Strony

niedziela, 22 maja 2011

9. Sklep [LPoH]

Zgodnie z obietnicą, wczesnym popołudniem zabrałem Andy'ego do miasta. Wybrałem centrum handlowe, w którym zazwyczaj kupowałem wszystkie swoje ubrania. Było tam najwięcej eleganckich sklepów, a przy tym dość komfortowych dla kogoś takiego jak ja. Pierwszym miejscem, w które go zaprowadziłem, był butik z typowo wyjściowymi ubraniami. Znajdowały się w nim głównie garnitury, fraki, eleganckie koszule i tym podobne. Podejrzewałem, że raczej nie przepada za tego typu strojami, ale sądziłem, że może wybierze sobie coś na jakąś specjalną okazję. Nie pytajcie, jaką. Nawet tego nie rozważałem. Po prostu chyba sądziłem, że być może Andy w białej koszuli wyglądałby bardziej grzecznie… I nieco mniej kusząco.
Ale ledwie weszliśmy do sklepu, a on skrzywił się lekko i już wiedziałem, że ten pomysł nie przypadł mu specjalnie do gustu. Chyba nie chcąc mnie urazić po prostu, porozglądał się za jakimiś rzeczami, a nawet przymierzył jeden garnitur. I wierzcie mi, wyglądał w nim równie świetnie jak zawsze, ale chyba nie podzielał mojej opinii, bo wygłosił krótki monolog o tym, z jakich powodów to do niego nie pasuje i zaproponował, że sam wskaże następny sklep.
Z oczywistych względów nie odmówiłem.
Nie miałem pojęcia o młodzieżowych ubraniach.
Andy zaprowadził mnie do sklepu o nazwie „Naughty”, co już wprawiło mnie w swoiste zakłopotanie. Wnętrze sprawiało wrażenie ciasnego, nie miało tak dużo przestrzeni jak sklep, w którym byliśmy chwilę temu. Wszędzie były porozstawiane stojaki z ubraniami, chyba zupełnie bez żadnego porządku, bo dosłownie wszystko się ze sobą mieszało. Aż nie wiedziałem, w którym kierunku mam patrzeć i czego dokładnie szukać, więc podążyłem po prostu za Andy’m, czując się dziwnie zgaszony. Wewnątrz była masa ludzi. Młodych ludzi, w wieku Andy’ego albo niewiele starszych. Miałem wrażenie, że co poniektórzy oglądają się za mną i podśmiewują cicho z samej mojej obecności w takim sklepie. To było trochę paranoiczne, ale nic nie mogłem poradzić na to, że każdy uśmiech czy spojrzenie traktowałem jako jasny dowód, że nie jest to miejsce dla mnie. Sprzedawcy też byli dziwni. Zdawali się w ogóle nie interesować tym, kto tu wchodzi i co kupuje. W sklepach, w których bywałem ja, było to wręcz niespotykane. Ale Andy nie podzielał zdecydowanie moich odczuć. On czuł się chyba jak w swoim świecie.
Śmigał pomiędzy stojakami, przeglądając wiszące na nich ubrania i szybko wybierając sobie to, co chciał przymierzyć. Ja kompletnie straciłem rachubę w tym, co przeglądaliśmy. Naprawdę, w sortowaniu ubrań nie było żadnej logiki. Nie było oddzielnych stoisk dla spodni czy bluzek, nie było oddzielnych stoisk dla różnych projektantów, a nawet dla różnych stylów. Co jakiś czas poustawiane były tabliczki informujące o przecenie. Przy takich miejscach tłoczyło się najwięcej ludzi.
Wpadłem na kogoś.
Usłyszałem ciche przekleństwo i znowu poczułem się zupełnie fatalnie.
-Wystarczy- stwierdził w końcu Andy, wciskając mi w ręce część wieszaków- Więcej nie uniosę. Idziemy do przebieralni?
Pokiwałem głową, odrobinę niemrawo, siląc się na uśmiech. Naprawdę chciałem, żeby był szczęśliwy i nie zamierzałem mu robić żadnych głupich problemów ani pokazywać tego, jak mało jestem nowoczesny i nieprzyzwyczajony do tego rodzaju miejsc. Miałem wrażenie, że ludzie, którzy nas obserwowali, zadawali sobie w myślach pytanie: „Co on tu robi?!”, ewentualnie uznawali mnie za ojca Andy’ego. To było zupełnie krępujące.
-Maksymalnie trzy rzeczy…- zauważyłem ostrożnie, zerkając na informację wiszącą na drzwiach, a Andy spojrzał na mnie z politowaniem, jakbym powiedział coś absurdalnego, i wrzucił wszystkie ubrania do przebieralni.
-Czekaj- rzucił krótko, zamykając za sobą drzwi.
Oparłem się o ścianę, mając autentyczną ochotę stać się niewidzialnym. Przy kabinach kręciło się naprawdę dużo osób. Śmiały się, chichotały, żartowały…
A ja znów, nie mając zupełnego pojęcia, o czym mogłyby rozmawiać, zakładałem, że po prostu naśmiewały się ze mnie.
Po kilku minutach drzwi od przebieralni się otworzyły i stanął w nich Andy. Miał na sobie dżinsy biodrówki w kolorze jaskrawej czerwieni. Obrócił się teatralnie i spojrzał na mnie z uśmiechem.
-I jak?- zapytał, spoglądając na mnie uważnie.
Przełknąłem ślinę i odkaszlnąłem odrobinę nerwowo, czując, że pieką mnie policzki.
-B… Bardzo dobrze- potwierdziłem zgodnie z prawdą. Zresztą… Co to za pytanie. Zapewne nie istniała rzecz, w której Andy wyglądałby w moim przekonaniu nieurodziwie- Ale… Ale to chyba ubranie dla dziewczyn.
-Nie- zdziwił się Andy, unosząc brwi- Dlaczego?
-No nie wiem… Jest takie kolorowe…- pozwoliłem sobie zauważyć, wciąż mocno zażenowany, a Andy zerknął na metkę, marszcząc brwi i pokręcił głową.
-Jest napisane, że męskie. Zresztą… Wygląda jak męskie- stwierdził bez większego zrozumienia- Rany, Mitch. Dzisiaj chłopacy tak się ubierają.
Po raz kolejny poczułem się jak starzec, który zupełnie nie ma kontaktu z młodym pokoleniem. Andy ponownie zniknął w przebieralni.
Może i było w tym trochę racji… Dużo racji. Nie znałem się na młodych ludziach. W ogóle. Nie miałem o nich pojęcia. Ja żyłem w czasach (Boże, to brzmi jak narzekanie starej Wilcox), gdzie młodzi ludzie ubierali się raczej… Schludnie. I ja też się tak ubierałem. Oczywiście, zawsze były jakieś odłamy, subkultury i tak dalej, ale ja sam nie miałem z tym zbyt wiele do czynienia. Chodziłem do prywatnej szkoły i wszystko wyglądało zupełnie inaczej. A teraz… Cóż, musiałem przyznać, że wiele nastolatków tłoczących się w korytarzu było w mojej opinii… Dziwne.
Tyle, że to ja w tym gronie odbiegałem od normy i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę.
Gdyby nie Andy, uciekłbym stąd gdzie pieprz rośnie. Zazwyczaj miałem tendencję do szybkiego wybywania z miejsc, gdzie czułem się niekomfortowo. Tutaj czułem się wprost fatalnie i chyba tylko myśl o Andy’m powstrzymywała mnie przed tym, żeby zupełnie skurczyć się w sobie i wyjść.
Rudowłosy wychodził co jakiś czas z przymierzalni, prezentując się w nowym zestawie. Moja odpowiedź na pytanie: „Jak wyglądam?” zawsze była rzecz jasna taka sama. Doskonale. Bo naprawdę, nie było nic, w czym wyglądałby źle.
-Rany, Mitch, na niczym się nie znasz- irytował się co jakiś czas, po moim którymś z kolei tym samym zapewnieniu, ale nie byłem w stanie zdobyć się na większą kreatywność w wypowiadaniu własnych osądów- Mitch…- usłyszałem za którymś razem zza zamkniętych drzwi- Chodź do mnie.
-P… Po co?- zapytałem, odrobinę zdezorientowany.
-Oj, chodź po prostu- mruknął Andy.
-Ale… Ale jesteś ubrany?
-Tak, jestem ubrany- usłyszałem jak chichoce cicho- Idziesz wreszcie?
To zapewnienie mi wystarczyło. Pchnąłem drzwiczki i wszedłem do środka, spoglądając na niego pytająco.
I tak. Rzeczywiście był ubrany.
Uff.
-O co chodzi?
-Masz- wręczył mi wieszak z jakąś paskowaną, błękitną koszulą- Przymierz.
-Ja?- zapytałem odrobinę niepewnie- Ale… Hm…- odkaszlnąłem cicho- Sam nie wiem.
-Och, zaufaj mi- Andy spojrzał na mnie przekonująco i uśmiechnął się pogodnie- Będziesz wyglądał świetnie.
… Naprawdę, jestem człowiekiem mało asertywnym.
Westchnąłem cicho i zabrałem się powoli za rozpinanie swojej koszuli.
-N… Nie wyjdziesz?- zapytałem, zupełnie zdezorientowany faktem, że Andy, jak gdyby nigdy nic, przysiadł na stołku, wpatrując się we mnie z wyczekiwaniem.
-Po co?- mruknął bez większego zrozumienia, unosząc brew.
Ręce zaczęły mi drżeć. Myliłem guziki, jedne odpinałem, drugie zapinałem… Głupie zdejmowanie koszuli zajęło mi kilka minut. Odłożyłem ją na bok i chwyciłem za tą, którą wskazał mi Andy. Narzuciłem ją na ramiona, ale tym razem, nim zacząłem się ponownie ośmieszać, nie mogąc trafić w dziurkę, Andy wstał i podszedł do mnie, samemu zajmując się zapinaniem. Kilka guzików przy szyi pozostawił wolne.
-Wyglądasz świetnie, Mitch- stwierdził łagodnie, podczas gdy moje serce osiągnęło chyba rekordową prędkość i obijało się o żebra z taką siłą, że miałem wrażenie, że ledwie chwila, a wyskoczy mi z klatki piersiowej. Andy uśmiechnął się leciutko do naszego odbicia, po czym objął mnie wokół pasa, przytulając się do mnie - Mówię ci- dodał, kiedy ja całą siłą woli starałem się jakkolwiek opanować- Zupełnie cię odmładza.
-Odmładza?- powtórzyłem niemrawo. Szczerze mówiąc ostatnie, na czym w tym momencie byłem w stanie się skupić, to mój wygląd.
-Aha- potwierdził Andy, nie odrywając się ode mnie ani na chwilę- Serio. Wyglądasz na… No nie wiem… Góra trzydzieści dwa lata…
Aż jęknąłem w duchu.
-Ja mam trzydzieści dwa lata- odezwałem się, wybitnie spłoszony.
-Och?- teraz spłoszył się i Andy, odsuwając się ode mnie, a ja sam nie wiedziałem, czy jestem z tego faktu zadowolony, czy wprost przeciwnie- Serio? Znaczy… Rany… Nie, żebyś nie wyglądał, czy coś… To znaczy… Kurczę, no. Nie chciałem rzucić niczego głupiego. Naprawdę, wyglądasz dość… No… Dobrze, na swój wiek, ale te twoje garnitury… Wydajesz się trochę starszy, no i…
Pewnie gdyby nie fakt, że byłem zupełnie zgaszony, zobaczenie rudowłosego w roli tego zażenowanego potraktowałbym jako ciekawą obserwację.
Zamiast tego westchnąłem jedynie głęboko, po raz kolejny w ciągu ostatnich dwóch dni czując się jak stary kretyn.
-Może przymierzysz jeszcze kilka rzeczy, co?- zapytał Andy, z autentyczną skruchą- Mitch, nie chciałem cię urazić, naprawdę sorry… Znajdę ci coś fajnego, hm? W ramach rekompensaty.

W ramach rekompensaty wróciłem do domu, obładowany torbami. Zrobiliśmy duże zakupy, Andy niezbyt się ograniczał, ale właściwie cieszyło mnie to. Chciałem, żeby czuł się komfortowo…
… Mimo tego, że mnie do komfortu było daleko.
Andy wybrał sobie pięć par spodni, kilkanaście przeróżnych koszulek na ramiączkach i T-shirtów i ledwie jedną bluzkę z długim rękawem, co nieco mnie zmartwiło, zważywszy na obecne temperatury, ale rudowłosy uspokoił mnie prędko, że dobra kurtka załatwi sprawę. Więc kupiliśmy też kurtkę. A później dwie pary butów.
Andy naprawdę zachowywał się w stosunku do mnie bardzo miło już przez resztę dnia. Podejrzewałem, że było to po prostu spowodowane faktem, że czuł się odrobinę zawstydzony tym, co powiedział, ale i tak dzięki temu humor mi się poprawił.
A co do mnie…
Wziąłem koszulę, którą mierzyłem, i jeszcze kilka kolejnych. Właściwie, niczym ostatni kretyn brałem wszystko, w czym Andy twierdził, że wyglądam dobrze. W sklepie nawet nie zwracałem na to uwagi, zbyt pochłonięty jego towarzystwem. Dopiero, gdy wróciliśmy, a ja zamknąłem się w sypialni i zacząłem to wszystko mierzyć…
… O Boże.
Już w samej tej niebieskiej koszuli wyglądałem idiotycznie. Jak połączenie hipisa i przepracowanego urzędasa. Z resztą ubrań wcale nie było lepiej.
Tak, były młodzieżowe.
I tak, wcale do mnie nie pasowały.
Pora się z tym pogodzić, Mitch.
Jesteś stary.
STARY.
I żadne ubrania, żadne żałosne próby udawania, że jest inaczej, tego nie zmienią.
Boże.
Czas umierać.
-Ej, Mitch!- aż podskoczyłem gwałtownie, gdy drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich Andy- Znalazłem wypożyczalnię i mam jakąś komedię. Oglądamy?
-Jasne- odpowiedziałem z cichym westchnieniem, a Andy uśmiechnął się pogodnie, wchodząc do sypialni z miską chipsów i jakąś płytą w dłoni.
-Tutaj?- zapytałem odrobinę zdezorientowany, a on tylko skinął głową.
-No… Łóżko jest wygodne. W salonie jest kiepsko- ocenił, stawiając miskę na szafce nocnej i podchodząc do telewizora, żeby włączyć płytę- Wszystko gra? Jak nowe ubrania?
-Świetnie- odpowiedziałem, siląc się na uśmiech.
-Wiedziałem, że ci się spodobają- odparł pogodnie Andy i rozłożył się w poprzek na pościeli, poklepując miejsce obok siebie- Chodź, Mitch. Zaczyna się.
… Porażkę czas zacząć.
Przysiadłem na brzegu łóżka, początkowo mocno skrępowany samym doborem miejsca, ale już po chwili zrelaksowałem się nieco. Moje myśli nie krążyły jak zwykle wokół tych wszystkich głupot, nie martwiłem się zbytnio ani moją starością, ani tym, że myślę o Andy'm w niewłaściwych kategoriach. Skupiłem się na czymś zupełnie innym. Na nim. Po prostu. Już po kilku minutach przestałem orientować się w tym, co się dzieje na ekranie, bardziej zajmowałem się jego osobą. Podobało mi się, gdy się śmiał i spoglądał na mnie, taki pogodny, wesoły, jakby chciał zobaczyć, czy mnie również bawi dana scena. Wówczas ja również się śmiałem, zadowolony po prostu z jego radości, chociaż nawet nie wiedziałem, o co chodzi. Przytakiwałem na jego komentarze, obserwowałem jego ruchy. Jak macha lekko nogami, ziewa teatralnie w nudnych zapewne momentach filmu, sięga niespiesznie do miski z popcornem i obraca ziarenka w dłoni lub przykłada je do ust, zamierając na dłuższą chwilę i wpatrując się z napięciem w ekran.
I był wtedy piękny.
Niesamowicie piękny.
Taki naturalny, taki swojski i jednocześnie w tym wszystkim niezwykły.
Nawet nie wiem, kiedy tak szybko minęły mi niecałe dwie godziny trwania filmu. Gdy się ocknąłem, widziałem już właściwie jedynie napisy końcowe, a rudowłosy przeciągnął się z cichym pomrukiem, gładząc się po swoim idealnie płaskim brzuchu.
-Przez ciebie zjadłem cały- poskarżył się, wskazując na opróżnioną już miskę.
Uśmiechnąłem się przepraszająco.
Rudowłosy spoglądał na mnie uważnie przez dłuższą chwilę, po czym zapytał, zupełnie dla mnie niespodziewanie:
-Na co się gapiłeś?
Znieruchomiałem.
-S… Słucham?
-Na co się gapiłeś?- powtórzył, nie odrywając badawczego spojrzenia od mojej twarzy- No na coś musiałeś, nie? Bo filmu to raczej nie oglądałeś…
-Oczywiście, że oglądałem- parsknąłem cicho, chcąc iść w zaparte.
-Och, doprawdy?- Andy uśmiechnął się odrobinę bezczelnie, podnosząc się do pozycji siedzącej- Więc jak ci się podobała główna bohaterka? Ta cała Mia?
-B… Była w porządku- odparłem ostrożnie, nie rozumiejąc, do czego zmierza. Nawet nie miałem pojęcia, o kim mówi, ale nie zamierzałem się do tego przyznawać.
-Serio?- uniósł brew w pełnym politowania geście- Tylko, że główna bohaterka nie nazywała się Mia, ale Anna. Jesteś kłamcą, Mitch.
-Nie, nie jestem…- odparłem cicho, odrobinę zgaszony- Wiedziałem o tym.
-Och, czyżby?
-Nie chciałem cię wyprowadzać z błędu- dodałem natychmiast, dla polepszenia swojej i tak nędznej argumentacji.
-To dobrze- stwierdził rudowłosy, uśmiechając się lekko i podnosząc z łóżka. Byłem zdziwiony, że poszło mi aż tak łatwo. Andy ruszył do wyjścia i zatrzymał się dopiero w drzwiach, by rzucić- Ach, tak przy okazji… To kłamałem. Główna bohaterka naprawdę nazywała się Mia. Miłego dnia, Mitch.

Wszedłem pod wieczór do jego pokoju. Zupełnie tak jak wczoraj, leżał rozłożony wygodnie na łóżku, z moim telefonem w dłoni. Nie podnosząc nawet wzroku, rzucił krótkie:
-Cześć, Mitch.
-Cześć… Hm… Andy… Jeśli chodzi o ten film… Wiesz, ja… Nie czułem się dzisiaj zbyt dobrze- odpowiedziałem, czerwieniąc się lekko ze wstydu. Chciałem mu to jakoś wyjaśnić, sprostować… Ewentualnie go okłamać, ale i to było dobre, biorąc pod uwagę fakt, że niedługo naprawdę zacznie o mnie myśleć jak o starym zboczeńcu- I nie przepadam za komediami romantycznymi… Więc… Nie dziw się, że mało się skupiałem.
-Jasne- odparł gładko, a ja spojrzałem na niego zdumiony. Spodziewałem się raczej, że wda się ze mną w taką polemikę jak wtedy, ale najwyraźniej nie miał tego w zamiarze.
-Hm…- uśmiechnąłem się lekko- No to w porządku. Oczywiście możemy coś znowu razem obejrzeć, jeśli chcesz.
-Pewnie- Andy spojrzał na mnie i uśmiechnął się lekko- Jutro wypożyczę coś innego. Jak myślisz, Mitch? Może jakiś horror?
-Czemu nie- odetchnąłem cicho, skinąwszy głową. Może jeżeli naprawdę włączy jakąś krwawą masakrę, to przestanę się wreszcie skupiać na jego atutach, a zacznę cokolwiek kojarzyć- I może… Może obejrzymy w salonie? Mam wrażenie, że telewizor w sypialni się psuje…
-Och…? Naprawdę?- parsknął cicho, wyraźnie rozbawiony- Spoko, Mitch. Jak sobie chcesz.
Westchnąłem głęboko i zdobyłem się na uśmiech. Naprawdę mi ulżyło. Już ruszałem w kierunku wyjścia, gdy usłyszałem:
-Hej, Mitch…
-Hm?- odwróciłem się z powrotem w jego stronę.
-Coś mi się chyba zacięło- Andy skrzywił się lekko, wciskając kilkakrotnie jakiś klawisz- Możesz zobaczyć?
-Jasne- odparłem prędko, podchodząc do łóżka i nachyliłem się nad nim, chcąc zobaczyć, o co chodzi, ale nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć lub zrobić, chwycił mnie mocno za poły koszuli i cmoknął mnie krótko w policzek, nie pozwalając mi się od siebie odsunąć. Zadrżałem mimowolnie i poczułem, jak się czerwienię- Fajnie, Mitch- stwierdził pogodnie, z uśmiechem pełnym nieskrywanej satysfakcji- To już wiemy, na co się patrzyłeś, prawda?
Puścił mnie, a ja odsunąłem się odrobinę chwiejnie, starając się pamiętać o oddychaniu.
-Masz- rzucił, wyciągając w moją stronę komórkę - Wyjąłem już swoją kartę. Nie będzie mi dzisiaj potrzebny- jego uśmiech na powrót stał się po prostu wesoły, przyjazny- Dobranoc, Mitch.
-Dobranoc, Andy- odparłem niemal mechanicznie, wychodząc szybko z pokoju.
Słyszałem jeszcze, jak chichoce cicho z zadowolenia.
I jak rzuca coś na kształt:
-Jesteś kłamcą, Mitch.

1 komentarz: