Strony

niedziela, 22 maja 2011

8. Wujek [LPoH]

Wstałem z samego rana i od razu nieco otępiały i nieprzytomny skierowałem się w stronę łazienki. Tej nocy znowu śniły mi się jakieś sny. Dziwne sny. Sny, w których występował Andy.
Andy, który w swoich niesamowicie krótkich spodenkach witał mnie od progu pocałunkiem.
Andy, który ciągnął mnie w stronę sypialni.
Andy, który się przede mną rozbierał i zaraz zakrywał kołdrą, śmiejąc się tajemniczo…
… Najwyraźniej moja wyobraźnia ma jeszcze odrobinę przyzwoitości, skoro oszczędziła mi pewnego rodzaju widoków.
Gdy byłem już przy drzwiach, usłyszałem krzątanie dobiegające z kuchni i zajrzałem do środka. Andy, w pełni ubrany (Boże, dzięki ci), zaglądał kolejno do różnych szafek i lodówki, krzywiąc się przy tym lekko z niezadowolenia. Miał na sobie dżinsowe biodrówki, przetarte w okolicach kolan, i jasną, niestosownie przykrótką koszulkę.
-Czego szukasz?- zapytałem, siląc się na pewny ton, całą siłą woli starając się skupić na czymkolwiek wokół zamiast mierzyć go raz po raz uważnym spojrzeniem.
-Czegoś do jedzenia- odparł  z cichym westchnieniem, raz jeszcze zaglądając do lodówki- Rany. Nie masz tu niczego normalnego?
-Normalnego?
-No wiesz… Zupki chińskie… Mrożone zapiekanki…- mruknął, zamykając drzwiczki i przenosząc na mnie spojrzenie- Jakieś steki? Mięso? Cokolwiek?
-N… Nie… Nie mam- odparłem, wyjątkowo skrępowany- Ale zaraz zrobię śniadanie.
Wciąż mocno zdezorientowany i zawstydzony faktem, że obserwuje mnie z taką uwagą, sięgnąłem do lodówki i wyjąłem z niej jajka.
-Co robisz?- zainteresował się, przyglądając się moim poczynaniom.
-Jajecznicę.
-Znowu?- jęknął cicho, wyraźnie zawiedziony.
-Mogę ci jeszcze zrobić kanapki- zaoferowałem się prędko, ale on jedynie pokręcił głową i odparł:
-Nie, raczej nie. Zostańmy przy jajkach. Zrób omlet.
-Hm…- odkaszlnąłem odrobinę nerwowo. Naprawdę, jajecznica była szczytem moich kulinarnych wyczynów. Zazwyczaj jadłem właśnie to albo robiłem sobie jakieś kanapki, nic więcej na śniadanie nie było mi potrzebne.
-Nie umiesz?- rudowłosy spojrzał na mnie, zupełnie zdziwiony, po czym parsknął śmiechem- Rany, Mitch. Siadaj. Ja to zrobię.
-Jesteś pewien?
-Boisz się, że spalę ci kuchnię?- parsknął cicho, podchodząc do kuchenki, a ja posłusznie zająłem miejsce przy stole, spoglądając na niego uważnie. I znowu, raz po raz, wodząc wzrokiem wzdłuż całej jego sylwetki… Mitchell, na litość boską! Skup się!- Nie martw się. W domu prawie zawsze robiłem to na śniadanie i nikt na tym głęboko nie ucierpiał. Nie jestem na pewno specem kuchni, ale dam radę.
I rzeczywiście. Andy uporał się ze wszystkim bardzo sprawnie, nie minął kwadrans, a na talerzach już znajdowały się omlety. Były co prawda dość mocno przypalone z jednej ze stron, ale i tak mi smakowały.
… Dołujące.
Smakowałoby mi chyba wszystko, co dostałbym od niego.
To nie jest dobry tok rozumowania.
-Mogę iść z tobą na zakupy?- zapytał rudzielec, uśmiechając się pogodnie.
-Jasne- odparłem prędko, odkładając sztućce- Tylko przebierz się w coś ciepłego.
-Dlaczego?- zdziwił się, spoglądając na siebie, jakby nie był pewien, w co się ubrał- Mam twoją kurtkę przecież.
-Tak, ale… Jest zimno- zauważyłem ostrożnie.
Zdecydowanie za zimno na tego rodzaju ubiór. Ja sam zamierzałem nałożyć na siebie ciepły, wełniany sweter. Pogoda nie sprzyjała przykrótkim koszulkom.
-Nie mam zbyt wielu ubrań- Andy uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami- Zresztą, to mi wystarczy. Zawsze chodziłem tak ubrany. Serio, Mitch- dodał, widząc moje pełne powątpiewania spojrzenie- Dam sobie radę.
Podniosłem się powoli z miejsca i uprzątnąłem stół.
-A może…- zacząłem powoli- A może chciałbyś coś ode mnie pożyczyć? Wiem, że ubrania będą na ciebie trochę za duże, ale przynajmniej będzie ci ciepło.
Parsknął cicho, posyłając mi pełne politowania spojrzenie, a ja natychmiast pożałowałem tego, że zapytałem.
-Dzięki, Mitch, ale nie.
-Jesteś pewien?
-Jasne- wzruszył ramionami, uśmiechając się pewnie- Poradzę sobie. A poza tym nie obraź się, ale… Nie ubierasz się zbyt fajnie. To znaczy, nie w sensie, że źle- zapewnił natychmiast, gdy ja spojrzałem na niego autentycznie zaniepokojony- Ubierasz się adekwatnie do twojego wieku. A jesteś już trochę stary, nie?
Och, Boże.

Nie mogę po prostu uwierzyć, że tak strasznie przeżywałem jego słowa. Odkąd wyszliśmy razem z domu, nie mogłem się skupić na niczym innym.
No dobrze, może nie miałem szesnastu lat, ale nigdy nie myślałem o sobie… W kategoriach starości. Może rzeczywiście powinienem zacząć? Zawsze wydawało mi się, że jestem jednak wystarczająco młody… Odpowiednio… Tak, że nikt nie zarzuci mi braku życiowego doświadczenia i jednocześnie nie wyśle z góry na emeryturę.
Andy miał szesnaście lat. Andy był młody.
W porównaniu z nim, jako trzydziestodwulatek, rzeczywiście prezentowałem się jakoś mizernie i mało młodzieżowo.
A w dodatku nie ubierałem się zbyt fajnie.
Adekwatnie do mojego wieku.
Czyli jak stary facet, którym obecnie się czułem.
-Czemu nie poszliśmy do tego osiedlowego sklepiku?- zdziwił się rudowłosy, gdy już znaleźliśmy się w supermarkecie.
-Och… To… Jest tam dosyć drogo- odparłem natychmiast. Jakoś nie chciałem po raz kolejny narzucać się sprzedawcy ani jego kolegom. A już w szczególności nie chciałem pokazywać przed Andy'm, że nie mam charakteru, i robić z siebie kretyna.
Starego kretyna…
… Boże, popadam w desperacką obsesję.
-Mogę coś wybrać?
-Jasne, bierz, co uważasz za słuszne…- wymamrotałem cicho, zajęty średnio dyskretnym przeglądaniem się w szklanej gablotce.
Jezu.
Naprawdę byłem stary.
A jednak…
A jednak zawsze wydawało mi się, że jak na swój wiek nie prezentuję się aż tak źle. Nie byłem przecież facetem z łysinką i sterczącym, ogromnym brzuchem. Dbałem o dietę, nie jadłem byle czego, nie piłem dużo alkoholu, nie paliłem… Naprawdę na tle wielu innych pracowników chociażby, wyglądałem dobrze. W moim mniemaniu, co prawda, ale jednak…
Nie jestem może specjalnie przystojny. Hugo jest. Boże, Hugo jest cholernie przystojny i w dodatku strasznie pewny siebie. Od razu podrywa wszystkie kobiety.
Pewnie gdyby Hugo był na moim miejscu, nie miałby z nawiązaniem relacji z Andy’m żadnych problemów.
Boże, gdybym wyglądał jak Hugo…
-Mitch?- usłyszałem zdziwione pytanie Andy’ego i zorientowałem się, że chyba nazbyt gorliwie obracam się wte i wewte, próbując się dokładnie porównać z moim przyjacielem- Co robisz?
Chyba nie tylko Andy to zauważył. Jakieś ekspedientki spoglądały w moją stronę i chichotały cicho pod nosem. Zaczerwieniłem się lekko z zażenowania i jedynie pokręciłem głową, wysilając się na uśmiech.
-Nie, nic takiego, po prostu… Ekhem… Co kupiłeś?- zapytałem, zaglądając jednocześnie do koszyka. Znajdowały się tam rzeczy, których ja nie kupowałem nigdy. Jakieś chipsy, różne gotowe dania, pizza, a nawet kubełek lodów!
-Andy, przecież jest zimno- zauważyłem, a on parsknął śmiechem.
-E tam, Mitch. Przecież są potrzebne.
-Do czego?
-Do oglądania filmów?- wpatrywał się we mnie, jakbym spadł z księżyca- Nie mów, że nie oglądasz filmów z kumplami, Mitch. Z lodami, chipsami… Alkoholem…
-Hm… No tak…- odparłem, starając się ukryć zawstydzenie.
Nie miałem zbyt wielu przyjaciół.
A tak konkretnie to jednego.
Hugo.
Hugo, którego teraz w myślach nie cierpiałem ze względu na to, jak wyglądał i jaki był i och Boże, za to, że pewnie o nim Andy nie powiedziałby „stary”.
I o nim Andy nie powiedziałby, że ubiera się adekwatnie do wieku, bo Hugo zawsze wyglądał bardzo stylowo i elegancko.
I…
Boże, zupełna paranoja.
W każdym razie ostatnie, o czym marzyłem w związku z Hugo, to oglądanie z nim filmów.
… Teraz szczególnie.
Andy nie kupił wcale samych niezdrowych produktów. Wziął też jakieś owoce, mięso, warzywa… Właściwie nie zabrakło też tego, co zazwyczaj kupowałem ja. Nie pomagałem mu zbytnio. Jedynie włóczyłem się smętnie za nim, krok w krok, zastanawiając się, czy aby na pewno wyglądam beznadziejnie i staro.
A teraz uznał mnie pewnie za nietowarzyskiego i nieżyciowego…
Boże, Mitch.
Czas pogodzić się z prawdą.
Jesteś mało interesującym, starszym facetem, bez życia towarzyskiego i dobrego stylu.
Prawda w oczy kole.
-Dzień dobry- usłyszałem znajomy głos i odwróciłem się, stając twarzą w twarz z moją niekoniecznie ulubioną sąsiadką, panią Wilcox. Skoro spotykałem ją w takim miejscu, to najwyraźniej nie tylko ona miała problem z zakupami w osiedlowym sklepiku- Cieszę się, że pana widzę.
-Ekhem… Tak, ja również- odparłem, odrobinę nerwowo, zerkając na Andy’ego, który raptownie znalazł się tuż obok mnie. Poczułem się nagle, jakbym robił coś złego, a ktoś przyłapał mnie na gorącym uczynku.
-Kim jest ten młody człowiek?- zainteresowała się kobieta z pozorną serdecznością, ale dawno już przestałem wierzyć w jej dobre intencje. Właściwie wszystko, co ją interesowało, to spokój. Wszystko, co mogło ten spokój zakłócić, w jakikolwiek, najmniejszy chociażby sposób, wprawiało ją w głęboką irytację i niezadowolenie. A chłopak, przygarnięty prosto z ulicy, o nie do końca jasnej przeszłości i planach, z pewnością nie kojarzył się ze statecznością, więc raczej by jej się nie spodobał. A co pani Wilcox się nie podoba, pani Wilcox stara się usunąć.
Ale nim zdążyłem powiedzieć chociażby słowo, odezwał się Andy.
-Dzień dobry- rzucił tonem tak miłym i pogodnym, jakiego chyba jeszcze u niego nie słyszałem. Chwycił mnie lekko pod ramię i uśmiechnął się uroczo- To mój wujek. Jestem jego bratankiem.
-Bratankiem?- pani Wilcox uniosła brwi w geście zdziwienia i spojrzała na mnie pytająco, jakby naprawdę oczekiwała, że mając Andy’ego tak blisko będę w stanie myśleć logicznie- Nie wiedziałam, że ma pan brata…
-Ja też nie…- wymamrotałem cicho- To znaczy… To znaczy wiedziałem… To znaczy to nie jest mój brat… To znaczy jest… Ale… Przyszywany… To znaczy…
-Po prostu mieszkam z wujkiem, bo moi rodzice są za granicą- przerwał mi Andy z niezmiennym uśmiechem grzecznego chłopca.
-Och, doprawdy…- pani Wilcox skrzywiła się z niesmakiem, skupiając na chwilę wzrok na obdartych spodniach Andy’ego i przez moment sprawiała wrażenie, że chce to jakoś skomentować, ale ostatecznie uśmiechnęła się jedynie lekko- To bardzo dobrze. Powiedz mi, chłopcze, do jakiej szkoły chodzisz?
-Och, jestem tu właśnie z tego powodu. Dostałem się do Sant Preston. To najlepsza szkoła, jaką mogłem sobie wymarzyć- paplał jak najęty Andy- Na razie mam małą przerwę, przez długi czas chorowałem i zaczynam dopiero od września.
-Rozumiem…- pani Wilcox pokiwała głową z wyraźnym uznaniem- Wreszcie ktoś skory do nauki. Dosyć już mam tych chłystków pałętających się w okolicy, szlajających się po nocach i wypisujących na ścianach brzydkie wyrazy… Widział pan?- zwróciła się do mnie- Znowu cała klatka popisana! Jak tak można! Zero kultury, po prostu zero! Założę się, że to sprawka tych, co wiecznie czatują pod sklepikiem! Takich to od razu można poznać! Pewnie jacyś sataniści albo nie daj Boże rockmani! Narkomani, brudasy! Pewnie nawet nie mają domu, a mieszkają po jakichś melinach! Z dala od rodziny! Z takich to nigdy nic dobrego nie wyrośnie!
Spojrzałem na Andy’ego odrobinę zaniepokojony. Słowa pani Wilcox mogłyby równie dobrze pasować do niego, ale chłopak pozostawał niezrażony i nic nie wskazywało na to, by się tym jakkolwiek przejął. Wprost przeciwnie. Potakiwał jej jeszcze, z bardzo poważną miną, co strasznie mnie bawiło i zdecydowanie trudno było mi zachować powagę. Naprawdę musiałem wyglądać głupawo, starając się powstrzymać od uśmiechu. Bo pani Wilcox nie daj Boże pomyślałaby jeszcze, że to wszystko aprobuję…
-W ogóle, to osiedle!- kontynuowała, niezrażona faktem, że mówi coraz głośniej i coraz więcej ludzi zwraca na nią uwagę- Po prostu melina na melinie! Kiedyś było inaczej! Mieszkali tam przyzwoici ludzie! Za czasów mojej młodości wszystko było lepsze. A teraz?! Kłótnia na kłótni! Spać nie można, bo się awanturują! Albo zaraz jakaś impreza w mieszkaniu! Aż mi się sufit trzęsie, jak się zaczyna! Albo znów te gnojki krzyczą i krzyczą na dworze, że okna nie można otworzyć! W moich czasach to policja od tego była i żaden tak po nocach nie biegał jak teraz. Niczego się nie boją! Nieroby! Brudasy! Narkomani!- wykrzykiwała, gestykulując mocno- A to znów sobie sąsiedzi sprowadzają jakieś kobiety. Do seksu. Obrzydliwe, po prostu obrzydliwe, zero moralności… Pan oczywiście jest inny- złagodniała natychmiast- Nie robi pan takich rzeczy, od razu widać, że spokojny człowiek z pana i jaki uczynny. Nie to, co cała reszta. Zero przyzwoitości! Chociaż ostatnio zdziwiłam się, bo ciągle widziałam, jak ktoś do pana wchodzi, wychodzi… Młoda strasznie, rude włosy… Sądziłam, że to kobieta, że znowu kolejny sobie młódki do seksu przyprowadza, a tu taka niespodzianka… Wybacz mi, chłopcze- zwróciła się znów do Andy’ego- Ale kto to widział, żeby nosić takie długie włosy? Dziewczyna to jeszcze, ale chłopak?
-Mnie się podobają- wtrąciłem nieśmiało, a Andy spojrzał na mnie i aż parsknął śmiechem.
-Cóż, u nas w kraju to normalne- odparł jedynie, ale nim Wilcox zdążyła zapytać o to, skąd pochodzi, wyciągnął w jej kierunku dłoń i rzucił- Jestem Andrew, proszę pani. Ale może pani do mnie mówić Andy.
Spodziewałem się, że podanie ręki pani Wilcox nie będzie zbyt dobrym posunięciem, ale byłem w błędzie. Wydawała się nawet zadowolona z takiego obrotu sytuacji, ale to Andy załatwił wszystko jak należy. Poprowadził rozmowę tak, jak on chciał, zręcznie omijał niektóre tematy i manewrował płynnie pomiędzy wątkami. Dużo mówił o szkole, o swoim zaangażowaniu, chwalił nawet mnie.
-Wujek jest świetny- mówił pogodnie- Dba o mnie, jak nikt inny! A poza tym jest taki zdolny! Widziałem kilka jego prac. Kto wie? Może w przyszłości też zostanę architektem?
Andy opowiadający o swoich ambicjach i planach spodobał się pani Wilcox jeszcze bardziej. Gdy w pewnym momencie stwierdziła, że niestety musi już iść, bo niedługo zacznie się jej ulubiony serial, zdawała się być naprawdę rozczarowana faktem, że jest zmuszona zakończyć rozmowę z nami.
… Czy raczej z Andy’m, bo ja prócz kilku pomruków i niemrawych potwierdzeń nie wydałem z siebie wiele.
Pożegnała się z nami krótko i ledwie zniknęła z oczu, a Andy westchnął cicho, wyraźnie odrobinę znudzony, czego nie dał po sobie odczuć przez całą tą rozmowę.
-Nie lubię jej- stwierdził pewnie.
-Nie tylko ty- odparłem cicho, a on parsknął śmiechem i pokręcił głową.
-Strasznie wścibska baba. Takie zawsze robią dużo problemów o nic. Chodź, idziemy dalej.
-Doskonale sobie poradziłeś…- odezwałem się nieśmiało, chcąc nawiązać z nim rozmowę- Nie zorientowała się, że to wszystko kłamstwo.
-Pewnie, że nie- odpowiedział, wyraźnie zadowolony z siebie- Wierz mi lub nie, ale jeśli o kłamstwa chodzi, jestem specjalistą!
Parsknąłem cicho.
Wierzyłem na słowo.
-Ty… Ty nie chodzisz do szkoły, prawda?
-Pewnie, że nie- odparł, uśmiechając się niemal dumnie- Szkoła to same nudy. A poza tym, teraz nie mam nawet jak. Do poprzedniej budy chodziłem w White Land, a tu przecież nie mam konkretnego miejsca zamieszkania ani nic… Ani kasy na podręczniki. Sam rozumiesz.
-Teraz już masz…- zauważyłem ostrożnie- Więc może od września... No wiesz… Może zapisalibyśmy cię do szkoły? Na przyszły rok?
-Daj spokój, Mitch- zaśmiał się, ale w jego śmiechu nie było rozbawienia czy zwykłej serdeczności nawet. Wprost przeciwnie. Pobrzmiewał dziwnie smutno i niepewnie- Ja nie wiem, czy zostanę u ciebie przez najbliższe kilka tygodni, a ty już planujesz to, co wydarzy się za kilka miesięcy? Chyba nie traktujesz mnie aż tak poważnie?
… Traktuję.
Bardziej, niż możesz to sobie wyobrazić.

Wszedłem powoli do jego pokoju. Leżał na swoim łóżku, z moim telefonem w dłoni. Włożył do niego swoją kartę, tak jak się umawialiśmy. Rozejrzałem się po wnętrzu, bo od wczorajszego dnia jakoś nie miałem okazji. Jego rzeczy wciąż leżały w worku, w zupełnym nieładzie, niewypakowane.
-Szafa jest cała dla ciebie- rzuciłem cicho, a on oderwał się od pisania sms-ów i spojrzał na mnie pytająco, po czym przeniósł spojrzenie na swoje rzeczy.
-Och. O to chodzi. Nie chciałem się wypakowywać, mówiłem ci już, że nie wiem, czy długo zostanę… Ale chyba zostanę- dodał, a ja aż odetchnąłem z ulgą w duchu- Nie mam dokąd iść za bardzo… No, a nie chcę wracać do hotelu ani tym bardziej wylądować na ulicy, więc…- uśmiechnął się lekko pod nosem, po czym spojrzał na mnie, iście prowokująco- Pozostaje mi poczekać, aż ty wyrzucisz mnie…
-Nie wyrzucę cię!- zapewniłem natychmiast, wyjątkowo gorliwie- Nigdy!
-Jasne- odparł gładko i przewrócił oczyma, a później uśmiechnął się ponownie, tym razem bardziej tajemniczo- Tylko nie zapominaj, Mitch… Jestem specjalistą od kłamstw.
Wpatrywałem się w niego bez większego zrozumienia, ale nim zdążyłem o coś zapytać, uśmiechnął się pogodnie i rzucił:
-No dobra, co tam, Mitch?
-W porządku…- odparłem, odrobinę zdezorientowany.
-Może pożyczylibyśmy sobie jakiś film? No wiesz? Jutro? Możemy coś razem obejrzeć, nie? Przeglądałem trochę to, co masz, ale nie ma tam nic ciekawego. To jak?
-Jasne!- odparłem, ucieszony faktem, że Andy sam stara się w pewnym sensie nawiązać ze mną kontakt i zdecydowanie mi to ułatwia. Nie wiem, czy sam zdobyłbym się na takie pytanie. Chociaż może…- A co powiesz na zakupy?
-Tak, wspólne wyjścia do supermarketu to świetna rozrywka- zaironizował, chichocąc cicho.
Uśmiechnąłem się z rozbawieniem i pokręciłem głową.
-Miałem raczej na myśli, czy nie chciałbyś może kupić sobie jakichś ubrań… Bardziej zimowych lub nie… Po prostu pewnie z niektórych wyrosłeś…
O tak.
Jeszcze kilka takich koszulek, a trzeba mnie będzie reanimować.
-No… Bluzki są za krótkie, ale spodnie za duże. Widzisz?- pociągnął za materiał w okolicach brzucha, a ja przełknąłem cicho ślinę. Boże, nawet to kojarzy mi się z czymś nieprzyzwoitym- Nie wiem, schudłem chyba trochę odkąd wyjechałem z domu. Od tamtej pory nic nie kupowałem. Fajnie by było. Naprawdę chcesz mnie zabrać na zakupy?
-Jasne. Mam masę wolnego czasu…
-… I masę pieniędzy- dokończył rudowłosy, uśmiechając się lekko- Jak dla mnie spoko. Powiedz tylko, kiedy i możemy iść.
-W porządku- odpowiedziałem, całkiem zadowolony z siebie, i chyba pod wpływem tego małego sukcesu rzuciłem- Z kim piszesz?
-Nie twój biznes, Mitch- odpowiedział szorstko, a ja prawie natychmiast się wycofałem, nie pozwalając sobie na żadne inne pytania.
Andy mi nie ufał.
To było zresztą chyba naturalne, też nie ufałbym komuś po tak krótkim czasie znajomości.
… A jednak.
Ja ufałem Andy’emu. Nie miałem powodów, by mu nie ufać. Trudno mi było tylko zorientować się w tym, na co mogę sobie pozwolić, na co reaguje śmiechem, co sprawia mu przyjemność, a  co go irytuje, denerwuje i o czym nie chce rozmawiać.
Ale mimo tego wszystkiego…
Przez całe te dwa dni, które ze mną mieszkał, chociaż nie był to rzecz jasna długi czas, ani razu nie zdarzyło mi się do niego zniechęcić, ani razu nie zacząłem wątpić w słuszność swojej decyzji, ani razu nie zastanawiałem się nad tym, żeby go nie daj Boże stąd wyrzucić. Nie potrafiłbym tego zrobić, ale nawet nie o to chodziło. Gdy byłem z kobietami, chociaż były to krótkie związki, gdy spędzaliśmy razem dużo czasu, niepokoiłem się, nie do końca mi się to podobało.
A Andy…
Z Andy’m chciałbym być autentycznie przez cały czas.
Rozmawiać z nim, poznawać go.
Był dla mnie ważny, ważniejszy chyba niż ktokolwiek, kto dotąd pojawił się w moim życiu, wyłączając z tego kręgu jedynie Hugo.
I wcale nie chciałem, żeby odchodził.
Już teraz czułem, że byłbym w stanie zrobić dla niego dużo. Dużo poświęcić, dużo zmienić, nawet pozwolić sobie na duże ustępstwa, byleby tylko został. I był szczęśliwy.
… Cóż za altruistyczna postawa, Mitch.
Szkoda tylko, że wziąłeś go tutaj z nieco innych pobudek…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz