Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 7 . ~ [Drag Queen]

Kolejnego dnia w pracy pojawiłem się równie punktualnie, co było chyba jedynie kolejnym dowodem na to, jak beznadziejnie się czuję. Oczywiście nie liczyłem, że tą jakże drobną zmianę zauważy ktokolwiek poza Nathanem, no ale…
Tym razem nie natknąłem się na niego w drzwiach.
Znając jego już pracował, pewnie przyjechał wcześniej, żeby się wszystkim zająć…
Wszedłem do swojego biura, odkładając na bok stertę skserowanych ledwie przedwczoraj dokumentów i oparłem głowę na biurku, czując się tak zmęczony jakbym nie spał całą noc.
Poprawka.
Ja nie spałem całą noc.
Ciągle się zastanawiałem.
A zastanawianie się to wcale nie taka dobra rzecz, wiecie?
Bo jakby doszło do mnie, znowu i jeszcze bardziej dobitnie, że nie chcę odchodzić.
Co świadczyłoby o tym, że wcale nie nienawidzę tej pracy, a lubię tak utrzymywać.
I wcale nie chodzi o to, że przeniósłbym się do miejsca, w którym musiałbym pracować.
Z Martinem.
Do którego tak na dobrą sprawę nic nie mam nie wliczając w to waśni z dzieciństwa. Ja po prostu strasznie nie chcę żeby moim szefem był ktokolwiek inny niż Nathan.
Wiecie, gdyby mama wpadła na ten „genialny” pomysł, zanim on przejął oddział, zapewne nawet bym się nie zastanawiał…
… A teraz, jak już wspominałem, zastanawiam się.
I to nie jest dobry znak.
I to nie zastanawiam pod tym względem: „Och, słaba, a raczej żadna praca tutaj, przy przeciętnych zarobkach z Nathanem, czy może lepsza, bardziej opłacalna u Martina? Hmmm…”.
Nie.
Ja zastanawiam się jakie w ogóle były opcje, żeby uniknąć tego idiotycznego odejścia.
Mógłbym okłamać matkę, że dostałem awans.
Wiecie…
To trochę żałosne, że ciągle ją okłamuję. Ale chyba mnie rozumiecie. Jako gwiazda nocnego klubu nie mam zbyt dużych… Ekhem… Szans, żeby opowiedzieć jej wszystko nie doprowadzając jej przy tym do zawału.
Zresztą, do licha…
To moja wina.
Całe życie stękałem jej, że nie cierpię tej pracy, a Nathan jest bardzo be.
Czy to naprawdę aż takie dziwne, że postanowiła to wspaniałomyślnie zmienić i pomóc swojemu dziecku?
Westchnąłem ciężko, podnosząc się w końcu powoli i chwytając za swoją teczkę.
Miałem niemalże wrażenie, jakby jej uchwyt mnie palił, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co jest w środku.
Wypowiedzenie.
Ostatecznie.
Na pewno.
Do końca.
I nie ma sensu tego dłużej odwlekać.
Wiecie? Zrobię to po prostu szybko i bezboleśnie, będzie jak zerwanie plastra! Ha!
… Oby nie tego z woskiem, bo może i należy uznać to za „szybko” ale z pewnością kwalifikuje się to także do „boleśnie”.
Wyszedłem powoli z biura, czując się wręcz tak, jakbym szedł na ścięcie i zapukałem powoli do gabinetu Nathana, po czym wszedłem niepewnie do środka.
-… Tak? Zdążyłem zauważyć, proszę się nie martwić, to jednodniowa awaria, zupełnie niezależna od nas…- zerknął na mnie kątem oka, kontynuując rozmowę- Tak, jestem pewien, że za godzinę, góra półtorej wszystko będzie już w jak najlepszym porządku, proszę się nie martwić… Mhm…- uniósł brew, spoglądając na mnie pytająco, tak jakbym miał mu się w tych warunkach rzeczywiście uzewnętrzniać. Poruszyłem się jedynie nieco niespokojnie, nie ruszywszy się z miejsca- Osobiście o wszystko zadbam. Do widzenia- zakończył rozmowę i spojrzał na zegarek, wyraźnie nieco zniecierpliwiony, po czym przeniósł spojrzenie na mnie- Co się stało, Alex?
-Hmm… Właściwie to ja…- zacząłem powoli, ale przerwał mi po chwili:
-Czy to nie może poczekać? Mamy jakiś problem z naszymi serwerami, a przez to i ze sprawnym przepływem danych… Chyba muszę to jakoś załatwić…
-Nie, właściwie to nic ważnego…- wycofałem się powoli, niemalże odetchnąwszy z ulgą w duchu.
… I zaraz za samo to odetchnięcie się karcąc.
Carlton, ty tchórzu…
Nawarzyłeś sobie piwa to je teraz wypij, cholera!
… Tylko się przy tym nie udław.
-Wspaniale- odparł, uśmiechając się do mnie krótko- Postaram się to załatwić w miarę szybko i wrócę, a wtedy możemy porozmawiać i…
-Właściwie to jest ważne- odpowiedziałem w końcu powoli- Bardzo ważne. Znaczy… W pewnym sensie…- głos uwiązł mi w gardle. Odkaszlnąłem cicho, jakby to mogło ułatwić mi pozbycie się tej koszmarnej guli z gardła. Nie pomogło.
Odwrócił się w moją stronę, spoglądając na mnie uważnie.
-Zajmie długo?- zapytał, znowu wyciągając telefon.
-Nie… Nie sądzę…
Tyle co zerwanie plastra, cholera…
-W porządku…- odparł łagodnie- Poczekaj chwilę. Allan?- już po chwili na powrót rzucił coś w kierunku telefonu- Mamy problemy z przepływem danych z komputera, prawdopodobnie coś z serwerami… Jeśli możesz zajmij się tym. Teraz. Ja… Mam coś ważnego na głowie.
Och, dzięki!
Alexander Carlton znowu siedzi swojemu szefowi na głowie!
Phie!
-Więc?- zapytał w końcu, odkładając telefon i podchodząc do biurka, a następnie przysiadając na jego brzegu- O co chodzi?
Sięgnąłem do teczki, mocno drżącymi dłońmi i już po chwili wyciągnąłem z niej wypowiedzenie, podając mu je z wyjątkowo niepewną miną.
-Co to?- zapytał początkowo wręcz z rozbawieniem, dopóki nie wziął kartki do rąk. Zbladł nieznacznie- Alex…- zaczął powoli, po czym zmarszczył brwi i pokręcił głową- Nie rozumiem… Zwalniasz się?
-No…- odkaszlnąłem, wyjątkowo zdenerwowany, mając najszczerszą ochotę wyjść- Tam masz wszystko napisane.
-Ale… Dlaczego?
Nathan, cholera!
Miało być krótko i bezboleśnie jak zerwanie plastra!
Nie doprowadzaj mnie w takich chwilach do łez, na Boga!
-Bo… Bo…- uśmiechnąłem się wyjątkowo słabo, czując jak niemalże drżą mi wargi- Bo tak chyba będzie lepiej…- czułem się jak tandetna bohaterka brazylijskiego serialu wypowiadając taką kwestię do swojego kilkudniowego chłopaka, którego kocha, ale postanawia rzucić, bo jest w ciąży ze złym Hulio. Ach, nie ma to jak ta stuprocentowa pewność, prawda…?- To nic takiego…
-Nic takiego?- powtórzył, prychnąwszy cicho- Alex, na litość boską! Dlaczego odchodzisz? Co jest nie tak?
-Nic nie jest nie tak.
-Ja wiem, że nie zawsze traktuję cię dobrze…- teraz jego głos pobrzmiewał już lekką desperacją- Wiem, że zdarza mi się być dla ciebie zbyt uciążliwym i opryskliwym, zdaję sobie sprawę z tego, że może nie jestem najlepszym szefem na świecie, ale… Ale wypowiedzenie?
Do licha.
Poczułem się jak zupełny dupek.
Nathan wcale nie był złym szefem, co by o nim nie mówić.
Nathan zawsze mi ustępował, Nathan był tak cierpliwy, w gruncie rzeczy, że na jego miejscu każdy inny człowiek by mnie wylał. Ale Nathan tego nie zrobił.
A teraz ja wspaniałomyślnie, wylewam się sam i doprowadzam go tym samym do wyrzutów sumienia.
Nie ma to jak odejście z godnością, co?
-Nathan to zupełnie nie chodzi o ciebie…- przerwałem mu wyjątkowo słabo, przełykając cicho ślinę- To po prostu chodzi o mnie…
-O ciebie? Co się stało?
-Nic poważnego…- parsknąłem niemalże cicho, wciąż jednak mocno nerwowo, widząc jego minę- Po prostu dostałem… Inną propozycję… I tak jakoś… Wyszło.
Tak jakoś wyszło.
Najlepsze wyjaśnienie na jakie było mnie stać.
-Cóż…- uśmiechnął się odrobinę sztucznie, skinąwszy głową. Przez chwilę wyglądał niemalże jakby żuł własny język z nerwów- Skoro tak…- usiadł za biurkiem. Jemu też ręce lekko drżały. Chwycił za jakiś długopis, ale chyba nie pisał, bo zaklął cicho pod nosem i zaczął szukać czegoś usilnie w szufladzie, nie spoglądając już na mnie.
-Ale…- zacząłem powoli- Ale wiem, że mam jeszcze trzymiesięczny okres do przepracowania, zgodnie z warunkami wymówienia, więc…
-Nie, nie masz- odparł cicho- Zwalniam cię z tego obowiązku.
Spoglądałem na niego z zupełnym osłupieniem.
Jak to: „zwalnia mnie”?!
-A… Ale…
-Jeśli chcesz odejść… To nie będę ci tego utrudniał- przeczesał nerwowo włosy palcami.
Ach.
Szybko, bezboleśnie, prawie jak oderwanie plastra.
Wspaniale.
Dobrze jest się w czymś zgadzać od czasu do czasu, prawda?
Zagryzłem wargi, czując niemal jak zbiera mi się na płacz, co było wyjątkowo idiotyczne i jakoś wcale nie pasujące do sytuacji.
Nie pasujące do sytuacji były też lekko zaszklone oczy Nathana.
Ani ta cholerna, uporczywa cisza, wisząca gdzieś w powietrzu.
-Możesz iść.
I tyle.
Już.
Możesz iść.
Zabrać swoje rzeczy z biurka?
Uprzątnąć jako tako biuro?
Pożegnać się krótko?
Przestąpiłem nerwowo z nogi na nogę.
-Wcale nie chcę odchodzić- pisnąłem cicho i zaraz ruszyłem szybkim krokiem do wyjścia, nie mogąc wprost uwierzyć, że rzuciłem coś takiego na głos!
-Carlton!- warknął za mną niemalże.
Już chwytałem za klamkę, gotów wyjść, kiedy syknął ponownie:
-Carlton, stój do licha! Póki co jestem nadal twoim szefem i każę ci zostać w moim biurze.
Odwróciłem się w jego stronę, wpatrując się w niego nieco niepewnym i mocno wilgotnym wzrokiem.
Podszedł do mnie powoli, a ja niemalże przylgnąłem plecami do drzwi, wpatrując się w niego z zaskoczeniem.
-Co się dzieje?- zapytał, spoglądając na mnie uważnie- I jeśli się nie dowiem, bądź pewien, że porwę twoje wypowiedzenie na drobne świstki i wywalę je za okno, udając, że nigdy go na oczy nie widziałem. Od wczoraj chodzisz jak struty, a dzisiaj chcesz odejść. Jako twój szef mam prawo znać prawdziwe powody. Mów.
-Dostałem inną propozycję…- rzuciłem z pewnym trudem, czując niemalże łzy cisnące mi się do gardła i zatrzymując chęć wybuchnięcia płaczem z całych sił.
Och, jak uroczo!
Zaraz poryczę się z powodu chęci odejścia z bardzo bardzo złej firmy, mojego bardzo bardzo złego szefa.
Boże, jakie to strasznie żałosne.
-Ale nie chcesz odchodzić, sam to powiedziałeś!- oparł dłoń o drzwi, uniemożliwiając mi tym samym ewentualną gwałtowną ewakuację- Weź wreszcie odpowiedzialność za swoje słowa, do licha! Co się dzieje?
-Moja matka przyjechała… I znalazła mi pracę, ze świetną płacą, z moim dziecięcym prześladowcą z piaskownicy, dużymi zarobkami i ogólnie ciężką harówką…- pociągnąłem nosem, nie mając nawet siły na niego spojrzeć.
-I…?- zaczął powoli, najwyraźniej bez większego zrozumienia- I jesteś zdołowany tym dziecięcym prześladowcą czy ciężką harówką? Bo chyba nie świetną płacą…?
Tobą, cholera!
-Niczym! Ja po prostu zupełnie nie chcę tam pracować!- stwierdziłem aż nazbyt gwałtownie, kręcąc głową- Podoba mi się… Tutaj…- taa, jak dobrze to odkryć…
-Więc po prostu się nie przenoś!- parsknął z niedowierzaniem- To chyba raczej oczywista decyzja?
-Nie, moja mama…- zacząłem, po czym jęknąłem cicho- Mówiłem jej o tobie bardzo dużo rzeczy…
-Jakich rzeczy?
-Niemiłych rzeczy- odparłem mocno ogólnikowo, a on uniósł pytająco brew, najwyraźniej mając ochotę usłyszeć coś bardziej szczegółowego- No… Że jesteś draniem… Że nie płacisz mi dużo… Że prześladujesz mnie w pracy… Że jesteś draniem… Że nie dajesz mi możliwości awansu… Że nie doceniasz tego, że zapracowuję się na śmierć…- prychnął donośnie z niedowierzaniem- Ach no i jeszcze… Że jesteś draniem- zakończyłem nieco kulawo i zaraz, widząc jego iście mordercze spojrzenie, dodałem szybko- A-ale to wszystko nieprawda!
-Wiem, że to nieprawda, Carlton…- wycedził niemalże przez zęby- Już samo wyrażenie „zapracowany na śmierć” odnoszące się do ciebie jest kwintesencją kłamstwa. Tylko po jakie licho to wszystko mówiłeś?
-To trochę… Skomplikowane…- odkaszlnąłem, mając ochotę się szybko wymigać od odpowiedzi, ale jego spojrzenie, jednoznacznie sygnalizujące, że zaraz stracę głowę, okazało się zwyciężyć- Mam siedmiu braci jak wiesz… Kłopot z nimi taki, że każdy z nich robi coś… Dziwnego… Jeden jest linoskoczkiem, jeden podróżuje ze swoją trupą teatralną po całym kraju, jeden ma swój własny zespół grający rocka chrześcijańskiego i… I mógłbym tak wymieniać jeszcze trochę. To naprawdę fatalnie. A matka zawsze chciała, żebym ja robił coś normalnego…
Ach, te złote ambicje rodziców!
… I pomyśleć, że teraz jej synek biega w sukienkach!
-No i… No i…- zakręciłem się nieznacznie, starając się kontynuować- No i skończyłem ekonomik, a później trafiłem tutaj. Właściwie ona nakierowała mnie na tą pracę, bo były duże możliwości szybkiego awansu, przyzwoite zarobki i tak dalej… No a ja się w tym nie do końca odnalazłem jak wiesz i… Och, cholera! Nie mogę teraz nagle wyskoczyć jej z wszystkimi wyjaśnieniami, rzucić, że jestem zupełnym leniem i kłamcą i w ogóle nie lubię swojego zawodu! A całe lata ekonomika żerowałem na swojej współlokatorce! Ja po prostu… Ja po prostu chciałem, żeby chociaż jeden z jej synów był normalny.
Nathan westchnął jedynie cicho i pokręcił głową, po czym rzucił krótko:
-Nie.
-Co „nie”?- zapytałem, spoglądając na niego niemalże z przerażeniem.
-Ty nie jesteś normalny, Carlton- stwierdził jedynie, przecierając skronie- Ale teraz widzę, że to kwestia genów, a na geny nic nie poradzisz.
Odsunął się ode mnie, nie mówiąc już właściwie ani słowa, po czym wrócił do biurka. Obserwowałem go z rosnącym niepokojem. Chwycił za kartkę z moim wypowiedzeniem i wcisnął mi ją w ręce.
-C… Co?- zapytałem, wpatrując się w niego z osłupieniem.
-Idź do domu- odpowiedział krótko.
-A… Ale Nathan? To znaczy jestem zwolniony czy nie? I czy w ogóle…?
-Idź do domu- powtórzył, jakby nie dosłyszał mojego pytania- Muszę pomyśleć.
… To wcale nie brzmiało dobrze.

-Nie możesz spać?- matka wpatrywała się we mnie wyraźnie zmartwiona- Może masz gorączkę?
Tak sądziłem, toteż całe popołudnie przeleżałem w łóżku. Ale nie miałem gorączki. Właściwie chyba nic mi nie dolegało. Nie licząc przejmującego bólu strachu, ale ten wynikał raczej z mojego ogólnego przerażenia sytuacją zaistniałą w relacjach moich i Nathana, niż jakimiś realnymi dolegliwościami.
-Nie, mamo… Nie mam- westchnąłem cicho.
-Jesteś głodny?
-Brzuch mnie boli- odparłem jedynie, nie mając siły na większe wyjaśnienia.
-Biedny. Może to rzeczywiście jakaś choroba? Odkąd tu przyjechałam jesteś jakiś markotny…
… No naprawdę?
Och, prawie nie zauważyłem!
-Dobrze, że złożyłeś wypowiedzenie- stwierdziła łagodnie- Przynajmniej nie będziesz się zapracowywał na śmierć za marne kilka groszy.
… Taa, kilka gorszy.
… Taa, zapracowywał na śmierć.
Och mamo, mam nadzieję, że nigdy nie dowiesz się prawdy o twoim pracowitym synu!
Na szczęście od dalszych uroczych rozmów wybawił mnie dzwonek do drzwi.
-Otworzę- zaoferowałem się natychmiast.
-Alex, jesteś w piżamie!- zakrzyknęła niemalże z oburzeniem.
Podszedłem do drzwi, otwierając je niespiesznie i śmiejąc się cicho.
-Mamo, a kto to może być o tej porze, co? Ha, ha… Ha…
… Kto?
Nathan Mason.
Chwyciłem się raptownie za głowę.
Ja chyba naprawdę mam gorączkę.
I halucynacje.
Mamo, ratuj!

1 komentarz:

  1. Anonimowy3:21 AM

    heh te wyjasnienia z mamuska, troche wyszedl na mamisynka xD. A zakonczenie jak w poprzednich rozdzialach zapiera dech w piersi. :)

    OdpowiedzUsuń