Strony

niedziela, 22 maja 2011

Enjoy the silence

Z trudem unoszę ciężkie powieki.
Nic nie widzę.
Wszystko jest zamazane.
Nie potrafię nawet rozpoznać konkretnych kształtów.
Sufit jest biały.
Całe pomieszczenie skąpane w półmroku i duszne.
Powietrze przepełnione wonią tytoniu. 
Jestem otępiały. 
Nie czuję zupełnie nic.
Nawet swojego własnego ciała.
Staram się poruszyć, ale nie potrafię.
Całą siłą woli, z niewyobrażalnym wprost trudem, unoszę lekko swoją dłoń.
Niewiele, zaledwie na kilka centymetrów i zaraz opuszczam ją z powrotem na pościel, nie mając siły jej utrzymać.
Chcę odwrócić w głowę, ale nie jestem w stanie tego zrobić.
Właściwie nie jestem w stanie zrobić niczego.
Nawet samo patrzenie jest dziwnie męczące.
… Gdzie jestem?
Nie pamiętam.
Usilnie staram sobie przypomnieć, co się działo, gdzie jestem, czemu się tu znalazłem…
Ostatnim, co pamiętałem, była wizyta w barze.
Dosiadający się mężczyzna.
Przenikliwe spojrzenie grafitowych oczu…
Drzwi otwierają się na oścież i ktoś wchodzi do pomieszczenia.
Nie jestem go w stanie zauważyć.
Słyszę tylko jego kroki, miarowe i powolne.
Chcę się odezwać.
Otwieram usta, ale nie potrafię wydobyć z siebie żadnego dźwięku. 
Po prostu leżę nadal, w zupełnym bezruchu, otępiony, nie wiedząc nawet, co właściwie chciałem powiedzieć.
-Obudziłeś się już, słodki książę?
Słyszę jak coś mówi.
Jego głos jest mi znany, ale nie potrafię dopasować go do żadnej twarzy. 
Podchodzi do mnie. 
-Nie powinieneś się ruszać- słyszę, jak instruuje mnie z pełnym spokojem, wsuwając jednocześnie dłoń w moje włosy i przeczesując je delikatnie palcami- To pewnie zbyt wyczerpujące, prawda? Wszystko jest w porządku. Wyglądasz pięknie, mój słodki książę.
Nie wiem, co czuję.
Nie jestem w stanie tego określić.
Chyba nic.
Po prostu zupełną pustkę. 
Jakbym wcale się nie bał, nie czuł niepokoju.
Odchodzi.
Niedaleko, słyszę go.
-Zastanawiam się, czy mnie w ogóle rozumiesz, słodki książę…
Słyszę hałas, jakby przestawiał jakieś rzeczy.
-Wolę sądzić, że tak jest. Zawsze to jakoś sympatyczniej, nie wydaje ci się…? Wiem, że to nie jest dobre miejsce na pierwszą randkę. Na ostatnią też nie. Nie osądzaj mnie, słodki książę. Takie rzeczy po prostu muszą się zdarzać. Właściwie to nie twoja wina. Moja też nie. To wszystko po prostu sprawka losu i przypadku. Diabelne połączenie, nie sądzisz?- zaśmiał się cicho, autentycznie rozbawiony. 
Podchodzi bliżej. 
Chyba kładzie coś niedaleko mnie, ale nie jestem w stanie dostrzec, co to takiego. 
-Przykro mi, słodki książę. Naprawdę mi ciebie szkoda- jego głos wciąż był spokojny. Nie igrała w nim nawet najmniejsza nuta niepokoju.
Przysiadł na łóżku i nachylił się nade mną.
Nie byłem w stanie dostrzec jego twarzy, wszystko było zbyt rozmazane. 
-Przepraszam, że nie przygotowałem cię wcześniej- szepnął miękko, składając na moim czole krótki, czuły niemal pocałunek. 
Nie byłem w stanie powiedzieć czegokolwiek.
Wpatrywałem się w niego, raz po raz przymykając powieki, nie mając siły na to, by patrzeć dłużej.
-Możesz spać, jeśli chcesz…- widzę jego dłonie, szczupłe, o smukłych palcach, przesuwające się wzdłuż mojej klatki piersiowej, to zamazane, to znów odzyskujące zwyczajową ostrość.
Obserwuję, jak niespiesznie rozpina guziki mojej koszuli, zsuwając ją lekko z moich ramion.
-Przepraszam- rzuca raz jeszcze, unosząc lekko moją głowę i pozwalając moim włosom rozsypać się w nieładzie na poduszce. Przeczesał je delikatnie palcami, po czym musnął wargami mój policzek- Chyba nie jest to zbyt komfortowe, prawda…? Jakbyś był lalką, słodki książę. Wybacz, że musimy spotykać się w takich warunkach. Szkoda, że nie mieliśmy okazji ze sobą dłużej porozmawiać… Pozwoliłbym ci mówić, ale… A zresztą. Po co psuć perfekcyjną wizję, prawda? Słowa są zbędne…
Chwyta lekko moją dłoń, splatając na krótką chwilę nasze palce, a następnie kładzie ją na pościeli, nieco wyżej.
-Połóż ją tak, dobrze…?- pyta, jakbym miał na to jakikolwiek wpływ. Powoli, delikatnym ruchem, odwraca moją głowę w drugą stronę. Po chwili układa w inny sposób także drugą rękę.
Składa kolejny, delikatny pocałunek, tuż przy moim uchu.
-Wyglądasz pięknie, mój książę…- szepce raz jeszcze- Pięknie jak anioł. Może będziesz aniołem…? Byłoby wspaniale, prawda…?
Głaszcze mnie delikatnie po włosach, po twarzy… 
Przesuwa opuszkiem po mojej dolnej wardze.
-To przykre, gdy umiera ktoś taki jak ty, mój słodki książę. Taki piękny. Taki młody…- jego dłonie wędrują niespiesznie po moim torsie- Ale jest w tym też coś magicznego. Bogowie nie mogą umierać ze starości, mój książę. Ani wielcy bohaterowie. Ani cudowne istoty… Jak ty. Nie. Oni muszą pozostać wiecznie młodzi i piękni, bo w tym tkwi sekret chwały i miłości… Ty zostaniesz taki już na zawsze, mój książę. W pamięci twoich bliskich i w mojej pamięci. Jesteś najpiękniejszy ze wszystkich, których miałem, słodki książę… Najpiękniejszy. 
Docierają do mnie jego słowa.
Rozumiem ich sens.
Dokładnie zdaję sobie sprawę z tego, co mówi.
Z tego, co zamierza zrobić, o czym bez skrępowania mnie informuje.
Ale nie potrafię wydobyć z siebie żadnego strachu, który byłby w tym miejscu naturalny.
Czuję się po prostu zmęczony.
Wycieńczony.
Pusty. 
Składa na moich wargach krótki, przelotny pocałunek, muśnięcie zaledwie.
Nie wiem, co się ze mną dzieję.
Czuję spływającą po moim policzku łzę, ale nie czuję smutku.
Nie czuję strachu.
Nie czuję żadnych głębszych emocji.
Nawet wewnętrznej paniki z powodu mojej bierności. 
-Nie płacz, słodki książę…- słyszę jego pełen rozczulenia niemal głos, gdy ściera łzę z mojego policzka troskliwym gestem- Nie musisz się bać. Wiem, co robię, zaufaj mi. To będzie tak, jakbyś zasnął... Nic nie poczujesz, nie sprawię ci bólu… Nie jestem przecież potworem.
Przymykam powieki.
Odsuwa się, zajmuje chyba czym innym…
Słyszę jakieś dźwięki, ale nie jestem w stanie ich z niczym porównać, zinterpretować…
Leżę po prostu w bezruchu, czekając na to, co nieuniknione.
Czekając na śmierć.
-Pomyśl o czymś miłym, mój książę… Niedobrze jest myśleć o czymś mało ambitnym w takiej chwili, nie sądzisz…? Pomyśl o swoim życiu, mój książę. Musiało być cudowne, prawda? 
W pomieszczeniu zapada cisza. 
Na krótką chwilę zaledwie.
Krótką chwilę, przez którą w mojej myśli pojawiają się rodzice, znajomi…
Krótką chwilę, którą poświęcam na zastanawianie się nad tym, co zrobią beze mnie, a nie nad tym, że zaraz zginę.
W końcu czuję, że przysuwa się do mnie.
-To nie twoja wina, słodki książę. Nie zasłużyłeś na śmierć. Tak naprawdę nikt nie zasłużył.
Otworzyłem oczy, całą siłą woli starając się skupić na nim spojrzenie.
-Jesteś doprawdy wspaniały, mój książę. Przepiękny. A tacy ludzie nie mogą długo żyć. Są zbyt idealni, nie pasują tutaj. Nie pasują do starości, chorób, smutku… Dlatego muszą umierać. A ja muszę zabijać. Mam nadzieję, że zrozumiesz.
Zrozumiem…?
-Dobranoc, słodki książę. Nie zapomnę o tobie.
Odzyskuję ostrość widzenia.
Na krótką chwilę ledwie…
By dostrzec jedynie delikatny uśmiech.
Subtelny, niemal przepraszający.
Uśmiech śmierci.  

2 komentarze: