Strony

niedziela, 22 maja 2011

Możliwość rewanżu

-Przestań.
Cian posłał pytające spojrzenie w kierunku swojego towarzysza, po czym odwrócił się w jego stronę z lekkim uśmiechem malującym się na wargach.
-Czego znów?
-Przestań się wreszcie przeglądać…- rzucił z lekkim poirytowaniem Bastian. Już po chwili pomieszczenie ponownie wypełnił szemrzący dźwięk pióra poruszającego się wzdłuż pergaminu. Złote oczy diabła wyłapały jakże szybkie, a jednocześnie dokładnie kreślone znaki. Co tym razem do licha? Na jaki język znowu tłumaczył te upierdliwe piśmidła?
-Dlaczego?- Cian oderwał na chwilę wzrok od dłoni mężczyzny, przenosząc spojrzenie na jego twarz, pozostającą w cieniu osłaniającego ją kaptura- Jestem próżny i cóż ci do tego? Pycha wszak to jeden z sześciu grzechów głównych…
-Siedmiu- poprawił go niemalże odruchowo człowiek- Jest siedem grzechów głównych.
-Mniejsza o to- Cian machnął niecierpliwie dłonią, raz jeszcze przesuwając wzrokiem wzdłuż swej sylwetki odbitej w tafli lustra- Jak by nie było to moja natura, czyż nie? W każdym bądź razie nie pojmuję tej religii. W końcu przeciwstawiając się diabłu, wznosi go na wyżyny, porównując jego siłę niemalże do siły boskiej…
-Tak jakby rzeczywiście mogło ci to przeszkadzać- Cian mógłby przysiąc, że na szczelnie zakrytej twarzy jego towarzysza widnieje teraz pełen politowania uśmiech. Ot, to czego Bastian nie potrafił i nie mógł już wyrazić mimiką, niemalże perfekcyjnie oznajmiał swoim głosem- Chociaż chyba nawet ty w twojej próżności, nie byłbyś na tyle śmiały, by porównywać swą moc do mocy bogów. A może jest inaczej?
-Nie wiem. Nigdy żadnego nie spotkałem. Przedstaw mnie któremuś to ci powiem- Cian błysnął zębami w całkiem pogodnym uśmiechu. Uśmiechu, którym najprawdopodobniej nie obdarzył nikogo prócz Bastiana właśnie. Ot, cała ponurość jego towarzysza, tajemniczość i pesymistyczne nastawienie do świata sprawiło, że on sam musiał stać się nieco bardziej zdystansowanym, żeby przy nim nie zwariować.
O ile, oczywiście, można go uznać za normalnego.
Usłyszał ciche prychnięcie, które najprawdopodobniej miało zakomunikować zniecierpliwienie Bastiana.
Dziwne, bardzo dziwne, że nie byłby sobie dziś w stanie wyobrazić funkcjonowania bez niego. A przecież nie spotkali się tak dawno, rok, może dwa temu, nawet nie był pewien. W jego przypadku lata umykały tak szybko, tak niepostrzeżenie, że nie byłby w stanie określić dokładnego dnia. Ale przecież dokładnie pamiętał ich spotkanie. Któżby zresztą zapomniał coś takiego.
Ironią losu, jego jedynym wiernym i jednocześnie wyjątkowo zdystansowanym do jego osoby towarzyszem, stał się człowiek. Człowiek! Cian przekonany o własnym ideale, o ideale własnej rasy, jakże rzadkiej, jakże unikatowej, nigdy nie uznawał równości pozostałych ras. Cóż więc się dziwić, że szacunku było w nim niewiele. Nieważne czy elfy, rasa równie dumna, co wyniośle głupia, czy wampiry, o jakże wątpliwej moralności, czy może jaszczuroczłeki, żyjące zgodnie z banalnym honorem. Nieważne. Nie mieli żadnego znaczenia. Nie mogli w żaden sposób stawić mu czoła. Cóż więc dopiero mówić o ludziach? Ludziach, którzy byli słabi. Śmiertelni. Pełni idiotycznych wad. Ludziach, którzy zdawali się być ledwie nieporozumieniem natury, jej niepełnym tworem. Nie było nic bardziej groteskowego nad ich przemijalność, życie i śmierć.
Naturalna śmierć. Co to w ogóle za wyrażenie.
Co to w ogóle za wyrażenie dla kogoś, w kogo naturze nie było dla śmierci miejsca.
A jednak. A jednak los bywa głupi jak but i jeden z tych, których miał zawsze w największej pogardzie zupełnie przewrócił jego świat. Tak nagle i tak gwałtownie, że nawet nie był w stanie dokładnie określić czasu.
Już! Teraz! Nagle! Jedno spojrzenie! Dotyk! I zanim się zorientował już byli już związani jakąś kluczową więzią, której właściwie nie mógł nazwać i w żaden sposób sklasyfikować.
Ale byli. I nic już nie dało się zrobić.
Nieważne, że wszyscy jego poplecznicy ginęli gdzieś niepostrzeżenie, kiedy przestali być potrzebni. Nieważne.
Bastian po prostu był zawsze potrzebny. Do czego? Trudno powiedzieć.
Do rozmowy.
I do milczenia.
-Zresztą, Basciu…- zmiękczył celowo jego imię. Och, jakże był ciekawy czy jego twarz wykrzywił teraz tak naturalny grymas poirytowania! Och jakże chciałby to wiedzieć!- Ja jestem doskonały. W przeciwieństwie do ciebie mam co oglądać… Ty jesteś po prostu szkaradny.
Trzask łamanego pióra.
Oczy diabła rozchyliły się ze zdziwienia, obserwując, jak pokryte bliznami i liszajami dłonie skrywają się szczelnie w fałdach szarego płaszcza.
-Niech to szlag- usłyszał cichy głos Bastiana, który podniósł się z krzesła, wciąż skrzętnie zasłaniając ręce- Zaraz… Co ja miałem…? Pójdę po nowe…- rzucił w końcu chaotycznie, opuszczając pomieszczenie.
Cian powiódł za nim pełnym zdziwienia spojrzeniem.
Jego wzrok ponownie powrócił do złamanego pióra i plamy atramentu, rozlewającej się coraz bardziej obficie na pergaminie.
Uśmiechnął się lekko do siebie.
-Rozumiem- rzucił krótko do pustych ścian.

Tamten dzień nie różnił się zbytnio od pozostałych. Ot, kolejny przystanek na jego drodze do odnalezienia Santosa. W wiosce do której trafił akuratnie odbywały się jakieś uroczystości, jeszcze wtedy nie do końca zdawał sobie sprawę z tego co było. I gdzieś przy ogromnej kupie przeróżnych śmieci dostrzegł, jak sądził, zwłoki.
Zwłoki człowieka niewątpliwie.
Ach, przekleństwem jego, jak i wszelkich jemu podobnych, zawsze było zainteresowanie sprawami niewątpliwie niezdrowymi i przerażającymi. Cóż miał więc zrobić? Podszedł bliżej.
Nagie ciało mężczyzny rozpościerało się w dziwnej pozycji pomiędzy odpadkami, powyginane, zapewne połamane. A przy tym doszczętnie spalone, miejscami niemalże do czarności. Nie było miejsca niepokrytego bliznami i szramami. 
Lincz. Tego był pewien. Lincz mieszkańców. 
Wtedy jeszcze sądził, że to pewien jeden z okolicznych barbarzyńców, może drobny złodziejaszek… Okrucieństwo ludzi zawsze wydawało mu się na pewien sposób zabawne. Oni, którzy jako najsłabsza rasa, zawsze apelowali o litość i łaskę, potrafili jednocześnie bez najmniejszych skrupułów i z najwyższą brutalnością mordować członków ich własnej rasy. 
A jednak. Z dziwacznej ciekawości przewrócił ciało na plecy.
Ach, jak wspaniale!
Ostatnie co pozostało niezmienione. Oczy. Martwo utkwione w jednym punkcie przed nimi. 
Wpatrywał się w nie dobrą chwilę. A przecież to ledwie para oczu! Ach, ale jakich oczu!
Jedno lodowato błękitne, a drugie ciemno zielone. Ach jakże ciekaw był jak wyglądać wcześniej musiał człowiek, który miał tak niesamowite oczy! I kim był! I co robił! 
Jakże niezdrowa i zupełnie nie na miejscu była to ciekawość. 
Nachylił się nad nim, wciąż wpatrując się w niego z uwagą, jakby mogło to rzeczywiście dać odpowiedź na którekolwiek z jego pytań.
A może… A może zabrać? Idiotyczne. Cóż mu po parze oczu? Ale i temu trupowi się przecież nie przydadzą, prawda? W zaświatach oczy nie są potrzebne.
I jakieś było jego zdziwienie gdy nagle, gwałtownie, owe oczy zwróciły się w jego kierunku. 
Lubił twierdzić, że ma stalowe nerwy, ale nie dało się ukryć, że niemalże drgnął, napotykając owe spojrzenie.
I już po chwili poczuł jak dłoń domniemanego trupa zaciska się na jego przegubie, a on wciąż wpatrywał się w niego uporczywie. 
Uporczywie, ale jednocześnie bez zbytniej nadziei, jakby w oczekiwaniu na to, że jego dłoń zostanie zaraz odepchnięta.
Ale nie została.
Czemu? 
No właśnie czemu?
Nie wiedział. Nie miał pojęcia, dlaczego wtedy go stamtąd zabrał. 
Dobrze, że Bastian nie mam tendencji do zadawania wyjątkowo kłopotliwych pytań i nigdy nie wspominał dnia ich spotkania.
Dobrze, bo Cian mimo usilnych starań, nie potrafił znaleźć żadnego logicznego powodu.
Żadnego, który wykraczałby poza zwykłą litość. 

Historia Bastiana wywarła na nim nie mniejsze wrażenie niż moment ich spotkania. Bastian był przecież niegdyś w zupełności oddany własnemu bratu. Mimo tego, że nie zgadzał się z jego decyzjami, mimo tego, że czasem działał wbrew niego to i tak nigdy nie znalazł w sobie tyle silnej woli by odejść. Jego zadaniem od zawsze było wciąganie ludzi w pułapki. Wymyślne pułapki grupy wampirów. On, jako jedyny człowiek przychodził do osady  z informacją, że wkrótce zostanie ona napadnięta. I tak oto wyciągał z niej ludzi i prowadził wprost w miejsce w którym już czekała zasadzka. W którym już nie mogli się bronić.
Cian szybko dowiedział się, że to pojawienie się Santosa, doprowadziło do pierwszych otwartych sporów pomiędzy braćmi. Varden, który decydował się go oszukiwać i Bastian, który wbrew woli swego wampirzego brata, powiedział mu prawdę.
A przecież zemsta Vardena była kwestią oczywistą. Ale gdzieś w głowie Bastiana wciąż istniała zuchwała myśl, że przecież nie odstępuje mu siłą. Że przecież nie ustępuje mu mocą. Cóż więc mógł mu zrobić?
A jednak w jednym zawsze mu ustępował. W sprycie.
I tak oto głupi, naiwny Bastian, nawet nie zorientował się, że przed jego kolejną misją, Varden wysłał do kolejnej osady niewolnicę. Niewolnicę, która wyznała mieszkańcom, że wkrótce pojawi się tam człowiek, który będzie w rzeczywistości na usługach wampirów, a będzie ich chciał przekonać do tego, że jest inaczej. Człowiek, który sprowadzi na nich śmierć. Ach jakże wymyślny był to plan! Jakże perfidny!
Któż mógłby się w ogóle spodziewać, że Varden gotów będzie odsłonić własne plany, byleby tylko pogrążyć swojego brata!
I tak oto sam ruszył do kolejnej osady, podczas gdy nieświadomy Bastian przekroczył progi poprzedniej. I jakie było jego zdziwienie, gdy mieszkańcy pochwycili go i zdarli z niego ubrania. Gdy przyszpilili go do pala. Gdy podpalili. Zdzierali z niego skórę. O tak, ludzkie okrucieństwo nie zna czasem swych granic.
Trudno im się zresztą dziwić. Wszak uratowali swoje życie. Czy rzeczywiście można ich potępiać za to, że tak surowo ukarali tego, który starał im się je odebrać?
Nieważne, że zabili zaledwie pionka. Nieważne, że ich ocalenie nie nadeszło z ich własnego sprytu, a wprost przeciwnie! Od tego, który to wszystko zaplanował! Posłużył się nimi właściwie by załatwić swoje sprawy, cicho, niepostrzeżenie, nie zwracając na siebie uwagi. A oni? Jacy byli szczęśliwi! Jacy zadowoleni z siebie! Jak długo jeszcze świętowali po owym triumfie!
Głupcy, nieświadomi, że ich ratunek był jedynie kwestią względną, tymczasową. Że ten, który to zapoczątkował nadal żyje. Nadal gdzieś tam jest. Jeśli nie przyszedł wtedy, zdąży jeszcze. Ile im zostało? Miesiąc? Może trzy?
Ach, ludzie. Rasa, której tak niewiele potrzeba do szczęścia.
Wszedł niespiesznym krokiem do pokoju Bastiana, jak zwykle wypełnionego tym mnóstwem pozornie zupełnie niepotrzebnych pierdółek i dziwactw.
Pierdółek i dziwactw, które mimo swojej banalności, zawsze intrygowały diabła nie mniej niż ich właściciel.
Ot, krysztaliki zawieszone przy oknie, które odbijały światło słońca, rozszczepiając je jednocześnie na kilka różnych barw. Jakie to interesująco głupie. Jakie niepotrzebne. A jednak jak bardzo zajmujące uwagę.
Pamiętał czas, kiedy zapytał Bastiana co to właściwie za magia. Pamiętał rozbawienie w jego głosie. Obruszony tym nieco, więcej już nie pytał.
Kukiełki, marionetki, pokrywające półki, zawsze niesamowicie piękne i szokujące swą urodą, niektóre jeszcze z pustymi twarzami, niedokończone.
To nic. Wkrótce będą jeszcze piękniejsze niż ich poprzedniczki.
Piękne wzory, wyszywane kolejno na chustach, dywanach, zwykłych strzępkach materiału, które nagle z tak niepozornych, zaczynały tętnić życiem.
-Czego?
Cian przeniósł spojrzenie na Bastiana, który oparł się o biurko, wpatrując się w niego pytająco.
-Przyszedłem cię odwiedzić.
-Rzeczywiście miałeś daleko…
Diabeł uśmiechnął się leciutko pod nosem, po czym jego spojrzenie padło na leżące niedbale w kącie, zapewne mniej udane dzieła rąk jego towarzysza, po czym ruszył w tamtą stronę.
-Co w nich spieprzyłeś?
-Zostaw!- rzucił nieco chaotycznie Bastian, nie ruszywszy się jednak z miejsca.
Z pewnością nie było to coś, co rzeczywiście mogło powstrzymać ciekawość diabła.
-Cian!- dodał już poważniej człowiek, ale tamten już w tym czasie zdążył unieść jedną z kukiełek, oglądając ją uważnie z niemalże pobłażliwym uśmiechem.
-To miałem być ja?- zapytał, oglądając kolejne. I ciągle coś nie tak. Nos nie ten. Oczy nie te. Usta nie te… Ale jednak. Jak on. Prawie identyczny. Z niewielkimi różnicami. Doprawdy, jego towarzysz miał zdolne dłonie.
Bastian milczał, trudno powiedzieć, czy zdenerwowany, czy bardziej zawstydzony odkryciem towarzysza, a Cian już po chwili parsknął z rozbawieniem, po czym podszedł do mężczyzny.
-Ładne. Ale nie wystarczająco ładne. Jak one wszystkie… Nikt nie jest w stanie uwiecznić ani przedstawić w żadnej formie martwej prawdziwego piękna. Ani prawdziwej szpetoty…- dłoń diabła wsunęła się pod kaptur towarzysza, wodząc opuszkami palców wzdłuż wyczuwalnych blizn. Poczuł jak Bastian zadrżał mimowolnie pod naporem jego dotyku- Bo nieważne jak długo będziesz próbował, to co jest żywe, zawsze jest bardziej wstrząsające. Estetyczna sztuka nie pokazuje prawdy o świecie. Wojna jest wojną. Żaden obraz i żadna scena nie odda chaosu, który panuje na polu bitwy. Śmierć jest śmiercią. Nie ma żadnej formy, w której dałoby się przedstawić śmierć równie intrygującą, równie przerażającą, a przy tym równie tragicznie obrzydliwą. Nie ma. Nigdzie nie dojrzysz gasnących oczu, nigdy nie zobaczysz zmiany jaka zachodzi w człowieku, gdzie przestaje nim być, gdy staje się kupą gówna błagającą o litość, zdychającą jak podrzędne zwierzę. Obrazy kłamią. Książki kłamią. Pragnienie estetyki wygrywa nad prawdą. Śmierć nie jest piękna. W umierającym nie ma wyniosłości i dumy. Nie ma honoru, w momencie gdy puszczają ci wszystkie zawiasy. Gdy wychodzi z ciebie wszystko czym naprawdę jesteś. Plamą szczyn. I niczym więcej.
-To wszystko?- przerwał mu Bastian stosunkowo chłodno.
-Hm? Aaa… Tak- potwierdził diabeł, uśmiechając się pogodnie- Tak się jakoś… Rozgadałem.
-Słyszę… Któżby się spodziewał… Powinieneś wyjść na ulicę i nauczać młodzież- zaironizował, chwytając Ciana za nadgarstek i wreszcie odsuwając jego dłoń od swojej twarzy.
-Przemyślę to.
-Słusznie.  
Cian uśmiechnął się raz jeszcze pod nosem i ruszył w kierunku drzwi.
-I… Cian…
-Tak?- odwrócił się na chwilę, wpatrując w swojego towarzysza pytająco.
-Nie myśl sobie, że możesz mną w jakiś sposób kierować. Już raz pełniłem taką funkcję i niezbyt się sprawdziłem. Nie nadaję się na pionka.
Cian uniósł brwi, po czym parsknął z rozbawieniem.
-Nie chcę żebyś był moim pionkiem.
-Nie? W takim razie kim?
-Towarzyszem.
-Och… Któżby się spodziewał…- zadrwił po raz kolejny Bastian- Szukasz towarzystwa wśród ludzi? Od kiedy to jesteś taki samotny?
Na ustach diabła pojawił się kolejny uśmieszek, ale ostatecznie opuścił pomieszczenie, unikając odpowiedzi.
Od zawsze, drogi Bastianie, od zawsze.

-Wody.
Przechylił głowę, spoglądając z uwagą na człowieka, który wpatrywał się w niego jeszcze nie całkiem świadomie, zaciskając zabliźnione dłonie na pościeli.
I gdzie w tamtej chwili podziała się jego wrodzona złośliwość? Och Boże. Zniknęła jak ręką odjął.
Bez słowa podszedł do niego i uniósł jego głowę, by napoić go cierpliwie, po czym położył dzbanek na stole i usiadł ponownie, wpatrując się w niego w milczeniu i jednocześnie chyba czekając jedynie na to, aż zaśnie.
Ale on chyba nie zamierzał spać. Spoglądał na Ciana z uwagą, aż w końcu rzucił:
-Będziesz się tak na mnie patrzył?
Diabeł uśmiechnął się lekko pod nosem, wzruszywszy bezczelnie ramionami.
-Dlaczego nie- odpowiedział, wciąż nie odrywając od niego wzroku. Ach, jakże o wiele lepiej wyglądały owe oczy teraz. Żywe!
Zapuchnięte i rozdarte usta ułożyły się w blady uśmiech. 
-Naprawdę muszę być szkaradny, skoro nawet diabeł nie może oderwać ode mnie wzroku.
I ponownie drgnął, wbijając pełne zdumienie spojrzenie w mężczyznę. Skąd…?
-Jestem magiem- rzucił z wyraźnie wyczuwalnym politowaniem w głosie- Widzę więcej niż inni ludzie.
Ach tak. Cian uśmiechnął się pod nosem. Nie śmiał nawet zaprzeczać. Oczy miał w istocie niezwykłe.
-A więc czymże mag zasłużył sobie na lincz, hm?- mruknął diabeł, podnosząc się ponownie, by usiąść na brzegu łóżka. 
-Zasłużył sobie- odparł sucho, przymykając powieki- Dostałem to na co sobie zapracowałem. 
-Wyjątkowo surowy osąd…- skwitował to Cian, nie odrywając wciąż od niego iście zaintrygowanego wzroku, po czym rzucił- Jak masz na imię?
Niesamowite oczy jego towarzysza rozchyliły się ze zdziwienia i dopiero po chwili odparł beznamiętnie:
-Bastian. To ma jakieś znaczenie?
-Głównie takie, że on tej pory będę miał się do ciebie jak zwracać. „Człowieku”, nie brzmi zbytnio… Ładnie.
-Kto by się spodziewał, że taki esteta z ciebie- rzucił ironicznie mężczyzna, przemykając wzrokiem po twarzy Ciana. 
Och, jakże go fascynował! Jak niewiele było istot, które działały na niego w ten sposób! 
Wiedział przecież doskonale kim jest, wiedział, że jest diabłem, podczas gdy sam był ledwie człowiekiem, a nie było w nim ani krztyny strachu, czy pokory owym strachem wywołanej. 
Nic! Kto inny do tej pory zachowywał się w stosunku do niego w ten sposób? 
-Więc? Co takiego zrobiłeś tym ludziom, że cię tak skatowali, co?- zapytał, nie mogąc pohamować ciekawości wyzierającej z jego głosu.
Na ustach Bastiana zagościł ledwie zauważalny, blady uśmiech. Odetchnął głęboko, po czym przymknął powieki i milczał przez dłuższą chwilę, sprawiając niemalże wrażenie, jakby zasnął, aż w końcu zaczął:
-Mój brat… Załatwiałem dla niego pewne sprawy… Swego czasu byłem jego prawą ręką.
Prawą ręką! Ha! Któż przy zdrowych zmysłach odcina od siebie prawą rękę! 
-Po prostu miałem zwabić mieszkańców tamtej wioski w zasadzkę- kontynuował, przełykając głośno ślinę- Kiedy się tam pojawiłem, nie byli jednak wcale zdziwieni moją wizytą… Ani zbytnio porażeni przedstawieniem jakie przed nimi odegrałem…- parsknął cicho, z jakimś pełnym rozgoryczenia rozbawieniem- Początkowo sądziłem, że wszystkiego się domyślili. Tak po prostu. Ale później zauważyłem wśród tłumu pewną kobietę… W której rozpoznałem niewolnicę Vardena. Musiał ją tam wysłać wcześniej… Musiał to zrobić. Chciał się mnie pozbyć już od dawna. Inaczej mogło mu się po prostu nie udać. 
Varden…? Ten Varden? Varden, który stał się ostatnimi czasy jednym z najpotężniejszych wampirów? Varden, który zajął już większość wschodnich ziem? I przede wszystkim Varden, u którego przebywał Santos?
-A co takiego zrobiłeś własnemu bratu, hm?
-Długo by opowiadać- odparł sucho, uchylając powieki i wpatrując się w twarz diabła uważnie.
-Mamy czas- Cian odchylił się lekko na krześle, uśmiechając pogodnie- Prawdopodobnie nie wyjdziesz z łóżka przez kilka tygodni… Mimo mojej jakże troskliwej opieki…- Bastian parsknął z politowaniem- Zapewne zdążysz mi wyznać wszystkie swoje… Grzeszki.
-Nie sądziłem, że diabły tak dobrze sprawdzają się w roli spowiedników…- rzucił ironicznie, po czym westchnął głęboko- Czemu właściwie mi pomogłeś, co?
-O co chodzi? Miałem cię tam zostawić?
-Nie drwij ze mnie- odparł sucho, z lekkim poirytowaniem- Nie jestem idiotą, wiem, że nie ma czegoś takiego jak bezinteresowna pomoc. Szczególnie od kogoś takiego jak ty… Jeśli nadal utrzymujesz mnie przy życiu to musisz mieć w tym jakiś interes. Czego chcesz? Mojej duszy?
Cian parsknął cicho.
-Doprawdy dziwna z was rasa…- pokręcił głową z rozbawieniem- Po co mi twoja dusza? Zupełnie niepotrzebne obciążenie. Nie jestem demonem, który żeruje na waszej głupocie. Jestem formą dużo wyższą. Formą, której nie jesteście potrzebni do istnienia. 
-Och bogowie… Dużo wyższa formo, słowo daję, trochę skromności na pewno by ci nie zaszkodziło… 
-Cian- przedstawił się krótko.
-A zatem i ja poznałem twoje imię… Jakże uroczo- odpowiedział nie mniej bezbarwnie niż zwykle, przewróciwszy oczyma- Więc powracając do sedna sprawy… Czego ode mnie oczekujesz?
-Pomogę ci się zemścić.
-Słucham?- Bastian zamrugał zupełnie zdezorientowany, wbijając w niego pytające spojrzenie.
-Pomogę ci się zemścić- powtórzył diabeł, odchylając się lekko na krześle- Na pewno tego chcesz… Minie jeszcze wiele czasu zanim o własnych siłach będziesz w stanie pokonać swojego brata. A nawet jeśli, widząc twoje poczynania, szczerze wątpię, żeby ci się to udało w pojedynkę… A przecież tego właśnie pragniesz. Nie zaprzeczaj.
-To nie jest to o co cię pytałem- prychnął ze złością- Pytałem czego oczekujesz ode mnie w zamian. Nie baw się w anioła stróża, to do ciebie nie pasuje. 
-Nie oczekuję niczego wielkiego- odpowiedział, wzruszywszy ramionami.
-Czyżby?- zaironizował- Jakiś ty dobroduszny…
-W twoich ustach brzmi to niemalże jak obelga, ale… Tak. Nie chcę twojej duszy, ani innych zupełnie nieprzydatnych bzdetów. Wiem kim jest Varden. I ma on coś co należy do mnie i co z chęcią odzyskam.
Bastian spojrzał na niego z niezrozumieniem.
-Co takiego?
Na usta diabła wstąpił ledwie zauważalny uśmiech.
-Księcia.
-Santosa…- szepnął Bastian, spoglądając na niego z lekkim niepokojem.
-Dużo wiesz- skwitował Cian, będąc pewien, że przez tę krótką chwilę, człowiek zamierzał wysnuć dokładnie ten sam wniosek- Chcę go znaleźć. A co za tym idzie, znaleźć również Vardena. Jego los jest mi zupełnie obojętny, ale… Ale za kilka twych rad i wskazówek… Zabiję go. 
W oczach Bastiana z pewnością nie można było dostrzec dowierzania, a jednak już po chwili westchnął cicho i skinął głową.
-Nie wierzę w ani jedno twoje słowo, ale… Ale jeśli to jedyny sposób by go zabić… Zrobię co w mojej mocy.

Och, jakże szybko zmieniają się ludzkie relacje!
Jakże cienka jest granica pomiędzy uczuciami!
Jak niewiele potrzeba, by przyjaciel stał się wrogiem.
By brat stał się przeciwnikiem.
By miłość zmieniła się w nienawiść.
Jakie to ciekawe! Jakie fascynujące!
Jak bardzo intrygowało to diabła, który lubił szczycić się tym, że nie było w nim żadnych uczuć i że do nikogo się nie przywiązywał.
Jakże banalnie to musiało brzmieć przy Bastianie.
Podobnym banałem było opowiadanie o braku litości.
Coś tam w nim było. Coś, gdzieś głęboko skryte, coś co właściwie trudno mu było nazwać i określić, ale…
Ale jednak czuł.
Przerażający wniosek, dlatego lepiej było go do siebie nie dopuszczać.
A najbardziej czuł przy Bastianie. Kiedy nagle z zupełnego zobojętnienia zaczynały się w nim budzić emocje. Rozbawienie, zdziwienie, czasem poirytowanie… I jakieś ciepło, maleńki płomień, który zapalał się w nim i gasł równie szybko, gdy tylko odchodził.
Och, jakież to głupie! Jakież to banalne! Jakież… ludzkie!
Przy pomocy Bastiana wkrótce udało im się znaleźć Vardena. Jednak trudno powiedzieć czy to rzeczywiście Cian pozbawił go życia. On go po prostu dobił. Sam Varden pewnie niedługo wcześniej poderżnął sobie gardło, drżąc wciąż spazmatycznie i wykrwawiając się z każdą chwilą coraz bardziej. A mówią, że wampira jest trudno zabić… Ha!
Santosa jednak nie znaleźli. Ale cóż z tego, trzeba było ruszyć dalej, za nim, za nim! I jasne stało się, że Bastian odejdzie. No bo właściwie po dokonaniu zemsty, cóż miał więcej do roboty? Ale nie odszedł. A Cian nie pytał, bo nie chciał go do odejścia prowokować. I tak już jakoś zostało.
Kiedy kolejnego wieczora ponownie pojawił się w jego pokoju, Bastian znowu siedział przed biurkiem. Z jakim zdziwieniem diabeł odnotował, że blatu nie pokrywały jak zwykle kawałki drewna i różne narzędzia, a stało na nim jedynie… Lustro.
A Bastian siedział tuż przed nim, nerwowo szarpiąc za brzegi kaptura, ale ostatecznie cofając dłonie. I tak kilka razy.
Dziwne. Bardzo dziwne.
Bastian przecież odkąd się poznali był właśnie… Taki. Żeby wręcz nie powiedzieć, że poznali się tylko i wyłącznie przez to, że taki był.
Oszpecony.
A jednak nigdy zdawał się nie przywiązywać do tego specjalnej wagi. Drwiny Ciana puszczał mimo uszu, czasem nawet wdawał się z nim w dyskusję na ten temat, nic nigdy nie wskazywało na to, żeby chociażby najbardziej kąśliwy komentarz diabła jakkolwiek go dotknął.
Cianowi niemalże to imponowało. Całkowity dystans Bastiana do tego co się mu przydarzyło.
A tutaj… A tutaj okazuje się, że po tylu latach nagle, jego towarzysz jednak się całą sytuacją przejmuje.
Ach, ludzie.
Diabeł podszedł do niego powoli, po czym oparł dłonie na jego ramionach. Mężczyzna podskoczył gwałtownie, obracając się w jego stronę, po czym odetchnął cicho.
-To ty.
-Spodziewałeś się kogoś innego?- zainteresował się Cian, po czym zerknął do lustra, wyjątkowo rozbawiony- Boisz się przejrzeć?
I znowu odpowiedziało mu jedynie milczenie towarzysza.
Diabeł chyba z własnej już ciekawości, zsunął powoli kaptur z głowy Bastiana. Człowiek przełknął głośno ślinę.
Długie, jasne włosy zdążyły już odrosnąć, ale twarz nie miała już szans powrócić do swojego dawnego stanu. Mimo, że rany się zagoiły, a część blizn stała się mniej widoczna, wciąż mógł wzbudzać przerażenie i obrzydzenie.
Bastian syknął coś cicho i szybko odwrócił wzrok, a jego twarz zakryły włosy. Cian uśmiechnął się delikatnie i odgarnął jasne kosmyki za ramię, po czym odwrócił twarz mężczyzny z powrotem w kierunku lustra.
-Nie mów, że jesteś taki słaby, Basciu… Nie możesz na siebie patrzeć? Tak bardzo zajmuje cię to jak wyglądasz?- syknął mu do ucha, przesuwając palcami po gładkich pasemkach jego włosów- Jesteś jaki jesteś i cóż z tego? Nic już na to nie poradzisz. Nikt nie może cofnąć czasu, nawet twoi bogowie. Nie pozostało ci nic innego jak pogodzić się z tym i żyć dalej. Albo przykładem swojego brata, poderżnąć sobie gardło…- mruknął z wyraźnym rozbawieniem- To też jest jakieś wyjście.
-Daj mi spokój- szepnął cicho, starając się odsunąć, ale Cian nie dał mu takiej możliwości.
-Nie jesteś piękny i cóż z tego. Świat też taki nie jest. To ludzie starają się w nim na siłę doszukać trwałego i niezniszczalnego piękna, a to niemożliwe. Dlatego zadowalają się pięknem prowizorycznym…- dłoń diabła musnęła zaledwie rękę Bastiana- Ty też się takim zadowolisz, Basciu?
I od miejsca dotyku Ciana, poszarzała i zabliźniona skóra mężczyzny, zaczynała jaśnieć i stawać się coraz gładszą. I tak od dłoni, aż w górę, po ramię i dalej, coraz wyżej. I w końcu również twarz człowieka stała się taka jak dawniej. Taka jak przed tym wszystkim.
Bastian westchnął cicho, spoglądając w swoje odbicie, a diabeł oparł głowę na jego ramieniu, uśmiechając się delikatnie.
-Zobacz, jaki jesteś piękny, Basciu…- zamruczał mu do ucha- Jak pozornie piękny…
Bastian syknął coś cicho, po czym gwałtownie odepchnął od siebie diabła.
Kontakt został zerwany. Znowu był taki jak dawniej.
Zarzucił na siebie płaszcz i warknął ze złością:
-Nie chcę twoich złudzeń! Wynocha!
Cian opuścił pomieszczenie bez słowa, zatrzymując się jeszcze chwilę przy drzwiach.
-Rozumiem- skwitował krótko, po czym ruszył do siebie.

Cóż za poniżenie.
Przegrał bitwę, którą tak się szczycił. Nie osiągnął triumfu, który zdawał się być ledwie na wyciągnięcie ręki. Nie udało się. Nie wygrał.
I kto go niby pokonał? Xara, przeklęty diabeł! Diabeł?! Zwykły pies na posługi! Ścierwo! Tak słaby! Tak żałosny! Cóż za upokorzenie…
Jego demonice! Niech to szlag trafi! Jego własny wynalazek nagle powrócił z piekielnych otchłani i zdecydował się na odwet. Cóż za upokorzenie… 
Mroczny elf, wampir i jaszczuroczłek! Czy ktoś widział bardziej groteskową grupę?! Grupę, która nagle postanowiła stoczyć banalny pojedynek, teoretycznie z góry skazana na porażkę… A jednak… Cóż za upokorzenie.
Nie pamiętał już nawet chwili, kiedy wszystko tak diametralnie się zmieniło. Kiedy z drapieżnika stał się ofiarą. Kiedy zamiast atakować, zaczynał się bronić. Kiedy już nie chodziło o to, żeby zabić tamtych, ale żeby samemu ujść z życiem. 
Pamiętał, że zmienił swoją postać. Że otworzył kolejną bramę, która uwolniła jego moc. Pamiętał tę chwilę, kiedy sądził, że triumfuje i pamiętał również jak szybko okazało się to złudne. Jak szybko został pokonany.
A przecież ten cholerny nic nie warty pies… Ach. Taka rola psów. Rzucają się zaciekle do obrony swych panów, czyż nie? Może właśnie dlatego od samego początku zlekceważył Xarę jako przeciwnika? Bo był za bardzo przywiązany do Santosa, który stał się jego największą słabością? I może właśnie dlatego, jednocześnie, lekceważyć go nie powinien? Cóż za ironia losu, że został pokonany przez kogoś kim tak bardzo gardził…
W pewnym momencie zaczynało brakować sił. Zaczął się staczać. Powrócił do swej dawnej postaci i nie mógł już właściwie nic zrobić. Nic, prócz śmiechu, który chociaż pobrzmiewał tak rozpaczliwie, był ostateczną próbą zachowania twarzy i wmówienia sobie, że jednak to on wciąż jest górą.
Nie był. Później już był w stanie jedynie szarpać się chaotycznie, ale zupełnie bez efektów, kiedy ten przeklęty pies ciągnął go za włosy, brutalnie, w dół, by przyszpilić go do skały. 
Ale Cian wciąż się śmiał. Śmiał się, dopóki jego głos nie zamienił się w gwałtowny krzyk. Kiedy coś nagle wbiło się głęboko w jego ciało, w jego serce. A krzyk powoli stał się coraz bardziej cichy, aż w końcu zamarł tak jak cała reszta jego ciała. Zamieniona w kamień.
Stracił świadomość. Tak samo jak ponad osiemset lat wcześniej. I tak samo jak wtedy, ratunek zdawał się nie nadejść.
A jednak. Kolejnym co poczuł, było ponowne szarpnięcie, które zdawało się niemalże wyrywać z niego wnętrzności. Chciał krzyknąć, ale nie mógł. Jeszcze nie. Po chwili czuł jak odzyskuje władzę nad swoim ciałem i prawie natychmiast wpadł w czyjeś ramiona, wrzeszcząc gardłowo z wypełniającego całe ciało bólu.
-Spokojnie- usłyszał głos Bastiana, który ponownie przytwierdził go do skały, odrzucając na bok jakiś przedmiot, którego diabeł nie mógł dostrzec.
-Bastian…!- krzyknął chaotycznie, wbijając głęboko szpony w ramię mężczyzny, który nawet nie jęknął z bólu.
-Uspokój się- rzucił raz jeszcze, po czym przyłożył coś do rany na piersi Ciana, a ten po raz kolejny zawył gardłowo, kalecząc mężczyznę jeszcze bardziej.
-Kurwa!- zaklął, oddychając płytko- Co to znów… Za ścierwo…
-Ścierwo, które ratuje ci życie- pouczył go stosunkowo chłodno Bastian- A przynajmniej jego jakość, bo jak sądzę, bez tego szybko się nie pozbierasz. Serce to zdecydowanie nie jest organ, który łatwo się regeneruje.
-Skąd… Wiesz…?- wysyczał, starając się zachować jeszcze jako taką świadomość.
-Jestem magiem. Przecież ci mówiłem. Wiem co robię.
-Ile… Ile czasu minęło…?- wychrypiał diabeł, spoglądając na niego zamglonym nieco wzrokiem.
-Ile czasu od czego?
-Od… Odkąd walczyłem z tym przeklętym ścierwem… Ile? 
-Czy ja wiem. Może godzina.
-G… Godzina?!- powtórzył z absolutnym zaskoczeniem. Godzina?! Godzina kurwa?! Ostatnim razem spędził uwięziony prawie siedemset lat, a teraz…- Jak mnie znalazłeś tak szybko?
-Nie musiałem szukać. Poszedłem za tobą- mruknął Bastian, zajmując się opatrywaniem kolejnych ran diabła i leczenia ich za pomocą swoich zaklęć- Nie wierzgaj się tak strasznie, nic nie widzę.
Poszedł za nim? Ale po co? Dlaczego? 
Nigdy mu nie towarzyszył, prawda? Zawsze zostawał tam, w ICH domu, nie, już nie jego, teraz ICH. Nie brał udziału w jego bitwach. Po znalezieniu swojego brata właściwie rzadko już wspólnie gdziekolwiek wędrowali. Cian wolał sam załatwiać swoje sprawy.
Więc… Dlaczego?
-Patrzyłeś… Na to wszystko?
Bastian milczał.
-Patrzyłeś, prawda?- drążył dalej diabeł, powoli wyszarpując szpony, które do tej pory pozostawały głęboko wbite w ramię mężczyzny- Widziałeś moje… Upokorzenie? 
-Teraz się upokarzasz, piszcząc jak dziecko- parsknął cicho mężczyzna, odsuwając się w końcu od diabła, który mimo wszystko zdawał się wpatrywać w niego nieprzytomnie, jak gdyby w jakimś dziwnym amoku- Co z tobą? Nie wyleczę cię teraz zupełnie, ale jest lepiej. Chodź. Nie możemy tutaj zostać. Mam nadzieję, że nie zechcą sprawdzić, czy rzeczywiście im się udało.
-Co to właściwie do kurwy nędzy było?
-Kryształ. Jeden ze sposobów magii przenośnej. Zapewne skoro zdawali sobie sprawę z tego, że cię nie zabiją, musieli wymyślić cokolwiek innego, żeby cię zatrzymać. No i wpadli na to.
-Sprytnie.
-Za sprytnie- skomentował wyjątkowo posępnie- Nie wydaję mi się, żeby sami na to wpadli.
-Co to za różnica…- sapnął z poirytowaniem diabeł, podpierając się ciężko o skalną ścianę i wstając wciąż wyjątkowo obolało. 
-Chodź. Poprowadzę cię. Główne wejście zasypało- rzucił Bastian, ruszając przed siebie.
Cian podążył za nim, wyjątkowo chwiejnie, aż w końcu upadł bezwładnie na ziemię, nie będąc się w stanie ponownie podnieść. Cholernie żałosne. Nie mógł nawet podnieść głowy. Nie był nawet w stanie wydobyć z siebie głosu, żeby przywołać do siebie Bastiana. Poprosić o pomoc.
A może nie chciał? To przecież takie słabe, takie żałosne. A on nie chciał być słaby! Nie chciał być żałosny! W niczyich oczach!
… A w jego szczególnie.
Ale już po chwili poczuł jak człowiek chwyta go mocno w pasie i podnosi na nogi. Cian sapnął coś cicho, uwieszając się na jego ramionach całym ciężarem ciała. 
-Przepraszam.
-Za co?
-Za problem.
Bastian parsknął coś cicho, chociaż w jego głosie wciąż więcej było jakiegoś dziwnego niepokoju niż rzeczywistego rozbawienia.
-Ty przepraszasz? Musiałeś wyjątkowo mocno oberwać… Wszystko ci się poprzestawiało…
-Dlaczego mi pomagasz?- zapytał stosunkowo słabo, dając się prowadzić, praktycznie nieść w kierunku wyjścia.
-O co ci chodzi? Miałem cię tam zostawić?
-Bastian…- jęknął przeciągle, zaciskając powieki, gdy nagle wyszli na zewnątrz, na słońce.
Kolejnym co widział był delikatny uśmiech Bastiana.
-Życie za życie- odpowiedział krótko. A później mówił coś jeszcze… Mówił. Ale Cian już nie słyszał. Widział tylko jego twarz, która stawała się coraz bardziej rozmazana, a później…
A później nie widział już nic.

Życie za życie. Tak właśnie powiedział. Dla Ciana sytuacja stała się w tamtej chwili jasna. To po to z nim był.
Ludzie i ich idiotyczne poczucie honoru!
Chciał się zrewanżować. Po prostu.
Och i po tak długim czasie, los dał mu wreszcie taką szansę. W tej krótkiej chwili świadomości Cian zastanawiał się co musiał czuć. Ulgę? Zadowolenie?
Pewnie tak. Bo będzie można odejść. A więc nareszcie, po tylu latach! Tak właśnie myślał.
A jednak… Chociaż może jedynie to sobie wyobraził… Wydawało mu się, że w momencie gdy pierwszy raz otworzył oczy… Widział w oczach Bastiana… Przerażenie.
Pewnie mu się zdawało. Phie! Oczywiście, musiało mu się zdawać! A jednak tak niewarte spamiętania wspomnienie, zajmowało jego myśli, zdecydowanie zbyt wiele czasu.
Wszedł do domu z cichym westchnieniem, przynosząc zakupione rzeczy i uśmiechnął się lekko pod nosem. Ostatnimi czasy, odkąd właściwie odpuścili nieco ciągłe podążanie za Santosem ich życie wyglądało niemalże… Jak życie rodzinne.
W pewien bardzo skomplikowany i wymyślny sposób, ale jednak.
I w momencie gdy zaczął wszystko wypakowywać doszedł do niego donośny trzask. A później brzdęk. I kolejne niepokojące dźwięki, dobiegające z piętra, z pokoju Bastiana zapewne.
Ruszył szybko w tamtym kierunku, zdziwiony i zaniepokojony jednocześnie i właściwie ledwie stanął przed progiem, a stał się świadkiem wyjątkowo dziwnej sceny.
Lustro leżało na posadzce, rozbite na kilkadziesiąt fragmentów, rozsypanych pomiędzy porozrzucanymi w nieładzie lalkami, porozrywanymi materiałami i zerwanymi ozdobami. A Bastian siedział na podłodze, pomiędzy tymi wszystkimi rzeczami, przez chwilę wydając się być zupełnie biernym i niemalże nieświadomym.
I przez ową krótką chwilę właśnie, Cian był niemalże pewien, że doszło tutaj do jakiegoś włamania, może walki…
Przez chwilę. Zanim kolejna lalka rzucona przez Bastiana nie gruchnęła mocno o ścianę, a on sam nie zwinął się na podłodze, drżąc od tłumionego płaczu.
Cian zawahał się przez chwilę, po czym zamknął ostatecznie drzwi i ruszył do siebie.
-Rozumiem.


Kiedy ponownie otworzył oczy, znajdowali się już w jakimś pomieszczeniu. Rozejrzał się nieco chaotycznie wokół.
Drewniana posadzka
Ogień w kominku.
Cisza i spokój. 
Ból powracał i chociaż nie był tak paraliżujący jak wcześniej, pozostał wyjątkowo trudny do zniesienia.
-Bastian?- rzucił ochryple, przymykając powieki.
Powoli powracały wspomnienia. Moment jego upokorzenia. Ostrze wbijane w serce. Widok Bastiana… Nie. Więcej. Pomoc Bastiana.
Dziwne uczucie.
Było mu wstyd. Wstyd, bo pokazał się przy nim z takiej strony, bo w tamtym momencie był słabszy od człowieka! 
A jednocześnie… Jednocześnie chyba właśnie zdał sobie sprawę… Że nikt przed Bastianem mu tak naprawdę nie pomógł tak bezwarunkowo i nie oczekując niczego w zamian. Chyba niczego.
Niczego prócz możliwości rewanżu.
Nie było odpowiedzi. Diabeł westchnął cicho, unosząc się na łokciach, po czym przeszedł do pozycji siedzącej. 
Odszedł. To oczywiste, że odszedł. Spłacił swój dług, a teraz mógł odejść z czystym sumieniem. Czego mógł chcieć więcej?
-Gdzie leziesz, co?- padło krótkie pytanie, ledwie usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi.
Cian odwrócił się z pewnym trudem i dostrzegł zakapturzonego towarzysza w progu, po czym odetchnął głęboko.
-Bastian…- mruknął, pozwalając się ponownie wepchnąć do łóżka i ułożyć na pościeli. 
-Leż, idioto, życie ci nie miłe?- odparł jak zwykle wyjątkowo uroczo mężczyzna, na co Bastian jęknął coś pod nosem i kilkakrotnie jeszcze powtórzył imię swojego nieszczęsnego wybawcy, jakby nie mógł się jeszcze zdobyć na skonstruowanie jakiegokolwiek bardziej rozbudowanego zdania. Mężczyzna westchnął cichutko, po czym przeczesał dłońmi włosy diabła, po czym rzucił cicho- Spokojnie. Wszystko będzie dobrze. 
Cian znieruchomiał momentalnie, nie tylko pod wpływem pieszczoty, ale też pod wpływem słów mężczyzny. Słów, które przecież tak bardzo do niego nie pasowały. Westchnął cicho i zsunął kaptur z głowy towarzysza. 
-A co ma być niedobrze?- udało mu się w końcu wychrypieć- Jestem diabłem. Zregeneruję się.
-Właśnie dlatego, że jesteś diabłem żyjesz- prychnął cicho Bastian- Nikt inny by tego nie przeżył, gwarantuję ci. Co się w ogóle takiego wydarzyło? 
-Nie widziałeś…?
-Nie. Ruszyłem za tobą, ale zgubiłem cię gdzieś na górskim szlaku… Tam zresztą gdzie znalazłem trupy twoich byłych towarzyszy… Jak widać dobrze traktujesz popleczników- rzucił z drwiną.
-To tylko pionki- wycedził przez zęby diabeł, chcąc podkreślić znaczącą różnicę pomiędzy tymi dwoma słowami- Cieszę się, że nie widziałeś… 
-Och, do licha z tą twoją próżnością!- zirytował się Bastian, łupnąwszy dłońmi w pościel, a diabeł spojrzał na niego z zaskoczeniem- Gdybyś mi powiedział gdzie idziesz, po co idziesz i z kim będziesz walczył… Poszedłbym z tobą! Dlaczego mi nie powiedziałeś, co?! Dlaczego może iść z tobą garstka ludzi, którzy są ci zbędni, a ja nie mogę?! Dlaczego walczyłeś sam?! Nie przyszło ci do głowy, że mogłeś mieć mniej szczęścia?! Że mogłem cię nie znaleźć?! Że mogłeś tam zostać?! O co ci chodziło?! Stęskniło ci się za uwięzieniem?! Przecież miałeś…
Ale kolejne słowa Bastiana zostały stłumione przez wargi diabła, które naprały na jego własne, łącząc je w krótkim i nieco chaotycznym pocałunku.
Człowiek milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się w twarz diabła, jakby przez chwilę miał to skomentować. Ale nie rzucił na ten temat ani jednego słowa.
-Okłamałeś mnie- stwierdził tylko sucho.
-Okłamałem?- powtórzył, unosząc pytająco brew, po czym parsknął śmiechem- Przecież ci mówiłem z kim będę walczył… Mówiłem, że to będzie drugi diabeł…
-Mówiłeś, że idziesz po Santosa! I że będziesz walczył z Xarą, ale on nie ma z tobą żadnych szans!- fuknął na niego z wściekłością i dziwacznym rozżaleniem- Tak właśnie mówiłeś! Że poradzisz sobie sam bez najmniejszych problemów! Kłamałeś!
-To wszystko nie poszło tak…
-Mogłeś na to wpaść! Ty i ta twoja pycha! Trzeba było się trochę zastanowić! Trzeba było pomyśleć nad tym co będzie jeśli coś pójdzie nie tak! Czemu nie wziąłeś mnie ze sobą?! Czemu to ty ciągle dajesz sobie prawo do ratowania mi życia, a nie dajesz mi możliwości rewanżu, co?!
Cian poczuł jakby coś ponownie dźgnęło go w serce. Coś ostrzejszego niż ten cholerny kryształ. Czyli się nie mylił. Czyli wszystko o co właściwie chodziło Bastionowi to szansa, możliwość rewanżu, a on…
…a on, chyba właśnie tego się obawiając…
…nie chciał go obok siebie. 
 Nie chciał żeby ten spłacił swój dług. 
Za późno.
-Już się zrewanżowałeś- mruknął, wzruszywszy ramionami- Nie ma o czym mówić. Uratowałem ci życie, a ty uratowałeś moje. A teraz możesz już iść. Droga wolna. Poradzę sobie. 
Po twarzy Bastiana przemknął ledwie zauważalny cień. 
-Nie- odparł nie mniej chłodno niż na początku- Jeszcze się nie zrewanżowałem. Nie tylko uratowałeś mi życie. Pomogłeś mi się też zemścić na bracie. Jestem ci winien dokładnie to samo. Ja również pomogę ci się zemścić. Zostanę z tobą dopóki nie wytropimy ponownie Santosa. I dopóki go nie zabijesz.
Cian wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę badawczo.
Tropić? Ale po co? Teraz, po tym wszystkim, kiedy labirynt został zniszczony, nie jest mu już do niczego potrzebny.
Zabić? Ale dlaczego? Nie zamierzał go przecież zabijać, bo i po co?
Ale… Skoro to ma być sposobem zatrzymania przy sobie Bastiana…
Skoro tak ma wyglądać jego rewanż to…
-Zgoda- odparł krótko, przymykając leniwie powieki- Dam ci możliwość rewanżu. 

Jak wiele minęło czasu od ich rozmowy? Wiele. Zdecydowanie zbyt wiele, by rzeczywiście wierzyć, że miał taki zamiar.
Owszem, śledzili Santosa. Śledzili go czysto teoretycznie.
Gdy znajdowali się zbyt blisko, Cian znowu zawracał, wykręcał, zajmował się czymś innym…
Wszystkim, byleby tylko znowu dać mu czas na ucieczkę.
I powrócić do pościgu.
I tak ciągle i ciągle i w kółko to samo…
A Bastian był wciąż obok, tak jak tego oczekiwał.
A przecież mag nie był głupi. A przecież musiał się spodziewać o co tak naprawdę chodzi, prawda?
Przez ostatnie tygodnie rzadko się widzieli. Bastian znikał w swoim pokoju na całe dnie, zamykał się od środka, wychodził jedynie okazjonalnie…
A Cian chcąc dać mu czas na przemyślenie całej sytuacji, nie naciskał na rozmowę i dawał mu szansę na zrozumienie samego siebie.
Ale gdy efektów owego milczenia pomiędzy nimi nie było – zdecydował się interweniować.
Tego wieczora Bastian jak zwykle zszedł na dół, jedynie po to by wziąć sobie kromkę chleba i szklankę wody i zaraz skierować się do góry, ale diabeł stanął w progu, torując mu przejście.
-Czego?- rzucił stosunkowo szorstko mag.
-Nic. Po prostu chciałem z tobą porozmawiać o tym co cię dręczy…- zaczął powoli Cian- Chciałem ci powiedzieć, że…
-Och, Boże, to znowu coś w stylu: „nie przejmuj się, że jesteś szpetny”?- prychnął Bastian, przewracając oczyma- Daruj sobie. Naprawdę nie mam czasu na podobne wymysły. Muszę iść.
A jednak diabeł chwycił towarzysza za ramię, przyciągając do siebie z powrotem.
-Chcę żebyś coś zobaczył…- mruknął stosunkowo słabo.
Bastian uniósł brwi.
-Co takiego?
-Mnie- odparł Cian, wpatrując się w niego uważnie.
-Ciebie?- powtórzył ze zdziwieniem człowiek, obserwując jak jego towarzysz cofa się o kilka kroków i kiwa głową.
-Mnie- powtórzył z lekkim uśmiechem- Takiego naprawdę.
To była chwila. Ledwie kilkanaście sekund, w przeciągu których z pomiędzy jasnych włosów wyłoniły się rogi, kiedy paznokcie dłoni sczerniały i wydłużyły się, kiedy stopy zmieniły się w kopyta. To nic. Przecież Bastian widział go już w takiej formie. W takiej pół formie właściwie.
Bo w swojej rzeczywistej formie ostatni raz pojawił się już dawno temu. I w takiej też formie widziała go z jego własnej woli tylko i wyłącznie jedna osoba. Jego dawny mistrz.
A reszta? Ludzie, którzy byli świadkiem jego wygnania z wioski. Jakże się wtedy wstydził! Jakże był wtedy upokorzony!
Bo gdzie kończy się zwykła brzydota, a zaczyna już deformacja?
Wiedział, że w tamtym momencie nie mógł już nawet przypominać człowieka.
Że był inny.
Przerażający.
Obrzydliwy.
Pamiętał ludzi, którzy krzyczeli.
Pamiętał pełne strachu spojrzenia.
Pamiętał jak uciekali.
Ale Bastian nie uciekał.
Bastian nie krzyczał.
I nawet w jego spojrzeniu nie było ni krztyny strachu, czy chociażby jakże oczywistego zdziwienia.
Przez tą chwilę, w której widział go takim, jakim był naprawdę, w żaden sposób nie dał po sobie znać, że ów widok rzeczywiście wywiera na nim jakiekolwiek wrażenie.
Cian powrócił do swej dawnej postury wyjątkowo szybko.
Bardziej chyba uspokajałaby go jakakolwiek reakcja ze strony towarzysza niż jej zupełny brak.
Milczał, wpatrując się uporczywie w twarz człowieka, który zsunął niespiesznie kaptur z głowy, ukazując mu delikatny uśmiech goszczący na jego zabliźnionych wargach.
Oczy diabła rozchyliły się ze zdziwienia.
-Cian…- zaczął powoli Bastian, odgarniając pasemko włosów za ucho- Nie wiem co myślałeś… Albo raczej podejrzewam, że chodziło ci o to, żeby mnie w jakiś sposób… Pocieszyć?
Cian prychnął cichutko, nieznacznie obruszony.
-Mam lepsze rzeczy do roboty niż… Pocieszanie- mruknął wyjątkowo niechętnie- Ja po prostu chciałem sprowadzić cię na ziemię.
-Ach tak…- wyraz rozbawienia wciąż nie znikał z twarzy Bastiana- Ja wiem kim jesteś. I wiem jaki jesteś. I nie przeszkadza mi to w najmniejszym nawet stopniu. I wiem też kim jestem ja. I to również mi nie przeszkadza. Nie chodzi o to jak wyglądam. Ale o to kim jestem w twoich oczach. To wszystko.
Cian wpatrywał się przez dłuższą chwilę w twarz maga z absolutnym niezrozumieniem.
Nie, nie rozumiał.
Nie rozumiał do końca znaczenia jego słów.
Nie rozumiał kim więcej mógłby być w jego oczach.
Nie rozumiał dziwacznego ciepła, rozlewającego się gdzieś wewnątrz niego.
-Aha- skwitował w końcu krótko, jakby rzeczywiście zdawał sobie sprawę z tego co się wokół niego dzieje- To wszystko?
-Wszystko- potwierdził Bastian, wzruszywszy ramionami i już miał skierować się z powrotem na górę, kiedy zatrzymał go głos towarzysza:
-A gdybym powiedział…
Człowiek odwrócił się w jego stronę, mierząc go pytającym spojrzeniem.
-A gdybym powiedział, że nie chcę wcale znaleźć Santosa?- kontynuował, wpatrując się w twarz mężczyzny z uwagą- A gdybym powiedział, że ani teraz, ani nigdy wcześniej nie zależało mi na jego śmierci? Że to wszystko było tylko pretekstem? A co jeśli nie mam żadnego obiektu zemsty? Co wtedy?
Bastian wpatrywał się w niego przez dłuższą chwilę, po czym zapytał cicho:
-Na pewno chcesz wiedzieć?
Cian zawahał się przez krótką jedynie chwilę, po czym skinął głową.
I jakie było jego zdziwienie, gdy Bastian podszedł do niego i chwycił delikatnie jego twarz w dłonie, wpijając się w jego usta na dłuższą chwilę.
A później wtulił się w niego mocno, przylgnąwszy do niego całym ciałem i oparł swoje czoło o jego, nie mówiąc już ani słowa.
I było dobrze.
Usta przy ustach.
Ciało przy ciele.
Serca łomoczące tak mocno, jakby chciały wyrwać się z klatki piersiowej i połączyć z tym drugim.
I ciepło.
-Rozumiem- szepnął Cian z delikatnym uśmiechem.
O tak. W istocie. Zrozumiał.

14 komentarzy:

  1. Anonimowy1:14 AM

    Bardzo mi się podobało to opowiadanie. Było ciekawe i nie banalne. To tak w skrucie żeby się nie rozpisywać. Przeczytałem je dużo wcześniej i przepraszam że tyle zwlekałem z komentarzem. A tak wogule to uwielbiam twojego bloga, twoje opowiadania i uwielbiam środy i soboty (Zgadnij dla czego ;)). A tak przy okazji to jesteś moją ulubioną autorką opowiadań i cieszę się że postanowiłaś pokazać ludziom swój niezaprzeczalny talent.
    Z pozdrowieniami (dużo weny życzę) S.S

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy10:27 PM

    Powaliło mnie na kolana. Oryginalność, złamanie schematów "pięknych i wiecznie młodych", wzruszały mnie momenty z lustrem i przykuwały uwagę wszystkie "Rozumiem". A do tego świat w jakim zostało umiejscowione opowiadanie, ach, obecnie mam fazę na grę Skyrim, więc jaszczurkoludzie, magowie i demony są mi bliskie. Wolno pochłaniam kolejne one-schoty, pewnie komentować pod każdym nie będę, ale wiedz, że planuję przeczytać całego Twojego bloga i fanką już się stałam (Sunrise oraz N&L pochłonęłam).
    [Delilah]

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy3:11 AM

    Ohh, rozpływam się <3
    wspaniałe. Końcówka mnie rozczuliła. i rozczulił mnie Bastian. Z jednej strony był mało oryginalny, bo mam wrażenie, że prawie we wszystkich Twoich historiach występuje postać, będąca na prawie wszystko znudzona, i niewzruszona - Taki Blaise Nelson np. xD), a z drugiej strony... był niezwykle intrygujący, przez wzgląd na jego przeszłość. No cóż. Podobało się :3

    Szasta

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10:48 PM

    bardzo głębokie i w pewien sposób poruszające
    trochę mnie zaskoczyło, nie powiem, ale było to miłe zaskoczenie
    pisz dalej, a gdyby w przyszłości udało ci się wydać jakąś książkę, to z wielką chęcią ją przeczytam

    Luna

    OdpowiedzUsuń
  5. Moje ulubione wśród WSZYSTKICH twoich opowiadań. Jestem szaleńczo zakochana w obydwu bohaterach,a samą historię mogłabym czytać nawet i tysiąc razy bez ani krzty znudzenia.
    Cian zagłębiający się w ludzkie uczucia i próbujący je zrozumieć.
    Bastian łamiący powszechny stereotyp, pięknych młodzieńców.
    Cudo.
    Pamiętam że gdy pierwszy raz czytałam "Możliwość rewanżu" byłam bliska łez. Emocje które to opowiadanie we mnie wywoływało wcale się nie zmieniły, mimo że czytam je już trzeci raz.
    Fragment w którym Bastian demolował swój pokój przykuł moją szczególną uwagę. Również za każdym razem wraz z Cianem powtarzałam "rozumiem"...trochę ten komentarz chaotyczny,ale tak naprawdę ciągle nie wiem jak mogłabym skomentować należycie to dzieło,więc...pójdę spać bo jutro na ósmą do szkoły:D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy1:57 PM

    Niesamowite.. Chyba tylko to byłam w stanie powiedzieć po przeczytaniu tego. Nie wiem nawet jak skomentować to opowiadanie. To było coś niesamowicie innego, pięknego. Bardzo mnie poruszyło. Chyba nie muszę nic więcej dodawać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow. Ty tak świetnie piszesz *___* I masz oryginalne pomysły ;3

    OdpowiedzUsuń
  8. Muszę z całą pewnością stwierdzić, że zostałam pozostawiona z wyjątkowym niedosytem. Jak mogłaś?
    Opowiadanie było wspaniałe, dopracowane w każdym calu. Byłam trzymana w napięciu aż do ostatniej linijki.
    Ponawiam pytanie: jak mogłaś z góry założyć, że to tylko one shot? Zdziwię Cię, Silencio. Reszte opowiadania mam w głowie. Majaczą mi wizerunki bohaterów.
    Mimowolnie się uśmiecham. Tak. To zdecydowanie najciekawsze opowiadanie w tej kategorii. :)
    Pozdrowienia od Kimimaro

    OdpowiedzUsuń
  9. To pierwsze co złapałam w swoje łapki i... rany. Od razu rzuciłaś mnie na głęboką wodę. Świetny one-shot, chociaż... szkoda, że to właśnie one-shot. Tak jak poprzedniczka, nosz cholera, taki niedosyt na szarym końcu. Świetnie wykreowany świat, fabuła i... bohaterowie. To pierwszy raz, gdy poturbowany nie okazał się godnym politowania szczeniakiem. Bastian miał ten swój urok, a jego szpetota sprawiła, że polubiłam go bardziej. ;w; Nieprzyzwoicie genialne.

    OdpowiedzUsuń
  10. nikt nie zauważył że jest To swego rodzaju fanfick... Jak Można było Nie oglądać kuroshitsuji !? Sebastian i Ciel Awww zawsze Chciałam żeby coś się między nimi stało =3 choć Miało To być początkowo yaoi To ciesze się że owym yaoi Nie jest xD czytanie takich opowiadań przywołuje wspomnienia ^w^ fajnie że zmieniłas imiona przez co historia Była bardziej autentyczna. I Ja w przeciwienstwię do pani u góry nie czuje niedosytu bo po oglądnieciu anime wiem że będą razem na zawsze ;w;

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, nie do końca wiem, o czym piszesz i do czego właściwie zmierzasz, poza faktem, że rzeczywiści "nikt nie zauważył, że to jest fanfick" łącznie z autorką opowiadania ;). Możesz mi wyjaśnić, o co konkretnie chodzi ci z zamianą imion? I co ma anime do Ciana i Bastiana, którzy są bohaterami wyrwanymi z bardzo konkretnych ram i bardzo konkretnej historii, stworzonej zresztą przeze mnie? : P

      Usuń
    2. Anonimowy10:34 PM

      autorce powyżej zapewne chodziło o to, że jest taka manga - Kuroshitsuji, w której występuje Ciel Phantomville i jego kamerdyner Sebastian. w żadnym wypadku yaoi, zwykłą przygodówka z elementami kryminału. a że fani yaoi i ulubionych serii wszędzie dopatrzą się jakichś dwuznaczności... cóż, zapewne stąd lekka nadinterpretacja tekstu ;)

      Usuń
  11. Anonimowy6:22 PM

    Ciekawe i takie inne. Bardzo przyjemnie czytało się to opowiadanie i do końca trzymało mnie w napięciu, gdyż nie byłam zupełnie pewna jak się skończy (trochę się nawet wzruszyłam). Obaj bohaterowie wzbudzili moją wielką sympatię. Na dodatek, dla wielu, mogłoby się wydawać, że to tylko fantasy, że przeciętna fabuła, ale prawda jest taka, że pięknie to rozpisałaś i poprzez zwykłe słowa nadałaś temu wszystkiemu głęboki przekaz, morał, a nawet pozwolę sobie stwierdzić, że duszę. Ujęłaś pewien rodzaj problemu (że się tak wyrażę) w subtelne, a jednocześnie dobitnie wyrażane zdania i pokryłaś to otoczką bajki. Jednym słowem piękne :)
    Zuza

    OdpowiedzUsuń
  12. Jedne z moich ulubionych klimatów! Może i nawet dobrze, że krótkie, czasami trzeba się tylko 'podsycić' :3 Uwielbiam postacie, które nie pałają do siebie aż tak wielką sympatią :p

    OdpowiedzUsuń