Strony

niedziela, 22 maja 2011

I [Arrenium]

Było pięknie.
Cisza, wkomponowana doskonale w szept wiatru.
Szum liści.
Odgłosy budzącej się do życia natury.
Zielone drzewa.
Trawy, kołysane przez wiatr.
I on.
Najpiękniejszy ze wszystkich.
Cudowny.
O jasnej, wspaniałej skórze, którą tak uwielbiał smakować swymi dłońmi.
Która drżała pod naporem jego dotyku.
Która pachniała latem i niespełnioną wolnością. 
O jasnej twarzy, z niewinnością ujawnioną w zdradzieckim rumieńcu.
Z delikatnymi, malinowymi ustami, układającymi się w uśmiech pełen łagodności. 
Zielonymi oczyma, współgrającymi z otaczającą naturą.
O pięknych, hebanowych włosach, rozsypanych w nieładzie na zielonym podłożu.
Tworzących coś na kształt kontrastu, perfekcyjnej niedoskonałości.
Vergil nie był marzycielem.
Nie miał w sobie niczego, co można by określić mianem skłonności do refleksji. 
Pogardzał wielkimi ideologiami i kierującymi się wyobraźnią głupcami. 
A jednak, zupełnie przewrotnie do swej natury, żył przeszłością.
Jednym, jedynym wydarzeniem minionych lat.
Jedną chwilą.
Wspomnieniem, które powracało do niego każdej nocy.
Które nie traciło barw, mimo upływu czasu.
Które pozostawało jedyną pamiątką po tamtych zdarzeniach.
Wspomnieniem, którego nie potrafił się pozbyć.
I wcale nie chciał.
Żałował.
Nienawidził.
I kochał.
By znów przeklinać siebie w swojej bezsilności dzień po dniu.
Och, gdyby miłość mogła nie istnieć… 


-Nie ruszaj się.
Smukłe, chłodne dłonie Samuela prześlizgnęły się wzdłuż jego przedramienia. Vergil syknął donośnie z bólu, gdy mężczyzna wtarł w jego ranę jakąś piekącą substancję, i szarpnął się gwałtownie. 
-Przestań- uspokoił go natychmiast Samuel, ze zwyczajowym dla siebie spokojem, bez cienia irytacji czy zniecierpliwienia- Skoro zamiast skierować się do pierwszego lepszego medyka szedłeś aż tutaj, przynajmniej racz nie wierzgać… Muszę się upewnić, czy przez cały ten czas nie wdało się jakieś zakażenie czy inne diabelstwo… 
-Właśnie dlatego jestem tutaj… Leczenie się u pierwszego lepszego medyka może się okazać niebezpieczne. To kwestia zaufa… Ach! Co mi robisz, do diabła?!
Na wargi mężczyzny wstąpił cień uśmiechu, który Vergil skwitował cichym, pełnym oburzenia prychnięciem. Rana dawała o sobie we znaki. Naprawdę powinien skierować się z tym do kogoś od razu, a nie maszerować kilka dni, żeby trafić tutaj.
Ale dobry powód nie jest zły, prawda?
Teraz zostało mu już tylko to. Pojawianie się tutaj, co jakiś czas, obserwowanie go, niekiedy rozmowa, gdy miał dla niego czas…
Bzdura, zawsze miał czas. Nawet, gdy maszerował salą szpitalną obok pozarażanych ludzi, i tak zawsze znalazł chwilę dla niego.
Ale Vergil nie chciał, żeby to tak wyglądało. Nie chciał być tym uciążliwym, stale nagabującym, łaknącym towarzystwa… Toteż wolał znajdować wymówki dla samego siebie, pod którymi się tu pojawiał. A im częściej się nadarzała okazja, tym lepiej.
Samuel miał piękne dłonie. Białe, o subtelnym dotyku. Niezwykłe. Samuel cały był niesamowity i piękny. Chociaż trudno było to określić i dostrzec teraz. Miał na sobie długą, białą szatę z kapturem narzuconym na głowę. Właściwie dłonie i twarz to jedyne, co Vergil mógł dostrzec. Chociaż chciałby go zobaczyć w pełnej krasie…
-Co ty robisz…?- zapytał z lekką obawą, gdy jego towarzysz całkiem nieskrępowanie sięgnął po sztylet, który zdecydowanie nie powinien zdaniem Vergila znajdować się w podstawowym wyposażeniu wszelkich aspirujących do miana świętych. 
Samuel najwyraźniej nie uznał jego przerażenia za wystarczający powód, aby mu cokolwiek wyjaśnić, bo zaraz wbił ostrze w jego rękę, rozcinając jeszcze i pogłębiając ranę. 
-Kurwa, do diabła, szlag by cię trafił!- wysyczał Vergil na bezdechu, nie zwracając uwagi na karcące spojrzenie leżącego kilka łóżek dalej mężczyzny. Ach, urok zbiorowych sal…- Co ty do wszelkiej zarazy wyrabiasz…? Miałeś mnie leczyć, nie dobić, zapomniałeś?!
-Spokojnie… Daj innym wypoczywać.
-Jasne- syknął z drwiną, opierając się wolną dłonią na ramieniu Samuela i wbijając w nie mocno palce- Morduj mnie w przyzwoitych warunkach, kto ci broni…
-Gdybyś jednak obdarzył chociażby nikłym zaufaniem któregoś z przydrożnych medyków…- Samuel wciąż nieprzerwanie badał palcami miejsce zranienia, jakby czegoś szukając- Pewnie byłoby po sprawie… Jednak rana zaczęła się goić, a to bardzo niedobrze…
-Nieee, fatalnie…
-… Ponieważ trudno mi się teraz do tego dostać. 
-Do czego?- zapytał z niezrozumieniem Vergil, co zresztą nie było dziwne, bo warunki wcale nie sprzyjały ewentualnemu skupieniu. 
Dłonie Samuela zdecydowanie przestały być tak subtelne i delikatne, gdy nagle palcami jeszcze poszerzył jego ranę. Vergil zagryzł wargi, starając się powstrzymać od wyrażenia na głos swojego bólu związanego z faktem, że przewspaniały i otoczony sławą uzdrowiciel podjął się właśnie na nim jakiejś eksperymentalnej próby uleczania.
-Nie powinieneś mnie kurować ziółkami…? Albo olejkami…?- wyjęczał właściwie i zaraz poczuł, jak drugą dłonią zostaje przyciśnięty do klatki piersiowej Samuela, co z pewnością ograniczało jego manewry, aczkolwiek Vergil odrobinę się uspokoił. Zawsze się uspokajał, czując zapach Samuela, będąc tak blisko niego. A ten drań potrafił to wykorzystać i obrócić przeciwko o niemu.
O tak!
Za każdym razem, kiedy tak brutalnie i haniebnie ratował jego życie i zdrowie!
-Prawie mam- obwieścił Samuel, tak jakby oczekiwał ze strony Vergila radosnego potaknięcia. Ale jedyne, co ten drugi był w tym momencie w stanie zauważyć, to fakt, że szata mężczyzny pokrywała się powoli krwią.
… Czy nikt tym zakonnikom nie powiedział, że białe stroje dla kogoś, kto dzień w dzień opatruje chorych, są cholernie niepraktyczne?
Co to za symbol czystości, skoro później i tak całymi dniami biegają we krwi? 
-Jeszcze trochę…- usłyszał kolejną uwagę, którą trudno mu było przyjąć do wiadomości, i zaraz poczuł, jak coś na powrót wbija się w jego ciało- Przepraszam, wytrzymaj jeszcze chwilę…
-Na bogów, po prostu mi to opatrz, pozwól żeby się zagoiło i daj mi odejść, bo… Ach! Co ty…?- wbił w Samuela mocno zaskoczone spojrzenie, ledwie poczuł gwałtowne szarpnięcie.
Zakonnik westchnął cicho, kręcąc głową, i wyciągnął otwartą dłoń, na której zalegał charakterystyczny kieł. 
-Och…- mruknął w końcu z czymś na kształt zrozumienia, a mężczyzna nie czekając więcej na jego słowa zabrał się za odkażanie i opatrywanie rany- To… Tamte wilki z North Side… Mówiłem…
-Mówiłeś…- przytaknął krótko Samuel- Chociaż trudno mi sobie wyobrazić, że naprawdę ani nie poczułeś, ani nie zauważyłeś, że wbiło ci się to w rękę… 
-Byłem otępiony bólem.
-Byłeś pijany.
-Może…- odkaszlnął cicho Vergil- Piłem, bo mnie bolało.
-Piłeś, bo pijesz ciągle- odparł gładko mężczyzna, a Vergil wymamrotał coś niezbyt składnie pod nosem- Pewnie piłeś też na polowaniu… Nie wyobrażam sobie innej opcji, poradziłbyś sobie bez problemu.
-Wypadki się zdarzają- prychnął cicho Vergil.
-Nie tobie- uciął Samuel, jakby to była najbardziej oczywista sprawa na świecie.
-Dupek- syknął odrobinę gniewnie.
-Rana jest poważna…
-… Byłaby mniej poważna, gdyby ktoś wspaniałomyślnie nie grzebał w niej sztyletem…
-… I przez to zalecałbym, żebyś się nie przemęczał i powstrzymywał od wszelakiej zbędnej aktywności… Wiem jednak, że i tak się do tego nie zastosujesz, więc daruję sobie wszelkie przemowy o ewentualnych skutkach, zakażeniach i dbaniu o ranę, bo i tak to zignorujesz. 
-Możesz dać mi coś, co złagodziłoby ból?- Vergil spojrzał na zakonnika uważnie, a ten z miną wyrażającą jak zwykle absolutną niewinność i łagodność, pokręcił głową z krótkim:
-Nie.
Vergil prychnął, odrobinę poirytowany.
-Nie dasz, bo nie masz, czy nie dasz, bo uważasz, że to będzie słuszna nauczka?
-Bardziej to drugie…- przyznał całkiem szczerze Samuel- Ale kieruje mną wyłącznie troska o twoje dobro… Sądzę, że jeśli ból da ci się odpowiednio we znaki, opamiętasz się trochę i nie będziesz wyczyniał głupot…
… Cholerne, prawdomówne dranie!
I niech ktoś mu wmówi, że w takich wypadkach lepiej znać prawdę!
-Pocałuj. Nie ma nic lepszego na ból- odparł w końcu, spoglądając na niego wyzywająco- Wystarczy.
-Nie zaczynaj- uciął Samuel, a tym razem jego głos pobrzmiewał jakąś dziwną surowością. 
Vergil westchnął cicho i oparł się na poduszkach, przymykając powieki. Mężczyzna skończył go opatrywać.
-Naprawdę nic się nie zmieniłeś- stwierdził, jakby głęboko tym faktem rozczarowany i ruszył w kierunku innego łóżka, sprawdzając stan pozostałych chorych i wszelako rannych. 
Vergil parsknął cicho pod nosem.
Za to Samuel zmienił się aż za bardzo. 
Z pewnością nie tak, jak mógłby tego oczekiwać.
Samuel był zakonnikiem. Wiecznym strażnikiem wszelkich cnót i dobra, uosobieniem łagodności, niewinności i porządku oraz wszystkiego, co mogło się wydawać w tym momencie Vergilowi czymś irytującym, zakłamanym i zupełnie zbędnym.
Ba.
Mało tego. 
Samuel święcie wierzył we wszystko, co utożsamiał i co sobą przedstawiał. Wierzył w swojego cudownego boga, wierzył w dobro, wierzył w czystość i w niewinność i wierzył, co było najbardziej potworne, że naprawdę ma powołanie. 
Powołanie.
Też coś. 
Sprawa absurdalnego wyboru i nic więcej.
Ale oczywiście ten świat byłby nudny, gdyby paru idiotów nie odmawiało sobie, podobno z wyższych pobudek, wszystkich przyjemności, jakie ich ukochani bogowie przeznaczyli dla ludzi. 
Tylko dlaczego jednym z tych idiotów musiał być akurat Samuel? 
-Wychodzisz?- Vergil zerknął na przyjaciela, zmierzającego do wyjścia, a ten skinął krótko głową.
-Mam jeszcze trochę innych zajęć. Oczywiście nie wyganiam cię stąd…- oczywiście zabrzmiało to tak, jak łagodne wyproszenie, ale co tam. Vergil nie zwrócił na to większej uwagi- Jeśli chcesz, możesz na mnie zaczekać. Porozmawiamy później.
-Mhm…- potwierdził nieco chmurnie.
-Poczekasz?- Samuel uniósł brew w pytającym geście.
Wzruszył obojętnie ramionami.
Zakonnik westchnął cichutko i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. 
Vergil ułożył się na pościeli, poruszywszy odrobinę niespokojnie. Zostanie. Oczywiście, że zostanie i zaraz porozmawiają sobie na spokojnie. 
Cisza panująca w sali była irytująca i nie do zniesienia.
Podobnie jak pełen uwagi wzrok leżącego w łóżku obok staruszka. 
… Na litość boską…
Poderwał się z łóżka i ruszył do wyjścia.
Do diabła! Nie, oczywiście, że nie poczeka! Nie dla niego siedzenie w obwarowanym klasztorze, nie dla niego cztery ściany, nie dla niego jęczący z bólu pacjenci i hipochondrycy… Naprawdę nie rozumiał, jak Samuel może wytrzymywać w takich warunkach. On nie potrafił.
A zresztą…
Tak było prawie zawsze.
Najpierw przebywał pół kraju, żeby z nim porozmawiać, a zaraz później wychodził, zbytnio poirytowany brakiem jego towarzystwa.
No cóż.
Chyba powinien sobie znaleźć jakieś lepsze zajęcie.


Klął pod nosem na cały świat, Samuela i cały świat raz jeszcze, wracając powoli w kierunku North Side.
Argh… Jak tak dalej pójdzie, to chyba wykorkuje. Będzie kilka dni maszerował w tą i z powrotem, bo zaraz nie będzie się mógł doczekać aż go zobaczy, a później głęboko poirytowany, będzie wracał, obiecując sobie, że wytrzyma bez niego. Nie wytrzyma. Nigdy nie wytrzymywał. Mijał tydzień, dwa, góra miesiąc, a on nie mógł już wytrzymać i biegł do swojego źródełka życia, które kulturalnie, jak to źródełka, olewało go, a później wracał, niekoniecznie szczęśliwy, ale przynajmniej zdolny do życia.
Tuż przed lasem porozbijane były namioty. Kilkanaście ogromnych, typowych dla wojsk namiotów. Zapewne niedawno przybyli, kiedy wędrował w tę stronę, jeszcze ich nie było. Co dziwniejsze, żaden z żołnierzy nigdzie się nie kręcił. Obozowisko wydawało się być zupełnie opustoszałe. Już po chwili doszły go jednak głośniejsze odgłosy rozmów, a także tętent kopyt. 
Na polanę przed lasem wjechał konno ktoś, kogo znał aż za dobrze, by od razu go nie rozpoznać. Rair. Och, wybaczcie. Teraz już DOWÓDCA Rair. A tuż za nim podążało kilkudziesięciu pieszych wojowników, powracających zapewne z jakichś ćwiczeń.
Vergil jęknął w duchu, gdy wzrok dowódcy spoczął na nim zdecydowanie zbyt długo, by móc uznać, że go nie rozpoznał.
-Stać!- zakomenderował natychmiast, a na jego wargi wstąpił delikatny uśmiech- Proszę, proszę… Vergil? Doprawdy, niezwykłe spotkanie, nie spodziewałem się tutaj ciebie…
… No popatrz. Vergil wymamrotał pod nosem coś, co trudno było uznać za pełne entuzjazmu powitanie. 
-Któżby podejrzewał, że zobaczymy się w takich okolicznościach…- kontynuował Rair, z wyraźnym zadowoleniem z owej sytuacji, gładząc swojego czarnego wierzchowca po szyi- Nie wiem, czy doszły cię słuchy… O moim przewodnictwie nad rekrutami…
-Och tak…- Vergil uśmiechnął się odrobinę ironicznie- Młody książę jest niezwykle hojny…
… Jak diabli.
-Oczywiście. Docenia wierność, mój drogi Vergilu…- w głosie mężczyzny pobrzmiewała niemal serdeczność, ale Vergil znał go zbyt dobrze, żeby naprawdę w to uwierzyć.
-Z pewnością- odparł krótko, gotów ruszyć w głąb lasu, ale dowódca zajechał mu drogę, spoglądając na niego z góry z lekkim uśmiechem.
-Wybacz, Vergilu, to niegodne powitanie, ale moi towarzysze nie rozpoznają chyba dawnych bohaterów… Wszakże obecnych jest tak wielu, że tamci giną gdzieś w mrokach pamięci…- och, na litość boską, jakże nienawidził tego fałszywego, pogodnego uśmiechu- Vergil, moi słabo doświadczeni w boju kompani, był wojownikiem…- zwracał się do swoich żołnierzy, ale wciąż uporczywie wpatrywał się w niego i wcale nie dawał mu przejść- Zasłużonym w licznych wojnach… Uhonorowanym przez naszego pana… Nawet ja miałem przyjemność brać wraz z nim udział w jednej z walk… 
-Otóż to- skwitował krótko Vergil, starając się ominąć mężczyznę, ale ten znowu przesunął się nieznacznie, skutecznie blokując mu przejście. 
-Ranny…?- zainteresował się Rair, wpatrując się w niego z uwagą.
-Opatrzony.
-Ach tak, widzę… Czyżbyś wracał właśnie od tego medyka, do którego i wówczas wędrowałeś…? Przez bodaj tydzień, zamiast dać się opatrzyć naszym uzdrowicielom…? 
Przez grupę wojowników przebiegł jakiś nikczemny chichot. Vergil westchnął ciężko, starając się podeprzeć na swojej i tak mocno już dzisiaj podupadłej cierpliwości.
-Jak widać.
-Dziwne plotki krążą o tobie, towarzyszu broni…- widać Raira mało obchodził fakt, że ten nie chciał się z nim wdawać w żadne głębsze dyskusje- Podobno zgodziłeś się… Och, wybacz mi proszę, jeśli cię tu urażę, lecz… Za symbolicznym wynagrodzeniem pomóc wieśniakom z plagą opętanych wścieklizną psów i wilków… Czyżbyś naprawdę aż tak nisko upadł?
Kilku wojowników zaśmiało się, tym razem dużo głośniej i śmielej niż poprzednio. 
Vergil parsknął cicho. Cholerny drań. Czego, u diabła, chciał od niego?  
-Jak na tak wielkiego dowódcę, z chęcią słuchasz plotek, panie Rair- stwierdził z nieskrywaną kpiną.
-Dołącz do nas- rzucił nagle zupełnie dla niego niespodziewanie mężczyzna. Vergil wpatrywał się z niego niemal z niedowierzaniem. Przecież jeszcze ledwie chwilę temu starał się za wszelką cenę podważyć jego autorytet! Albo naprawdę zupełnie pokracznie obaj rozumieli pojęcie serdeczności- Abianici ruszyli z północy i powoli zagarniają dla siebie coraz to nowe ziemie… Nasz pan jednak, książę Ivo, młody ciałem, lecz wielki duchem, postanowił się temu sprzeciwić… Powróć do jego służby. Powróć do jego łask. A nagrodzi cię równie hojnie, jak tych wszystkich tutaj…- machnął ręką w kierunku niewielkiego oddziału- Obsypie cię złotem, da ci ogromne posiadłości i majątek, o jakim nawet nie śniłeś… I do końca swych dni będziesz pławił się w sławie bohatera…
To?
To miał być oddział skierowany przeciwko Abianitom?
Vergil aż zaśmiał się cicho. Dobre sobie. Mięso mieczowe, kupa gówna, która zginie, ledwie wejdzie na front. Banda idiotów, niemająca pojęcia o tym, za co się zabierają. Marząca o wielkiej sławie, której niedane im będzie dożyć. 
-Chyba muszę odmówić- stwierdził niezbyt wylewnie. Dosyć miał już tej całej farsy. Chciał się stąd wynieść. 
-Odmówić?- Rair wpatrywał się w niego z niedowierzaniem i w końcu prychnął z politowaniem- Nie żartuj. To jedyna i najrozsądniejsza propozycja, jaką otrzymałeś… Dołączysz do ogromnej armii, pod moim dowództwem… To, co tutaj widzisz, to ledwie przedsmak tego, na co stać naszego wspaniałego księcia… Rozgromimy Abianitów, ledwie się pojawią. A ty swym męstwem i nieprzeciętną odwagą odzyskasz swój honor i dawną chwałę. No i oczywiście zarobisz sowicie… W końcu żołd jest ogromny… Trzeba być szaleńcem, żeby odrzucić taką propozycję…
-Oczywiście…- na wargi Vergila wstąpił pełen pobłażliwości uśmiech, który skierował jednak nie do dowódcy, a do jego nieszczęsnej imitacji żołnierzy- Abianici mają niepokonaną armię i zapanowali już nad całym morzem. Do tej pory nikt nie zdołał ich powstrzymać. Nasz wspaniały władca…- ach, jakże kochał ową ironię!- …rzuca im co jakiś czas niewielki oddział, żeby mieli się czym zająć i żeby on mógł, niczym ostatni desperat, porządzić swym upadającym powoli krajem dłużej… Licząc na to, że rozwiązanie znajdzie się samo… Chyba naprawdę nie sądzicie, że garstka, nie mająca żadnego doświadczenia, może stanąć naprzeciw tysięcy profesjonalnych wojowników?- ach, ten charakterystyczny szmer powątpiewania i przerażenia, który przebiegł przez tłum… Ta niepewność malująca się na ich twarzach… Ta obawa...- Tak więc może i jestem szaleńcem, Rairze. Nie mam jednak jeszcze skłonności samobójczych. 
Tym razem to Vergil uśmiechnął się do dowódcy całkiem pogodnie, a ten odpowiedział tym samym, teraz wydawało się to jednak bardziej wymuszone i ociekające poirytowaniem i złością. 
-Żegnaj, towarzyszu broni, miłej walki…- Vergil z nieskrywanym zadowoleniem wyminął mężczyznę i ruszył w głąb lasu, nie zatrzymując się ani na chwilę. Cholerni głupcy… Chciałby teraz zobaczyć ich miny. Aż zaśmiał się pod nosem. I zaraz, z absolutnym rozczarowaniem, na powrót usłyszał tętent kopyt i Rair znalazł się w mgnieniu oka tuż obok niego.
Vergil spojrzał na niego z pełnym politowania uśmiechem i rzucił:
-Co? Chcesz mi odciąć głowę za zdradę twoich oczywistych planów? 
-Oni są nieważni- odparł zupełnie niespodziewanie dla niego mężczyzna, jakby wcale nie dosłyszał jego słów. 
-Wiem- parsknął cicho Vergil- Dopiero, co sam to powiedziałem.
-Oni są nieważni- powtórzył spokojnie Rair- To zwykły, porosty lud, zwabiony obietnicą zwycięstwa. Ale my jesteśmy inni. My jesteśmy lepsi. My możemy zwyciężyć. Pan nasz zwołuje oddziały z całego kraju. Wróć teraz, a dostaniesz własną armię, zupełnie niezależną ode mnie. Będziesz dowódcą. Staniesz się tym, kim zawsze chciałeś być. Przecież o tym rozmawialiśmy…
Vergil przystanął na chwilę, spoglądając na mężczyznę z uwagą. Owszem, zawsze tak sobie wyobrażał swoją przyszłość. Kto wie, może gdyby nie odszedł w stosownym momencie, siedziałby dzisiaj na miejscu tego dupka, dyrygując oddziałem straceńców. Ale gdyby rzeczywiście mógł dowodzić inną armią… Gdyby rzeczywiście mógł sobie pozwolić na coś takiego…
Nie mógł. Wiedział o tym aż za dobrze.
-Odpowiedziałem już- odparł gładko, odwracając wzrok i ruszając przed siebie- Nie.
-Poczekaj- Rair na powrót zrównał się z nim- Mam coś dla ciebie- wyciągnął z torby zwinięty pergamin, oznaczony purpurową pieczęcią i podał go Vergilowi, który spojrzał na dar cokolwiek sceptycznie.
-A to…?
-A to jest zwój, którym cię powołuję w imieniu naszego wspaniałomyślnego księcia. Możesz z nim przyjść w dowolnej chwili do jednej z osad wojowników, bądź też do samego zamku… I wówczas natychmiast zostaniesz przyjęty dobrze, z racji mego polecenia, i natychmiast zostanie ci wydzielony oddział… Masz czas do zastanowienia się.
-Dzięki- mruknął z lekkim znudzeniem, biorąc zwój i rzucając go niedbale pomiędzy swoje pakunki- Co prawda zapewne nawet go nie ruszę, ale miło znać twoje dobre zamiary…
-… Prawda?- zawtórował mu mężczyzna z iście podłym uśmiechem- I tak wierzę, że to wykorzystasz. Nie jesteś głupcem.
Otóż to. Nie był. Dlatego wolał to zostawić w spokoju.
-Do zobaczenia na froncie… Towarzyszu broni.
Nie odpowiedział. 


Uwielbiał to miejsce.
Niewielką polanę, wiecznie opromienioną słońcem, cudownie zieloną, tętniącą życiem… Sprawiającą wrażenie, jakby była zupełnie innym światem. Niewielkim rajem, ukrytym w środku szarej, zwykłej, mało interesującej rzeczywistości.
A poza tym przypominała mu zupełnie inne, ale równie piękne miejsce. Przypominała mu scenę z jego marzeń. W tym miejscu wszystko odgrywało się w jego wyobraźni na nowo. I zapominał właściwie o wszystkim, co go dręczyło. 
Szedł naokoło, zawsze, specjalnie po to, żeby trafić tu chociażby na chwilę.
Przystanął, nieco zdezorientowany, gdy usłyszał dźwięki, które z pewnością trudno było określić przyjemnymi dla ucha. Pewnie gdyby nie to, nie zwróciłby uwagi na chłopaka siedzącego na trawie i wspartego plecami o drzewo, maltretującego jakąś bogom ducha winną piszczałkę. 
Na litość boską…
Chyba w normalnych warunkach uznałby, że wyobraźnia płata mu bardzo brzydkie figle. Chłopak był… Idealny. Tak niesamowicie podobny… Ta twarz… Piękne, zielone oczy. Pełne usta. Ta skóra. Te dłonie… Tylko włosy miał inne, jaśniejsze, w kolorze słomy, sięgające ramion i splątane niedbale jakimś rzemykiem. 
Ale oczywiście to nie mogła być jego wyobraźnia. Ta z pewnością nie stworzyłaby z jego idealnego złudzenia tak beznadziejnego i kaleczącego muzykę grajka.
Ów chłopak wyczuł chyba na sobie wzrok Vergila, bo sam podniósł na niego spojrzenie. 
I uśmiechnął się.
Tak szeroko i pewnie.
Uroczo.


~*~*~


Mervion de Villo, dumny posiadacz całkiem sporych gruntów, był człowiekiem krępym, o wiecznie chmurnym i zasępionym obliczu. I zdecydowanie trudno mu było nadać miano cierpliwego. Chociaż właściwie przy Mario nawet święty nie pozostałby długo cierpliwy… Był, co prawda wojownikiem urodziwym, ze swymi półdługimi włosami w kolorze dębu i błękitnymi oczyma, jednak jego charakter pozostawiał sporo do życzenia, mimo licznych prób poskromienia go i jeszcze liczniejszych obietnic poprawy. 
-Och, łaskawy panie…- uśmiechnął się iście czarująco, przekraczając próg pomieszczenia- Zgodziłeś się mnie przyjąć i wybaczyć mi moje wcześniejsze błędy i uchybienia…
-Oczywiście…- syknął z poirytowaniem Mervion- Wschodnie skrzydło zostało wreszcie odbudowane po twoich poczynaniach ze smokami…- Mario jęknął cicho w duchu. Zaczyna się- Do diabła z tobą! Gdybym mógł, już dawno bym cię stąd wyrzucił, a jednak nie wiedzieć czemu, żal mi ciebie. W końcu nikt inny cię nie przyjmie…
-Och, panie, jesteś rzeczywiście łaskawy i dobry! I wspaniałomyślny jak nikt inny!- rozpływał się nad zaletami swego pracodawcy Mario, kiedy upewnił się już, że jego posada jest bezpieczna- A jednak masz podobno dla mnie jakieś zadanie… 
Och, oby to była prawda! Potrzebował pieniędzy. Pilnie. Błyskawicznie. Nie mógł wiecznie wynosić cichcem resztek z karczm i nawiedzać coraz węższego grona znajomych. 
-Wiem, wiem…- pan de Villo westchnął ze znudzeniem i pokiwał głową- I owszem, mam. Coś akuratnie dla ciebie.
-Ach tak? O co chodzi? Bo jeśli o jakieś twoje porachunki, panie, bądź pewien, że na nikim nie możesz polegać bardziej! Może i oręż mam skromny, ale za to wojownik ze mnie dobry…- usłyszał ciężkie westchnienie mężczyzny i zobaczył, jak ten wydobywa z pod stołu spory worek. Oczy aż mu się zaświeciły. Cóż mogłoby być w takim worku? Ach, już wyobrażał sobie ten stos złotych monet, które zaraz miały się posypać w formie zapłaty za jego usługi…- Ach, panie de Villo, jest pan taki hojny, taki dobry, taki wspaniałomyślny… 
-Wiem- odparł po raz kolejny mężczyzna z lekkim znudzeniem i otworzył worek, odwracając go do góry dnem. Mario aż wstrzymał oddech dopóki… Dopóki nie dopadł go wyjątkowo okropny odór, a na stole nie wylądowała jakaś kupka sierści.
Gdzie jego wymarzone złote monety u diabła?!
-C… Co to takiego?- zapytał z zupełnym osłupieniem. 
-Kot. 
-O-och tak… Ale jest chyba… Zdechły jest- zauważył w końcu, starając się opanować i przełknąć swoje gorzkie, niespełnione marzenia o wspaniałym wynagrodzeniu.
-Owszem- przytaknął mężczyzna- Jak powiedziałeś, jestem wyjątkowo hojny i łaskawy i odpuszczę ci wszystkie twoje porażki… Mam nadzieję, że wreszcie znalazłem coś na twoje siły…
-Co takiego, łaskawy panie?- Mario starał się nie tracić pogody ducha, chociaż sytuacja już nie malowała się tak kolorowo, jak ledwie chwilę wcześniej.
-Ten kot należy do mojej córki…- wyjaśnił powoli pan de Villo- Niestety, dopadła go jakaś choroba i zdechł. Nie mam jednak serca powiedzieć tego mojemu skarbowi i nie wiem, co mam zrobić… 
-Mam… Kupić nowego kota…?- podsunął powoli Mario- Podobnego do tego?
-Skąd!- prychnął z poirytowaniem mężczyzna- Moje dziecię pozna się na tym od razu, przecież zna swoje zwierzę! Musi być żywe! I żadne inne! W pobliżu puszczy mieszka pewien osobnik…- Mario wciąż wpatrywał się w niego mocno osłupiały- Ludzie mówią, że zajmuje się czarną magią, jednak znany jest powszechnie jako nekromanta… Idź do niego i poproś go o to, by wskrzesił kota mojego maleństwa, a łaskawie cię wynagrodzę.
-A-ale mój panie, to przecież zupełnie…
A co z jego marzeniami o cudownych, wielkich, bohaterskich czynach?! Och, Boże!
-Nie wiem czy wyraziłem się jasno, Mario… Jesteś partaczem. Cholernym partaczem, partaczem zupełnym i najgorszym, jakiego kiedykolwiek widziałem na swoje oczy…- Mario aż jęknął cicho- Nie mam powodu, żeby utrzymywać cię na moich usługach. Ludzie od początku mówili o tobie same złe rzeczy, ale wspaniałomyślnie, dałem ci zatrudnienie. A jednak… Za cokolwiek się nie zabierzesz, i tak ci się nie powiedzie. Każda jedna misja z twoim udziałem była porażką… Dlatego daję ci ostatnią szansę. Jeśli zawiedziesz, nie masz czego u mnie szukać. Zrozumiałeś? 
Cóż pozostało mu odpowiedzieć?
-Tak, proszę pana. Tylko… Gdzie właściwie mam go szukać?
-Ludzie wskażą ci drogę. Wynagrodzenie dostaniesz po wykonaniu zadania.
Cudownie.


Mario co prawda nie wierzył za bardzo we wszelkie magiczne sprawki, ale jednak nie pozostało mu właściwie nic innego, jak tylko ruszyć we wskazane miejsce. Gdzieniegdzie znajdowały się jakieś domy, bliżej lub dalej lasu, a Mario właściwie nie wiedział dokładnie, gdzie się udać.
-Przepraszam…- zaczepił w końcu jakiegoś starszego mężczyznę z małym chłopcem u boku- Szanowny panie, mógłbyś mi wskazać dom nekromanty?- uśmiechnął się czarująco, wyciągając jednocześnie miecz, bynajmniej nie w celu ewentualnej groźby, a raczej zaprezentowania się w całej, wspaniałej okazałości. Zawsze stawiał na dobre wrażenie.
-T-tak sądzę, panie…- odparł ostrożnie mężczyzna- Chodzi chyba jednak o naszego grabarza… Mieszka, o tam, w tamtej chacie…- gestem dłoni wskazał na dom zanurzony odrobinę w leśnej gęstwinie, oddalony od całej reszty.
-Czyli… Nie jest nekromantą?- Mario schował na powrót miecz i westchnął cicho. Naprawdę nie widział wielkiej szansy na załatwienie tego tutaj. Znowu zawali i wyląduje na bruku. Tym razem naprawdę.
-Nie wiem, panie… Być może… Ludzie mówią, że tak, i że kiedyś się tym zajmował, ale nie utrzymujemy z nim żadnych większych więzi, toteż nie wiemy… Nie znamy go zbyt dobrze.
-Rozumiem. Dziękuję- uśmiechnął się lekko do osadnika. Zatem będzie musiał po prostu zapytać samego zainteresowanego. Ruszył w kierunku chatki i załomotał donośnie do drzwi. Raz. I drugi. I po raz kolejny. Kątem oka dostrzegł, że ów mężczyzna wraz z chłopcem przyglądają się z daleka jego poczynaniom…- Cóż…- zwrócił się na powrót do nich- Najwyraźniej nie ma go w domu…
-Ależ jest, panie… Zawsze jest. Nie wychodzi za dnia wcale. Czasem tylko, nocą, ale trudno go spotkać… Gdyby wyszedł, wiedzielibyśmy, panie. Na pewno jest u siebie.
-Hm… Ekhem… Taak… No cóż, może robi akurat coś ważnego i nie chce, by mu przeszkadzano… Poczekam- stwierdził z lekkim uśmiechem i oparł się o ściankę domu.
Ów człowiek wciąż nie odchodził, tylko wpatrywał się w niego. Chłopiec również wyglądał zza mężczyzny z nieskrywanym zainteresowaniem, ale też pewnym przestrachem.
… I to było cokolwiek krępujące, nawet dla kogoś tak łaknącego uwagi jak Mario.


Minęły dobrze ponad dwie godziny. Jego wcześniejsi towarzysze wyraźnie się zmęczyli, bo odeszli już jakiś czas temu, wracając do swoich zajęć. Mario tymczasem siedział tuż przed drzwiami, pukając co jakiś czas i naprawdę licząc, że ktoś mu otworzy.
Bez skutku.
-Och do diabła!- jęknął w końcu donośnie i podniósł się, ponownie łomocząc w drzwi pięścią- No dobra i tak wiem, że tam jesteś! Ludzie mówią, że nie wychodzisz za dnia! Naprawdę mam czekać do nocy?!
-Czego chcesz?!- usłyszał pełne poirytowania warknięcie.
No cóż, to był już jakiś przełom, prawda?
Przynajmniej zaczęli rozmawiać…
-Potrzebuję, żebyś kogoś wskrzesił- stwierdził natychmiast Mario, z jawną nadzieją, że to naprawdę wystarczy.
-Jeśli zaraz stąd nie odejdziesz, sam będziesz potrzebował wskrzeszenia.
-No cóż. Jak to dobrze, że fachowa pomoc jest na miejscu…
Zza drzwi dobiegło go jakieś gniewne warknięcie. Uśmiechnął się lekko pod nosem.
-W porządku. To ja tu sobie posiedzę i poczekam, aż będziesz miał wolną chwilę. Co ty na to?


Chyba ów człowiek przyjął tą informację dobrze, bo kolejną godzinę Mario spędził na twórczym gapieniu się na drzewa i rysowaniu czegoś patykiem na piasku. A jednak, oczekiwanie się opłaciło… W końcu usłyszał skrzypnięcie drzwi i odwrócił się w ich kierunku, dostrzegając na progu jakiegoś mężczyznę. Był wysoki i o ciemnej karnacji, przyodziany w długi, purpurowy płaszcz, przypominający nieco rytualną szatę. Ciemnobrązowe włosy sięgające połowy pleców związane miał na karku i przyozdobione wplątaną w nie kością (chociaż Mario szczerze wątpił w jej dekoracyjność). Niewielkie elementy ludzkiego szkieletu przytroczone były także do szerokiego pasa, którym spięty był płaszcz nekromanty, co z jakichś względów kazało Mario sądzić, że człowiek ten naprawdę lubi nieprzyjemny dla uszu normalnych ludzi dźwięk stukających o siebie kości. Efektu dopełniały duże, ciemne oczy mężczyzny, które obrzucały go przenikliwym spojrzeniem zza zasłony gęstych rzęs, okalających pomalowane na czarno powieki. 
Mario uśmiechnął się lekko pod nosem. Niedziwne, że tyle czekał. Pewnie, żeby wypracować tak mroczny wizerunek, trzeba było się trochę namęczyć…
-Jesteś naprawdę diabelnie uparty…- usłyszał po raz kolejny w swoim życiu, a nekromanta ustąpił z progu, wpuszczając go do środka, i zaraz zatrzasnął za nim drzwi. Wnętrze wypełnione było różnymi dziwnymi rzeczami. Nie chodziło już o same kości. Oprócz nich pomieszczenie pełne było zasuszonych czaszek i narządów wewnętrznych w ogromnych słojach ustawionych na zakurzonych, niepasujących do reszty mebli, półkach. Całość prezentowała się dość mrocznie, z wiszącymi pod sufitem amuletami, które zagrzechotały lekko, poruszając się pod wpływem wiatru, który dostał się do wnętrza przed otwarte drzwi. Ach, stereotypowy nekromanta… 
-Cóż…- brunet uśmiechnął się do niego krótko- Taka moja zaleta. Z braku lepszego miejsca, załatwiłem ci się za domem. Nie gniewasz się, prawda? 
Mężczyzna skrzywił się lekko i pokręcił z niedowierzaniem głową, mamrocąc coś gniewnie, po czym stwierdził:
-Skąd. Jeszcze tego pożałujesz…
O, to też słyszał.
I to kilkanaście razy!
… Dziennie.
-Hm… Taaak… Więc… Wracając do tematu, mam dla ciebie zadanie.
-Ach, tak, niech zgadnę…- nekromanta udał, że naprawdę się zastanawia- Cóż to takiego może być? Chociaż jak na kogoś, kto czekał tak długo, żeby kogoś wskrzesić, nie wyglądasz na zbyt…- Mario zrobił odrobinę miejsca na zawalonym różnymi zwojami stole i wyrzucił na niego zawartość worka, od razu uwalniając wyjątkowo obrzydliwy zapach- … wstrząśniętego… Czy to jest… Martwe zwierzę?
-Martwy kot, dla ścisłości- potwierdził wojownik, skinąwszy pogodnie głową.
-Irytujesz mnie tak długo dla życia jakiegoś kota?!- zdenerwował się wyraźnie, spoglądając na niego gniewnie.
-Martwego- przyznał po raz kolejny- Dokładnie. Gdybyś nie kazał mi tyle czekać, byłby trochę świeższy i pewnie ładniej by pachniał. 
-Ale… Po co ożywiać zwierzę?!- dla nekromanty najwyraźniej była to sprawa wyjątkowo niepojęta.
-Ponieważ mała dziewczynka czeka na swojego pupila…- Mario niczym najlepszy aktor postanowił uderzyć we wrażliwość swego odbiorcy- Nie obchodzi cię jej smutek?
-Nie- mężczyzna pozostał niewzruszony- Ani trochę.
-Mnie też nie- przyznał wojownik, wzruszywszy ramionami- Ale moją sakiewkę owszem.
-Och…- parsknął cicho jego rozmówca- A co ja dostanę?
-Eee… Khem…- pierwsza zasada: nigdy nie wspominaj o własnym wynagrodzeniu- Gorące podziękowania…? No dobra, dobra, powiedzmy, że gdy dostanę swoją działkę, wrócę i oddam ci tyle, ile potrzebujesz. 
-Ooooch, jasne… Wierzę oczywiście w twą dobrą wolę i uczciwość… Ale niech będzie… Skoro to tylko kot…- prychnął z pogardą i pokręcił głową- Nie patrz tak na mnie…- dodał, dostrzegając chyba iście triumfalne spojrzenie Mario- Po prostu nie chcę za kilka dni odnaleźć zwłok pod moim domem, będących efektem twojego oczekiwania na moją zmianę zdania… 
-Naprawdę go wskrzesisz?- Mario wpatrywał się w niego z nieskrywaną ciekawością.
-Naprawdę…- westchnął ciężko mężczyzna, robiąc sobie jeszcze więcej miejsca na stole- A do tego potrzebna jest absolutna cisza i skupienie- zastrzegł, widząc już, jak wojownik otwiera usta, by coś dodać. 
Mario oczekiwał dalszych, stereotypowych zachowań. Zapalania świec, składania krwawych ofiar (byle nie z niego), kreślenia tajemniczych znaków, oddawania czci bogom mroku i czegoś charakterystycznego, typowego dla podobnych obrządków. Tu jednak nie dostrzegł niczego niezwykłego. Nekromanta nachylił się bliżej nad kotem, jakby nie przeszkadzał mu unoszący się nad truchłem odór, i przesunął palcem wzdłuż jego brzucha. Mario zajrzał mu ciekawie przez ramię. Znów nic. W jego ruchach trudno było się doszukać jakichś wyraźnych znaków. 
-Samae irsis aea… Samae irsis aea…- doszedł go cichy szept mężczyzny, przenikliwy i wywołujący dziwne dreszcze. Trwało to niezbyt długo i kilka uderzeń serca później nekromanta odsunął się nagle. A Mario czekał na tą jedną przełomową chwilę… Ale zamiast tego w pewnym momencie poczuł dziwny niepokój… A zaraz później dopadł go gwałtowny, przerażający dźwięk, a zwierzę zerwało się na cztery łapy i rzuciło na niego z przeraźliwym rykiem. Odsunął się w ostatnim momencie i kot wylądował gdzieś na posadzce, zrywając się zaraz do kolejnego skoku. Mario krzyknął z przerażenia, porywając pierwsze, co wpadło mu w ręce i uderzając potwora niewielkim świecznikiem. A ten wbił się w przeciwległą ścianę i zaraz osunął zupełnie bez życia na podłogę.
-Bogowie! O, bogowie! O, bogowie!- Mario wpatrywał się w zwierzę z istnym przerażeniem, wciąż nie puszczając swojej broni i zapominając chyba o tym, że posiada miecz- Jak możesz twierdzić, że to bezpieczne?!
-Nigdy nie twierdziłem…- odparł z pogardą nekromanta- To wam, ludziom, wydaje się, że wszystko jest takie proste i banalne! To nie polowanie i zbieranie plonów, na litość boską… To coś o wiele bardziej poważnego. I właśnie dlatego się tym nie zajmuję.
-Czyli… Jesteś niepraktykującym nekromantą?
-Zgadza się- przyznał gładko mężczyzna, skinąwszy głową- Zajmuję się czymś zupełnie innym. Pochówkiem zmarłych. To bezpieczne. Zmarli nie mają zwyczaju powstawać sami z siebie. To, jakby nie patrzeć, wygodne i pewne… A jeśli chodzi o wskrzeszanie… Robię to tylko i wyłącznie wtedy, gdy uznaję to za konieczne i ważne.
-Uważasz, że martwy kot nie jest ważny?!
-…
-Rozumiem. I co teraz?
-Nic.
-Nic?!
-Nic.
-Ale… Ale on jest martwy?
-Tak.
-Zabiłem go?
-Na to wygląda.
-Ale był wskrzeszony?
-Owszem.
-Mam mu zanieść zabitego wskrzeszonego martwego kota?!
-Nie obchodzi mnie to.
-A-ale… Ale…- już widział minę swojego zwierzchnika, gdy opowiadał mu o tym, że owszem znalazł nekromantę, ba, ten nawet zdecydował mu się pomóc, ale jakoś tak niefortunnie się stało, że zanim odniósł kota, zdążył go zabić- Nie możesz tego tak zostawić!
-Nie?- zdziwił się przemożnie mężczyzna- A cóż mnie obliguje do tego, żeby cokolwiek z tym zrobić?
-Rany, nie dostanę więcej żadnej pracy w mieście, jeśli mi się nie powiedzie…- Mario jęknął cicho, przecierając skronie- Błagam, błagam, pomóż mi!
-Coś się tak uczepił? To tylko zwierzę, do licha!
-Zwierzę mojego zwierzchnika i moja jedyna szansa na utrzymanie swojej pozycji i dostanie wynagrodzenia… Och, błagam, błagam, błagam po stokroć…- był autentycznie zdeterminowany i gotów niemalże klękać przed nim i błagać go o litość.
-Co mam zrobić? Sam widziałeś, co się zdarzyło, co mogę jeszcze na to poradzić? Nie chcesz chyba ryzykować znowu?
-Jeden raaaaz…- zawył iście błagalnie Mario- Jeden, jedyny raz… Sam mówiłeś, to tylko kot... Jeeeeeden raaaaaz…
-Przestań, u diabła!- zirytował się mężczyzna, ale widać po nim było, że chyba nie miał siły długo protestować- Jesteś uparty jak licho! Wiedz, że jeśli cokolwiek nie powiedzie się znów, to będzie to tylko i wyłącznie twoja wina! Że też marnuję czas na jakieś zwierzę… Daj je z powrotem.
Mario wzdrygnął się lekko, nie ruszając się z miejsca i wciąż ściskając mocno świecznik, po czym spojrzał na nekromantę prosząco. Mężczyzna zacisnął powieki, modląc się chyba o cierpliwość, ale ostatecznie sam podszedł do ściany i chwycił zwierzę za futro, układając je na stole i mamrocząc coś o marnujących jego cenny czas idiotach. 
-Wojownik od siedmiu boleści…- mruknął jeszcze.
-Podczas wskrzeszania obowiązuje cisza- upomniał go Mario, a ten posłał mu mordercze spojrzenie.
-Więc milcz- poradził mu jeszcze uprzejmie i powtórzył po raz kolejny swe poprzednie słowa i czynności, a Mario cofnął się odrobinę w obawie o ewentualne obrażenia. Tym razem jednak po dłuższej chwili usłyszał ciche miauczenie. 
-Masz chyba ogromne szczęście… Podobno zawsze dopisywało głupcom- dodał wyjątkowo uroczo nekromanta i zaraz podał mu na ręce zwierzę, zdecydowanie bardziej przyjazne i przytulne, niż to, które nie do końca celowo wgniótł w ścianę.
-I wszystko z nim w porządku?- upewnił się jeszcze, oglądając kociaka z każdej strony.
-Och, tak. Może chodzić odrobinę pokrętnie albo chwiać się, ale to nie jego wina, tylko kretyna, który rzucił nim o ścianę. Możesz to przekazać właścicielowi.
-Tak czy inaczej, dziękuję- Mario uśmiechnął się z autentyczną wdzięcznością, po czym wziął od niego zwierzę i wrzucił je do torby- Skoro już skończyliśmy, to…
-Na litość bogów!- zirytował się nekromanta, wyrywając od niego worek- Oddawanie ci pod opiekę jakiegokolwiek żywego stworzenia jest pomysłem co najmniej absurdalnym! Nie wiem czy wiesz, ale to zwierzę żyje. A żywe zwierzęta mają to do siebie, że potrzebują oddychać. Przynajmniej! 
-Dobra- pisnął Mario, wyciągając ponownie ręce po iście przerażone zwierzę, które uczepiło się teraz pazurami płaszcza nekromanty i najwyraźniej wcale nie chciało do niego wrócić- Nie będzie żadnych worków. Mogę?
Mężczyzna sapnął z poirytowaniem i z najwyższym trudem odczepił od siebie zwierzę, oddając go ciemnowłosemu i przypatrując mu się uważnie.
-Powinieneś się gdzieś zatrzymać i go nakarmić. Tak poza wszystkim.
-Dobra.
-I napoić.
-W porządku.
-Rany boskie…- westchnął nekromanta, przecierając skronie, podczas gdy Mario uśmiechał się, całkiem zadowolony z siebie.
-Dziękuję- rzucił radośnie i ruszył do wyjścia, odprowadzony zresztą przez mężczyznę, który chyba chciał się upewnić, że ten nagle nie zawróci i nie postanowi zostać trochę dłużej- Nie żartowałem z tym złotem! Naprawdę tu jeszcze wrócę…
-Bogowie, chrońcie mnie przed tym- wymamrotał grobowo nekromanta, zatrzaskując za nim drzwi.
Ale Mario i tak mógłby przysiąc, że ledwie chwilę wcześniej na jego wargach gościł cień czegoś na kształt uśmiechu. 

1 komentarz: