Strony

sobota, 28 maja 2011

# 9 # [Theodore]

Theodore spacerował niespiesznie parkową aleją. Czuł się jakoś... dziwnie. Aż sam nie był w stanie tego opisać. Nie miał pojęcia, co się z nim stało. Nie miał pojęcia, kiedy zaszła ta nagła zmiana, której efekty widział właśnie teraz. Bo coś przecież musiało się stać. Coś przecież musiało się zmienić. Nigdy wcześniej nie czuł w sercu podobnej lekkości, jak w tej chwili. Jakby w jednej sekundzie odeszły od niego wszystkie troski i zmartwienia. Nie było w nim złości ani irytacji, nie było wyrzutów sumienia... Czuł po prostu... pustkę?
Nie, to nie była pustka.
Pustka towarzyszyła mu na co dzień. Poznał ją zbyt dobrze, by móc pomylić ją z tym, co czuł w teraz. Ale jak miał nazwać, jak scharakteryzować to uczucie, skoro dawno już nie czuł nic podobnego...?
Był jak więzień, który przez wiele lat nie wychodzi spoza czterech ścian i nagle zostaje wypuszczony na wolność, może wreszcie oddychać świeżym powietrzem i cieszyć się pięknem natury. Wszystko nagle go interesowało, wszystko ciekawiło, skłaniało do rozważań, przykuwało wzrok... To było dziwne, strasznie dziwne. Nigdy nie był miłośnikiem natury. Nigdy nie interesowała go przyroda. Podziw dla niej uznawał za domenę głupców, którzy nie mieli w swoim życiu nic lepszego do roboty prócz przyglądania się płatkom róż. A czy teraz nie stał się jednym z nich? Skoro nagle, zupełnie niespodziewanie, wszystko zaczęło przyciągać jego uwagę? I dmący głośno, lodowaty wiatr, przeszywający raz po raz jego ciało. I nieskazitelnie biały śnieg, który pokrywał wszystko dookoła niego. I bezlistne drzewa, nieruchome i puste, pozbawione życia... Dziwne, bardzo dziwne. Wiosną zdawały się być symbolem niewinności, delikatności i rodzącego się do życia piękna, rozkwitały cudownie niczym pierwsze miłości, a teraz... Były martwe. Zabite chłodem.
Zima zawsze kojarzyła się Theodore'owi ze śmiercią. Z przemijalnością, dramatem natury, swoistą tragedią ginącego pod przytłaczającą bielą świata... Ale cóż z tego? Przecież za chwilę nadejdzie wiosna. Czas odrodzenia i zmartwychwstania. Wszystko ponownie obudzi się do życia, powstanie raz jeszcze, niczym teatralny aktor, który ginąc w ostatnim akcie, podnosi się ze sceny, wyciąga nóż z piersi i kłania się w kierunku wzruszonej publiczności. To wszystko też zdawało się być niczym innym, jak tylko spektaklem natury.
Theodore dziwił się własnym rozmyślaniom. Dziwił się też temu, jak wielki odczuwał w sobie spokój. Nic nie mąciło mu w głowie. Nic nie wywoływało wyrzutów sumienia. Nie sprawiało, że czuł się rozżalony i wściekły na cały świat.
A może...?
Może po prostu dla niego też nadeszła już pora przebudzenia...?
Może on też potrzebował swojej wiosny, która zakończy okres długiego snu i przywróci go do prawdziwego życia...?
-O czym myślisz, Theo?- głos rudzielca wyrwał go z zamyślenia.
-O niczym- odparł odruchowo mężczyzna, nieco mało przytomnym głosem, po czym przeniósł na niego spojrzenie. Felix ślizgał się raz po raz, na każdym dłuższym odcinku lodu, jaki znalazł na swojej drodze, z taką miną, jakby sprawiało mu to wprost wyjątkową radość- Przestań.
-Dlaczego?
-Zrobisz sobie krzywdę- Theodore westchnął cicho, opatulając się szczelniej szalem. Było cholernie zimno.
-Martwisz się o mnie?- Felix uśmiechnął się niemal figlarnie, nie zatrzymując się ani na chwilę.
-Nie- odparł Theodore, również uśmiechając się lekko pod nosem- Po prostu, gdyby dziedzic tak ogromnej fortuny zginął w mojej obecności... To mogłoby być nieco podejrzane. A później zaraz zaczęłyby się poszukiwania kolejnego, w trzeciej linii, czwartej linii... Zbyt skomplikowane.
Rudowłosy zaśmiał się lekko i w tym właśnie momencie zachwiał się wyraźnie na nogach, w ostatniej chwili chwytając się dłoni mężczyzny, by utrzymać równowagę. W pierwszej chwili Theodore pomyślał jedynie coś na kształt: „a nie mówiłem?”, ale fakt, że Felix wciąż trzymał go za dłoń i najwyraźniej nie zamierzał wcale jej puścić sprawił, że przestał wierzyć w przypadkowość tego zdarzenia.
-Ej, Theo...
-Hm?
-Jak się czujesz?- rudzielec wpatrywał się w niego z mieszaniną ciekawości i autentycznego zatroskania.
-Normalnie- parsknął w odpowiedzi Theodore- A jak mam się czuć?
-No... Nie wiem...- Felix wzruszył ramionami, po czym zastanowił się chwilę- Możesz być smutny... Albo... Sam nie wiem... Rozczarowany...
-Nie czuję się rozczarowany- odparł zgodnie z prawdą mężczyzna- Wprost przeciwnie.
Wracali właśnie z sierocińca. Theodore był już pewien, że jego rodzice naprawdę nie żyją. Zginęli wkrótce po jego narodzinach, w jakimś wypadku samochodowym, a nie miał żadnych krewnych, którzy mogliby się nim zająć.
I tyle.
Nic wielkiego.
Aż chciało mu się śmiać z samego siebie i swoich wcześniejszych domysłów. Jakby fakt ich życia rzeczywiście mógł cokolwiek zmieniać. Jakby to rzeczywiście było aż tak kolosalnie istotne, że było się czego obawiać. Jakby ich istnienie miało nagle zmienić całe jego życie... Nie mogło. Wystarczająco dużo zmieniła już ich śmierć. I nic więcej nie trzeba było w tym kierunku robić. Mógł to równie dobrze zostawić i żyć jak gdyby nigdy nic, jedynie z tą odrobiną wątpliwości, ale skoro już wiedział...
Tak, czuł ulgę.
Ulgę, że wszystko, w co wierzył, okazało się jednak prawdą. Że nie przeżył tak wielkiego rozczarowania jak Felix. A kto wie? Kto wie, co tak naprawdę by zrobił, gdyby usłyszał dziś, że jego rodzice żyją? Chyba nic. Miał nadzieję, że nic, chociaż jednocześnie wciąż miał w sobie tę iskrę obawy, że jednak mogłoby mu przyjść do głowy niedorzecznego. Już same wątpliwości do ich śmierci sprawiły, że zaczął się nad tym bardziej zastanawiać, rozważać rożne możliwości, a co dopiero zdziałałby pewność, że jednak żyją...
Ale nie żyli.
I tyle.
Nie należało z tego robić żadnej wielkiej sprawy.
Felix spoglądał na niego tak, jakby chciał mu złożyć kondolencje, co bawiło Theodore'a jeszcze bardziej. On naprawdę nie czuł ani krztyny smutku czy rozczarowania. Rozczarowania przeżywali jedynie ci, którzy karmili się złudną nadzieją. On nosił w sobie jedynie pewnego rodzaju obawę, której dziś się pozbył i przez to momentami nie mógł aż opanować pełnego ulgi uśmiechu, który sam cisnął się na jego wargi.
-Wracamy do domu- oświadczył w końcu Theodore, wyplątując dłoń z uścisku chłopaka i chowając obie ręce do kieszeni. Zrobił to chyba celowo, jakby chciał jedynie zobaczyć jego reakcję na ten gest.
-Och, Theo- jęknął chłopak i zupełnie niespodziewanie rzucił się mężczyźnie na szyję, obejmując go ciasno ramionami.
-Felix...- mruknął nieco niechętnie Theodore, próbując się wyswobodzić z jego objęć- Daj już spokój...
-Dlaczego?
-Bo obściskiwanie się z nieletnimi w miejscach publicznych nie jest powszechnie akceptowane- odpowiedział mężczyzna, odsuwając się nieco, ale rudowłosy nie dawał za wygraną i ciągle trzymał go mocno w swoich ramionach, wpatrując się w niego z jakąś dziwaczną determinacją i rumieńcem, który nie był chyba spowodowany zimnem.
-A gdy będę już pełnoletni...?- zapytał nagle, jakby ta sprawa rzeczywiście była aż tak istotna.
-Cóż... Wtedy to ty nie będziesz chciał się obściskiwać ze mną- odparł Theodore, po dłuższej chwili zastanowienia, nie mając pojęcia, czemu w ogóle wdaje się w tak niedorzeczną dyskusję.
-Dlaczego?- zdumiał się rudzielec, spoglądając na niego bez zrozumienia.
-Bo się zestarzeję.
-Przez dwa lata?- parsknął z rozbawieniem chłopak.
-Dwa lata to kawał czasu... Felix, na litość boską...- wymamrotał raz jeszcze i dopiero po dłuższej szamotaninie, udało mu się wreszcie oswobodzić- Od nowego roku pójdziesz do szkoły, zaczniesz się interesować rówieśnikami... Dziewczętami...- dodał, spoglądając na niego znacząco- Nie będę już dla ciebie odpowiednim towarzystwem.
-Nie będę! Nie będę się interesował nikim innym, Theo!- wykrzyknął chłopak, kręcąc gwałtownie głową, jakby czuł się wręcz oburzony faktem, że Theodore'owi mogło przyjść coś takiego do głowy- Bo ja... Bo ja...- Felix zawahał się wyraźnie, zagryzając nerwowo wargę, po czym spuścił wzrok i kontynuował- Bo ja bardzo lubię Mirthę... I całą resztę też lubię... Ale ciebie... Ciebie to tak lubię, Theo... Że aż... No... Aż... Po prostu... No...- rudowłosy najwyraźniej nie do końca potrafił wyrazić słowami tego, co zamierzał powiedzieć, bo w końcu jedynie westchnął smętnie i wzruszył ramionami.
Theodore poczuł się jakoś dziwnie.
Bardzo dziwnie.
Po raz kolejny tego dnia.
Początkowo to było miłe uczucie, które pojawiło się gdzieś w okolicach jego podbrzusza i rozlało się po całym jego ciele, pozostawiając przyjemne uczucie ciepła. Ale już po chwili dopadło go zupełnie co innego. Niepokój.
A przecież chłopak nie powiedział nic szczególnego. Nie padło żadne „kocham”. Żadne zobowiązanie. Żadna większa deklaracja. Nic. Nic, prócz zwyczajowego „lubię”, które przecież Theodore słyszał już od niego tak wiele razy. Ale miał dziwne wrażenie, że „lubię” w ustach Felixa było czymś dużo bardziej wartościowym niż „kocham”. Felix był jeszcze dzieciakiem. Niewinnym, naiwnym i przy tym całkowicie prawdomównym dzieciakiem. On jeszcze nie znał miłości. Nie potrafił jej rozpoznać, nazwać po imieniu. Nie dla niego były patetyczne słowa, których połowa ludzkości nawet nie rozumie.
Theodore zaczynał martwic się konsekwencjami.
Rozkochał w sobie chłopaka. Nie mógł tego tak po prostu zostawić i udawać, że nie ma o czym mówić, że niczego nie widzi.
Rozkochał?
Też coś.
A kto wie, czy to nie zwykłe zauroczenie?
A może nawet nie?
A może po prostu mu się podobał?
Nie było w tym przecież nic specjalnie złego, ale i nic specjalnie godnego uwagi.
A może chodziło jeszcze o coś innego?
O typ relacji, jakie ich łączyły?
Uwiódł go.
No dobrze, nie do końca, ale faktem było, że to on był pierwszym, który przekroczył bezpieczną granicę w ich znajomości.
Sprawił, że Felix zaczął na niego patrzeć inaczej. Nie jak na pracownika, ale jak na kochanka. To jego własne działanie doprowadziło do takiego stanu rzeczy, owszem, ale to przecież nie oznaczało, że chłopak darzył go jakimiś większymi uczuciami. To mógł być jedynie sentyment, ot co. Nie od dziś wiadomo, że pierwszych kochanków wspomina się często z pewnego rodzaju rozczuleniem i pamięta się o nich przez całe życie. I on stał się pierwszym kochankiem Felixa, ale to przecież nie musiało niczego oznaczać, stanowić żadnego zobowiązania. Chłopak był jeszcze młody, nieświadomy. Theodore nawet nie był przekonany, co do jego rzeczywistej orientacji. Nie od dziś wiadomo, że w tym wieku ludzie są najbardziej skorzy do różnego rodzaju eksperymentów i czują się zdezorientowani. Równie dobrze mógł niedługo poznać jakąś dziewczynę i się w niej zauroczyć, zupełnie zapominając o całym świecie.
Nie było się czym martwić.
… A co, jeżeli się mylił?
A co, jeżeli to, co widział w oczach Felixa, za każdym razem, gdy się do niego zbliżał, było czymś zupełnie innym niż pożądanie czy nawet fascynacja...? Co, jeżeli szukanie przez niego bliskości Theodore'a było czymś wynikającym z jego uczuć, a nie zwykłej chęci fizycznych doznań...? Co, jeżeli któregoś dnia „lubię” Felixa zamieni się na zawsze w równie zarumienione i pełne onieśmielenia „kocham”?
Co wtedy zrobi, do diabła?
Bo coś będzie musiał zrobić, prawda?
Zacznie z niego drwić? Będzie próbował udawać, że nic się nie stało, zrzucać wszystko na karb tego, że Felix jest jeszcze dzieciakiem, że nie rozumie...? A przecież rozumiał. Rozumiał lepiej niż ktokolwiek inny, bo sam niejednokrotnie w swoim życiu spotkał ludzi, którzy nadużywali owego słowa i przez to stawało się one puste i bez wyrazu. Bez najmniejszego znaczenia. A Felix przecież zawsze był szczery. Zawsze mówił całą prawdę.
Theodore nie miał pojęcia, jak się zachowa, gdy rzeczywiście nadejdzie taka chwila.
A co, jeżeli odpowie tym samym...?
Wzdrygnął się na samą myśl, jakby przyszło mu do głowy coś niestosownego.
A przecież w tym momencie równie istotną kwestią, jak uczucia Felixa do niego, było to, co on sam czuł w rzeczywistości do chłopaka.
Przecież nie mógł powiedzieć, że go nie obchodzi, że jest mu obojętny. Nigdy nie był. Gdy pojawił się w tym domu, Theodore tak bardzo starał się go nienawidzić, tak bardzo starał się w nim widzieć przyczynę wszystkiego, co się wydarzyło... Ale nie mógł. Nie potrafił. Ten dzieciak był zbyt rozbrajający. Wzbudzał w Theodorze takie uczucia, jakich ten nie znał nigdy wcześniej. Miał w sobie taką szczerość, taką radość życia, że mężczyzna momentami kompletnie tracił głowę. Podświadomie współczuł mu i jednocześnie pragnął jego bliskości, bo przy nim nic już nie było takie samo.
I nawet gorycz była inna.
Smakowała dokładnie tak, jak jego naznaczone łzami usta.
Słodko-gorzka.
Theodore mógł okłamywać samego siebie, że to, co robi z rudowłosym, to nic innego jak seks, nic innego, jak zwykłe dążenie do przyjemności. Mógł okłamywać samego siebie, że los tego dzieciaka wcale go nie obchodzi i że po prostu czeka na moment, aż ten zostawi go w spokoju i zajmie się czymś pożytecznym.
Mógł.
Ale po co...?
To nie przynosiło żadnego rezultatu.
Czasami wydawało mu się, że gdyby Felix wreszcie zajął się swoimi rówieśnikami, jemu byłoby lepiej. Że mógłby zostać sam. Sam ze swoimi wyrzutami sumienia, sam ze swoim gniewem, sam ze swoją wszechogarniającą, destrukcyjną wściekłością... I kto wie...? Może wtedy byłby w stanie zacząć go nienawidzić...?
Ale czy to naprawdę byłoby dla niego lepsze?
Nie mógł nic poradzić na to, że rudowłosy był jego zbawieniem. Zbawieniem od smutku, zbawieniem od żalu i cierpienia, zbawieniem od bólu, jaki niosła za sobą przeszłość.
Przecież dostawał szału, gdy tylko widział go w obecności tego przeklętego majordomusa, a doskonale wiedział, że w ich relacji nie ma niczego niestosownego, niczego, wykraczającego chociażby odrobinę poza natrętną serdeczność staruszka i zainteresowanie dzieciaka. Ale nie chciał go przy nim widzieć, nie tylko zważywszy na to, jaki miał stosunek do tego mężczyzny i jak wiele ten wiedział. Nie chciał go widzieć przy nikim. Tylko przy sobie.
Miłość...?
Aż parsknął z politowaniem w duchu.
Tak ma wyglądać miłość...?
Toż to raczej jakieś dziecinne zauroczenie!
Pasujące do Felixa, ale z pewnością nie do niego.
Nie.
Nie mógł go kochać.
Przecież serce oddaje się tylko raz, prawda...?
On już swojego nie miał.
Do domu dotarli jakieś pół godziny później. Theodore musiał przyznać, że jest dziś w wyjątkowo dobrym nastroju. Nawet zwyczajowo irytujący sposób bycia Felixa, nie wytrącał go z równowagi, a wprost przeciwnie. Wzbudzał w nim coś na kształt rozbawienia.
-Wyjdziesz ze mną też jutro, Theo?- zapytał Felix, ledwie przekroczyli próg.
-Zobaczymy- odparł wymijająco Theodore, zamykając za nimi drzwi. Zdawał sobie sprawę z tego, że rudowłosemu najzwyczajniej w świecie się tutaj nudzi. Nie było tu wiele zajęć dla kogoś takiego jak on. Ale mimo wszystko, mężczyzna wolał wstrzymać się z obietnicami. Dzisiaj czuł się świetnie, ale nigdy nie potrafił przewidzieć tego, jaki nastrój dopadnie go jutro.
-Och, Theo...- rudowłosy jęknął błagalnie, wpatrując się w niego tak, jakby chciał na nim koniecznie wymusić jakąś deklarację- Przecież masz dużo czasu! Moglibyśmy pójść znowu do parku... A-Albo na jakieś zakupy... Sam nie wiem... Ale chodźmy gdzieś razem, dobrze?
Theodore wykrzywił lekko wargi w czymś na kształt uśmiechu i jedynie pokręcił głową, po czym zorientował się, że ktoś na nich patrzy. Odwrócił wzrok i dostrzegł Mirthę, która stała ledwie kilkanaście kroków dalej, tuż przy ścianie. Zagryzała nerwowo wargę. Wyglądała na mocno zdenerwowaną. Mężczyzna w pierwszej chwili sądził, że pewnie Carmen znowu zorganizowała jej jakąś karkołomną awanturę, ale...
Ale w tym momencie jego spojrzenie padło na ścianę, przy której stała dziewczyna.
Pobladł. W jednej sekundzie opuściły go wszystkie myśli i emocje, by zaraz powrócić z podwojoną siłą, na dłuższą chwilę kompletnie go paraliżując. Nie mógł uwierzyć w to, co widzi...
-Co to jest...?- zapytał nieco nieprzytomnym głosem, wpatrując się wprost w ciemnobrązowe oczy Olivera, który spoglądał na niego prosto z obrazu, uśmiechając się lekko. Z tego przeklętego obrazu, przedstawiającego jego, Grekcha i panią Victorię. Obrazu szczęśliwej rodziny za którym nie kryło się nic więcej, jak tylko fałsz i obłuda. Nic więcej, jak tylko śmierć.
Coś drgnęło w nim boleśnie, wybudzając go z chwilowego otępienia wywołanego tą sytuacją.
Coś, co zabrało ze sobą dotychczasowy spokój i zastąpiło go czymś zupełnie innym.
Gniewem.
-Przepraszam- pisnęła cienko Mirtha, jakby doskonale wiedziała, co się zaraz wydarzy.
-Co to jest, do diabła?!- warknął wściekle, drżąc niemalże z targających nim emocji. Kto śmiał...? Kto w ogóle się na to odważył...? Kto?! Przecież nikt nie miał prawa ruszać tego obrazu! Przewiesili go stąd po śmierci Grekcha, ale po kolejnych tragediach, nikt już nie odważył się przynieść go z powrotem na miejsce. A ten obraz stał się niemalże symbolem. Symbolem czegoś wyjątkowego, charakterystycznego dla tego domu. Symbolem, który należało za wszelką cenę chronić przed intruzem z zewnątrz, który zburzył spokój tego miejsca. Przed Felixem. Przed całym światem- Kto pozwolił ci to zrobić?!- krzyknął, chociaż aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że z pewnością nie była to decyzja dziewczyny- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz! To nie jest twój dom!
-P-Przepraszam, ja...
-Theo, ale mi to nie przeszkadza!- zapewnił błyskawicznie rudowłosy, wyraźnie przerażony- Niech tu będzie, naprawdę, ja...
-Idź do siebie- syknął cicho Theodore, z trudem utrzymując nerwy na wodzy.
-Ale...
-Idź do siebie, Felix!- wycedził przez zęby, czując, że zaraz wybuchnie i powie coś, czego będzie żałował. Chłopak chyba zrozumiał, bo posłał mu jedynie płochliwe spojrzenie i ruszył powoli po schodach, raz po raz oglądając się na niego nerwowo. Dopiero gdy zniknął na ich szczycie, Theodore zapytał raz jeszcze, drżącym głosem- Co to ma znaczyć?
-To nie ja!- odparła pospiesznie Mirtha, wyraźnie nie mniej wystraszona niż Felix- Pani Carmen poprosiła Carola, żeby to tu przewiesił... I powiedziała, żebym tu została... Żebym...
Theodore nawet nie czekał na jej dalsze słowa. Wyminął ją pospiesznym krokiem, dygocąc z wściekłości. Oczywiście! Tego mógł się spodziewać od początku! Przecież było jasne, że Mirtha nie zainicjowałaby czegoś podobnego, nie miała w tym zresztą żadnego celu.
Mężczyzna wpadł do kuchni, zatrzymując się w progu. Wewnątrz nie było nikogo prócz Carmen, która siedziała przy stole, wpatrując się mglistym wzrokiem w jakiś punkt przed sobą. Wszystko wyglądało tak, jakby była przygotowana, jakby na niego czekała. Bo przecież musiała wszystko słyszeć. Musiała wiedzieć, że tutaj przyjdzie.
-Co to wszystko ma znaczyć, do diabła?- warknął Theodore, wpatrując się w nią badawczo. Nie miał pojęcia, co się tak naprawdę dzieje. Po co właściwie zrobiła to wszystko. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele złych emocji drzemie w mężczyźnie, jak łatwo go rozbroić, zniszczyć, jednym słowem, wspomnieniem, ledwie powtórzeniem imienia Olivera... Przecież to ona niemalże zabroniła wymawiać jego imienia. Przecież to ona usunęła wszystkie pamiątki, schowała wszystkie rzeczy, które do niego należały. Ona przewiesiła ten przeklęty obraz twierdząc, że w tym domu nie będzie już miejsca dla nikogo z nich.
-Co takiego...?- zapytała spokojnie, nawet nie przenosząc na niego spojrzenia.
-Nie udawaj, że nie wiesz!- Theodore aż zatrząsł się ze złości. Kobieta podniosła się niespiesznie z miejsca i chwyciła za pozostawione na stole talerze i sztućce, jak gdyby nigdy nic, odkładając je do zlewu i wciąż wcale na niego nie patrząc- Doskonale zdawałaś sobie sprawę z tego, co robisz, prawda...? Wysłałaś tam Mirthę! Aż tak bardzo bałaś się spojrzeć mi  w oczy...?
-Chodzi ci o ten obraz...?
-Tak, chodzi o ten przeklęty obraz!- krzyknął ze złością mężczyzna, z chwili na chwilę coraz bardziej zdenerwowany. Nienawidził tego. Nienawidził Carmen i jej udawanej niewiedzy, obojętności. Nienawidził tego, że wcale na niego nie patrzyła, jakby w ogóle nie obchodziło jej to, co mówi, jakby osiągnęła swój cel. Nienawidził tego, że była tak okrutnie spokojna i opanowana, podczas gdy on zupełnie nie był w stanie powstrzymać lawiny emocji, żalu, goryczy i wspomnień, które raz po raz zatruwały go od środka- Nie zachowuj się tak, jakbyś nie rozumiała o czym mówię!
-Nie wiem o co ci chodzi, Theodore...- odparła powoli, wyraźnie niewzruszona. Wróciła na swoje miejsce. Jej wzrok ciągle błądził gdzieś po ścianach, po suficie... Przez chwilę sprawiała wręcz wrażenie obłąkanej, tak usilnie starała się uniknąć jego spojrzenia.
-Po co go przewiesiłaś?!- wykrzyknął z niezrozumieniem.
-To jest jego miejsce- odpowiedziała cicho.
-Nieprawda! Jego miejsce jest w...
-To jest jego miejsce, to jest miejsce Olivera i to jest jego dom!- krzyknęła niespodziewanie kobieta, a Theodore wbił w nią pełne zaskoczenia spojrzenie. Carmen zacisnęła wargi w wąską linijkę, milcząc przez dłuższą chwilę, po czym dodała lodowato i znacznie spokojniej- Żaden przybłęda tego nie zmieni. Niezależnie od tego, jak bardzo byś sobie tego życzył.
-Zwariowałaś...- parsknął mężczyzna, odwracając wzrok. Teraz to on nie mógł znieść jej spojrzenia. Spojrzenia, które przeszywało go na wskroś i na nowo wzbudzało w nim świeżo uśpione wyrzuty sumienia, które w tym momencie, jakby w reakcji na jej słowa, powróciły do niego ze zdwojoną siłą.
-Ja zwariowałam...?- rzuciła drwiąco w odpowiedzi, wykrzywiając wargi w gorzkim uśmiechu- Popatrz na siebie, Theodore... Popatrz, jak niewiele trzeba, żeby wytrącić cię z równowagi... Ja tylko zdecydowałam się przewiesić obraz... Zobacz, jak zareagowałeś na sam jego widok... Aż tak bardzo cię to męczy...? Aż tak bardzo, że nie możesz na niego patrzeć...? Co to takiego, Theodore...? Świadomość, że nie wywiązałeś się ze swojej obietnicy...? Że jednak go zostawiłeś...? Że wybrałeś tego przeklętego bachora...?
-Bredzisz!- warknął w odpowiedzi, ale każde jej kolejne słowo, niczym cierń wbijało się boleśnie w jego świadomość- Nie powinnaś była tego robić! Nie masz prawa, to nie twój dom! Nie możesz decydować o takich sprawach!
-Oczywiście...- na wargi Carmen wpełznął blady uśmiech- Nie zostało ci już nic prócz wymówek... Jeżeli tak bardzo przeszkadza ci ten obraz, zabierz go.
-To właśnie zrobię- odparł chłodno, po czym wyszedł z pomieszczenia.
Zatrzymał się ponownie przy płótnie. Tym razem nie było już przy nim nikogo innego. Spojrzał w górę. Na półpiętrze stała Mirtha, kilka innych pracownic i Richard. Wszyscy spoglądali na niego jakoś dziwnie, z mieszaniną obawy i niepokoju. Jak na szaleńca. Jak na wariata, który za chwilę może zrobić coś nieobliczalnego. Nie obchodziło go to. Zdjął obraz ze ściany i skręcił wraz z nim w północny korytarz.
Chcą patrzeć? Niech patrzą!
Niech widzą w nim obłąkanego!
Niech widzą, co tak naprawdę uczynili! To ich wina! Wina ich wszystkich! Wina przeklętej Carmen, wina starucha Richarda, wina głupiej Mirthy, wina Felixa, wina tego domu... Wina tego wszystkiego, co go otaczało!
Płótno ciążyło mu niewyobrażalnie.
… Prawie tak samo, jak wyrzuty sumienia.
A mimo to, nie zatrzymał się ani na chwilę, dopóki nie dotarł do krańca korytarza. Uniósł obraz i z trudem odwiesił go na jego poprzednie miejsce. I dopiero w tym właśnie momencie, dopiero w momencie, gdy wpatrywał się w swoje dzieło, w milczeniu, niemalże ze swoistym poczuciem satysfakcji, zwycięstwa... Dopiero w tym momencie dotarło do niego to wszystko, co się wydarzyło.
Odetchnął płytko i zachwiał się na nogach, ledwie utrzymując równowagę, po czym całym ciężarem ciała oparł się plecami o ścianę. Nagle zrobiło się przeraźliwie zimno. Pusto. Cicho. Samotnie.
Jak bardzo samotnie...
Oczy Olivera spoglądały na niego z martwym rozżaleniem, a wcześniej rozbawiony uśmiech, teraz zdawał się mieć w sobie więcej fałszu i goryczy.
Co się z nim działo, do diabła...? Co się z nim właściwie działo...? Dlaczego tak zareagował na ten obraz...? Czy Carmen nie miała racji...? Czy to nie było miejsce Olviera, czy to nie był jego dom...? Czy nie miał prawa chociażby do odrobiny pamięci, zamiast tkwić tutaj, otoczony ciszą pustych ścian...? Tam przynajmniej każdy by go widział. Każdy musiałby się zatrzymać. Pomyśleć chociaż przez chwilę. Przypomnieć sobie to wszystko.
Ale czy Theodore naprawdę chciał tej pamięci...?
Przecież o nią walczył. Przecież walczył o to, by nikt tutaj nie zapomniał o Oliverze.
Ale w jaki sposób...?
Nikt nawet o nim nie mówił, w obawie na jego reakcję. Nikt nie powtarzał jego imienia. A to nie miało nic wspólnego z pamięcią.
Ale też nie oceniali. Nie wysuwali wniosków. Nie starali się zrozumieć całej tej sytuacji, nie analizowali jej, nie zastanawiali się nad przyczynami... O to mu chodziło. Nie o pamięć. O jej brak. O bierne przyjęcie pewnej wiadomości, o oczywiste zrzucenie wszystkiego na rodzinną tragedię... Dlatego tak strasznie nienawidził Richarda. Bo on mówił za dużo. Wiedział za dużo. O wiele więcej niż ci, którzy zaślepieni rozpaczą, dali sobie wmówić coś, co było przecież zupełnie absurdalne...
Nie... To wszystko zupełnie nie tak... Zupełnie nie tak...
Przymknął powieki, wciąż oddychając płytko, czując się zupełnie osłabiony, pozbawiony sił... Przecież nigdy w życiu nie zapomni o Oliverze. Przecież nie chciał wypchnąć go ze swojej pamięci. Wprost przeciwnie. Myślał o nim każdego dnia. Ale czy tak mocno, tak często jak kiedyś...? Nie. Bo teraz był Felix. Felix, któremu trzeba było poświęcić dużo uwagi. Felix ze swoim naiwnym uśmiechem, niewinnym dotykiem, Felix ze swoją radością i pogodą ducha. Felix, który zmienił wszystko. Nie było już dnia, w którym Theodore nie budził się z myślą o nim, i nie było nocy, przed którą nie zastanawiałby się nad ich sytuacją. Zupełnie nie potrafił go wyrzucić ze swojej głowy. Nagle stał sobie sprawę z tego, że ten dzieciak był właściwie wszędzie. Że stał się nieodłączną częścią jego życia. Nie potrafił go nienawidzić, nie potrafił go nawet ignorować, skupiał na nim prawie całą swoją uwagę, czuł się przy nim zupełnie inaczej, lżej, spokojniej, bez swoich pełnych gniewu rozmyślań i palącej świadomości winy... Wszystko się zmieniało. Z dnia na dzień był do niego coraz bardziej przywiązany. Nie potrafił już powstrzymać cisnącego się na wargi uśmiechu, gdy widział jego radość. Nie potrafił powstrzymać ulgi, gdy widział śpiącego obok siebie dzieciaka, takiego pięknego, takiego spokojnego...
Jak w ogóle mógł...?
Jak mógł pozwolić sobie, by tak bardzo się do niego zbliżyć...?
Jak mógł porównywać to w ogóle z uczuciem, jakim darzył Olivera...?
A przecież jeszcze dzisiaj zastanawiał się nad swoimi uczuciami do tego dzieciaka... Zastanawiał się nad miłością... Jak w ogóle mogło mu przyjść do głowy coś tak niedorzecznego? Miałby go kochać...? Też coś! To bękart, nic nie warty bękart, który pojawił się tutaj i zniszczył wszystko, co miał w sobie ten dom! Zniszczył pamięć o Oliverze. Bo kto chciałby jeszcze pamiętać o dawnym paniczu, skoro pojawił się nowy, zupełnie inny, którym również trzeba było się zająć i którego nagle zaczęły śledzić wszystkie ciekawskie oczy... A teraz ten dzieciak chciał doprowadzić do tego, by i Theodore zapomniał. To właśnie chciał zrobić. Ale mu się nie uda.
To Felix był winien wszystkiemu, co się tu wydarzyło. Był winien śmierci Olivera.
… Nie... Wcale nie...
Tak! Gdyby nie on, nic by się nie stało! Gdyby nie on, Oliver nadal by żył! Gdyby go nie znaleźli, gdyby nigdy nie dowiedzieli się o jego istnieniu, gdyby pozostał w tym swoim przeklętym sierocińcu na zawsze, nic takiego by się nie wydarzyło! To jego wina! Jego i starego Grekcha, który swoim cholernym testamentem zrujnował wszystko!
Ale Grekch już nie żył. Nie nadał się na obiekt nienawiści i zemsty.
Więc kogo innego Theodore mógłby obarczyć winą za śmierć Olivera, jeżeli nie Felixa...?
Kogo innego prócz samego siebie...?
Odszedł stamtąd. Niespiesznym krokiem wrócił do holu, czując się wciąż wyjątkowo otępiały. Dom był zupełnie cichy. Niemalże jak zawsze, od śmierci Olivera. Nie było nikogo, jakby wszyscy schowali się nagle w swoich pokojach, byleby tylko zostawić go w spokoju. Byleby tylko zwrócić mu jego samotność. A może to było tylko jego wrażenie...?
Jak cicho. Jak strasznie cicho.
Wszedł po schodach na pierwsze piętro i skierował swoje kroki do łazienki. Zamknął za sobą drzwi i przez kilkanaście minut, stał jedynie w bezruchu, opierając się o nie, jakby nie rozumiał jeszcze, po co tu właściwie przyszedł. Rozejrzał się dookoła zamglonym wzrokiem, po czym nachylił się powoli nad wanną i odkręcił kurek z wodą. Nie wiedział, jak dużo czasu upłynęło, nim zorientował się, że wanna prawie się zapełniła.
Rozebrał się powoli i wszedł do wody. Było jej tak dużo, że część wylała się za brzegi wanny, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Ułożył się wygodnie, przymykając powieki. Potrzebował tego. Czuł się brudny, brudny od środka, wyniszczony, zupełnie rozbity... Nie było w nim gniewu ani nienawiści. Był po prostu zdezorientowany. Nie miał pojęcia, co dalej robić. Wszystkie myśli krążyły mu w głowie w zastraszającym tempie, jedna zaraz zastępowała drugą, kompletnie sprzeczną i wydawała mu się równie realna i możliwa.
Może Carmen miała rację...? Może on już zupełnie zwariował...?
Odchylił głowę do tyłu i odetchnął głęboko. Stopniowo zaczynał się uspokajać, wyciszać... Natrętne myśli nachodziły go coraz rzadziej, by w końcu zniknąć w ogóle. Wsłuchiwał się w swój miarowy oddech i odpływał powoli, zapominając o całym świecie.
Jak błogo.
Nie myśleć.
Nie myśleć wcale.
O niczym.
Gdyby był pewien, że śmierć jest niczym innym, jak tym właśnie stanem – zabiłby się już dawno. Ale był zbytnim tchórzem, by to sprawdzić. Zresztą, on wcale nie chciał umierać. Chciał tylko przestać czuć. To wszystko. To przecież nic wielkiego... Pozbyć się wyrzutów sumienia i zmyć z siebie winę. Czy naprawdę potrzeba śmierci żeby uzyskać spokój...?
Słyszał jakiś dziwny szum. Poruszył się odrobinę niespokojnie, po czym z trudem zmusił się do uchylenia ociężałych powiek i rozejrzał się zamglonym wzrokiem dookoła siebie. Podskoczył gwałtownie, przerażony, gdy tylko zdał sobie sprawę z tego, co widzi.
Krew.
Cała wanna wypełniona po brzegi krwią.
Zadrżał spazmatycznie, unosząc swoje ręce. Jego przedramiona pokrywały podłużne cięcia, głębokie rany, do krwi, do kości...
Chciał krzyknąć, ale nie był w stanie. Nie potrafił w ogóle złapać oddechu, czuł, że zaczyna się dusić. Znieruchomiał zupełnie, kompletnie nie będąc w stanie się poruszyć i w tym momencie...
Ktoś szarpnął go mocno za ramiona.
Theodore wynurzył się spod wody, kaszląc głośno i z trudem łapiąc oddech.
-Theo!- usłyszał pełen niepokoju krzyk Felixa, ale w pierwszej chwili nawet nie zwrócił na to uwagi. Rozejrzał się dookoła uważnie. Woda była jasna, przejrzysta. Obejrzał swoje dłonie. Ani śladu. Urojenie... Przeklęte urojenie...- Theo!- dopiero w tym momencie odwrócił się w stronę chłopaka. Rudowłosy wpatrywał się w niego z obawą, wciąż trzymając go mocno za ramiona, jakby bał się, że ten z powrotem obsunie się do wody- Co się stało...? Zasnąłeś...?
Theodore zamierzał coś odpowiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Znowu kłębiło się w nim tak wiele myśli, tak wiele emocji, że zupełnie nie potrafił sobie z tym poradzić... Chciał przytulić Felixa. Chciał przytulić go do siebie mocno, chciał opowiedzieć mu wszystko, wierzyć, że ten zrozumie, dokładnie tak jak zawsze... I jednocześnie chciał go odepchnąć. Chciał na niego krzyknąć, kazać mu się wynosić, wywrzeszczeć mu prosto w twarz, jak bardzo jest winien temu wszystkiemu, co się tu wydarzyło...
W końcu jednak nie zrobił nic.
Uwolnił się jedynie z uścisku rudzielca i wyszedł z wanny, wciąż drżąc. Było mu zimno... Cholernie zimno.
-Theo...?- Felix wpatrywał się w niego z wyraźnym wahaniem- Co się stało...?
Nie odpowiedział. Chwycił za ręcznik i owinął się nim szczelnie wokół pasa, po czym wyszedł. Nie zwrócił uwagi na swoje ubrania, które wciąż zalegały na posadzce, ani na to, że jest cały mokry. Po prostu ruszył do swojego pokoju, marząc jedynie o tym, by zostać sam. By zasnąć, zapomnieć, nie myśleć, nie funkcjonować...
-Theo!- rudowłosy wybiegł za nim i chwycił go mocno za rękę, zatrzymując go na chwilę przy sobie- Theo, co się stało...?
-Zostaw mnie- odwarknął mężczyzna, wyrywając się z jego uścisku.
-Coś cię boli...?- dopytywał wciąż Felix, tym swoim przeklętym, uciążliwym, pełnym naiwności i troski głosem- Jesteś chory...? Strasznie dziwnie wyglądasz... Powinienem iść, po panią Carmen...?
-Daj mi spokój...- syknął mężczyzna, czując, że głowa pulsuje mi z bólu.
Wszystko wracało... Wszystko wracało...
-A-Ale Theo...- rudowłosy wciąż nie odstępował mu kroku.
-Powiedziałem ci już, Felix, na litość boską, zostaw mnie!- krzyknął z irytacją, dochodząc wreszcie do swojego pokoju i przekraczając jego próg. Chłopak chciał najwyraźniej wejść do niego razem z nim, ale mężczyzna zatrzasnął drzwi tuż przed jego nosem, nie mając najmniejszej ochoty na jego towarzystwo. Chciał zostać sam. Po prostu sam.
-Theo! Theo, otwórz drzwi!- Felix szarpnął za klamkę, ale Theodore w porę chwycił za nią i uniemożliwił mu wejście do pokoju.
-Felix, idź sobie!
-Porozmawiaj ze mną!- jego głos pobrzmiewał niemalże rozpaczliwie- Co się stało...? Theo!
-Wynoś się!- wycedził z trudem przez zęby, zaciskając powieki. Nie mógł tego wytrzymać. Czuł się tak, jakby głowa miała mu eksplodować z bólu. I jeszcze ten cholerny chłód...
-Theo! Theo, wyjdź, proszę! Theo! Theo!
Nie miał pojęcia, jak długo ten dzieciak stał przed drzwiami i wrzeszczał jego imię. Nie miał pojęcia, jak długo szarpał za klamkę i prosił go prawie płacząc o to, by ten wpuścił go do środka. Nie miał pojęcia, jak długo sam tam stał i modlił się jedynie o to, by Felix już odszedł i po prostu dał mu święty spokój.
Nie miał pojęcia.
Nie zwracał w ogóle uwagi na mijający czas, był kompletnie otępiały...
W pewnym momencie rudzielec się poddał. Już nie krzyczał. Nie wołał go po imieniu. Zza drzwi dobiegała jedynie cisza.
… Cisza.
Theodore uśmiechnął się do siebie niemalże z rozbawieniem.
Cóż to za szaleństwo go dzisiaj dopadło...?
Odszedł od drzwi dopiero w momencie, gdy usłyszał kroki chłopaka.
Poszedł sobie.
I już.
I znowu mógł być sam na sam, ze samym sobą, ze swoimi wyrzutami sumienia...
Jak dobrze, jak dobrze, jak lekko, jak cicho, jak pięknie...
… Jak strasznie.
Opadł na łóżko i zakrył się szczelnie kołdrą, zwijając się pod nią w kłębek. Cały się trząsł.
Ból zdawał się niemalże rozsadzać mu czaszkę od środka, ale nie miał nawet siły, by pójść po tabletki. Nie miał siły na nic. Był znużony, senny, zniechęcony do wszystkiego, co go otaczało... Sen zmorzył go na krótką chwilę, ale zaraz znowu się obudził. Nie minął kwadrans, a zasnął ponownie, tym razem również nie na długo. Kręciło mu się w głowie.
Usłyszał dziwny trzask, jakby ktoś otworzył drzwi.
Felix...?
Uchylił powieki i uniósł się nieco, półprzytomnie spoglądając w kierunku wejścia.
Nie...
Drzwi były zamknięte.
W tym momencie dopadło go paraliżujące uczucie. Świadomość tego, że ktoś jest w pokoju. Że ktoś stoi nieopodal, patrzy na niego... Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, kto to taki. Niemalże czuł na sobie jego przeszywające, lodowate spojrzenie, które wywoływało dreszcze strachu na jego skórze.
Nie odwrócił się. Brakowało mu odwagi. Skrył się z powrotem pod kołdrą, zagryzając wargi prawie do krwi, by powstrzymać się od płaczu.
To tylko urojenie, nic więcej, jak tylko wyobraźnia...
Theo...
Załkał niepohamowanie, zaciskając powieki.
Ten głos... Wszystkie wspomnienia powróciły do niego w jednej chwili.
Theo...
Zadrżał spazmatycznie ze strachu.
Nie zostawiaj mnie samego, Theo.
Felix! Gdzie jest Felix?! Niech tutaj przyjdzie, niech mu pomoże, niech go stąd zabierze!
Nie zostawiaj mnie samego, Theo. Nigdy.
Głos Olivera był szorstki i cichy. Dokładnie taki, jak go zapamiętał. Nie było w nim żadnych emocji. Ani rozżalenia, ani smutku, ani cierpienia... Nic. Zimno. Jak przeraźliwie zimno...
Nie zostawiaj mnie...
Theo...
Bał się otworzyć oczu. Czuł jak łzy spływają po jego policzkach. Nie był w stanie się poruszyć. Niech go zostawi... Niech sobie pójdzie... Niech da mu spokój...
Nigdy...
Theo...
Nie zostawiaj...
Nigdy...
Czuł czyjś oddech na swojej twarzy. Ktoś był bardzo blisko.
Nigdy...
Theo...
Nie zostawiaj...
Nigdy...
Mnie...
Theo...
Samego...
Nigdy mnie...
Samego...
Theo...
Te słowa raz po raz wbijały się do jego świadomości, chaotycznie, bez żadnego składu, wielogłosem...
Nie zostawiaj mnie...
Theo...
Nigdy...
Nigdy mnie nie zostawiaj...
Nie tutaj...
Nigdy...
Samego...
Theo...
Theo...
-Theo!- ten krzyk go otrzeźwił. Uchylił powieki i spojrzał na Felixa, który siedział tuż obok niego, obejmując go kurczowo ramionami. Mężczyzna załkał niepohamowanie, przywierając ciasno do jego ciała i rozglądając się z przerażeniem dookoła. Nie było nikogo- Theo...? Co się stało...? Słyszałem jak krzyczysz...- rudowłosy gładził go delikatnie po plecach, ale on nie był w stanie odpowiedzieć. Wtulił się w niego mocno, nie pozwalając mu się odsunąć ani na chwilę. Bał się. Tak strasznie się bał...- Masz gorączkę...- szepnął z lękiem rudowłosy- Jesteś rozpalony... Pójdę po panią Carmen, dobrze...?
-Zostań ze mną- wychrypiał z trudem mężczyzna, siłą zatrzymując go przy sobie.
-Tylko na chwilę... Wezmę coś na zbicie temperatury... Zaziębiłeś się chyba w tym parku, Theo...
-Nie zostawiaj mnie tutaj samego- zaprotestował gwałtownie, wciąż rozglądając się chaotycznie wokół siebie. Słowa Olivera wciąż pobrzmiewały w jego głowie, niemalże tak wyraźnie, jakby ten był teraz obok... Wszystko wirowało.
-Nie zostawię cię przecież...- głos Felixa zdawał się dobiegać z oddali. Poczuł, że chłopak kładzie go z powrotem na łóżku. Gdy poczuł przy sobie ciepło jego ciała, przestał się opierać i poddał mu się całkowicie. Wciąż nie mógł powstrzymać płaczu- Theo...?- ciepła, delikatna dłoń rudzielca, głaskała miarowo jego policzek- Co się właściwie stało...?
Theodore przymknął powieki, oddychając płytko.
Nie wiedział... Nie miał pojęcia...
Nie potrafił nawet odróżnić jawy od snu, prawdy od zwykłego urojenia...
… A może nic nie było prawdziwe?
-Pomóż mi...- szepnął w końcu ledwie słyszalnie- Pomóż mi, Felix...
-Próbuję... Pójdę po leki i od razu zrobi ci się lepiej, zobaczysz...- przekonywał go łagodnie chłopak.
Nie rozumiał... Niczego nie rozumiał...
-Ratuj mnie...- rzucił w końcu, drżąc spazmatycznie i z trudem uchylił powieki.
Gdy spojrzał na twarz Felixa, w jego oczach widział dokładnie to, co sam czuł.
Lęk.

16 komentarzy:

  1. Anonimowy9:16 PM

    Kocham Cię za tego Theo, czekałam ponad miesiąc <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:23 PM

    Niesamowicie dramatyczne, smutne, ale... ah, bardzo dobre. D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Prawie pół roku nie było nowego odcinka i jest. Nareszcie :DDD
    Przed przeczytaniem tego odcinka, przypomniałam sobie wpierw ósmy.

    Theo oszaleje jak nie uzyska pomocy, nie chwyci ręki, którą podaje mu Felix. Próbuje, ale i tak dzieje się coś, że wpierw zaczyna obwiniać o wszystko Felixa, a później mamy sytuację z pokoju. Głos, który bierze się z poczucia winy, z bólu jaki towarzyszy mężczyźnie od czasu śmierci Oliviera. On nadal nie umie zapomnieć. Czasem trzeba zapomnieć, aby nie zwariować. Mam nadzieję, że Felix wniesie życie do tego domu i dla samego Theodora stanie się kimś ważnym. Może ma tylko szesnaście lat, ale dużo widzi i z pewnością pokona potwora, który zamieszkał w sercu i duszy Theo.
    Wspaniały rozdział. Taki o którym się nie zapomina. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę aż pół roku? :D Chyba muszę się ogarnąć trochę. Ale zaczęłam pisać rozdziały regularnie, więc to już jakiś plus. Może na kolejny odcinek Theodore'a nie trzeba będzie czekać pół roku. Tylko jakieś... pięć miesięcy xD. W każdym razie, dziękuję robaczku ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. Dokładnie to minęło pięć miesięcy, bo ostatnia notka jest z 17 grudnia.
    Nie ma to jak regularność w pisaniu rozdziałów. Wtedy nie można sobie powiedzieć, że napisze notkę w następnym tygodniu, ponieważ teraz mam inne zajęcia. Po prostu jak się wie, że w jakiś dzień ma być notka lub dzień później to się pisze. Ja w każdym razie tak mam. Inaczej mogłabym coś odciągać na ten "następny tydzień". Chociaż wiedza, że ktoś czeka na nowy rozdział dopinguje do pisania, mimo wszelkich trudności. :D
    Także liczę dalej na twoją regularność i na Theodora wcześniej niż za te pięć miesięcy.
    Pozdrawiam cieplutko. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy2:18 AM

    Jeeeju! Ale super! Ja też czekałam na ten odcinek i oto jest....zajebisty! Również mam nadzieję, że na następny rozdział nie będziemy musieli długo czekać...wiesz 1 czerwca jest Dzień Dziecka...to może zrobisz nam fajny prezent w postaci Theodora? Pozdrawiam i całuje :* xoxo

    OdpowiedzUsuń
  7. Oj, bardzo wątpię, robaczku xD. Theodore to opowiadanie, które w sumie zbliża się do końca (jeszcze trzy rozdziały tylko) i zajmuje mi straaasznie dużo czasu (jak widać).

    Luana - ja tak do końca nie mam, staram się pisać na ten czy inny termin, ale często coś mi wypada albo mi się nie chce, albo znowu coś tam trzeba zrobić i tak dalej. Dlatego teraz wyznaczyłam sobie takie z dwie - trzy luźne godzinki na pisanie i jakoś pójdzie, mam nadzieję :). A teraz skupiam się na Sunrise, który, ku mojemu zdumieniu, też tak daleko do końca nie ma xD.

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękne. Na początku było trochę nudno ale zakończenie bardzo mi się podobało. Mimo, że ja wole opowiadania w których jest więcej akcji niż filozoficznych rozmyślań to twoje opowiadania zawsze mi się czyta z taką lekkością. Mam nadzieje że niedługo pojawią się kolejne rozdziały :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Melancholia7:49 PM

    No, no, no! Nareszcie przeczytałam całego Theodora. Teraz mogę Quizy pisać o twoich opkach... ;) Co do rozdziału, to muszę przyznać, że był zapadający w pamięć. Theodore i jego wyrzuty sumienia... Coś innego. Jestem ciekawa czy on choć częściowo sobie wybaczy... Przestanie siebie obwiniać... Mam pytanko. Mogę?
    Milczenie uznaję za odpowiedź twierdzącą. ;*
    Czy jak zakończysz takie opowiadania jak Sunrise czy właśnie Theodore, czy może nawet Little Piece of Heaven, to czy będziesz pisała jakieś nowe? Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Melancholia - obawiam się, że to nieuniknione xD. Cały czas mam nowe pomysły i cały czas zaczynam pisać coś nowego, tylko tego nie publikuję, bo wiem, że i tak jest tu za dużo opowiadań :). Także jeżeli skończę pisać to pewnie od razu wrzucę coś, co kiedyś już zaczęłam. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy1:20 PM

    piękne *-*

    Chatime.

    OdpowiedzUsuń
  12. Akemi3:36 PM

    Niemal z utęsknieniem czekałam na rozdział tutaj ;3
    Wspomnienia zdają się gonić Theo, teraz siedząc mu niemal na ramieniu. Jak tak dalej pójdzie, to się chłopak załamie. Drobne rzeczy doprowadzają go do stanu roztrzęsienia psychicznego. A w pobliżu jest tylko Feliks... ten, który jest przeciwnością i ten, którego tak samo się kocha... a może mocniej? Bo czyż żywe osoby, które ma się na co dzień, nie otrzymują więcej uczuć? Tylko czy aby na pewno Oliver chciałby, aby Theo tyle o nim myślał?Przez niego jego dusza nie może zaznać spokoju

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy10:26 AM

    kim jest oliver? i jakie laczyly go relacje z theo ?! naprawde nie moge sie doczekac kolejnego rozdzialu

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy7:28 PM

    o kurcze no niezle:d
    opowiadanie jest cudowne:D
    juz nie moge doczekac sie kontynuacji:D
    pozdrawiam i zycze mnostwa weny:**


    katrin

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy3:41 PM

    Pisz, pisz kolejny rozdział. Albo wklej.
    Bo z pięciu miesięcy zrobiło się... 11! Prawie...

    OdpowiedzUsuń