem i pokiwał głową, pozwalając mu się wprowadzić z powrotem do kabiny prysznicowej. Theodore co prawda nastawił wodę na chłodniejszą, ale i tak nie chciał sprawić chłopakowi bólu i jedynie opłukał dokładnie całe jego ciało, pozostawiając jednak jego pośladki w spokoju, bo Felix reagował pełnym bólu jęknięciem na każdy, choćby i najbardziej subtelny dotyk.
… No tak, subtelnym trzeba było być wczoraj.
Teraz jednak w oczy rzuciło mu się co innego. Intensywnie czerwone ślady na szyi chłopaka. Kolejny dowód jego delikatności względem niego. Zasinienia na ramionach. Zadrapania na całym ciele.
Świetnie, Theodore, po prostu cudownie. Co tam, i tak ma dużo blizn, prawda? Zostaw parę i ty, nie możesz być gorszy…
Wyprowadził go z kabiny i wytarł dokładnie, wciąż jednak ze spóźnioną delikatnością.
-Mogę iść już do pokoju?- upewnił się Felix, a Theodore skinął głową, obserwując, jak ten sięga po rozdartą koszulę i spodnie od piżamy.
-Nie, nie- rzucił prędko i owinął go ręcznikiem wokół pasa. Jeszcze mu nie odbiło, żeby pozwalać Felixowi chodzić po całym domu jak ofiara gwałtu.
… Którą, jakby nie patrzeć, był.
-Idź- polecił w końcu- Gdyby ktoś pytał, to… To brałeś kąpiel.
Po prostu. Tak jakby miał prawo wymagać od Felixa, żeby ten łgał. Ale rudowłosy pokiwał jedynie gorliwie głową i wyszedł z łazienki, wciąż chwiejąc się na nogach i kołysząc nienaturalnie, po czym ruszył po schodach, na górę. Theodore westchnął cicho, przecierając skronie.
Uprzątnął wszystko, zabrał ubrania chłopaka i wyrzucił je do śmietników, za dom. Jeszcze tylko tego mu brakowało, żeby ktoś, nie daj Boże, zorientował się, co tutaj zaszło. Przeszedł do kuchni.
-… jak możesz odznaczać się taką nieodpowiedzialnością i nie reagować, gdy…- Carmen przerwała karcenie pokojówki i spojrzała na Theodore’a uważnie- Co z tobą?- zapytała, stosunkowo szorstko, a dziewczyna chyba wykorzystała jej nieuwagę, żeby prędko wyjść- Wyglądasz, jakbyś nie spał całą noc.
… Spał. I może w tym właśnie problem. Całkiem dobrze jak na niego.
-Znowu bóle głowy?
-Mhm…- potwierdził, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Bólów głowy nie było. Może dlatego, że nie miał zupełnie czasu o nich myśleć, zbyt przerażony perspektywą tego, co wydarzyło się w nocy. Podszedł do szafki, w której zwykle znajdowały się wszelkie lekarstwa i opatrunki, po czym otworzył ją.
Ale ku jego zaskoczeniu, w środku znalazł jedynie jakieś przyprawy. Odwrócił się w kierunku Carmen, nieco zbity z tropu.
-Szukasz czegoś…?- zapytała, unosząc brew.
-Tak…- potwierdził cicho- Przestawiałaś lekarstwa?
-Och, tak, zrobiłam małe przemeblowanie w kuchni, jeszcze nie zdążyłam ci powiedzieć…- stwierdziła, po czym sięgnęła do jednej z szafek, tuż obok miejsca, w którym stała, i wyjęła z niej tabletki na ból głowy, podając je Theodore’owi z krótkim- Proszę.
Theodore wziął je i obrócił niepewnie w dłoniach.
-Co?- wciąż wpatrywała się w niego badawczo- Nie po nie przyszedłeś?
-Nie…- odparł powoli, odkładając opakowanie na stół.
-A po co?- Carmen najwyraźniej nie zamierzała ustąpić i pozwolić mu znaleźć wszystkiego, co potrzebne, samemu- Powiedz, zaraz ci poszukam.
-Potrzebuję… Potrzebuję maści…- stwierdził w końcu, odrobinę niepewnie.
-Maści…?- powtórzyła Carmen, marszcząc brwi- Jakiej?
Świetnie…
Jak to dobrze wiedzieć, że jest aż tak łaskawa i uczynna…
Theodore milczał przez dłuższą chwilę, zmagając się z samym sobą. Jeśli rzuci coś w stylu: „Sam znajdę”, zabrzmi to po prostu idiotycznie i przede wszystkim podejrzanie. A przecież mimo najszczerszych w tym momencie chęci nie mógł się wycofać. Nie zamierzał pozostawić Felixa bez odpowiedniej opieki.
-Na odparzenia- zaryzykował w końcu, obserwując jak brwi Carmen unoszą się w wyrazie zdziwienia.
-Na odparzenia czego…?- zapytała, spoglądając na niego dziwnie badawczo, niemal przeszywająco.
-Na odparzenia po prostu- uciął przytrzymując Theodore z nutką irytacji w głosie. Że też akurat w takim momencie musiała się do niego doczepić.
Carmen podała mu w końcu maść, ją jednak odrobinę zbyt długo, by mógł to uznać za normalne. Theodore zaklął cicho w duchu. Niech po prostu się odczepi i da mu święty spokój, do diabła…
-Chodzi o tego dzieciaka?
-Nie- warknął Theodore, nie kryjąc już swojej złości- Chodzi o mnie. Masz jeszcze jakieś pytania, czy mogę wreszcie się zająć tym, czym zająć się powinienem?
Carmen wykrzywiła wargi w czymś na kształt uśmiechu i odsunęła się, nie zwracając już na mężczyznę większej uwagi. Theodore byłby jednak człowiekiem zbyt naiwnym, żeby wierzyć, że tak po prostu to zostawi.
Nie miał jednak czasu głębiej się nad tym zastanawiać i po prostu opuścił kuchnię, a następnie skierował się schodami na górę, do sypialni chłopaka. Felix kręcił się nieco nerwowo po pomieszczeniu.
-Siadaj- polecił krótko Thedore, ale rudzielec spojrzał na niego odrobinę spłoszony i jęknął cicho:
-Nie mogę. Strasznie boli.
… Tego mógł się spodziewać.
Miłego wypróżniania się przez najbliższe kilka dni, do licha…
-Powoli. Spróbuj się położyć, może być nawet na brzuchu- poinstruował go, aż dziwiąc się swojej cierpliwości, wynikającej chyba tylko i wyłącznie z tego przeklętego poczucia winy i niechęci do samego siebie. Do tej pory nie mógł wprost uwierzyć, że posunął się względem niego do czegoś takiego…
… Co wcale nie znaczyło, że zamierzał go przepraszać. Bądź co bądź, wstrętny bachor sam do niego przylazł.
… Nieważne, w jakim celu.
Liczył się efekt, do którego bądź co bądź się przyczynił.
Felix spojrzał na niego odrobinę bezradnie, ale ostatecznie przysiadł na łóżku, krzywiąc się nieznacznie, i w końcu położył się na pościeli, wpatrując się w Theodore’a tymi dużymi, intensywnie zielonymi i tętniącymi wprost niewinnością oczyma.
… Gdyby równie niewinne mogły wydawać się wczorajszej nocy…
Theodore przysiadł w nogach łóżka i sięgnął do ręcznika chłopaka, zsuwając go z jego bioder. Twarz rudowłosego natychmiast pokryła się rumieńcem.
-C… Co robisz, Theo…?
-Muszę posmarować cię maścią. Na pewno nie zlikwiduje to bólu, ale powinno przyspieszyć gojenie…- cóż, z tym i tak będzie ciężko. Zdecydowanie nie było to najlepsze miejsce na wszelkie skaleczenia, najłatwiejsze, jeśli chodzi, o gojenie też nie.
-A… Ale nie tam…?- Felix jęknął iście naiwnie.
Theodore westchnął głęboko i nie wyjaśniając już nic więcej przesunął się powoli do przodu, rozchylając nogi chłopaka i siadając pomiędzy nimi. Nabrał na dłonie całkiem pokaźną ilość maści i wsunął powoli palec do jego wnętrza, starając się to zrobić możliwie jak najbardziej delikatnie. Felix natychmiast wierzgnął dziko i zacisnął powieki, krzywiąc się z bólu.
Cholera jasna. Theodore odruchowo niemalże się wycofał.
Do diabła, nie patrz na jego twarz! I tak musisz to zrobić, u licha!
Jeśli w tym momencie Felix czuł taki ból, to Theodore nawet nie chciał się zastanowić, co działo się z nim wczoraj, tuż po tej nocnej eskapadzie do jego pokoju.
Odetchnął raz jeszcze, starając się skupić wyłącznie na wykonywanej przez siebie czynności i na powrót wsunął w niego głębiej palec.
-Boli, Theo!- zaprotestował natychmiast Felix z donośnym jękiem skargi.
-To oczywiste, że boli- skwitował Theodore, nie bardzo wiedząc, co innego może odpowiedzieć. Z niejakim zdziwieniem dostrzegł, że męskość chłopaka stwardniała odrobinę.
Do diabła.
To dopiero nazywa się pracą w ciężkich warunkach.
Owszem, w niektórych przypadkach, podobne zachowania mogły być nawet przyjemne, ale z pewnością ta sytuacja do owych „przypadków” się nie zaliczała.
-Theo!- jęknął po raz kolejny rudzielec, łkając cicho, z pojedynczymi łzami spływającymi po jego policzkach- Naprawdę strasznie boli!
-Na litość boską…- wycedził przez zęby, nie przerywając wykonywanej przez siebie czynności- Wczoraj tak nie wyłeś. A wkładałem w ciebie coś większego.
Chłopak chlipnął cichutko i burknął:
-…No nie sądzę, Theo.
Theodore zmrużył oczy, posłał Felixowi iście mordercze spojrzenie i podparł się obiema dłońmi na pościeli, wciąż wpatrując się w niego srogo.
-N… No co?
-Ja ci dam „nie sądzę”, złośliwcze- wycedził przez zęby, z cichym rozbawieniem i chwycił go w ramiona, by przetoczyć się z nim kilkakrotnie w pościeli, słysząc jego miarowe śmiechy.
-Theo!- zachichotał, gdy w końcu zatrzymali się, a Theodore zawisł tuż nad nim. Aż dziwne, że w takich warunkach dzieciak nie narzekał na ból.
Theodore również uśmiechnął się delikatnie, ale zaraz wycofał się nieznacznie, gdy wyczuł mocno już nabrzmiałą męskość chłopaka.
-No dobrze…- stwierdził powoli, po czym przesunął się na brzeg łóżka i chwycił za ręcznik- Na dziś wystarczy…- udawał, że wcale tego nie zauważył. Tak jakby rzeczywiście mógł… Widział, że Felix jest wyraźnie skrępowany i nie wie, jak ma się zachować. Theodore też nie miał pojęcia, co mógłby w tej sytuacji powiedzieć- Ubierz się, zaraz ktoś przyniesie ci śniadanie.
… I zrób coś z tym do tego czasu.

Theodore czuł się zupełnie rozbity.
Przez to, co wydarzyło się wczoraj. Przez to, co zrobił, czego się dopuścił. Nie podejrzewałby nigdy, że coś takiego może się wydarzyć. A jednak…
Przez zachowanie Felixa. Jego niewinność, wstyd, brak jakichkolwiek pretensji i żalu… A przecież oczekiwał… Nie, właściwie sam nie wiedział, czego oczekiwał. A jednak wydawało mu się, że chłopak powinien traktować go chociażby odrobinę inaczej. Nie jak zawstydzony kochanek po wspólnie spędzonej nocy, ale jak ktoś, kto został rzeczywiście wykorzystany. Bo przecież tamtą sytuację trudno było skwitować jakkolwiek inaczej.
Ale tym, co rozbrajało go zupełnie, było to, jak ciało Felixa zdawało się reagować na jego bliskość… To było zupełnie niedorzeczne i porażające, a jednocześnie…
Theodore’a zaczęły nawiedzać różne myśli. Dziwne myśli. Myśli, o które wcześniej nigdy by się nie podejrzewał.
Nie do końca potrafił to zrozumieć.
To był w końcu Felix.
Ten Felix, bachor Felix, dziecinny, niedojrzały, zbyt uroczy i niewinny, by można było spojrzeć na niego poważniej, a jednak…
… Do licha.
Nie dopatrywał się w nim przecież obiektu seksualnego…
… Chyba.
Drzwi od jego sypialni otworzyły się i zaraz stanął w nich nikt inny, jak właśnie rudzielec. Spojrzał na niego odrobinę niepewnie, ale ostatecznie przestąpił próg pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi.
Bosy. W przydługiej koszuli, którą miał na sobie tej nocy zamiast piżamy, i bieliźnie.
Theodore poczuł, jak przechodzi go dreszcz. I nie miało to bynajmniej nic wspólnego z podnieceniem. To był dreszcz strachu. Uzasadnionego strachu.
Jeśli ten dzieciak zbliży się do niego po raz kolejny… Raz już pokazał, jak wygląda jego opanowanie. Mając go obok siebie tamtej nocy, nie potrafił się powstrzymać. Czemu miał ufać swojemu ciału tak bardzo, by wierzyć, że tym razem się uda?
I po co on tutaj w ogóle przyszedł?
-O co chodzi…?- zapytał niemal podejrzliwie.
Felix wzruszył ramionami, odrobinę bezradnie, i podszedł bliżej łóżka. Theodore zacisnął mocno wargi, nie mówiąc ani słowa, w duchu jednak upominając już siebie, by chłopaka wyrzucić.
Teraz, od razu, żeby nie mieć większych problemów.
Ani z nim, ani z nikim innym, ani nawet ze sobą samym.
Rudzielec jednak ułożył się na brzuchu na pościeli, tuż obok niego, wpatrując się w niego tak strasznie pełnym nadziei wzrokiem, jakiego dawno już u nikogo nie widział.
-Wszystko mnie boli, Theo- jęknął w pewnym momencie, iście dramatycznie, nie spuszczając z niego jednak uważnego spojrzenia.
Theodore parsknął cicho z rozbawieniem. Do licha. Ten dzieciak naprawdę wiedział, co robi… Wyrzucenie go z łóżka w takich warunkach było o wiele trudniejsze i graniczyło niemal z bezdusznością… Co do której Theodore oporów zazwyczaj większych nie przejawiał, a jednak była to sytuacja, w której trudno było kazać Felixowi się wynosić.
-I… W związku z tym chcesz zostać na noc…?- uniósł brew w pytającym geście, jakby rzeczywiście nie zrozumiał jego zamiarów.
Chłopak pokiwał głową, spoglądając na niego z niemym błaganiem.
… Jak pies.
-Dobra…- skapitulował w końcu Theodore, wzdychając po raz wtóry i odkładając na stolik nocny czytaną wcześniej książkę, która nieudolnie miała odwrócić jego uwagę od rudowłosego- Możesz zostać…- zdecydował, a Felix natychmiast poderwał się z miejsca, bez najmniejszego nawet syknięcia, i w błyskawicznym wprost tempie wślizgnął się pod kołdrę, przyciskając mocno do Theodore’a.
Mężczyzna wzdrygnął się odruchowo.
Jego serce zdawało się być nie mniej ogłupiałe niż on.
Przez krótką chwilę wydawało mu się, że nie bije wcale, równie zaskoczone…
… By zaraz ruszyć z podwójną mocą, przyspieszając do niewyobrażalnego wprost tempa.
Odchylił się lekko, by zgasić lampkę, i właściwie w tym momencie w pomieszczeniu zapanowała zupełna ciemność. Felix przysunął się jeszcze bliżej, obejmując go ramionami wokół szyi i wtulając się w jego klatkę piersiową.
I po kilkunastu minutach znowu jego serce zdawało się reagować zupełnie inaczej niż się spodziewał. Zwolniło na powrót, do normalnego tempa. On sam wyciszył się wewnętrznie, czując ciepło chłopaka i widząc jego cudownie błyszczące oczy.
-Felix…?- zapytał w końcu po dłuższej chwili ciszy.
-Hm…?
-Naprawdę tak strasznie cię boli?
-N… No- baknął chłopak, odrobinę niepewnie- To znaczy, nie aż tak strasznie… Po prostu trochę to naciągnąłem, żebyś pozwolił mi zostać…- przyznał całkiem szczerze, wczepiając się w niego mocniej, jakby Theodore miał go stąd zaraz wyrzucić- Ale już nie boli tak jak rano. Trochę szczypie, ale zaczyna boleć dopiero, gdy jakoś nieuważnie i niedelikatnie usiądę albo robię coś zbyt gwałtownie i tak dalej… Wszystko ze mną w porządku.
-Mhm…- mruknął cicho Theodore.
Objął ramieniem chłopaka, przyciskając go do siebie mocniej.
Dawno już nie czuł takiego spokoju i bezpieczeństwa. Tym bardziej nocą, gdy wszystkie złe myśli dopadały go ze zdwojoną siłą. Gdy nękały go jego codzienne koszmary. Gdy wszystko zdawało się być takie niepokojące i obce. Trudne.
-Przepraszam…- rzucił w pewnym momencie, właściwie ledwie słyszalnie. Ale Felix słyszał doskonale.
-Nie szkodzi, Theo- odpowiedział łagodnie- Nic się nie stało.
… Nic się nie stało…
Parsknął z pobłażaniem. Głupi, naiwny Felix.
Z tym swoim cholernie niewinnym uśmiechem.
I wypełnionymi banalną nadzieją oczyma.
Niedojrzały, zbyt mało znający świat zewnętrzny, by zrozumieć, zbyt mało przenikliwy, zbyt mało realistycznie podchodzący do życia…
A jednak potrafiący go rozbroić jednym słowem.
To dopiero ironia losu…
Nie minęło pół godziny, a rudzielec spał spokojnie u jego boku, oddychając miarowo. Theodore przeczesał palcami jego włosy, delikatnie i niepewnie, jakby robił coś zakazanego, niedozwolonego… Nie pozwoliłby sobie na tego typu zachowanie, gdyby chłopak był przytomny.
Dziwne uczucie. Po raz kolejny dopadła go świadomość, że Felix wierzy mu i ufa tak bardzo, że byłby w stanie zrobić właściwie wszystko, co ten by powiedział. W takich chwilach jego własne myśli napawały go przerażeniem.
Szczególnie, gdy zastanawiał się nad tym, co mógłby mu zrobić…
Do jakiego stanu go doprowadzić…
Jak bardzo sobie podporządkować…
Właściwie już był jego.
Nie trzeba było robić niczego więcej.
I było to uczucie niemalże radosne.
Ale Theodore nie potrafił się długo cieszyć.
A za każdą jego myślą, graniczącą chociażby z przyjemnym odczuciem, zaraz szło zupełnie inne…
Przerażające. Pełne bólu, goryczy i nienawiści do samego siebie.
Jak mógł się cieszyć, że ma go obok siebie, skoro brakowało kogoś innego?
Jak mógł myśleć wyłącznie o nim, skoro jego myśli do tej pory zaprzątał ktoś zupełnie inny?
Jak miał go traktować normalnie, skoro nie zasłużył sobie na to? Skoro Theodore już dawno ustalił i wykalkulował chłodno, że może go bezkarnie nienawidzić i mu się to uda?
Nie potrafił.
Czuł się rozbity, rozbrojony, bezradny.
Obok myśli, że ma chłopaka tuż obok, tak blisko, tak zależnego, uległego, posłusznego mu…
Pojawiła się zupełnie inna.
Bardziej drażliwa i porażająca.
Myśl, że po prostu…
… Jest tylko zdrajcą.

1 komentarz:

  1. Boli mnie zachowanie Felixa. Nigdy wcześniej tego nie robił (wnioskuję po tym, że nawet nie umiał się całować) i teraz go zgwałcono. Nie powinno to jakoś odbić się na jego psychice? Przynajmniej na tyle, żeby nie właził mu znowu do łóżka i utrzymywał dystans?
    No nic, opowiadanie było pisane dawno. Idę czytać dalej.

    OdpowiedzUsuń