Strony

niedziela, 22 maja 2011

# 8 # [Theodore]

Theodore podszedł do drzwi łazienki i zapukał, aż sycząc z irytacji.
-Oliver?- zawołał, raz jeszcze uderzając w drzwi.
Nie było odpowiedzi.
Że też zawsze musiał odstawiać takie sceny!
-Oliver, wychodź wreszcie- warknął ze zniecierpliwieniem- Ile można tam siedzieć… Znowu się dąsasz?
Cisza.
Theodore prychnął cicho. Przeklęty gówniarz. Niewiele młodszy, a jednak gówniarz. Nigdy nie potrafili się porozumieć, nawet w tak prostych kwestiach. Czemu nie chciał zrozumieć…?
Pchnął lekko drzwi.
Ustąpiły natychmiast.
Zdziwiło go to. Zazwyczaj, gdy chłopak się na niego obrażał, zamykał się i nie wychodził, prawda?
Dlaczego teraz…?
Oliver leżał w wannie, z głową wspartą o jej brzeg. Twarz miał zwróconą w stronę drzwi, włosy mokre i odrzucone do tyłu, a wargi wygięte lekko w czymś na kształt uśmiechu. Niemal rozbawionego uśmiechu. Uśmiechu kogoś, komu udało się właśnie doskonale zadrwić… 
-Oliver…- Theodore niemal odetchnął z ulgą. Zupełnie tak, jakby wcześniej nękało go jakieś dziwne przeczucie, coś złego, jakiś niepokój- Co się stało? Dlaczego nie chciałeś wyjść?
Znowu nie było odpowiedzi.
Oliver wciąż wpatrywał się w niego, nie poruszywszy się ani o milimetr.
Jego oczy były puste.
Theodore zadrżał spazmatycznie, podchodząc prędko do wanny.
-Olivie…- jego kolejne słowa zastąpił krzyk przerażenia.
Woda. Ciemnoczerwona. Ciemnoczerwona jak… Jak krew… Cała wanna krwi. 
Zakręciło mu się w głowie. Z trudem utrzymał równowagę, opierając się całym ciężarem o brzeg wanny i wciąż krzycząc. Chwycił chłopaka w ramiona, wyciągając go z wody w ostatnim przebłysku świadomości i ukląkł z nim na posadzce. 
-Oliver!- wykrzyknął, szarpiąc go mocno, jakby mogło to przynieść jakikolwiek efekt.
… Krew, krew, ile krwi…
-Oliver, błagam cię, spójrz na mnie!- łkał nieprzerwanie, wpatrując się w ciemne, nieruchome oczy chłopaka i modląc się w duchu o pomoc- Oliver! Niech mi ktoś pomoże! Błagam, niech mi ktoś pomoże! NIECH MI KTOŚ POMOŻE!

Theodore otworzył oczy i odetchnął płytko, drżąc.
Sen.
Tylko sen.
Powinien był zorientować się od razu. Nie pierwszy raz powracało to do niego w takiej formie. Był przerażony, wewnętrznie rozbity. W swojej wyobraźni przeżywał wszystko na nowo, raz jeszcze, po raz kolejny, a i tak za każdym razem był równie bierny, równie niedomyślny, co tamtego dnia. Za każdym razem nie potrafił mu pomóc. Za każdym razem nie mógł się zorientować…
Nie był w stanie odróżnić jawy od snu.
Od niedawna, a właściwie od przyjazdu Felixa, takie sny mu się nie przytrafiały. Aż do teraz… Czy to naprawdę znaczyło, że zaczynał zapominać?
Że mógłby zapomnieć?
Zacząć od nowa, skupić się na czymś innym?
Tak po prostu, wymazać to wydarzenie z pamięci, jakby nie było niczym istotnym?
Nie mógł. Nieważne, jak bardzo chciałby o tym nie pamiętać.
Ale właściwie wcale nie chciał zapominać. Oliver był ważny, najważniejszy. Nikt nie mógł go zastąpić, a już z pewnością nie ten dzieciak… Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło.
Przetarł oczy wierzchem dłoni, ścierając ostatnie ślady zbłąkanych łez.
Nie potrafił mu pomóc.
Nie potrafił się zorientować.
Nie potrafił tego przewidzieć…
Jak mógł tego nie przewidzieć?!
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, ale Theodore nawet nie drgnął. Znowu czuł się apatyczny, zobojętniały i niezdolny do odczuwania czegokolwiek. Niezdolny do życia.
-Tu jesteś, Theo!- usłyszał pogodny głos Felixa i wszystko w nim zawrzało.
Z wściekłości na niego, że przychodzi tutaj i mówi do niego w taki sposób.
I z wściekłości na samego siebie, że nie potrafi go stąd wyrzucić, ani w żaden sposób odreagować tego, co w tym momencie czuł.
-Theo?- Felix podszedł bliżej łóżka i wsunął dłoń w jego włosy- Dobrze się czujesz?
-Idź sobie- warknął niechętnie mężczyzna, zaciskając powieki.
-Na pewno? Może coś dla ciebie zrobić?- głos rudowłosego pobrzmiewał autentyczną troską i niepokojem- Przynieść ci te tabletki, które zawsze bierzesz?
Dlaczego, u diabła?
Dlaczego w momencie, gdy Theodore czuł, że wszystko go przytłacza, gdy chciał znowu podjąć decyzję, gdy chciał się odciąć, ten dzieciak zachowywał się tak, że cała jego złość względem niego znikała?
Nie odezwał się. Bał się swoich reakcji. Bał się swoich uczuć i tego, co wyzwalał w nim ten chłopak. Przecież ledwie wczoraj gotów był go zabić, opętany własnymi emocjami! Teraz miał ochotę przyciągnąć go do siebie i przytulić. Sprawdzał się lepiej niż jego tabletki, był jego prywatną ucieczką, jedyną możliwością, by choć przez chwilę nie myśleć o tym wszystkim, co się wydarzyło…
Szansą na zapomnienie.
Nie chciał zapominać.
-Pójdę już, Theo- usłyszał szept chłopaka i poczuł, jak ten muska delikatnie wargami jego policzek- Powiedz, gdybyś mnie potrzebował, dobrze?
Ponownie skrzypnięcie drzwi.
Ciche kroki na korytarzu.
Theodore zakopał się pod kołdrą.
Chciał umrzeć.

Teraz zaczęło się dokładnie tak samo, ale tym razem zdawał sobie sprawę z tego, że śni. Nie podchodził nawet do wanny. Zamknął o oczy i odetchnął płytko, a następnie odwrócił się w kierunku drzwi. Dopiero w tym momencie zatrzymał się gwałtownie, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
-Felix?- zapytał z niedowierzaniem.
-Cześć, Theo- rudowłosy spoglądał na niego ze swoim charakterystycznym, wesołym uśmiechem i dziwacznymi iskierkami radości igrającymi w jego oczach. 
-Felix, co ty tu robisz…?
Granica pomiędzy snem, a rzeczywistością zacierała się powoli i Theodore sam już nie był pewien czy śni. Podszedł do chłopaka i chwycił go za rękę, nie odwracając się ani na chwilę. 
Obawiając się tego, co mógłby zobaczyć. 
-Chodź. Musimy stąd natychmiast wyjść.
-Dlaczego?- głos rudowłosego brzmiał równie niewinnie, co zwykle.
-Nie zadawaj głupich pytań, Felix, po prostu chodź- uciął, ciągnąc chłopaka w kierunku wyjścia, ale ten ani drgnął, stawiając dużo mocniejszy opór, niż Theodore mógł się spodziewać. Spojrzał na niego zdumiony- Felix, musimy iść- powtórzył stanowczo po raz kolejny.
-Dlaczego, Theo?
-Po prostu…- głos drżał mu lekko i miał coraz większe trudności z oddychaniem- Po prostu musimy. Zaufaj mi. 
-Ty mi ufasz, Theo?- pytania Felixa były równie natarczywe, naiwne i głupie jak zawsze, niemal irytujące. 
-Tak, ufam ci- odparł mężczyzna ze zniecierpliwieniem, raz jeszcze próbując wyprowadzić chłopaka z pomieszczenia. Nie wiedział czemu mu na tym tak strasznie zależało, ale czuł, że musi stąd wyjść, w tym momencie, w tej właśnie chwili, zanim stanie się coś złego- Felix, chodźmy, nie ma czasu!
-Trochę szkoda, Theo. Bo to ja go zabiłem. 
Theodore zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na chłopaka z osłupieniem.
-Co ty wygadujesz?- zapytał cicho- Niby kogo zabiłeś?
-Olivera. Zabiłem Olivera- odparł rudowłosy, wzruszywszy ramionami w pełnym obojętności geście- Myślałem, że się ucieszysz… Zrobię wszystko, żebyś był szczęśliwy, Theo. 
-Felix, to jakieś kompletne bzdury!- wykrzyknął ze złością mężczyzna- Nikogo nie zabiłeś! Przestań opowiadać takie rzeczy! Wychodzimy stąd, słyszysz?!
Ale w tym momencie Felix, ten drobny, delikatny Felix, chwycił go mocno za szyję, przyciskając do ściany. Theodore szarpnął się gwałtownie, chcąc się uwolnić, ale nie był w stanie. 
-Felix… Co ty robisz?!- wydyszał ostatkiem sił, starając się odepchnąć jego rękę. 
Rudowłosy zaśmiał się donośnie, jakby nie usłyszał jego słów.
Theodore poczuł, że zupełnie traci siły. Coraz trudniej było mu łapać powietrze. Dusił się.
Umrze.
Felix go zabije.
Tak samo jak zabił Olivera.
Ale jak to…?
Ale dlaczego…?
Co się tak właściwie działo…?
-Przepraszam, Theo- Felix uśmiechnął się łagodnie- Tak po prostu będzie łatwiej. 

Przebudził się po raz wtóry, równie przerażony, co poprzednim razem.
Jak mogło mu się przyśnić coś tak absurdalnego…?
Przetarł twarz dłońmi i odetchnął głęboko, starając się uspokoić. Może to wszystko było skutkiem tego, że wziął wczoraj zbyt dużo leków…? Tak, pewnie tak. Albo już naprawdę zaczynało mu poważnie odbijać.
Całą siłą woli zmusił się do tego, by wstać z łóżka.
Dosyć tego.
Nie będzie tutaj siedział i rozmyślał o takich rzeczach. To doprowadzało go do szaleństwa i kompletnie idiotycznych wyobrażeń.
Musiał się czymś zająć.
Musiał znaleźć Felixa.
Znowu to samo. Znowu czuł się tak, jakby w obecności tego dzieciaka wszystko mogło się zmienić. Jakby tylko przy nim mógł czuć się bezpieczny. Kolejny dowód na zupełny brak logiki w jego rozumowaniu. Felix nie mógł zapewnić mu bezpieczeństwa. Przynajmniej nie tego fizycznego. Ale samą swoją bliskością dawał mu więcej, niż Theodore był w stanie dostrzec i zrozumieć. O wiele za dużo, by mógł sam przed sobą przyznać się do tego, jak wiele zmieniło się odkąd pojawił się w jego życiu.
Przeszedł do swojej sypialni, ale nie znalazł w niej Felixa. Przebrał się szybko, nie przywiązując wielkiej wagi do tego, by doprowadzić się do porządku. Musiał wyglądać fatalnie z podkrążonymi oczyma i zmierzwionymi włosami, ale nie obchodziło go to. Gdzie mógł podziewać się chłopak? Zazwyczaj kursował pomiędzy kuchnią, łazienką, a własną sypialnią, ale w żadnym z tych miejsc Theodore go nie odnalazł. Sprawdził nawet ogród, chociaż wychodzenie na zewnątrz w taką pogodę, bez konkretnego powodu, byłoby przejawem kompletnej głupoty.
… O którą właściwie Felixa mógł podejrzewać.
W końcu wrócił do domu, wyjątkowo niezadowolony i zaniepokojony jednocześnie. Tego starca, Richarda, też nie było. Nie warował jak zwykle przy drzwiach, więc gdzie się podziewał? Pewnie znowu poszedł gdzieś z Felixem. Theodore aż sapnął z wściekłości. Wcale mu się to nie podobało.
-Theodore…?- Mirtha przystanęła, wpatrując się w niego z niepokojem. Zresztą trudno się dziwić, skoro od dobrych kilku minut stał w miejscu i gapił się w jakiś punkt przed sobą, zastanawiając się nad tym, gdzie podziewa się chłopak. I wyglądając przy tym jak ostatnia łachudra- Wszystko w porządku…?
-Gdzie jest Felix?- zapytał jedynie, nie bawiąc się w żadne zbędne uprzejmości. Właściwie spodziewał się odpowiedzi, że wyszedł gdzieś z Richardem i denerwował się na samą myśl o tym. Nienawidził momentu, w którym zdawał sobie sprawę z tego, że dzieciaka nie ma gdzieś w pobliżu. A to, że był w tym czasie z kimś innym, irytowało go jeszcze bardziej. A przez fakt, że tym „kimś innym” był Richard, szlag go trafiał.
-Hm…- Mirtha zastanowiła się przez chwilę, po czym wzruszyła bezradnie ramionami- Widziałam go z samego rana, jak schodziłam na dół, a teraz… Właściwie to nie mam pojęcia.
-Wyszedł?- warknął ostro Theodore- Wyszedł z Richardem, prawda?
-Raczej nie- odpowiedziała cicho dziewczyna, dziwnie spłoszonym głosem- Richard bardzo źle się czuje, Theodore…- przyznała ze zmartwieniem- Od rana nie wychodził z pokoju, właśnie od niego wracam… Myślę, że mógł się poważnie rozchorować.
-Więc co z Felixem…?- zapytał niepewnie Theodore. Uczucie złości ustąpiło miejsca zupełnie innemu, choć równie porażającemu. Niepokojowi. Coraz mniej podobała mu się cała  ta sytuacja. Nie lubił, gdy Felix spędzał czas z tym draniem, ale wtedy przynajmniej miał pewność, że nic złego mu się nie stanie- Mógł wyjść sam?
-Nie wiem… Naprawdę nie mam pojęcia- Mirtha wydawała się być mocno zagubiona- Ostatni raz widziałam go tutaj.
Theodore prychnął z poirytowaniem.
Na litość boską…
Wyminął dziewczynę i chwycił za swój płaszcz. Wspaniale. Ten dzieciak mieszkał tu ledwie kilka dni, zapewne nie miałby nawet pojęcia, jak wrócić do domu, gdyby zapuścił się zbyt daleko. Czy naprawdę nikogo prócz niego nie obchodziło, gdzie włóczy się wspaniały dziedzic…?
… Nie powinien być tym chyba specjalnie zdziwiony.
Theodore narzucił na siebie płaszcz i wyszedł. Na dworze było lodowato. Aż nie chciało mu się wierzyć w to, że dzieciak byłby na tyle głupi, by wyjść w taką pogodę i to w dodatku sam.
Obszedł okolice posiadłości, a następnie skierował się do parku, w którym był z nim wczoraj. Przez cały ten czas wyobrażał sobie jakieś niedorzeczności.
Felix, samotny na ławce, do którego dosiada się jakiś mężczyzna i zaczyna z nim rozmowę.
Głupi dzieciak, który przyznaje mu się, że odziedziczył po ojcu fortunę i ogromną posiadłość.
A później…
Boże, Theodore, wróć na ziemię.
Owszem, może i Felix był naprawdę na tyle naiwny i zwyczajnie głupi, żeby rozpowiadać takie rzeczy na prawo i lewo, ale bez przesady. Wątpił, żeby przypadkowy przechodzeń, którego akurat miałby spotkać, był porywaczem, a w jeszcze większą wątpliwość poddawał to, czy ktokolwiek chciałby Felixa w ogóle słuchać. Nie wyglądał w końcu potomka milionera, a wprost przeciwnie. Wciąż miał w sobie więcej ze zwykłej sieroty.
Obszedł cały park i nic.
Ani śladu dzieciaka.
Teraz zaczynał się poważnie denerwować.
Wrócił do domu, mając nikłą nadzieję, że może w tym czasie rudowłosy zdążył się już odnaleźć. Skierował się do kuchni i niemal wpadł w progu na kierowcę.
-Widziałeś Felixa?- zapytał od razu, niemal odruchowo, a mężczyzna spojrzał na niego uważnie, a następnie pokiwał głową, i jak zwykle bez słowa wskazał mu korytarz na parterze, wiodący do północnego skrzydła domu. Theodore zerknął w tamtą stronę, nie kryjąc zaskoczenia. Czemu wcześniej nie przyszło mu do głowy, że dzieciak zrobił sobie wycieczkę po domu? Cholera jasna! Przecież miał tego nie robić! Posiadłość była duża, a większość pomieszczeń zupełnie nieużywana. Mógł się łatwo zgubić, a nie tak łatwo byłoby go znaleźć, co nie napawało Theodore’a szczególną radością.
Prychnął cicho pod nosem, klnąc w duchu na Felixa i jego przeklętą ciekawość, chociaż w gruncie rzeczy poczuł ulgę, że ten jednak nie wyszedł nigdzie, że nic mu się nie stało. Theodore wyminął Carola i ruszył w głąb wskazanego mu przez mężczyznę korytarza. Zaglądał kolejno do różnych pomieszczeń, nie mając nawet pomysłu, co do tego, gdzie konkretnie chłopak mógłby się podziewać. Tutaj naprawdę nie było nic szczególnie interesującego, chociaż pewnie dla wychowanka domu dziecka, sam ogrom pomieszczeń był wystarczającą atrakcją. Mężczyzna westchnął głęboko, przecierając skronie. Już nawet nie pamiętał, jak wiele czasu minęło, odkąd przechadzał się tędy ostatni raz… Ominął sypialnię niezbyt świętej pamięci Grekcha i ruszył dalej. Im dalej zagłębiał się w ów korytarz, tym gorzej się czuł. Zbyt mocno pamiętał czasy, gdy cały ten dom tętnił życiem. Od dłuższego czasu był po prostu pusty, zupełnie pusty. Zbyt duży. Zbyt niepraktyczny. I to wcale nie od przyjazdu Felixa. To zaczęło się już wcześniej. Dużo wcześniej…
Zatrzymał się gwałtownie, docierając do końca korytarza i niemal serce podskoczyło mu do gardła. Odetchnął z trudem, strasznie płytko, starając się jednocześnie zachować równowagę. Zupełnie o tym zapomniał. Zupełnie zapomniał o ogromnym, rodzinnym obrazie, który po śmierci Grekcha został przeniesiony z głównego holu i wylądował tutaj.
Grekch, pani Victoria i…
… Oliver.
Oliver, z tym pięknym, zwyczajowym, pewnym uśmiechem, z czarnymi, lekko kręconymi włosami, z ciemnymi oczyma, tak realistyczny, tak prawdziwy, tak… Żywy!
Przez dłuższą chwilę zupełnie nie potrafił oderwać od niego wzroku, zbyt przytłoczony całą sytuacją, ale w końcu udało mu się dostrzec Felixa. Felixa, który stał tuż przed obrazem, wpatrując się w niego z wyraźnym zaciekawieniem.
… Felixa, który nie rozumiał zupełnie niczego.
-Felix!- warknął ostro Theodore, a chłopak aż podskoczył ze strachu, po czym odwrócił się w jego stronę zaskoczony.
-Theo? Co ty tu robisz?
-To ja powinienem zadać to pytanie tobie. Nie pozwoliłem ci tutaj przychodzić. Miałeś nie pałętać się po domu bez mojej zgody, zapomniałeś?!- był wściekły. Wszystko w nim wrzało i zupełnie nie potrafił się pohamować. Czuł się tak, jakby rudowłosy samą swoją obecnością, swoim spojrzeniem, bezcześcił to miejsce. Miejsce, będące jedynym realnym wspomnieniem po Oliverze, o którym nikt prócz Theodore’a nie chciał już pamiętać. Felix nie miał prawa… Nie tutaj…
-Przepraszam, Theo, ale tak strasznie mi się nudziło- chłopak uśmiechnął się lekko, niemal przepraszająco, po czym raz jeszcze zerknął w kierunku obrazu- To pan Grekch, prawda? A ten chłopak, to ten drugi panicz, o którym mówiłeś!- wykrzyknął nagle, jakby dopiero teraz sobie to uświadomił- Theo, dlaczego nie powiedziałeś mi, że mam brata?
Theodore aż zadrżał z wściekłości.
-To nie jest twój brat- wycedził przez zęby i nim chłopak zdążył zadać jeszcze chociażby jedno pytanie, chwycił go mocno za ramię i pociągnął w kierunku wyjścia z północnego korytarza.
-Theo!- wykrzyknął Felix, zupełnie tym gestem zaskoczony, ale mężczyzna nie zatrzymał się ani na chwilę, nie zważał na żadne protesty ani jęki skargi, dopóki nie obaj nie opuścili tej części domu i nie zatrzymali się przy schodach, w holu głównym. Wszystko w nim wrzało,  zaczął zupełnie tracić nad sobą kontrolę. Pchnął chłopaka w ich stronę, a Felix uderzył plecami o poręcz i wbił w niego autentycznie przerażone spojrzenie. To go chyba trochę otrzeźwiło. Przynajmniej na tyle, by był w stanie opanować się odrobinę i odsunąć od rudowłosego na bezpieczną odległość. Przynajmniej na tyle, by nie zrobić mu krzywdy.
-Miałeś… Miałeś nie poruszać się po domu sam… Nie w tamtej części…- głos mu drżał i z trudem udało mu się formułować poszczególne zdania- Okłamałeś mnie.
-Nie, Theo!- zawołał chłopak, kręcąc gwałtownie głową- Theo, po prostu nie wiedziałem! Byłem ciekaw i zobaczyłem ten obraz, a później…
-Nie ma o czym mówić!- warknął ze złością mężczyzna, a Felix spojrzał na niego z zupełnym niezrozumieniem.
-Ale Theo…
-Wracaj do siebie.
-Ale…
-Wracaj do siebie!- powtórzył Theodore, tym razem dużo głośniej, a rudowłosy aż zadrżał, wyraźnie wstrząśnięty całą sytuacją- Nie wychodź dziś ze swojego pokoju. Nie chcę cię widzieć.
Felix już otwierał usta, jakby zamierzał coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie jedynie odwrócił się na pięcie i popędził na górę do swojego pokoju.
Theodore oparł się całym ciężarem ciała o poręcz, oddychając płytko. Zupełnie nie był w stanie powstrzymać targających nim emocji. A z drugiej strony, sam, wewnętrznie chciał nadać im jakiegoś racjonalnego wyrazu, formy kary dla Felixa za to, co zrobił.
Czyli za co?
To pytanie wdarło się do jego świadomości burząc cały dotychczasowy porządek.
Co takiego złego zrobił właściwie Felix?
Ale Theodore wcale nie chciał odpowiadać sobie na to pytanie. Nie myślał trzeźwo, wbrew temu, co sam starał sobie w tym momencie wmówić. Czuł się zagubiony i skołowany, a jednocześnie zły, poirytowany i wewnętrznie wściekły, chociaż nie był już nawet pewien, czy na Felixa, czy na samego siebie. Rudowłosy nie powinien tam być. Wszędzie, ale nie tam.
To było miejsce Olivera!
Jedyne, co mu pozostało w tym przeklętym domu!
Czy ten cholerny dzieciak, ta sierota, ten bękart, musiał mu odbierać nawet to?!
Felix zmienił wszystko, jego przyjazd, jego obecność nie sprzyjała pamięci, a wprost przeciwnie. Kto chciał pamiętać o tym wszystkim, co się tutaj wydarzyło, skoro wszystko się zmieniło? Skoro był już nowy panicz, nowe obowiązki, skoro ściany wypełnił obcy śmiech, a dom zaczynał żyć na nowo, żyć innym życiem…?
Nie. Theodore nie mógł na to pozwolić. Nie zamierzał rezygnować z przeszłości na rzecz tego dzieciaka. Musiał pamiętać! Musiał pamiętać, chociaż Felix całą swoją osobą odciągał go o tej pamięci. Odciągał go od myślenia o przeszłości.
Od myślenia o Oliverze.
Wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.
Nie chciał być teraz blisko chłopaka.
Chciał być sam ze sobą, ze swoimi myślami.
Chciał być z siebie zadowolony, tak samo jak na początku, gdy zdawał sobie sprawę z tego, jak strasznie rudowłosy jest względem niego uległy, jak strasznie posłuszny.
Jak strasznie słaby.
Chciał być znowu sobą. Myśleć i funkcjonować tak, jakby Felix w ogóle nie istniał albo był przeszkodą do usunięcia.
Musiał pamiętać.
To był jego obowiązek!
Jego priorytet!
… Jego pokuta.

Kiedy ochłonął i emocje związane z całą sytuacją minęły, Theodore poczuł się koszmarnie - jak ostatni dupek. Nie powinien był krzyczeć na Felixa i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ostatnimi czasy naprawdę zachowywał się jak wariat. W gruncie rzeczy nic takiego się nie stało… Nic takiego nie stało się dla Felixa. On nie mógł wiedzieć. Nie mógł rozumieć, ani zdawać sobie sprawy z całego tego wariactwa. Miał prawo do ciekawości i miał prawo do zadawania pytań. A Theodore nie miał prawa zwracać się do niego w taki sposób.
Wrócił do domu dopiero pod wieczór. Musiał przemyśleć wiele spraw. A poza tym było mu wstyd, bo po raz kolejny zachował się względem tego dzieciaka nieodpowiednio i bynajmniej nie sprawiało mu to radości. I znowu z jednej strony czuł się zły na samego siebie, że w ogóle rozpatruje to w takich kategoriach, a z drugiej, że nie potrafił się pohamować.
Cały czas kierowały nim emocje.
Sprzeczne, burzliwe emocje, które doprowadzały go do szaleństwa i sprawiały, że sam przestawiał siebie rozumieć.
Całował Felixa, a chwilę później…
… A chwilę później miał ochotę go zabić.
Nie było w tym nic normalnego.
Odwiesił płaszcz, po czym wszedł do kuchni. Carmen łypnęła na niego złowrogo, ale zignorował to. Ostatnimi czasy zupełnie nie potrafili ze sobą rozmawiać.
A przecież jeszcze nie tak dawno, wydawało mu się, że jest jedyną osobą, która go rozumie…
-Co to…?- zapytał niepewnie, spoglądając na stół zastawiony talerzami.
-Obiad panicza, jego kolacja i podwieczorek- odpowiedziała chłodno kobieta- Nie stawił się na żadnym z posiłków.
Theodore aż zaniemówił na dłuższą chwilę.
-I… I nikt mu tego nie zaniósł?!- wykrzyknął osłupiały.
-Robię tylko i wyłącznie to, co do mnie należy- szła w zaparte Carmen, ani na chwilę nie zmieniając swojego lodowatego tonu- Tobie radzę dokładnie to samo.
Theodore aż sapnął z poirytowania, ale nic nie odpowiedział.
Nie chciał zaczynać z nią rozmowy, dla własnego bezpieczeństwa i spokoju. Bał się kolejnego wybuchu emocji, bał się tego, że znowu zrobiłby coś niewłaściwego.
Chwycił tacę i od razu skierował się na górę, przeklinając w duchu samego siebie i własną nierozwagę. Na litość boską! Owszem, nawrzeszczał na tego chłopaka, kazał mu nie wychodzić z pokoju, ale to wszystko było w nerwach i w życiu nie spodziewałby się, że Felix będzie tam siedział zamknięty przez cały dzień! Przecież to było zupełnie absurdalne!
Wszedł do pokoju Felixa, zamykając za sobą drzwi. W pomieszczeniu panował półmrok, ale i tak od razu udało mu się dostrzec rudowłosego, który leżał na łóżku, okryty niedbale kołdrą. Nie wyglądał najlepiej.
-Śpisz?
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie. To był po prostu subtelny sposób na sprawdzenie czy chłopak w ogóle ma ochotę z nim rozmawiać, po tym, co się stało.
-Nie śpię- usłyszał cichą odpowiedź Felixa i aż jęknął w duchu. Targały nim takie wyrzuty sumienia jak chyba jeszcze nigdy od przyjazdu chłopaka.
-Jesteś głodny? Przyniosłem ci kolację- powiedział, nie będąc w stanie ukryć skruchy, która wkradała się do jego głosu.
-Nie, nie jestem- odpowiedział chłopak, spokojnie, ale jakoś bez życia- Wszystko w porządku.
Theodore zagryzł nerwowo wargę, odkładając tacę z jedzeniem na stolik. Felix jeszcze nigdy nie zachowywał się w taki sposób. Przynajmniej nie względem niego. I przede wszystkim, nie przez niego. A powodów mógł mieć przecież całą masę, znacznie bardziej dołujących niż odesłanie go do pokoju. Mężczyzna nie do końca to wszystko rozumiał, co wcale nie umniejszało jego poczucia winy.
-To mój brat, Theo?
Theodore drgnął mimowolnie i przymknął powieki na dłuższą chwilę, by zaraz ponownie wbić w rudowłosego uważne spojrzenie. Nie było mu łatwo mówić o Oliverze. A mówienie o nim przy Felixie było jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne. Ale chłopakowi należały się odpowiedzi. Miał prawo pytać.
-Nie. Chyba nie można tego tak nazwać…
-Ale to ten poprzedni panicz, o którym mówiłeś na początku, prawda?- zapytał niepewnie rudowłosy, a Theodore jedynie skinął głową na znak potwierdzenia- To syn pana Grekcha?
-Nie- odpowiedział mężczyzna, siląc się na spokój, chociaż trudno było mu powstrzymać drżenie głosu- To syn jego partnerki, nie byli małżeństwem.
-Jak miał na imię?
-Oliver.
A może jednak nie…?
Może wcale nie było tak trudno, jak mu się na początku wydawało?
Nie był w stanie rozmawiać o tym, co się wydarzyło z nikim. Do tej pory tłumił wszystko w sobie i nie znajdywał dla swoich emocji żadnego ujścia. Zaczynał się irytować, krzyczeć, gdy ten głupiec Richard tak nieuważnie powracał do przeszłości, gdy starał się z nim dyskutować, wciskać mu swoje starcze mądrości… Z Felixem było inaczej. Mówił mu to, czując się wewnętrznie wyczerpany i pusty, rozgoryczony, ale jednocześnie nie było w nim żadnego gniewu czy agresji. Już nie. A do tego dochodziło kojące uczucie ulgi.
Że wreszcie o tym mówi.
Że ktoś jeszcze wie.
Może nie wszystko, może nie dokładnie, może nigdy nie będzie w stanie zrozumieć tego, co się wydarzyło, ale wie.
-Jest bardzo przystojny…- odezwał się cicho chłopak, po czym wypalił zupełnie niespodziewanie- Może gdybym był do niego podobny, lubiłbyś mnie bardziej, Theo…
Mężczyzna aż parsknął z niedowierzaniem, słysząc te słowa, ale ku jego zdumieniu Felix mówił to zupełnie poważnie. Rudowłosy zacisnął powieki i wtulił twarz w poduszkę, wyraźnie rozżalony.
-Felix, co ty opowiadasz, do licha ciężkiego…?- ciągle nie potrafił zrozumieć, skąd temu chłopakowi przychodzą do głowy takie absurdy. Wsunął dłoń w jego włosy, przeczesując je delikatnie palcami- Przecież cię lubię.
-W porządku, Theo.
I tyle.
Chłopak nie wydawał się być ani trochę weselszy, ani chociażby w połowie tak pogodny i otwarty jak zawsze. Był po prostu smutny. Theodore westchnął głęboko, odrobinę bezradnie, walcząc wewnętrznie z samym sobą. Swoją obojętnością czy raczej chęcią odczuwania jej względem tego chłopaka i nieprzyjemnym uczuciem, że znowu coś spieprzył. I że nie może zostawić tego w taki sposób.
-Felix… Przepraszam…- wymówienie tego jednego słowa przyszło mu z wielkim trudem. Bo Theodore nie przepraszał nigdy- Nie zachowałem się dzisiaj względem ciebie tak, jak należało. Byłem dla ciebie niemiły i niepotrzebnie się uniosłem. Nie chciałem sprawić ci przykrości… Nie sądziłem, że potraktujesz moje słowa tak poważnie.
Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej, wpatrując się w Theodore’a lekko wilgotnymi oczyma.
-Zawsze traktuję twoje słowa poważnie, Theo- stwierdził płaczliwie, a mężczyzna westchnął głęboko i przyciągnął go do siebie, obejmując ciasno ramionami.
-Rany, tylko nie płacz…- jęknął cicho, niemalże błagalnie. Jeszcze pamiętał w jaki stan wpędziło go ostatnie, równie emocjonalne zachowanie rudowłosego- Naprawdę nie chciałem, żeby tak wyszło. Przepraszam.
-W porządku, Theo- tym razem słowa rudowłosego brzmiały jakoś bardziej realnie i żywo- Nic się nie stało.
Mężczyzna westchnął po raz kolejny, czując, jak Felix wtula się w niego mocno, budząc te same odczucia, co zwykle. Dając mu tę odrobinę ciepła, której tak bardzo teraz potrzebował.
-Gdzie jest Oliver?- zapytał niespodziewanie rudzielec, spoglądając na niego niepewnie- Czemu już tutaj nie mieszka? Czemu wcale o nim nie mówicie, Theo?
-Nie ma go.
Krótka odpowiedź.
Żadnych konkretów.
Nic.
Ale Felix nie zadał kolejnego pytania, nie domagał się konkretniejszej odpowiedzi. Wpatrywał się w niego w milczeniu i Theodore miał wrażenie, że ten zrozumiał. Od razu, bez zbędnych wyjaśnień i tłumaczeń. Bez przedstawiania całej historii, wskazywania przyczyn i wytykania winnych. Bez mówienia o tym, co się tak naprawdę wydarzyło.
I dobrze. Theodore nie chciał mówić.
-Przepraszam, Theo- usłyszał jeszcze cichy szept chłopaka i zaraz poczuł, jak ten składa na jego wargach delikatny pocałunek. Niewinny, subtelny, nie wywołujący żadnych skrajnych emocji. A mimo to potrafiący sprawić, że Theodore koncentrował się jedynie na nim, a jego serce zaczynało bić nieco szybciej.
-Chodź tutaj- rzucił, przyciągając rudowłosego jeszcze bliżej siebie i właściwie sadzając go sobie na kolanach. Ponownie wrócił do warg chłopaka, całując go mocno i bez zbytniej subtelności, czerpiąc jednak z owej chwili bliskości dużo więcej, niż Felix był w stanie pojąć. Sączył z jego ust słodkie zapomnienie, zatracając się zupełnie w tej chwili.
Przesunął dłonią wzdłuż klatki piersiowej rudowłosego, by w końcu zatrzymać ją w okolicy jego krocza i naprzeć na nie lekko. Theodore aż parsknął cicho w jego wargi, gdy wyczuł nabrzmiałą męskość chłopaka.
Doprawdy, reagował na niego stanowczo zbyt intensywnie…
Felix odkaszlnął cicho, wyraźnie zażenowany. Theodore podejrzewał, że gdyby nie półmrok panujący w pokoju, dostrzegłby urocze rumieńce, malujące się na jego twarzy. Ten chłopak naprawdę był uosobieniem niewinności. Niewinności budzącej w mężczyźnie wyjątkowo skrajne reakcje…
Theodore uniósł lekko biodra chłopaka, by zsunąć z niego spodnie od piżamy i odrzucić je gdzieś na bok. Rudowłosy zagryzł niepewnie wargę, chociaż w tych okolicznościach ów gest nabrał niemal erotycznego wyrazu. Uwielbiał go takiego.
Mężczyzna chwycił męskość chłopaka i od razu zaczął masować ją rytmicznie, płynnymi ruchami, wsłuchując się jednocześnie w ciche westchnienia Felixa, który tym razem, wcale nie pozostał w swych poczynaniach bierny. Theodore z lekkim zaskoczeniem wyczuł dłoń rudowłosego w okolicach własnego krocza. Chłopak starał się uporać z zapięciem jego spodni, a gdy mu się to w końcu udało, wyswobodził członek Theodore’a. Mężczyzna wprost nie mógł oderwać spojrzenia od twarzy Felixa, który widząc ów wzrok aż jęknął z zażenowania, przesuwając jednak powoli dłonią wzdłuż męskości mężczyzny, jakby w badawczym geście.
Theodore nie zamierzał go w żaden sposób pospieszać czy też dodawać mu pewności. Podobała mu się ta nieśmiałość i delikatność, która kryła się w oczach i czynach chłopaka. Cholernie go to pociągało. Rudowłosy poczuł się najwyraźniej zbyt zażenowany, bo skrył twarz w szyi mężczyzny, po czym zaczął powoli pieścić jego męskość. Theodore zadrżał gwałtownie, czując, jak w mgnieniu oka staje na wysokości zadania… Do diabła. Ten dzieciak działał na niego wyjątkowo.
Felix sprawiał wrażenie, jakby cała ta sytuacja niezmiernie go zawstydzała, ale jego członek nie wydawał się być równie onieśmielony. Theodore pieścił go szybkimi, wprawnymi ruchami, czując jednocześnie, że chłopak stara się owe ruchy naśladować i zrównywać się z nim tempem. Mężczyzna zagryzł mocno wargę, starając się powstrzymać od jęku, który ostatecznie i tak wydobył się z jego gardła.
-Felix, do diabła…- wymamrotał, z wielkim trudem opanowując swoje kolejne reakcje.
Rudowłosy oderwał się od jego szyi i przeniósł na jego twarz pytające spojrzenie. Tylko o to mu właściwie chodziło. Prawie natychmiast wpił się w wargi chłopaka, tłumiąc w nich swoje kolejne jęki i głośniejsze westchnienia. Felix poczynał sobie równie śmiało, wbijając mocno palce w ramię Theodore’a.
Mężczyzna czuł, że pieszczoty Felixa stają się dużo intensywniejsze niż jego własne. Że dłoń chłopaka przyspieszała z każdym momentem, dając mu jeszcze więcej rozkoszy i zbliżając go coraz bardziej do spełnienia. W pewnym momencie poczuł, jak rudowłosy znieruchomiał zupełnie w jego ramionach, sygnalizując przeciągłym jękiem swój orgazm. Theodore wcale nie potrzebował wiele więcej i również doszedł po chwili, a następnie położył Felixa z powrotem na łóżku, samemu kładąc się tuż obok niego.
-Rany, Theo…- westchnął głęboko chłopak, uśmiechając się pogodnie- To było fajne…
Theodore parsknął cicho.
-Seks jest fajny- stwierdził po prostu, uśmiechając się leniwie. Felix nachylił się w jego kierunku, by złożyć na jego twarzy kilka chaotycznych pocałunków i ponownie wtulił się w niego mocno. Theodore westchnął głęboko, obejmując go ramieniem i dodał- Naciągnij spodnie na tyłek i śpij, Felix.
Rudowłosy zachichotał cicho i skinął głową, po czym odnalazł dłonią dolną część piżamy i nałożył ją na siebie.
-Dobranoc, Theodore- rzucił cicho, by zaraz przymknąć powieki i ułożyć się wygodniej tuż przy nim.
-Dobranoc- odparł mężczyzna, nie starając się nawet zmusić do snu. Zawsze przychodziło mu to z dużą trudnością, a i tak podejrzewał, że w końcu zaśnie. Mając przy sobie Felixa, czując jego elektryzujący zapach, ciepło jego ciała, niesamowitą bliskość, był po prostu wewnętrznie spokojny, jakby nagle gasiły się w nim wszelkie złe emocje. Ciągle wstydził się tego, jak potraktował go rano. Ciągle wstydził się tego, że nie zawsze potrafił traktować go inaczej niż głupiego dzieciaka, który nie miał o niczym pojęcia. Powoli zaczynało do niego docierać, że czy tego chce, czy nie, Felix zaczyna wiedzieć o nim więcej niż ktokolwiek inny. I że wcale nie potrzebował do tego jego własnych wyjaśnień czy długich monologów o życiu. Że wystarczyło mu po prostu bycie obok.
Przyszło mu do głowy coś dziwnego, teraz, w przeciągu chwili. Zastanawiał się nad tym, co spotkało chłopaka, a co za tym szło, zastanawiał się też nad swoją przeszłością, tą daleką przeszłością, którą przecież ledwie pamiętał. Zastanawiał się nad swoim życiem, nad swoim pochodzeniem… Nad tym, kim tak naprawdę był. Znał imiona swoich rodziców, były zapisane w jego akcie urodzenia, ale cóż z tego? Brzmiały sucho i beznamiętnie, nie przywoływały żadnych wspomnień, nie budziły emocji… Równie dobrze mogłoby nie być ich wcale.
A jednak zaczął się nad tym zastanawiać. Zastanawiał się nad tym, kim byłby dziś, gdyby to wszystko się nie zdarzyło. Gdyby go nie adoptowano, gdyby wychowywał się dalej w sierocińcu… Gdyby to wszystko ułożyło się inaczej… Może stałby się kimś równie prostolinijnym, niewinnym i ciepłym jak Felix…?
Nie.
Chyba nie.
Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek w swoim życiu był choć w połowie tak otwarty jak on.
-Felix…?- zaczął cicho, targany jakimiś dziwnymi myślami i odczuciami.
-Mh…?- wymamrotał na wpół przytomnie chłopak, a Theodore milczał przez dłuższą chwilę, wcale nie będąc pewnym, czy chce zaczynać ten temat. Może to nie był właściwy moment. Może żaden nie był właściwy. Do licha! Nie miał już przecież piętnastu lat. Był dorosły i powinien zostawić to w spokoju, a nie zastanawiać się nad idiotyzmami i mnożyć wyobrażenia.
-Pytałeś mnie, gdzie jest mój ojciec- przypomniał mu sucho mężczyzna, a Felix natychmiast podniósł się na łokciu i spojrzał na niego z całą uwagą, na jaką teraz było go stać. Chyba wiedział jeszcze przed Theodore’m, że ta rozmowa będzie dla niego czymś istotnym- Powiedziałem ci, że nigdy go nie znałem… Sęk w tym, że matki też nie. Przez kilka lat wychowywałem się w sierocińcu, dokładnie tak jak ty.
-Naprawdę?- zdumiał się Felix, jakby w ogóle nie przyszło mu to do głowy. Cóż, Theodore wcale nie dziwił się temu zaskoczeniu. Nigdy się z tym faktem specjalnie nie zdradzał, domy dziecka zawsze budziły litość i pogardę, a tych uczuć względem siebie Theodore nienawidził najbardziej. A poza tym, gdy pojawił się tutaj ten chłopak, Theodore sam gardził nim i jego pochodzeniem. Co prawda nigdy nie powiedział tego wprost, ale tak właśnie było. Trudno ukryć, że było w tym sporo hipokryzji- Więc… Więc twoi rodzice…?
-Nie wiem- odparł Theodore, wzruszywszy ramionami- Nie wiem, co się z nimi stało.
Teoretycznie wiedział.
Zginęli.
To usłyszał, gdy był jeszcze młody, miał pięć może sześć lat. Przyjął do wiadomości, zaakceptował, nie pytał. Nigdy nie roztrząsał tego zbytnio, bo odpowiedź na pytanie, co się tak naprawdę wydarzyło, wcale nie była mu potrzebna. Może nawet nie chciał wiedzieć, bo łatwiej jest żyć tak, jakby jego rodzina w ogóle nie istniała. Ale teraz, gdyby pojawił się Felix… Cóż. Ten temat pojawił się niemal automatycznie.
-Ktoś cię adoptował?- Felix wpatrywał się w niego z uwagą, wyraźnie zaintrygowany, jakby nie chciał uronić ani słowa- Ile czasu tam spędziłeś? Miałeś jakichś przyjaciół? Przenosili cię? Jak trafiłeś tutaj?
Theodore aż parsknął cicho pod nosem i uśmiechnął się pobłażliwie.
No tak.
Tego mógł się spodziewać.
Wystarczyło podrzucić Felixowi jakiś interesujący go temat i już trudno było opędzić się od pytań.
-No cóż… Owszem, adoptowano mnie- przyznał ostrożnie Theodore- Nie pamiętam zbytnio czasów sierocińca… Mieszkałem tam do ósmego roku życia i jakoś wcale nie zależało mi na tym, by spędzone tam lata zapadły mi w pamięć. W każdym razie, adoptowała mnie jedna z tutejszych pracownic. Oczywiście nie ze swojej duchowej potrzeby…- na jego wargach pojawił się gorzki, pełen drwiny uśmiech.
Nie, sierocińca prawie nie pamiętał. Ale pierwszy dzień w tym domu – owszem. Aż nazbyt dobrze. Pamiętał swoje przerażenie, długą listę obowiązków, formalny chłód… Własne niezrozumienie i lęk. Rozczarowanie. Rozczarowanie, z którym Felix spotykał się aż nazbyt często…
-Więc dlaczego?
-W tamtych czasach to były dość powszechne praktyki… Duże dwory… Rodziny, które chciały żyć tak, jak niegdyś rodziny szlacheckie czy królewskie…- Theodore parsknął cicho z gorzkim rozbawieniem. Stada oszołomionych własnym bogactwem głupców, którzy nie potrafili żyć naprawdę, otaczając się jedynie złudzeniami utkanymi z nadmiaru pieniędzy- Bogaci panowie zatrudniali sobie służbę, ale oprócz tego przygarniali do siebie dzieci. Oczywiście nie mogli adoptować ich w swoim imieniu, o nie, nie. Bękarty w rodzinie nie są mile widziane…- … bękarty takie jak Felix…- Ani obcy. Ani jakieś sieroty. Dlatego adoptowały je służące i pracownice. Wychowywały je później w duchu posłuszeństwa i pokory właśnie po to, by w przyszłości zostały w tym właśnie domu i do samego końca wypełniały swoje obowiązki. To było bardzo praktyczne…
Theodore niemal uśmiechnął się pobłażliwie, widząc pełne przerażenia i oburzenia spojrzenie chłopaka. On jeszcze nie rozumiał. Jeszcze nie wiedział. Jeszcze nie potrafił pogodzić się z tym, jakimi prawami rządzi się ten świat. Theodore pogodził się z tym już bardzo dawno.
… A i tak wcale nie było mu łatwiej żyć.
-To były takie czasy- wyjaśnił w końcu spokojnie- Zbyt mało regulacji prawnych, zbyt mało porządku… Kiepskie warunki w sierocińcach. Nikt się tym specjalnie wtedy nie przejmował. Zbyt łatwo było adoptować dziecko. Mnie przygarnęła jedna ze służących i tak właśnie trafiłem tutaj.
-A… Ale… Ale Theo! To jest po prostu straszne!- wykrzyknął rudowłosy, wciąż wyraźnie mocno wzburzony- Przecież… Przecież tak nie wolno! Tak się nie robi! To… To nieuczciwe!
Theodore stłumił w sobie chęć parsknięcia śmiechem i jedynie pokręcił głową.
Biedny, głupi Felix…
Ile jeszcze rozczarowań światem będzie musiało go spotkać, żeby wreszcie nauczył się żyć…?
-To nic takiego- odparł krótko Theodore. Nigdy się na tym specjalnie nie zastanawiał i nie miał potrzeby robić z siebie pokrzywdzonego dziecka. Nie miał tendencji do rozważań nad przeszłością i wymyślania kolejnych scenariuszy. Zresztą… Nie miał powodów, by czuć się w tym domu źle.
… Nie miał powodów, dopóki był Oliver.
-Theo, nigdy nie chciałeś odejść?- zapytał nagle chłopak, wpatrując się w niego niemal z niedowierzaniem, ale mężczyzna jedynie pokręcił przecząco głową.
Nie.
Nigdy nie chciał.
Zbyt wiele go tutaj trzymało. Był za bardzo przyzwyczajony do tego cholernego domu, za bardzo przywiązany… Być może Grekchowi i całej reszcie nie udało się z niego zrobić potulne, biernej kukły, ale i tak nie potrafił się oderwać od tego miejsca. Nie potrafiłby wyjechać, nie potrafiłby rzucić tego wszystkiego, wyjechać nagle, wyprowadzić się i zapomnieć. Nie potrafił. Nie chciał tego. Za nic w świecie.
… Nawet po tym wszystkim.
A poza tym…
A poza tym wtedy jeszcze był Oliver…
… Wtedy jeszcze wszystko było takie proste…
Nawet po tym wszystkim, co się zdarzyło, wolał zostać tutaj i dzień w dzień patrzeć na tego dzieciaka, niż odejść z honorem i żyć dalej.
-Słyszałem, że moi rodzice zginęli- przyznał w końcu Theodore, przerywając panującą pomiędzy nimi ciszę. Felix spojrzał na niego uważnie, wciąż jednak wyraźnie wstrząśnięty tym, co usłyszał chwilę temu, zupełnie tak, jakby sam wielokrotnie nie był stawiany w równie złej, a nawet gorszej sytuacji. Mężczyźnie wcale nie było łatwo mówić o podobnych rzeczach, czuł się dziwnie zażenowany, jakby zachowywał się jak dziecko i wracał do czegoś zupełnie nieistotnego. A przecież do tej pory naprawdę go to nie obchodziło. Uważał za głupców tych, którzy za wszelką cenę chcieli poznać swoich biologicznych rodziców. To było przecież tak mało istotne, tak nieważne i niepotrzebne, że aż absurdalne. Po co na siłę szukać kogoś, kto zrobił wszystko, by się ciebie pozbyć…?- Powiedziałeś wczoraj, że takie rzeczy często wmawiano wychowankom sierocińców… Dlatego zastanawiałem się nad tym, jak to wyglądało w moim przypadku. Sądzisz, że to możliwe, żeby moi rodzice żyli…?
Rodzice.
Też coś.
Jeżeli go porzucili, z pewnością nigdy nimi nie byli.
-To możliwe- stwierdził ostrożnie Felix, wyraźnie zamyślony- Ale musisz się tego dowiedzieć tam, gdzie się wychowywałeś… Chyba- dodał rudowłosy, jakby nieco niepewnie- Właściwie to nie mam pojęcia, ale chyba powinieneś zajrzeć do sierocińca i po prostu się zapytać… Przecież na pewno prowadzili jakąś dokumentację i tak dalej… Powinni coś tam mieć na temat twoich rodziców. Jeżeli można było cię adoptować, to gdyby jednak żyli, musieliby się chyba w pełni zrzec praw, więc sam nie wiem, jak to jest… Ale na pewno ktoś będzie coś na ten temat wiedział… Sprawdźmy.
-Co?- Theodore aż parsknął ze zdziwienia- Nie ma takiej potrzeby, to zupełnie nieistotne.
-Gdyby nie było istotne, nie mówiłbyś mi o tym- odparł rudowłosy, uśmiechając się łagodnie i wpatrując się w mężczyznę z taką przenikliwością, że ten miał wrażenie, że dzieciak chyba lepiej zdaje sobie sprawę z jego odczuć niż on sam- Poza tym… Takie sprawy zawsze są ważne, Theo. To w końcu twoja przeszłość. Zawsze lepiej jest wiedzieć.
-Ty nie chciałeś.
-Ale wiem- Felix zaśmiał się cicho- Nie jestem pewien czy gdyby to wszystko potoczyło się inaczej, na pewno nie chciałbym szukać… Może gdybym dorósł brak świadomości tego, kto jest moim ojcem, zaczęłaby mi jakoś ciążyć, sam nie wiem… Ale zawsze lepiej jest wiedzieć, naprawdę, Theo. Przynajmniej pozbędziesz się wątpliwości.
-Nie- zaprotestował po raz kolejny mężczyzna- Wszystko jest w porządku, nie potrzebuję szukania przeszłości na siłę.
Wcale nie był pewien tego, co mówi.
Myśli o jego przeszłości ostatnio nachodziły go dosyć często, chyba za sprawą Felixa, bo dotąd nie roztrząsał zbytnio kwestii swojego pochodzenia. Zastanawiać się zaczął dopiero w momencie, gdy ten pojawił się w domu i gdy zaczął z rozbrajającą szczerością opowiadać o tym, co go spotkało. Wtedy dopiero Theodore zaczął myśleć nad tym, co stałoby się z nim, gdyby to wszystko potoczyło się inaczej.
Ale na samą myśl o tym, że mógłby być synem kogoś pokroju Grekcha…
Nie, nie, nie równie obrzydliwie bogatego, ale równie skurwysyńskiego i pozbawionego chociażby odrobiny moralności…
Nie, zdecydowanie lepiej było nie wiedzieć.
-Theo, nie masz się czego bać!- przekonywał go Felix, wyraźnie mocno zdeterminowany, obejmując go jednocześnie ciasno ramionami.
-Nie boję się- burknął w odpowiedzi Theodore, chociaż w rzeczywistości chyba było inaczej. Trochę obawiał się swojej ewentualnej reakcji. Skoro obecność Felixa sprawiła, że zaczął zastanawiać się nad swoimi rodzicami, może ich istnienie wywołałoby jeszcze inny efekt… Chciałby nie daj Boże dowiedzieć się kim są, poszukać ich… O nie, nie, nie, nigdy w życiu. Za dużo miał pozostałych problemów żeby zajmować się takimi głupotami.
-Ja się dowiedziałem i to niczego nie zmieniło- stwierdził rudowłosy, wzruszywszy ramionami, pomijając najwyraźniej fakt, że ze zwykłej sieroty stał się milionerem. Theodore uniósł kąciki ust w pełnym pobłażliwości uśmiechu. Cóż, najwyraźniej ta informacja jeszcze nie do końca do niego dotarła- W tobie też niczego to nie zmieni… A przecież zawsze lepiej jest wiedzieć, prawda…?- Theodore milczał. Cholera! Że też ten dzieciak zawsze potrafił skutecznie namieszać mu w głowie!- Och, Theo! Jeżeli teraz tego nie sprawdzisz to będziesz o tym myślał przez całe życie! Jeżeli coś cię dręczy, powinieneś się po prostu dowiedzieć i będziesz miał to z głowy, bo inaczej będziesz o tym myśleć ciągle i ciągle, aż w końcu dostaniesz obsesji!- wykrzyczał Felix na zupełnym bezdechu, a mężczyzna parsknął cicho z rozbawieniem- Sam zobaczysz, że będzie ci dużo łatwiej, jeśli będziesz wiedział! Więc… Theo…? Och, nie daj się prosić!- jęknął błagalnie rudzielec, jakby chodziło o jego rodzinę, a nie o przeszłość Theodore’a- Możemy pójść tam jutro, z samego rana i wypytać się o wszystko… Jeżeli nie uda się nam dowiedzieć niczego konkretnego, damy sobie po prostu spokój i tyle. Co ty na to…?
-… Niech będzie- zgodził się w końcu mężczyzna z nieco przesadną niechęcią. Właściwie podświadomie trochę się ucieszył. Sam pewnie w życiu nie zdecydowałby się na coś takiego, a chyba rzeczywiście łatwiej jest znać prawdę. Chociażby po to, żeby się upewnić…
-Wiedziałem, że się zgodzisz!- wykrzyknął pogodnie Felix i musnął jeszcze krótko wargi mężczyzny, po czym ponownie przywarł kurczowo do jego boku, wyraźnie zadowolony z siebie.
Theodore parsknął cicho pod nosem, na widok jego miny.
Cholerny dzieciak… Nadal nie zdawał sobie sprawy z tego, jak niesamowite reakcje w nim wyzwala…
Theodore przymknął powieki i odetchnął głęboko, starając się zmusić do snu, co wcale nie było takie proste. Po głowie wciąż krążyły mu jakieś głupie myśli i chociaż starał się je za wszelką cenę odgonić, w końcu nie wytrzymał i rzucił:
-Felix…?
-Hm…?
-A co będzie… A co będzie, jeżeli okaże się, że żyją?- zapytał cicho. Wstydził się tego, że o tym rozmyślał. Wstydził się własnych wątpliwości i tego, że w ogóle go to obchodzi. Do tej pory przecież nie miał o nich pojęcia i wszystko było dobrze, niby dlaczego teraz miał nagle zaczynać się interesować tym czy w ogóle istnieli? Co go to właściwie interesowało? Powinien po prostu dać sobie spokój i nie zastanawiać się nad głupotami, ale teraz rzeczywiście czuł, że jeżeli się nie dowie, te wątpliwości nie dadzą mu spokoju.
-Cóż… To zależy, Theo…- odparł nieco sennie rudowłosy- Jeżeli będziesz chciał ich szukać, to będziemy ich szukać, a jeżeli nie… Sam wiesz, Theo. Zawsze lepiej jest wiedzieć.
… Zawsze lepiej jest wiedzieć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz