Strony

niedziela, 22 maja 2011

II [Arrenium]

Łupnął w drzwi klasztoru po raz kolejny, sapnąwszy pod nosem z poirytowania. Vergil zdecydowanie nie był człowiekiem cierpliwym, a rozdrażniony od samego rana nie sprawiał najlepszego wrażenia i nawet nie starał się zachować względnego chociażby spokoju.
Jednak, gdy po raz kolejny uniósł dłoń, gotów ponowić aż nazbyt donośne komunikowanie swojej obecności, drzwi otworzyły się i stanął w nich Samuel.
-Vergil, na bogów…- westchnął cicho. Widać było, że dopiero co wstał. Nie miał na sobie zwyczajowej szaty, a jedynie cienką, lnianą koszulę, sięgającą niewiele za kolana. Jego długie, hebanowe włosy pozostawały w lekkim nieładzie. Vergil wpatrywał się w niego chyba odrobinę zbyt długo, by uznać to za normalne- Ledwie świta! Wszyscy jeszcze śpią!
-Mam to gdzieś- warknął, mało przychylnie. Głowa bolała go jak diabli i z pewnością nie pomagała zachować trzeźwości umysłu- I tak czekałem już zdecydowanie zbyt długo. 
Przybył na miejsce jeszcze wczorajszego dnia, późnym wieczorem, ale postanowił oszczędzić Samuelowi wizyty o takiej porze. Nie udało mu się jednak wytrzymać tyle czasu.
-Wejdź- zakonnik odsunął się lekko, dając mu możliwość przekroczenia progu i zamknął za nim drzwi- Tylko cicho, proszę. Pozostali bracia zakonni jeszcze śpią, chorzy również… Nie zakłócaj ich spoczynku. Chodź za mną.
Powstrzymał się całą siłą woli od chęci wydania z siebie donośnego prychnięcia i po prostu ruszył odrobinę chwiejnym krokiem za Samuelem. Nie poprowadził go jak zwykle do sali, w której leżeli wszyscy chorzy, albo do jadalni. Tym razem ruszył krętymi schodami na górę, wchodząc za zakonnikiem do jednej z komnat. Była stosunkowo niewielka i umeblowana bardzo skromnie, ale tego Vergil mógł się spodziewać. Znajdowała się tam właściwie jedynie nieduża szafa i rozścielone łóżko. Na niewielkim stoliku przy oknie stał wazon pełen kwiatów, które Samuel lubił chyba ponad wszystko. Vergil był jednak ową wizytą zaskoczony z zupełnie innego powodu.
Pierwszy raz był w komnacie Samuela.
-Co się stało?- zakonnik wpatrywał się w niego z uwagą, zakładając jednocześnie pasemko włosów za ucho- Nie jesteś chyba ranny, prawda?
-Nie- odparł, siadając na łóżku mężczyzny, by z pełnym zamierzeniem przesunąć opuszkami palców po gładkiej pościeli- Po prostu… Potrzebuję z tobą porozmawiać. 
-Piłeś- stwierdził Samuel z ciężkim westchnieniem, a Vergil skrzywił się lekko, mamrocąc pod nosem jakieś przekleństwo.
Co to właściwie miało do rzeczy?
-Piłem- potwierdził jedynie, prychnąwszy cicho- To chyba nie twoja sprawa, co?
-Skoro uważasz mnie za przyjaciela, chyba moja…- odparł gładko Samuel- Nie powinieneś pić. Nie w takich ilościach, na pewno. Zrobisz sobie krzywdę.
Vergil prychnął ponownie, tym razem w wyrazie głębokiego poirytowania. Nienawidził, kiedy Samuel zwracał się do niego jak do krnąbrnego dziecka, które nie ma pojęcia, co ze sobą robi.
On wiedział.
Względnie wiedział przynajmniej, ale to wystarczało. Nie potrzebował jego pełnych udawanej troski filozoficznych wynurzeń.
-Bo?- parsknął, układając się na łóżku całkiem nieskrępowanie, chociaż tym razem również mając na celu coś zupełnie innego. Pościel pachniała Samuelem. Oszałamiająco, cudownie, wspaniale… Wiedział, że musi wyglądać jak idiota, z nosem wciśniętym w jego poduszkę, ale nie obchodziło go to specjalnie i nie dbał o zachowanie jakichkolwiek pozorów- Jeden z twoich bogów mnie ukaże, przyjdzie i ześle na mnie swą zemstę czy jak? 
-Chyba wciąż nie wytrzeźwiałeś…- skwitował jego zachowanie zakonnik, jakby naprawdę nie wiedział, o co chodzi- Tu nie chodzi o bogów, ale o ciebie i o to, co robisz ze swoim życiem. Nie postępujesz właściwie.
-Świetnie! Ty i te twoje moralizujące gadki!- syknął ze złością mężczyzna- Mam zejść z drogi zła i zająć się czynieniem dobra? Zamknąć się w czterech ścianach tak jak ty i udawać, że nie ma problemu?! Może nie potrafię, nie pomyślałeś o tym?! A zresztą… To wszystko i tak twoja wina! Nie próbuj mnie nawracać, bo gdyby nie ty, nic takiego nie miałoby miejsca…
Samuel westchnął cicho, nie wydawał się jednak słowami Vergila wstrząśnięty czy zdenerwowany. Ani nawet zdziwiony. 
-Nie możesz mnie oskarżać o to, co dzieje się w twoim życiu…- odparł z wypracowanym już spokojem. Nie pierwszy raz w końcu toczyli tą rozmowę, dawno już przestał reagować emocjonalnie na tego typu zarzuty- Może i owszem, jestem przyczyną niektórych twoich problemów, nie zamierzam zaprzeczać. Ale to nie ode mnie zależy, jak z tymi problemami walczysz. To twoja świadoma decyzja i nie powinieneś mnie obwiniać o to, że sobie zwyczajnie nie radzisz.
-Radzę sobie doskonale- wycedził przez zęby ze złością.
-Nie radzisz sobie wcale…
Nie cierpiał tego. Nienawidził go w takich chwilach.
Nienawidził jego spokoju, z jakim reagował na jego słowa. Wszystkie, co do jednego. Nieważne, co by mu w tym momencie powiedział, Samuel i tak mówił cicho i nie unosił się gniewem. Vergil nie potrafił tego zrozumieć, sam irytował się przy nim tak szybko, że to było aż zaskakujące. 
Nie potrafił długo wytrzymać w jego obecności.
I nie potrafił długo wytrzymać rozłąki.
-Co ty możesz o tym wiedzieć…
-Upijasz się…- Samuel wpatrywał się w niego uważnie, z troską niemal, której z wypracowania już chyba nie przejawiał w swoim głosie, ale której nie potrafił skryć w swoim spojrzeniu- Cały czas. To nie jest sposób na radzenie sobie z problemami. To tylko sposób na chwilowe zapomnienie, ale chwilowe zapomnienia zapewniają jeszcze brutalniejsze powroty do rzeczywistości. Starasz się sobie ubarwić świat, Vergil, a to nie zaprowadzi cię do niczego dobrego… Nie tym kosztem… Nie powinieneś…
-Niczego nie staram się sobie ubarwiać!- wybuchnął mężczyzna, podnosząc się gwałtownie do pozycji siedzącej i spoglądając na niego z nieskrywaną wściekłością- A nawet jeśli, to… To co ty właściwie możesz o tym wiedzieć, co? Siedzisz tu całymi dniami, zamknięty w czterech ścianach! Co ty możesz wiedzieć o prawdziwym życiu, skoro twoje wyznaczają granice tego przeklętego klasztoru? Uważasz, że masz możesz prawić mi kazania i twierdzić, co jest dla mnie dobre?! Nie masz pojęcia o życiu! To, co wiedziesz, jest tylko jego żałosną imitacją! To jest prawdziwa ucieczka, Samuel! Może i ja uciekam, zalewając się w trupa, ale to ty uciekłeś pierwszy! Tutaj, w to miejsce!
-To nie była ucieczka…- odparł cicho zakonnik- To było powołanie…
-Powołanie! Też coś!- prychnął z wściekłością. Im głośniej krzyczał, tym bardziej bolała go głowa, ale zupełnie to zignorował- Nie istnieje coś takiego jak powołanie, do cholery! Całe to powołanie to tylko i wyłącznie podejmowane przez nas wybory, które chcemy usprawiedliwić ładnym słówkiem i nadać temu sens. To, co wyprawiasz tutaj, nie ma sensu.
-Nie rozumiem, dlaczego tak twierdzisz… Leczę ludzi… Pomagam im… To, co robię…
-… Jest idiotyczne- skwitował z poirytowaniem Vergil- Chcesz leczyć ludzi? Naokoło jest wielu uzdrowicieli i medyków! Podróżują z wojskami, dostając za to duże honoraria, mieszkają w wioskach i doskonale im się wiedzie. A przede wszystkim, żyją jak normalni ludzie. Mógłbyś żyć w ten sam sposób i również pomagać ludziom! I nic nie stałoby ci na przeszkodzie! 
-Nie zrozumiesz tego, Vergil…- odparł spokojnie zakonnik- Takie miejsca jak to są bardzo potrzebne. Każdy może tutaj przyjść. Nie zwracamy uwagi na to, czy jest biedny, bogaty, jak bardzo ranny, czy jest mordercą, czy złodziejem, to nieistotne. Każdy dostanie tutaj coś do jedzenia i picia, każdy zostanie opatrzony i dostanie nocleg… Ludzie muszą wiedzieć, że mają dokąd wracać. Niezależnie od tego, co zrobili. 
-Niech będzie, do licha. Powiedzmy, że rzeczywiście wszystko prezentuje się tak wspaniale i cudownie. Ale po co ta cała otoczka? Po co to więzienie, w którym się zamknąłeś, po co samotnia? 
-Ludzie potrzebują wsparcia, Vergil… Nie tylko fizycznego, ale też duchowego. Od tego jesteśmy my.
-Od tego są kapłani!- żachnął się mężczyzna z poirytowaniem- A jednak żyją w inny sposób niż wy. 
-Nie jesteśmy kapłanami. Nie zajmujemy się odprawianiem ceremonii ani ofiarami…- Samuel wciąż wyjaśniał mu wszystko, z niezmiennym spokojem wymalowanym na jego twarzy- Mamy inne zajęcia. Nas nie utrzymują ludzie. Pracujemy, modlimy się, przyczyniamy do tego, by świat stał się chociaż odrobinę lepszy, nawet jeśli jedynie w obrębie tych murów. To nasze zadania. Dajemy pewien przykład ludziom, którzy chcą żyć inaczej i jesteśmy dowodem na to, że można żyć w ten sposób.
-Nie nazywaj tego życiem...- Vergil wykrzywił pogardliwie wargi, kręcąc z niedowierzaniem głową- To jest po prostu… To jest po prostu zamknięcie. Zupełne szaleństwo. Nawet, jeśli czasem się przydaje, niech istnieje! Niech inni się tym zajmują, ale nie ty! Dlaczego ty, Samuel? 
Kolejne słowa mógłby właściwie wymówić zamiast niego.
-To powołanie.
Miał ochotę uderzyć z całej siły w ścianę, by chociaż odrobinę odreagować i uwolnić z siebie wściekłość i agresję, która wezbrała się w nim pod wpływem tej rozmowy. Czy tylko on sądził, że to idiotyczne tłumaczenie się z niedorzecznych wyborów?! Niech ludzie ich dokonują, to ich sprawa, ale Samuel…
… Samuel nie powinien.
Samuel po prostu zostawił go samego, chowając się w klasztorze i nagle stając się tak obcym, jak nigdy w życiu.
-O tym chciałeś ze mną porozmawiać, gdy tu przyszedłeś…?- zaczął w końcu łagodnie zakonnik, a Vergil przeniósł na niego pełne czystej niechęci spojrzenie. 
-Nie- odparł, teraz już spokojniej i znacznie ciszej, chociaż w jego głosie wciąż brzmiały nuty rozgoryczenia i zdenerwowania.
-Więc o czym?- Samuel chyba nie zamierzał pozostać przy tamtym temacie, zapewne również nie czuł się dobrze, gdy o tym mówił, chociaż nie dał tego po sobie poznać w żaden sposób.
-O Rairze.
-Rairze?- zakonnik spojrzał na niego bez większego zrozumienia- Och! To nie twój były dowódca?
-Nie, ale razem walczyliśmy- wyjaśnił cicho mężczyzna. W czasach, kiedy jeszcze należał do królewskiej armii i w czasach, kiedy wszystko nie wydawało się takie mętne, szare i złe. W czasach, kiedy również uciekał od Samuela i jego klasztoru, ale znacznie dalej niż tylko w alkohol. I przede wszystkim w czasach, w których naprawdę miał okazję cokolwiek zdziałać i wybić się znacznie wyżej niż inni.
-W porządku. Co z nim?
-Spotkałem go dzisiaj… Jest teraz dowódcą wojsk, ma własną, niezbyt dużą armię. Przygotowują się do walki z Abianitami… Zaproponował mi, żebym do niego dołączył… Może nie tyle to, ale zaproponował mi powrót do armii, w zamian za tytuł dowódcy, własne wojsko i pewną autonomię. 
-Oczywiście się nie zgodziłeś?- głos zakonnika zabrzmiał dziwnie ostro.
-Oczywiście, że nie.
-Dziękuję bogom…
-… Podziękuj mnie- odparł kąśliwie Vergil, pozwalając sobie na ciche prychnięcie, komunikujące jego zniecierpliwienie i irytację. 
-Dostaliśmy wczoraj wiadomość od zakonników z północy. Podobno trwa tam straszna wojna, jest bardzo wiele ofiar, nie tylko wśród żołnierzy, ale przede wszystkim wśród ludności, która ucieka w coraz dalsze tereny w nadziei, że nie zostaną zajęte… Chowa się w klasztorach… Dwa z nich już runęły…- Samuel westchnął cicho- Ostatnia ostoja dla ludu, który przecież nie potrafi się już bronić… A nasz król, ucieka się do czynów dalekich wszelkiej moralności i również wysyła tam wojsko. Nie lepsi wcale niż Abianici, nie patrzą nawet, kto podchodzi im pod miecz. Zresztą wątpię, by rzeczywiście zależało im na obronie. Zaczęli werbować lud, obietnicą zwycięstwa, honorów i bogactw. I lud się tego domaga, rabując własne wsie i miasta. Król chyba zupełnie stracił głowę, jeśli bez mrugnięcia okiem może patrzeć na rzeź, jaka dokonuje się na jego własnych ziemiach. A przecież można było rozwiązać to w inny sposób…
-Tak…?- Vergil spojrzał na niego z nieskrywanym politowaniem- A co? Mieli usiąść i się pomodlić? Złożyć ofiarę? Przenieść się do klasztorów i zacząć hodować ziółka i rozprawiać o moralności, zamiast bronić swojej ojczyzny?
-Modlitwa czasem daje więcej, niż ci się wydaje- szepnął Samuel.
-Bzdura!- warknął ze złością Vergil- Modlitwa nie daje żadnych efektów. Gdyby tak było, wielcy panowie, zamiast szykować armie, kupowaliby sobie krocie zakonników, budowali im takie twierdze jak ta i kazali klęczeć do modlitwy! 
-Wojna nie jest rozwiązaniem. Nigdy.
-Wojna jest najlepszym rozwiązaniem- odparł mężczyzna z rosnącą irytacją- Ludzkość od tysięcy lat nie wynalazła lepszego. Bo jest rozwiązaniem skutecznym na dłuższy czas, a nie tymczasowym. Bo jest bardziej owocna niż sojusz, zawarty między dwoma państwami, który przez jakiś czas trzeba odnawiać przez ofiary z tej bardziej podatnej i słabszej strony. Bo słabsza strona nie ma prawa bytu, szczególnie, jeśli ta silniejsza może czerpać z jej terenów więcej. 
-To nie jest rozwiązanie- powtórzył raz jeszcze Samuel, z pełnym przekonaniem- Wojna to po prostu tragedia ludzi, którzy nie mają z nią nic wspólnego. Jest tylko zbrojnym, wyjątkowo krwawym i widowiskowym starciem pomiędzy właściwie dwójką osób rządzących jednym i drugim państwem, a na którym cierpią miliony. Jest zupełnie wbrew wszelkiej naturze…
-Wojna jest najbardziej naturalną sprawą ze wszystkich, bo leży w ludzkiej naturze… I na przestrzeni wieków nic się nie zmieniło, nigdy się nie zmieni… My toczymy swoje małe wojny, dzień w dzień, z ludźmi, którzy w jakiś sposób nam zawinili. Każdy spór można nazwać małą wojną. Lecz jeśli spierających podniesiesz teraz do miana szlachty, zapewne z małego sporu stworzy ona zaraz większy i zamiast potyczek słownych, wkrótce będziesz oglądał niedużego formatu wojnę domową. Cóż więc się dziwić, że władcy uciekają się do takich rozwiązań, skoro mają do stracenia więcej niż tylko honor… Ale tacy jak ty nigdy tego nie zrozumieją- stwierdził z pogardą- Siedzisz tu zamknięty i wydaje ci się, że każda przelana kropla krwi jest okrucieństwem i brutalnością. Jeśli Abianici wkroczą na te ziemie, będziesz obserwował prawdziwe okrucieństwo na własne oczy, bo nie lubią się cackać ze swoimi przeciwnikami. Dążą do szybkiego podporządkowania sobie wszystkiego, co istnieje i nie okażą łaski dla kilku zakonników, głoszących wszem i wobec zafajdaną moralność, o której nawet teraz nikt nie chce słyszeć. To jest właśnie naturalne prawo. Organizm silniejszy, lepszy, zawsze wyprze ten słabszy i niepotrzebny. Jeśli któreś państwo rozwija się szybciej od innego, potrzebuje większych terenów do zagospodarowania, nie oczekuj, że będzie czekało łaskawie, aż sami wspaniałomyślnie mu je oddamy. A z naszej strony to po prostu obrona kraju. 
-Niewinni ludzie giną...- Samuel wpatrywał się w niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w życiu- Kobiety i dzieci. Nie tylko wojownicy, ale też prości chłopi, każdy jeden, kto tylko nawinie się pod miecz. To jest okrucieństwo. Dziwię się, że możesz nazywać to „obroną kraju”, podczas, gdy twoi obrońcy kraju rabują go jeszcze bardziej niż ci, którzy nas napadają. 
-Bronią twojego tyłka i to przede wszystkim się liczy- odparł Vergil z ciężkim westchnieniem- Ale ty nigdy nie będziesz w stanie tego zrozumieć, mówiłem ci. Nie masz pojęcia, jak wygląda świat. Zamknąłeś się tutaj i uważasz, że przez kilka wiadomości od biernych obserwatorów całego zdarzenia możesz wszystko oceniać i podważać. Nie możesz. Co z tego, że kilku kretynów pojechało tam tylko po to, żeby zagrabić dla siebie jak najwięcej? Ludzie są świadomi tego, co się dzieje. Wiedzą, że jeśli tak dalej pójdzie, przyjdzie im zginąć albo stać się niewolnikami, jeńcami. Dlatego wolą zginąć teraz, w walce za swoje ziemie, za swoje rodziny.
-Dziwię się, że skoro masz na ten temat takie zdanie, nie zgodziłeś się dołączyć…- Samuel posłał mu pełne niedowierzania spojrzenie, jakby naprawdę spodziewał się, że Vergil może przedstawiać inny punkt widzenia- Co niby stało ci na przeszkodzie…?
-Klątwa.
-Co…?- Samuel spojrzał na niego bez większego zrozumienia, po czym parsknął śmiechem- Chyba nie mówisz o tej…
-Tak, mówię właśnie o tej!- przerwał mu Vergil z poirytowaniem- Naprawdę nie rozumiem, co cię tak bawi!
Owa klątwa, na przestrzeni lat, zmieniła dla Vergila więcej, niż mógł się spodziewać. Gdyby się o niej nie dowiedział, być może dziś byłby jak Rair, być może wcale nie odszedłby z armii, ale… Za jaką cenę? 
Gdy był jeszcze stosunkowo młody, jego rodzice zginęli i wychowywał się bez nich. Byli prostymi rolnikami, toteż nigdy nie dziwił się, że przekonywali go do pozostania w rodzinnej wsi i nie chcieli, by brał udział w walkach i wojnach. I Vergil zapewne by został. Gdyby został także Samuel. I gdyby jego rodzice nie zginęli. Ale stało się zupełnie inaczej. I właściwie dopiero będąc w armii dowiedział się czegoś, o czym być może powinien wiedzieć od samego początku.
-Bawi mnie to, że ktoś, kto tak usilnie twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak powołanie i przeznaczenie, i twierdzi, że wszystko jest naszym świadomym wyborem, wierzy w coś tak banalnego jak klątwa…- Samuel posłał mu pełne politowania spojrzenie i pokręcił z niedowierzaniem głową- Chyba powinieneś o tym po prostu zapomnieć.
Vergil prychnął ze złością. Jasne, tak łatwo jest zapomnieć o tym, że zgodnie z przepowiednią ma stać się przyczyną klęski swojego narodu. Cholerny Samuel.
-Dobrze wiesz, że o tym nie zapomnę- mruknął z niechęcią- To właśnie przez to odszedłem z wojska.
-To, że odszedłeś, to akurat jedyny plus całej tej chorej sytuacji…- westchnął ciężko zakonnik- Nie pomyślałeś o tym, że to dziwne, że dowiedziałeś się o wszystkim po tak długim czasie? Dopiero, gdy twoja kariera zaczęła się rozwijać? Od twojego wuja? Nie sądzisz, że może po prostu… Chciano się ciebie pozbyć?
-Do licha, ty naprawdę nie rozumiesz! Przecież wiesz, że rodzina od samego początku była przeciwna temu, żebym zajmował się podobnymi rzeczami!
-Dziwisz się…? A poza tym… Dobrze wiesz, gdzie mieszkaliśmy… Ludzie nie byli zbyt… Cóż… Po prostu byli zacofani- stwierdził Samuel- Wierzyli w różne zabobony, w które ty wierzyć nie powinieneś. Nawet, jeżeli rzeczywiście mieli zatarg z inną rodziną, a oni rzucili podobne słowa, to absurd, żeby twierdzić, że to jakaś klątwa. I że się spełni. Vergil, na litość bogów… Przecież ledwie chwilę temu powtarzałeś mi, że wszystko zależy od nas samych. Czemu chcesz układać swoje życie pod jakąś klątwę, o ile takowa w ogóle istnieje i czemu oczekujesz, że się spełni?
-Nie oczekuję! Wprost przeciwnie! Nie chcę, żeby się spełniła, a to zupełnie co innego!- Samuel po prostu nie potrafił tego zrozumieć. Vergil był przerażony, gdy się dowiedział i zdecydowanie nie brzmiało to, jakby ktoś robił sobie z niego żarty. A jego wujowi wcale nie zależało na usunięciu go z wojska, wprost przeciwnie, zawsze go wspierał, chociaż przyglądał się jego działaniom z niepokojem- Zresztą… Nie masz o tym pojęcia. 
-To twój podstawowy argument.
-Wiem, co ze mną jest. I wiem, że jest jakaś klątwa. A to wystarczy, żeby nie babrać się w czymś, co może rzeczywiście doprowadzić do takiej, a nie innej sytuacji…
-Vergil, nie sądzę, żebyś…
-Daj spokój- prychnął rozjuszony- Co innego gadki o powołaniu, a co innego czarna magia…
-Vergil…- Samuel wpatrywał się w niego tak, jakby uznał, że ten zwariował- Nie twierdzę, że magia nie istnieje, ale nie wiem, dlaczego ktoś miałby rzucić klątwę akurat na ciebie. O takiej treści. To zupełnie idiotyczne.
-Idiotyczne jest siedzenie tutaj całymi dniami- odciął się mężczyzna, chociaż nie był to najlepszy kontrargument- A zresztą… Wolałbyś, żebym wstąpił z powrotem do królewskiej armii?
-Oczywiście, że nie- stwierdził stanowczo Samuel- Dobrze wiesz, jakie mam zdanie na ten temat… Cieszę się, że odmówiłeś, ale… Powody mnie nie zadowalają.
Vergil syknął coś pod nosem. Jasne. Cholerny Samuel, pewnie chciałby z jego strony usłyszeć deklarację o czystości, moralności i niewinności. Też coś. 
-Więc… Tylko to chciałeś mi powiedzieć?- Samuel spoglądał na niego uważnie. Vergil wzruszył ramionami, na powrót wtulając się w pościel pachnącą mężczyzną. Chyba chciał go po prostu zobaczyć. Znowu. Chęć rozmowy była tu kwestią drugorzędną i raczej oczekiwał pewnego rodzaju zrozumienia, którego jednak, co nie powinno go specjalnie dziwić, nie otrzymał. Bezpowrotnie minęły już czasy, gdy z Samuelem rozumieli się bez słów. 
-Pójdę się przebrać- oznajmił zakonnik, wyciągając z szafy złożoną dokładnie białą szatę.
-Możesz tutaj.
Samuel posłał mu pełne politowania spojrzenie.
-No co?- zapytał cicho Vergil- Przecież cię już widziałem…
-Nie wracajmy do tego, dobrze?
Vergil wykrzywił wargi, w geście niemal pełnym rozgoryczenia.
-Chcesz o tym wszystkim zapomnieć, prawda…?
-Vergil…
-Po to tu jesteś- syknął z poirytowaniem, podnosząc się z miejsca- Tak naprawdę wcale nie życzysz sobie mojej obecności! Gdybyś nie musiał, nie wysłuchiwałbyś mnie! Nie chcesz mnie tutaj, powiedz to wreszcie!
-Nie zaczynaj znowu…- Samuel spoglądał na niego niemal prosząco- Dobrze wiesz, jaka jest sytuacja… Przeszłość nie ma tutaj nic do rzeczy. Jesteś moim przyjacielem, jesteś dla mnie bardzo ważny…
Vergil łupnął z wściekłością w ścianę. Zakonnik spojrzał na niego z lekką obawą, cofając się odrobinę.
Mężczyzna przysunął się do niego, ale nim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, drzwi komnaty otworzyły się i stanął w nich opat Lotario, będący już zdecydowanie starszym mężczyzną.
-Vergil…- spojrzał na niego surowo, a ten odsunął się odrobinę. Lotario doskonale wiedział, co się między nimi działo. Za równo wcześniej, jak i teraz, chociaż właściwie jedynie ze strony Vergila- Jesteś pijany. Mówiłem ci już, żebyś nie przychodził do niego w takim stanie. Samuel, proszę, przebierz się i przygotuj do śniadania. 
Ciemnowłosy skinął głową, bez słowa chwytając za szatę i opuszczając pomieszczenie. Lotario wpatrywał się w Vergila z niezadowoleniem. Nigdy nie podobało mu się zresztą, że tu przychodził.
-Mieszasz mu w głowie- stwierdził szorstko. Zdecydowanie nie darzyli się sympatią- Samuel wybrał swoją drogę i wie, co robi. Nieuczciwym z twojej strony jest zarzucanie mu jakiejś osobistej zdrady. I tak ma dużo na głowie, nie zrzucaj mu własnych problemów na barki. Jest tylko i wyłącznie przyjacielem, i nie wymagaj od niego więcej. To jest jego miejsce i wiesz o tym równie dobrze, jak ja. 
-Nie sądzę, żebyś miał o tym jakiekolwiek pojęcie- prychnął Vergil.
-Obudź się i przestań żyć przeszłością!- syknął starzec- I daj żyć temu chłopcu, niczym ci nie zawinił! Każdy ma swoją drogę, pozwól jemu iść tą, którą sobie obrał, bez wyrzutów sumienia. I zajmij się wreszcie swoim życiem… Bo ostatnio jesteś jego głównym zmartwieniem i ciągle przysparzasz mu nowych problemów. 
-W takim razie nie pojawię się tu więcej- stwierdził, na tyle donośnie, że liczył chyba, że zostanie usłyszany także przez Samuela, po czym wyszedł, trzaskając głośno drzwiami. Wracając, nie dbał już wcale o zachowanie ciszy, wprost przeciwnie. Zdziwiłby się, gdyby nie pobudził wszystkich w klasztorze.
Dobrze wiedział, że i tak wróci.
Równie dobrze wiedzieli to Lotario i Samuel, zbyt często już zarzekał się, że jest tu po raz ostatni. 
Brakowało mu silnej woli, nawet teraz, będąc już w progu, ledwie kilka chwil po wypowiedzeniu tych słów, już zastanawiał się nad tym, co powie mu, gdy zobaczą się po raz kolejny. 
I tak, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to po prostu żałosne. 


Wiedział, że nie zachowuje się wobec Samuela w porządku. Starał się, owszem, czasami się hamował przed powiedzeniem czegoś, co mogłoby sprawić mu przykrość, ale ostatnimi czasy było mu coraz trudniej. Samuel zdawał się oddalać coraz bardziej. Gdy tylko wstąpił do zakonu, Vergil był zupełnie zdumiony, ale podejrzewał, że to tymczasowa sprawa, że szybko z tego zrezygnuje. Stało się inaczej i z dnia na dzień, mimo tego, że przecież się widywali, rozmawiali ze sobą, czuł się tak, jakby Samuel był zupełnie obcy.
Jakby ta jedna decyzja sprawiła, że stał się zupełnie innym człowiekiem.
Bo tak właściwie było. Jeszcze na samym początku, gdy tylko zamieszkał w klasztorze, nie było w nim dużej zmiany. Kiedy się kłócili zawsze był bardzo poruszony, martwił się o niego, chciał utrzymać kontakt… Ale teraz… Ale teraz Samuel był zawsze spokojny i opanowany. Nie pokazywał nawet po sobie żadnej troski, chociaż Vergil czuł, że zależy mu na nim. W pewien sposób… Zupełnie inny, niż wcześniej… Ale najgorsze było to, że miał wrażenie, że Samuel tak naprawdę wcale nie chce się z nim widzieć. Że być może łatwiej byłoby, gdyby Vergil po prostu dał mu spokój. Zacząłby wszystko od nowa. 
Nie cierpiał tego uczucia.
I jeszcze te wszystkie wyrzuty… Do diabła! Pił, i co z tego?! Miał do tego prawo. To było jego życie i nawet, jeżeli rzeczywiście nie panował nad nim do końca, Samuel nie powinien traktować go w taki sposób, jakby był dzieckiem i robił na złość samemu sobie. 
Zbliżał się niespiesznym krokiem w stronę jego ulubionej polany.
Zwyczajowego przystanku na drodze do North Side.
Na każdej drodze właściwie.
Chyba nic nie przywoływało jego wspomnień bardziej…
Był pewien, że gdyby Samuel nie poszedł do tego przeklętego zakonu, wszystko byłoby zupełnie inaczej. Żyliby pewnie gdzieś razem, Samuel zajmowałby się leczeniem ludzi, skoro tak mu na tym zależało, a Vergil… Vergil właściwie nie miał pojęcia, czym mógłby się zajmować w takim przypadku, ale z pewnością coś by się dla niego znalazło. Cokolwiek, byleby tylko być z Samuelem. Żyłby spokojnie, bez świadomości klątwy. A nawet jeśli miałby jej świadomość, nie miałby się czym martwić.
A teraz…
Teraz wszystko szło po prostu fatalnie.
Doszły go dźwięki nieszczęśnie maltretowanej piszczałki i już wkrótce jego oczom ukazał się chłopak, którego widział w tym miejscu także ostatnim razem. Siedział pod tym samym drzewem i tak jak ostatnio grał, zmianie nie uległy też z pewnością jego umiejętności, które pozostawiały wiele do życzenia.
Vergil zatrzymał się, z lekkim rozbawieniem na grającego z niezwykłym wprost zapałem chłopaka. Jasnowłosy dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że jest obserwowany. Przestał grać i przeniósł spojrzenie intensywnie zielonych oczu na Vergila, po czym uśmiechnął się.
-Czym ci zawiniła ta bogom ducha winna piszczałka, że ją tak kaleczysz…?- parsknął mężczyzna.
Chłopak zaśmiał się pogodnie.
-Staram się nauczyć grać po prostu…
-Nie idzie ci najlepiej- Vergil wciąż spoglądał na niego z nieskrywanym rozbawieniem- Pewnie dlatego w pobliżu nie słychać w ogóle śpiewu ptaków… Wszystkie pewno pouciekały… Brzmi to tak, jakbyś któregoś z nich mordował w mało subtelny sposób, więc to nie dziwne…
-Cóż…- chłopak wzruszył ramionami, wciąż uśmiechając się- Ptaków nie ma w okolicy już od dawna. Właściwie to zacząłem grać, żeby je jakoś przywołać…
-Nie brzmi to przekonująco…
Jasnowłosy zachichotał i skinął głową.
-Tak, wiem… Odleciały już dużo wcześniej i to właściwie wszystkie w jednym czasie…- stwierdził w zamyśleniu- W ogóle, mało zwierząt pozostało w okolicy, nie wiedzieć czemu… Wszystko się zmienia.
… O tak, wszystko się zmienia…
-To prawda, że dosięgnie nas niedługo wojna?- chłopak wpatrywał się w niego z nieskrywaną ciekawością.
-Cóż… Trudno powiedzieć, ale to możliwe… Póki co, walki toczą się w dalekiej północy, jeszcze jesteśmy bezpieczni…- uśmiechnął się lekko- Nie na bieżąco z informacjami?
-Mam daleko do miast i wsi- odparł pogodnie jasnowłosy- Nie lubię tłumów. Lubię za to naturę, a tu mam jej aż nadto.
-Mieszkasz tu?
-Pod tym drzewem?- zaśmiał się i pokręcił głową- Nie, dopiero za tamtym pagórkiem… Mam tam dom, swoją hodowlę… I całkiem dobrze żyję. Czasem podróżują tędy kupcy, wtedy mogę nawet coś dostać albo uhandlować… No i wojownicy, to od nich głównie czerpię informacje. Lubię tu siedzieć. Ta polana jest po prostu bardzo ładna.
-Rzeczywiście- potwierdził Vergil, z mimowolnym westchnieniem.
-Widziałem cię już tu wcześniej chyba…- chłopak przechylił lekko głowę, wpatrując się w niego z uwagą- Często tędy przechodzisz? 
-Od czasu do czasu… Wędruję do North Side, mam po drodze…
-Po co?
Vergil milczał przez dłuższą chwilę, nie wiedząc zupełnie, co odpowiedzieć. No właśnie. Po co tam właściwie szedł? Pomógł mieszkańcom, dostał swoje wynagrodzenie. Nie miał tam czego szukać. Nigdzie nie miał. Nie miał swojego miejsca.
-Nie chcesz mówić, nie mów…- jasnowłosy wzruszył ramionami, chociaż wciąż wpatrywał się w niego z zainteresowaniem.
-Nie, po prostu… Sam nie wiem, po co… Nie mam żadnego konkretnego powodu…
Chłopak uśmiechnął się lekko, niemal ze zrozumieniem.
-Skoro jesteś wędrowcem, który nie potrzebuje żadnej wymówki i przyczyny… Mógłbyś któregoś dnia zawędrować też tutaj na dłużej… Mam gruszkowe piwo w piwnicy- mrugnął do niego porozumiewawczo- Mogę się podzielić…
Vergil zaśmiał się cicho, spoglądając na niego uważnie, po czym odparł powoli:
-A ja właściwie… Ja właściwie mogę zostać. 


~*~*~


Mario wzorowo wprost zastosował się do poleceń nekromanty i zapewne dzięki temu już kolejnego dnia był na miejscu. Cały i zdrowy. To samo tyczyło się nieszczęsnego kocięta, które wciąż było przerażone i szukało tylko możliwości ucieczki od mężczyzny. 
Ale na to Mario nie pozwolił.
To jakby zgubić całe swoje wynagrodzenie!
-Witaj, łaskawy panie- rzucił pogodnie od progu, trzymając w dłoniach zwierzę.
Mervion de Villo oderwał się na chwilę od przeglądania jakichś pergaminów i spojrzał na niego ze zdziwieniem, dalekim jednak od entuzjazmu. 
-Już…?- zapytał nieco niepewnie, po czym przeniósł spojrzenie na kota- Tak szybko…?
-Tak- potwierdził wesoło Mario. Kto wie…? Może dostanie za to jeszcze większe wynagrodzenie?!- Oczywiście nie było zbyt łatwo… Ale miałeś rację, panie, mieszka tam nekromanta. To znaczy, nie jest nekromantą. To znaczy już nim nie jest, bo jest grabarzem. Ale zrobił dla mnie wyjątek… Nie twierdzę oczywiście, że nie było w tym mojego udziału… W każdym razie udało się i kociak jest cały i zdrowy.
Mężczyzna wpatrywał się w niego tak, jakby widział go po raz pierwszy w całym swoim życiu.
-A-ale…- zająknął się, jakby zupełnie nie wiedział, co odpowiedzieć, po czym przeniósł podejrzliwe spojrzenie na kota- To to samo zwierzę? 
-Tak.
-Nie kupiłeś gdzieś przypadkiem podobnego…?
-Nie, mój panie- parsknął Mario, kręcąc głową- Poszedłem do tego nekromanty, jak mi kazałeś. To dokładnie ten sam kot, przyjrzyj się panie… No… Może mogą być pewne różnice… Bo jakby… Rzuciłem nim o ścianę… Ale nie celowo… To znaczy… Eee… To długa historia- zachichotał nerwowo, po czym wyciągnął kota w kierunku mężczyzny- Proszę.
Mervion wciąż wydawał się być tak osłupiały, jakby nie miał bladego pojęcia, co się wokół niego dzieje. 
-I ten nekromanta ci pomógł…?- zapytał w końcu, unosząc brew w pytającym geście- Tak bez niczego…? Bez żadnego wynagrodzenia…? 
-No… Tak jakby…- odparł Mario, wzruszywszy ramionami- Powiedział, że to tylko kot i po prostu to zrobił. Coś nie tak?
-Cóż… Trudno mi w to uwierzyć…- mężczyzna wydął wargi i pokręcił głową- W końcu, skoro się tym nie zajmuje… Poza tym jesteś tak szybko…
-Hm…- Mario spoglądał na niego, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi- Przecież sam powiedziałeś, łaskawy panie, że twoja córka dostrzeże zmianę. Może więc po prostu pokaż jej to zwierzę i sama zobaczy.
Mervion odkaszlnął z lekkim zażenowaniem i poczerwieniał.
-Nie- stwierdził powoli, biorąc od niego zwierzę- Nie ma takiej potrzeby… Wierzę ci oczywiście…
Mario uśmiechnął się pogodnie, ale mężczyzna wcale nie podzielał jego pogody ducha. Wprost przeciwnie, zdawał się rozdrażniony, ale Mario nigdy nie miał w zwyczaju zastanawiać się nad podobnymi rzeczami zbyt długo. Chciał po prostu uzyskać swoje wynagrodzenie.
I rzeczywiście, po chwili pan de Villo sięgnął do swej sakiewki i wyjął z niej pięć złotych monet, podając je szatynowi. 
Mario przyjął je z nieskrywanym rozczarowaniem. Cóż, nie da się ukryć, że spodziewał się znacznie więcej…
-O co chodzi?- mężczyzna uniósł brew, spoglądając na niego szorstko- Nie zajęło ci to dużo czasu, więc nie było trudne… Chyba tyle wystarczy?
-Oczywiście, mój panie- zreflektował się natychmiast Mario, niedobrze było bowiem żądać od pana de Villo zbyt dużo, nie miał on zbyt wiele cierpliwości, a za człowieka nazbyt hojnego również nie uchodził- Bardzo ci dziękuję. 
Nijak to się miało do fantazjowania o całym worku pieniędzy. Taka suma z pewnością nie wystarczy mu na długo, a biorąc pod uwagę fakt, że nawet nie miał obecnie gdzie się zatrzymać, cóż… Nie zapowiadało się raczej kolorowo…
-Mam dla ciebie jeszcze jedno zadanie…- zaczął powoli pan de Villo, tym razem jednak wykrzesawszy z siebie uśmiech- Mam nadzieję, że uporasz się z nim równie prędko…
-Zadanie?- zapytał Mario z autentycznym entuzjazmem. Rzadko się zdarzało, by jego pracodawca tak szybko zlecał mu cokolwiek. Pewnie dlatego, że poprzednie misje kończyły się fiaskiem. Może teraz rzeczywiście dostrzegł, że Mario jest godzien zaufania…? Że też coś potrafi? Ha! Byłoby wspaniale!
-Tak, tak… Coś w twoim stylu… Jak wiesz, jestem miłośnikiem polowań, od dawien dawna jednak poszukuję pewnego zwierzęcia, ale jakoś nigdy… Nie mogłem na nie trafić. Jest magiczne.
-Magiczne? Co to za zwierzę, mój panie…?
-Maeron. Istota pojawiająca się z pierwszym promieniem słońca i równie szybko znikająca… Wydaje się być mieszaniną konia i węża… Zresztą… Na pewno poznasz, jeśli ją dostrzeżesz…- na twarzy mężczyzny po raz kolejny pojawił się krótki uśmiech- Nagrodzę cię hojnie. Dostaniesz tyle, ile twoja zdobycz będzie ważyć…
Mario był autentycznie podekscytowany. Jego pan po raz pierwszy obdarzył go takim zaufaniem! Dał mu do zrobienia coś poważnego! Po prostu nie mógł się nie cieszyć, bo to zapewne oznaczało, że zmieni się jego sytuacja finansowa, a kto wie… Może, jeśli tak dalej pójdzie, zmianie ulegnie także niezbyt pochlebna reputacja, chociaż to akurat kwestia drugorzędna… 
-To tyle. Możesz wyruszać.
-Ale… Ale gdzie mam jej właściwie szukać? I co mam z nią zrobić, jeśli już ją znajdę? Złapać i przynieść, zabić? 
-Cóż… Eee… Hm… Prawdopodobnie znajdziesz ją wszędzie, ale…- Mervion odkaszlnął odrobinę nerwowo- Najlepiej chyba, jeśli poszukasz w jakimś lesie… Dostajesz pełną dowolność, rób co chcesz, po prostu ją przynieś…
-Oczywiście!- potwierdził z entuzjazmem Mario- Może być pan pewien, nie zawiodę tym razem!
-Na pewno…
Wojownik ruszył do wyjścia z szerokim uśmiechem na twarzy. Chyba wreszcie przekonał się, jakie to uczucie zostać docenionym… Dostać poważne zadanie… Obietnicę wynagrodzenia… Ha! Wreszcie, wreszcie, wreszcie! Musiałby być zupełnym głupcem, żeby zmarnować taką okazję! Chociażby miał szukać tego zwierzęcia noce i dnie, znajdzie je! I udowodni, że naprawdę potrafi więcej, niż wszyscy sądzą!
-Aha, Mario…
-Hm?
-Nie wracaj, dopóki go nie znajdziesz.


Pierwszym miejscem, w które się udał, był dom nekromanty. W końcu obiecał mu już połowę, co prawda i tak marnego, ale jednak wynagrodzenia, prawda? No dobrze… Może nie do końca o to chodziło. Może szukał swego rodzaju pretekstu do tego, by po raz kolejny z nim porozmawiać, ale przecież… Och, no dobrze. Był samotny. Odrobinę samotny, rzecz jasna, nie na tyle, by z tego powodu szczególnie cierpieć, ale niski poziom finansowy i wrodzona wręcz nieporadność, żeby nie nazwać tego nieco brutalniej, nie sprzyjały zjednywaniu sobie przyjaciół, którzy jakoś coraz częściej go unikali, szczególnie, jeżeli miał potrzebę przenocowania u nich albo życia na ich rachunek przez kilka dni. Natomiast nekromanta był… Dziwny. To było pierwsze, co rzucało się w oczy. Ale też swego rodzaju fascynujący, chociaż kości, wnętrzności zwierząt i różne dziwne ziółka nie robiły z pewnością dobrego wrażenia na ewentualnych odwiedzających.
… O ile rzeczywiście takowych miewał.
Mario stanął przed drzwiami i zapukał w nie donośnie, przygotowany już na to, że być może, jak ostatnio, będzie musiał długo poczekać, nim zostanie wpuszczony. Tym razem jednak drzwi otworzyły się prawie natychmiast, a nekromanta wyjrzał przez nie podejrzliwie, mierząc mężczyznę uważnym spojrzeniem.
-Czego chcesz?
Mario wyszczerzył się pogodnie.
-Mogę wejść?
Nekromanta westchnął ciężko, po czym niekoniecznie chętnie, odsunął się z progu. Szatyn dumnie wkroczył do środka, nie odnotowując we wnętrzu chatki żadnych znaczących zmian i sięgnął do swojej sakiewki, wyciągając z niej dwie złote monety i wręczając je nekromancie.
-Tak jak mówiłem… Połowa wynagrodzenia dla ciebie.
Mężczyzna uniósł brew w pytającym geście, spoglądając na pieniądze cokolwiek niechętnie.
-Jesteś głupi i uparty- stwierdził powoli- Ale uczciwy. Najwyraźniej każdy ma jakieś zalety… Tak czy inaczej, nie chcę ich.
-Nie chcesz?- zdziwił się Mario- Dlaczego? Nekromanci nie muszą się niczym żywić…?- jego wzrok powędrował do poustawianych na półce słojów, w których spoczywały jakieś wnętrzności w dziwnym płynie i wzdrygnął się mimowolnie.
-A ty żywisz się złotem?
-No… Pośrednio jakby- parsknął cicho szatyn, wzruszywszy ramionami.
-Mam tutaj wszystko, czego potrzebuję- stwierdził nekromanta, posyłając jednocześnie mężczyźnie takie spojrzenie, jakby on się do tej kategorii zdecydowanie nie zaliczał- Pieniądze są zbędne, potrafię się utrzymać sam… 
-To jak mam ci zapłacić?- Mario spojrzał na niego, parsknąwszy cicho- W naturze?
Nekromanta posłał mu dziwne spojrzenie. Bardzo dziwne spojrzenie. A on sam odkaszlnął, lekko zażenowany swoimi słowami.
-W sensie… Czy mam ci pozbierać jakichś ziółek, czy coś… No… Sam wiesz…
-Nie trzeba.
-W porządku.
Cisza, jaka między nimi zapadła, była co najmniej niezręczna. Nekromanta nagle bardzo zainteresował się jakąś kupką ziół, na którą wcześniej zupełnie nie zwracał uwagi.
-Swoją drogą… Niezbyt duże dostałeś to wynagrodzenie…- stwierdził, nie patrząc nawet w jego stronę.
-Jakby…- westchnął cicho Mario, wciąż jednak wpatrując się w mężczyznę uważnie, jak gdyby w oczekiwaniu na jakieś kolejne nietypowe zachowania- Spodziewałem się trochę więcej, nie da się ukryć, no ale…- rozjaśnił się natychmiast i uśmiechnął lekko- Dostałem od razu nowe zadanie, więc prawdopodobnie teraz będzie lepiej niż kiedykolwiek. Mam zapolować na pewne stworzenie i dostanę tyle złota, ile ono waży!
-Fascynujące… Polujesz na jaszczurki?
-Na coś znacznie lepszego- stwierdził z dumą szatyn, nie wdając się jednak w szczegóły i chyba oczekując, że nekromanta sam zapyta.
Nie zapytał.
Mario podszedł do niego powoli, zerkając mu przez ramię.
-Idziesz już?- padła od strony nekromanty niezbyt subtelna aluzja. 
-Może zaraz- mruknął Mario, opierając głowę na jego ramieniu. Mężczyzna wzdrygnął się, spoglądając na niego niemal z niepokojem.
-Czego ty…?
Mario uśmiechnął się przebiegle i cmoknął go w usta. Krótko, szybko, bez zbędnych sensacji. I z lekkim rozbawieniem obserwował, jak nekromanta odsuwa się lekko, najwyraźniej zupełnie zdezorientowany nie spuszczając jednak z niego, zaskoczonego nieco spojrzenia.
-Co ty wyrabiasz…?- jego głos nie pobrzmiewał nawet rzeczywistym zdenerwowaniem, raczej zażenowaniem i zdziwieniem.
-No widzisz…- zaśmiał się cicho Mario, przysuwając do niego jeszcze bliżej- Może i rzeczywiście nie jestem zbyt… Okrzesany… Ale wiem, jak reagują na mnie kobiety… No i niektórzy mężczyźni…- dodał, z wyraźną satysfakcją obserwując, jak twarz nekromanty pokrywa się lekkim rumieńcem. 
Chciał sobie z niego czysto niewinnie pożartować. No dobrze. Może nie tak do końca czysto niewinnie, ale nie oczekiwał zbyt wiele. Raczej tego, że zaraz zostanie wywalony za drzwi, ewentualnie mało kulturalnie spławiony. Bądź, co bądź, nekromanci wiodący pustelniczy tryb życia i polerujący z namaszczeniem swoje słoje z wątrobą i bogowie wiedzą, czym jeszcze, nie kojarzyli mu się z miłośnikami męskich wdzięków. 
Toteż nie da się ukryć, że przeżył pewnego rodzaju szok, gdy nekromanta po prostu nieco gwałtownie i chaotycznie wpił się w jego wargi, a następnie pchnął go w kierunku stołu. Usta mężczyzny były szorstkie, a pocałunki nieporadne i jakby mechaniczne, zdawać by się mogło, że naprawdę dawno już nie miał tu nikogo… Eee… Żywego. Ale to nie powinno nikogo dziwić.
Mario wsunął dłoń w jego włosy, starając się jednak nie naruszyć wyjątkowo nietypowych ozdób i oddał pocałunek, czyniąc go odrobinę bardziej delikatnym i przyjemnym. Nekromanta nie czekał długo i już po chwili uniósł go, nieco brutalnie sadzając na blacie. Mario dopadł tylko jakiś trzask i zerknął kątem oka na szczątki słoika leżące na posadzce i coś zdecydowanie mało przyjemnego dla oka, rozlewające się razem z dziwacznym płynem.
-Twoja wątroba leży na podłodze- zakomunikował, odrywając się na chwilę od jego warg- To znaczy… Nie TWOJA wątroba, ale…
-Niech leży- przerwał mu niecierpliwie mężczyzna i na powrót pocałował jego wargi, a Mario zdecydowanie nie miał nic przeciwko. Nekromanta, mimo wszystko, był w jakiś dziwny sposób pociągający. Chaotyczny w swych ruchach, owszem, ale jednak pociągający. Co prawda w jego fantazjach erotycznych prezentował się zapewne nieco inaczej, ale…
To znaczy w jego EWENTUALNYCH fantazjach erotycznych, bo nie żeby takie o nekromancie miewał.
Oczywiście, że nie.
Faceci przesiadujący całymi dniami z trupami nie są fajni.
Nekromanta zsunął z niego spodnie i naparł na niego całym ciałem, czym chyba ostatecznie wyjaśnili kwestię, kto tu będzie stroną dominującą. 
Nawet, jeśli owa strona dominująca w iście groteskowy sposób zakasała teraz swoją szatę i weszła w niego gwałtownie.
Mario jęknął głośno, zaciskając dłonie na ramionach nekromanty.
-Delikatniej…- wysyczał niemal, bo początkowym odczuciom daleko było do szeroko pojmowanej przyjemności.
-Przepraszam… Dawno nie miałem tu nikogo żywego…
-No wierzę…- parsknął szatyn- Trupy raczej nie przyzwyczajają do subtelności… Nie mówię o seksie, przecież- dodał prędko, widząc iście mordercze spojrzenie nekromanty i zaraz poczuł kolejne, tym razem mniej brutalne pchnięcie. 
Rozluźnił się odrobinę, wzdychając miarowo. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak cała sytuacja musiałaby śmiesznie wyglądać dla kogoś postronnego… I jeszcze ten nietypowy ubiór nekromanty… Zachichotał niepohamowanie, wtulając twarz w jego szyję.
-Z czego… Z czego się śmiejesz, u diabła…?
-Z twojej… Ach… Z twojej sukni, rzecz jasna…- udało mu się w końcu wyartykułować, w przerwie między cichymi jękami.
-To nie suknia.
-A co?
-Szata!
-Niech będzie- parsknął cicho, odchylając głowę do tyłu- Szata… Tak czy inaczej, czuję się, jakbym uprawiał seks z kobietą, a nie… Ach!- jęknął przeciągle, gdy męskość nekromanty natrafiła na wyjątkowo wrażliwy punkt. No dobrze… Kobieta zdecydowanie by tego nie zrobiła. 
Dłoń nekromanty zacisnęła się na jego męskości, masując ją w rytm swoich coraz szybszych, z chwili na chwilę, pchnięć. Mario umilkł, zagryzając wargi, by stłumić coraz głośniejsze reakcje na jego pieszczoty, i po chwili doszedł w jego dłoni. Mężczyzna wykonał jeszcze kilka głębszych pchnięć i skończył w jego wnętrzu.
Przez moment nie odrywali się jeszcze od siebie, uspokajając oddech, ale w końcu, ku nieznacznemu rozczarowaniu Mario, nekromanta odsunął się, opuszczając sukie… Eee… Szatę. Opuszczając szatę. 
-Praktyczne- skwitował szatyn, z pewnym powątpiewaniem spoglądając na swoje nogi, pokryte ich nasieniem. Westchnął cicho, sięgając po jakąś szmatkę leżącą na stole i wycierając je powoli.
-Zgadza się…- odparł gładko mężczyzna, po czym dojrzał jego poczynania i jęknął cicho- To moja rytualna… Ach, zresztą- machnął obojętnie dłonią.
-No wybacz, ale muszę się wytrzeć, przynajmniej z twojego- parsknął Mario, wskazując niemal oskarżycielsko na pozostałości nasienia na jego skórze.
-A po czym poznajesz, które jest moje?- nekromanta uniósł brew w pełnym politowania geście.
-Po kolorze. Twoje jest niebieskie. Żartowałem, żartowałem!- dodał prędko, widząc spojrzenie mężczyzny i naciągając spodnie na tyłek- No dobra. To idę.
-J… Już?- zapytał z zupełnym zdumieniem nekromanta.
-No… A co?- Mario uśmiechnął się przebiegle- Chciałbyś mnie zatrzymać…?
-Niech mnie bogowie bronią…- mruknął grobowo nekromanta- Po prostu… Hm… Co to za stworzenie, na które zamierzasz polować…?
Ha! A jednak zapytał!
Mario uśmiechnął się z dumą.
-Maeron.
Nekromanta wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, po czym… Parsknął cicho, jakby oczekiwał, że ten stwierdzi, że żartuje.
-Co takiego?
-Maeron!- powtórzył równie entuzjastycznie- Magiczne stworzenie!
-Nie istnieje coś takiego jak maeron.
-Owszem, istnieje. To taki pół koń, pół wąż… Pojawia się z pierwszym promieniem słońca, najłatwiej złapać go w lasach…- wyjaśnił cierpliwie Mario, nie wiedząc, dlaczego nekromanta spogląda na niego tak, jakby ten zupełnie stracił rozum.
-Maeron to postać fikcyjna- odparł mężczyzna, z ciężkim westchnieniem- Pojawił się jedynie w pewnej ludowej pieśni.
-No miał prawo chyba- zaśmiał się lekko Mario, zupełnie niezrażony, a nekromanta pokręcił jedynie głową i przeszedł na chwilę do drugiego pomieszczenia, by zaraz wrócić z jakimś zwojem w dłoniach.
-Maeron nie istnieje- powtórzył spokojnie- Zresztą… Wcale nie jest nawet taki, jakim go opisałeś… Według tej pieśni miał być w połowie koniem, a w połowie kogutem i wcale nie pojawiał się z pierwszym promieniem słońca, a zamieszkiwał w jaskini, w której znalazł go zresztą bohater pieśni i pokonał… Sam zobacz.
Mario odkaszlnął, odrobinę zażenowany, i zerknął na zwój, po czym pokiwał nieco niemrawo głową.
-Tak… No… Tak, jak mówisz, dokładnie…
Nekromanta zmarszczył brwi, chyba dostrzegając, że coś jest nie tak. 
-O co chodzi?
-Ehm… Ja… No widzisz… Jakby… Nie potrafię czytać- przyznał ze wstydem Mario. Nikt nigdy nie przykładał do tego wagi, nie w jego rodzinie przynajmniej, profesję też znalazł sobie zupełnie z tym niezwiązaną i nigdy z tego powodu nie cierpiał… No, może prócz takich sytuacji. 
Nekromanta odetchnął głośno, chyba modląc się w duchu o cierpliwość, i jedynie wręczył mu zwój, kręcąc głową i mrucząc coś niewyraźnie pod nosem.
-W każdym razie, nie ma takiego stworzenia- skwitował po dłuższej chwili- Więc jeżeli dostałeś takie zadanie, to twój zleceniodawca albo jest zupełnym kretynem, albo…- najwyraźniej zamierzał powiedzieć coś jeszcze, ale chyba uznał, że to nie jego sprawa, bo tylko umilkł i wzruszył ramionami. 
-Nie, nie, na pewno po prostu nie wiedział- zaprzeczył prędko Mario- No wiesz… Może po prostu… Usłyszał jakąś plotkę… Sam nie wiem… W każdym razie… Mogę to wziąć? Pokażę mu.
-Możesz- odparł krótko nekromanta. 
-No dobra, w każdym razie będę się już zbierał…- Mario uśmiechnął się krótko. Właściwie informacja o tym, że nie ma takiego stworzenia, wzbudziła w nim dziwny niepokój, ale… Jego pan mógł się przecież pomylić, prawda? Tak po prostu. Jak każdy. 
Podszedł powoli do nekromanty i oparł dłonie na jego biodrach, po czym musnął wargami jego policzek.
-Było dobrze- mruknął mu do ucha, po raz kolejny tego dnia obserwując, jak twarz mężczyzny czerwienieje pod wpływem jego słów.
O tak.
Niezobowiązujący seks był jedną z najlepszych możliwości spędzania czasu pod słońcem…  

4 komentarze:

  1. Anonimowy12:41 PM

    Fajni bohaterowie, całkiem spontaniczni [ ^^ ], ale gdzie są chłopiec i jego opiekun? :( No, w każdym razie bardzo ciekawe osóbki.

    Uwielbiam ten styl, choćby np... "opuszczając sukie… Eee… Szatę. Opuszczając szatę." To bardziej prawdziwe, a w morzu internetowej tandety ciężko jest znaleźć taką swobodę autora ;) I tak, to jest komplement :D

    Kres

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eee... Chłopiec i jego opiekun...? ^^" Nie chodzi przypadkiem o inne opowiadanie?

      Usuń
  2. och! nareszcie wzięłam się za Arrenium!
    I nie żałuję... jejku usmiałam się z naszego grabarza i Mario...
    On jest jak dziecko o.o
    Ale strasznie podoba mi sie ich humor Hihi.
    Aż się popłakałam ze smiechu...
    "-To jak mam ci zapłacić?- Mario spojrzał na niego, parsknąwszy cicho- W naturze?
    -W sensie… Czy mam ci pozbierać jakichś ziółek, czy coś… No… Sam wiesz…"
    Dziękuję kochanie za te chwile smiechu w chorobie hah...
    Pozdrawiam, biegne czytac dalej :)
    Twoja Boginikokainy

    OdpowiedzUsuń
  3. hahah, świetne! XD Mario jest mą miłością XD
    "-Przepraszam… Dawno nie miałem tu nikogo żywego…
    -No wierzę…- parsknął szatyn- Trupy raczej nie przyzwyczajają do subtelności… Nie mówię o seksie, przecież" - ten tekst mnie rozwalił :D

    a co do Vergila i Samuela ;). już się cieszyłam, że podchodzi bliżej, i takie "no! zaraz go pocałuje! czuje to!", a tu ten zakonnik wbija XD no niee, dlaczego :P


    OdpowiedzUsuń