Strony

niedziela, 22 maja 2011

Chciałem wierzyć

Chciałem wierzyć, że istnieje Bóg.
Że istnieje jakaś siła, byt, istota, która byłaby w stanie odmienić bieg wydarzeń.
Zmienić przeszłość.
Ocalić mnie przed śmiercią…
Chciałem wierzyć, że istnieje Bóg, ale jednocześnie nie wierzyłem.
Moje oczy były puste, gdy wpatrywałem się w nieme posążki poszczególnych bóstw i bożków, w figurki maleńkich Jezusików na krzyżu, obrazy świętych i błogosławionych, niosących różne przesłania, o różnych kwalifikacjach, ale przy tym jednakowo sztucznych i nieprawdziwych, martwo obojętnych, dalekich od ludzi i rzeczywistych problemów, istniejących tylko na niby, fałszywych i mamiących obietnicami, których nie byli w stanie spełnić. 
Nie wierzyłem, by istniała jakakolwiek istota sprawiedliwa.
Nie wierzyłem, by istniała sprawiedliwość.
Oddział onkologiczny był mały i ciasny.
Przepełniony bólem i strachem.
A zza okien dobiegały śmiechy ludzi, odgłosy ich beztroski i swobody. Ludzi, którzy nigdy nie zrozumieją i nie dowiedzą się, jak to jest żyć ze świadomością śmierci. Jak to jest z lękiem oczekiwać każdego poranka i kłaść się spać, szepcząc zbolałe prośby o szybką śmierć.
Gdzie jest sprawiedliwość w tym, że jedni cierpią, a drudzy są weseli?
Gdzie jest sprawiedliwość w tym, że jedni umierają w wieku dziesięciu, dwunastu, dwudziestu lat, a inni żyją kilkadziesiąt i mają się całkiem dobrze?
Słyszałem już wiele słów o wystawianiu na próbę i sensie cierpienia.
Ale każda próba kończyła się śmiercią.
A cierpienie nie miało sensu.
I nie wiązało się wcale z boską miłością.
Dlatego Bóg nie istniał.
Nie mógł istnieć. 
Chciałem wierzyć, że istnieje Anioł Stróż.
Że istnieje jakaś istota, niezwykłe stworzenie, które trwałoby przy mnie każdej nocy i każdego dnia, które mógłbym trzymać za dłoń, utkaną z domysłów i niespełnionych nadziei, które stanowiłoby wsparcie.
Które byłoby w stanie mi pomóc.
Uchronić mnie przed bólem.
Trwać przy mnie aż do samego końca…
Chciałem wierzyć, że istnieje Anioł Stróż, ale jednocześnie nie wierzyłem. 
Jak mogłem wierzyć, że istnieje jakieś stworzenie, które miałoby chronić ludzi?
Jak mogłem w to wierzyć, skoro dzień w dzień stawałem twarzą w twarz ze śmiercią, która drwiła z ludzkich przesądów, wierzeń i nadziei?
Jak mogłem w to wierzyć, skoro wystarczyło tak niewiele, ledwie upadek, nieuważne wejście na jezdnię, drobna zmiana genetyczna, by umrzeć…?
Co robił mój Anioł Stróż, gdy nowotwór dawał przerzuty, gdy całe moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa, gdy po długim leczeniu nie miałem nawet siły na to, by wstać i się podetrzeć, gdy nie potrafiłem utrzymać równowagi, gdy zwijałem się nocą z bólu i błagałem o śmierć…?
Słyszałem już wiele słów na temat prawdy i cieszenia się każdą chwilą.
Ale prawda nie miała znaczenia. 
A radość była pijana.
Dlatego Anioł Stróż też nie istniał.
Nie mógł istnieć. 
Chciałem wierzyć, że istnieje diabeł.
Że istnieje szatan, demon, siła nieczysta, która czyhałaby tuż za rogiem na moją duszę, gotowa odkupić ją ode mnie za wszelką cenę.
Która byłaby w stanie zapewnić mi nawet najbardziej złudne szczęście.
Pozwolić odejść z godnością.
Pogodzić się z unicestwieniem…
Chciałem wierzyć, że istnieje diabeł, ale jednocześnie nie wierzyłem. 
Byłbym w stanie oddać wszystko, co miałem, w zamian za ratunek od bólu.
W zamian za ratunek od cierpienia.
W zamian za smak szczęścia o poranku i pogodną śmierć o zmroku. 
Oddałbym wszystko, co miałem, ale żaden kupiec się nie pojawił.
Wymyślne, rogate stworzenia, uśmiechające się złowrogo z obrazów, mające stanowić swoistą przestrogę i wzbudzić lęk, nawrócić do wiary, były bezsilne. Tak samo jak bogowie i ich przeróżne niedoskonałe twory.
Słyszałem już wiele słów na temat dobra i zła.
Ale zło było względne.
A dobro było złudzeniem.
Dlatego diabeł także nie istniał.
Nie mógł istnieć. 
Chciałem wierzyć, że istnieje na tym świecie cokolwiek lub ktokolwiek, kto byłby w stanie wzbudzić we mnie prawdziwe emocje, przywrócić radość, dać mi spokój, wywołać uśmiech na mojej twarzy i pozwolić mi żyć tak, jakby śmierci nie było. Jakby nie stała tuż obok i nie zaglądała mi w oczy każdego dnia.
Chciałem wierzyć, że ktoś taki istnieje, ale jednocześnie nie wierzyłem.
Dopóki nie poznałem jego.
Był młody i piękny.
Miał oczy koloru letniego, pogodnego nieba i uśmiech anioła.
Zupełnie nie pasował do białych, sterylnych pomieszczeń, kroplówek i naświetlań, zastrzyków i grona przepracowanych, zniecierpliwionych pielęgniarek, które widziały już zbyt wiele.
Ciągle się cieszył, jakby nie wiedział, że stoi za nim śmierć, niecierpliwie czekająca na chwilę, aż porwie go w swoje ramiona.
Był namacalny i prawdziwy.
Bliski i wyjątkowo ludzki.
A przy tym tak niewiarygodnie inny, tak wyjątkowy, że zdawać by się mogło, iż tkwił w nim jakiś pierwiastek boskości, który sprawiał, że wyróżniał się na tle męczenników i słabeuszy. 
Nazywałem go moim Lucyferem, światłem, które rozjaśniło ciemności mojego życia i wskazało mi drogę, drzewem pośrodku raju, które sprawiło, że zacząłem widzieć różnicę pomiędzy dobrem a złem, które zwróciło mi wolną wolę i możliwość wyboru, symbolem inności i indywidualizmu, a przy tym buntu przeciwko temu, co było tutaj na porządku dziennym.
Buntu przeciwko własnej słabości. 
Mój Lucyfer.
Śmiał się, gdy tak do niego mówiłem, i nazywał mnie wariatem. 
I miał rację – byłem wariatem.
Szaleństwo tkwiło w moim umyśle i zakorzeniło się w mojej duszy, szaleństwo, które sprawiało, że cały świat zaczął nagle wyglądać zupełnie inaczej, że byłem w stanie uśmiechać się z rozbawieniem, widząc co rano swoje mizerne odbicie, i śmiać się na widok spadających liści.
Szaleństwo, które sprawiało, że nagle on stał się centrum wszystkiego, że skupiał całą moją uwagę, szaleństwo, które sprawiało, że każda spędzona z nim chwila stanowiła niemal przedsionek raju, szaleństwo, które wywoływało dreszcze na skórze i przyjemne drżenie, gdy był tak blisko, że bliżej już być nie mógł.
Często szeptałem mu wtedy do ucha, że boję się śmierci.
A on śmiał się ze mnie i mówił, że pewnego dnia zabierze mnie stąd i pokaże mi prawdziwy zachód słońca. 
Lubiłem jego obecność, lubiłem jego ciepłe dłonie, melodyjny głos i uśmiech, który napawał mnie szczęściem i autentyczną radością. Radością szaleńca, który nie musi mieć żadnego powodu, by nagle wybuchnąć śmiechem, i który kocha cały świat.
Nawet, gdy słabł, gdy tracił siły – nie tracił swojej wyjątkowości. Wciąż śmiał się i mówił, że jeszcze się przekonam, jak pięknie jest żyć naprawdę. 
Nawet wtedy był tak niesamowity i tak inny, że nie wierzyłem w to, że kiedykolwiek odejdzie.
Że kiedykolwiek go stracę. 
A jednak jego głos stawał się coraz cichszy i cichszy, aż w końcu umilkł zupełnie.
Teraz też milczy.
Nie ma go wcale.
Któregoś dnia zniknął po prostu ze swojego łóżka, sala, w której mieszkał, została opróżniona i wysprzątana, wypełniona obcymi rzeczami i zapachem…
Obyło się bez słów i zbędnych wyjaśnień.
Nikt nie zadał sobie trudu, by stwierdzić to głośno.
Nie było takiej potrzeby.
Tutaj mogło oznaczać to tylko jedno.
Tutaj nie było miejsca na cudowne ozdrowienia. 
Najwyraźniej bogowie nie sięgali swą mocą tak daleko…
Ale ja nie wierzyłem w jego śmierć. 
Nawet, gdy stanąłem przed jego trumną.
Zwykłą, drewnianą trumną, podobną do setek innych, która nie oddawała jego wyjątkowości – nie wierzyłem. 
Wieko było zamknięte.
Szkoda.
Może gdybym go zobaczył, pożegnał raz jeszcze, łatwiej byłoby mi uwierzyć. Gdybym niczym niewierny Tomasz dotknął go i przekonał się, że naprawdę nie żyje, może byłbym w stanie się z tym pogodzić i wrócić do dawnego życia. 
Ale go nie zobaczyłem.
I nie uwierzyłem.
Nadal nie wierzę.
Słyszę go czasem.
Gdy jego śmiech odbija się echem.
W pustych korytarzach mojej podświadomości.
Wydaje mi się, że zaraz tu przyjdzie, nazwie mnie wariatem i zaśmieje się pogodnie.
I wszystko wróci do normy.
Ale nie przychodzi.
Jeszcze nie.
Jeszcze nie pora.
Czekam więc niecierpliwie.
I wypatruję go przez okno.
Czasami nawet go widzę. 
Jak bawi się jesiennymi liśćmi i tańczy pośród nich, jeszcze piękniejszy i żywszy niż kiedykolwiek wcześniej. 
Uśmiecham się wtedy do siebie i czekam. 
I mam tylko nadzieję, że któregoś dnia przyjdzie po mnie.
Że weźmie mnie za rękę i wyprowadzi stąd, tak jak obiecał.
I pokaże mi, jak zachodzi słońce mojego życia.
A wtedy wszystko będzie inaczej. 
I nawet łatwo będzie umierać.

5 komentarzy:

  1. Anonimowy12:47 AM

    To było takie… wzruszające. Poryczłam się, czytajac to. Twoje opowiadania są piękne, masz wielki talent.
    ~Misaki

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy5:51 PM

    Przepiękne .

    Luna

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy2:04 AM

    Piękne. Smutne. Gra na najczulszych strunach serca. A oczy pieką od niewypłakanych łez...
    ~ Alys

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy2:48 PM

    Wow, popłakałam się. To jest coś!Piękne i wzruszające. Potrafisz złapać za serce nawet największego twardziela. Życzę powodzenia i dużo weny.


    Good

    OdpowiedzUsuń
  5. Bez takich! Te wszystkie one-shoty niszczą wszelaki dobry humor! Lecz do tego też trzeba mieć talent.

    OdpowiedzUsuń