Strony

niedziela, 22 maja 2011

9. Przeczucie [Sunrise]

Amadeusz rzeczywiście nie ruszał się z domu przez kilka dni. Co więcej, nie opuszczał mnie na krok, co było nieco irytujące.
-Do licha, przecież Ricky nie wyskoczy nagle z szafy, albo z klozetu!- syknąłem ze złością, gdy po raz kolejny powlókł się za mną do łazienki tłumacząc to jako "środki bezpieczeństwa". Nie mogłem jednakże udawać, że jego towarzystwo nie przynosi mi radości. Tak naprawdę w życiu bym się nie spodziewał, że przebywanie z kimś przez tak długi czas może się nie nudzić. Zastanawiałem się dlaczego u licha przez te kilka lat nie zadałem sobie trudu żeby znaleźć lokatora. Oczywiście Amadeusz był niezwykle dziwnym lokatorem i mimo tego iż nie jadł i nie spał i tak sprawiał masę problemów. Niektóre przedmioty zdawał się strącać niemalże odruchowo, tłumacząc to jako przyzwyczajenie, co strasznie mnie irytowało, szczególnie gdy na podłodze wylądował mój nowiuteńki laptop. Mimo to uwielbiałem z nim rozmawiać. Wypytywał mnie praktycznie o wszystko. W niektórych sprawach był jak niedouczone dziecko - wszystko musiałem mu tłumaczyć, w innych wydawał się większym znawcą niż ja. Z rosnącą wciąż ciekawością słuchał moich opowiadań o przyjaciołach i szkole, jednocześnie zręcznie omijając wszelkie tematy związane z demonami. Strasznie mnie to drażniło. Chyba w życiu nie chciałem poznać bardziej nikogo tak jak jego. Był niesamowicie intrygujący. Nie wiem czy wplątywanie się w romans z demonem było właściwe. Nie wiem czy cokolwiek co z nim robiłem było właściwe, ale jednocześnie w dziwny dla mnie sposób, odczuwałem, że się o mnie martwi, co w pewnym sensie niemalże mi pochlebiało. W końcu nie nie pilnowałby mnie z taką uwagą, gdybym był mu obojętny... Chyba. W ciągu tych kilku dni nie stało się jednak nic przerażającego, ani chociażby podejrzanego. Rick wysłał co prawda kilka nieprzyjemnych sms-ów, ale na tym cała jego zemsta, którą rzekomo przeczuwał Amadeusz się skończyła.
Szybko jednak okazało się, że nie należy lekceważyć przeczuć demona, nawet jeżeli pierwotnie wydają się one absurdalne.
Amadeusz usiadł na fotelu z dziwną, zbolałą wręcz miną.
-Coś nie tak?- zapytałem z lekką obawą, podchodząc do niego.
-N... Nie wiem!- syknął dziwnie spanikowanym głosem, trzęsąc się przedziwnie. Doskoczyłem do niego i chwyciłem go mocno za ramiona, ale wciąż nie przestawał drżeć.
-C-co ci jest?- zapytałem z przerażeniem.
-Nie wiem- powtórzył już nieco spokojniejszym tonem, przeczesując nerwowo włosy palcami- Po prostu...
-Źle się czujesz?! Coś cię boli?! Może wyjdziesz na powietrze?! Przynieść ci wody?! A może...
-Josh... Jestem demonem- przypomniał, odchylając głowę do tyłu i przymykając oczy.
-Więc... Co jest?
-Dzieje się coś niedobrego- wymamrotał i poderwał się na równe nogi, krążąc po pokoju- Ale przecież wszystko w porządku... Przecież cały czas cię pilnuję- zatrzymał się przy mnie i musnął delikatnie mój policzek- Co może być nie tak?
-Nie mam pojęcia... Może po prostu usiądź i uspokój się, co?
Jednak w tym momencie upadł na kolana z głośnym jękiem. Chwycił się za głowę, sycząc coś niewyraźnie. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zniknął.
Cofnąłem się z przerażeniem. Uderzyłem plecami o ścianę, dysząc ciężko i wpatrując się w miejsce w którym był jeszcze przed chwilą. Serce waliło mi jak oszalałe. Co się z nim do cholery stało?!
Ale wtedy ku mojemu zdziwieniu pojawił się ponownie.
-Chodź!- syknął i szarpnął mnie za rękę w stronę wyjścia.
-Co?!- krzyknąłem kompletnie zdziwiony.
-Katy.
-Co Katy?- zapytałem ze zdziwieniem.
-Katy jest... Nie wiem... Mała alejka koło waszej szkoły. Stoi tam stara kamienica.
-I... Co?
-Katy tam jest. W tej kamienicy- syknął z irytacją- Nie wiem co jej się stało, ale chyba coś z nią nie tak. Leży na podłodze i w ogóle się nie rusza.
-J... Jesteś pewien?- wydukałem z kompletnym osłupieniem.
-Jestem pewien, że stanie jej się coś złego, jeżeli natychmiast się nie ruszysz!- warknął ze złością.

Kiedy biegłem w kierunku kamienicy, raz po raz wpadając na Bogu ducha winnych przechodniów naprawdę nie miałem pojęcia co mam myśleć o tym wszystkim. Nie zapytałem Amadeusza co w ogóle Katy tam robi, czemu nie ma jej w szkole, nie zastanawiałem się nawet nad tym dlaczego on się tam znalazł. Dotarłem na miejsce z całkowitym mętlikiem w głowie.
-Rusz się!- syknął mi, ledwie wszedłem do klatki- Trzecie piętro, drzwi po prawej.
-Słuchaj, Katy tu nie mieszka- wymamrotałem, ale pchnął mnie w kierunku schodów, więc wbiegłem po nich, chociaż wciąż całkowicie bez przekonania. Co u licha Katy miała robić w takim miejscu?!
Zatrzymałem się przed drzwiami od wskazanego przez niego mieszkania i odwróciłem się do niego, patrząc na niego pytająco.
-No wchodź!
-Nie wejdę komuś obcemu do domu!- warknąłem- To się nazywa włamanie.
Zastukałem kilkakrotnie.
-Chyba nie oczekujesz, że wyjdzie i ci otworzy!- syknął z wściekłością i sam błyskawicznie otworzył drzwi i wepchnął mnie do środka, zanim zdążyłem zaprotestować- Nie wszedłeś, zostałeś wepchnięty.
-Pocieszające- burknąłem, rozglądając się niepewnie po wnętrzu maleńkiego mieszkanka- Jak mnie złapią to na peeeewno uwierzą, że to przez demona, który nie szanuje prywatnej własności!
Wyczułem jakiś dziwny, ciężki zapach, ale nie mogłem go zidentyfikować. Przejrzałem wszystkie pokoje po kolei zrezygnowany, spodziewając się, że nie znajdę niczego podejrzanego. W końcu Katy nie mogło tu być. Czyżby był to kolejny żart Amadeusza? Dotarłem do łazienki. Otworzyłem drzwi i natychmiast dostrzegłem Katy leżącą w kącie bez ruchu.
-Katy!- jęknąłem z przerażeniem, ale w tym momencie strasznie zakręciło mi się w głowie. Chwyciłem się pralki, żeby nie upaść.
-Co się dzieje?
Nie zdołałem wydusić z siebie słowa. Po chwili kolana ugięły się pode mną i upadłem na posadzkę.
-Josh!
Amadeusz chwycił mnie w pasie. Ostatkiem sił chwyciłem Katy za ramię i już po chwili poczułem jak demon wyciąga nas z pomieszczenia.
-Josh co się dzieje?!- krzyknął panicznie, kiedy wyciągnął nas na środek przedpokoju.
-Czad- wymamrotałem z trudem. Zawroty głowy ustały, ale i tak nie byłem w stanie podnieść się z posadzki.
-Josh! Josh słuchaj mnie uważnie! Zadzwoń!- wcisnął mi w dłoń telefon- Zadzwoń po pomoc! Josh słyszysz mnie?!

-Josh, słyszysz mnie?- zapytał dziwnie zamglony osobnik, machając mi uporczywie dłonią przed oczyma.
-Hmm?- wymamrotałem nie do końca przytomnie- T... Tak.
Mój wzrok wracał do normy, bo już po chwili mogłem wyraźnie dostrzec stojącego przede mną mężczyznę.
-Nazywam się Robert Hall- przedstawił się z lekkim uśmiechem- Jestem lekarzem- dodał, chociaż całkowicie niepotrzebnie, od razu zauważyłem przewieszony przez jego szyję stetoskop- Możesz normalnie mówić?
-Yhm... Tak, tak.
-Widzę, że masz rozbitą głowę. Sprawdzę, czy nie masz jakiś większych urazów, dobrze?- mówił uprzejmie, ale jednocześnie tonem, jakby zwracał się do niedorozwiniętego umysłowo dziecka. Wyjął coś co wyglądało jak niewielka latareczka i poświecił mi kilka razy w oczy.
-Wygląda na to, że to nic poważnego.
-Taa... Rozbiłem ją już kilka dni temu- powiedziałem, pocierając obolałe skronie. Po chwili wszystko zaczęło do mnie wracać. Amadeusz klęczący na posadzce. Wpychający mnie do dziwacznego mieszkania. Katy leżąca w kącie łazienki. Okropny, duszący zapach...
-A gdzie jest Ama... Katy?- zapytałem, w ostatniej chwili się reflektując. Nieco dziwnie byłoby pytać medyka o to, gdzie pojawia się demon, najprawdopodobniej nie prędko by mnie stąd wypuścił.
-Jej stan jest już stabilny- powiedział, dużo poważniejszym tonem- Chociaż pewnie gdyby jej babcia nie znalazła was na czas, zaczadziłaby się.
-Jej babcia?- zapytałem ze zdumieniem. To Katy w ogóle miała babcię? Tu? W tym mieście?
-Tak- odparł doktor, najwyraźniej zaskoczony moją reakcją- Pani Linda Doyle.
-Eee... Aha- odparłem ostrożnie, chociaż w życiu nie słyszałem o tej kobiecie.
-Można by wręcz powiedzieć, że mieliście niezwykłe szczęście. Pani Doyle usłyszała hałas dochodzący z mieszkania i pomyślała, że to włamywacze. Właściwie kiedy cię zobaczyła, była praktycznie pewna- doktor uśmiechnął się, najwyraźniej rozbawiony- Na szczęście zaraz przybiegli sąsiedzi i zorientowali się o co chodzi, chociaż ta rozbita wieża musiała ich pewnie nieco zmylić.
-Rozbita wieża?
-Tak, odtwarzacz płyt. Przypadek, który uratował jej życie, chociaż pewnie gdybyś nie wyniósł jej z łazienki, to nic już byśmy nie mogli poradzić.
Nie ja ją wyniosłem... Amadeusz to zrobił. Uratował nas oboje.
-No, Josh, zbieraj się- powiedział doktor- Myślę, że nie będziesz chciał tu zostać na noc, prawda?
-Nie bardzo- przyznałem z ociąganiem.
-W takim bądź razie zmywaj się zanim wróci doktor Rivera, bo nie wypuści cię tak łatwo- mrugnął do mnie porozumiewawczo.
-A... Katy?
-Obawiam się, że twoja przyjaciółka będzie musiała zostać tutaj dłużej. Kiedy przyjechaliście jej stan był krytyczny- westchnął głęboko- Całe szczęście, że ją znalazłeś, niewiele brakowało. Na szczęście udało nam się ją odratować, ale jeszcze się nie obudziła.
-Mogę ją... zobaczyć?- przełknąłem głośno ślinę. Gdyby nie Amadeusz Katy już by...
-Niestety, dzisiaj to będzie niemożliwe. Przyjdź jutro, dobrze? A tymczasem wracaj do domu i wypoczywaj, to ci dobrze zrobi.
-Dobrze- zgodziłem się nieco zbyt ulegle i wstałem. Ruszyłem osowiale w kierunku drzwi, co jakiś czas rozglądając się w poszukiwaniu Amadeusza, ale jego jak na złość nie było.

Wróciłem do domu.
-Amadeusz?- zawołałem na wejściu, ale odpowiedziała mi grobowa cisza.
Westchnąłem z rozczarowaniem. Czyżby go nie było? Odwiesiłem kurtkę na wieszak. Kiedy się odwróciłem niemalże krzyknąłem. I pomyśleć, że po tylu dniach wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do tego, że Amadeusz pojawiał się w najmniej oczekiwanym momencie! Wtuliłem się w niego bez słowa. Nieco nieporadnie przygarnął mnie ramionami.
-Wszystko w porządku?- zapytał dziwnie zmęczonym głosem.
Przegryzłem wargi, całą siłą woli powstrzymując się od kompletnego rozklejenia.
-Uhm...- wymamrotałem- Dziękuje.
-Dziękujesz?- powtórzył, patrząc na mnie z kompletnym ogłupieniem- Za co ty mi do cholery możesz dziękować?
-Jak to za co?- spojrzałem na niego ze zdziwieniem- Przecież uratowałeś Katy! I mnie!
-Nie. Raczej mało co cię nie zabiłem.
-Co?- pokręciłem głową z niedowierzaniem- O czym ty mówisz?
-Chodzi mi o to, że zaciągnąłem cię w miejsce w którym groziło ci niebezpieczeństwo!
-Zwariowałeś?! Tylko dzięki tobie Katy w ogóle żyje! Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że będę miał o coś takiego pretensje?
-Doskonale wiedziałem, że nie będziesz miał pretensji- prychnął ze złością- Ale doskonale też wiem, że nie powinienem był cię tam zabierać. To wykracza poza moje interesy.
-Że niby jak?! Moja przyjaciółka o mały włos nie zginęła, a ty mówisz, że to wykracza poza twoje interesy?!
-Josh... Nie jestem od decydowania o czyimś życiu, albo śmierci, zrozum wreszcie.
-Ale jesteś tu ze mną, to coś oznacza, prawda? Może to nie był przypadek, może tak właśnie miało być, nie pomyślałeś o tym?
Zawahał się przez chwilę.
-Mogłeś przeze mnie zginąć...
-Nie! Dzięki tobie uratowałem Katy! Ty ją uratowałeś! Nas oboje!
-Brednie- stwierdził- Odkąd się tu pojawiłem cały czas spotyka cię coś złego, najpierw przychodzisz z podbitym okiem, a teraz o mały włos cię nie zabiłem. I nie jestem pewien czy to dobry pomysł, żebym został- dodał pochmurnie.
-Co ty opowiadasz!- krzyknąłem niemalże rozpaczliwie. Nie rozumiałem jak to możliwe, że jeszcze kilka dni marzyłem o tym, żeby odszedł- Musisz zostać! Ja... Ja już się do ciebie przyzwyczaiłem, a poza tym...- głos łamał mi się powoli- Ja... Nie wiem... Nigdy nie miałem kogoś takiego jak ty.
-Wielu nie miało i dobrze im się żyje- oświadczył, opacznie odbierając moje słowa.
-Nie chodzi mi o to, że jesteś demonem! Nigdy nie miałem kogoś, kto tak jak ty byłby ze mną tak długo... Kto mieszkałby ze mną... I nawet jeżeli jesteś upierdliwy i włóczysz się za mną jak cień, to naprawdę to lubię. N-no i... Nie chciałbym, żebyś znikał- zakończyłem nieco kulawo.
Przycisnął mnie do siebie mocniej, najwyraźniej zastanawiając się nad moimi słowami.
-I... I to moja wina. To co stało się z Ricky'm- dodałem, widząc jego zdziwienie- Specjalnie wtedy wymusiłem na tobie tą obietnicę. Ale przysięgam, że więcej tego nie zrobię!- zapewniłem gorliwie.
Dobra... To nie miało nic wspólnego z godnością... Ale nie mogłem mu tak po prostu pozwolić odejść!
-Nie wątpię- prychnął i pocałował mnie lekko- Bo więcej nie dam się na to nabrać.
-Zostajesz?
-Zostaję- westchnął ciężko, błądząc ustami po mojej szyi- Wolę nie zostawiać cię dopóki... Ten gnojek- wykrzywił pogardliwie wargi- Na dobre się od ciebie nie odczepi.
W normalnych warunkach prawdopodobnie zaprotestowałbym i stwierdził, że przecież Ricky nie jest groźny i nic mi nie zrobi, ale zdecydowanie nie zamierzałem go przywracać do pomysłu odejścia.
-Idziemy do łóżka?- wymruczałem.
-TY idziesz do łóżka- odparł lekko- Co powiedział ci lekarz?
-Eee... Lekarz mi powiedział, żeby ten... No... Nic mi w sumie nie powiedział- skłamałem prędko.
-Josh- spojrzał na mnie z politowaniem- Cały się czerwienisz, gdy kłamiesz, wiesz?
Westchnąłem ciężko.
-Mam wypoczywać- wymamrotałem bez przekonania- To normalne, każdy lekarz tak gada, tak naprawdę to nic nie znaczy... ZOSTAW!
Ale on nie zważając na mój protest, przerzucił mnie sobie przez ramię i przeniósł do pokoju, po czym bez zbytnich ceregieli rzucił na łóżko.
-To byłaby idealna dominacja, gdybyś zamierzał zrobić coś dalej w moim kierunku- westchnąłem z rozczarowaniem.
-Nie martw się, nadrobimy to- uśmiechnął się lekko- Przynajmniej już wiem od czego zacząć.
Zaczerwieniłem się. No cóż. Zwalę to na zaczadzenie czy coś z tych rzeczy...
-Śpij- powiedział, klękając przy łóżku i gładząc mnie po policzku.
-Przecież możesz położyć się obok mnie- zauważyłem z nadzieją.
-Nie mogę. Obawiam się, że wtedy twój wypoczynek przybrał by znacznie inne...- uśmiechnął się pod nosem krzywo- ... formy.
-Nie kuś, nie kuś- westchnąłem głęboko- Mogę cię o coś zapytać?
-Nie.
Spojrzałem na niego oburzony.
-A czego to pytanie ma dotyczyć?
-Hmm... Ciebie.
Jęknął cierpiętniczo.
-Możesz- zgodził się po dłuższej chwili- Ale jedno jedyne pytanie, a potem masz iść spać, jasne?
-Jasne- uśmiechnąłem się lekko- Słuchaj hmm... Bo ja po prostu eee... No zastanawiam się co ci się stało. No wiesz, dzisiaj po południu...
-Słuchaj... To nie jest tak łatwo wyjaśnić, okej? Po prostu kiedy mam przeczucie... To to jest coś jak... Głos w głowie.
-Coś ci gada w głowie?!
-Nie gada... - zirytował się lekko- To nie są konkretne słowa. Po prostu dźwięk. Czasami tak już jest, jeżeli się kogoś obserwuje, czuje się, że zaraz stanie się coś złego i można w miarę wyczuć kiedy i gdzie. Ale nigdy w życiu nie czułem tego tak intensywnie jak tego popołudnia, wiesz? To było... Dziwne... Porażające, nie wiem no...
-Nie rozumiem... Jeżeli masz przeczucie to musisz zrobić wszystko, żeby pomóc osobie której ono dotyczy?
-Skądże. Ale właśnie w tym sęk, że dzisiaj nie mogłem kompletnie tego zagłuszyć. To było straszne, nawet jak dla mnie.
-Bolało cię?- zapytałem z troską.
-Nie. Przerażało. Po prostu musiałem sprawdzić co się dzieje.
-Widzisz?- uśmiechnąłem się lekko- To jak przeznaczenie. Dlaczego od razu nie sprawdziłeś co się dzieje z moimi przyjaciółmi?
-Bo w normalnym wypadku nie powinienem wyczuwać tego co się z nimi dzieje- wycedził ze złością- Sądziłem, że moje przeczucia są związane jedynie z twoją osobą, ale wygląda na to, że spadają na całe twoje otoczenie.
-Ach tak... A więc tak to wygląda?
-Tak, tak to właśnie wygląda. A teraz kładź się spać, albo pożałujesz, Joshu Carter.
Uśmiechnąłem się lekko. Przymknąłem oczy i starałem się zasnąć, czując jednocześnie jego dotyk na swojej twarzy.
Kiedy już przysypiałem, szarpnął mnie mocno za rękę.
-Josh?
-Hm?
-Ja... Josh przepraszam, że wtedy cię tam zabrałem- szepnął- Ja naprawdę... Gdybym wiedział... Nie czuję tego co ludzie. Gdybym podejrzewał, że to może być coś groźnego dla ciebie, w życiu bym nie pozwolił...
-Ej...- złapałem go za rękę- Uspokój się, hm? Nic mi się nie stało. Jeszcze żyję.
-Jeszcze żyjesz- powtórzył cicho i przysunął moją dłoń do jego lodowatego policzka.
-Nie śpieszy mi się- westchnąłem głęboko, odprężając się ponownie.
Myśl, że Katy żyje tylko dzięki Amadeuszowi... Myśl, że tylko dzięki niemu nic jej nie jest sprawiła, że poczułem się naprawdę cholernie głupio. Pewnie dlatego, że z niewiadomych dla mnie przyczyn od samego początku mi pomaga, a ja cały czas go odrzucam, a może dlatego, że nigdy mnie nie okłamał, a ja i tak zawsze poddaję jego słowa pod wątpliwość. Zaplotłem pasemko jego włosów wokół mojego palca i przyjrzałem mu się z uwagą.
Będę musiał popracować nad tym, żeby po raz kolejny nie popełnić tego samego błędu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz