Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 7 # [Theodore]

Theodore przetarł zaspane oczy i wyciągnął wolną dłoń, pewien, że ta natrafi na ciało leżącego tuż przy nim chłopaka. Nie wyczuł go jednak. Nieco zdezorientowany rozejrzał się wokół. Miejsce obok niego było puste, pościel zmięta i odrzucona w nieładzie, wciąż jednak tak intensywnie i pięknie pachniała Felixem, że Theodore miał ochotę się w nią wtulić.
Skrzywił się lekko.
Szaleństwo.
Zaniepokoił się odrobinę nieobecnością rudowłosego. Trzeba było mieć na uwadze, że chłopak nadal nie czuł się dobrze, przynajmniej fizycznie. Dużo jeszcze czasu minie, zanim otarcia zagoją się zupełnie, szczególnie, że umiejscowione były tak niefortunnie. Theodore chciał się podnieść i przejść do łazienki, by sprawdzić, czy Felix nie ma jakichś problemów, ale w tym momencie drzwi otworzyły się i stanął w nich rudowłosy.
W rękach trzymał tacę, więc miał mały problem, żeby do końca sobie z nimi poradzić, więc ostatecznie w nieco groteskowy sposób pchnął je lekko biodrem i doszedł wreszcie do łóżka, po czym uśmiechnął się pogodnie do zdumionego Theodore’a i usiadł okrakiem na jego nogach, stawiając przed nim tacę, ale zaraz syknął donośnie, zapewne z powodu tak nieszczęśliwie dobranej pozycji.
-Usiądź jak człowiek- skarcił go natychmiast Theodore, zaniepokojony, że chłopak mógłby się mocniej uszkodzić.
Felix natychmiast przeniósł się na brzeg łóżka i uśmiechnął pogodnie:
-Smacznego, Theo!
Theodore zmarszczył brwi, przyglądając się zawartości tacy.
-Co to ma być?
-Śniadanie!- wykrzyknął radośnie Felix, ze swoim zwyczajowym, słodkawo-mdławym entuzjazmem. Chociaż ostatnio Theodore odkrył, że w rzeczywistości jego pełne naiwności zwyczajowe tony nie uderzają go już tak bardzo.
Śniadanie.
Też coś.
Na talerzu leżały kanapki, którym daleko było do perfekcji Carmen, ale i tak widać było, że chłopak się postarał, chociaż ich ilość była tak duża, że Theodore prawdopodobnie mógłby żywić się nimi przez cały tydzień. Oprócz tego dostał również szklankę soku i…
-Co to jest, Felix?
-Twoje tabletki- odparł rudowłosy, wskazując na białe pastylki.
Theodore ponownie westchnął ciężko. Już sobie wyobrażał, jak Felix niesie mu tacę pełną jedzenia do pokoju, a wszyscy patrzą się na niego, jakby zwariował. To już była zupełna zamiana ról. Felix chyba nadal nie rozumiał zasad panującej w domu hierarchii. Ostatecznie jednak Theodore oszczędził mu afery na ten temat. Nie, żeby rozczuliło go śniadanie. Bynajmniej. Po prostu… Felix nie był teraz w najlepszym stanie, jeśli chodzi o fizyczność, nie zamierzał go dołować jeszcze bardziej. To byłoby podłe.
Theodore aż uśmiechnął się krzywo pod nosem na własne myśli.
-Coś nie tak?- zmartwił się Felix.
-Nie, w porządku- odparł krótko, odkładając tacę na stolik nocny- Na razie nie jestem głodny. Carmen pozwoliła ci na to wszystko?
-Pani Carmen jeszcze śpi. Wszyscy jeszcze śpią- odparł rudowłosy, wzruszywszy ramionami, a Theodore dopiero teraz zadał sobie trud, żeby spojrzeć na zegarek. Wpół do piątej. Aż jęknął cicho, ale ponownie postanowił sobie oszczędzić komentarza, tym razem na temat godzin, w których Felix organizuje sobie wypady do kuchni.
Zresztą, miało to też swoje zdecydowane plusy.
Zamiast zwyczajowego bólu głowy męczyła go ledwie lekka migrena, więc mógł, co prawda, wziąć leki, ale nie do końca ufał pląsom Felixa w kuchni. Chociaż szansa, że wynalazłby tabletki o takim samym wyglądzie, była mało prawdopodobna, to jednak Theodore wolał nie ryzykować i ostatecznie odpuścił sobie lekarstwa.
-Nie zjesz nic?- zmartwił się Felix.
Theodore co prawda prowadził bardzo nieregularny tryb życia, ale śniadanie o czwartej trzydzieści nie było jego wymarzoną porą.
-Zjem później. Chodź do mnie- mruknął Theodore, a rudowłosy niemal natychmiast wsunął się pod kołdrę i wtulił w niego. I tego właśnie było mu potrzeba. Ciepło chłopaka, jego bliskość, działały na niego bardziej kojąco niż cokolwiek innego. Trudno było mu pokusić się o podobne wnioski. Może było to kwestią zimna i może nawet, gdyby sama Carmen położyła się przy nim, byłoby mu cieplej, ale jednak… Parsknął cicho na tę myśl. Ale jednak Felix prezentował się przy nim dużo lepiej. I mając go tak blisko, czując jego zapach i każde jedno drgnięcie, słysząc spokojne bicie serca, on nie mógł myśleć o niczym innym.
Nie chciał myśleć o niczym innym.
Za bardzo bał się własnych emocji. Zarówno tych związanych z Felixem, jak i tych, które ogarniały go, gdy wracał myślami do przeszłości. Z jednej strony czuł się osaczony, zniechęcony faktem, że Felix oddziałuje na niego tak mocno, że doprowadza go do takich uczuć, z drugiej natomiast - bał się, że może zrobić mu krzywdę. Nie był nawet pewien, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna gra, którą z nim podjął. Nie był pewien, co dokładnie chce osiągnąć i jak daleko się posunie, by pokazać Felixowi, gdzie jest jego miejsce i jaką pełni tu funkcję.
-Wstajesz już?- zapytał w końcu Felix, wciąż wtulony w niego kurczowo.
-Nie- warknął Theodore.
-Przecież już nie śpisz!
-Jest wpół do piątej.
-Za dziesięć!
-Na jedno wychodzi- westchnął cicho mężczyzna.
-No chodź, Theo. I tak już nie zaśniesz- Theodore uchylił powieki, natrafiając na owo uporczywe spojrzenie zielonych oczu chłopaka, i wymamrotał nieskładnie pod nosem jakieś przekleństwo.
-I co miałbym robić o tej porze, co?
-Pójdziemy gdzieś!- stwierdził entuzjastycznie rudowłosy, wyswabadzając się z jego uścisku i siadając na brzegu łóżka- Na spacer. Nawet nie wiesz, jak fajnie jest w takim pustym parku, z samego rana, Theo!
-Jest diabelnie zimno- odmruknął mężczyzna, zdecydowanie nie podzielając radości chłopaka- Wracaj pod kołdrę.
-Och, chodź, Theo! Przecież mi obiecałeś!
-Nie przypominam sobie- rzucił, przewracając się na drugi bok i zaraz poczuł, jak Felix właściwie kładzie się na nim i mimo tego, że nie otwierał oczu, widział w wyobraźni ten jego cholernie uporczywy wzrok. W końcu skapitulował z głębokim westchnieniem. Dzieciak miał rację, i tak już nie zaśnie- Idź do łazienki i weź prysznic. Później przyjdź tutaj, ale nie ubieraj się.
-Mam przyjść nagi, Theo?
-W ręczniku- sprostował Theodore i chociaż podejrzewał, że mógł być to jedynie niewinny żart, i tak wolał nie dawać przyzwolenia na podobne rzeczy Felixowi. Służąca, która nieco zbyt wcześnie odbyłaby swoją rundkę do łazienki, przeżyłaby niemały szok. Ale zważywszy na dziwactwa rodziny Grekchów, Theodore podejrzewał, że nie takie rzeczy już widziały- Przynieś tu swoje ubrania, ale po prostu nie wkładaj ich na siebie od razu.
-Dlaczego?- zdziwił się Felix.
-Idź po prostu.
Rudowłosy zwlókł się z niego po chwili, nie zadając już zbędnych pytań i rzeczywiście, nieco później Theodore usłyszał trzask zamykanych drzwi.
Całą siłą woli zmusił się do tego, by podnieść się do pozycji siedzącej, i w końcu sięgnął po jedną ze zrobionych przez chłopaka kanapek. O tej porze głód mu za bardzo nie doskwierał, wprost przeciwnie, czuł się tak, jakby miał zupełnie zaciśnięte gardło i problemy z przełknięciem czegokolwiek.
Kilkanaście minut później do pokoju wkroczył Felix, w nieco groteskowym geście przytrzymując raz po raz opadający z bioder ręcznik, i położył na krześle swoje ubrania.
-O co chodzi, Theo?
Theodore sięgnął do szuflady i wyjął z niej maść, tą samą, którą uraczył go wczorajszego dnia. I chyba postąpił cokolwiek nieodpowiednio, bo na ten widok rudowłosy natychmiast cofnął się gwałtownie.
-P… Po co to wyjmujesz, Theo? Przecież smarowałeś mnie już wczoraj- rzucił płaczliwie, a mężczyzna dźwignął się z łóżka i ruszył w jego kierunku.
Felix natychmiast czmychnął na drugi koniec pokoju i najwyraźniej ani myślał się zatrzymać.
-Daj spokój. Muszę to zrobić, inaczej będzie się goiło jeszcze wolniej i bardziej bolało…- mruknął Theodore, ale jeżeli naprawdę sądził, że będzie to argument, który zaważy na decyzji chłopaka, chyba się pomylił.
Ledwie ruszył w jego kierunku, a Felix błyskawicznie przeskoczył przez łóżko i znalazł się po drugiej stronie pokoju, najwyraźniej gotów uciekać dalej.
Theodore westchnął ciężko.
-Nie zachowuj się jak dziecko, Felix!
-Nie, Theo!- zaprotestował raz jeszcze chłopak, autentycznie spanikowany- To jest nieprzyjemne! I… I… I niepotrzebne! Samo się zagoi! Theo, no!- jęknął rudowłosy, dobiegając w końcu do drzwi i zatrzymując dłoń na klamce- Theo, jeśli podejdziesz, to stąd wyjdę. Tak właśnie ubrany!
...tudzież rozebrany, bo rudowłosy chyba nie zdążył jeszcze dostrzec, że w trakcie owej bieganiny ręcznik zupełnie zsunął się z jego bioder i wylądował gdzieś przy łóżku, a on teraz stał przed Theodore’m tak, jak go pan Bóg stworzył.
-W porządku- skapitulował w końcu Theodore, siadając na brzegu łóżka i odkładając maść- Jak chcesz. Ale to tylko i wyłącznie twoja sprawa, nie wiń mnie, jeżeli będą jakieś powikłania… Na co tak patrzysz? Chodź tutaj i podnieś ten ręcznik, na litość boską, bo jeszcze ktoś tu wejdzie i pomyśli sobie coś niedorzecznego…
… Hm…
Na przykład to, że dwa dni temu się z nim przespał, chociaż w tym wypadku należało to potraktować niemal jako eufemizm, zważywszy na chęci jednej ze stron przynajmniej. Ciekawe, czy istniała taka kategoria jak gwałt w amoku…
… Chyba jeszcze o tym nie słyszał.
Ale ledwie Felix zbliżył się do łóżka, Theodore chwycił go prędko w pasie i powalił na materac, nie dając najmniejszej możliwości wyrwania się.
-Theo!- zawył Felix, zupełnie przerażony- To nie fair!
Boże, dzięki ci za jego naiwność.
-Nie wierzgaj tak, Felix, na litość boską…- wycedził przez zęby Theodore, chwytając na powrót za maść. Zgrabnym ruchem chwycił chłopca pod kolanami, unosząc jego nogi.
-Theo!- spróbował raz jeszcze rudowłosy w ramach protestu, ale ostatecznie jedynie zacisnął mocno powieki i zagryzł wargę. Theodore spojrzał na niego lekko zdumiony. Spodziewał się, owszem, że to boli i niezbyt ładnym byłoby w tym miejscu mówienie o tym, że Felix już pewnie do tego przywykł, ale przecież nie zdążył go jeszcze dotknąć.
Delikatnie naniósł maść na jego wejście, po czym powoli wsunął w niego koniuszek palca zaledwie, rozprowadzając ją w jego wnętrzu. Wciąż nie spuszczał wzroku z twarzy chłopaka. Nie wykrzywiała się ona z bólu, wprost przeciwnie. Wydawał się być raczej mocno zażenowany i zawstydzony, chociaż zapewne każdy w podobnej sytuacji reagowałby w ten sposób, więc…
… A może jednak nie?
Theodore dostrzegł dokładnie to, co wczorajszego dnia.
Męskość chłopaka stwardniała wyraźnie, a on poczerwieniał natychmiast i zakrył twarz dłońmi.
Theodore parsknął cicho, opuszczając jego nogi z powrotem na łóżko i stuknął lekko palcem jego członek. Felix odsunął dłonie od twarzy, wpatrując się w niego z zawstydzeniem.
-Staje ci przez to, że grzebię ci w wiadomym miejscu. A poza tym, to cię boli. Większość ludzi stwierdziłaby, że to chore.
-Ty też tak twierdzisz?- rudowłosy wpatrywał się w niego z oczekiwaniem.
-To ważne, co myślę?
-Najważniejsze, Theo!- zapewnił gorliwie chłopak, a Theodore uśmiechnął się w duchu odrobinę złośliwie.
-W takim razie, tak. Też uważam, że to chore- odparł, czysto bezczelnie, obserwując, jak na twarzy Felixa pojawia się niepokój. Ach, uwielbiał to. Uwielbiał doprowadzać go do takiego stanu. To był tylko kolejny dowód na to, że rudowłosy traktuje go poważnie. Bardzo poważnie- Idę się ubrać. A ty zjedz śniadanie, no i… Zrób coś z tym.
-Theo! A… Ale to… To… To zawstydzające!- jęknął chłopak, czerwony niczym piwonia.
-Mniej niż pokazywanie się z tym publicznie, wierz mi- odparł Theodore, wychodząc z pomieszczenia i nie mogąc wprost pohamować lekko rozbawionego uśmiechu.
Czy nietaktem byłoby napomknięcie, że chciałby zobaczyć, jak Felix radzi sobie z własną erekcją?

Theodore nigdy by się nie spodziewał, że Felix może się nim zainteresować. Poważnie zainteresować, biorąc pod uwagę jego reakcje. Dla niego było to dziwne i niespodziewane. Pomijając fakt owej nocy, gdy zupełnie poniosły go emocje, Felix zupełnie nie kojarzył mu się z obiektem seksualnym. Był młody, urodziwy, niechże mu będzie, ale jednak zbyt naiwny i niewinny, by Theodore mógł o nim myśleć w jakichś nieprzyzwoitych kategoriach.
… Nawet, jeżeli rzeczywiście mu się to zdarzało.
I tak podejrzewał, że niecne myśli częściej nawiedzały rudowłosego.
To było prawie jak pedofilia.
Tylko w drugą stronę.
Tak, tak, Felix miał szesnaście lat. Szesnaście lat! A mentalność daleką nawet od nastolatka, co dopiero mówić tu o jakiejkolwiek dojrzałości.
Theodore zerknął na niego kątem oka. Wydawał się być tak zachwycony spacerem w parku, że zupełnie nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego dzieje.
-Chodź tutaj- mruknął Theodore, zatrzymując się na chwilę i przyciągając go do siebie, by (oby) niezbyt troskliwym gestem, zapiąć jego kurtkę i przewiązać szalik.
-Dzięki, Theo!- odparł pogodnie chłopak- Pójdziemy nad jezioro?
-Czemu nie- westchnął ciężko mężczyzna i bez większego skrępowania przycisnął go do swojego boku. Felix spojrzał na niego odrobinę zdumiony, ale zaraz uśmiechnął się lekko i chwycił go pod ramię.
Theodore nie miał żadnych oporów.
W parku nie było nikogo, a nawet jeśli… Co z tego?
Nikt ich nie znał z imienia i nazwiska. Nie mógł nic zrobić, nic powiedzieć. Przecież tylko spacerowali. Nie było w tym nic dziwnego, prawda?
… Nie było nic dziwnego w tym, że tak desperacko szukał chociażby odrobiny ciepła i bliskości.
-Theo…- zachichotał nagle rudowłosy- Pewnie musimy wyglądać jak ojciec z synem, nie?
-Co?- obruszył się mężczyzna, spoglądając na niego groźnie- Oczywiście, że nie! Jestem za młody. Nawet na tak wyrośnięte dziecko, jak ty.
-Więc jak wyglądamy, Theo?- niezrażony niczym Felix spoglądał na niego z wyczekiwaniem, a Theodore milczał, nie do końca wiedząc, co mógłby odpowiedzieć.
Jak mogli wyglądać?
W jakich okolicznościach, pomijając kwestie uczuciowe i erotyczne, dwoje mężczyzn mogło ze sobą spacerować w ten sposób?
… Jeden z nich mógłby być chory na przykład.
Ale Felix mimo wszystko nie wyglądał na kalekę, więc ten argument odpadał, a żadnego innego nie znalazł, więc nie odpowiedział.
-Jak para?
-Hm…- odkaszlnął cicho. Jak zwykle, Felix musiał powiedzieć na głos to, co on uznał po prostu za nieodpowiednie- Nie sądzę. Za młody dla mnie jesteś.
-Mam szesnaście lat- odparł chłopak, wpatrując się w niego badawczo- Są chyba większe różnice wiekowe, prawda?
-Taak… Ale pedofilia nie jest powszechnie akceptowana.
-Theo! Mam szesnaście lat!- powtórzył raz jeszcze Felix, spoglądając na niego z oburzeniem- To normalny wiek na takie sprawy. Chyba. Normalny, prawda?- zapytał bez większej pewności.
-Nie wiem- Theodore wzruszył ramionami- Nie znam się na takich sprawach. Raczej by mnie za to nie zamknęli.
-Za co?
Dobre pytanie…
-Za nieprzyzwoite zachowanie. Milcz, Felix- dodał, widząc, że chłopak już otwiera usta, by coś powiedzieć. Tłumaczenie pewnych kwestii było aż nazbyt krępujące.
Spacerowali jeszcze dłuższą chwilę w milczeniu, po czym rudowłosy rzucił:
-Theo, chyba zaczyna padać…
-Wydaje ci się- odparł Theodore, machnąwszy obojętnie dłonią, ale zaraz poczuł, że coś kapnęło na jego twarz. I ledwie chwilę później rzeczywiście zaczęło padać- To tylko lekki deszczyk- uspokoił chłopaka, chociaż Felix żadnego uspokojenia nie wymagał. Wprost przeciwnie. Podczas gdy Theodore przeklinał w myślach fakt, że nie pomyślał o parasolu, rudowłosy krzyknął:
-Theo! Zobacz, jak pięknie wygląda jezioro! Widziałeś?!
Och tak.
Widział.
Szkoda, że oni nie wyglądali równie pięknie, gdy rozpadało się na dobre, a przypuszczenia Theodore’a co do „lekkiego deszczyku” okazały się nietrafne i wracali do domu przemoczeni do suchej nitki.
… Chociaż właściwie Felixowi niczego to nie ujmowało.
A Theodore miał pewne trudności z okazywaniem swej irytacji, widząc jego autentyczną radość.
Niedobrze.
Drzwi otworzył im Richard.
-Mój Boże- spojrzał na Felixa ze zdumieniem- Jesteś cały przemoczony!
-Byłem z Theo na spacerze! Było tak strasznie fajnie, że…
-Wrócił z deszczu, durniu…- warknął mało przychylnie Theodore, zaciskając dłoń na ramieniu chłopaka- Jaki niby ma być?
-Theodore…
-Idziemy- zadecydował mężczyzna, pchając rudowłosego przed sobą po schodach na górę. Felix spojrzał na niego odrobinę niepewnie i raz jeszcze obejrzał się na Richarda, ale Theodore doskonale zdawał sobie sprawę ze swojej dominacji. Wiedział, że chłopak mu się nie przeciwstawi.
Nie lubił Richarda.
Nie lubił jego ingerencji, złotych, idiotycznych rad, paplaniny o moralności, o której nie miał pojęcia, i pouczania go. Nie lubił też jego kontaktów z Felixem, nie lubił ich bliskości i wcale nie chciał, by ich relacje odbiegały jakkolwiek od relacji, jakie powinny panować pomiędzy służącym a panem domu.
Theodore zaprowadził chłopaka bezpośrednio do łazienki.
-Rozbieraj się- rzucił krótko, nie dbając nawet o to, jaki oddźwięk miały te słowa, zważywszy na ich bardzo nietypowe ostatnimi czasy relacje. Nie chodziło mu o nic więcej, jak tylko o to, żeby pozbył się przemoczonych ubrań, i Felix zapewne też zdawał sobie z tego sprawę sprawę, ale rumieniec na jego twarzy wskazywał na to, że przez myśl przemknęło mu także co innego.
Lekko drżącymi dłońmi zrzucił z siebie ubrania, podczas gdy Theodore napuścił mu do wanny ciepłej wody. I tak cudem będzie, jeśli po owej zimowej wycieczce, zakończonej w tak nietypowy sposób, nie złapią obaj zapalenia płuc.
-Wskakuj- mruknął Theodore, a rudowłosy wyminął go i zaraz wylądował w wannie_ z donośnym syknięciem.
-Wiesz- szepnął spłoszony, widząc pytające spojrzenie Theodore’a. Miał zdecydowane problemy z tym, żeby usiąść, ale ostatecznie mu się to udało.
Theodore westchnął cicho, przecierając skronie, i zamknął drzwi, po czym przysiadł tuż obok wanny, spoglądając na chłopaka uważnie. Felix przeniósł na niego nieco spłoszony wzrok.
-Nie przebierzesz się, Theo?
-Zaraz.
-Och. W porządku.
-Szukałbyś rodziców, gdybyś nie wiedział, że Grekch jest twoim ojcem?- zapytał w końcu cicho. Sam nie wiedział, czemu teraz zebrało mu się na takie pytania. Powinien się raczej wziąć za siebie, ubrać w coś suchego i tyle, a nie zaczynać filozoficzne rozmowy z szesnastolatkiem o mentalności dziecka, ale był ciekaw. Właściwie już od dawna.
-Nie wiem, Theo…- Felix spojrzał na niego, zdziwiony chyba jego pytaniem- Gdy byłem młodszy, to wydawało mi się, że będę chciał ich poznać… Ale później… Później to chyba przechodzi. No wiesz. Z wiekiem.
-Z wiekiem?- zapytał cicho mężczyzna, a rudowłosy skinął głową.
-No tak. Bo gdy byłem jeszcze mały, to zawsze sobie wyobrażałem, że… No wiesz… Że moi rodzice gdzieś jednak są. Że po prostu mnie szukają, coś się stało, że nie mogli mnie wychowywać, ale to się zmieni, że ktoś mnie porwał i porzucił, albo coś w tym stylu… Wszystkie dzieciaki tak myślały. Przynajmniej te, które sądziły, że ich rodzice żyją. Opiekunki bardzo często wmawiały dzieciom, że ich rodzina umarła, chociaż często wcale tak nie było.
Theodore spojrzał na chłopaka z osłupieniem.
-Jeśli tak nie było, po co to mówili?- zapytał bez zrozumienia, czując się nagle jakoś dziwnie zagubionym.
-Po prostu. Żeby nie robić im nadziei. Zresztą… Oni chyba mieli nawet łatwiej niż inni. Bo jak myślisz, że twoi rodzice nie żyją, to wcale nie jest tak źle. Owszem, wiesz, że po ciebie nie wrócą, ale wtedy wyobrażasz ich sobie bardzo dobrze… Jako takich, którzy cię kochali, i tak dalej…- Felix uśmiechnął się lekko i westchnął głęboko- A kiedy sądzisz, że żyją, to nie wiesz nic. Bo pojawia się pytanie, czemu cię zostawili. Innych dlatego, że umarli, ale twoi musieli mieć swoje powody. W końcu wyrasta się z myślenia, że czekają za rogiem, żeby zabrać cię do wspaniałego pałacu. No i… Też z tego wyrosłem. I wtedy chyba wcale nie chciałem wiedzieć, kim są moi rodzice. Nie sądziłem, że kiedykolwiek ich spotkam albo dowiem się, kim byli. To, czego dowiedziałem się o panu Grekchu… To znaczy…- rudowłosy zagubił się lekko, jakby nie był pewien, jak powinien nazywać mężczyznę- Sam wiesz… To było bardzo dziwne i nie sądziłem nawet, że może być prawdą. Ciągle wydaje mi się, że ktoś się pomylił. Albo, że mi się to śni. I bałem się, że mnie oddadzą. I w ogóle. I na początku nawet nie chciałem opuszczać ośrodka, bo tam było jakoś bezpieczniej. Ale gdybym wiedział, że będzie ktoś taki jak ty, Theo, poszedłbym od razu- uśmiechnął się całkiem pogodnie, zanurzając głębiej w wodzie.
-I naprawdę ci to nie przeszkadzało? Nie chciałeś nawet spróbować? Wolałeś mieszkać w sierocińcu niż w domu milionera? Było ci tam dobrze?
-Jasne, że było… Na początku bywało trudno, to zresztą zależało od ośrodka… Ale sam wiesz… Jak byłem starszy, to dużo się zmieniło. Bawiłem się później częściej z młodszymi albo małymi dziećmi, bo nie zawsze dobrze rozumiałem się z rówieśnikami…- no ciekawe, dlaczego- Teraz się cieszę, że tu jestem, ale na początku wcale nie byłem zadowolony. To znaczy, owszem, czekałem na to, byłem ciekaw, i tak dalej, ale jednocześnie strasznie się bałem, że trafię do miejsca, w którym nikt nie będzie mnie lubił. W którym wszyscy będą mnie traktowali źle… Ale tak nie jest. I cieszę się z tego.
Theodore milczał przez dłuższą chwilę.
Trafił właśnie do takiego domu.
Do domu, w którym tak naprawdę nikt go nie chciał.
Tak jak zawsze.
Jak za każdym razem, gdy dokądś trafiał.
I teraz również trafił tu właściwie przez przypadek. Przez złośliwość losu. Bezczelność człowieka, który w obliczu swojej śmierci potrafił wyciąć wszystkim swoim bliskim tak okrutny numer. Theodore nienawidził go z całego serca. Theodore chciał nienawidzić z całego serca także Felixa, ale coś podświadomie coraz donośniej dawało mu do zrozumienia, że chłopak nie jest winien. Niczemu. Że chłopak jest równie pokrzywdzony, jak każda jedna osoba, która ucierpiała przez działanie Grekcha. Że chłopak nie chciał. Że był zbyt niewinny i naiwny. Że gdyby wszystko potoczyło się inaczej, nie stałby nikomu na przeszkodzie.
… Ale ta świadomość wcale go nie cieszyła.
Bo jeśli to nie Felix był winien…
… To winien był ktoś inny.
Bardziej niż Grekch.
Wtedy winien musiałby być on.
… A Theodore nie chciał być winnym.
Za nic w świecie.
Nawet za cenę okłamywania siebie i wiecznego uciekania przed prawdą.
-Jesteś rozczarowany?- zapytał w końcu cicho- Teraz, kiedy wiesz?
-Trochę…- Felix uśmiechnął się odrobinę wymuszenie- Ale potwierdziły się wszystkie moje obawy… Chociaż może to nie były obawy, a zwykłe podejrzenia…
-Przecież go nie znałeś- parsknął Theodore- Co stoi ci na przeszkodzie wyobrażania sobie, że był wspaniałym bogaczem, który przez całe swoje życie kochał swego syna, ale niestety okoliczności chciały tak, a nie inaczej, i ostatecznie, tuż przed śmiercią, przekazał mu swój majątek?
-Bo wtedy to naprawdę byłoby jak w filmie…- zaśmiał się cicho rudowłosy- A w prawdziwym świecie tak nie jest. A poza tym, nie lubisz go, Theo.
-To ma aż takie duże znaczenie?
-Mówiłem już, że ma…- Felix uśmiechnął się lekko- Gdyby był dobry, to wszyscy by go lubili, prawda? Ale tutaj nikt o nim nawet nie mówi. Pytałem o niego Richarda i chociaż nie powiedział nic konkretnie, to widać było, że za nim nie przepadał. Sądzę, że nie był dobrym człowiekiem, Theo.
-Cóż… Co racja, to racja- mruknął Theodore odrobinę ponuro i nim zdążył jakkolwiek zareagować, Felix wychylił się z wanny i objął go kurczowo ramionami- Felix, u diabła!- syknął, odrobinę zdezorientowany- Co ty wyrabiasz?
-Chciałem cię przytulić, po prostu- wyjaśnił Felix, ze zwyczajową dla siebie prostotą i niewinnością, po czym usiadł z powrotem na miejsce- O rany… Zamoczyłem cię trochę.
-Już byłem mokry- zauważył Theodore, w końcu zabierając się za rozpinanie swojej koszuli.
-Wejdziesz ze mną do wanny?- zapytał cichutko chłopak, a mężczyzna spojrzał na niego, nieco osłupiały.
-Daj spokój, Felix- mruknął cicho.
-Och, chodź, Theo! Zmieścimy się przecież!
Theodore posłał mu pełne politowania spojrzenie. Och tak, w to, że się zmieszczą, wcale nie wątpił. Bardziej martwiła go zupełnie inna kwestia. Ostatnim razem, gdy znalazł się zbyt blisko Felixa, nie skończyło się to dobrze. Paradoksalnie, dla żadnego z nich. Ostatecznie jednak pozbył się wszystkich ubrań i podszedł do wanny.
-Posuń się- polecił krótko, po czym usiadł tuż za rudowłosym, który spojrzał na niego wyraźnie zarumieniony.
Theodore chwycił za gąbkę i naniósł na nią odrobinę żelu, po czym zajął się dokładnym namydlaniem ciała chłopaka. Dla niego, paradoksalnie, był to moment wyciszenia. Bliskość chłopaka nie była dla niego szokująca, nie wywoływała tych samych emocji, co wtedy, w nocy. Nie doprowadzała do chorego wprost pożądania, nie sprawiała, że wewnętrznie wrzał, że przestawał nad sobą panować. Była kojąca, uspokajała. Sprawiała, że wracał do jakiejś wewnętrznej równowagi. Nie pozwalał sobie przekraczać pewnych norm, nie dotykał go jakoś inaczej, nie pozwalał sobie na nic więcej, prócz pozornie przypadkowych muśnięć palcami.
Tymczasem Felix reagował zupełnie inaczej. Każdy dotyk wywoływał u niego dreszcze. Drżał lekko i Theodore nie miał wątpliwości, czym było to spowodowane. Męskość chłopaka po raz wtóry tego dnia stwardniała, a on westchnął mimowolnie i zaraz zagryzł wargę, chyba zawstydzony własną reakcją.
Rudowłosy odwrócił się w jego stronę i przysunął się jeszcze odrobinę, zmniejszając dystans dzielący ich twarze.
To i tak by się stało, prawda?
I tak wszystko było jasne.
I tak nie było sensu czekać.
To było ostatnie, o czym zdołał pomyśleć Theodore, nim natrafił na przyjemnie ciepłe, wilgotne wargi chłopaka, tak rozkosznie miękkie i wrażliwe, reagujące na najdrobniejsze chociażby muśnięcie. Mężczyzna rozkoszował się pocałunkiem, każda reakcją Felixa, to nieporadną, to bardziej pewną, to znów niewinną, namiętną, delikatną i gwałtowniejszą. To było niemalże fascynujące. Piękne. Inne niż wtedy.
I Felix też wydawał się inny. Dużo śliczniejszy.
Uroczy, z delikatnymi rumieńcami malującymi się na jego twarzy.
Autentycznie niesamowity.
Theodore przesunął opuszkami palców wzdłuż uda chłopaka i chwycił jego męskość w dłoń.
-T… Theo!- jęknął Felix, zupełnie zaskoczony, przerywając ich pocałunek. Theodore uśmiechnął się jedynie lekko pod nosem, rozpoczynając intensywne, szybkie pieszczoty. Nie chodziło mu o żadną delikatność. Chciał go po prostu doprowadzić do spełnienia. Rudowłosy oparł głowę na ramieniu mężczyzny i odchylił ją lekko do tyłu, oddychając płytko, z przymkniętymi powiekami.
Zaspokajał go, dopóki chłopak nie doszedł z głębokim jękiem, drżąc lekko.
-Koniec na dziś- zadecydował Theodore, cmoknąwszy go krótko w bark- Wychodź.
Felix spojrzał na niego zamglonym jeszcze wzrokiem i podniósł się z trudem, by w końcu na chwiejnych nogach wyjść z wanny, spoglądając na Theodore’a z jakimś pełnym nadziei wyczekiwaniem.
Mężczyzna wyszedł z wanny chwilę później, spuszczając wodę i zerkając na rudowłosego kątem oka. Ledwie powstrzymał uśmiech cisnący się na jego wargi.
Chwycił za ręcznik i wytarł nim go dokładnie, ostatecznie przewiązując mu go wokół pasa.
-Zmiataj do pokoju, Felix.
Chłopak zagryzł niepewnie wargi, po czym niemal rzucił się na szyję Theodore’a, i to z taką siłą, że ten cudem chyba utrzymał równowagę. Ale nim mężczyzna zdążył cokolwiek powiedzieć, rudowłosego już nie było.
Theodore westchnął cicho, nie wiedząc nawet, czy powinien czuć się zadowolony, czy poirytowany, i ostatecznie również wyszedł, zaledwie w ręczniku. Zapewne, jeżeli ktokolwiek z pozostałych domowników będzie nadal oglądał ich roznegliżowane parady, pomyśli sobie coś niedorzecznego.
… Ale niestety cholernie trafnego.
Theodore nie zamierzał się z niczym obnosić, bynajmniej. A już na pewno nie z pogłębiającą się sympatią do chłopaka, którego lubienie było co najmniej nie na miejscu.
Nie w tych okolicznościach.
A jednak Theodore nie potrafił kontrolować własnych uczuć. Nie był w stanie panować dłużej nad emocjami, które coraz wyraźniej wymykały mu się z rąk i zaczynały żyć własnym życiem, jakby w głębokim poważaniu miały fakt, co mężczyzna na ten temat sądzi.
Theodore przeszedł do sypialni i już w progu stanął jak wryty. Felix spoglądał na niego błyszczącymi oczyma z jego własnego łóżka, przykryty szczelnie kołdrą.
-Kiedy mówiłem, żebyś poszedł do pokoju, miałem na myśli TWÓJ pokój- stwierdził chłodno.
-Wolę być z tobą, Theo- odparł chłopak, jakoś nieśmiało- Mogę zostać?
I znowu to samo. Wiedząc, że nie powinien mu na to pozwalać, nie powiedział nic. Ba. Wiedział, że nie powinien go całować, nie powinien o nim myśleć, patrzeć na niego inaczej_ niż tylko jak na głupiego, naiwnego dzieciaka, zapominać o grze, którą prowadził, a już z pewnością nie powinien zaspokajać go w żaden sposób, ale to nic nie dawało. W momencie, gdy miał go blisko obok siebie, nie potrafił myśleć trzeźwo.
Podszedł na chwilę do szafy, nakładając na siebie jakieś spodnie od piżamy, śledzony uważnym spojrzeniem rudowłosego, po czym wsunął się pod kołdrę i natychmiast poczuł, jak chłopak przywiera do niego całym ciałem.
-Jesteś nagi?!- Theodore spojrzał na niego z osłupieniem, a rudowłosy zaczerwienił się lekko.
-Ręcznik spadł- pisnął cienko, a mężczyzna westchnął głęboko, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Ten dzieciak… Felix… Mówienie „ten dzieciak” w tych okolicznościach nie świadczyło na jego korzyść. Leżenie w łóżku z nagim dzieciakiem nie jest zapewne miłym doświadczeniem. Przynajmniej dla większości normalnie myślących ludzi. W każdym razie Felix zaczynał traktować ich relacje poważnie. Naprawdę poważnie.
-Tylko nie rób niczego… Nieodpowiedniego…- mruknął w końcu mężczyzna.
-Nie zamierzam. Jestem wyczerpany, Theo…- jęknął cicho rudowłosy, a Theodore parsknął śmiechem.
-Już?
-Za szybko?- zmartwił się Felix, a mężczyzna stłumił w sobie śmiech i pokręcił głową.
-Nie… Chyba nie…
Rudowłosy uśmiechnął się lekko, po czym cmoknął go niespodziewanie w usta, a następnie jak gdyby nigdy nic odsunął się nieznacznie i przewrócił na drugi bok.
Theodore leżał dłuższą chwilę w bezruchu, nieco osłupiały, po czym rzucił:
-Felix?
Nie było odpowiedzi.
Och, Boże.
To chyba jakiś żart.
Westchnął zniecierpliwiony i delikatnie chwycił śpiącego chłopaka w pasie, przyciągając go do siebie i wtulając się w jego plecy. Ucałował krótko jego ramię i musnął delikatnie nosem jego szyję, chłonąc cudowny zapach rudowłosego, zadowolony z tego, że ten śpi i tego nie widzi.
Nawet, jeżeli czasem pozwalał sobie na chwilę zapomnienia…
To chyba dobrze, prawda?
Nie chciał pamiętać.
Gdyby mógł zapomnieć, zrobiłby to już dawno.
Ale nie powinien zapominać.
On by o nim nie zapomniał.
Nigdy w życiu.
… Nigdy w życiu.

Zbudził go dźwięk telefonu dochodzący z korytarza. Przetarł oczy i zerknął na zegarek. Była dziewiętnasta. Już?
… Raczej dopiero. W końcu koło dwunastej wrócili, a później znowu usnęli. Zerknął na Felixa, który spał jak dziecko, wtulony rozkosznie w poduszkę, i uśmiechnął się lekko, by w końcu zwlec się z łóżka. Wyjął z szafy swój szlafrok i wyszedł na korytarz.
-Hm… Tak, sądzę, że jest… Oczywiście, zaraz… Theodore!- Mirtha spojrzała na niego odrobinę spłoszona i wyciągnęła w jego kierunku słuchawkę- Pan Grekch dzwoni.
Theodore wziął od niej słuchawkę i rzucił krótkie:
-Słucham?
-Witaj, Theodore…- usłyszał, nieco niepewny głos Ernesta Grekcha- Czy Felix może podejść do telefonu?
-Felix śpi- mruknął w odpowiedzi mężczyzna.
-Och?- pan Grekch zdziwił się nieco, ale najwyraźniej nie zamierzał o nic wypytywać- Dzwonię, żeby mu powiedzieć, że za trzy, cztery dni wszystko u mnie będzie gotowe. Przygotowałem pokój, specjalnie dla niego. Nie wiem tylko, co powinienem mu kupić… Jakie książki lubi. Czym się bawi. Czego potrzebuje, by zająć sobie jakoś czas. Pomożesz mi, Theodore? Chciałem zapytać bezpośrednio jego, ale może tak nawet będzie lepiej… Będzie miał niespodziankę.
-Cóż, panie Grekch…- Theodore parsknął cicho, słysząc zaangażowanie w jego głosie. Ciekawe, czy równie mocno zależałoby mu, gdyby miał przed sobą całe życie i nie wiedział o ewentualnej śmierci. Theodore nigdy nie przejawiał do niego jakiejś specyficznej niechęci. Nie lubił go za sam fakt bycia Grekchiem, ale gdyby się nad tym bardziej zastanowić, właściwie mężczyzna niczym mu nie zawinił, chociaż wcześniej, przed śmiercią brata, trudno go było nazwać człowiekiem rodzinnym- Nie sądzę, żeby Felix potrzebował czegoś szczególnego. Proszę mi wierzyć. Tutaj też nie ma zbyt wielu rozrywek, a i tak czuje się dobrze. Podejrzewam, że najbardziej będzie mu zależało na pana towarzystwie, więc chyba najlepszym prezentem będzie, jeżeli znajdzie pan dla niego trochę czasu…
-A… Ależ oczywiście, Theodore- przytaknął natychmiast Grekch, odrobinę nerwowo- Będę z nim przez cały ten czas. Po prostu… Po prostu jest takim miłym chłopcem. A ja go bardzo mało znam i boję się, że może… Sam rozumiesz. Będzie się nudził… I… Nie zechce przyjechać znowu, więc… Nie mam pojęcia, jak to rozegrać. Ty znasz go dobrze, Theodore. Są jakieś tematy, których nie powinienem poruszać?
-Niech się pan tak nie martwi, naprawdę nie ma czym. Felix jest… Wyjątkowo otwarty- …och tak, momentami aż za bardzo- Więc nie będzie takiego problemu. Jemu naprawdę nie trzeba wiele, żeby się cieszył. Zdążycie się poznać.
-Masz rację, Theodore…- odparł mężczyzna, wzdychając cicho, niemal z ulgą- Po prostu tak strasznie się denerwuję. Wiesz dobrze, że nie znam się na dzieciach… Nawet tych starszych… Po prostu jeszcze nie wszystko o nim wiem i trochę mnie to przeraża. A poza tym ten sierociniec… Boję się, że zacznie zadawać pytania, na które nie będę znał odpowiedzi. Nie mogę przecież odpowiadać za mojego brata, prawda? A jednak, mimo wszystko, czuję się odpowiedzialny.
-Felix nie zajmuje się oskarżaniem nikogo- odparł cicho Theodore- Rozmawiałem z nim kilka razy i nie ma o to żadnych pretensji. A pana bardzo lubi.
-Naprawdę?- w głosie Grekcha słychać było autentyczną radosć.
-Naprawdę- Theodore westchnął ze zniecierpliwieniem- Proszę po prostu pozwolić mu się lepiej poznać. Jestem pewien, że pana nie rozczaruje.
-Wiem. Wiem, Theodore. To taki dobry chłopiec… Taki miły, serdeczny. Taki otwarty. Oliver był trochę inny…
Theodore natychmiast znieruchomiał.
Momentalnie poczuł się tak, jakby dostał czymś mocno w głowę. Jego serce zaczęło bić jakoś szybciej i zupełnie nie mógł się skupić na tym, co słyszy.
Jeżeli był jakikolwiek temat, którego Grekch nie powinien poruszać, to był to właśnie ten temat.
I jeżeli było imię, którego nie powinien wspominać, to było właśnie to imię.
Imię, którego nikt w tym domu nie odważył się wypowiedzieć od tamtego dnia.
Nie przy Theodorze.
Nie ze względu na jego sytuację.
... O której Grekch mógł wcale nie wiedzieć.
-Oliver był bardziej pewny siebie i zawsze strasznie mnie peszył… A poza tym był starszy. A Felix jest taki… Delikatny. Boję się, że mógłbym powiedzieć coś, co…
Słuchawka wyślizgnęła mu się z dłoni.
Odetchnął ciężko, owładnięty jakimiś dziwnymi uczuciami.
Nie reagując na nic więcej, zszedł do kuchni, czując się jak w amoku. Chwycił swoje tabletki i wziął kilka, popijając je haustem wody, jakby mogło go to otrzeźwić albo wprost przeciwnie – otępić i tym samym odsunąć od dziwnych myśli.
Nie pomogło.
Oparł się o stół, oddychając płytko.
Jak śmiał…
Jak śmiał go wspominać?
Jak śmiał porównywać go z tym dzieciakiem?!
Nic nie wartym dzieciakiem! Bękartem! Niechcianym gówniarzem, podrzutkiem! Nie miał prawa tu być, nie w tym domu!
Nie miał prawa sypiać w jego łóżku!
Zajmować jego miejsca!
Nie chciał go tu. Nie potrzebował. Powinien zniknąć. Zniknąć!
Z jego życia, z tego domu, zniknąć raz na zawsze, był winny, winny, cholernie winny…
Wypadł z kuchni jak oszalały.
-Theodore?- usłyszał zdziwiony głos Mirthy, ale nie zatrzymał się ani na chwilę, pędząc po schodach na górę, i w końcu zatrzasnął za sobą drzwi od własnej sypialni.
Podszedł chwiejnym krokiem do łóżka, spoglądając z góry na śpiącego chłopaka. Przesunął opuszkami palców wzdłuż jego szyi, odgarniając z niej zbłąkane pasemka rudych włosów, by w końcu chwycić ją lekko dłonią.
A wystarczyłoby tylko zacisnąć palce.
Nikt niczego by mu nie udowodnił.
A nawet jeśli…
… Co z tego.
Zasłużył sobie.
Nie powinno go tu być.
Zasłużył sobie przez to, że zajął jego miejsce, że zupełnie niszczył pamięć o nim, że bezcześcił wszystko, co do tej pory do niego należało.
Zasłużył sobie na to przez sam fakt istnienia.
Theodore miał prawo to zrobić.
Theodore miał obowiązek to zrobić.
Dla Olivera.
Dla siebie.
Dla świętego spokoju sumienia.
Wreszcie.
Przecież nie mógłby się nawet bronić. Nie mógłby wezwać nikogo na pomoc. Kto wie. Może nawet niczego by nie poczuł. Przecież spał. Przecież wystarczyło tak niewiele. Tak niewiele, by…
… Zabić?
Odsunął się gwałtownie, przerażony własnymi myślami.
Odetchnął głęboko, zupełnie roztrzęsiony, podpierając się dłońmi o ścianę.
Zwariował.
Zupełnie oszalał.
Chciał go zabić?! Naprawdę chciał go zabić?!
Przecież to Felix! Felix, tylko Felix. Naiwny, niewinny dzieciak. Tak szaleńczo pragnący jego obecności. Jego bliskości. Ciepła. Felix, który przez całe swoje życie nie zaznał niczego dobrego od losu, i który nie był właściwie winien…
… Nie?
Jak to nie?
Więc dlaczego tu był?
Theodore poczuł się zupełnie zagubiony, osłupiały ze strachu. Bał się własnych myśli. Bał się tego, co mógłby zrobić ledwie chwilę temu, a im dłużej spoglądał na niewinną, pogrążoną we śnie twarz chłopaka, tym bardziej go to przerażało. Naprawdę mógłby to zrobić? Naprawdę mógłby go tak po prostu udusić?
… A jeśli to by wystarczyło?
A jeśli zapewniłoby mu spokój?
Dlaczego w ogóle to rozważał?
Nie mógł go zabić.
Nie potrafił.
… Wcale nie chciał.
Drżał niemal spazmatycznie, mając trudności z utrzymaniem równowagi i złapaniem oddechu. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy coś takiego. Niezależnie od tego, jak bardzo starał się być okrutny, nigdy nie chciał go zabić. Nigdy, aż do tej pory.
Wyszedł.
Musiał wyjść, zupełnie nie potrafił panować nad swoimi emocjami. Bał się, że jeżeli zostanie przy nim jeszcze chwilę dłużej, naprawdę zrobi coś strasznego.
Nie chciał tego.
Nie chciał krzywdy Felixa.
Przeszedł do jego sypialni i zamknął za sobą drzwi, po czym położył się na łóżku i zwinął się w kłębek. Wciąż przechodziły go dreszcze. Wciąż napadały go dziwne myśli. Wciąż nie potrafił zrozumieć…
Zacisnął powieki, całą siłą woli powstrzymując napływające do oczu łzy. W pomieszczeniu było ciemno i cicho. To napawało go jeszcze większym strachem. Każdy najdrobniejszy szelest sprawiał, że niemalże kurczył się w sobie, pragnął ucieczki.
Czuł się tak, jakby ktoś na niego patrzył.
Jakby ktoś tylko czekał, aż otworzy oczy.
Ale Theodore za bardzo się bał. Był niczym dziecko wystraszone po obejrzeniu horroru, które musi najpierw sprawdzić każdy kąt, nim zaśnie spokojnie.
Ten pokój.
To łóżko.
Ta pościel.
Wszystko teraz było Felixa.
Pachniało Felixem.
I poczuciem winy, które coraz mocniej dobijało się do świadomości mężczyzny.
Nienawidził się za to.
Nienawidził swojego strachu, który nie pozwalał mu otworzyć oczu. Nienawidził swojej wyobraźni, która płatała mu coraz brutalniejsze żarty. Nie potrafił wytrzymać.
Łzy skapnęły na poduszkę.
Zacisnął na niej mocno palce, łkając cicho z przerażenia.
Czując się nagle tak zagubionym i jednocześnie tak bliskim prawdy. Czując się tak bliskim…
… Niego.
Jakby był tu obok.
Jakby czekał na niego.
Jakby mógł się do niego przytulić.
Theodore doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to tylko jego wyobrażenia, ale tak strasznie bał się, że może okazać się inaczej. Bał się, że mógłby go spotkać. Teraz, tutaj. W tym pokoju.
Potrzebował Felixa.
Potrzebował go obok siebie, by zapomnieć po raz kolejny, uciec w jego miękkie wargi i ciepłe ramiona.
Zatracić się w jego głosie.
Ale Felixa nie było.
Nie było też Olivera.
Był tylko Theodore.
… I pustka.

3 komentarze:

  1. Anonimowy1:11 AM

    Jestem strasznie ciekawa, coz to za Oliver? Kim on byl i co sie z nim stalo?
    szkoda mi Theo, naprawde musialo mu zalezec na tym chlopcu. i to tak bardzo ze jak tylko mysli o Felixie to czuje sie zdrajca. To przykre...

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy1:12 AM

    @up
    to ja:
    ~Misaki

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy4:07 PM

    Kurcze, ten Oliver musiał być strasznie dla naszego Theo ważny... Tylko kim on był? I co się z nim stało, że go nie ma? Jakiś inny syn zmarłego pana domu? Ale zaczynam się lekko denerwować, kiedy Theo czuję się jak zdrajca, bo zaczyna lubić Felixa. Przecież tamtego Olivera już nie ma, więc w czym problem? Nie lubię wspominać przeszłości i nasz śliczny lokaj powinien robić tak samo. A Felix i Theo to śliczna parka <3
    Enjoy ;***

    OdpowiedzUsuń