Strony

niedziela, 22 maja 2011

6. Umowa [Sunrise]

Przebudziłem się, wtulając głęboko w ogromną poduszkę. Westchnąłem z rozczarowaniem i uniosłem się na łokciach, rozglądając po pokoju. Dopiero po chwili dostrzegłem go na parapecie.
-Co robisz?- wymruczałem sennie.
-Patrzę na wschód. Idziesz?
Westchnąłem ciężko, zwlekając się niechętnie z ciepłego łóżka. Zdecydowanie nie należałem do ludzi, którzy zachwycali się zjawiskami natury. Przysiadłem obok niego, czując kujący ból w plecach i mając nadzieję, że tym razem uda mi się uniknąć upadku.
-Nie śpię przez ciebie pół nocy i jeszcze zrywasz mnie wczesnym rankiem- marudziłem, obserwując złoto-czerwoną poświatę nieba- Widzenie kolorów ma pewne plusy, co?
-Ma- zgodził się z leniwym uśmiechem- Szkoda tylko, że reszta widoków nie jest taka piękna. Właściwie nie różni się zbytnio od moich. Szarość, szarość, szarość.
-Życie- skwitowałem ponuro.
-Nie idź.
-Gdzie?- uniosłem brwi w geście zdziwienia.
-Wiesz gdzie.
-Przestań- syknąłem ze złością- Co ci znowu odwaliło?
-Nie wiem...- westchnął ciężko- Jakoś mi się to nie podoba... Czuję, że nie skończy się dobrze.
-Co, czyżby demony miały dar jasnowidzenia?- prychnął kpiąco.
-Nie. Ale mam intuicję.
-Intuicja czasem zawodzi.
-Chyba ciebie.
-To są urodziny mojej przyjaciółki- posłałem mu mordercze spojrzenie- I pójdę na nie czy będziesz tego chciał czy nie.
-Więc nie zapraszaj chłopaka.
-Już dawno go zaprosiłem!
-To każ mu nie przychodzić!- sapnął, wyraźnie zirytowany.
-Słuchaj, nie będę odwoływał spotkań przez twoje przeczucia, okej? To jest mój chłopak i musisz się z tym pogodzić.
-Ja nie mam problemów z pogodzeniem się z prawdą, tak jak ty- zmierzył mnie krytycznym wzrokiem- Zdaję sobie sprawę, że to jest twój chłopak, ale ty niestety nie zdajesz sobie sprawy z tego, że twój chłopak zamierza cię wykorzystać.
-Tak, tak- machnąłem niedbale dłonią- I co jeszcze?
-Jesteś nienormalny- westchnął ciężko demon.
-Bo ciebie widzę- odparłem.
Pokręcił głową z irytacją, nie odzywając się więcej. Zeskoczyłem z parapetu i sięgnąłem po naszykowane ubrania.
-Josh?
-Hm?
-Mogę iść z tobą do łazienki?
Wytrzeszczyłem na niego oczy.
-To dość dziwna metoda na podryw, nawet jak na demona- uśmiechnąłem się kwaśno.
Odpowiedział tym samym, najwyraźniej niewiele się przejmując moimi słowami.
-Mogę?

Pozwoliłem mu. Sam nie wiem dlaczego, wtrącał się w moje życie, komplikował wszystko jeszcze bardziej, o ile to w ogóle było możliwe, a mnie to tak naprawdę wcale nie wkurzało tak jak chyba w tych okolicznościach powinno. Przecież nie mogłem tak świrować przez jednego demona. Świrować to bardzo dobre określenie. Na pewno każdy, kto by się o tym dowiedział, odniósłby je do mnie. Ja niestety wiedziałem już, że nie zwariowałem. Co wcale nie było specjalnie pocieszające.
-Nie podglądaj- rzuciłem nerwowo w jego stronę, przebierając się za parawanem.
-Nie mam czego. Wszystko już widziałem- usłyszałem kpinę w jego głosie.
-Taaak z pewnością. I wlokłeś się za mną do łazienki tylko po to, żeby sobie wygodnie posiedzieć na koszu do prania?
-Nie, żeby porozmawiać- sprostował- Więc jak mówiłem...
-Pójdę na tą imprezę, okej?!- syknąłem, przerywając mu w połowie zdania- I zamierzam zapytać Ricka o co chodzi. Nic mi nie będzie.
-Więc pójdę z tobą.
-Nie, ty nie pójdziesz!
-Tak, pójdę.
-To nie fair!
-Traktuj to jako środki bezpieczeństwa- prychnął cicho.
-Sam sobie poradzę! Boże, nikt mi tam nic nie zrobi. Wychodzimy do klubu, tam jest naokoło pełno ludzi.
-Nie widzę w tym jakoś pocieszenia- westchnął głęboko- Ktoś ci coś zrobi i nikt się nawet nie zorientuje w tym tłumie.
-Słuchaj... Nie przegapię urodzin przyjaciółki, chociażbyś nie wiem jak bardzo się starał.
-Nie idziesz tam dla niej.
-Oczywiście, że idę tam dla niej! Ale chyba mam prawo zaprosić chłopaka?
-Masz święte prawo pieprzyć sobie życie- odparł kwaśno.
-Dzięki- warknąłem.
-Ależ bardzo proszę- prychnął.
-A tak w ogóle to Rick nie ma pojęcia ile zarabiają moi rodzice- podjąłem temat- Poza tym oni nie wysyłają mi dużo pieniędzy.
-Po pierwsze, chodzenie do takiej szkoły od razu sprawia wrażenie, że jesteś bogaty. Po drugie jak sam słusznie zauważyłeś, nie ma pojęcia ile WYSYŁAJĄ ci twoi rodzice.
-Przestań- jęknąłem, odkręcając kurek. Słyszałem jak burczał coś jeszcze niewyraźnie, ale na szczęście szum wody zagłuszał słowa. Zacząłem powoli wątpić w to wszystko. Jeżeli Rick rzeczywiście zamierzał mnie tylko wykorzystać... Przecież i tak musiałem się tego dowiedzieć! Nie zostawię wszystkiego tylko dlatego, że ktoś tak mówi, a tym bardziej, że tym kimś jest demon, który raczej z natury nie życzy ludziom dobrze. Ale jeżeli ma się za mną wlec...
-Umowa!- oświadczyłem bojowo, wychodząc z wanny i natychmiast zakrywając się kurczowo.
-Umowa?- powtórzył zdziwiony.
-Tak! Nigdzie za mną nie pójdziesz. Chcę być sam, a nie oglądać się, czy przypadkiem mnie nie obserwujesz, nawet nie masz pojęcia jakie to frustrujące!
-I...?
-Nie porozmawiam z Rickim- jęknąłem cierpiętniczo- Tylko proszę cię, daj mi wreszcie święty spokój.
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
-Jeżeli nie pójdę z tobą to skąd będę wiedział czy mówisz prawdę?
-Na tym właśnie polega zaufanie!- fuknąłem na niego, a on wbił smętny wzrok w posadzkę.
-I mam ci wierzyć na słowo?
-Tak! Masz mi wierzyć na słowo! Ja też wierzę ci na słowo, że nie zamierzasz się za mną wlec!
Milczał przez dłuższą chwilę.
-... Niech ci będzie- burknął stosunkowo niechętnie- Ja również wierzę ci na słowo.

Skłamałem. I to całkowicie zamierzenie. Nie chciałem rezygnować z rozmowy z Ricky'm, ale wiedziałem, że on by wszystko popsuł. Miałem jedynie szczerą nadzieję, że on nie zastosował tej samej metody.
Wpatrywał się na mnie wyraźnie naburmuszony, kiedy szykowałem się do wyjścia.
-Co znów?
Pojawił się przy mnie, poprawiając kołnierzyk mojej koszuli. Chrząknąłem z lekkim zażenowaniem.
-Poinformowałeś już swojego chłopaka, że nie ma czego szukać na tej imprezie?- zapytał kwaśno.
-Wysłałem mu sms-a- skłamałem i widząc jego pełne niedowierzania spojrzenie, dodałem szybko- Jeżeli jesteś taki mało ufny możesz sobie sprawdzić sam na moim telefonie!
-Nie trzeba- odparł nieco łagodniejszym tonem.
Odetchnąłem w duchu.
Łatwo poszło.
Chyba nawet zbyt łatwo.

Troska Amadeusza była zdecydowanie za bardzo podejrzana. Miałem co prawda wyrzuty sumienia, że potraktowałem go w ten sposób, ale... No przecież nie mogłem mu ulegać w każdej możliwej sprawie!
Dotarłem wreszcie do Shell. Shell był jedynym klubem młodzieżowym w naszym mieście, chociaż jeżeli nie odbywały się tutaj jakieś okolicznościowe imprezy świecił pustkami. Teraz jednak trudno było mi się przecisnąć w stronę stolika w którym już z daleka dostrzegłem Katy. Aż trudno było mi uwierzyć, żeby to ona zaprosiła tych wszystkich ludzi.
-Ej...- zaczepił ją jakiś zdezorientowany chłopak- Szukam mojej kumpeli Katy, widziałaś ją może?
-Ja jestem Katy- odparła lodowato rudowłosa.
-Eee...- zmieszał się- Sorry, Jenna mnie zaprosiła. Proszę- wręczył jej prezent i szybko się zmył.
-Cześć Josh- mruknęła ponuro na mój widok- Zdajesz sobie sprawę, że na własnych urodzinach nie kojarzę większości ludzi?
-Hmm... Jenna się postarała- powiedziałem ostrożnie, przesuwając kilka paczek i siadając obok niej.
-Taa... Wiesz co mi powiedziała?! "Więcej gości to więcej prezentów"! Bezczelna...- Katy pokręciła z niezadowoleniem głową.
W tym momencie do stolika podeszła Jenna.
-Ricky na ciebie czeka przy wejściu- uśmiechnęła się lekko, po czym skierowała swoje spojrzenie na rudowłosą i mina lekko jej zrzedła- Coś się stało?
-Poza tym, że ponad połowa moich gości nawet mnie nie kojarzy to nic- prychnęła ze złością.
-Ee... Jenna, może ja...- zacząłem ostrożnie, ale brunetka natychmiast mi przerwała:
-Idź do niego. Ja zostanę z Katy.
Ruszyłem nieco niepewnie w stronę drzwi. Dopiero kiedy obejrzałem się przez ramię i zobaczyłem, że Jenna ciągnie Katy na parkiet, odetchnąłem głęboko i przyspieszyłem nieco kroku.
Z daleka udało mi się przyuważyć niesforną czuprynę Ricky'ego. Uśmiechnąłem się do siebie lekko. On również najwyraźniej mnie przyuważył, bo zaczął przeciskać się w moją stronę.
-Cześć- wydyszał, kiedy w końcu do siebie dotarliśmy.
Skinąłem mu głową oczarowany. Naprawdę się postarał. Wyglądał nieziemsko w obcisłej czarnej koszuli i idealnie pasujących do niego, lekko powycieranych dżinsach. Uśmiechnął się z satysfakcją, widząc moje spojrzenie, więc natychmiast zebrałem się w sobie i wymamrotałem dość chłodne powitanie.
-Coś nie tak?- zapytał wyraźnie zdziwiony.
-Chodź- chwyciłem go za rękę i pociągnąłem w stronę wolnego stolika.
-A może zatańczymy?- zaproponował z zabójczym wręcz uśmiechem.
Chyba cudem nie uległem. Kiedy usiedliśmy spojrzał na mnie badawczo.
-Coś się stało, prawda?
-Eee...- jak do cholery miałem to powiedzieć?! "Rick pewien demon właśnie powiedział mi, że chcesz mnie wykorzystać" - ta wersja stanowczo odpadała- Pamiętasz jak się poznaliśmy?
-Oczywiście- odparł z maślanym wzrokiem, najwyraźniej nie rozumiejąc do czego zmierzam- To był najcudowniejszy dzień w moim życiu.
-Taak, ale... Chodzi o ten napad.
-Hm?
-Więc... Dobra, to może głupio zabrzmieć- wziąłem głęboki oddech- Zaplanowałeś to z kumplami, prawda?
Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale milczał, wpatrując się we mnie dziwnie.
-Skąd ci to przyszło do głowy?- zapytał podejrzanie serdecznym tonem. Bądź co bądź ta informacja powinna go chociaż trochę wkurzyć.
-Eee... Hmm...
-Kto ci nagadał takich głupot?- drążył dalej.
-A skąd wiesz, że ktoś w ogóle mi o tym powiedział?
-Podejrzewam- parsknął- Wiesz, chłopak, który ci to powiedział, jest po prostu mało życzliwy. Pewnie się z nim kiedyś spotykałem, ale zerwaliśmy i sam rozumiesz. Mści się.
Nie. Amadeusz na pewno nie miał powodu, żeby się na nim mścić. I na pewno z nim nie chodził.
-Skąd pomysł, że powiedział mi to któryś z twoich byłych?- zapytałem ostro.
Wmurowało go na chwilę.
-Więc?
-Tak po prostu podejrzewam- wyjaśnił z wymuszonym uśmiechem- Będziemy się kłócić o to, co wygaduje jakiś idiota, bez względu na to kim jest? Uratowałem cię, to się chyba liczy, nie?
-Nie, jeżeli zrobiłeś to na pokaz.
-Nic nie zrobiłem na pokaz- warknął- Jaki miałem do tego powód?
-Powiedz mi- odparłem, obserwując go badawczo.
-Nic nie zrobiłem, okej? Zapomnijmy o tym i bawmy się.
-Nie jestem pewny czy chcę się "bawić", a tym bardziej być z kimś, kto mnie wykorzystuje- powiedziałem cicho.
-Nie wykorzystuję cię!- niemalże krzyknął.
-Jeszcze nie, ale chciałeś, prawda? Chciałeś wyłudzić ode mnie pieniądze, tak samo jak od poprzednich chłopaków!
-Nie wiem co ty bredzisz- wycedził przez zęby- Ktoś nagadał ci głupot i teraz... A zresztą o czym mówimy? Skoro mi nie ufasz to przecież nie ma sensu.
-Nie ma- zgodziłem się- Ale nie dlatego, że ci nie ufam. Dlatego, że chciałeś wyłudzić ode mnie pieniądze. To jest ta twoja tajemnicza praca, co?
-Bredzisz!- zaśmiał się nerwowo- Skoro masz takie podejrzenia, to lepiej, żebyśmy dali sobie z tym spokój, nie?
Wpatrywałem się w niego z wściekłością. Nie, zdecydowanie nie czułem rozżalenia, co było dla mnie aż zadziwiające, bo pewnie normalnie w tej sytuacji z trudem powstrzymywałbym łzy. Teraz natomiast czułem się po prostu cholernie zły. Nawet mu na mnie specjalnie nie zależało! Od razu się wycofał.
Wstał powoli od stolika. Trudno mi powiedzieć co mi wtedy odbiło, może fakt, że poczułem się oszukany, albo wykorzystany, a może po prostu chciałem się na nim jakoś zemścić. W każdym bądź razie krzyknąłem za nim:
-Jeżeli zobaczę cię z którymkolwiek chłopakiem z mojej szkoły wszystko mu powiem!
Odwrócił się w moją stronę, wpatrując we mnie przez dłuższą chwilę po czym syknął ozięble:
-Nie zrobisz tego.
-A właśnie, że zrobię!
-Josh i co z tego, że udało ci się mnie przejrzeć?- uśmiechnął się ironicznie, podpierając o ścianę- Masz mnie i co? Masz tyle kasy, że gdybyś od czasu do czasu mi cokolwiek przelał nawet byś nie zauważył. Ale tacy ludzie jak ty zawsze są skąpi i ograniczeni. Mogłaby być z nas zgrana para.
-Zgrana para!- prychnąłem z niedowierzaniem- Pijawka z ciebie, a nie chłopak!
-Miłość ci wszystko wybaczy. I co w związku z tym? Każdy zarabia jak umie.
-Więc ty właśnie przestałeś.
-Nie sądzę. Josh, dobrze wiesz, że nic nie powiesz. Jesteś tchórzem, bo jakbyś nim nie był nawet byśmy się nie spotkali. Ale przestraszyłeś się moich kolegów i tylko dzięki temu byliśmy razem przez cały ten czas- uśmiechnął się kwaśno- Mówiłeś, że to przeznaczenie, a to zwyczajny przypadek, bo zamiast ciebie mógłby być każdy chłopak, który wracał tamtędy ze szkoły. To pewnie musi być okropne rozczarowanie.
Dopiero teraz poczułem się naprawdę okropnie. Jakby niewidzialna dłoń ścisnęła mnie za gardło. Rzeczywiście wtedy wydawało mi się, że to wszystko jest takim cudownym zrządzeniem losu. A on po prostu bawił się moim kosztem!
-Jeżeli nie sądzisz, że komukolwiek powiem to co tu jeszcze robisz, co?- burknąłem lekko wilgotnym głosem- Idź i przekonaj się. Jeżeli lubisz rozczarowania. Wiesz co? Mało tego, że powiem! Zrobię więcej! Udzielę wywiadu do szkolnej gazetki, dam twoje ładne zdjęcie i zobaczymy czy twoje przyszłe "ofiary" będą równie uległe co ja.
Oczywiście nie zamierzałem tego zrobić. To byłoby po prostu idiotyczne. Zresztą z bardzo się wstydziłem, żeby przeczytała to cała szkoła, zresztą wcale nie byłem pewien, czy w ogóle można robić takie rzeczy, ale on najwyraźniej potraktował to serio.
-Tylko spróbuj, mała gnido- nachylił się w moją stronę- A gorzko tego pożałujesz.
-A co? Kolejny sfingowany napad?- zmusiłem się do drwiącego uśmiechu.
-Tym razem nikt nie przyjdzie ci z pomocą- warknął ze złością i zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować szarpnął mnie brutalnie za ramię, zmuszając go wstania, po czym pociągnął mnie w stronę wyjścia.
-Co ty wyprawiasz?!- syknąłem, próbując się wyrwać, ale był dla mnie zdecydowanie za silny.
-Pogadamy na zewnątrz- parsknął, ściskając mnie jeszcze mocniej, co wywołało u mnie stęknięcie z bólu- Zobaczymy czy jesteś taki mądry.
-Ty też nie byłbyś mądry bez całej gromady kumpli!- krzyknąłem.
-I bez kumpli sobie z tobą poradzę, więc...
Zanim zdążył dokończyć zdanie kopnąłem go w kostkę. Jęknął głucho, ale nie puścił, więc popchnąłem go mocno. Wpadł na grupkę tańczących dziewcząt, które odwróciły się w naszą stronę.
-Bójka!- zapiszczały radośnie.
Zanim zdążyłem uciec, Rick rzucił się na mnie i całym ciężarem ciała przygniótł do podłogi. Jęknąłem głucho, próbując go z siebie zrzucić. Naokoło ustawił się tłumek ludzi, którzy wykrzykiwali dopingujące hasła.
Ricky z całej siły uderzył mnie pięścią w twarz. Poczułem przeszywający ból w okolicach skroni i zamroczyło mnie na chwilę. Tymczasem ktoś wyłączył muzykę i w naszą stronę przepchnęła się Jenna, wraz z Katy i Jackiem.
-Boże, Josh!- jęknęła brunetka z przerażeniem, po czym bez żadnego skrępowania kopnęła Ricka tam gdzie kończą się plecy- Złaź z niego! Już!
Pewnie sama by się na niego rzuciła, gdyby Katy i Jack nie złapali jej w porę.
Podniosłem się do pozycji siedzącej, drżącymi dłońmi dotykając najpierw opuchniętej powieki, a potem szerokiego rozcięcia na mojej skroni.
-Josh, żyjesz?!- Katy puściła Jennę i uklękła przy mnie z zatroskaną miną.
-A ty co tu jeszcze robisz?!- wrzasnęła do Ricky'ego brunetka- Wynocha stąd! Już!
Chłopak parsknął śmiechem i zmierzył ją krytycznym spojrzeniem.
-Nie słyszałeś co do ciebie powiedziałam?! Zabieraj się stąd albo porachuję ci wszystkie kości!
-Taak? A co ty mi możesz zrobić, laleczko?
-Powinieneś raczej zapytać co ja mogę ci zrobić- warknął Jack, zatrzymując się przy dziewczynie.
Chłopak najwyraźniej zamierzał o tym dyskutować, ale gdy zobaczył kilku kolegów Jenny ze starszej klasy, którzy ustawili się za nią z bojowymi minami, prychnął tylko głośno i ruszył do wyjścia, nie omieszkając przy tym trącić Jacka w ramię.
-Wszystko w porządku?- zapytała troskliwie Jenna- Rany, to wygląda koszmarnie!
-A wy na co się do cholery gapicie?! Spieprzać!- rzucił Jack do otaczających nas osób. Zmierzyły go nieprzychylnym spojrzeniem, ale rzeczywiście, zaraz znowu rozbrzmiała muzyka i każdy zajął się sobą. Dziewczyny pomogły mi się podnieść.
-Zadzwonię po karetkę!- osądziła Katy, widząc, że ledwie mogę ustać na nogach.
-Nie, nie!- zaprzeczyłem gwałtownie- Wszystko okej, tylko trochę kręci mi się w głowie.
-Na pewno?- brunetka przyjrzała mi się uważnie- Zaraz przyniosę ci jakiegoś lodu czy coś...
-Przepraszam, że zepsułem ci urodziny- rzuciłem do rudowłosej.
-Co ty mówisz! To my się upierałyśmy, żeby ściągnąć tu Ricka! A poza tym- rudowłosa posłała krytyczne spojrzenie grupie rozchichotanych dziewczyn, które raz po raz pokazywały nas palcami- Dla niektórych to pewnie będzie niezapomniane przeżycie.
-A tak właściwie co się stało?- zapytała brunetka.
-Jenna!- wykrzyknęli zgodnie Katy i Jack.
-Potem, dobrze?- skłoniłem się do lekkiego uśmiechu.
-Dobrze- westchnęła z wyraźnym rozczarowaniem- Jack, odwieź Josha do domu, Okej? My z Katy się przejdziemy i tak do akademika nie mamy daleko.
-Nie trzeba, naprawdę...- zaprzeczyłem, ale gdy podniosłem się na chwilę, znowu zakręciło mi się w głowie, więc Jenna chwyciła mnie pod ramię.
-Trzeba- stwierdziła stanowczo, gdy Katy podtrzymała mnie z drugiej strony i zakomenderowała- Idziemy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz