Strony

niedziela, 22 maja 2011

Prolog [YFM]

Wszystko płonęło.
Absalom z trudem wyczołgał się spod zgliszczy spalonego budynku, a następnie stanął chwiejnie na nogi, z paniką w oczach rozglądając się dookoła. Wszystko płonęło. Ogień już prawie całkowicie strawił pobliskie domy, co poniektóre tliły się jeszcze wątle, ale w oddali widać było wyraźny zarys wysokich płomieni, pochłaniających kolejne domostwa, stajnie i magazyny. Absalom nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje. Serce biło mu jak oszalałe ze strachu. Dusił go dym i zapach ognia, drażniący jego nozdrza. Kręciło mu się w głowie. Wszystko wirowało. Wszystko płonęło. Wszystko. 
-Papo...?- rzucił niepewnie gdzieś w przestrzeń.
Cisza.
Jak strasznie cicho.
Dopiero po chwili dotarły do niego odgłosy okrzyków, wrzasków, nawoływań i śmiechów. Chłopiec nie wahał się ani chwili. Ruszył biegiem w kierunku, z którego dochodziły. Drżał ze strachu i wciąż rozglądał się chaotycznie wokół siebie, mijając kolejne spalone doszczętnie posiadłości i zupełnie nie wiedząc, co się tutaj wydarzyło. Nie pamiętał. Nic nie pamiętał. Jedynie ojca, który opowiadał mu bajkę na dobranoc i kładł go spać, a później gasił świecę i wychodził. Nic więcej. Nic więcej. 
Głosy zdawały się dochodzić z okolic wzgórza. Stała na nim niewielka kaplica, do której każdego poranka zmierzali osadnicy, by wyrazić wdzięczność bogom za ich hojne dary. Ona też płonęła.
-Papo?- rzucił po raz kolejny, bo wydawało mu się, że ktoś nagle przemknął tuż obok niego. Kiedy się obejrzał, dostrzegł jedynie kota, który szybkimi ruchami uciekał z dala od płomieni, jakby chciał mu jednocześnie dać do zrozumienia, by ten postąpił tak samo. Absalom nie mógł jednak uciec. Musiał znaleźć rodziców. Musiał zrozumieć. 
Wszystko płonęło.
Wyminął wzgórze i wszedł powolnym krokiem na sporą polanę. Kilkadziesiąt metrów dalej rozpościerało się ogromne ognisko, wokół którego tańczyli jacyś ludzie. Śmiali się głośno i krzyczeli pijackim głosem różne przekleństwa. Absalom znieruchomiał w jednej chwili. Nie rozpoznawał żadnego z tych głosów. Nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje.
Dlaczego wszystko płonie...? 
Miał wrażenie, że to jeden z tych okropnych snów, po których człowiek budzi się zapłakany i przerażony. Miał wrażenie, że zaraz wszystko wróci do normy, że zaraz obudzą go promienie wschodzącego słońca, a on będzie znowu mógł przytulić się do matki i ojca, i opowiedzieć im o tym koszmarze. Ale sen nie mijał. 
Dotarły do niego pełne przerażenia wrzaski jakiejś kobiety. Dwoje mężczyzn ciągnęło ją w kierunku ogniska, a ona szarpała się wściekle i krzyczała na cały głos, błagała o litość. Mężczyźni rzucili ją na trawę, a ona ostatkiem sił starała się odpełznąć od nich, ale wszyscy zgromadzili się prędko wokół niej.
-Dawaj ją...!
-Dawaj ją, kurwa!
-Trzymaj!
-Bierz ją!
-Trzymaj, mówię!
Rozpaczliwe krzyki kobiety ustały. Absalom cofnął się kilka kroków do tyłu, drżąc na całym ciele. Zły sen. Tylko zły sen. A złych snów nie należy się bać. Trzeba stawić im czoła i nie dać nad sobą zapanować własnym lękom, a wszystko się kończy i sny już nie wracają. Tak mówiła mama. Tak musiało być. Ale dlaczego sen wciąż nie mijał, a strach jaki w sobie czuł, paraliżował go całkowicie...?
-A kogo my tu mamy...?
Chłopiec podskoczył gwałtownie, gdy usłyszał czyjś głos za swoimi plecami i odwrócił się w tamtą stronę. Stało przed nim dwóch mężczyzn, potężnych i przerażających. Z pokaleczonymi twarzami i w stroju splamionym krwią. Absalom cofnął się jeszcze odrobinę, ale już wiedział, że nie ma dla niego ucieczki.
-Gdzieś się uchował, co, mały...?- zagadnął go jeden z mężczyzn, patrząc na niego jakoś dziwnie.
-Nigdzie się nie chowałem, proszę pana- odparł cicho Absalom, spuszczając wzrok- Po prostu szukam mojego papy...
-Ach, urocze... Słyszałeś, Diego...?- zaśmiał się z rozbawieniem mężczyzna- Biedny dzieciak szuka papy! Czyż to nie rozczulające...?
-Dobra, kończmy z tym- odpowiedział mężczyzna zwany Diegiem i zgrabnym ruchem wydobył nóż zza pasa, zbliżając się do chłopca. Absalom posłał mu pełne przerażenia spojrzenie i głos uwiązł mu w gardle. Nie potrafił z siebie wydobyć zupełnie nic, nawet krzyku.
-Diego, Diego...- drugi mężczyzna położył mu dłoń na ramieniu i odsunął go nieco od chłopca- No co ty...? Chcesz zabić dziecko...? Czy w tobie nie ma już ani krzty wrażliwości...?- w jego głosie igrały nutki drwiny i owego dziwacznego rozbawienia. 
-Przecież rozkaz...
-Pieprzyć to- warknął mężczyzna, machnąwszy lekceważąco dłonią- Nie mamy się prawa zabawić...? Czy może wolisz teraz do nich wrócić i pieprzyć trupa...? 
-Ty chyba naprawdę zerżniesz wszystko, co tylko wpadnie ci w ręce...- odparł Diego, krzywiąc się nieco, ale drugi mężczyzna uśmiechnął się jedynie i dał mu jakiś znak dłonią, po którym ten stanął tuż za chłopcem, chwytając go mocno za ramiona i zatrzymując przy sobie, jakby chciał uniemożliwić mu ucieczkę. To było zupełnie zbędne. Absalom i tak nie mógł się ruszyć.
-Nie przesadzaj, Diego... Nawet nie wiesz, jakie dzieci potrafią być rozkoszne... Rozkosznie ciasne... Prawda, chłopczyku...?- mężczyzna uśmiechnął się lekko, musnąwszy nieprzyjemnie szorstką dłonią jego policzek- A więc szukasz ojca...? Może ja pobędę twoim tatusiem...?
-Nie, dziękuję...- odparł spłoszony chłopiec, drżącym z przerażenia głosem- Wolę własnego...
Mężczyzna zaśmiał się chrapliwie, a następnie klęknął przy nim i zaczął się w niego wpatrywać dziwnym wzrokiem. W tym momencie z oddali dobiegły ich odgłosy bólu i jakiś głośniejszy krzyk.
-Co się dzieje...?- zapytał Diego, wyraźnie zaniepokojony, puszczając chłopca.
-Nic. Pewnie znaleźli kolejnego... Zostań.
-Trzeba to sprawdzić- stwierdził jednak stanowczo Diego i nie zważając na protesty mężczyzny, oddalił się szybkim krokiem w kierunku ogniska. 
-Głupiec- prychnął cicho mężczyzna, po czym uśmiechnął się ponownie do chłopca- Jego strata... Prawda, mój mały...? Więc co mówiłeś...? Szukasz papy?
-Tak... W-Wie pan... Wie pan, gdzie jest...?- udało mu się w końcu z siebie wycisnąć. Czuł się coraz bardziej spanikowany i zagrożony. Z trudem powstrzymywał płacz. Tak bardzo nie chciał, żeby ktoś robił mu krzywdę. Tak bardzo nie chciał umierać. Widział za pasem mężczyzny taki sam nóż, jaki miał ów Diego i modlił się w duchu, by go nie zdenerwować. 
-Może...- mężczyzna uśmiechnął się tajemniczo- Musisz jednak wiedzieć, chłopczyku, że tak ten świat jest skonstruowany, że najpierw ty pomożesz mnie, a później ja pomogę tobie... Co ty na to? 
-Co mam zrobić...?- zapytał niepewnie. 
-Na początek... Ściągnij spodenki.
-Po co...?- Absalom wpatrywał się w niego bez zrozumienia.
-Po prostu. Ściągnij spodenki.
-N... Nie.... Nie chcę...
-No już, mój malutki... Powiem ci, gdzie jest papa... Chcę cię tylko dotknąć...- głos mężczyzny stal się dziwnie chrapliwy i ciężki. Przysunął się jeszcze bliżej do chłopca, chwytając go jednocześnie ręką w pasie- Będę miły, jeżeli ty też będziesz... Ściągnij spodenki.
-Nie- zaprotestował chłopiec, kręcąc gwałtownie głową.
-Zrób to.
-Nie.
Mężczyzna chwycił go gwałtownie za szyję i przyciągnął do siebie tak bardzo, że Absalom czuł jego gorący oddech na swojej twarzy.
-Powiedziałem, żebyś to zrobił...- jego głos wciąż był stosunkowo spokojny, choć czaiła się w nim wyraźna groźba- No już, chłopczyku... Nie chcesz mnie chyba rozgniewać, prawda...? 
Absalom raz jeszcze spojrzał na tkwiący za pasem mężczyzny nóż, ale nie był w stanie tego zrobić. Nie wiedział, czego chce od niego ten mężczyzna, ale to nie było nic dobrego. Drżał spazmatycznie, a jednak po raz kolejny pokręcił jedynie głową, odmawiając.
Mężczyzna jednak nie ponowił już prośby. Tym razem, nie mówiąc nic więcej, wdarł się gwałtownie językiem pomiędzy wargi chłopca, wsuwając go głęboko w jego usta. Absalom zaczął się krztusić. W pierwszej chwili, niemal odruchowo, ugryzł go mocno, ale mężczyzna jedynie jęknął z bólu, nie przestając jednak penetrować jego warg. Wciąż trzymał go mocno za szyję, przez co chłopiec zupełnie nie mógł złapać oddechu. Mężczyzna naparł na niego całym ciężarem ciała, przewracając go na ziemię i starając się zedrzeć z niego spodnie. Absalom zacisnął mocno powieki, czując pod nimi łzy. Nie był w stanie oddychać. Dusił się.
Nagle napastnik odsunął się od niego. Chłopiec gwałtownie złapał oddech, wpatrując się w niego z przerażeniem. Mężczyzna spoglądał na niego z wyrazem zupełnego niezrozumienia w oczach. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale spomiędzy jego warg wypłynęła jedynie fala krwi. Absalom zszedł wzrokiem niżej i dostrzegł coś zupełnie niespodziewanego. Srebrny grot strzały, wyzierający z klatki piersiowej mężczyzny. Przeszyła go na wylot. 
Mężczyzna zakołysał się jakoś dziwnie, po czym opadł na bok, bez ducha.
Absalom podniósł się powoli na nogi, oddychając płytko i rozglądając dookoła. Stał przed nim jakiś człowiek z kuszą w dłoni. Chłopiec nie był w stanie dostrzec jego twarzy, gdyż ten miał na głowie olbrzymi kaptur, zakrywający jej sporą część. Zdawał się być w jego oczach jakąś zjawą, duchem, widmem, które stało teraz przed nim milczące i spokojne. Na polanie znowu panowała zupełna cisza. Nie było już krzyków ani śmiechów. Nie było już niczego, prócz trzasku tlącego się w oddali ognia. 
-Jak masz na imię?- zapytało Widmo, głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji.
-A... Absalom...- wydukał chłopiec, niemal sparaliżowany strachem. 
-Świetnie. Absalom...- Widmo schyliło się nad zwłokami mężczyzny i oderwało fragment materiału z jego odzienia, a następnie przyklękło przy chłopcu i zawiązało uważnie jego oczy- Widzisz coś?
-Nie- odparł zgodnie z prawdą chłopiec. Strach wciąż nie mijał, ale spokój owego człowieka i na niego wpływał w jakiś dziwnie kojący sposób. Niczym głos mamy, zapewniający, że nic się nie stało i wszystko będzie dobrze.
-Zabiorę cię stąd. Nie możesz jednak ściągać opaski. Nie możesz uciekać- Widmo chwyciło dłoń chłopca i wsunęło w nią skrawek jakiegoś materiału. Delikatnego i bardzo przyjemnego w dotyku- Trzymaj się mnie i idź za mną. Zrozumiałeś?
-Tak- szepnął chłopiec, zaciskając mocniej dłoń na materiale szaty mężczyzny. Jeżeli dałoby się dotknąć ducha, pewnie czułby coś podobnego. Zresztą ów człowiek wciąż przypominał mu jakąś zjawę, a on sam czuł się częścią jakiejś tajemniczej baśni. Przypomniały mu się opowieści ojca na dobranoc. Bajki o zagubionym chłopcu, który by odnaleźć swoich rodziców, dostaje od wróżki warunek : musi przejść przez las ani razu nie oglądając się za siebie, bez względu na to, co usłyszy. On sam zdawał się być teraz takim chłopcem. Jemu nie wolno było patrzeć wcale. 
Ruszył powoli w ślad za Zjawą, niepewnie stawiając każdy jeden krok, a jednak prócz lęku czuł coś na kształt swoistej nadziei, a nawet fascynacji całym tym tajemniczym zdarzeniem, tą przygodą. Znajdzie rodziców. Oczywiście, że ich znajdzie. Jeżeli tylko spełni wszystkie warunki Widma i nie zdejmie opaski. Bo jeżeli tak się stanie, spotka go kara. Tak samo, jak chłopca z baśni. 
Droga dłużyła się jednak bardzo i stawała się coraz trudniejsza. Chłopiec raz po raz potykał się o coś i momentami ledwie utrzymywał równowagę. Mężczyzna nie zatrzymywał się nawet na chwilę, nie mówił też ani słowa. Przyspieszył jeszcze, przez co Absalomowi ciężko było za nim nadążyć. Musiał biec.
-Uważaj- padło w pewnym momencie pierwsze ostrzeżenie mężczyzny, ale było już za późno.
Chłopiec zahaczył o coś nogą i runął na to z głuchym jękiem, puszczając jednocześnie szatę mężczyzny. Opaska zsunęła mu się z jednego oka. Chciał ją niepostrzeżenie zawiązać, nim Widmo zorientuje się, co się właściwie stało, ale to, co zobaczył zupełnie go sparaliżowało. Leżał na czyimś nieruchomym ciele. Na zwłokach. Jakiejś kobiety z piękną, kwiecistą suknią, teraz prawie zupełnie spaloną i charakterystyczną spinką, która leżała teraz zmiażdżona obok trupa. 
-Mamo...?- zapytał z niedowierzaniem, szarpiąc kobietę- Mamo?! Mamusiu?! Mamo!
Widmo niemal natychmiast porwało go w swoje ramiona, przyciskając twarz chłopca do swojej szyi, ale ten nie przestawał się szarpać i krzyczeć.
-Mamo! Mamo, co ci się stało?! Mamo! Mamo! Papo! Pomocy! Mamo...
Absalom łkał nieprzerwanie, wtulony kurczowo w ciało mężczyzny. Nie mógł się opanować. Wciąż miał przed oczyma zastygłą w wyrazie przerażenia twarz matki. To była jego wina. Jego! Gdyby nie ściągnął opaski... Nie posłuchał Zjawy. Dlatego jego mama nie żyła! 
Mężczyzna długo niósł go w swoich ramionach. Chłopiec zdążył się trochę wyciszyć i uspokoić. Przestał płakać. Nie miał już siły. Żal dławił go od środka, paraliżował, sprawiał, że miał ochotę krzyczeć i błagać Widmo o to, by zmieniło swój wyrok, by zwróciło mu matkę... Widmo jednak milczało. Nie mówiło ani słowa. 
Dopiero po kilku godzinach drogi, zatrzymał się nagle i postawił chłopca na ziemi, zdejmując całkowicie jego opaskę. Absalom spojrzał na niego pełnym niezrozumienia wzrokiem. Zaczynało już świtać. Słońce wyłaniało się powoli zza drzew. Zaczynał się kolejny dzień. Tak po prostu. Jakby nic się nie stało. 
-Trzymaj- rzuciło krótko Widmo, wciskając w jego dłonie pokaźną sakiewkę. Ale teraz, w promieniach słońca, nawet owa Zjawa przestawała przypominać Zjawę. Zdawała się być zwykłym człowiekiem. Absalom nadal nie mógł dostrzec jego twarzy.
-Co to...?- zapytał nieprzytomnie.
-Złoto. Kilka metrów dalej, za tymi drzewami, znajduje się brama do miasta. Pójdziesz tam i powiesz strażnikom, że na twoją osadę napadli bandyci i jako jedyny ocalałeś. Wpuszczą cię do środka.
Absalom wpatrywał się w mężczyznę bez większego zrozumienia.
-A... A ty?- zapytał cicho, czując w sobie jakieś dziwne ukłucie niepokoju.
-Odejdę- odparł chłodno mężczyzna, jakby to było oczywiste. 
-Zostawisz mnie?!- wykrzyknął z przerażeniem chłopiec.
-Powiedziałem ci już, co masz zrobić- Widmo nawet nie drgnęło- Pójdziesz tam, a oni cię wpuszczą. Ktoś się tobą zajmie. 
-Nie zostawiaj mnie!- krzyknął ponownie Absalom, jakby nie dosłyszał jego słów. Nie chciał słyszeć! Nie chciał, żeby Widmo odeszło! Nie chciał zostać sam!- Moi rodzice nie żyją! Papa, mama... Wszyscy nie żyją! Co mam  zrobić?!
-Ktoś się tobą zajmie- powtórzył chłodno mężczyzna- Dałem ci pieniądze.
-Nie chcę! Proszę! Zostań ze mną!
-Nie mogę.
-Więc weź mnie ze sobą!
-Nie.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i odszedł w głąb lasu. Chłopiec stał przez krótką chwilę w miejscu, z trudem powstrzymując się od płaczu, po czym... Zawył rozpaczliwie i rzucił sakiewkę na bok, a następnie ruszył biegiem za Widmem. Mężczyzna nie zatrzymał się ani na chwilę. Szedł przed siebie szybkim krokiem, jakby wcale go nie widział. Absalom płakał donośnie, biegnąc za nim tak szybko, jak tylko mógł, ale zupełnie nie był w stanie go dogonić.
Po niecałej godzinie, zupełnie opadł z sił. Zresztą nie wiedział nawet, dokąd biec. Widmo zniknęło gdzieś między drzewami, a on został sam. Przewrócił się o jakiś korzeń i rozbił sobie kolana. Zaczął płakać jeszcze bardziej, ale wiedział już, że nikt go nie usłyszy. Nie podnosił się już nawet na nogi. Skulił się przy pniu drzewa i wciąż łkając, przymknął powieki, powoli usypiając ze zmęczenia. 
Gdy ponownie otworzył oczy, czuł, że trzymają go czyjeś silne ramiona. Przetarł zaspane oczy, nie wiedząc jeszcze, co się wokół niego dzieje. Ale czuł się bezpieczny. Tak po prostu. Bezpieczny.
-Papo...- załkał cichutko- Miałem zły sen... I rozbiłem sobie kolana...
Nie usłyszał odpowiedzi ojca, więc podniósł wzrok, a następnie aż wstrzymał oddech. To nie był jego ojciec. To był ten mężczyzna. Zjawa. Widmo. Teraz wydawał się być jeszcze bardziej realny i namacalny niż kiedykolwiek wcześniej. Do Absaloma wróciły wszystkie wspomnienia. Po raz kolejny zachciało mu się płakać, ale powstrzymał się, czując jednak, jak jego wargi drgają wyraźnie, jakby tylko czekały na moment, by po raz kolejny wybuchnąć płaczem.
-Uparty z ciebie dzieciak...- odezwał się nagle mężczyzna, a chłopiec jedynie pociągnął nosem w odpowiedzi i objął go ramionami wokół szyi. Poczucie bezpieczeństwa wcale nie minęło. Chłopiec sam nie wiedział dlaczego, ale ufał owej dziwacznej, milczącej i pochmurnej Zjawie, która po niego wróciła i która wzięła go ze sobą z powrotem. Zresztą, teraz ów człowiek jawił mu się raczej jako obrońca i wybawiciel, jako bohater... Ktoś, kto mu pomógł. Kto go ocalił. Absalom patrzył na niego z pewnego rodzaju nieśmiałością, ale i zaciekawieniem. Doprawdy, dziwna to była istota. 
Po kilkunastu minutach, mężczyzna zatrzymał się ponownie. Zawędrowali w okolice jakiegoś dziwacznego, bardzo maleńkiego i ponuro wyglądającego domku, stojącego gdzieś pośrodku lasu. 
-Jesteśmy na miejscu- stwierdził mężczyzna, a następnie przeniósł chłopca przez próg domu. Absalom niewiele był w stanie dojrzeć. Nadal czuł się strasznie śpiący i nie miał nawet siły na rozglądanie się dookoła, mimo rosnącej w nim ciekawości. Czy tak właśnie wyglądały domy leśnych zjaw...? Widmo podtrzymało chłopca jedną ręką, drugą odsuwając kołdrę z łóżka, pod którą następnie go umieścił- Śpij- dodał jeszcze cicho, odchodząc na bok.
-Proszę pana...?- zapytał niepewnie Absalom.
Mężczyzna zatrzymał się na krótką chwilę i zwrócił twarz w jego stronę.
-Czy pan... Czy pan jest Widmem...? Albo zjawą...?
-Nie.
-A-Aha... W porządku...- chłopiec przełknął głośno ślinę, spuszczając wzrok- A... A czy... A czy gdyby nie spadła mi ta opaska... To... To moja mama... Moi rodzice... By żyli...?- udało mu się w końcu z siebie wycisnąć.
-Nie- powtórzył raz jeszcze mężczyzna bez najmniejszej nutki emocji.
Chłopiec przymknął powieki czując, jak po jego policzkach spływają łzy i nie powiedział już ani słowa. Przewrócił się na drugi bok i płacząc cichutko, zasnął po raz kolejny.


Absalom zbudził się z cichym westchnieniem. Wciąż czuł się strasznie senny, a powieki ciążyły mu wyjątkowo, ale zmusił się do tego, by usiąść i rozejrzał się dookoła. Potrzebował dłuższej chwili, by jego wzrok przyzwyczaił się do panującej w pomieszczeniu ciemności. Wszystko wydawało mu się być takie odmienne od tego, co pamiętał... Zimne, nieprzyjemne, ponure... Ten niewielki pokoik, mimo wyjątkowo skromnego wystroju, i tak sprawiał wrażenie bardzo nieprzyjemnego i mrocznego. Nawet pachniał zupełnie inaczej niż jego dom. Wszystko było inne. Chłopiec poruszył się odrobinę niespokojnie. Gdzie zniknęło owo Widmo...?
Ziewnął szeroko i zszedł powoli z łóżka, a następnie odsłonił zasłony i wyjrzał przez okno. Było już ciemno, a mężczyzny nie było widać nigdzie w pobliżu. Absalom poczuł ukłucie lęku. Co się stało...? Chyba nie zostawił go tutaj samego...?!
Dostrzegł jednak drzwi do kolejnego pomieszczenia i powoli chwycił za klamkę, a następnie wszedł do środka. 
-Przepraszam...?- zaczął niepewnie- Jest tu ktoś...? 
W tym momencie rozbłysła jedna ze świec, oświetlając pomieszczenie i stojącego przy niej mężczyznę. Absalom krzyknął, nie mogąc się powstrzymać. W pierwszej chwili poczuł się zupełnie przerażony. Twarz owego mężczyzny naznaczona była bowiem tak licznymi bliznami, i tymi dawniejszymi, ledwie widocznymi, i tymi zdecydowanie świeższymi, że w pierwszej chwili nawet nie skojarzył go z owym Widmem, z bohaterem, wybawicielem... Wydawało mu się wręcz, że to jakiś bandyta, który pojawił się tutaj nie wiadomo skąd.
To były ledwie ułamki sekund. Mężczyzna przechylił lekko głowę w taki sposób, że jego długie, kruczoczarne włosy niemal całkowicie przesłoniły jego twarz. Wyglądał zupełnie inaczej niż wcześniej. Bez owej niesamowitej, czarnej szaty, sprawiał wręcz wrażenie nieco wątłego. 
-Przepraszam- szepnął chłopiec, speszony swoim zachowaniem. Mama zawsze mu powtarzała, że nie powinien nikogo oceniać po wyglądzie, a teraz jeszcze pewnie rozgniewał przez to owego mężczyznę.
-Nic się nie stało- odparł cicho ów człowiek, nadal jednak stojąc w taki sposób, że trudno było dostrzec jego twarz. Absalom bardzo żałował swojego wybuchu. Tym bardziej, że teraz, gdy minął pierwszy szok, chętnie spojrzał by na twarz mężczyzny po raz kolejny- Jesteś głodny? 
Odpowiedzią na pytanie mężczyzny okazało się być donośne burczenie brzucha, które jak na zawołanie wydobyło się z chłopca. Absalom zaczerwienił się nieznacznie.
-Chodź- rzucił jedynie ów człowiek, przechodząc do sypialni, a chłopiec ruszył w ślad za nim. Już po chwili i to pomieszczenie zostało rozświetlone przez niewielkie, porozstawiane w różnych miejscach świece. Mężczyzna podszedł do jednej z półek, na którym stała misa z pieczywem.
-Nie jest świeże- ostrzegł jedynie, podając chłopcu pokaźną bułkę.
Absalom niemal natychmiast wgryzł się w czerstwą bułkę i z nieznacznym trudem oderwał jej kawałek, siadając na brzegu łóżka. Wyszczerzył się do mężczyzny niemal wesoło. Z każdą chwilą ufał mu coraz bardziej.
-Co się stało z twoim zębem...?- zapytał ów człowiek.
-Wypadł tydzień temu- odparł chłopiec, wzruszywszy ramionami- Ale to nic. Odrośnie. Mama tak mówiła... I mówiła jeszcze, że jeżeli będę grzeczny, to przyjdzie magiczna, leśna wróżka i...
Umilkł gwałtownie. Na wspomnienie matki znowu zebrało mu się na płacz. Z trudem przełknął kilka kolejnych kęsów bułki, ze wzrokiem spuszczonym w podłogę. Mężczyzna już się nie odezwał, a chłopiec po raz wtóry poczuł, że bardzo chce mu się spać. 
-Proszę pana...?- zapytał w końcu niepewnie.
-Mortalis.
-Słucham?
-Mam na imię Mortalis- wyjaśnił cicho mężczyzna.
-Och... W porządku...- skwitował Absalom, nie będąc pewien, czy rzeczywiście powinien się tak do niego zwracać- Gdzie mam właściwie spać?
W pomieszczeniu było jedynie jedno łóżko, a zdążyło się już zrobić późno. Przecież mężczyzna też z pewnością sypiał. Podobno nawet zjawy czasem sypiały.
-Na łóżku.
-A... A ty? 
-Kładź się- odparł jedynie mężczyzna, a chłopiec posłał mu odrobinę spłoszone spojrzenie, a następnie wsunął się z powrotem pod kołdrę, obserwując poczynania Mortalisa. Mężczyzna podszedł do szafy i wyjął z niej dwa, grube koce i jednym z nich nakrył chłopca- W nocy bywa zimno- drugi zaś rozłożył na podłodze i przygotował sobie miejsce do spania, a następnie zgasił świece. W pokoju znowu zapanowała ciemność. 
-Opowiesz mi bajkę?- zapytał nieśmiało chłopiec, opatulając się szczelniej kocem.
-Nie opowiadam bajek- odpowiedział Mortalis, kładąc się na ułożonym przez siebie posłaniu.
-Taką malutką...- poprosił cicho Absalom, czując po raz kolejny rozdzierający smutek, gdzieś w głębi siebie. Rodzice nigdy nie zapominali o tym, żeby opowiedzieć mu coś przed snem. Nie mógł bez tego zasnąć, każdego dnia czekał na to, jak na swoisty rytuał. 
-Nie.
-W porządku- odparł cicho chłopiec, przymykając powieki. Przez kilkanaście minut w sypialni panowała zupełna cisza, ale Absalom, mimo swojego zmęczenia, nie był w stanie zasnąć. Ciemność go przerażała. Przerażał go hałas wiatru szalejącego na zewnątrz i szum uginających się pod nim drzew. Wydawało mu się, że słyszy czyjeś kroki na zewnątrz. Podskakiwał za każdym razem, gdy usłyszał jakiś głośniejszy hałas. Zerknął ukradkiem na leżącego na podłodze mężczyznę. Zupełnie się nie poruszał, zdawał się już spać. Absalom zsunął się powoli z łóżka, a następnie wszedł pod kołdrę, pod którą leżał Mortalis i wtulił się mocno w jego plecy, zaciskając powieki.
-Wracaj do łóżka- usłyszał głos mężczyzny, w którym nie pobrzmiewała jednak żadna surowość czy irytacja. 
-Nie mogę- odparł cicho chłopiec.
-Dlaczego?
-Boję się.
Absalom z głośno bijącym sercem, czekał na moment, w którym mężczyzna powtórzy swoje polecenie albo najzwyczajniej w świecie go wygoni, ale nic takiego nie nastąpiło. Znieruchomiał ponownie, pozwalając chłopcu na to, by ten obejmował go kurczowo ramionami. Absalom westchnął cichutko, powoli zasypiając.
Teraz czuł się bezpiecznie. 

4 komentarze:

  1. Morela7:49 PM

    To opowoadanie jest genialne, a prolog rządzi <#

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy4:24 PM

    Wiem, że już są dalsze części i nie potrzebujesz komentarzy żeby pisać dalej, ale już uwielbiam to opowiadanie:) Jest takie słodziutkie:))) zwłaszcza w momentach gdy Absalom i Mortalis są razem.

    Nana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komentarze są zawsze mile widziane, robaczku :).

      Usuń
  3. Kolejne bardzo fajne opowiadanie, zaczyna się ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń