Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ 7 ~

-Nasze życie jest narzędziem w rękach Boga. Z dniem urodzenia stajemy się jego dłużnikami, on jest bowiem naszym Ojcem, tym, który daje nam życie i jedynym, który ma prawo je odebrać. I przez całe nasze życie powinniśmy dążyć do tego, by ów dług spłacić swoimi uczynkami…
Dzień pogrzebu znowu wprowadził w wychowankach ośrodka atmosferę z dnia, kiedy dowiedzieli się o jego śmierci. Jakże naturalna dla podobnych ceremonii cisza, dla Gabriela sprawiała wrażenie ciążącej, niepotrzebnej. Jakby wypadało coś jeszcze powiedzieć, jakby twarze przepełnione smutkiem, albo zamarłe w wyrazie skupienia, należało przywołać do rzeczywistości. Znowu zaczynał mieć wątpliwości. Dlaczego nawet teraz, mając niedaleko przed sobą trumnę z ciałem jego nauczyciela, widząc jego rodzinę, najprawdopodobniej rodziców, siedzących w pierwszej ławce, zapłakanych… Nawet teraz nie potrafił im współczuć. Nawet teraz nie potrafił wywołać w sobie chociaż odrobiny smutku, który wydawał się dla takich sytuacji naturalny.
-… Philip Richards był wspaniałym człowiekiem. Doskonałym mężem i cudownym ojcem, a ponadto wzorem, autorytetem dla swoich podopiecznych, którzy darzyli go zasłużonym szacunkiem i sympatią. Philipa Richardsa dzisiaj z nami nie ma. Dzisiaj, jak uczy nas nasza wiara, jest już w lepszym miejscu. W miejscu, w którym i my kiedyś go spotkamy.
Religijna papka bzdur. Gabriel słyszał właściwie, co drugie słowo, skupiony bardziej na swoich myślach, na zadawaniu sobie wciąż i stale tylko jednego pytania… Dlaczego nic nie czuł? Rozejrzał się wokoło. Dostrzegł opiekunów, panią Risby, powstrzymującą się od płaczu i June, jeszcze bardziej poważną i surową niż zwykle, z zaszklonymi jednakże oczyma. Tuż za nim, w ławce siedział Mike, z drżącymi wargami, któremu nawet poleciała pojedyncza łza, dyskretnie starta przez Toma. Nawet Kevin wydawał się być przejęty. Nie płakał, nie drżał jak niektórzy, a jednak Gabriel czuł, że on rozumie. Że on współczuje. Że on ma uczucia.
-Wiele osób w takich momentach załamuje się. Wiele zadaje pytania… Wiele chce się dowiedzieć… Dlaczego? Dlaczego to spotkało nas, naszych bliskich, a nie kogokolwiek innego? Takich rzeczy nie można się spodziewać. Każda śmierć jest niespodziewana, ale tego rodzaju wypadek, gdy giną tak istotne i bliskie nam osoby… Zawsze jest wstrząsający. Zawsze jest przerażający. Jednak nie możemy się poddać. Nie możemy zwątpić, albo obarczać się winą o to co się stało. To nie była kara za grzechy. Ani nasze, ani tym bardziej ich. Oni zrealizowali swoje zadanie tutaj, na ziemi. Ich czas dobiegł końca, bo takie było zamierzenie Boga… Bóg potrzebował ich u siebie. A my nie możemy tego negować, bowiem jego wola i zamiary nie są nam znane…
Gabriel wciąż błądził wzrokiem po wnętrzu kościoła. Kogoś brakowało mu w całej tej wyliczance i sprawdzaniu reakcji. Kogoś, kogo reakcję chciałby właśnie, jakby na przekór, dostrzec.
-Gdzie jest Damon…?- szepnął do Kevina, burząc ową idealną ciszę.
-Hm…?- blondyn spojrzał na niego nieco nieprzytomnie, po czym rozejrzał się dookoła- Nie mam pojęcia…- stwierdził, marszcząc brwi- Wydawało mi się, że wychodził z nami z ośrodka… Nieważne.
-Nieważne…- potwierdził cicho.
-… Musimy wierzyć, że nic nie dzieje się bez przypadku. Musimy wierzyć, że wszystko ma jakiś głębszy sens. Że wszystko jest naszą próbą, wyzwaniem naszego życia. Musimy wierzyć, a naszą wiarę pokładać w Bogu, który jest wiarą, prawdą i miłością. Amen.
Nic nie mogło w tym momencie przykuć jego uwagi bardziej.
Nic.
Ani opuszczający kościół wychowankowie ośrodka, ani zganiający wszystkich wychowawcy, wynoszenie trumny…
Nic.
Prócz złotych oczu, spoglądających na niego z kościelnego przedsionka i błyszczących równie wspaniale, jak w jego snach.

-Gdzie Tom i Mike?- Gabriel spojrzał pytająco na Kevina, siadając na ich zwyczajowej ławce.
-Chyba nie przyjdą- Kevin wzruszył ramionami, wbijając w rudowłosego uważne spojrzenie- Mają coś… Do zrobienia.
-Tak?- zdziwił się rudowłosy- Ledwie chwilę temu widziałem ich przed ośrodkiem, nie wyglądali na zbytnio zajętych…
-N… Naprawdę?- zająknął się blondyn, czerwieniąc lekko, tak jakby został przyłapany na gorącym uczynku- Mnie powiedzieli coś innego… No ale nieważne… Hm… Możemy pogadać?
-Oho…- parsknął cicho Gabriel- Rozmawiamy przez cały czas, ale gdy zaczynasz w ten sposób, zawsze chodzi o coś dziwnego… Na przykład moje upodobania…
-Nie, nie…- Kevin zaśmiał się lekko i pokręcił głową- Tym razem chciałbym pogadać o tobie…
-No tak… Albo o coś poważnego. O co chodzi?
-Hmm… Pogadałem na twój temat z Tomem…- zaczął ostrożnie Kevin, a Gabriel spojrzał na niego uważnie.
-Znowu?- zapytał, chociaż w jego głosie nie było złości czy pretensji. Raczej lekkie rozbawienie. Miotający się i nie potrafiący udzielić odpowiedzi Kevin wyglądał iście uroczo!
-A-ale nie celowo!- zaznaczył natychmiast, jakby naprawdę oczekiwał, że Gabriel zaraz na niego naskoczy- Po prostu rozmawialiśmy o jego rodzicach… I jakoś tak temat zszedł na ciebie… No i… Nie gniewasz się, prawda?- jęknął, wpatrując się w Gabriela niemal błagalnie.
-Nie…- rudowłosy pokręcił głową i stłumił w sobie chęć parsknięcia śmiechem- Jeśli mi powiedziałeś, to chyba wszystko w porządku, prawda? Więc? O co chcesz zapytać?
-Hm… To prawda, że twoi rodzice cię nie odwiedzają?
Gabriel westchnął cicho. Jeszcze nie zdarzyło im się o tym rozmawiać, więc podejrzewał, że temat na pewno się pojawi.
-Tak- odpowiedział w końcu krótko. Mówiąc szczerze, nie miał w tym momencie problemów, żeby o tym mówić. Często się denerwował, gdy ktoś o to pytał, ale Kevin… Kevin już niejednokrotnie udowodnił, że ma w sobie coś, co sprawia, że Gabriel czuje się na siłach, żeby opowiadać mu o sprawach, o których trudno mu było mówić komukolwiek innemu.
-Ale… Ale nie żyją albo coś?
Rudowłosy niemalże parsknął śmiechem, widząc pełną obaw minę swojego towarzysza.
-W pewnym sensie…- odparł, brzmiąc niemalże obojętnie. O tej części swojego życia nauczył się dawno temu mówić bez żadnych większych problemów- Ojciec nie żyje już od dawna, a chyba tylko jego mogłem nazwać prawdziwym rodzicem… Matki to nie obchodzi.
-Hm…- Kevin spojrzał na niego nieco nieśmiało i odkaszlnął- Nie chcę być nachalny i wściubiać nos w nie swoje sprawy, ale… Myślałeś o tym, żeby to zmienić?
Gabriel uniósł brew w pytającym geście.
-No…- kontynuował Kevin, wciąż przyglądając mu się badawczo, jakby obawiał się, że powie coś, co się rudowłosemu nie spodoba- Ja wiem, że takie wydarzenia na pewno zmieniają wszystko, tym bardziej jeśli jest się oskarżonym o morderstwo…- rudowłosy wciąż wpatrywał się w niego bez większego zrozumienia- Ale rodzina to rodzina… Może gdybyś zadzwonił, albo…
-Kevin…- zaczął niemal z rozbawieniem, kręcąc głową- To wcale nie jest tak, że matka nie odwiedza mnie przez to, co się stało… Bo tak to zrozumiałeś?- upewnił się jeszcze, a blondyn skinął twierdząco głową- Ona już wcześniej miała mnie gdzieś. Właściwie od śmierci ojca, a wcześniej też wcale nie było różowo. Jedyne, co ją tak naprawdę obchodzi to flaszka, a zresztą…- jego kolejne prychnięcie więcej już miało wspólnego z rozgoryczeniem niż rozbawieniem- Nie pojawiała się na zebraniach w szkole, do której miała kilkanaście minut drogi, więc dlaczego miałaby przyjeżdżać tutaj, na obrzeża miasta? Z tak banalnego powodu jak zamknięcie mnie? W życiu!- wykrzywił pogardliwie wargi i pokręcił głową- Nie obchodzi jej to. Nie obchodziło jej nawet, gdy byłem oskarżony. Nie przyszła się ze mną zobaczyć ani razu. Pojawiła się na komisariacie, wiem, bo mi o tym powiedzieli, ale do mnie nie zajrzała. Nie obchodziło jej to ani trochę. Mój obrońca powiedział, że matka na procesie to najlepsza obrona. Podobno nikt nie potrafi wzbudzić większych emocji i współczucia, nawet dla najbardziej beznadziejnego typa...- parsknął z politowaniem- Ale ja i tak wiedziałem, że nie przyjdzie. I wcale mnie nie zaskoczyła.
Nie zaskoczyła go, ale jednocześnie nie mógłby stwierdzić, że rzeczywiście nie czekał. Że podświadomie nie miał nadziei, że jednak to jedno wydarzenie mogłoby cokolwiek zmienić w ich relacjach. Rozczarował się. Zawsze się rozczarowywał. A teraz był tutaj i już nie czekał. Tak było dużo łatwiej i bezpieczniej.
-Nie chcę mieć z nią nic wspólnego- skwitował w końcu, a Kevin skinął głową z cichym:
-Przepraszam.
-Nie masz za co.
-Wiem, ale zacząłem gadać te pierdoły…- jęknął cicho, kręcąc głową niemalże z niedowierzaniem- Po prostu sądziłem, że jesteś w tej samej sytuacji, co Tom, naprawdę nie chciałem…
-Daj spokój. To nic takiego.
Kevin westchnął cicho, po czym ogarnął rudowłosego ramionami, przyciągając go do siebie. A następnie, nim Gabriel zdążył się na dobrą sprawę zorientować, musnął krótko jego wargi. Serce znowu zabiło mu szybciej, tak samo jak wczorajszego wieczora.
-Ktoś zobaczy…- wymamrotał, spłoszony.
-E tam- blondyn wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko- Niech widzą. Nic nam nie zrobią przecież, nie?
-No n-nie wiem…- wyjąkał Gabriel, nieco onieśmielony bliskością chłopaka i jego kolejnym, równie krótkim i niepewnym pocałunkiem- Opiekunowie nie patrzą na takie rzeczy zbyt dobrze…
Osłupiał zupełnie, gdy jego wzrok powędrował odruchowo niemal w kierunku ośrodka. I gdy dostrzegł kogoś, kogo zupełnie się nie spodziewał…
Damon.
Przez tę chwilę zaledwie widział go dużo wyraźniej niż cokolwiek wokół siebie.
-Gabriel…?- zapytał nieco niepewnie Kevin, wpatrując się w to samo miejsce, co on- Coś się stało…?
-Nie… Nie, nic…- odparł, uśmiechając się przepraszająco. Po Damonie nie było ani śladu.
To było zupełnie idiotyczne.
Tak jakby rzeczywiście mógł go zobaczyć z takiej odległości. Tak jakby rzeczywiście mógł być pewien, że to on…
-Muszę iść- stwierdził w końcu, podnosząc się z ławki.
-Już?- jęknął Kevin, niemal w tonie skargi- Przecież do obiadu jeszcze ponad godzina!
-Mam coś do załatwienia- uśmiechnął się przepraszająco- Zobaczymy się na stołówce.

-Dzień dobry- rzucił cicho rudowłosy, wchodząc do gabinetu.
Niewielki pokoik psycholożki znał właściwie na pamięć, będąc tutaj tak często, ale to wcale nie oznaczało, że czuł się komfortowo. Wprost przeciwnie. Ilekroć tutaj wchodził, miał wrażenie, że żołądek podchodzi mu do gardła. Bał się, że nagle powie coś nieodpowiedniego. Coś co sprawi, że w oczach ośrodkowej psycholog stanie się nagle kimś zupełnie niepoczytalnym, kimś chorym, kogo należałoby izolować. Podświadomie zdawał sobie sprawę z absurdalności swoich obaw, ale nie mógł się ich w żaden sposób wyzbyć.
-Dzień dobry, Gabriel- odparła spokojnie psycholożka, a on usiadł na fotelu, naprzeciwko jej biurka- Jak się czujesz?
-W porządku- to była jego zwyczajowa odpowiedź. Rzadko mówił cokolwiek innego. I rzadko było to jakkolwiek zgodne z prawdą, ale tym razem naprawdę nie czuł się źle.
-Denerwujesz się?- zapytała psycholog, unosząc brew w pytającym geście i obserwując jak chłopak wyłamuje sobie palce.
-Nie- odparł krótko, chociaż mijało się to z prawdą.
-Więc możemy kontynuować?
-Tak.
Jak zwykle jego odpowiedzią trudno było nadać miano wylewnych.
-Dziś bardzo ważny dzień… Dzień pogrzebu pana Richardsa…
Skinął głową. Przecież doskonale wiedział.
-Pogrzeb to wyjątkowo istotna sprawa. Czasem dopiero w jego czasie dociera do nas to, co się stało. Zyskujemy świadomość, że coś się skończyło… Jakie są twoje odczucia, Gabriel?
Pani Reed spoglądała na niego badawczo, spojrzeniem, którego szczerze nie cierpiał. Jakby chciała z jego twarzy wyczytać wszystkie jego myśli. A on nie był w stanie patrzeć jej długo w oczy. Błądził więc wzrokiem po ścianach, udając, że rzeczywiście przygląda się widzianym po raz setny obrazom i zdjęciom.
-Nie wiem- odpowiedział w końcu.
-Nie wiesz? Nie współczujesz panu Richardsowi?
Parsknął cicho.
-Po co? Przecież nie żyje.
-Och tak, przepraszam. Nie współczujesz jego rodzinie?
-Czemu miałbym?
-Jak to?- zdziwiła się pani Reed- Stracili syna, synową, wnuczkę… Najbliższe sobie osoby. Uważasz, że nie należy im współczuć?
-Uważam, że to nie jest im potrzebne- odparł, przełykając głośno ślinę, jakby chciał się pozbyć uporczywej guli, która nagle pojawiła się w jego gardle- Moje współczucie niczego im nie da. Niczego nie ułatwi. Nawet, gdyby cały świat im współczuł, co z tego? To nic nie zmieni, nie wróci ich bliskim życia, więc, po co to wszystko?
Czy naprawdę był zupełnym dziwakiem, skoro nie stać go było na tak naturalne odruchy jak współczucie? Kiedyś sam go oczekiwał. Kiedyś. Kiedy mieszkał z matką alkoholiczką i wydawało mu się, że nikt się nim nie interesuje. Oczekiwał współczucia, oczekiwał pomocy. A później pojawił się ten nauczyciel. I Gabriel uświadomił sobie, że współczucie niczego nie zmienia. Że wcale nie było mu do niczego potrzebne.
-No cóż… Rozumiem…- odparła powoli kobieta- A sam dzień śmierci pana Richardsa? Co czułeś?
-Nie wiem- powtórzył po raz kolejny, tym razem kiwając się nieco nerwowo na krześle. Czuł się zaniepokojony, jakby nagle owe pytania naruszały jego osobistą, nietykalną do tej pory sferę.
-Ja byłam wstrząśnięta, to był zupełny szok…- psycholożka zawsze zaczynała mówić coś od siebie, gdy chciała go skłonić do tego samego. Tak jakby dawała mu przykład prawidłowej odpowiedzi, której powinien udzielić- Płakałam, chociaż nie znałam pana Richardsa zbyt dobrze, ale zawsze był w stosunku do mnie bardzo sympatyczny. A poza tym ta świadomość, że widujesz kogoś dzień w dzień na korytarzu, a nagle uderza cię, że już go nie zobaczysz… To bardzo dziwne uczucie… Więc? Co czułeś, Gabriel?
-Nie wiem- powtórzył po raz kolejny.
-Dobrze- odparła spokojnie kobieta- Zastanów się, mamy dużo czasu.
Nad czym miał się, u diabła, zastanawiać? Co miał powiedzieć? Że nic go to nie obchodzi? Jakby to zabrzmiało? Jakby zabrzmiał fakt, że jego odczucia były tak płytkie, tak niepodobne do odczuć nikogo innego?
-Na początku…- zaczął z wyraźnym wahaniem- Na początku w to nie wierzyłem. Wydawało mi się, że to pomyłka… Ale później…
-Ale później…?- podchwyciła psycholożka, wpatrując się w niego z oczekiwaniem.
-Później nie czułem nic.
-Nic…? Masz na myśli to, że byłeś osłupiały, zaszokowany, nie potrafiłeś nadal w to uwierzyć…?- dopytywała się, jakby nie była pewna znaczenia jego słów.
-Nie…- odparł cicho- Pogodziłem się z tym od razu. Po prostu… Nie czułem nic.
-Nie byłeś przerażony? Smutny? Nie odczuwałeś żalu?
-Nie. Nie czułem nic- powtórzył po raz kolejny, czując się niemal przerażony własnymi słowami. Czując się przerażony wspomnieniem smutku innych osób z ośrodka. Ich uczuciami. Których sam nie potrafił z siebie wykrzesać. Czuł się fatalnie. Zdarzało mu się już reagować różnie na spotkania z psychologiem, ale tym razem naprawdę było źle. Gula w gardle wcale się nie zmniejszyła, wprost przeciwnie. Z każdym jego słowem zdawała się powiększać. Uświadamiać mu, jak cała reszta, jak bardzo jest obcy, jak bardzo tutaj nie pasuje, ze swoimi absurdalnymi emocjami i brakiem uczuć.
-Nie rozumiem…- zmartwiła się psycholożka- Nie lubiłeś pana Richardsa? Nie był ci drogi?
-Lubiłem…- wyszeptał wilgotnym głosem, czując, że zbiera mu się na płacz- Chyba… Zawsze był dla mnie miły… I jako jedyny nie traktował mnie jak wariata.
-Jak wariata? Mój Boże, Gabriel, czemu płaczesz?- pani Reed spojrzała na niego z autentycznym zatroskaniem- Kto traktuje cię jak wariata?
-Wszyscy!- wyrzucił z siebie, czując się z chwili na chwilę coraz gorzej. Znowu uświadamiając sobie, że jego łzy nie mają nic wspólnego z tematem ich rozmowy, z panem Richardsem, ze śmiercią, a raczej z świadomością własnej inności, jakiejś wewnętrznej pustki- To dlatego jestem tutaj tak często… Wszyscy mnie unikają… I chcieliście mnie przenieść.
-Gabriel, mój Boże!- psycholożka pokręciła głową i wstała z miejsca, po czym podeszła do niego prędko- Nikt nie traktuje cię jak wariata. Chcemy ci po prostu pomóc!- wciąż nie mógł zmusić się, żeby spojrzeć jej w oczy- Czasem jednak nie jesteśmy w stanie… Nie jesteś złym chłopcem. Żaden z was nie jest, wszyscy trafiliście tutaj, ponieważ zrobiliście coś niewłaściwego, z różnych powodów i dlatego jesteśmy my, psychologowie, wychowawcy, opiekunowie. Jesteśmy tu, żeby wam pomóc, ale to nie zawsze przynosi rezultaty… Dzisiaj jednak się otworzyłeś. To dobrze, bardzo dobrze… Coś zaczyna się nareszcie zmieniać, ten chłopiec, Kevin… Jesteście sobie teraz bliscy, prawda?
Pokiwał głową, wciąż chlipiąc cicho.
-Jesteście przyjaciółmi?
-Chyba…- odparł niepewnie, skinąwszy lekko głową.
-Lubisz go?
-Lubię…- potwierdził, zagryzając wargę.
-Za co, Gabriel?
-Nie wiem… On mnie lubi… I jest dla mnie miły… Ale nie będzie tutaj tak długo jak ja…- znowu zebrało mu się na płacz. Nie zdarzyło mu się jeszcze publicznie rozkleić w taki sposób.
-Boisz się…?- psycholożka wpatrywała się w niego z czymś, co z pewnością można by było określić jako współczucie. Pokiwał głową w ramach potwierdzenia- Spokojnie, pierwsze przyjaźnie zawsze są trudne, ale to kwestia dobrego początku i otwarcia się na innych… Zaufaj mi, wkrótce się przekonasz…
Ponownie skinął głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa.
Nie chciał nikogo innego.
Chciał Kevina.

Usłyszał pukanie do drzwi. Uniósł się na łokciach, przecierając powieki i oczekując, aż jedna z opiekunek wejdzie do pokoju, jak zwykle, w formie kontroli. Ale nic takiego się nie wydarzyło.
Położył się z powrotem, nieznacznie zdziwiony i ledwie chwilę później znowu usłyszał pukanie. Sapnął z lekkim poirytowaniem i wstał, po czym otworzył drzwi na oścież… Stając twarzą w twarz z uśmiechniętym szeroko Kevinem.
-K… Kevin?- wydukał, zupełnie zaskoczony- Jest cisza nocna, na litość boską, co ty tu…
-Nie marudź, Gabrielo…- usłyszał pretensjonalny głos Toma i wyjrzał zza drzwi, dostrzegając go razem z Mike’em tuż przy schodach- Chodź.
-C… Co?- zapytał, zupełnie osłupiały.
-Idziemy na dwór!- wyjaśnił Mike z niegasnącym entuzjazmem- Chodź, Gabriel!
-Jest cisza nocna, jeśli ktoś was tu złapie…- zaczął rudowłosy, niemal w tonie ostrzeżenia, ale Kevin zaśmiał się lekko i odparł:
-Opiekunowie zajęci, Mike wszystko obczaił. Są na jakiejś naradzie, a June wzięła wolne zaraz po pogrzebie, więc problem z głowy… No chodź, Gabriel, na dworze jest świetnie.
-P… Przecież nie jestem przebrany!- wydukał, czerwieniąc się lekko. Chyba i tak nie chciał iść. Chyba, paradoksalnie wolał czekać na swój sen. To było zupełnie idiotyczne i po raz kolejny dobitnie zdał sobie z tego sprawę, a jednak…
-Przestań narzekać, Gabrielo, my też nie!- Tom prychnął ze zniecierpliwieniem- Jak tak dalej pójdzie to całą noc spędzimy na przekonywaniu ciebie, więc rusz swoje szanowne cztery litery zamiast ględzić! Jak idziemy to idziemy!
-Ale ja…
-Gabriel no!- jęknął blondyn iście błagalnie- Chodź, musisz z nami iść.
-Gaaabriel!
-Gabriel noo…
-Gabrielo, do diabła!
… Czy miał naprawdę jakikolwiek wybór? Uśmiechnął się jedynie krótko, kręcąc z niedowierzaniem głową. Naprawdę aż trudno było mu sobie wyobrazić, że rzeczywiście się na coś takiego zgadza, wcześniej to było dla niego zupełnie niepojęte. A jednak.
Zszedł razem z nimi po schodach, słysząc jak wzajemnie uciszają swoje chichoty i wreszcie znaleźli się na dworze.
Uderzyła go fala zimnego, nocnego powietrza, a wilgotna trawa pod jego bosymi stopami też wcale nie była wyjątkowo komfortowa… W pierwszym odruchu chciał się wycofać, ale gdy Kevin chwycił go za dłoń i stanowczo pociągnął za sobą, nie miał już większego wyboru.
A później… A później ciemne niebo i niesamowite gwiazdy, przestały sprawiać wrażenie przerażających, a zaczęły mu się podobać, fascynować go… Nocna atmosfera i chłód też przestały być przeszkodą. Tym bardziej, że Mike i Tom nie mieli najmniejszych oporów.
-Chodź- zaśmiał się Kevin, ściągając go na ziemię.
-Będę mieć brudną piżamę- zaprotestował rudowłosy niemalże odruchowo i usłyszał chichot leżącego już obok Toma.
-Ta, Gabrielo… Przestań być taka sztywna.
I rudowłosy rzeczywiście starał się rozluźnić i poddać się sytuacji i nawet mu się to udało… Tylko ssąco-mlaszczące odgłosy, dobiegające od strony Mike’a i Toma, były rzeczywiście nieco rozpraszające, tym bardziej, że leżeli kurczowo przyciśnięci do siebie i z pewnością nie mieli większych oporów i wcale nie przeszkadzał im fakt, że on i Kevin siedzą tuż obok.
Blondyn uśmiechnął się odrobinę niepewnie, po czym również przysunął się bliżej Gabriela, ujmując jego twarz w dłonie.
-Ch… Chyba im nie przeszkadzamy- baknął chłopak, nie wiedząc do końca, co powiedzieć.
-Nie, zdecydowanie nie…- odparł miękko Kevin i już po chwili wpił się w jego wargi.
-K… Kevin!- wyjąkał w przerwie pomiędzy kolejnymi pocałunkami- Bo ktoś zobaczy…
-Oni nie mają po co- parsknął z rozbawieniem blondyn, powracając do jego warg i całując go namiętnie i mocno. Gabriel jęknął cicho w jego wargi, obejmując go mocniej wokół szyi i już po chwili poczuł, jak ląduje na lodowatej trawie.
-Zimno…
-Przepraszam… Wolisz usiąść?
Dostrzegł kątem oka, że Mike i Tom tarzają się po trawie zupełnie bez opamiętania i najwyraźniej nie przeszkadza im ani wilgoć, ani zimno, więc jedynie uśmiechnął się krótko i pokręcił głową.
-Wytrzymam- odparł i zaraz poczuł, że pocałunek Kevina staje się jeszcze bardziej pewny. Westchnął cicho, oddając ów pocałunek z równą żarliwością. I właściwie na ten moment wszystko inne przestało się liczyć. Zrozumiał nagle, dlaczego Tom i Mike tak małą wagę przywiązywali do komfortu związanego z całą sytuacją. To było po prostu cholernie przyjemne.
-Kurwa!
Resztki świadomości wróciły mu dopiero, gdy usłyszał donośne przekleństwo Toma, a blondyn oderwał się od jego warg.
-Zapomnieliśmy o nim! Do diabła! Chodź, Mike! Chłopaki! Zmywamy się!
-Gabriel, spadamy- zakomunikował Kevin, podrywając się szybko z trawy, a rudowłosy zrobił właściwie to samo, tyle, że dużo wolniej, nie wiedząc dokładnie, co się właściwie stało. Ale zanim zdążył pobiec za blondynem, poczuł jak ktoś chwyta go mocno za ramię i odwraca w swoją stronę.
I przez chwilę autentycznie przekonany był, że to część jego snu. Przez chwilę, gdy zorientował się, że tym kimś jest Damon.
-Dobry wieczór…- odezwał się głosem chłodniejszym od panującej na zewnątrz temperatury- Zdaje się, że cisza nocna trwa od dość dawna…?
-Tak, ale… Ale…- zająknął się, zupełnie nie wiedząc, co powiedzieć. Zabrakło mu głosu.
To nie był sen. W jego śnie Damon nie odzywał się. Nigdy. A poza tym… Nie był aż tak przerażająco realny, tak niesamowicie bliski…
Musiał wyglądać jak zupełny kretyn, stojąc i przyglądając mu się zupełnie bezczynnie. Ale zanim którykolwiek z nich zdążył powiedzieć coś jeszcze, usłyszał ciche:
-Przepraszam.
Spojrzał z zaskoczeniem na Kevina, który znalazł się tuż obok niego i objął go lekko ramieniem w pasie, odsuwając się wraz z nim od opiekuna.
-Przepraszam- powtórzył po raz kolejny- To moja wina, wyciągnąłem Gabriela na dwór, a on wcale nie chciał iść… Po prostu chcieliśmy obejrzeć gwiazdy. To wszystko.
-Nie wątpię…- odparł cynicznie mężczyzna, ale zaraz uśmiechnął się jedynie krótko- Obejdzie się bez konsekwencji… Chociaż wolałbym nie spotkać was na nocnej wycieczce po raz kolejny… A teraz wracać do łóżka. Oboje. Do swojego łóżka…- zaznaczył jeszcze, wpatrując się w rudowłosego z uwagą i zaraz jego oczy zabłysnęły charakterystycznie- Sprawdzę czy się tam znaleźliście, wierzcie mi na słowo… I czy aby na pewno… Śpicie dobrze.
Gabriel poczuł jak dreszcz przechodzi mu wzdłuż kręgosłupa.
-Dziękujemy- odparł Kevin, ciągnąc go w kierunku ośrodka- I przepraszamy, to się więcej nie powtórzy…
Być może…
… Ale Gabriel czuł, że nie jest to ostatni raz, gdy tej nocy dostrzeże owo przenikliwe spojrzenie złotych oczu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz