Strony

niedziela, 22 maja 2011

~ . 8 . ~ [Drag Queen]

Wyrwało mi się coś nie całkiem składnego, coś co miało być zapewne równocześnie powitaniem i wyrazem mojego niepomiernego zdziwienia.
To nie były żadne halucynacje.
To był Nathan Mason.
Nathan Mason w swoim idealnym, nieskazitelnym i diabelnie drogim garniturze, ze zwyczajowym zniecierpliwieniem goszczącym na jego twarzy i… Wielkim bukietem czerwonych róż.
-Mogę wejść?- zapytał, spoglądając na mnie badawczo.
Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Cofnąłem się jedynie z przejścia, pozwalając mu wejść do środka i powoli zamknąłem za nim drzwi, wciąż będąc w stanie głębokiego szoku.
-Dz… Dziękuję…- baknąłem nieco niepewnie i zupełnie nieprzytomnie, wyciągają ręce po kwiaty.
Parsknął z rozbawieniem.
-Alex… To dla twojej matki- uświadomił mnie, a ja jedynie cofnąłem się mocno spłoszony, wycierając spocone ze zdenerwowania ręce w spodnie od piżamy.
… Spodnie… Od… Piżamy…
Rozumiecie to?! Nathan Mason przychodzi do mnie prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz w życiu, wyglądając jeszcze bardziej bosko i elegancko niż zwykle, a ja witam go rozczochrany, w spodniach od piżamy i z podkrążonymi od zmęczenia oczyma…
Ale skoro widział mnie na co dzień w gorszym stanie, nie jestem zdziwiony faktem, że nie uciekł z krzykiem.
-Piżama w misie?- szepnął mi do ucha, podchodząc bliżej- Alex, ile ty masz lat…?
Nathan!!!
… Nie pomagasz!
-Alex? Kto przyszedł?!- zawołała z kuchni moja matka, wyraźnie zaniepokojona, że jeszcze się nie pojawiłem.
-Ekhem…- odkaszlnąłem, starając się odzyskać głos- T… To…
Nie byłem w stanie dokończyć, ale wcale nie musiałem, bo już po chwili na przedpokoju pojawiła się moja matka, spoglądając to na mnie, to na Nathana ze zdziwieniem.
-Kto to, synku?- zapytała nieco zażenowana, również wygładzając nieco nerwowo swój, nie da się ukryć, typowo domowy i będący po wielu drastycznych przeżyciach fartuch.
Na szczęście nie musiałem się wysilać, bo z odpowiedzią pospieszył sam zainteresowany.
-Nathan Mason- przedstawił się, ukłoniwszy jej się lekko i podał jej róże, które przyjęła z wyrazem zupełnego osłupienia na twarzy, a następnie ucałował jej dłoń. Zaczerwieniła się nieznacznie, zakładając pasemko włosów za ucho i zachichota nerwowo- Szef Alexa- dodał po chwili i dopiero na te słowa, najwyraźniej dopiero teraz zdając sobie sprawę z tego, że nie pierwszy raz słyszy to nazwisko, odsunęła się nieznacznie, nie wyglądała jednak na bardzo tą wizytą zdenerwowaną.
-A… A co pana do nas sprowadza?- zapytała w końcu, brzmiąc wręcz odrobinę napastliwie, ale Nathan nie wydawał się być tym zrażony.
Zresztą po tych wszystkich moich opowieściach…
… Chyba nie powinien.
-Dostałem dzisiaj… Informację o wypowiedzeniu pani syna… I bardzo chciałem przedyskutować tą sprawę jeszcze raz.
Spodziewałem się, że matka natychmiast zaprotestuje, ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu jedynie zaprosiła Nathana gestem ręki do salonu, rzucając krótkie:
-Proszę się rozgościć… I nie zrażać bałaganem, nie spodziewaliśmy się wizyty…
Bałaganem?!
W moim domu nigdy nie było czyściej!
-Wstaw do wody- syknęła do mnie cicho mama, wciskając mi w ręce bukiet- I ogarnij się trochę, Alex, na Boga, wyglądasz jak ostatni menel…
Dzięki, mamo.
Jak to dobrze, że można na ciebie liczyć…
Westchnąłem ciężko, przechodząc do kuchni i sięgając po jakiś wazon. Nalałem do niego wody i wstawiłem do niego kwiaty, zatrzymując się przy nich na chwilę, czując przyjemny, subtelny zapach róż.
Nathan chyba naprawdę doskonale wie, co robi…
Wygładziłem tylko włosy palcami i zaraz wróciłem do salonu, nie wyglądając zapewne wcale lepiej, bo matka posłała mi wyjątkowo karcące spojrzenie.
-Podam panu kolację…- zaoferowała się natychmiast- A do picia co? Kawa? Herbata?
-Nie sądzę, żebym został tak długo…
-Ależ skoro pan już przyszedł- przerwała mu, uśmiechając się lekko- To co?
-Kawa może być- skapitulował Nathan, również odpowiadając uśmiechem i zaraz matka zniknęła w drzwiach kuchni.
Odkaszlnąłem nieco nerwowo, skubiąc palcami materiał spodni.
Nathan się nie odzywał.
Ja też nie byłem w stanie.
Czułem się zbyt zdenerwowany.
Już po chwili w salonie pojawiła się moja mama, podając Nathanowi kurczaka z odgrzewanymi na prędko ziemniakami i filiżanką kawy, co było stosunkowo dziwnym połączeniem.
Kawa wieczorem też nie wyglądała zbyt obiecująco.
Jakoś już wiedziałem, jak resztę wieczora, tuż po wyjściu stąd, spędzi Nathan.
Chociaż mówiąc szczerze, wciąż nie miałem bladego pojęcia, co się dzieje…
-Więc… Przyszedł pan z powodu wymówienia Alexa?- przypomniała mało subtelnie matka, jasno dając do zrozumienia, że Nathan ma przejść od razu do sedna sprawy.
-Tak, dokładnie- odparł spokojnie, skinąwszy głową.
-Ale… Chyba nie chce pan tego odwołać, prawda?- zapytała stosunkowo ostro- To znaczy… Słyszałam, że zrezygnował pan z trzymiesięcznego okresu pracy wynikającego z wypowiedzenia…
-Nie, przyszedłem tutaj, bo…- zawahał się przez chwilę- Bo chciałbym, żeby Alex wrócił do firmy. Na stałe.
-Na stałe?- powtórzyła z niedowierzaniem matka- Z całym szacunkiem, ale to chyba niemożliwe… Dostał bardzo dobrą propozycję. Zresztą, czy wie pan jak ciężko on pracuje?! Wie pan, że zaharowuje się po nocach?!
-Tak, wiem- odparł, posyłając mi przy okazji iście miażdżące spojrzenie.
-Więc chyba pan nie liczy, że wróci?
-W istocie, liczę…- odparł gładko- Wiem, że Alex mógł mieć… Niekoniecznie dobre warunki do pracy… Chociaż z pewnością ma do niej powołanie…- w jego głosie zagrały iskierki drwiny, nie wychwycone przez moją matkę- Zdaję sobie sprawę z tego, że mógł być przeze mnie niedoceniany i być może traktowany odrobinę… Inaczej niż reszta pracowników.
O tak…
… Z pewnym przymrużeniem oka.
-… Ale nie jestem tutaj bez powodu- kontynuował jak gdyby nigdy nic, popijając przy okazji kawę- Już mówiłem, zależy mi na powrocie Alexa.
-Ale dlaczego?- drążyła dalej matka, spoglądając na niego uważnie.
-Po prostu…- zawahał się na dłuższą chwilę- Po prostu zdałem sobie sprawę z tego, że jest najlepszym, co mam… W firmie…
-Taak, rozumiem, że to, co się straci, najlepiej się docenia- rzuciła nieco kąśliwie, a ja aż jęknąłem w duchu- Ale to nie zmienia faktu odejścia mojego syna i pan chyba o tym wie najlepiej.
-Wiem. Dlatego mam dla Alexa zupełnie inne warunki. Chciałbym go awansować.
-Awansować?- matce aż oczy się zaświeciły.
-Tak- potwierdził Nathan, uśmiechając się lekko i chyba wyczuwając, że trafił na odpowiedni grunt- Na… Specjalnego Pracownika Oddziału.
Specja… Co?
Spojrzałem na niego z zaskoczeniem, ale jego twardy wzrok po prostu kazał mi milczeć.
-Och… Ale, ale…
-Będzie zarabiał dużo więcej niż teraz… I jestem pewien, że więcej niż zaoferowałby mu którykolwiek pracodawca… Poza tym dostanie większe biuro i wszystko inne co wiążę się z awansem…
-N… No cóż…- matka wpatrywała się w niego wyraźnie mocno zdziwiona, ale i zadowolona- To… To bardzo wyjątkowa sprawa… I… I dlatego pan tutaj przyszedł…?
-Już mówiłem. Zależy mi na Alexandrze.
-Alex no powiedz coś na Boga!- syknęła wreszcie matka, gdy i jej zabrakło słów, a ja zdałem sobie sprawę z tego, że właściwie przez całą rozmowę milczałem jak idiota.
-Ja… No… Hmm… Bardzo… Chętnie… Wrócę…- udało mi się w końcu sklecić, wiercąc się nieco nerwowo na krześle.
-Więc wszystko jasne- odparł Nathan, uśmiechnąwszy się pogodnie- Raz jeszcze bardzo przepraszam za kłopot i tak późne nachodzenie… Będę się zbierał.
-Ależ nic pan nie zjadł!- obruszyła się natychmiast matka.
-Tak, ale…
-Żadnych „ale”!- rzuciła stanowczo- Bardzo nalegam, aby jako nasz gość został pan na kolacji!
I Nathan został.
Zjadł wszystko, chwaląc przy tym kuchnię matki, a ona wyraźnie wydawała się być mile połechtana. Rozluźniła się też zupełnie. Chichotała i dyskutowała z Nathanem całkiem pogodnie i wesoło, zupełnie inaczej niż ledwie chwilę wcześniej.
A ja?
Ja nie wiedziałem co powiedzieć.
Nathan…
… Nathan…
Nathan sprawił, że wróciłem do pracy.
Nathan przyszedł do mojego domu.
Nathan rozmawiał z moją matką.
Nathan… Powiedział… Że mu na mnie zależy.
Oczywiście łgał przy tym jak z nut, ale jednak…
-Tym razem poważnie, muszę już iść… Zrobiło się dość późno- uśmiechnął się przepraszająco do matki i wstał- Było mi bardzo miło. Alex- zwrócił się do mnie z tajemniczym uśmiechem- Do zobaczenia jutro w pracy.
-Ja… Ja… Odprowadzę cię!- zaoferowałem się natychmiast, nawet nie myśląc o tym, żeby się przebrać, zarzuciwszy tylko kurtkę na ramiona i założywszy buty.
I już po chwili wyszedłem wraz z nim na dwór i właściwie dopiero chłód wieczornego powietrza jako tako mnie otrzeźwił.
-Zadowolony?- dopadło do mnie pytanie Nathana.
Spojrzałem niego uważnie. Nie wydawał się być zdenerwowany. Raczej rozbawiony.
Na szczęście paliły się latarnie, bo było już ciemno.
Nathan ruszył powoli przed siebie, a ja zrównałem się z nim prędko krokiem.
-Dziękuję- powiedziałem natychmiast, odzyskując zdolność mowy- Ja… Totalnie się nie spodziewałem, że przyjdziesz…
-Wiem…- odparł, skinąwszy głową- Ale stwierdziłem, że nie ma sensu żebyś odchodził z tak błahego powodu jak kilka kłamstewek… Mam nadzieję, że plotki o moim złym charakterze znikną…
Och, Boże!
Teraz przy każdym telefonie będę wychwalał Nathana pod niebiosa!
-Czemu… Czemu właściwie zdecydowałeś się na coś takiego?- zapytałem w końcu stosunkowo cicho.
-Już ci mówiłem- odparł spokojnie- Nie było sensu, żebyś odchodził, skoro nie chciałeś.
-Ale…
-Alex, proszę. Nie zadawaj mi takich pytań- stwierdził, odrobinę zawstydzony niemalże- Zrobiłem pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, wyjątkowo zadowolony, zdecydowałem się jednak nie kontynuować tematu.
-Specjalny Pracownik Oddziału? Co to takiego?
-Nie wiem- parsknął śmiechem, kręcąc głową- Wymyśliłem to na poczekaniu.
-Czyli nie dostałem awansu?- spojrzałem na niego z lekkim rozbawieniem, a on pokręcił głową.
-Oczywiście, że nie- stwierdził, spoglądając na mnie niemalże ostro- Wprost przeciwnie. Nie myśl sobie, że pozwolę ci na podobne zachowanie co wcześniej… A poza tym… Masz teraz u mnie dług wdzięczności.
-Zabrzmiało groźnie- zachichotałem cicho, wyobrażając sobie stosunkowo… Niestosowne sceny spłacenia owego „długu”. Och, nie wińcie mojej wyobraźni, w takich warunkach nie może funkcjonować najlepiej!- Zaparkowałeś gdzieś w okolicy?
-Przy firmie. Nie wiedziałem, czy tutaj znajdę jakieś wolne miejsce…
Szczerze w to wątpiłem. Podejrzewałem, że raczej w ogóle z firmy do tej pory nie wyszedł, ale nie wyraziłem na głos swojego zdania.
Chwycił mnie lekko za nadgarstek, zatrzymując przy sobie, a ja poczułem jak na moje policzki wpływa rumieniec.
Cholera…!
Zaledwie tak banalny gest, a ja już czuję jak wszystko we mnie niemalże buzuje!
-Chyba powinniśmy się tutaj zatrzymać- stwierdził, wcale nie puszczając mojej dłoni.
-Ehm…- znowu zaschnęło mi w gardle. Cholera, Alex! Oddychaj zanim Nathan będzie musiał ci robić usta-usta! Hmm… Chwila… Właściwie to byłoby dobre rozwiązanie, prawda?- Nie ma takiej potrzeby, nie spieszy mi się. Odprowadzę cię pod samą firmę.
-Lepiej nie- uśmiechnął się krótko, wolną dłonią odgarniając zbłąkane pasemko z twarzy- Jest już późno, ciemno… Prawdopodobnie gdybyś odprowadził mnie pod biuro, ja uparłbym się żeby odprowadzić ciebie i tak bez końca, więc… Więc lepiej zostańmy tutaj- nie mogłem tego dokładnie dostrzec, ale mógłbym się założyć, że gdybym teraz dotknął jego policzka, byłby równie gorący, co mój.
-Martwisz się o mnie?- zapytałem bardziej w postaci żartu, ale o dziwo zabrzmiało to jakoś… Wyjątkowo poważnie.
-Spodziewałem się, że zdążyłeś to zauważyć.
Niemalże odruchowo zwilżyłem wargi językiem, czując jednocześnie jak rytm mojego serca niebezpiecznie przyspiesza. Och, na litość boską! Muszę powiedzieć coś głupiego, bo inaczej zemdleję, padnę trupem albo, co gorzej, upadnę na kolana i wyznam mojemu szefowi dozgonną miłość!
-Te kwiaty!- parsknąłem i zaśmiałem się nieco udawanie- Nie spodziewałem się tego. Nie trzeba było, i tak przypadłeś mojej matce do gustu.
-To bardzo dobrze- stwierdził z delikatnym uśmiechem- A co do kwiatów… Kobiety je lubią.
… Nie tylko kobiety.
-Czułem się, jakbym prosił twoją matkę o rękę- przeczesał włosy palcami, wyraźnie rozbawiony.
-Ale o rękę mojej matki czy o moją rękę?- zapytałem i znowu poczułem to gorąco w całym swoim ciele. Wciąż trzymał moją rękę w okolicy nadgarstka.
-Nie wiem…- stwierdził, przysuwając się chyba mimowolnie bliżej mnie- Właściwie musiałbym to lepiej przemyśleć… Wydaje mi się, że pierwsza opcja byłaby łatwiejsza… Wyraźnie mnie polubiła…
-Taaak, ma słabość do młodych, bogatych, dobrze ubranych mężczyzn, którzy przynoszą jej bukiet róż…- parsknąłem cicho, nieco rozczarowany, że nie odpowiedział inaczej.
-… Ale jako osoba inwestująca lubię ryzyko… I zapewne wybrałbym trudniejszą opcję… Gdybym miał wybierać…- teraz prawie szeptał. Trudno powiedzieć, z jakiego powodu.
Hmm…
Może fakt, że uniosłem się nieznacznie na palcach, opierając wolną dłonią na jego ramieniu miał z tym coś wspólnego?
-Tak?- wymruczałem niemalże, nie będąc w stanie wydobyć z siebie niczego więcej.
-Mhm…- również odpowiedział cichym pomrukiem, nachylając się nade mną i zmniejszając jeszcze ów niewielki dystans pomiędzy nami.
I w tym momencie…
… W momencie gdy moje serce autentycznie podskoczyło do gardła, wywijając jeszcze (w nim!) dzikie koziołki, w głowie poczułem nieznośne zawroty, a owo uczucie gorąca powróciło jeszcze, wraz z jakąś dziwną lekkością pojawiającą się w okolicach żołądka…
W tym momencie grupka jakichś chłopaków, zapewne nie całkiem trzeźwych, przeszła obok nas.
-I na chuj ją całujesz?!- wykrzyknął niemalże dramatycznie jeden z nich- I tak cię rzuci…
-Chodź, Robbie, nie bądź dzieckiem...- rzucił natychmiast drugi, próbując go doprowadzić do porządku i prowadząc wraz z resztą dalej.
-Hej!- syknąłem z oburzeniem- Jestem chłopakiem!
Z grupki dobiegły ciche przekleństwa, a później donośny śmiech i jakieś głośniejsze uwagi.
-Nie trzeba było mówić- stwierdził z rozbawieniem Nathan i pokręcił głową.
… Czy tylko ja z nas dwoje miałem ochotę ich dogonić, zabić, a później wrócić tu z ich głowami, powiedzieć: „Nie martw się” i całować się długo, jak bohaterowie tych niesamowitych filmów akcji?!
… No dobrze, element z doganianiem, zabijaniem i przynoszeniem głów można by w sumie pominąć.
-Rozumiem, że mam nie liczyć, że jutro przyjdziesz punktualnie?
Rozumiem, że mam nie liczyć na pocałunek?
-Pewnie, że przyjdę!- stwierdziłem, autentycznie zmobilizowany do tego, by tak zrobić- Nie spóźnię się!
-Oczywiście- skinął jedynie lekko głową, bez większego dowierzania- Po prostu przyjdź.
-Przyjdę.
-W porządku.
I znowu ta cholerna, niezręczna cisza.
I świadomość tego, co mogło się wydarzyć, ale się nie wydarzyło.
No i niestety, rozczarowujące odsunięcie się Nathana i puszczenie mojej ręki…
Ach.
-Do zobaczenia.
-Do zobaczenia, Nathan- pozwoliłem sobie na ciche westchnienie.
A było już prawie pięknie!

-Jestem, mamo!- zakomunikowałem w wejściu, zdejmując buty.
-Och, Alex, nareszcie!- stwierdziła, chociaż nie wyglądała na zatroskaną- Czekałam, żeby ci coś powiedzieć!
No taaak, o to chodziło…
-Hm?
-Ten pan Mason… Och Boże, czemu nie powiedziałeś mi, że jest taki wspaniały?- świergotała niemalże, jak zakochana szesnastolatka- Nie wyglądał wcale na strasznego szefa! A jeśli nawet to… Taki przyzwoity człowiek! I te kwiaty! Takie piękne! I pofatygował się osobiście… Naprawdę podjąłeś dobrą decyzję. Widać, że musi mu na tobie zależeć…
Uśmiechnąłem się delikatnie.
W istocie.
Widać.

1 komentarz:

  1. Anonimowy3:37 AM

    Niezle napisany rozdzial. Jak narazie wszystko trzyma poziom, usmiech nie schodzi mi z ust :)

    OdpowiedzUsuń