Strony

niedziela, 22 maja 2011

III [Arrenium]

Ogień tlił się powoli, oświetlając niewielkim płomieniem część otaczającej ich polany. Vergil uśmiechnął się lekko pod nosem, spoglądając na spory stos butelek zalegających trawę. Alkohol szumiał mu w głowie, ale tym razem, nie czuł się okropnie, jak zawsze. Alkohol dawał mu coś, czego nie mogło dotąd zaoferować życie. Może i cholerny Samuel miał rację, że była to  jego ucieczka, ale owa ucieczka miała swoje konsekwencje. Zazwyczaj, gdy alkohol się kończył albo Vergil nie był w stanie już więcej pić, czuł się beznadziejnie, żałośnie. Jak ostatni kretyn, który nie radzi sobie z własnym życiem. Rozpamiętywał w dodatku słowa Samuela, który zawsze go za to karcił… Ale teraz… Teraz widział przed sobą rozjaśnioną pełnym zadowolenia, pijackim uśmiechem twarz chłopaka i sam nie mógł się nie uśmiechać.
Aris.
Tak miał na imię.
Dźwięcznie, pięknie, młodo…
Idealnie.
-Nie próbuj się ze mną zakładać o to, kto więcej wypije- zachichotał wesoło jasnowłosy, spoglądając na niego niemal wyzywająco- Przegrasz.
-Czyżby?- parsknął cicho Vergil. Chyba dawno nie czuł się tak dobrze w czyimś towarzystwie. Tak zrelaksowany. Odprężony. Zwyczajnie szczęśliwy- Wydaje mi się, że też mam na tym polu spore osiągnięcia…
-Wydaje ci się, odważny wojowniku- odparł śpiewnie Aris, po czym spojrzał na niego uważnie błyszczącymi cudownie oczyma- Właściwie… Czym się konkretnie zajmujesz?
-Konkretnie?- to było doskonałe pytanie. Już od dawna nie zrobił niczego, co rzeczywiście można by było uznać za „konkretne” działanie. Dostawał zlecenie i wynagrodzenie, zabierał się do roboty. I tyle. Nieważne, o co chodziło. Żadnych wielkich, heroicznych czynów. Żadnych godnych opowieści historii. Nic interesującego- Konkretnie nie robię nic.
-Ach tak…- chłopak zachichotał ponownie i skinął lekko głową, jakby doskonale go rozumiał, po czym rozłożył się na trawie jeszcze wygodniej- Teraz to chyba mogę nawet umrzeć…- stwierdził z cichym westchnieniem i błogim uśmiechem malującym się na jego ślicznych, różowych wargach.
-Tutaj?- parsknął z rozbawieniem Vergil- Może najpierw wróć do domu?
-Nie ma mowy- zaprotestował Aris, śmiejąc się lekko- Za dużo wypiłem, nie wstanę… Zresztą, wcale nie zamierzam. A poza tym… Na tym polega wolność, nie?
-Na spaniu na trawie…?
-Nie. Na spaniu, gdzie się chce, robieniu, czego się chce, z kim się chce i jak się chce…- sprostował jasnowłosy, spoglądając na mężczyznę z uśmiechem- Ktoś, kto wędruje bez powodu i nie ma konkretnego zajęcia, powinien to wiedzieć najlepiej, prawda…?- jego spojrzenie stało się niemal zadziorne.
-Być może…- odparł cicho mężczyzna.
Czy to w ogóle było możliwe?
To, że w pierwszym momencie jasnowłosy skojarzył mu się z Samuelem? Owszem, jeżeli chodzi o wygląd, byli do siebie podobni. 
Ale zachowanie…
Wolność. Co Samuel mógł wiedzieć o wolności! Ten chłopak ją uosabiał. Był nią. Swawolną, ciekawą, pociągającą… Wolnością samą w sobie. Która nie zamykała nikogo w klasztorach, nie zabraniała, nie nawracała, ale po prostu była i kusiła obietnicą panowania nad własnym życiem. Nie mówiła, co można, a czego nie, wprost przeciwnie. Nie wyznaczała granic. Nie osądzała. 
Vergil marzył o istnieniu takiej wolności całe swoje życie i jednocześnie nigdy w nią nie wierzył.
Chciał jej.
Najbardziej na świecie.
Dla siebie.
I dla Samuela. 
Ale gdzie było miejsce dla wolności w świecie pełnym układów, zdominowanym przez pieniądze, w świecie, w którym bycie zamkniętym i oddzielonym od normalnego życia świadczyło o moralności i sile, podczas gdy zwykli, niewiele znaczący ludzie, dzień w dzień stawiali czoła własnym problemom. Prawdziwym problemom, które były skutkiem prawdziwego życia. Posiadania rodziny. Kogoś bliskiego. I ci właśnie ludzie, odizolowani zupełnie od wszelkiego istnienia, dawali sobie prawo do tego, by kogokolwiek osądzać. Absurdalne. Jak strasznie absurdalne.
Spojrzał uważnie na chłopaka. Był śliczny. Uroczy. I w dodatku sprawiający wrażenie tak niesamowicie kruchego i delikatnego, że jego pewny uśmiech zdawał się być zaledwie maską, grą.
Vergil westchnął cicho, po czym wsunął palce w jasne włosy chłopaka, przesuwając opuszkami wzdłuż gładkich kosmyków.
-Ile masz właściwie lat…?
-Piętnaście- odparł Aris, uśmiechając się lekko, niemal zachęcająco, i sam przysunął się bliżej niego.
Piętnaście…
Młody. Młodziutki. 
Właściwie, jeżeli się dobrze zastanowić, miał dokładnie tyle samo lat…
… Ile wtedy oni…
Jeśli rzeczywiście istniało jakieś przeznaczenie, jakiś los, to czy mógłby mu wysyłać jeszcze bardziej oczywiste znaki?
A jeżeli nic takiego nie istniało, co mogło go powstrzymywać? 
Nie miał żadnych zobowiązań, wobec nikogo, nawet wobec samego siebie. Tu, w tym miejscu, zaczynała się jego wolność i nie zamierzał zastanawiać się nad żadnymi konsekwencjami, rozmyślać i rozważać swojego zachowania w kategoriach moralności lub jej braku. 
Zatopił się w miękkich wargach chłopaka, rozkoszując się ich słodkim smakiem, pomieszanym z cierpkością alkoholu i mając w pamięci pocałunki Samuela.
Wtedy obaj byli bardzo młodzi, niedoświadczeni. Każdy pocałunek, dotyk, ledwie delikatne muśnięcie sprawiało, że na skórze pojawiały się dreszcze i przyjemne uczucie ciepła, rozlewające się w okolicach podbrzusza. Pojawiała się niepewność, wahanie, oczekiwanie, czy aby na pewno druga strona odpowie tym samym, czy robi się wszystko właściwie. Każdy gest był wypełniony delikatnością i czułością, nie było miejsca na jakąkolwiek gwałtowność czy pewność ruchów.
Aris był inny. Zupełnie inny. Oddał pocałunek bez najmniejszego zastanowienia i chociaż Vergil bez trudu mógł rozpoznać, że nie miał pewnie zbyt wielu partnerów, o ile w ogóle, a jego ruchy zdradzały niedoświadczenie, jasnowłosy nie wahał się ani nie wstydził. Wprost przeciwnie. 
Oderwał się na moment od warg mężczyzny i uśmiechnął pogodnie, przerywając stróżkę śliny łączącą ich usta.
-Ładniutki jesteś- stwierdził zadziornie, a Vergil aż parsknął w duchu, by już po chwili po raz kolejny poczuć na sobie jego ciepłe usta. 
Było wspaniale.


Nim dotarł do bram klasztoru, większość skutków wczorajszego upojenia zdążyła już zniknąć. Głowa nadal go bolała, ale nie czuł się z tym tak beznadziejnie jak zawsze. Teraz chyba był nawet… Zadowolony.
Aris był doskonały. Młody, śliczny, pewny siebie… Wolny.
O bogowie, jakże po ostatniej nocy rozkosznie brzmiało owe słowo! Stało się nagle jego sensem istnienia, jego wewnętrzną iskierką nadziei, uśmiechem od losu. Wolność istniała. Prawdziwa, która nie polegała na izolowaniu się od świata, ale też nie na tym, że było się od kogokolwiek zależnym. Wolność perfekcyjna, której pragnął całe swoje życie i dla której był w stanie zrobić wszystko.
… Prawie wszystko. 
Tak, Aris był doprawdy wyjątkowy, ale to niczego nie zmieniało. Vergil wiedział, że wystarczyłoby jedno słowo Samuela, a zrezygnowałby z niego bez wyrzutów. Jedno słowo, a mimo całej swej fascynacji nigdy by do niego nie wrócił. Jedno słowo, a zupełnie zapomniałby, że kiedykolwiek go spotkał. Że ten w ogóle istnieje.
W zamian za jedno słowo Samuela.
Jedno słowo, dające im obojgu chociażby odrobinę ich małej, prywatnej wolności, z dala od całego świata. 
Ale Vergil wiedział, że prawdopodobnie nie usłyszy tego słowa.
Nie dzisiaj.
Nie usłyszy go nigdy, bo Samuel od dawna już się nie wahał. Nie miał w sobie tylu wątpliwości, co na początku, kiedy tak strasznie emocjonalnie reagował na ich spotkania, kiedy pokazywał, jak zależało mu na Vergilu, błagał go, żeby ten go odwiedzał, żeby przychodził, nie zapomniał… Teraz był spokojny, wyważony, cichy. Jego troska, nawet jego cholerna troska, miała w sobie tak wiele umiaru, tak wiele wypracowania, że Vergil nawet nie miał ochoty w nią wierzyć. 
A jednak po raz kolejny wracał w to samo miejsce, jak głupiec, tak strasznie łaknąc chociażby odrobiny jego uwagi, doszukując się w jego gestach chociażby namiastki czułości, namiastki czegoś, co odbiegało od jego zwyczajowego zachowania i obojętności.
Tym razem nie było inaczej.
Przekroczył próg klasztoru i od razu skierował się do sali, w której leżeli chorzy i ranni. Tam można było Samuela spotkać za dnia najczęściej, bowiem za wyjątkiem krótkich przerw na posiłki raczej stamtąd nie odchodził. W holu napotkał kilku zakonników, ale żaden nie zwrócił na Vergila większej uwagi. Wszyscy już doskonale wiedzieli, z jakiego powodu tutaj przychodzi. 
Wszedł do pomieszczenia i od razu dostrzegł Samuela, który siedział przy jednym z łóżek, z opuszczonym kapturem, dzięki czemu Vergil nie miał najmniejszych problemów z tym, żeby go rozpoznać. Podszedł do niego powoli. Na posłaniu leżało jakieś dziecko, z poharataną twarzą, prawie całkowicie obandażowane. Nie miało ręki. Vergil skrzywił się lekko, ale daleko mu było do jakichkolwiek uczuć przewyższających zwykłą litość. Widział już gorsze rzeczy.
-Co mu się stało? 
Samuel spojrzał na niego przez ramię, odrobinę zdumiony, po czym szybko narzucił kaptur na głowę i odparł cicho:
-Wilki.
-Znowu?- Vergil prychnął cicho- Ile to już trwa? Wcześniej nie atakowały ludzi.
Samuel westchnął głęboko, w zadumie.
-Przemieszczają się z północy całymi watahami…- odpowiedział w zamyśleniu- Są przyzwyczajone do żerowania na trupach i rannych, na polach bitewnych znajdują pożywienie… Przestają się bać ludzi. Inne zwierzęta opuszczają swoje naturalne środowisko. Drapieżnikom nie pozostaje nic innego… A skoro są już tutaj, to znaczy, że wojska też wkrótce tu będą- Samuel odetchnął głęboko- Szykuje się naprawdę ciężka wojna. Nie mam pojęcia, jak to przetrwamy.
-Jak zawsze- odparł Vergil, wykrzywiając pogardliwie wargi- W końcu mamy wprost doskonałą armię… Podobno na plecach poległych wojowników najłatwiej dotrzeć do naszego królestwa…- prychnął drwiąco. Cholerny Rair i jego cholerna armia. Nic nie warci, nic nie znaczący tchórze, którzy w zdecydowanej większości nigdy nie widzieli na oczy prawdziwej wojny i wyobrażają sobie, że jeżeli wyciągną miecz i zrobią groźną minę, to przeciwnicy sami nadstawią im karku. A później uciekają, gdy tylko stają twarzą w twarz z Abianitami.
-W każdym razie… Po co przyszedłeś?- zakonnik wpatrywał się w niego pytająco.
-Chciałem przeprosić…- zaczął odrobinę niepewnie Vergil- Za ostatni raz. Może byłem… Odrobinę zbyt gwałtowny.
-W porządku- Samuel skinął lekko głową i podniósł się z miejsca- Tylko o to chodzi?
-Nie… Niezupełnie…- mężczyzna westchnął głęboko. Czy Samuelowi naprawdę nie zależało na jego towarzystwie? Zgadzał się na nie, zawsze się z nim spotykał, nigdy nie odmawiał i nie protestował, ale jednocześnie trudno było w nim dostrzec jakikolwiek entuzjazm, zwyczajną chęć- Możemy porozmawiać?
-Oczywiście- odparł zwyczajowo- Chodź.
Vergil ruszył za nim posłusznie. Opuścili salę i weszli do niewielkiego pomieszczenia, stanowiącego swoistą przechowalnię przeróżnych wytworów, maści, eliksirów, leków i opatrunków. 
-Wody?- zapytał miękko zakonnik, a Vergil skinął głową, siadając przy niewielkim stoliku i obserwując poczynania mężczyzny- Więc? O czym chciałeś ze mną rozmawiać? 
-Poznałem kogoś.
Zawsze mu to mówił. Zawsze, za każdym razem, nawet, gdy była to przygoda na jedną noc. Chciał widzieć jego emocje, zrobić mu na złość, dopiec na tyle, by przekonać się, że mu zależy. Za pierwszym i drugim razem nawet skutkowało, ale od dawna zakonnik przyjmował to z zupełną, acz charakterystyczną dla siebie obojętnością.
-Znowu?- zapytał, nie odwracając się nawet w jego stronę, zajęty nalewaniem wody.
-Tym razem to coś innego- odparł spokojnie Vergil, przypatrując się zakonnikowi uważnie- Jest zupełnie taki jak ty.
Dopiero wówczas Samuel drgnął lekko i przerwał wykonywaną przez siebie czynność, by odwrócić się przodem do mężczyzny.
-Jak ja?- zapytał jedynie, chociaż w jego głosie nie igrały najmniejsze nawet emocje- Co masz na myśli? Też jest zakonnikiem? 
-Nie. Jest do ciebie strasznie podobny… Na szczęście jedynie z wyglądu- odparł Vergil, uśmiechając się lekko- Nie interesuje go zamykanie się w klasztorach i modlenie o cud. 
-To… To chyba dobrze- dopiero teraz w głosie Samuela dało się usłyszeć lekkie wahanie, niepewność. Vergil zamierzał doprowadzić go do bardziej emocjonalnego stanu. Oczekiwał reakcji, która pozwoliłaby mu nadal wierzyć w to, że Samuel go chce. Że każdy dzień, w którym przychodzi tutaj jak ostatni idiota, łaknąc jego bliskości, rozmawiając, tłumacząc, czasami wręcz błagając o odejście z tego przeklętego miejsca, nie był dniem straconym i pozbawionym sensu. 
-Jest piękny… Delikatny… Młody…- kontynuował, marząc wprost o tym, by widzieć teraz dokładnie twarz zakonnika, przesłanianą tak skutecznie kapturem- Idealny. Ma ledwie piętnaście lat.
-Oszalałeś?- głos Samuela zabrzmiał dziwnie ostro- To jeszcze dziecko!
-Też coś- prychnął cicho mężczyzna- W tym wieku dziewczęta mają już najczęściej mężów i kilkoro dzieci. A poza tym… Też mieliśmy dokładnie po tyle samo lat.
-Tak, ale to coś innego! Jak… Jak w ogóle możesz to porównywać? Jesteś od niego dużo starszy!- dawno nie słyszał, jak Samuel podnosi głos. Dawno nie widział w nim tyle rozdrażnienia, czy może wręcz autentycznej złości- Nie rozumiesz, że w tym wieku bardzo łatwo jest się do kogoś przywiązać? Łatwo namieszać komuś w głowie, w uczuciach? 
-Tobie nie namieszałem- odparł beznamiętnie Vergil- Dlaczego miałoby to podziałać na niego?
-Nie porównuj wszystkiego do nas, na litość boską!- syknął z poirytowaniem zakonnik- To zupełnie dwie różne sprawy! Czy ty zupełnie straciłeś rozum?! Doskonale wiesz, jaki jesteś! Zrobisz temu chłopcu krzywdę!
-Nie sądzę…- wzruszył jedynie ramionami wojownik, jakby słowa Samuela nie zrobiły na nim większego wrażenia. Ale zrobiły. Zdecydowanie jednak nie w takich kategoriach, w jakich oczekiwałby tego zakonnik. Vergil czuł satysfakcję. Autentyczną satysfakcję, z reakcji, którą z niego wydobył- Wiem, co robię. 
-Bzdura, Vergil! Od dawna nie masz pojęcia, co wyrabiasz! Starałem się na to wszystko nie reagować, przymykać oko, ale nie mogę pozwalać, żebyś robił coś takiego! Namieszasz mu w życiu. A później go zostawisz, sam dobrze wiesz, że to zrobisz!
-Nie. Z nim jest inaczej- Vergil spojrzał na niego iście wyzywająco- On jest dla mnie ważny.
Samuel aż sapnął z wściekłości i pokręcił gwałtownie głową.
-Ważny?! Ledwie go znasz!
-Jest podobny do ciebie. 
-To o niczym nie świadczy.
-Dla mnie świadczy o wszystkim. 
-Przestań! Właśnie o to chodzi! Żyjesz przeszłością i nie możesz się od niej oderwać, to dlatego zainteresowałeś się tym chłopcem! Gdyby nie to, nie zwróciłbyś nawet na niego uwagi! Nie zależy ci na nim ani trochę. Zachowujesz się nieodpowiedzialnie i nielogicznie, jakbyś sam był dzieckiem, które nie ma świadomości tego, co wyprawia! Jak ostatni egoista! W ogóle nie myślisz o nim!
-Być może, i co z tego?- Vergil prychnął cicho. Od początku wiedział, jaki charakter będą miały jego relacje z Arisem- Ustaliliśmy już, że jestem niemoralny i nie radzę sobie ze swoim życiem, nie powinieneś być zdziwiony. 
-Co mu zrobiłeś?- zapytał niespodziewanie Samuel, opierając się o stół i wpatrując w Vergila uwagą.
-Co masz na myśli?
-Doskonale wiesz, co mam na myśli! Co mu zrobiłeś, Vergil?
-Och…- na wargach mężczyzny pojawił się paskudny uśmiech- Pytasz czy się z nim pieprzyłem? Czy rżnąłem go jak ciebie?- to było okrutne. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że posunął się o krok za daleko. Widział, że twarz Samuela wykrzywił grymas wściekłości- Nie. Jeszcze nie. Zostawię go sobie na później, żeby było bardziej zabawnie… Jak ze wszystkimi, których szanowałem bardziej, niż…
Nie zdążył się nawet uchylić od ciosu. Samuel spoliczkował go mocno, a Vergil aż odsunął się, bardziej z zaskoczenia niż z bólu, zupełnie się tego nie spodziewając. Zakonnik cofnął się prędko, z trudem łapiąc powietrze. 
-Przepraszam…- rzucił po dłuższej chwili, zdecydowanie ciszej niż wcześniej i o wiele bardziej spokojnie- Przepraszam, poniosło mnie.
-Zabolało cię- poprawił go Vergil, podnosząc się z miejsca i wpatrując w niego z uwagą- Przyznaj, że cię to zabolało.
-Już się przyzwyczaiłem do tego rodzaju wynurzeń.
-Nie o tym mówię!- warknął ostro mężczyzna- Zabolało cię to, że znalazłem jego.
-To bzdura. Ja… Ja…- Samuel wydawał się być zupełnie zagubiony, zdezorientowany i przerażony własnym zachowaniem- Ja po prostu… Po prostu nie rozumiem, jak możesz tak mówić o tamtym chłopcu… Zdenerwowałem się.
-Oczywiście!- syknął ze złością Vergil, podrywając się z miejsca i podchodząc do niego prędko- Ty i te twoje cholerne wymówki! Nie możesz mi powiedzieć prawdy?!
-To jest prawda!
-Nie, to nie jest prawda! Prawdą jest to, że ci na mnie zależy, że możesz się tu zamykać, uciekać, gdzie tylko ci się podoba i zajmować się całymi dniami czymś innym, ale nadal o mnie myślisz! Nadal mnie kochasz! Przyznaj to wreszcie!
-Nieprawda.
-Samuel, do diabła!- teraz to on zupełnie nie mógł się pohamować. Dlaczego zakonnik tak strasznie się przed tym wszystkim wzbraniał? Miał już dość ukrywania swoich emocji, dość jego zręcznych uników i udawania, że nic się nie dzieje- Zawsze tak reagujesz, gdy ktoś zachowuje się niemoralnie?! To jakieś wasze wewnętrzne prawo?! 
-Nie. Poniosło mnie…- wyjaśnił cicho mężczyzna- Właśnie dlatego cię przeprosiłem. Nie powinienem był robić czegoś takiego. 
-Nie chodzi o to- Vergil nie był pewien, czy wierzy w to, co sam mówi. Chciałby wierzyć. Pragnął mieć pewność, że jest dokładnie tak, jak chce, żeby było, ale wyjaśnienia Samuela zupełnie wyprowadzały go z równowagi- Nie chodzi o to, do licha! 
-Vergil… Żyjesz przeszłością…- zaczął zakonnik, wzdychając głęboko- Nie rozumiesz, że pewne rzeczy zakończyły się dawno temu. Nie potrafisz się z tym pogodzić. Nie wyładowuj się na mnie, naprawdę nie mam z tym nic wspólnego. Ja potrafię się od tego odciąć.
-Tak- zaironizował mężczyzna, przewracając oczyma- Właśnie widziałem! Jak możesz łgać w takim miejscu jak to?- aż prychnął z niedowierzaniem.
-Może wcale nie kłamię.
-Więc może powiedz mi to w twarz. 
-Co takiego?- Samuel spojrzał na niego ze zdumieniem.
-To, że ci na mnie nie zależy…- głos Vergila zadrżał lekko- Że mnie nie kochasz. Że cię już nie obchodzę. Powiedz mi to. Ściągnij ten kaptur, patrz mi prosto w oczy i po prostu to powiedz. Jeśli to zrobisz, zostawię cię w spokoju. Nie wrócę. 
Samuel nie poruszał się zupełnie przez dłuższą chwilę, ale ostatecznie, lekko drżącymi dłońmi zsunął kaptur z głowy. Vergil wstrzymał oddech, wpatrując się w niego z autentycznym osłupieniem. 
Naprawdę zamierzał to zrobić…?
Naprawdę…
Naprawdę go nie kochał?
Spoglądał na niego z wyczekiwaniem, niemal trzęsąc się wewnętrznie z pożerającego go od środka strachu. Strachu, że zaraz, za chwilę, usłyszy to, czego tak naprawdę nie chciałby słyszeć nigdy w życiu. 
Ale odpowiedź Samuela była krótka i stanowcza:
-Nie będę się bawił w takie rzeczy. 
Vergil opadł ciężko na krzesło, oddychając płytko. 
Przerażało go to, jak reagował.
Jak strasznie się bał.
Sam nie wiedział, czy powinien czuć ulgę, czy rozczarowanie.
Czy powinien być zadowolony z tego, że Samuel go nie odtrącił, czy może raczej poirytowany faktem, że nie udało mu się wydobyć z niego niczego więcej. 
Ale jednego był pewien.
Cokolwiek tkwiło w Samuelu, nie pozbył się on jeszcze do końca uczuć względem niego.
A to dawało nadzieję.
Nadzieję zaprzeczającą wolności. 


~*~*~


Mario wrócił do miasta, czując się zdenerwowany. Nie faktem, że ciągle wędrował z miejsca do miejsca. To akurat lubił. Szczególnie, gdy rzeczywiście nie miał nic do roboty albo nie było to coś trudnego. Bardziej niepokoiło go to, czego się dowiedział od tego nekromanty. Czy jego pan naprawdę mógł się aż tak mylić?
Mógł.
Oczywiście, że mógł.
Jest w końcu tylko człowiekiem, prawda? Nawet jemu zdarza się powiedzieć coś dziwnego czy nieprawdziwego. Mario wszystko mu wyjaśni i dostanie inne zadanie.
I z tą optymistyczną myślą podążył do domu swojego zwierzchnika. Został wpuszczony przez służbę i ruszył w kierunku jego gabinetu.
-Mój panie?- zaczął od progu, uśmiechając się promiennie i ściskając w dłoni zwój, który wziął od nekromanty- Przeszkadzam?
Mervion de Villo oderwał się na chwilę od przeliczania monet, na których widok oczy Mario aż rozbłysnęły. 
-Ty?- rzucił z niepomiernym zdumieniem mężczyzna- Tutaj? T… To znaczy… Już?
-Tak, mój panie- odparł, skinąwszy lekko głową, a uśmiech wciąż nie schodził z jego twarzy.
-Ale… Ale nie upolowałeś tego stworzenia, o którym ci mówiłem?- pan de Villo aż zamarł, mierząc go uważnym spojrzeniem, jakby ten miał nagle zza pleców wyciągnąć owo nieszczęsne zwierzę- Tego marona?
-Maerona, panie…- poprawił go niemal odruchowo- Bo o maerona ci chodziło, prawda?
A może nie? Może to on źle zrozumiał?
-T-tak… Tak, oczywiście, że tak, zawsze mi się to myli…- mężczyzna parsknął cicho- No. W każdym razie miałeś nie wracać, póki go nie schwytasz. A chyba nie chcesz mi powiedzieć, że ci się udało? W tak krótkim czasie?
-Nie, mój panie. Wracam, żeby ci powiedzieć, że się pomyliłeś. Rozmawiałem z pewnym człowiekiem na temat tego stworzenia i powiedział, że ono wcale nie istnieje. Dał mi nawet to na dowód- wyciągnął w kierunku Merviona zwój- To jakaś ludowa pieśń, nie jestem do końca pewien…- przyznał z zawstydzeniem- W każdym razie podobno maeron to postać fikcyjna. A więc, panie… 
-Przykro mi- przerwał mu pan de Villo, nagle z dziwnym chłodem. Co prawda wciąż wydawał się być odrobinę zdezorientowany, ale tym razem na jego twarzy pojawiła się dziwna stanowczość.
-Nie szkodzi, mój panie! Przecież każdemu zdarza się pomylić i…
-Szukaj innej pracy.
Mario dosłownie zaniemówił. Przez chwilę sądził, że się przesłyszał albo coś źle zrozumiał.
-Mój panie…?- zapytał w końcu odrobinę słabo- Jak to?
-Przykro mi, Mario…- mruknął mężczyzna, wzruszając obojętnie ramionami- Nie chciałem tego robić w taki sposób. Bądź co bądź, jesteś bardzo sympatyczny… Naprawdę, nie zrozum mnie źle. Lubię cię.
-A-ale…- wyjąkał, wciąż mocno zdumiony. Zbyt mocno, by wydobyć z siebie cokolwiek konkretnego. To było przecież zupełnie absurdalne! Wrócił tutaj, żeby powiedzieć to wszystko, dostać inne zlecenie, a teraz nagle…- Wyrzucasz mnie, panie? Dlaczego? Przecież… Przecież chodziło mi tylko o to, że… Żeby wyprowadzić cię z błędu! Mój panie! Nie wyrzucaj mnie! Znajdź dla mnie jakiekolwiek inne zadanie! Zrobię wszystko! Tylko nie każ mi odchodzić, panie!
-Mario…- Mervion westchnął ciężko, najwyraźniej odrobinę zniecierpliwiony, i pokręcił głową- Czego nie rozumiesz? Doskonale wiem, że nie ma takiego stworzenia, ale… Nie chciałem ci tego mówić w taki sposób. Znamy się nie od dziś i wiem, że dobry z ciebie chłopak, ale… Na litość bogów, sam dobrze wiesz. Nie nadajesz się do niczego. Nikt przy zdrowych zmysłach by cię nie zatrudnił, nawet do sprzątania chlewu- przewrócił oczyma i prychnął z politowaniem- Wszyscy mi to powtarzali, ale postanowiłem dać ci szansę. Nie udało się. 
-Mój panie! Co ty mówisz!- starał się uśmiechać, ale mu nie wychodziło. Był autentycznie zdesperowany. Już od dawna zdawał sobie sprawę z tego, że nie znajdzie innej pracy w tym mieście. Ludzie nie patrzyli na niego przychylnie. Właściwie go unikali. Jego ostatni znajomi również wycofywali się, odkąd miał problemy finansowe i potrzebował ich pomocy. Często długotrwałej. Nie mógł sobie pozwolić na to, żeby wylądować na ulicy- Przecież… Przecież wielokrotnie udało mi się coś zrobić dobrze!- starał się przypomnieć sobie coś takiego, ale nie było tego dużo- Na przykład… Na przykład… Ten kot! Dzięki mnie kot twojej córki żyje, panie! Prawda?
-Zaskoczyłeś mnie wtedy, Mario…- przyznał mężczyzna, skinąwszy lekko głową- Nie spodziewałem się tego po tobie… Zawsze wydawało mi się, że jesteś bardzo prostolinijny i nie stać cię na tego typu gry, ale jak widać się myliłem. Podobnie jak dzisiaj. Naprawdę spodziewałem się, że zajmiesz się szukaniem tego stworzenia i nie będziesz mi sprawiał problemów.
-Mój panie, ale o czym mówisz?- drążył dalej Mario, wciąż czując się tak strasznie zaskoczony i niezorientowany w sytuacji, jak jeszcze chyba nigdy w życiu- Przecież znalazłem dla ciebie tego nekromantę i…
-Mario, daj spokój…- westchnął ciężko pan de Villo- Obaj dobrze wiemy, że żadnego nekromanty tam nie było. Chciałem po prostu, żebyś skupił się na czymś innym i przestał nieustannie psuć moją opinię. To nawet nie był kot mojej córki. A jakiś zwykły dachowiec przybłęda, którego znalazłem martwego na ganku- skrzywił się pogardliwie- Lubię cię, mówiłem już. Ale to nie zmienia faktu, że nie nadajesz się do niczego i mówię to z całą pewnością. Nie zamierzałem robić tego w tak brutalny sposób, ale nie pozostawiasz mi najmniejszego wyboru. Nie mogę dopuścić do tego, żebyś stale niszczył moją reputację, zbyt wiele już straciłem w oczach ludzi ze względu na twoje działanie. Przykro mi. Najwyraźniej jednak nie jesteś taki głupi, skoro domyśliłeś się wszystkiego… Być może rzeczywiście źle cię oceniłem. Masz w sobie więcej sprytu niż mogłem przypuszczać. Może ten spryt przyda ci się przy szukaniu pracy. 
Mario szczerze wątpił, by cokolwiek przydało mu się teraz w szukaniu pracy. Ludzie zamykali przed nim drzwi zanim w ogóle zdążył się odezwać. Nie chcieli go zatrudnić. Pan de Villo był jedynym, który dał mu szansę i chociaż nigdy nie darzyli się wzajemnie głęboką sympatią, to zawsze odczuwał do niego swoisty szacunek i wdzięczność z tego powodu. A teraz… Sam nie wiedział. Nie, wcale nie był sprytny. Wcale nie przechytrzył swojego zwierzchnika. Przecież znalazł nekromantę. Przecież zrobił dokładnie to, co mu kazano. 
Czy to wszystko naprawdę mogło być aż takim niefortunnym zrządzeniem losu?


Mario zupełnie nie wiedział, gdzie ma się podziać. Nogi zdawały się ponieść go same, w jedyne miejsce, w którym jeszcze nie narobił sobie długów, nie znalazł wrogów ani nie spotkał się ze wzmożoną niechęcią… Prosto do chatki nekromanty. 
Nim znalazł się na miejscu, dawno już zdążył zapaść zmrok. Na dworze było stosunkowo cicho. Tym razem po drodze nie spotkał nawet żadnych mieszkańców okolicznej wioski, wokoło również nie dostrzegał nikogo. 
Czuł się wewnętrznie zgaszony. Tak jak się spodziewał, żaden z jego dawnych znajomych nie okazał tyle łaski i dobrej woli, by go przenocować.
Cóż innego mu pozostało?
Dalsze odzieranie się z godności.
Ach, a co tam!
Bądźmy dobrej myśli!
W końcu i tak już niewiele mu z tej godności pozostało!
Załomotał do drzwi i odczekał kilkanaście minut. Bez żadnej odpowiedzi. Ponowił pukanie, tym razem dużo mocniej, ale znowu mu nie otworzono.
-Hej!- krzyknął, odrobinę już rozpaczliwie- To ja! Mario!- do diabła, nie pamiętał nawet, czy przedstawiał się nekromancie. Wiedział jedynie, że ten z pewnością nie przedstawił się jemu. 
Idiotyczne, że koczował pod drzwiami najdziwniejszego człowieka, jakiego znał.
… Czy też raczej nie znał, bo właściwie nie wiedział o nim nic konkretnego. 
-Przestań wrzeszczeć…- usłyszał tuż za sobą znajomy głos i aż podskoczył, odwracając się prędko w stronę nekromanty- Ludzie śpią- przypomniał mu chłodno mężczyzna, jakby wcale nie był zdziwiony jego wizytą, po czym wszedł do wnętrza chatki. 
Mario nie dostał, co prawda, bezpośredniego zaproszenia, ale tak właśnie potraktował otwarte drzwi. Wszedł do środka, tuż za nekromantą, wyraźnie dużo mniej rozemocjonowany niż zwykle.
Obserwował, jak mężczyzna kładzie coś na stole. Jakieś trawy, może zioła… Nie znał się na tym.
… Na niczym się nie znał.
Ach, dołujące, dołujące!
-Hm… Przyszedłem ci oddać twój zwój- powiedział cicho, kładąc go przed mężczyzną.
-Dziękuję- odparł krótko nekromanta, po czym przeniósł spojrzenie na twarz Mario- Coś nie tak?
-Zostałem wyrzucony. 
Tak po prostu. Aż dziwne, że nie miał wielkich oporów przed tym, żeby mu powiedzieć. Nekromanta wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, nie pytając o nic więcej. I po raz kolejny – nie wydawał się być ową informacją specjalnie zdziwiony. Wprost przeciwnie.
-Cóż… Przykro mi- stwierdził w końcu cicho.
-E, tam!- Mario spróbował się uśmiechnąć i chyba nawet mu się udało- Kogo obchodzi taka praca! I tak już dawno nie dostałem porządnego wynagrodzenia, nie? Zaraz znajdę sobie inną, równie dobrą, a może nawet lepszą!
-Oczywiście…- potwierdził niemal litościwie mężczyzna, a Mario westchnął głęboko, zupełnie zrezygnowany. Jego zapewnienia nawet nie brzmiały realistycznie, cóż więc się dziwić, że nekromanta zapewne wcale w to nie uwierzył? Świetnie. Pozostało mu czekać, aż on również go wyrzuci. 
Westchnął głęboko.
-Wiesz, że kłamię, prawda?- zapytał zrezygnowany.
-Cóż… Powiedzmy, że zdaję sobie sprawę z tego, że masz z tym pewne trudności- nekromanta wciąż nie odrywał od niego uważnego spojrzenia i póki co nie sprawiał wrażenia, jakby chciał go z miejsca wyrzucić- Co nie zmienia faktu, że może ci się udać. W końcu na pewno jest ktoś, kto potrzebuje jakiegoś mało umiejętnego pomocnika czy służącego.
-Nie zatrudnią mnie nawet jako stajennego- odparł Mario, wzdychając ciężko i kręcąc głową. Zdawał sobie z tego sprawę aż nazbyt dobrze- Naprawdę. Fatalna sprawa. Ani w moim mieście, ani w żadnej z okolicznych wsi nie mam czego szukać. Wszyscy wiedzą, że z niczym nie daję sobie rady… 
-Więc poszukaj gdzieś indziej- nekromanta najwyraźniej nie widział w tym żadnego problemu- Nie mów, że nie wpadło ci to do głowy- prychnął z politowaniem, dostrzegając zdumione spojrzenie Mario- W końcu na pewno są miejsca, w których cię jeszcze nie znają.
-Tak, ale kiedyś mnie tam poznają- stwierdził cicho, zagryzając niepewnie wargę- I to raczej prędzej niż później… O, bogowie! Ja naprawdę się do niczego nie nadaję! Niczego nie zrobiłem nigdy dobrze! Dosłownie niczego!
-A ten kot…?
-Ach, to był tylko pretekst- Mario machnął obojętnie dłonią- Mój pan… Och. Już nie mój… Pan de Villo nie wiedział nawet, że jest tu jakiś nekromanta, po prostu rzucił pierwsze lepsze miejsce i… O, bogowie!- jęknął cicho, zakrywając twarz dłońmi- To straszne, po prostu straszne! 
-Cóż… Pogratulować wyczucia, skoro trafił na nekromantę- mężczyzna parsknął cicho, ale zaraz spoważniał, chyba na widok wyjątkowo nieszczęśliwej miny Mario- Nie masz się czym przejmować, to jeszcze nie koniec świata. Zdarzają się dużo gorsze rzeczy niż utrata pracy.
-I reputacji. I znajomych. I wszystkich źródeł utrzymania…- wyliczał Mario, kompletnie zdołowany- Och, po prostu od razu mnie dobij!
-Może jeszcze nie zdążyłeś się zorientować, ale nie zajmuję się uśmiercaniem kogokolwiek…- odparł nekromanta, unosząc brew w geście politowania- Czasem wprost przeciwnie. Dobić cię też nie zamierzam. Bardziej… Pocieszyć- mruknął jakby zniesmaczony samym brzmieniem tego słowa- Chociaż oczywiście nie musi to tak wyglądać. Ci, z którymi mam najwięcej do czynienia, nie potrzebują pocieszycieli. Oni nie mają już czego żałować. 
-Wiesz, że to, co powiedziałeś, jest rzeczywiście na pewien sposób pocieszające?- Mario uśmiechnął się lekko, spoglądając na mężczyznę z rozbawieniem.
-Mogło być- zgodził się nekromanta, również odpowiadając uśmiechem.
Mario podszedł do niego nieco bliżej, z lekkim zaskoczeniem dostrzegłszy, że nekromanta niemal natychmiast odsunął się odrobinę. Tak jakby ten miał go co najmniej uderzyć.
… Albo niespodziewanie wywrzeć na nim jakąś presję seksualną…
Och, dajcie spokój! Ostatnim razem to nekromanta właśnie przejął całkowicie inicjatywę. I może rzeczywiście Mario odrobinę, nieznacznie, leciutko zaledwie go do tego sprowokował, ale nie to miał na celu.
-Obejmij mnie- zażądał krótko.
-Ponieważ…?- nekromanta uniósł brew w geście politowania, spoglądając na niego pytająco.
-Ponieważ tak właśnie ludzie okazują sobie współczucie- odparł niewinnie Mario, wzruszywszy ramionami- Nie wiedziałeś?
-Nigdy nie mówiłem, że ci współczuję- mruknął w odpowiedzi mężczyzna- Litość to nie współczucie. 
-Och, daj spokój- parsknął cicho Mario, postępując jeszcze kilka kroków do przodu.
Nekromanta wycofał się ponownie, ale już po chwili z ciężkim westchnieniem przysunął się z powrotem do mężczyzny i objął go niespiesznie ramionami, chyba dla świętego spokoju. Oczywiście uzyskanie „świętego spokoju” w przypadku Mario było kwestią absolutnie niemożliwą.
Wojownik uśmiechnął się lekko pod nosem, niemal z satysfakcją. Nie tylko ze względu na ów gest. Słyszał, jak bicie serca mężczyzny przyspieszyło wyraźnie. Z jego powodu!
-Hm… Masz tu jakieś stare, rozklekotane łóżko, jak na nekromantę przystało…?
-Wiedziałem- nekromanta westchnął iście cierpiętniczo, niczym ofiara napastowania seksualnego.
-Daj spokój! Przecież ci się podobam.
-Nie- odparł sucho mężczyzna- Po prostu dawno z nikim nie byłem.
Wiedział.
Przecież po jego ostatnim zachowaniu nietrudno było mu się domyślić. Ale co z tego? Jemu to przecież nie przeszkadzało.
-Powiedzmy, że ja też…- odparł Mario, uśmiechając się przewrotnie- Więc co właściwie stoi nam na przeszkodzie…?
Doskonale wiedział, że nekromanta ulegnie. Zbyt wiele było wahania w jego spojrzeniu, by uznać, że najzwyczajniej w świecie odmówi. Zresztą wojownik doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak intensywnie na niego działa, widział to. Może i rzeczywiście było to spowodowane faktem, że nekromanta nie cieszył się zbyt dużym zainteresowaniem będąc odizolowanym od całego świata, ale Mario i tak wolał myśleć, że to zasługa czegoś, czym matka natura zdecydowanie go obdarzyła. 
Naturalnej urody i wdzięku, rzecz jasna.
-Poza tym chyba chciałeś mnie pocieszyć- upomniał się jeszcze wojownik, a mężczyzna posłał mu pełne politowania spojrzenie.
-To ma być szantaż?
-Propozycja- sprostował Mario, uśmiechając się lekko.
Nie mogło stać się inaczej.
Nekromanta bez słowa właściwie wycofał się w głąb pomieszczenia, a Mario podążył tuż za nim, przechodząc przez coś w rodzaju kotary (mocno już nadgryzionej i podziurawionej, zapewne przez tutejsze żyjątka) i wkraczając do drugiego pokoju, równie niewielkiego, co ten poprzedni. Tym razem jednak nie miał specjalnej ochoty na rozglądanie się po kątach, bo i nic dziwnego się tutaj nie kryło.
Żadnych żołądków, gałek ocznych ani żywych trupów.
Dzięki bogom.
Wojownik od razu opadł na niewielkie łóżko, które skrzypnęło donośnie pod jego ciężarem.
-Och- uniósł brew, po czym parsknął z rozbawieniem- Autentycznie rozklekotane łóżko… Dobrze, że nie trumna.
-Przeszkadza ci to?- mruknął cicho nekromanta, siadając tuż przy nim i rozsuwając lekko poły swojej szaty. Nie zrobił jednak nic więcej, jakby bał się wykonać jakikolwiek pierwszy krok. Mario nie był specjalnie zdziwiony ani poirytowany, wprost przeciwnie. Nawet mu się to podobało. W takich sytuacjach nekromanta wydawał się być podejrzanie ludzki i normalny.
Wojownik musnął krótko jego wargi, opierając jednocześnie jedną dłoń na ramieniu mężczyzny, drugą zaś przesuwając wzdłuż jego uda. Starał się, by ich pocałunek był jak najbardziej subtelny i delikatny. Przynajmniej na początku, bo zdawał sobie sprawę z tego, że nekromanta nie mając nikogo od tak dawna nie myślał raczej w takiej sytuacji o czerpaniu przyjemności z drobnych gestów.
-Połóż się- polecił Mario, uśmiechając się lekko, a nekromanta wykonał jego polecenie bez słowa. Mario usadowił się na jego biodrach i w tym momencie coś gruchnęło donośnie, a łóżko zapadło się odrobinę.
-Ekhem…
Cóż.
Nie były to szczególnie komfortowe warunki, ale bynajmniej nie zamierzał się wycofywać.
Wpił się w wargi mężczyzny, zsuwając szatę z jego ramion. W takich sytuacjach była aż nadto praktycznym strojem. Nie odrywając się od ust nekromanty, Mario wędrował dłońmi wzdłuż jego klatki piersiowej, zatrzymując się na dłużej w okolicach jego stuków i uciskając je delikatnie opuszkami palców. Dobiegł go cichy, pełen zadowolenia pomruk mężczyzny i sam uśmiechnął się z satysfakcją, pogłębiając jeszcze ich pocałunek. 
I właśnie w takich chwilach czuł się absolutnie pewny siebie. Dobrze wiedział jak ma postępować, żeby sprawić komuś przyjemność. Fakt, czy była to kobieta, czy mężczyzna nie miał właściwie żadnego znaczenia. 
Nekromanta chwycił go mocno w pasie, czyniąc ich pocałunki bardziej gwałtownymi, zupełnie tak jak poprzednio. Tym razem jednak Mario chwycił go lekko za dłonie i oderwał się od jego warg.
-Nie spiesz się tak bardzo- zaśmiał się cicho- Przecież mamy czas. Nie zamierzam się stąd ruszać.
Nekromanta parsknął z politowaniem.
-To ma być pocieszenie?
Nie, nie…
… Raczej powolne przyzwyczajanie do pewnego stanu rzeczy.
-Po prostu pozwól mi to zrobić, hm?- uśmiechnął się łagodnie Mario i z trudem skrył w sobie rozbawienie na widok malujących się na bladych policzkach mężczyzny rumieńców. 
Przeniósł pocałunki na szyję nekromanty, zmieniając stopniowo ich intensywność, z delikatnych i subtelnych na bardziej drapieżne, pozwalając sobie na pozostawianie na jego skórze czerwonawych śladów własnej obecności. Potrafił doskonale zorientować się w tym, co sprawia mu największą przyjemność, a miarowe westchnienia mężczyzny, które tak trudno było mu stłumić, jeszcze bardziej pozwalały mu się w owym przekonaniu utwierdzić. Ciało nekromanty było dosłownie niczym otwarta księga, z której Mario mógł wyczytać wszystko, czego w tym momencie ten potrzebował.
… Pomijając fakt, że czytać nie umiał.
Jego wargi zawędrowały na tors mężczyzny, składając na nim wilgotne, przeciągłe pocałunki i zsuwając się stale coraz niżej i niżej, w okolice jego podbrzusza. Reakcje nekromanty wzbudzały w nim niemal rozbawienie. Rozbawienie, rzecz jasna, to raczej słaby bodziec erotyczny, ale w tym wypadku to, co jednocześnie wywoływało w nim podobne emocje, było również na pewien sposób podniecające. Właściwie owa wrażliwość na każdą pieszczotę, ciche jęki i miarowe westchnienia, to, jak mężczyzna drżał pod nim lekko i niemal wił się w niecierpliwym oczekiwaniu na więcej, kojarzyło mu się z młódkami, które jeszcze przed nim nikogo nie miały. I jeszcze ten rumieniec…
Ach, mężczyzna wyglądał absolutnie doskonale!
Mario chwycił męskość nekromanty w dłoń i zaczął ją stymulować szybkimi ruchami, pozostawiając jednocześnie wilgotne ślady języka na jego podbrzuszu. 
-Chodź tu…- usłyszał prośbę mężczyzny, połączoną z jego donośnym jękiem. Wojownik parsknął cichutko pod nosem, przesuwając się odrobinę do góry, nie zaprzestając jednocześnie masowania członka nekromanty wprawnymi ruchami. Powrócił do jego warg w namiętnym pocałunku.
Nekromanta westchnął głęboko, wyginając się w lekki łuk. 
To również mu się podobało. Pewna nieporadność, ale też bezpośredniość. Brak oporów. Nie tłumienie w sobie odgłosów własnego zadowolenia. To wszystko sprawiało, że mimo tego, iż zapewne Mario zaliczał już bardziej owocne pod różnymi względami sytuacje łóżkowe (i nie tylko), z nekromantą było po prostu ciekawie. Inaczej niż z pozostałymi.
Wojownik otarł się o niego lekko, z głębokim westchnieniem, jakby upominając się o swoje, a nekromanta nie miał najmniejszego problemu ze zrozumieniem owego sygnału. Uniósł się nieznacznie na łokciach, by zaraz pozbawić bruneta dolnej części garderoby. Wojownik uśmiechnął się z zadowoleniem, nie przerywając ich pocałunków i jednocześnie nadając swoim pieszczotom szybszego tempa. 
Nekromanta zaspokajał go równie intensywnie, jakby naśladując jego ruchy i zrównując się z nim tempem. 
Mario nie potrzebował wiele i już po chwili doszedł, wkrótce po nekromancie. Jęknął przeciągle i opadł na ciało mężczyzny. Łóżko było na tyle niewielkie, że nie miał specjalnych możliwości, żeby przesunąć się jakkolwiek na bok i dać mu odetchnąć. 
Nekromanta nie zrzucił go jednak od razu z siebie, co Mario przyjął jako okoliczność sprzyjającą.
… Sprzyjającą do tego, co zamierzał mu za chwilę powiedzieć…
-Naprawdę dawno z nikim nie byłem- rzucił po dłużej chwili nekromanta, jakby w tonie usprawiedliwienia.
-Było naprawdę dobrze- odpowiedział Mario, uśmiechając się lekko.
Przez dłuższą chwilę panowała pomiędzy nimi zupełna cisza. Obaj starali się uspokoić oddech i bijące jak oszalałe serce po ledwie przebytym spełnieniu. I właściwie dało się stwierdzić, że było niemal spokojnie…
Do czasu.
-Mogę tu zostać?- wypalił nagle Mario, a nekromanta aż parsknął, kompletnie zszokowany, po czym rzucił jedynie pełne niedowierzania:
-Słucham?! Oczywiście, że nie!
-Błagam, błagam, błagam!- zawył rozpaczliwie Mario, wczepiając się mocno w ramiona mężczyzny, tak, że ten nie mógł go od siebie żadną siłą odepchnąć- Tylko na kilka dni! Zobacz na mnie! Nie mam gdzie mieszkać, nie mam gdzie pracować, nie mam co jeść...
-Co mnie to obchodzi?!
-Nie możesz mnie wyrzucić.
-Jak to „nie mogę”?- powtórzył nekromanta, unosząc brew w geście politowania i starając się jednocześnie wyplątać z kleszczowatego uścisku ramion Mario. Bezskutecznie. 
-Nie możesz, absolutnie nie możesz!- powtarzał dalej wojownik, starając się wyglądać możliwie jak najbardziej nieszczęśliwie i smętnie- Nie mam przecież dokąd pójść, nie jesteś bez serca!
-Och, czyżby…?- prychnął drwiąco mężczyzna- Nigdy nie obiecywałem, że będziesz mógł tu ze mną zostać, do licha ciężkiego. Mieszkam sam. Jestem nekromantą. To już dwa powody, żeby trzymać się ode mnie z daleka. 
-… Niepraktykującym- zauważył Mario, co wywołało kolejną serię pełnych niezadowolenia prychnięć- Och, błagam, błagam… 
-Nie ma mowy. Znajdź sobie pracę i daj mi spokój.
-Ale gdzie mam mieszkać?!
-U znajomych.
-Kiedy ja nie mam znajomych! U wszystkich mam długi- stwierdził Mario, wzdychając ciężko- A nikt mnie nie zatrudni z miejsca! Mam tułać się po ulicach… Głodny i przemarznięty…?
-Jest środek lata- zauważył chłodno nekromanta, jakby wcale nie wzruszyły go słowa mężczyzny.
-Wiem, że jestem mało pożyteczny, ale… Zrobię dla ciebie, co zechcesz! Będę ci pomagał, zbierał ziółka albo sprzątał… Sam nie wiem! Na pewno znajdziesz dla mnie jakieś zajęcie i będę mógł tutaj zostać!
-Masz mnie za idiotę…?- wymamrotał nekromanta, wciąż usilnie starając się odsunąć od siebie wojownika- Nie znajduję się w tym gronie głupców, którzy daliby ci zatrudnienie. Szczególnie przy czymś tak ważnym, jak zbieranie ziół na mikstury… W najlepszym wypadku zatrułbyś połowę wioski…
-Och, dobrze, w porządku, masz rację!- potwierdził chaotycznie Mario- Ale… Ale… Ale miło ci ze mną, prawda?- uśmiechnął się niemal z dumą- Więc… No sam nie wiem… Mógłbym być kimś w rodzaju twojego… eee… Seksualnego niewolnika?
-Seksualnego czego?!- teraz nekromanta wydawał się być już kompletnie osłupiały.
-No wiesz… Byłbym z tobą… A ty…
-Nie, dziękuję- odparł sucho, po czym westchnął głęboko, wyraźnie zniecierpliwiony- Z dwojga złego, to ja już wolę trupy. Przynajmniej tyle nie gadają. Szczególnie, gdy uprawia się z nimi seks- dodał kąśliwie, a Mario jęknął cicho, jeszcze bardziej wtulając się w ciało mężczyzny.
-Proszę, proszę, proszę! Tylko kilka dni!- jęczał wciąż wojownik, nie pozwalając się odsunąć- Będę szukał pracy i jak tylko coś znajdę, od razu się wynoszę! Przysięgam! Prooooooooszę…
Ciężkie, ale już bardziej spokojne i niemal pełne rezygnacji westchnienie nekromanty, upewniło go tylko w tym, że osiągnął swój cel.
-Niech będzie… Ale puść mnie, do licha wszelkiego- warknął mężczyzna, a Mario prawie natychmiast ustąpił, odsuwając się odrobinę- I nie patrz tak na mnie… Wolałbym się czuć tak swobodnie, jakby cię nie było… Nie obraziłbym się, jakbyś zajął się czymś konstruktywnym przez większość dnia. I na pewno nie będziesz spał ze mną.
-W porządku- odparł pogodnie Mario, szczerząc się wesoło. Podobne rozmowy przebywał już niejednokrotnie- Masz jeszcze inne… Równie rozklekotane łóżko?
-Nie- rzucił chłodno mężczyzna- Ale mam podłogę. W tamtym pomieszczeniu.
-Och…- Mario odkaszlnął cicho, znowu starając się przybrać odrobinę żałosny wygląd- Rozumiem…
Na nekromancie nie zrobiło to chyba większego wrażenia.
-Więc się stąd zabieraj- mruknął, bez ceregieli zrzucając z siebie wojownika i odwracając się do niego plecami. 
Mario skinął lekko głową, po czym uśmiechnął się, właściwie do samego siebie, i nachylił się jeszcze na krótką chwilę nad nekromantą, by rzucić ciche:
-Dzięki.
Odpowiedzią było jedynie mało wyraźne mruknięcie.
Mario zachichotał, po czym ruszył w kierunku drzwi.
-Aha, zapomniałbym… Jak właściwie masz na imię?- zapytał jeszcze, zatrzymując się na dłuższą chwilę.
-Aro- padła krótka odpowiedź, a wojownik uśmiechnął się jeszcze szerzej i wyszedł.
… Kto by pomyślał, że żyjący w odosobnieniu nekromanta okaże się bardziej ludzki niż większość tych, których znał…?

1 komentarz:

  1. Anonimowy2:54 PM

    Uwielbiam to opowiadanie! Swietne,zycze weny przepaszam ze tak krotko ale idę czytać dalejXD

    OdpowiedzUsuń