Strony

niedziela, 22 maja 2011

IV [Arrenium]

Vergil ziewnął szeroko, zmierzając niespiesznie w kierunku niewielkiego domku.
Domku, który należał do Arisa. Jego pięknego, młodego Arisa, symbolu wolności i niezależności, której tak bardzo potrzebował.
Słońce powoli zachodziło, a ciemniejące stopniowo niebo tworzyło niesamowity kontrast z zielenią traw. Okolica była cicha i spokojna. Idealne miejsce dla kogoś takiego jak on. Gdyby kiedykolwiek Samuel zechciał z nim być... Zawsze wyobrażał sobie, że zamieszkali by w takim właśnie miejscu. Z daleka od ludzi i ich ciekawskich spojrzeń. Skupieni tylko na sobie...
Vergil cieszył się, że skorzystał z gościnności Arisa. Trudno było chyba znaleźć lepsze miejsce na różnego rodzaju rozważania i przemyślenia. Przemyślenia, w których nie było miejsca na nieuzasadniony gniew, wściekłość i gorycz. Vergil czuł się tutaj autentycznie wolny. Wolny od wszelkich trosk, od obowiązków, od ludzi, którzy nie mieli pojęcia o tym, co czuje, od ich wydumanej moralności i kłamliwej prawdy. Ale owa wolność towarzyszyła mu jedynie gdy był z chłopakiem . Ledwie bowiem znikał mu z oczu, myśli wojownika ponownie koncentrowały się na kimś zupełnie innym.
Na Samuelu.
Minęły ledwie trzy dni, odkąd widział go po raz ostatni. Od ich ostatniej rozmowy, tego niepełnego wyznania, od słów, które na powrót rozpaliły w nim dogasającą nadzieję, od tego wszystkiego, co sprawiło, że łudził się jeszcze bardziej niż zwykle... Trzy dni to za dużo. Chciał go zobaczyć. Już, teraz, natychmiast.
Chciał, ale jednocześnie opierał się temu pragnieniu. Znowu obiecywał sobie, że wytrzyma. Jeszcze trochę. Jeden dzień, dwa, może trzy... Chociaż tyle. Chociażby po to, żeby udowodnić Samuelowi i samemu sobie, że potrafi bez niego normalnie funkcjonować.
Ale nie potrafił.
Samuel był obecny w jego myślach i snach. Aris skutecznie odwracał jego uwagę na pewien czas. Był tak niesamowicie żywy i swobodny, że nie sposób było oderwać od niego wzroku, ani zastanawiać się nad czymkolwiek innym. Jednak gdy tylko odchodził, znikał na chwilę, zasypiał... Dla Vergila istniał tylko Samuel.
Wojownik usłyszał znajomy i wyjątkowo mało przyjemny dla uszu dźwięk fujarki i aż jęknął głucho, uśmiechając się jednocześnie pobłażliwie pod nosem. Ten chłopak chyba nigdy nie przestanie go tym katować...
Aris siedział na schodach przed swoim domem, grając jakąś wyjątkowo mało skomplikowaną melodię i obserwując biegające bez żadnej kontroli po całym ganku kury, które ostatnimi czasy były jego jedynymi słuchaczkami.
Vergil zatrzymał się na chwilę i wpatrywał w niego badawczo. Ten chłopak go fascynował. To, w jaki sposób łączył w sobie wolność i niezależność z młodzieńczą żywotnością i jednocześnie odpowiedzialnością za własny los. Nie był przecież lekkomyślny. Potrafił na siebie zapracować, zadbać o swoją przyszłość.Nie miał przy tym nikogo do pomocy. To było niemal imponujące.
-Biedne zwierzęta- odezwał się w końcu mężczyzna, a Aris odłożył instrument na bok i zaśmiał się pogodnie, przenosząc na niego spojrzenie.
-Im się podoba- odparł, uśmiechając się figlarnie i błądząc wzrokiem wzdłuż całej sylwetki wojownika. Vergil aż parsknął cicho. Ten chłopak był niewiarygodnie wprost szczery i pewny siebie. Niczego nie udawał, niczego nie ukrywał... To chyba podobało mu się w nim najbardziej. Ta bezpośredniość, na którą nigdy nie mógł liczyć, gdy chodziło o Samuela- Są przyzwyczajone.
-Raczej głuche.
-Być może- młodzieniec wzruszył ramionami, znów śmiejąc się radośnie, po czym podniósł się powoli i rzucił kurom ziarna, chyba jako rekompensatę za słuchanie jego nietypowego koncertu.
-Zdecydowałeś się już, która będzie robić za nasz jutrzejszy obiad...?- zapytał przewrotnie mężczyzna, doskonale zdając sobie sprawę z odpowiedzi.
-Żadna!- odparł Aris z udawanym oburzeniem. Chłopak nie zabijał żadnych zwierząt i chociaż Vergil niespecjalnie to rozumiał, był to w stanie uszanować- Uwielbiam je wszystkie, nie mógłbym ich tak po prostu zjeść.
-Więc co robimy dziś wieczorem...?- och, cóż za pytanie. Dzień w dzień robili dokładnie to samo. A jednak Vergil pytał, bo lubił wyraz figlarnego rozbawienia goszczącego na twarzy chłopaka i jego momentami niemal obcesowe odpowiedzi.
-Hm... Czy ja wiem...- Aris podniósł na niego iście prowokujące spojrzenie.
-Ja wiem...- odparł Vergil, przysiadając na schodku, tuż obok niego.
-Czyżby...?- chłopak zaśmiał się cicho, przysuwając się odrobinę do mężczyzny- Więc...? Co będziemy robić...?
Vergil uśmiechnął się przewrotnie, po czym przyciągnął do siebie chłopaka i szepnął mu do ucha:
-Zamierzam zagrać na twojej fujarce...
Aris zaśmiał się niepohamowanie, a mężczyzna nie czekając na jego odpowiedź, chwycił go w pasie i przerzucił sobie przez ramię, po czym ruszył z nim w kierunku ich polany.
-Vergil!- wykrzyknął radośnie młodzieniec.
Wojownik ułożył chłopaka na trawie, tuż obok obłożonego kamieniami miejsca, w którym zazwyczaj rozpalali wieczorne ognisko. Nachylił się nad nim i cmoknął krótko jego wargi, po czym podniósł się ponownie.
-Zaraz wracam- oświadczył jedynie z lekkim uśmiechem i ruszył biegiem w kierunku domu.
Nie musiał niczego wyjaśniać.
Przez te kilka dni, a może raczej kilka wieczorów i nocy, robili dokładnie to samo. Jednak ta rutyna nie miała nic wspólnego z dotychczasowym życiem Vergila i jego nieustannym skupieniemna osobie Samuela. Była czymś, co sprawiało, że jego dzień wreszcie zdawał się nabierać rytmu i konkretnego celu. Wyjątkowo banalnego – ale jednak. W końcu nie chodziło o nic więcej, jak tylko o to, by spędzić trochę czasu we dwoje, przy alkoholu i ciepłych płomieniach ogniska. I tak, w ciasnym uścisku, dzień w dzień zasypiali obok siebie na tej samej polanie, szukając w swoich ramionach ucieczki od chłodu nocy. Vergil szukał ucieczki od czegoś jeszcze. Ucieczki od swojej pamięci. Od boleśnie wdzierających się do jego świadomości wspomnień, które nie pozostawiały w nim nic innego, prócz uczucia goryczy i nutki głupiej nadziei.
Nie minęło długo, aż mężczyzna wrócił na polanę, z kilkoma butelkami alkoholu i dwoma kocami.
Aris zdążył się już rozebrać. Leżał na trawie całkowicie nagi i jednocześnie nie zdawał się mieć z tego powodu jakiegokolwiek poczucia wstydu. Chociaż właściwie powodów do wstydu nie miał. Był idealny. Chłopak uśmiechnął się do Vergila pogodnie, po czym ponownie skierował wzrok na spacerującą po jego brzuchu biedronkę. Mężczyzna usiadł obok niego i strącił z jego ciała natręta, który tak zajmował uwagę Arisa, a następnie wpił się w jego wargi. Alkohol wylądował gdzieś obok, na trawie. Vergil jeszcze go nie potrzebował. Aris oddał pocałunek z całą mocą, obejmując go jednocześnie wokół szyi i przywierając do niego ciaśniej.
-Jesteś pewien, że nie chcesz dziś wrócić na noc do domu...?- wymruczał mu do ucha wojownik, odrywając się na chwilę od jego ust i przenosząc dłoń na jego męskość. Masował ją delikatnie, widząc jednocześnie rumieniec podniecenia wkradający się na policzki młodzieńca i jego figlarny uśmiech.
-Nie- odparł cicho chłopak- Raczej nie... Nigdy nie wracam na noc do domu.
-No tak- parsknął cicho Vergil, nie zaprzestając pieszczot- Wolność...
Aris uśmiechnął się nieco nerwowo.
-Nie do końca...- odpowiedział ostrożnie po dłuższej chwili, pomiędzy kolejnymi westchnieniami- Po prostu... Mam pewien problem... Grasuje tu pewien złodziej i...
-Złodziej?- Vergil zatrzymał się natychmiast, wpatrując się w chłopaka bez zrozumienia.
-No... Tak...- Aris zmieszał się wyraźnie- Przychodzi do mnie nocą. Czasem. Okrada mnie. W sumie już od dłuższego czasu... Wynosi to i owo... Nie tak wiele właściwie, ale jednak...
-Często?- mężczyzna odsunął się nieco, wpatrując się w twarz chłopaka z uwagą. Zaniepokoiło go to.
-Dosyć- odparł niepewnie Aris, unosząc się na łokciach- Dlatego nie śpię w domu. Tutaj jest bezpieczniej.
-Ile to już trwa...?
-Jakiś czas.
-Pozwalasz na to...?- Vergil aż parsknął, kręcąc głową z niedowierzaniem- Zdajesz sobie sprawę z tego, że przychodzi, ale nie powstrzymujesz go w żaden sposób, tylko siedzisz tutaj...? Jaki w tym sens?
-Boję się- przyznał bez ogródek Aris, westchnąwszy cichutko- Przecież nie będę z nim walczył, prawda?- no tak. Tego Vergil mógł się spodziewać. Chłopak postury Arisa miał zdecydowanie małe szanse w starciu z jakimś innym mężczyzną. Chociaż ten, który go okradał, też nie należał zapewne do szczególnie silnych i sprytnych, skoro wybrał sobie taką i w dodatku stałą ofiarę- Widzę czasem, jak się włamuje, ale wolę się tam nie zbliżać... Ale muszę być w pobliżu, gdyby coś się wydarzyło... Kiedyś próbował podpalić mój dom... Muszę szybko reagować.
Vergil zmarszczył brwi i nachmurzył się wyraźnie. Nie podobało mu się to. Cholerny skurwiel wybrał sobie na ofiarę bezbronnego, samotnego chłopaka, który miał marne szanse obrony. Najwyraźniej nie spodziewał się, że ktokolwiek może mu chcieć pomóc, szczególnie w takim miejscu jak to, stosunkowo dalekim od miasta. Ale Vergil już wiedział, że jeżeli kiedykolwiek spotka tutaj tego skurwysyna, nie pozwoli mu stąd odejść bez odpowiedniej nauczki. Ba. Wręcz marzył o tym, by ten się tutaj pojawił. Niech przyjdzie i pokaże, na ile starczy mu odwagi w starciu z kimś, kto nie ma kilkunastu lat i postury godnej trzciny.
-Martwisz się...?- zagadnął go Aris, wpatrując się w niego z uwagą, a Vergil uśmiechnął się jedynie lekko, składając krótki pocałunek na jego ramieniu i odparł:
-Nie. I ty też nie powinieneś. Jestem tutaj i uwierz mi, że nic ci nie grozi. A w razie czego...- uśmiechnął się przekornie- Pamiętaj, że mój miecz jest zawsze w pogotowiu...
-Tak...- zaśmiał się Aris, kładąc dłoń na kroczu wojownika- Czuję, czuję...
Vergi zaśmiał się donośnie, powracając do jego warg.
Było cudownie.


Obudziły go jakieś hałasy.
Vergil poruszył się niespokojnie i uchylił powieki, rozglądając się dookoła mocno zdezorientowany. Na polanie panował mrok, a jedynym źródłem światła zdawało się być dogasające ognisko. Było cholernie zimno. Aż zadrżał gwałtownie, gdy poczuł przypływ chłodnego, nocnego powietrza. Zsunął z siebie otulający go koc i wyplątał się z uścisku Arisa, a następnie wstał i otrzepał się z trawy i drobnych żyjątek. Chłopak mruknął coś niezrozumiale, ale ostatecznie jedynie przewrócił się na drugi bok i spał dalej, oddychając miarowo i spokojnie. Vergil przymknął na chwilę powieki, starając się wziąć w garść i utrzymać równowagę. Ani senność, ani tym bardziej ilość alkoholu, jaką sobie zafundował ledwie przed kilkoma godzinami, z pewnością tego nie ułatwiały. Nachylił się jeszcze i otulił Arisa kocem, po czym wyprostował się ponownie czując, że kręci mu się w głowie. Znowu przesadził. Tym razem wiedział to nawet bez upierdliwego marudzenia Samuela. Miał wrażenie, jakby wszystkie bodźce docierały do niego ze znacznym opóźnieniem. Słyszał tedziwaczne hałasy, dobiegające jakby z oddali, ale jednocześnie nie potrafił zrozumieć, co się wokół niego dzieje. Przez kilka pierwszych minut wydawało mu się, że to jakiś sen. Długo zajęło mu zastanawianie się nad podchodzeniem uciążliwych dźwięków. Miał zdecydowany problem z przyjmowaniem faktów do swojej świadomości.
Zachwiał się gwałtownie, na moment tracąc równowagę. Sam już nie był pewien, czy było to powodowane zmęczeniem, czy tym, jak dużo wypił. W końcu odetchnął głębiej i przetarł skronie, jakby miało mu to pomóc odzyskać trzeźwość myślenia. Nie pomogło.
Ruszył powoli do przodu, wciąż w zupełnym otępieniu. W końcu dostrzegł majaczący w oddali dom chłopaka. Widział przed nim jakieś dziwaczne światełko, miotające się w tę i z powrotem. W alkoholowym amoku pomyślał nawet przez chwilę, że to jakiś ognik albo zjawa, o których tyle słyszał. Szedł jednak dalej, rezygnując z tej myśli. Światełko tańczyło przez chwilę w jednym z okien. Później zniknęło na kilka sekund i pojawiło się w drugim, aż w końcu zupełnie zgasło.
Dopiero w tym momencie, Vergil przypomniał sobie opowieść Arisa o włamywaczu. Teraz doszło do niego to, czego przed chwilą był świadkiem. Przyspieszył kroku, ale w jego stanie, dojście do domu chłopaka zajęło mu naprawdę dużo czasu. Plątały mu się nogi i potykał się o najdrobniejszą nawet nierówność. Wreszcie znalazł się na podwórzu i wówczas po raz wtóry dostrzegł światełko, które zapewne nie było niczym innym, jak tylko płomieniem pochodni i po kilku minutach zniknęło w głębi lasu.
Vergil poczuł, jak alkoholowe otępienie ustępuje zupełnie innemu uczuciu – wściekłości. Wszystko aż w nim wrzało. Co ten przeklęty skurwiel sobie myślał...? Że może tu przychodzić i okradać tego bogom ducha winnego chłopaka, bez żadnego wstydu, bez żadnego strachu...? Czy naprawdę sądził, że nie spotkają go za to żadne konsekwencje? Mógł robić to wszystko na jego oczach, jak gdyby nigdy nic, niemal drwić z jego słabości i strachu? O nie. Vergil nie zamierzał na to dłużej pozwalać.
Nieważne, czy to obietnica dana Arisowi, czy ogarniająca go złość, Vergil czuł, że na chwilę wraca mu trzeźwe myślenie i jako taka równowaga. A przynajmniej tak mu się wydawało. Zanurzył się w lesie, kierując się za umykającym pomiędzy drzewami światłem, które raz wydawało się być blisko niego, to znów oddalało się bardzo. Nie do końca za nim nadążał, a jego ruchy nadal były odrobinę nieskoordynowane, ale w końcu płomień zatrzymał się. Vergil skrył się za pobliskimi drzewami, obserwując mężczyznę, który przystanął na chwilę. Wojownik sądził początkowo, że został zauważony, ale najwyraźniej nie o to chodziło. Złodziejaszek kucnął, klnąc pod nosem. Płachta, w której miał zawinięte łupy rozdarła się odrobinę i najwyraźniej starał się sprawdzić, czy nic nie wypadnie. Vergil wychylił się zza drzewa, dostrzegając jego nabytki. Jakiś alkohol, jedzenie... No bo cóż więcej mógłby ukraść komuś takiemu jak Aris... Świeżo ubite, pokryte jeszcze krwią kury...
Vergil warknął głucho z wściekłości. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak zareaguje chłopak, gdy się zorientuje.
-Piękne łupy- rzucił w końcu, siląc się na pełen chłodu spokój, chociaż najchętniej od razu dorwałby tego drania i zrobił z nim to, co należy. Złodziejaszek podskoczył gwałtownie, przenosząc na niego nieco zaskoczone spojrzenie, po czym uśmiechnął się wymuszenie i wycofał się nieco, wciąż przyglądając się Vergilowi, jakby nie był pewien, czy grozi mu niebezpieczeństwo, czy spotkał jakiegoś przypadkowego wędrowca.
-Dziękuję- odparł w końcu ostrożnie, choć w uszach mężczyzny zabrzmiało to niczym wyraz bezczelności. Vergil zacisnął zęby. Najchętniej urżnąłby mu łeb, ale z tego wszystkiego nie pomyślał nawet o tym, by wziąć ze sobą swój oręż. Ach, zresztą... Wcale go nie potrzebował. Nie na takiego chłystka.
-Ładnie to tak okradać młodych, bezbronnych chłopców...?- zagadnął w końcu, nie ruszając się z miejsca.
Złodziejaszek najwyraźniej zorientował się o co chodzi, bo zrobił przerażoną minę, po czym cofnął się jeszcze o kilka kroków, a następnie...
… A następnie zupełnie niespodziewanie cisnął w kierunku Vergila rozżarzoną pochodnią. Wojownik cudem chyba odskoczył, właściwie jeszcze nim zdążył się zorientować, co takiego się stało. Pochodnia wylądowała na trawie, dogasając. Vergil zerknął w jej kierunku z lekką obawą, a chwilę jego nieuwagi wykorzystał skutecznie złodziejaszek, który natychmiast rzucił się do ucieczki. Nie udało mu się jednak umknąć daleko. Mężczyzna ruszył tuż za nim i chwycił mocno za trzymaną przez niego płachtę, rozdzierając ją całkowicie. Wszystkie skradzione przez niego rzeczy rozsypały się na trawie. Jednak ku zdumieniu wojownika, chłystek najwyraźniej wcale nie zamierzał odchodzić bez niego, bo prędko schylił się i chwycił wszystko, co tylko był w stanie unieść. Vergil złapał go mocno za poły koszuli, niemal unosząc w powietrzu, po czym przycisnął go do najbliższego drzewa.
Złodziejaszek jęknął głucho, ponownie upuszczając wszystkie łupy.
-I co teraz, co...?- warknął Vergil, wpatrując się w niego wrogo- Co teraz zrobisz...?
Nie czekając na odpowiedź mężczyzny, zamachnął się i uderzył go mocno w twarz. Złodziej jęknął donośnie z bólu i chwycił się za zranione miejsce. Z jego nosa obficie trysnęła krew. Upadł na kolana, nie poruszając się przez chwilę, jakby kompletnie zamroczony.
-To cię powinno nauczyć, że wykorzystywanie bezbronnych nie popłaca na dłuższą metę...- warknął gniewnie, chwytając mężczyznę za szyję i nie dając mu możliwości wyswobodzenia się- Bo zawsze może stać za nimi ktoś dużo silniejszy... A wtedy masz problem... Zupełnie tak jak teraz, czyż nie...?- uśmiechnął się drwiąco, spoglądając na chłystka z wyższością.
Cóż za groteskowy widok...
Że też wystarczyło ledwie tknąć tego skurwiela, a z jego twarzy zniknął natychmiast ten irytujący wyraz pewności siebie i zmienił się w autentyczny lęk, przerażenie...
-Błagam...- wybełkotał żałośnie złodziej- Błagam, nie zabijaj mnie...
Vergil prychnął pogardliwie. Rzeczywiście, jeszcze chwilę temu miał autentycznie ochotę go zamordować. Teraz jednak nie zamierzał tego robić. Dawno już nie zabił żadnego człowieka, właściwie od momentu, w którym odszedł z królewskiej armii. Nawet w podrzędnych pijackich burdach i bójkach. Głównie ze względu na Samuela i jego podejście do tej sprawy. I chociaż jego zdaniem, to ścierwo zasługiwało na śmierć, albo przynajmniej na dużo większą nauczkę niż złamanie nosa... Chyba nie byłby w stanie tego zrobić. A przynajmniej nie teraz, gdy ten kulił się przed nim, błagając o litość.
-Zapamiętaj to sobie...- warknął chłodno, powtarzając sobie w myślach, że nie warto marnować sił na tego cholernego tchórza- Jeżeli pojawisz się tutaj jeszcze jeden raz... Jeszcze chociażby raz... Skręcę ci kark. Bez najmniejszej chwili zawahania. Zrozumiałeś?- rzucił ostro, wpatrując się w niego z uwagą.
Złodziejaszek pokiwał prędko głową, nie odpowiadając ani słowa.
Vergil odetchnął głębiej, starając się uspokoić myśli i w końcu puścił mężczyznę. Pozwolił mu się odsunąć, a sam nachylił się w kierunku skradzionych przedmiotów, mając zamiar je uporządkować i zwrócić Arisowi...
Sam nie wiedział, dlaczego w ogóle nie zwrócił uwagi na to, co wyrabia ten złodziejaszek. Chyba naprawdę wynikało to z jego alkoholowego zamroczenia, bowiem wystarczyła ta jedna chwila nieuwagi, by nagle cała sytuacja zmieniła się diametralnie. Chłystek rzucił się na Vergila od tyłu, chcąc go zapewne obezwładnić albo przynajmniej wytrącić go z równowagi. I to drugie, trzeba przyznać, udało mu się doskonale, bowiem wojownik runął gwałtownie na trawę, zupełnie się tego nie spodziewając. Złodziejaszek tymczasem ponownie zabrał się do zbierania skradzionych przedmiotów, a Vergil aż wrzasnął z wściekłości i chwycił go mocno za włosy, szarpiąc go gwałtownie do tyłu. Tym razem na ziemi wylądował także i chłystek, a Vergil z pewnością nie zamierzał tym poprzestać. Jeżeli ten głupiec nie wykorzystał swojej szansy... To znaczy, że na nią nie zasłużył. I kolejnej z pewnością już nie dostanie.
-Ty parszywa gnido!- rzucił nienawistnie, ponownie zaciskając palce na szyi mężczyzny- Bezczelny tchórzu! Nie myśl, że ujdzie ci to na sucho, ty...
Vergil poczuł mocne uderzenie w okolicy skroni i zamroczyło go na dłuższą chwilę. A później kolejne i jeszcze jedno, tym razem prosto w twarz... Puścił złodzieja i krzyknął z bólu, opadając do tyłu i czując jak zalewa go krew.
-Skurwiel- usłyszał jeszcze ciche warknięcie i ów chłystek kopnął go mocno w żebra.
Vergil nie widział już jednak jego dalszych poczynań, pomimo tego, że miał otwarte oczy. Nie był w stanie dostrzec czegokolwiek. Zupełnie pociemniało mu w oczach.
Nie wytrzymał.
Stracił przytomność.
-Vergil! Vergil!
Mężczyzna jęknął głucho, niemal w tonie skargi. Uchylił powieki, ale zaraz zacisnął je ponownie na dłuższą chwilę, przez przedzierające się przez drzewa, oślepiające promienie wschodzącego słońca. Nie poruszał się. Jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje, ale już wiedział, że potworny ból głowy jaki odczuwał, nie ma nic wspólnego z ilością wypitego przez niego alkoholu. Powoli powracały do niego wspomnienia z minionej nocy, a im więcej sobie przypominał, tym mniej wierzył w to, co się tu wydarzyło.
Rozejrzał się wokół siebie. Trawa wokół niego pokryta była krwią, podobnie zresztą jak roztrzaskana butelka, która leżała nieopodal i była właściwie jedynym śladem jaki pozostał tu po tym przeklętym złodziejaszku. Chyba właśnie tym go uderzył.
Vergil zaklął donośnie czując, jak ogarnia go wściekłość.
Jak mógł pozwolić mu uciec?!
Jak mógł pozwolić mu uciec ze wszystkimi rzeczami, które należały do Arisa?!
Kto normalny odwraca się tyłem do przeciwnika?! Tego go nauczyli w armii, do diabła?!
Jak w ogóle mógł mu się dać tak podejść?!
Przecież to był ledwie chłystek! Zwykły, podrzędny złodziejaszek, jakich wielu!
Kurwa, kurwa, kurwa mać!
-Vergil!- nawoływania zdawały się być coraz bardziej wyraźne i już po chwili zza najbliższych drzew wyłoniła się postać Arisa.
Chłopak aż krzyknął na jego widok i przyklęknął przy nim prędko.
-Vergil...! Na bogów, co ci się stało?!- zapytał spanikowany, a mężczyzna wymamrotał coś jedynie niewyraźnie, podnosząc się powoli do pozycji siedzącej. Twarz bolała go jak diabli- On ci to zrobił, prawda?!
Vergil westchnął posępnie.
Nie. On sam sobie to zrobił.
-Nic się nie stało, Aris- rzucił uspokajającym tonem, ale sam zdawał sobie sprawę z tego, że stało się aż za dużo. Nadal nie pojmował, jak mógł dopuścić do tak idiotycznej sytuacji. Przecież był wojownikiem! Wojownikiem, na bogów! I to nie byle jakim! Nie zawdzięczał przecież swojej reputacji ślepemu przypadkowi! Czy naprawdę upadł tak nisko, że...
-Mówiłem ci, że jest niebezpieczny- stwierdził z przerażeniem chłopak.
Vergil parsknął niemal z politowaniem.
Niebezpieczny. Też coś.
Nie, ten chłystek bynajmniej nie był niebezpieczny.
To on sam stanowił dla siebie największe niebezpieczeństwo.
Samuel miał rację.
… Znowu.
-Wszystko w porządku- rzucił raz jeszcze, wstając. Wydawało mu się, że całe jego ciało się temu sprzeciwia.
-Nie jest w porządku!- zaprotestował natychmiast Aris, również podnosząc się i chwytając go pod ramię, jakby obawiał się, że ten zaraz upadnie- Wyglądasz tak... Och...- chłopak zagryzł nerwowo wargę, robiąc taką minę, że Vergil aż zaczął się zastanawiać, jak bardzo musi być zmasakrowany, skoro ten tak reaguje- Wróćmy do domu, dobrze...?- zapytał w końcu cichutko- Postaram się to jakoś opatrzyć, sam nie wiem, może...
-Nie- zaprotestował Vergil, kręcąc głową i odsuwając się nieco- Pójdę do miasta, do jakiegoś medyka...
-Pójdę z tobą!- zaoferował się natychmiast Aris, wyraźnie przejęty.
-Nie- odparł ponownie mężczyzna, uśmiechając się z trudem łagodnie. Dotknął ramienia chłopaka, po czym objął go delikatnie i przycisnął go do siebie mocno- Wracaj do domu, Aris... Zajmij się wszystkim...
-A ty...?
-A ja... Ja niebawem wrócę- dokończył po chwili wahania.
… Wcale nie był tego taki pewien.


Kiedy Vergil dotarł wreszcie do miasta, słońce górowało już na niebie.
Był diabelnie zmęczony, nadal kręciło mu się w głowie, a ból wciąż nie ustępował. Mijający go ludzie posyłali mu ukradkowe spojrzenia, pewne lęku, pogardy lub politowania. Zresztą, nie było czemu się dziwić. Nawet nie postarał się zetrzeć z twarzy zaschniętej krwi. Pewnie musiał wyglądać niczym miejscowy pijaczek albo awanturnik. Och... Zaraz, przecież on rzeczywiście zasługiwał na takie miano. Tyle właśnie z niego zostało. Z jego wielkiej kariery, z tych wszystkich, pieprzonych nadziei, jakie w nim pokładano i z jego cholernej, niespełnionej miłości... Nie było go stać na nic więcej, jak tylko upijanie się w trupa i wmawianie samemu sobie, że wszystko jest w porządku. Nie był to pierwszy raz, kiedy udało mu się sobie uświadomić, że rujnuje własne życie, ale do tej pory to odrzucał. Wolał wymówki. Wolał zrzucić wszystko na kark Samuela. Obarczyć go winą za własne słabości. Wykrzyczeć mu w twarz, jak bardzo go skrzywdził i wmawiać sobie, że reaguje prawidłowo, że tak zrobiłby każdy na jego miejscu... A jednak zdarzenia z minionej nocy wstrząsnęły nim zupełnie.
On, który do tej pory mógł tak naprawdę mierzyć się z każdym... Który nie miał w sobie nawet krzty strachu, obawy... Którego obawiali się dawniej wszyscy, którzy stawali z nim oko w oko...
Przegrał.
Mało powiedziane.
Poniósł klęskę, swoją osobistą porażkę i to nie w żadnej bitwie, nie z realnym, dużo silniejszym czy potężniejszym przeciwnikiem, a z kimś tak miernym i żałosnym... Ze zwykłym złodziejem, tchórzem, który najpierw błagał go o litość, nie będąc w stanie nawet podnieść się z ziemi, a później wykorzystał chwilę jego nieuwagi, kompletnie go rozpraszając. Vergil okazał słabość. Słabość, jakiej nigdy wcześniej w sobie nie dostrzegał. Słabość, która była mieszaniną alkoholowego otępienia, pogardy i nieuwagi...
Kiedy tak bardzo się zmienił...?
Kiedy nastąpił ten przełomowy moment, w którym z jednego z najsilniejszych wojowników, stał się nikim...?
Nie pojmował tego. Nie potrafił zrozumieć. Nie potrafił nawet przypomnieć sobie swojej pierwszej libacji, pierwszej utraty świadomości spowodowanej alkoholem, pierwszej myśli, że chyba przesadził... Wszystko to trwało już tak długo...
Ale on widział w oczach mijających go przechodniów coś jeszcze prócz pełnego politowania wzroku. Widział w nich coś na kształt rozbawienia. Może to jego własna wyobraźnia płatała mu figle, ale przez krótką chwilę zdawało mu się nawet że wszyscy ci ludzie wiedzą.
Wiedzą, dokąd idzie. Wiedzą, dlaczego nie poszedł do najbliższej osady czy miasta, a przebył tak długą drogę, choć słaniał się na nogach. Wiedzą o jego uczuciach, poczuciu goryczy i idiotycznej nadziei. Wiedzą, że to tylko kolejny pretekst, żeby zobaczyć tego, który chyba nawet nie chciał go widzieć. Wiedzą o wszystkim.
Spuścił wzrok, przyspieszając kroku.
Znowu wracał do Samuela. Nie potrafił na to nic poradzić. Nawet w tej całej sytuacji, która nie napawała go niczym więcej, jak tylko odrazą do samego siebie, od razu pomyślał o tym, żeby do niego przyjść. Żeby zobaczyć w jego oczach zmartwienie, chociażby jego cień. Żeby usłyszeć kolejne upomnienia i cierpliwe przywoływanie do rozsądku, które zawsze tak okropnie go irytowało. Ale Samuel miał rację. Teraz widział to wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej. I czuł, czuł wyjątkowo, że może coś zmienić w swoim życiu. Miał się dziwić mężczyźnie, że ten nie chce z nim być? A kto chciałby być z kimś takim jak on...? Może Samuel zrezygnował z niego już dawno, jeszcze nim jego życie tak okrutnie się posypało, ale postawa Vergila na pewno nie pomagała mu w zmianie zdania. A może mógł jeszcze coś zrobić...? Pierwszy raz zachować się jak należy, nie uciekać, a pokazać Samuelowi, że jest wart czegoś więcej...? Może powinien spróbować o niego walczyć? Zamieszkać gdzieś niedaleko, odwiedzać go często, zachowywać się spokojnie i przyzwoicie, powoli przekonywać go do siebie i być może raz jeszcze zdobyć jego uczucia...
Nie po raz pierwszy podobny pomysł przychodził mu do głowy. Wiele razy, szczególnie po ich kłótniach, upijał się z wściekłości, a gdy trzeźwiał dochodziło do niego, jakim strasznym był idiotą i obiecywał sobie, że to się więcej nie powtórzy. Starał się zachowywać dobrze, traktować Samuela jedynie jak przyjaciela, pokazując mu jednocześnie, że jest dla niego kimś ważnym... Nie wychodziło. Nigdy nie wychodziło. Odtrącenie zakonnika za każdym razem bolało go tak samo. To był ten rodzaj bólu, na który nie potrafił się uodpornić i o którym niełatwo było zapomnieć. A później wszystko szło już jak zwykle. Kłócił się, awanturował, krzyczał... A Samuel wciąż był taki cichy, taki spokojny, taki opanowany... To doprowadzało go do szaleństwa.
Ale przecież ostatnio coś się zmieniło.
Czy naprawdę był głupcem wierząc, że ostatnie zachowanie mężczyzny świadczyło o tym, że może mu jeszcze na nim zależeć? Inaczej niż jak na przyjacielu...?
Wierzył więc bardzo w to, że mu się uda.
Że zaweźmie się w sobie i raz na zawsze zmieni swoje życie, stając się w oczach Samuela tym, kim zawsze pragnął być.
Vergil przekroczył bramę klasztoru. Pracujący w ogrodzie zakonnicy patrzyli w jego stronę, szybko jednak odwracali wzrok i kontynuowali swoją pracę, nie mówiąc ani słowa. Bogowie jedynie wiedzieli, co o nim w tym momencie myśleli. Mieli go za głupca...? Opętańca, który przychodzi tak często, jak tylko może, błagać szaleńczo o odrobinę uwagi...? Śmiali się z niego czy może budził ich litość...?
Mężczyzna wszedł po kamiennych stopniach, a następnie przeszedł przez wrota i zatrzymał się w holu, dostrzegając kogoś znajomego. Opat Lotario stał niedaleko i wpatrywał się w niego z uwagą. Pierwszy raz od bardzo dawna na jego twarzy nie widniał grymas pogardy czy zirytowania. Wprost przeciwnie. Vergil miał wrażenie, że ten patrzy na niego jakoś inaczej niż zwykle, może wręcz z lekką obawą... Aż parsknął cicho w duchu. Naprawdę musiał kiepsko wyglądać, skoro nawet ten staruch darował sobie zwyczajowe komentarze i pouczenia.
-Gdzie Samuel...?- wychrypiał ledwie słyszalnie.
-W sali... Zajmuje się chorymi...- odparł ostrożnie mężczyzna. Vergil zdziwił się ponownie. Zazwyczaj Lotario starał mu się wyperswadować spotkania z mężczyzną i patrzył na to z dużą niechęcią. Gdyby wojownik tak dobrze go nie znał, pomyślałby, że ten nie ma nic przeciwko temu.
Vergil raz jeszcze posłał mu lekko zaskoczone spojrzenie, po czym skręcił w prawy korytarz i trafił do sali. W pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Wewnątrz nie było prawie nikogo, za wyjątkiem kilku osób, śpiących na samym końcu. Było znacznie spokojniej niż zazwyczaj.
-Samuel...?- szepnął niepewnie.
Zakonnik wyłonił się nagle zza jednego z parawanów i spojrzał na niego z zaskoczeniem, po czym niemalże pobladł. Vergil aż zaniepokoił się nieco. Jeżeli Samuel tak na niego reagował, który widział go z różnego rodzaju urazami i ranami, to chyba było jeszcze gorzej niż mu się do tej pory zdawało.
-Co ty tu robisz...?- wydukał zakonnik, sprawiając wrażenie dziwnie oszołomionego.
-Nie widać...?- rzucił z politowaniem wojownik, unosząc brew. A przynajmniej miał taki zamiar. Zdawało mu się, że każdy fragment jego twarzy go boli i odmawia mu posłuszeństwa.
-Widać... Widać, przepraszam...- Samuel ściągnął z głowy kaptur i zaczesał chaotycznie pasemko włosów za ucho. Rozejrzał się dookoła dziwnie zdezorientowany, zupełnie jak nie on, po czym zniknął w bocznym pomieszczeniu, a gdy wrócił miał już ze sobą wodę, różnego rodzaju olejki i opatrunki. Nadal sprawiał wrażenie mocno poruszonego. Nie było to jego normalne zachowanie, biorąc pod uwagę jego zwyczajowy spokój i opanowanie. Vergil zastanawiał się nawet, czy nie był to efekt ich ostatniej rozmowy. Po raz kolejny zapłonęła w nim iskierka nadziei- Chodź- rzucił w kierunku mężczyzny, wskazując dłonią jedno z łóżek. Vergil przysiadł na jego brzegu, obserwując poczynania zakonnika z uwagą- Najpierw przemyję ci rany, dobrze...?
-Mhm...
Vergil aż syknął z bólu, gdy mężczyzna przyłożył mu do twarzy nawilżoną czymś chustę.
-To nie jest tylko woda, prawda...?- wycedził przez zęby, z trudem powstrzymując się od jęku.
-Nie- odparł cicho Samuel, nie przerywając. Wciąż wydawał się jakiś obcy, jakiś nieswój. Vergil wpatrywał się w niego z uwagą, przez co niezbyt koncentrował się na nieznośnym szczypaniu. Nadal nie rozumiał przyczyn nietypowego zachowania mężczyzny- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie wyglądasz najlepiej...?- zapytał nagle zakonnik, ale w jego głosie nie igrało zmartwienie czy współczucie. Coś innego. Jakiś lęk, którego Vergil zupełnie nie pojmował.
-Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie przyszedłem tutaj po opinię na temat swojej urody...?- parsknął z nutą rozbawienia, ale Samuel nawet się nie uśmiechnął.
Cisza, jaka pomiędzy nimi panowała, była zupełnie nienaturalna. Początkowo Vergil myślał, że zakonnik skupia się po prostu na tym, co robi i dlatego nie mówi ani słowa, ale zaczynało go to powoli męczyć. Zazwyczaj jednak rozmawiali. No dobrze. Samuel rozmawiał, a on wrzeszczał, ale jakby nie było dochodziło do jakiejś wymiany myśli. Czyżby mężczyzna obawiał się, że Vergil po raz kolejny da się ponieść emocjom...?
-Nie zapytasz...?- mruknął w końcu Vergil, nie kryjąc rozczarowania.
-Hm...?- Samuel posłał mu nieprzytomne spojrzenie, po czym zreflektował się i dopytał- O co...?
-O to, co się wydarzyło.
W końcu zazwyczaj właśnie od tego się zaczynało.
-Co się wydarzyło?- powtórzył mechanicznie zakonnik, a Vergil westchnął ciężko. Zdecydowanie nie o taki rodzaj zainteresowania mu chodziło.
-Pobiłem się.
-Pobiłeś...?
-Tak- potwierdził mężczyzna, po raz wtóry odnosząc wrażenie, że Samuel nie bardzo orientuje się w tym, co ten w ogóle mówi- Ze złodziejem.
-Złodziejem...?
Wojownik aż sapnął z poirytowaniem.
-Tak, ze zwykłym złodziejaszkiem!- warknął niepohamowanie. Zakonnik spojrzał na niego z lekkim zdumieniem i to właściwie sprowadziło go na ziemię. Uspokoił się z trudem. Czekał na kolejne słowa mężczyzny, na jego zwyczajowe, pełne uwagi spojrzenie, na cierpliwe wyjaśnienia i ostrzeżenia... Nic takiego nie nastąpiło- Cholera, Samuel!- wybuchnął po raz wtóry, odsuwając się nieco- Powiedz to wreszcie!
-Co takiego...?- zapytał zakonnik, wpatrując się w niego bez zrozumienia.
-To co zwykle!- odparł z poirytowaniem Vergil- Że byłem pijany, że to moja wina, że rujnuję swoje życie... Przecież wiem, że chcesz to powiedzieć!
Samuel nie odpowiedział ani słowa. Przysunął się z powrotem do wojownika i powrócił do opatrywania jego ran, ze zwyczajowym spokojem i cierpliwością.
Vergil westchnął cicho, po raz kolejny czując, że zachował się nie tak, jak potrzeba. Wściekał się sam na siebie, czasem zupełnie nie pojmował własnych emocji. Szedł tutaj z zamierzeniem, że będzie całkowicie opanowany, a wystarczyło ledwie, że Samuel nie zachowywał się tak jak zwykle, a on już się denerwował. Nie potrafił nad sobą skutecznie panować w jego obecności.
-Przepraszam- rzucił w końcu cicho- Nie powinienem...
-Nic się nie stało- przerwał mu Samuel, jak zwykle bez cienia zirytowania czy złości. Właściwie bez cienia jakichkolwiek emocji, które zazwyczaj towarzyszyły w podobnych chwilach Vergilowi.
-Znowu mnie poniosło...- kontynuował wojownik, jakby nie dosłyszał jego słów- Czasami najzwyczajniej w świecie... Nie mogę się powstrzymać- przyznał z trudem- Coś we mnie wstępuje i denerwuję się, a później... A później żałuję i... I... Nie chcę się już z tobą kłócić- dokończył ledwie słyszalnie.
-Ja też nie- odparł zakonnik, przerywając na chwilę wykonywaną przez siebie czynność, by sięgnąć po opatrunki.
Vergil wykorzystał tę chwilę, by objąć go w pasie i oprzeć głowę na jego ramieniu. Tylko tyle. A mimo to, rzadko kiedy mógł sobie pozwolić na równą bliskość. Samuel aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że mężczyzna nigdy nie przestał do niego czuć tego, co dawniej. Że nie zapomniał jego zapachu, smaku jego ciała... Nawet w pozornie najbardziej niewinnym kontakcie, skrywał się zamiar czynu. Tak właśnie mówił zakonnik, za każdym razem, gdy ten się do niego przysuwał, próbując mu wmówić, że nie chodzi mu o nic więcej, jak tylko o zwykły uścisk, chwilę w jego ramionach... Teraz jednak nie powiedział nic. Zamarł jedynie w bezruchu na dłuższą chwilę, po czym wyprostował się w końcu i odetchnął głęboko.
-Spróbujmy jeszcze raz- rzucił cichutko Vergil, obejmując go ciaśniej ramionami. Nie pamiętał już nawet, ile razy wcześniej powtarzał tą prośbę, szeptem albo krzykiem, całkowicie trzeźwy albo kompletnie pijany, zrozpaczony albo otępiały głupią nadzieją. Dokładnie tak jak teraz.
-Vergil...- Samuel poruszył się nieco niespokojnie, nie wyswabadzając się jednak z jego uścisku- Rozmawialiśmy o tym...
-Wiem- odparł mężczyzna, siląc się na spokój- Wiem, ale... Ale wiem też, że nie postępowałem właściwie... Nie powinienem mieć do ciebie pretensji, że znalazłeś się w takim miejscu jak to...- nie powinien. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ale mimo to, miał ich w sobie aż nazbyt wiele- Żyliśmy w takim, a nie innym miejscu, musieliśmy w końcu wybrać jakąś drogę...
-Ja już wybrałem- przypomniał mu cicho zakonnik.
-... ale nikt nie powiedział, że tylko jedna z nich jest dobra- odpowiedział natychmiast Vergil, zagryzając nerwowo wargę- Może mamy w życiu kilka różnych opcji do wyboru... Może jesteśmy w stanie odnaleźć się w zupełnie innych sytuacjach.
-Tu jest moje miejsce.
Wojownik z trudem opanował targające nim emocje. Niewiele brakowało, a krzyknąłby coś jak zwykle, wytrącony z równowagi upartością Samuela. Niewiele brakowało, a wytknąłby mu po raz tysięczny to, jak strasznie idiotyczny był jego wybór, jak strasznie pozbawiony sensu... A jednak stłumił to w sobie, powtarzając w duchu, że to nie jest najlepsza droga do wyperswadowania komuś czegokolwiek.
-A moje miejsce jest przy tobie- stwierdził, lekko drżącym od napięcia głosem- Ale na pewno nie w takim miejscu jak to... I jak to wyjaśnisz...?- zapytał niepohamowanie- Czy bogowie zaplanowali to wszystko, a teraz bawią się moimi uczuciami, drwią ze mnie, dając ci takie powołanie, a mnie nie odbierając jednocześnie tego, co do ciebie czuję...? Czy ci, do których się tak gorliwie modlisz, nie byli dotąd na tyle łaskawi, żeby zwrócić mi wolność...? Skoro rzeczywiście wybrali dla ciebie to miejsce, dlaczego nie pozwolili mi dotąd odzyskać spokoju...?
-Bogowie nie odpowiadają za twoje uczucia...- odparł cicho Samuel. Oddychał jakoś płytko i nierówno, jak gdyby nerwowo. Wyplątał się ostrożnie z uścisku Vergila, po czym podniósł się i stanął naprzeciw, wpatrując się w niego z mieszaniną niepokoju i swoistej czułości. Dawno już nie patrzył na niego w taki sposób...- Nie odpowiadają też za twoje czyny. To ty o wszystkim decydujesz.
-Jeżeli ludzie o wszystkim decydują sami, to po co to przeklęte miejsce?- zapytał z niezrozumieniem- Po co ta cała otoczka, po co te modlitwy, obrzędy...? To nie ma najmniejszego sensu!
-Bogowie mogą nam pomagać- Samuel ani na chwilę nie dawał się wytrącić z równowagi- Tylko tyle i nic więcej. Ostatecznie i tak wszystko zależy od naszej woli i poczynań.
-Więc niech mi pomogą- rzucił chaotycznie mężczyzna, podnosząc się z miejsca i chwytając zakonnika za ramiona- Jeżeli rzeczywiście są tak łaskawi, jak mówisz, to wybłagaj u nich, żeby zdjęli ze mnie ten ciężar... Albo żeby zwrócili wolność tobie. Bo zasługujesz na wolność, Samuel... Obaj na nią zasługujemy... A kiedyś byliśmy wolni. Pamiętasz...?- uśmiechnął się niemal rozpaczliwie, patrząc zakonnikowi prosto w oczy i widząc w nich jedynie smutek- Odejdź z tego miejsca... A jeżeli nie potrafisz, to... To daj nam trochę czasu... Zamieszkam niedaleko stąd. Będę do ciebie przychodził, odwiedzał cię... Zmienię się. Naprawdę się zmienię... Dla ciebie. Ty dla mnie nie możesz...?- zapytał bez zrozumienia.
Samuel zdjął delikatnie dłonie wojownika ze swoich ramion. Zagryzł niepewnie wargę, uciekając wzrokiem gdzieś w bok, po czym odetchnął płytko i otworzył usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, aż w końcu zamknął je ponownie i pokręcił jedynie głową, by w końcu rzucić ledwie słyszalne:
-Nie mogę.
-Dlaczego?- Vergil zupełnie tego nie pojmował. Samuel odrzucał go za każdym razem, odrzucał go równie boleśnie i równie stanowczo, niezależnie od tego, jak bardzo się starał, co mówił, co obiecywał... On naprawdę był w stanie zrobić dla niego wszystko. Gdyby zakonnik rzucił chociażby słowo... Zostawiłby dla niego wszystko. Zrezygnowałby z całego swojego dotychczasowego życia. Umarłby za niego, gdyby tylko mógł. Oddałby mu własną duszę, ale co z tego...? Co z tego, skoro Samuel nie chciał tego wszystkiego...?
-To jest moje miejsce- powtórzył. Wyraźnie starał się zachować spokój, ale jego głos również zaczął lekko drżeć- Zrozum, Vergil... Niezależnie od tego, co myślisz, ja wiem, że podjąłem właściwą decyzję... Nie żałuję tego i nigdy nie będę żałował... Początkowo wahałem się, jak każdy, kto tutaj trafia, ale... Ale gdyby to nie było dla mnie, dawno bym się już zorientował. Jestem tu wystarczająco długo, by wiedzieć, że tego właśnie chcę.
Nim Vergil zdążył cokolwiek odpowiedzieć, drzwi do sali otworzyły się z cichym trzaskiem. Mężczyzna obejrzał się za siebie i dostrzegł opata Lotario, który stał w progu i spoglądał w ich stronę z uwagą. Wojownik już czekał na jego zwyczajową, pełną natręctwa ingerencję, ale on rzucił jedynie:
-Samuel... Lepszego momentu już nie będzie- a następnie wyszedł.
Vergil zmarszczył brwi. Nic z tego nie rozumiał.
-O co chodzi...?- zwrócił się do zakonnika.
Samuel odwrócił wzrok i zakrył usta dłonią, wyraźnie poruszony. Sprawiał wrażenie roztrzęsionego.
-Ach, rozumiem...- parsknął z drwiną mężczyzna- To znowu coś w stylu: „wynoś się stąd i nie pokazuj tutaj więcej”...? Stary Lotario chce zacząć decydować, kto ma wchodzić do tego „bożego domu”, a kto jest zbyt niegodny, by się tu pojawiać...?
-Nie opowiadaj bzdur, Vergil...- odparł natychmiast zakonnik- Możesz tu przychodzić kiedy tylko zechcesz...
-Więc o co chodzi?
Samuel milczał przez dłuższą chwilę, po czym odetchnął płytko raz jeszcze i zaczął ostrożnie:
-Ja nie mogę cię już dłużej zwodzić, Vergil... Zdaję sobie sprawę z tego, co do mnie czujesz, ale musisz zrozumieć, że... Ja po prostu... Po prostu nie jestem dla ciebie odpowiednią osobą.
-Myślisz, że nie wiem...?- wojownik uśmiechnął się gorzko. Zdawał sobie z tego sprawę aż nazbyt dobrze.
-Powinieneś wreszcie przestać żyć przeszłością...- kontynuował cicho zakonnik, uciekają wciąż wzrokiem gdzieś w bok- Nie wiem, czy nasze spotkania ci to ułatwiają... Początkowo sądziłem, że kilka szczerych rozmów i czas pomoże ci uleczyć dawne rany i zrozumieć, że to wszystko nie ma już takiego sensu, ale...
-Kilka szczerych rozmów i czas?! Za kogo ty mnie uważasz?! Sądzisz, że jestem kimś, kto...
-Nie kocham cię.
Vergil umilkł natychmiast. Te słowa go sparaliżowały, zupełnie wytrąciły z równowagi, wewnętrznie rozbiły... Przez dłuższą chwilę po prostu stał nieruchomo, wpatrując się w Samuela z mieszaniną niedowierzania i przerażenia, jakby czekał na jakiś znak, że to nieprawda, że to zwykłe kłamstwo, jakieś złudzenie... A jednak zakonnik spoglądał mu prosto w oczy, zagryzając nerwowo wargę, nie mówiąc już nic więcej i niczego nie wyjaśniając. Jakby te słowa mówiły wszystko...
-Ach, tak...- rzucił gorzko Vergil, cofając się o kilka kroków- On ci kazał to powiedzieć, tak...?- dopytał, mając na myśli opata- Ten głupi staruch kazał ci się mnie pozbyć, dlatego to mówisz, prawda...?
-Nie- zaprotestował natychmiast zakonnik- On nie ma z tym nic wspólnego... Chciałem ci już powiedzieć od dawna...- głos znowu zaczął mu drżeć. Po raz kolejny tracił swój zwyczajowy spokój i opanowanie- Nie chcę, żebyś się męczył i łudził, że kiedykolwiek może coś z tego być... Opat po prostu pomógł mi podjąć decyzję, przekonał mnie, żebym dłużej cię nie zwodził i nie mamił fałszywą nadzieją... Wydawało mi się, że to będzie zbyt okrutne, ale wiem, że...
-Zbyt okrutne?!- syknął wściekle Vergil i zaśmiał się z rozgoryczeniem- Dobre sobie! Powiedz wreszcie prawdę! Powiedz, że cię do tego namówił, że to wszystko kłamstwo! Przyznaj to wreszcie, przecież wiem, jak na mnie reagujesz!
… Jak bardzo chciałby usłyszeć potwierdzenie swoich słów...
-Przykro mi, Vergil...- głos Samuela łamał się wyraźnie, ale nie wycofywał się ze swoich słów- Naprawdę mi przykro... Zależy mi na tobie... Naprawdę mi zależy, ale nie potrafię cię już dłużej okłamywać, ja...
-A to nie jest kłamstwo?!
-Nie... Vergil, przepraszam...
-Przepraszasz?!- wykrzyknął z wściekłością. Zupełnie nie wiedział jak się zachować, co zrobić... Najchętniej cofnąłby czas, cofnąłby każde swoje słowo, w ogóle by tutaj nie przyszedł byleby tylko tego nie usłyszeć... Do tej pory miał swoją nadzieje. Miał swoje złudzenia, które trzymały go przy życiu. Teraz czuł się tak, jakby nie miał już nic. Ale to nie miało nic wspólnego z wolnością. Cofnął się o kilka kroków w kierunku drzwi- Nie kochasz mnie, tak...?
-Kocham!- krzyknął rozpaczliwie Samuel, ruszając tuż za nim- Kocham cię jak przyjaciela, jak brata, Vergil!
-Jak brata...- powtórzył jak echo. Nie wytrzymał. Wszystko w nim pękło. Nie był w stanie już patrzeć na Samuela. Nie był w stanie w ogóle przebywać w tym przeklętym miejscu, które odebrało mu wszystko to, co do tej pory miał. Które zniszczyło całe jego życie. Wybiegł z sali, nie zwracając już uwagi na nic innego.
-Vergil!- usłyszał za sobą rozdzierający krzyk Samuela.
Nie wrócił.
Zatrzymał się dopiero, kiedy opuścił mury zakonu.
Wtedy przystanął gwałtownie, zaczynając powoli rozumieć to, co się wydarzyło.
… Pękł.


Vergil przebudził się o świcie, wsparty plecami o jakiś brudny mur. Rozejrzał się dookoła, mocno zdezorientowany. Głowa huczała mu z bólu. Jego ubrania, które wcześniej nosiły na sobie ślady krwi, teraz były porozdzierane i umorusane błotem. Nie miał pojęcia, co się wydarzyło. Pamiętał jedynie, że kompletnie rozbity, zawędrował do jakiejś karczmy. Nie wiedział gdzie był tej nocy, z kim był, ani co robił. Musiał wyglądać jak jakiś nędzarz, bo ktoś, kto przechodził obok, rzucił na ziemię obok niego kilka miedzianych monet.
Znowu się upił...
A jednak, ledwie chwilowe poczucie klęski, szybko z niego uleciało.
Tak, upił się, ale co z tego?
Nie miał do tego prawa?
Nie mógł tego zrobić, po tym wszystkim, co usłyszał...?
Miał być spokojny i opanowany, ale po co? Dla kogo?
Samuel go nie kochał.
Jakże boleśnie brzmiały te słowa!
Nie kochał go, nie chciał go... Sądził, że nigdy nie zazna bardziej bolesnego odtrącenia niż tego dnia, gdy mężczyzna oświadczył mu, że wstępuje do zakonu, a jednak... A jednak do tej pory wciąż karmił się nadzieją, że jego uczucie pozostaje odwzajemnione, chociażby w niewielkiej części... A teraz...?
Teraz nie zostało mu już nic.
Był pełen wściekłości i żalu... Nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić, jak dalej żyć, jak funkcjonować, skoro jego jedyny, główny cel rozsypał się tak gwałtownie... O co miał walczyć, skoro nie było już nic...? A gdyby wrócić tam raz jeszcze, wysłuchać tego, co Samuel miał mu do powiedzenia, spróbować zrozumieć, a może przekonać go, że jest inaczej, albo...
… Nie.
Nie zrobi tego.
Nie wróci tam już nigdy więcej tak, jak kiedyś zapowiedział.
Nie udowodni mu po raz kolejny swojej słabości i nie da się ponieść tęsknocie.
Nie kochał go...? Świetnie. Niech więc żyje tam sam, z tymi wszystkimi marami przeszłości, sam w swoim odosobnieniu, sam w miejscu swojego rzekomego powołania...
I niech pogodzi się z tym, że nigdy więcej już się nie spotkają. Niech pogodzi się ze stratą brata, przyjaciela... Och, jakże gorzko brzmiały te słowa! Jakże gorzko w odniesieniu do tego, kim dla siebie byli! Niech pogodzi się także ze stratą swojego dawnego kochanka i żyje w niepewności co do jego losu!
Vergil nie zamierzał tam wracać.
Choćby miał cierpieć latami, wolał cierpieć, niż po raz wtóry usłyszeć te okropne słowa i spojrzeć zakonnikowi prosto w twarz.
Choćby miał umrzeć z żalu, wolał umierać w samotności, niż raz jeszcze skazać się na takie upokorzenie.
… Jak bardzo żałował, że owe słowa nie zwróciły mu wolności...


~*~*~

Mario ziewnął szeroko i przeciągnął się, prostując obolałe kończyny. Uchylił powieki, po czym rozejrzał się dookoła nieco zdezorientowany, w pierwszej chwili niezupełnie zdając sobie sprawę z tego, gdzie się znajduje. Ostatnimi czasy zdarzało mu się niekiedy zasypiać u progu różnego rodzaju gospód i domostw, więc nie był zdziwiony, że leży na podłodze. Zdziwił go natomiast fakt, że był okryty jakimś kocem. Wziął purpurowy materiał w dłonie i parsknął cichutko pod nosem, zagryzając wargę w nieco rozbawionym uśmiechu. No tak. Ten nekromanta... Aro. Tak miał chyba na imię. Mario musiał przyznać, że całkiem dobrze trafił. Mężczyznę, co prawda, trudno było określić mianem przyjaznego, czy towarzyskiego, ale w końcu go nie wyrzucił, czyż nie? A przecież ledwie się znali. Wyrzucił go z łóżka i kazał mu spać na podłodze, ale... Okrył go. To było nawet miłe.
Miłe...
Mario aż uśmiechnął się do siebie w duchu. Dopiero po dłuższej chwili zastanawiania się i usilnych starań przypomnienia sobie takiego momentu, uświadomił sobie, że nikt dawno nie zrobił dla niego czegoś, co można by było określić tym słowem.
Do tej pory był właściwie wyrzutkiem. Nie miał swoich pieniędzy, miał za to masę długów, wielu wściekłych znajomych, którzy nie chcieli go nawet przepuścić przez próg i nazywali go pasożytem po tym, jak przez kilka miesięcy żył na ich rachunek, odpłacając się za to jedynie szerokim uśmiechem... No dobrze, nie żeby był bez winy. Ale co on miał poradzić na to, że miał w życiu pecha?
Mario wtulił się w materiał koca, wdychając zapach nekromanty.
Och, rany... Ciągle nie mógł uwierzyć w to, że zamieszkał u faceta, który całe życie miał do czynienia jedynie z truposzami. Ba. Nawet z nim spał. Chociaż to akurat, wbrew wcześniejszym podejrzeniom, było całkiem przyjemne.
Mario raz jeszcze parsknął cicho, po czym zupełnie niepohamowanie, wybuchnął śmiechem, wtulając twarz w koc.
O bogowie, a pomyśleć, że jeszcze wczoraj sądził, że nie będzie się miał gdzie podziać!
Głupie szczęście!
-Z czego się śmiejesz...?
Mario aż podskoczył gwałtownie i uderzył głową w ścianę, po czym syknął cichutko z bólu. W tym samym pomieszczeniu, ledwie kilka kroków dalej stał nekromanta, spoglądając na niego z politowaniem. I sądząc po wykonywanej przez niego czynności, był tu już od dłuższego czasu.
-Auć... Nie strasz mnie tak- jęknął Mario, pocierając obolałe miejsce- Dzień dobry, Aro- dodał pogodnie, uśmiechając się szeroko.
Mężczyzna odmruknął coś niewyraźnie pod nosem. Coś, co z pewnością nie brzmiało jak radosne powitanie, a raczej coś w stylu: „odczep się ode mnie”, ale Mario udał, że tego nie dosłyszał. Nekromanta odwrócił się z powrotem w stronę lustra, przed którym stał, wracając do wykonywanej przez siebie czynności. Mario wpatrywał się w niego z nieskrywanym zainteresowaniem. Aro z wyjątkową dokładnością i skupieniem, wplatał w swoje włosy różnego rodzaju ozdoby i kości. Charakterystyczny makijaż miał już zrobiony, był też ubrany w jedną ze swoich długaśnych szat.
-Nie rozumiem...- odezwał się w końcu Mario, wciąż nie odrywając wzroku.
-To pewnie dla ciebie nie nowość- odciął się chłodno Aro, a mężczyzna parsknął z rozbawieniem, nie dając się bynajmniej zniechęcić, po czym podniósł się z posłania i podszedł bliżej nekromanty.
Ku jego zdumieniu, Aro odsunął się nieco, wpatrując się tak, jakby zaraz zamierzał cisnąć w niego gromem, więc pokornie został na swoim miejscu, kilka kroków od niego.
-Nie rozumiem po co to wszystko- wyjaśnił w końcu, mierząc całą sylwetkę nekromanty uważnym spojrzeniem. Podobało mu się to. To było takie... inne. Nietypowe. Dziwaczne. Ale przy tym wystarczająco interesujące, by skupić jego uwagę- Po co ten strój, makijaż, te wszystkie rzeczy... Nie możesz bez tego czarować, czy jak?
-Ja nie czaruję- upomniał go sucho mężczyzna- Nie jestem magiem.
-Nekromantą też już nie jesteś, więc w czym rzecz?- zaśmiał się lekko Mario.
-Dla ludzi.
-Dla ludzi...?- zdumiał się jeszcze bardziej- Czekaj, czekaj... Z tego co się zorientowałem, to robisz tu za coś w rodzaju grabarza, dobrze pamiętam?
Aro zacisnął wargi w wąską linijkę i odetchnął płytko, jakby modlił się o cierpliwość, po czym odparł wreszcie:
-Można tak powiedzieć.
-Więc po co grabarzowi takie fatałaszki...?- zaśmiał się Mario, chwytając za materiał jego szaty, ale nekromanta natychmiast strącił jego dłoń, odsuwając się przy tym jeszcze bardziej.
-Ludzie lubią umierać niespodziewanie- odparł posępnie, odwracając się w kierunku swoich różnorodnych słoi i przyglądając im się z uwagą przez dłuższą chwilę, po czym sięgnął do jednej z szafek, wyjmując z niej przeróżne słoiki i pudełeczka.
Mario wpatrywał się w niego z niekłamanym zdumieniem.
-Eee... Tak, to wszystko wyjaśnia- odparł w końcu, drapiąc się po głowie i obserwując jego poczynania- Co robisz...?- zapytał w końcu.
-Wychodzę- odpowiedział krótko nekromanta, po czym wyminął go i otworzył frontowe drzwi. Mario nie czekał ani chwili, od razu podążył tuż za nim, nadal starając się podtrzymać ich rozmowę, jakby wcale nie zrozumiał tej jakże subtelnej sugestii, że raczej powinien tu zostać, a przynajmniej dać mężczyźnie spokój.
-Poza tym, zdajesz sobie sprawę z tego, że „lubią” to raczej mało adekwatne słowo...?- zaczął, unosząc pytająco brew, ale ledwie wyszedł na zewnątrz umilkł, mocno zdumiony. Jeden z tych wieśniaków, którego widział tutaj tego dnia, gdy pierwszy raz przybył do nekromanty, stał tuż przed jego domem, razem z dwójką dzieci, zapewne swoim synem i córką. Wszyscy troje coś ze sobą mieli. Ów wieśniak dwa kubły, jeden pełen mleka, drugi wypełniony jakimś ciemnym płynem, przypominającym sok. Dziewczynka trzymała w niewielkim koszyku różnego rodzaju owoce i warzywa, a chłopiec niósł ze sobą maleńki bochenek chleba. Nie było tego dużo, ale z pewnością mogłoby starczyć na syte przeżycie dnia przez jednego człowieka, a może nawet kilku.
-Witamy cię, panie- powiedział w końcu mężczyzna, kłaniając się przed nim z wyraźną pokorą. Aro nie wydawał się być tym gestem zdumiony. Najwyraźniej często przyjmował podobne wizyty. Odkłonił się lekko- Ciebie i twojego przystojnego gościa- dodał, tym razem kłaniając się osłupiałemu Mario.
-Ej... Nazwał mnie „przystojnym”...- rzucił półgłosem w stronę nekromanty, ciągle nie za bardzo orientując się w całej sytuacji- Podrywa mnie...
Aro posłał mu pełne politowania spojrzenie.
-To miało służyć podkreśleniu twojej dostojności- wyjaśnił cicho.
-Och!- rzucił z ulgą Mario i zaśmiał się, po czym zwrócił do wciąż lekko skłonionego mężczyzny- Witaj, zacny wieśniaku! Co to takiego...?
-Hm... To są dary, panie...- odparł nieco niepewnie mężczyzna, również wyraźnie zagubiony- Dary dla pana Aro... Możemy je zostawić...?
-Tak- pospieszył z odpowiedzią nekromanta, nim Mario zdążył się odezwać choćby słowem- Postawcie je tam gdzie zwykle.
Wieśniacy skłonili im się raz jeszcze, po czym pokornie zostawili przyniesione przez siebie rzeczy tuż przed wejściem do domu nekromanty, a następnie odeszli, ale nie zatrzymali się zbyt daleko. Ledwie kilkanaście metrów dalej, nadal wpatrując się w nich z nieskrywaną ciekawością. Najwyraźniej Aro nie stanowił obiektu fascynacji jedynie dla Maria. Ze swoich domostw wyglądało coraz więcej okolicznych mieszkańców, jakby czekali na to, co zaraz zrobi nekromanta. Nie wydawali się być przy tym przerażeni czy zdenerwowani. Po prostu zaintrygowani.
-Przynoszą ci tutaj te rzeczy codziennie...?- dopytał Mario, oglądając się na złożone przez ludzi dary.
-Tak- potwierdził krótko Aro, ruszając powoli do przodu. Mario natychmiast zrównał się z nim krokiem.
-Rany... Aż tak się ciebie boją?- parsknął cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową.
-To nie jest wyraz strachu.
-A czego?
-Wdzięczności.
Mario przystanął na chwilę, nieco zdziwiony. Składanie komuś daniny nie było w końcu niczym nowym. Sam pan de Villo miał w swoim posiadaniu całkiem spore ziemie i chłopi co miesiąc rozliczali się z nim ze swoich dochodów. Na pewno nie wynikało to jednak z wdzięczności. Tymczasem ci ludzie, chyba rzeczywiście przynosili te wszystkie rzeczy z własnej woli.
Mario aż zagwizdał cicho, z nieskrywanym podziwem. Podobało mu się to. Nekromanta nieczęsto wychodził i właściwie zdawał się nie pełnić żadnej znaczącej roli w tej małej społeczności, a mimo to, cieszył się jakimś dziwacznym szacunkiem, a może wręcz czcią. Ludzie, obok których przechodził, kłaniali mu się nisko. A z racji tego, że Mario był z nim, kłaniali się i jemu, wpatrując się w niego z nie mniejszym zainteresowaniem, co wyjątkowo mu odpowiadało.
-Przestań się za mną wlec- rzucił w końcu półgębkiem nekromanta, a mężczyzna zaśmiał się lekko i odparł:
-A co mam robić...?
-Nie moja sprawa.
No tak... Tego Mario absolutnie mógł się  spodziewać.
Po kilkudziesięciu metrach uznał jednak, że takie bezcelowe włóczenie się za nekromantą, który z sekundy na sekundę sprawiał wrażenie coraz bardziej zirytowanego, nie ma większego sensu i zatrzymał się przy jednym z pracujących nieopodal mężczyzn, po czym rzucił raźnie:
-Witaj, szanowny wieśniaku!- rolnik przystanął i spojrzał na niego lekko zdumiony- Czy możesz mi wskazać jakieś miejsce, w którym mógłbym się odświeżyć...?
-O bogowie...- rzucił grobowym tonem Aro, oddalając się szybko.
-Odświeżyć, panie...?- bąknął w odpowiedzi mężczyzna, jakby nie wiedział o co chodzi.
-No... Wykąpać na przykład- parsknął z rozbawieniem Mario- Jest tu jakaś... rzeka...? Może staw...?
-Hm... Za lasem znajduje się niewielkie jezioro, panie... Jeżeli o to chodzi...- skwitował niepewnie, wracając do pracy, a Mario uśmiechnął się do niego z wdzięcznością i ruszył wesoło przed siebie.
A co tam! Nie miał się na razie czym przejmować! Miał gdzie spać, przez najbliższe kilka dni, a to na razie w pełni mu wystarczało. Nie żeby nie garnął się do żadnej roboty... Owszem, pomógłby nekromancie, gdyby ten tylko wyraził takie pragnienie, ale Mario szczerze wątpił w taką możliwość. Zresztą, nawet najbardziej potrzebujący ludzie, po jego krótkiej interwencji dochodzili do wniosku, że jednak dadzą sobie radę sami. Dlatego Mario, tak czy inaczej, spędzał większość swojego czasu na leniuchowaniu.
… No i ukrywaniu się przed całkiem sporą ilością wrogów i wierzycieli, ale to na chwilę obecną przestało go dotyczyć.
Mario trafił w końcu do lasu, w którym zniknął także i nekromanta. W pierwszej chwili chciał go nawet odnaleźć, ale szybko doszedł do wniosku, że to i tak bezcelowe. Udało mu się z niego w końcu wydostać i wyszedł na oświetloną promieniami słońca polanę, dostrzegając przepiękne jezioro. Nie czekając długo, dobiegł na brzeg i szybko pozbył się wszystkich swoich ubrań, po czym wskoczył do chłodnawej wody. Westchnął głęboko, uśmiechając się błogo pod nosem i obmywając powoli swoje ciało.
O tak.... Zdecydowanie tego potrzebował...
Nie wiedział, ile dokładnie minęło czasu, aż niedaleko brzegu dostrzegł nekromantę. Mężczyzna przechadzał się powoli, co jakiś czas schylając się po coś i przyglądając z uwagą trawie... Mario pomyślał, że chyba szukał jakichś ziół albo czegoś w tym stylu, tak to przynajmniej wyglądało. Ale nie mógł nie dostrzec, że Aro raz po raz rzuca mu ukradkowe spojrzenia. Uśmiechnął się do siebie z rozbawieniem.
A nie mówił, że tak właśnie będzie?
Może i należał do osobników wyjątkowo na dłuższą metę drażniących, ale przynajmniej miał w sobie tyle uroku osobistego, żeby odpowiednio przyciągać uwagę.
I o to mu właśnie chodziło.
-Hej! Aro!- krzyknął pogodnie, wchodząc głębiej do wody i zanurzając się prawie po pas. Nekromanta podniósł głowę i spojrzał na niego, marszcząc brwi- Chodź do mnie!
Aro skrzywił się jedynie pod nosem i pokręcił głową, najwyraźniej wyjątkowo starając się skupić na tym, co robi. Chociaż wcale na zbytnio skupionego nie wyglądał.
-Aro!- zawołał raz jeszcze mężczyzna- No właź! Woda jest całkiem przyjemna, mówię ci!
Tym razem także jego słowa pozostały bez większej reakcji.
Ach, no cóż...
Jeżeli Mahomet nie przyjdzie do góry, to góra przyjdzie do Mahometa, prawda...?
Mario ostatni raz obmył swoje ciało wodą, po czym ruszył powolnym krokiem na brzeg, nie zatrzymując się jednak po to, by jakkolwiek się ubrać czy chociażby okryć, a od razu podchodząc do nekromanty.
-Co ty wyrabiasz...?- syknął Aro, pąsowiejąc wyraźnie- Ubierz się, do diabła!
-Dlaczego...?- zapytał Mario, uśmiechając się niewinnie.
-Gorszysz dzieci!
-Jakie dzieci...?
Dopiero w tym momencie usłyszał zduszone chichoty dobiegające z pobliskich krzaków. Odwrócił się w tamtą stronę i w tym momencie wybiegło stamtąd kilka nastoletnich dziewcząt, śmiejąc się donośnie i zakrywając purpurowe twarze. Wszystkie trzy czmychnęły ponownie w kierunku lasu.
Mario również uśmiechnął się do siebie leciutko.
-Podoba mi się tutaj- stwierdził z pełną stanowczością.
-Nie przyzwyczajaj się zbytnio- mruknął w odpowiedzi nekromanta.
… A co jeśli już za późno?

Naprawdę mu się tutaj podobało. Owszem, podobało mu się każde nowe miejsce, w którym się pojawiał. Bo w każdym nowym miejscu miał czystą kartę, w każdym nowym miejscu nie był przez nikogo kojarzony, nikt nie uznawał go za skończonego partacza, nie lekceważył go i nie usiłował zamordować w przypływie gniewu po tym, jak po raz kolejny spektakularnie coś schrzanił... Oczywiście każde nowe miejsce w końcu przestawało być nowe i w końcu ludzie zaczynali go kojarzyć i wyrabiać sobie o nim opinię, ale mimo wszystko... Ale mimo wszystko tutaj było jakoś inaczej. Mario zazwyczaj pomieszkiwał w miastach. Tam atmosfera, powietrze, życie... Wszystko wyglądało inaczej i toczyło się zupełnie innym trybem. Tutaj było spokojnie, cicho, jakoś tak przyjaźnie, swojsko... Wszyscy się znali, wszyscy byli dla siebie uprzejmi, zajmowali się swoimi obowiązkami, zwierzętami, dziećmi... Mario wcale nie czuł się pomiędzy nimi źle. Wcale nie czuł, że musi się ukrywać i pilnować na każdym kroku, żeby nie zrobić czegoś źle. Ci ludzie darzyli go pewnego rodzaju szacunkiem i zainteresowaniem. Zainteresowaniem, które nie było w żadnym stopniu negatywne, jak to zwykle w jego przypadku bywało. On po prostu budził ich ciekawość. Tak samo jak i oni jego. Zdawał sobie sprawę , że pewnie wynika to z faktu, że zamieszkał z ponurym nekromantą, który nie wychodził prawie wcale, nie licząc kilkunastu minutowego spaceru rano i wieczorem, podczas którego zbierał bardzo dziwne rośliny i praktycznie nie odzywał się do nikogo ani słowem. Zdawał sobie sprawę, że pewnie wynika to z faktu, że jest tutaj nowy. Ale i tak bardzo mu się to podobało.
-Długo już tu mieszkasz...?- zapytał, wpatrując się w mężczyznę z zaintrygowaniem.
-Kilka lat- odparł krótko nekromanta, maltretując jakiś nieszczęsny korzeń.
Kilka lat! Mario aż westchnął z podziwem. Kilka lat, a ci ludzie wciąż tak na niego reagowali! O bogowie, ile on by dał za podobne traktowanie! Co on takiego robił? Rzucał na nich uroki czy truł ich tymi swoimi ziółkami? A może po prostu chodziło o tą aurę tajemniczości jaką wokół siebie roztaczał. Gdyby to było takie proste... Mario sam przywdział by tą zabawną suknię i zaczął coś mamrotać w wymyślonym przez siebie języku. Ba. Przeżyłby nawet ozdoby z ludzkich wnętrzności w swoim domu. No bo wtedy przynajmniej miałby jakiś dom.
-Długo jeszcze...?- westchnął smętnie, obserwując ruchy mężczyzny z lekkim znużeniem.
-Nie- odpowiedział Aro, odkładając na bok nóż, po czym oświadczył- Właśnie skończyłem.
-Świetnie!- Mario natychmiast poderwał się z miejsca i uśmiechnął się szeroko. Och, rany, czekał na to cały dzień!
Nekromanta uniósł brew w pytającym geście, jakby nie zrozumiał, o co chodzi, po czym przeszedł do pomieszczenia obok. Mario ruszył tuż za nim, wciąż uśmiechając się pogodnie do siebie. Dopiero, gdy Aro zatrzymał się gwałtownie tuż przy drzwiach i odwrócił w jego stronę z szorstkim:
-Czego chcesz?- zrozumiał, że chyba sytuacja nie była tak oczywista, jak mu się wydawało.
-No wiesz...- odkaszlnął, spoglądając na mężczyznę znacząco. Ale sądząc po wyrazie jego twarzy, chyba jednak nie wiedział- Spędzić z tobą trochę czasu... Sam na sam...- rzucił iście czarująco.
-Spędziłem z tobą sam na sam prawie cały dzień- odpowiedział Aro, bez większych emocji- Teraz chciałbym zostać sam.
-Aro, daj spokój...- parsknął cicho Mario, po czym przysunął się do niego jeszcze bliżej, opierając dłonie na jego klatce piersiowej i szepnął mu do ucha- Nie masz ochoty na chwileczkę zapomnienia...?
-Mam. Na chwileczkę zapomnienia o tobie.
-Ale...
-Wynocha!
I tak oto Mario wylądował z powrotem za drzwiami. Westchnął cierpiętniczo, nie mogąc się pogodzić ze swoją klęską, po czym ułożył się na swoim prowizorycznym posłaniu, w kącie pokoju. Okrył się kocem i przez dłuższą chwilę po prostu wsłuchiwał się w swój oddech i dobiegające z zewnątrz odgłosy natury, aż w końcu pogrążył się w rozmyślaniach. Zastanawiał się nad tym, czy naprawdę jest aż takim nieudacznikiem, czy po prostu ma życiowego pecha. W porządku, niewiele rzeczy mu się w życiu udało. Umiał się dobrze ustawić, sami rozumiecie... Był przystojny, młody, czarujący... A poza tym doskonale zmyślał fakty na swój temat, przynajmniej na samym początku. W zależności od rodzaju poszukiwanej pracy, mógł być doskonałym wojownikiem, kupcem, rzemieślnikiem czy nawet stajennym. Można by wręcz powiedzieć – znał się na wszystkim. Niestety, w dłuższej perspektywie kłamstwa zawodziły, bo Mario w gruncie rzeczy kłamać nie lubił. Lubił natomiast być w czyichś oczach uważany za niezwykłego i godnego zainteresowania.
Och, rany... Ciekawe, czy gdyby nie ta cała afera mógłby zachować pracę u pana de Villo... W końcu na samym początku szło mu całkiem nieźle. Owszem, skłamałby, gdyby stwierdził, że wszystkie jego polecenia wykonywał prawidłowo... Ale przecież naprawdę się starał! Aż do tej afery ze smokiem...
Któregoś pechowego dnia, pan de Villo kupił od kogoś smocze jajo, które przez dobre kilka tygodni rosło i rosło, aż w końcu zaczęło się dziwnie trząść i wszystko wskazywało na to, że smok niedługo się wykluje. Niestety, postanowił także w swej nierozważności, przydzielić opiekę nad wykluwającym się jajem Mario, co najwyraźniej uznał za niezbyt skomplikowane zadanie, nawet jak dla niego. Na początku bardzo się ucieszył, był nawet podekscytowany całym tym zdarzeniem. Siedzenie i obserwowanie kiwającego się dziwacznie jaja nie było zdecydowanie trudne. Ale po jakimś czasie, okazało się śmiertelnie nudne. Mario siedział niemrawo w miejscu i myślał sobie, że zaraz uśnie z monotonii i... Usnął.
Przebudziły go krzyki ludzi i gdy wreszcie zdał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje, dostrzegł rozłupane na pół jajo, a niedoszły pupil pana de Villo zdążył sfajczyć pół miasta.
Pan de Villo musiał pokryć spore straty, sprzedał smoka, a Mario wyrzucił. Mario przychodził do niego dzień w dzień i prosił o to, by ten przyjął go z powrotem, aż ten w końcu się zgodził. A później kazał mu szukać nekromanty. A później maerona. A później okazało się, że ani nekromanta ani maeron nie powinni istnieć, i że to wszystko tylko pretekst. A później... A teraz wylądował tu.
-Aro...- rzucił w końcu.
-Czego?- padła zza ściany mało radosna odpowiedź.
-Nie masz przypadkiem ochoty na masaż...?
-Nie.
-A na długą, namiętną rozmowę...?
-Nie.
-A na bajkę na dobranoc...?
-Śpij wreszcie!
Mario westchnął posępnie. Nie ukrywał, że skończenie tego dnia w nieco nieporadnych ramionach nekromanty byłoby całkiem miłe, no ale skoro nie...
Mężczyzna wiercił się niecierpliwie na posłaniu. Przewracał się z boku na bok, raz lądował na plecach, to znów na brzuchu, układał się w tak dziwacznych pozach , że aż sam się sobie dziwił, a mimo to zupełnie nie mógł usnąć.
W końcu nie wytrzymał. Poderwał się z miejsca i po cichutku przeszedł do sypialni nekromanty. Aro leżał w bezruchu na łóżku, odwrócony twarzą do ściany. Mario ostrożnie przysiadł na brzegu posłania i...
-Co ty tu robisz, do diabła?!- warknął mężczyzna, podrywając się do pozycji siedzącej.
Mario już miał coś odpowiedzieć, kiedy przyjrzał mu się z większą uwagą i... wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Wierzcie lub nie, ale bez swojej zwyczajowej otoczki grozy, bez swojej ciemnej szaty i makijażu, z rozpuszczonymi włosami, nekromanta wyglądał uroczo, a przy tym nieziemsko zabawnie. Zupełnie jak nie on.
-Śliczny jesteś...- rzucił w końcu Mario, gdy już udało mu się opanować śmiech.
-Bardzo zabawne...
-Aro, mówię serio!- stwierdził z pełnym przekonaniem widząc, że mężczyzna usiłuje się zakopać pod kołdrę i chwycił go delikatnie za ramię, zatrzymując przy sobie. Musnął krótko jego wargi- To co...? Naprawdę nie masz dzisiaj ochoty...?
-Nie- uciął Aro, chociaż całe jego ciało zdawało się mówić coś zupełnie innego. Mario aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że po takim okresie zupełnej posuchy w sprawach seksualnych, pewnie wyjątkowo trudno jest zachować wstrzemięźliwość. I wcale nie zamierzał mu tego ułatwiać.
-Ale dlaczego?- zapytał bez zrozumienia.
-O co ci chodzi, na litość bogów...?- westchnął ciężko nekromanta, przecierając skronie. Wydawał się być nieco zagubiony, jakby nie odnajdywał się w całej tej sytuacji. Zresztą, trudno było mu się dziwić. W końcu dawno już nie przebywał tak długo z kimś żywym...- Przyjąłem cię, dałem ci jedzenie, możesz robić co tylko zechcesz, czego jeszcze chcesz ode mnie...?
-Daj spokój, Aro...- parsknął z rozbawieniem, przesuwając dłonią wzdłuż jego policzka- Jesteśmy dorosłymi mężczyznami, nie musimy się bawić w takie podchody... Przecież ci się podobało...
Mario nie dał mu szansy na udzielenie odpowiedzi. Wpił się mocno w jego wargi i mimo początkowego oporu i zaciskających się boleśnie na jego ramionach dłoni nekromanty, nie odsunął się. Aro natomiast, skapitulował wyraźnie po dłuższej chwili, rozchylając wargi w zapraszającym geście. Próby opanowania się najwyraźniej niespecjalnie mu wychodziły. Nie był już tak gwałtowny jak wczoraj. Wprost przeciwnie. Sprawiał wrażenie, jakby całą inicjatywę oddał w ręce Mario, a ten zamierzał to wykorzystać.
Z trudem władował się na biodra mężczyzny, słysząc jednocześnie nieznośne skrzypienie łóżka i kontynuował pocałunek, rozsuwając jednocześnie poły przyjemnie miękkiej szaty. Zupełnie nie przypominała tego, co nekromanta nosił na co dzień. Mario przeniósł pocałunki na jego szyję, jedną dłonią pieszcząc sutek mężczyzny, drugą natomiast naciskając na jego męskość. Aro westchnął urywanie, odchylając głowę do tyłu i zagryzając wargę w taki sposób, jakby chciał się powstrzymać od głośniejszych reakcji. Mario uśmiechnął się do siebie triumfalnie, zsuwając się wargami na obojczyk, a następnie klatkę piersiową mężczyzny. Nie spieszył się. Nabrzmiała męskość mężczyzny nie budziła w nim skrępowania ani nie skłaniała go do przyspieszenia pieszczot. On lubił bawić się seksem. I niewiele rzeczy sprawiało mu tak dużą przyjemność, jak obserwowanie reakcji swoich partnerów.
A Aro wyglądał naprawdę nieziemsko.
Rozchylił usta i przymknął powieki, a na jego ciele pojawiły się kropelki potu. Z trudem łapał powietrze, a Mario wciąż nie zamierzał skończyć. Jego pieszczoty stały się nieco bardziej intensywne, zahaczał delikatnie zębami o skórę mężczyzny, cały czas zsuwając się coraz niżej. W końcu rozsiadł się pomiędzy jego nogami i rozchylił je lekko, naciskając palcem na jego wejście.
Dopiero w tym momencie nekromanta jakby ocknął się nieco i posłał mu nieprzytomne spojrzenie.
-Co ty robisz...?- zapytał bez zrozumienia.
-Przygotowuję cię- odparł Mario, wzruszywszy ramionami, a mężczyzna poderwał się ponownie do pozycji siedzącej i odsunął nieco, wyraźnie zaskoczony.
-Że co...?- parsknął w końcu i pokręcił gwałtownie głową- Nie. Nie ma mowy.
-Dlaczego?
-Po prostu... Po prostu... To nie dla mnie- stwierdził w końcu, po dłuższej chwili wahania.
-Daj spokój, przecież ci się podobam- zaśmiał się Mario, autentycznie rozbawiony płochliwością mężczyzny, po czym przysunął się do niego z powrotem, opierając dłonie na jego kolanach.
-Nie- zaprotestował po raz kolejny nekromanta, odwracając wzrok- Mówiłem ci już, że dawno już z nikim nie byłem.
-Taaak...- parsknął z rozbawieniem mężczyzna, kiwając głową- Dawno albo wcale...
Dopiero po chwili dotarło do niego to, co powiedział. I tuż po tym jak stwierdził, że było to całkowicie absurdalne, zaczął się zastanawiać... Czy aby na pewno? A co jeżeli nekromanta rzeczywiście nie miał wcześniej nikogo...? No sami rozumiecie, mroczny odludek ze skłonnościami do trupów... Pewnie nie budził powszechnego zainteresowania na tle seksualnym.
-Aro... Miałeś kogoś w ogóle przede mną...?- zapytał w końcu z nieskrywaną ciekawością.
Mężczyzna zaczerwienił się po czubki uszu, po czym fuknął gniewnie:
-Oczywiście, że miałem!
-Tak...?- Mario uśmiechnął się odrobinę złośliwie- Kogo...?
-Nie twój interes!
-Tak się nazywał...? Nie dziwne, że nie chce się chwalić...
-Mówiłem ci już, że to nie twoja sprawa, a tak poza tym... Skąd pomysł, że to był mężczyzna...?- zapytał, marszcząc brwi.
-Jak to skąd?- zdziwił się Mario- Przecież ty nie lubisz kobiet!
Wydawało mu się, że nekromanta nie może być już bardziej czerwony, ale teraz jego twarz pasowała idealnie do purpury jego dzisiejszej szaty.
-Niby dlaczego...?- zapytał, starając się najwyraźniej, by jego głos brzmiał chłodno, ale średnio mu to wyszło.
-Po prostu- Mario wzruszył ramionami w odpowiedzi, jakby to była dla niego najbardziej oczywista kwestia pod słońcem- Tak już jest. Widzisz, według mojej definicji, ludzie dzielą się na takich, którym podobają się kobiety... Takich, którym podobają się i kobiety i mężczyźni... To akurat ja... I takich, którym podobają się tylko mężczyźni. Ty należysz właśnie do tej ostatniej grupy.
-Ciekawe skąd taki wniosek...
-Jak to skąd? Przecież nie oglądasz się za kobietami, nie interesują cię... Zauważyłbym, gdyby tak było- dodał, tonem godnym znawcy- A poza tym, co się dzieje, gdy robię tak...?- zapytał nieco rozbawiony, zaciskając jednocześnie palce na męskości mężczyzny. Aro jęknął niepohamowanie, najwyraźniej zupełnie się tego nie spodziewając.
-Ach, tak...?- mruknął Aro z cieniem irytacji- A ciekawe co się stanie, gdy zrobię tak...?- chwycił mężczyznę za szyję, a Mario odkaszlnął nieco nerwowo czując, że palce mężczyzny zaciskają się niebezpiecznie.
-N... Nie będę mógł oddychać...- wydusił z siebie w końcu, a nekromanta natychmiast go puścił.
-I o czym to świadczy...?
Mężczyzna zmarszczył brwi.
-Hm... O tym, że próbowałeś mnie udusić...?
-Nie. O tym, że to normalna reakcja organizmu na pewnego rodzaju bodziec- skwitował chłodno Aro.
-Tak...- parsknął cicho Mario- Zauważyłem, że właśnie na „bodźce” reagujesz wyjątkowo dobrze... Szczególnie te męskie...
-Przymknij się- mruknął surowo nekromanta, ale tym razem, wbrew swoim oczekiwaniom, Mario nie doczekał się ani reprymendy ani wyrzucenia z pokoju.
Mężczyzna wpił się mocno w jego usta, chwytając go jednocześnie za ramiona, jak zwykle bez większej delikatności i wyczucia, ale jemu i tak się to spodobało. Odwzajemnił pocałunek, układając wargi w lekki uśmiech, po czym raz jeszcze ułożył go przed sobą na pościeli i wsunął palce w jego wnętrze. Aro jęknął donośnie, odrywając się od jego warg i wbijając paznokcie w łopatki. Mario jeszcze przez jakiś czas rozciągał jego wnętrze, po czym uniósł lekko jego biodra i wszedł w niego powoli.
Nekromanta krzyknął głośno, zaciskając powieki, a Mario nie czekając na żaden inny sygnał, zaczął się w nim niespiesznie poruszać. Wkrótce całe pomieszczenie wypełniły westchnienia i jęki rozkoszy mężczyzny, a Mario włączył się w to całym sobą i wtórował mu tym samym, aż w końcu...
Aż w końcu usłyszeli donośne pukanie do drzwi.
-Cholera...- syknął Aro, odsuwając się natychmiast, ku zdumieniu Mario i naciągając na siebie szatę.
-Co...?- zapytał bez zrozumienia mężczyzna.
-Ktoś umarł.
-Co?!- zdumiał się raz jeszcze- Skąd wiesz?
Nekromanta westchnął ciężko i przewrócił oczyma.
-Jeżeli pukają o tej porze to znaczy, że ktoś umarł.
-Być może... Ale jeżeli już umarł, to może chyba poczekać jeszcze kwadrans aż skończymy...?- zapytał ostrożnie, ale umilkł, gdy tylko zobaczył mordercze spojrzenie mężczyzny i ruszył tuż za nim do drugiego pomieszczenia.
Aro otworzył drzwi frontowe, a Mario zajrzał mu ciekawie przez ramię. Przed domkiem nekromanty zgromadziło się całkiem sporo osób. Na ich czele stał jeden z wieśniaków, sprawiając wrażenie nieco przerażonego. Dłoń, w której trzymał rozżarzoną pochodnię, drżała lekko.
-Panie...?- zapytał, wpatrując się w niego wyraźnie zlękniony- Czy coś się stało?
-Słucham...?- Aro zmarszczył brwi, wpatrując się w niego bez zrozumienia.
-Usłyszeliśmy jakieś dziwne odgłosy i krzyki...- wyjaśnił cicho mężczyzna- Myśleliśmy, że coś się stało...
Mario z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Aro odkaszlnął odrobinę nerwowo, po czym z iście kamienną twarzą odparł:
-Nie. Nic się nie stało. Przeprowadzam po prostu... Pewien rytuał- dokończył po chwili zastanowienia, zasłaniając całym sobą całkiem nagiego Mario- Na tym mężczyźnie. To dość ważna sprawa, ale nie powinna budzić waszego strachu.
Mario parsknął cichutko pod nosem.
-Och!- wieśniak odetchnął z wyraźną ulgą, a pozostali zgromadzeni zawtórowali mu w tym- To dobrze, panie... Przepraszamy za najście o tak późnej porze...
-Nic się nie stało...- odpowiedział cicho Aro, robiąc dobrą minę do złej gry, po czym wrócił do domu i zatrzasnął za sobą drzwi. Nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego.
-To co?- zapytał Mario, uśmiechając się pogodnie- Kończymy...?
-Nie ma mowy- odparł grobowo nekromanta, wracając do swojej sypialni.
-Ej, Aro... Twój... Ekhem...- Mario odkaszlnął teatralnie, rysując w powietrzu wyraźne wybrzuszenie i uśmiechając się nieco złośliwe.
-Poradzę sobie sam.
-Mogę popatrzeć...?
Odpowiedziało mu jedynie trzaśnięcie drzwi.
… Szkoda.

8 komentarzy:

  1. Anonimowy7:49 AM

    To jest zajebiste! Uwielbiam MarioxD nie opuszczaj tego opowiadania..prosze,mogłabyś teraz zrobić taki mały zwrot akcji u vergila...Niech po przebytym załamaniu weźmie się za siebie ..Np.jakiś miesiąc będzie ćwiczyć ,a potem wróci Do Arisa...I zapomni o Samuelu...I w ogóle będzie fajnie,a potem ..XD(wiem rozpędzam się..:D)będzie wojna ta przepowiednia i już nie będzie tak fajnie..XD No ale to tylko moje wyobrażeniaXD Strasznie lubię to opowiadanie ,jest takie inne...Zycze weny

    OdpowiedzUsuń
  2. ...wracają odczucia podobne jak przy czytaniu Every me. < 3 Będziesz kontynuowała to opowiadanie?

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam nadzieję. Ale nie wiem, czy w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ojej.... zakochałam się.
    I co z tym fantem zrobisz?

    OdpowiedzUsuń
  5. o matko, dawno się tyle nie uśmiałam XD Mario i Aro rozwalają system :D
    szkoda, że opowiadanie jest wstrzymane ;_;...
    życzę Ci weny abyś kontynuowała to cudo :3

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy9:42 PM

    Kurczę, prawie się popłakałam jak Samuel powiedział, że go nie kocha :'( Bardzo lubię Vergil'a biedny :< A co do Mario i Aro to uhuhu :) Fajnie zaczęła się ich znajomość i jeszcze lepiej trwa! xD Co chwila wybucham śmiechem.
    Zastanawia mnie jaki cel masz/miałaś w tym, żeby to opowiadanie dzielić na dwie oddzielne historie. Pewnie dowiedziałabym się, gdybyś zamierzała to kontynuować. Zdaję sobie sprawę, że pisząc tyle opowiadań na raz nie ma się na wszystko czasu, ale nie wstrzymuj tego zbyt długo, co? :P
    Pozdrawiam,
    Cloode

    OdpowiedzUsuń
  7. Po raz kolejny (trzeci?) przeczytałam to opowiadanie. Za każdym razem wzruszam się tak samo, czytając wyznanie Samuela.
    Nie mogę się doczekać kontynuacji.
    Pozostaje mi czekać i życzyć ci weny w dalszym tworzeniu. Mam nadzieję, że w bliższej przyszłości pojawi się dalszy ciąg tego opowiadana, tak jak i kilku innych, na które czekam z niecierpliwością.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ou. Biedny Vergil y.y w sumie to nie wiem za kogo trzymać kciuki xd czy za Samuela (o. ile ten da mu szanse lub będzie zwrot akcji), czy za mraśnego Arisa *_* Co do Mario i Aro.. Jak Mario może być takim cymbałem?!.. XD Ten koleś mnie momentami dobija xd A jego rozmowy z Aro są prze.. XD Ryczę i tarzam się ze śmiechu xd Aro to Ci się udał xdd szkoda, że opowiadanie wstrzymane ;-; ładnie się zapowiada na coś dłuższego, ale, cóż, poczekamy, zobaczymy :3
    Idę dalej c;

    OdpowiedzUsuń