Strony

niedziela, 22 maja 2011

Serce

Są różne miłości.
Miłości, o których chętnie się opowiada. Miłości, które mają w tle wspaniałą, romantyczną historię. Miłości, które zazwyczaj są trudne i bardzo skomplikowane, pełne przeróżnych przeciwności losu i wystawiające kochanków na próbę. Miłości, które ostatecznie kończą się dobrze albo tragicznie, ale to nie ma najmniejszego znaczenia. Miłości te zostają opisane w książkach, płaczemy przy nich w kinie, ale rzadko dostrzegamy je tuż obok siebie.
Są też miłości zwykłe. Szare, przemykające chyłkiem, rodzące się nie wiadomo kiedy i jak, nie przykuwające uwagi. Mające swoje wzloty i upadki, happy endy i tragiczne zakończenia, ale nie budzące zainteresowania ogółu.
I wreszcie, są miłostki banalne. Te, spod znaku zakochania od pierwszego wejrzenia, które wywołują rozbawienie i politowanie. No bo jak to? Miłość? To ma być miłość? To ledwie zauroczenie, a może nawet nie! Gdzie miłość u ludzi, którzy praktycznie się nie znają? Którzy nie wiedzą o sobie zupełnie nic? Którzy znają się z imienia, a czasem nawet nie, choć mijają się codziennie, racząc się krótką rozmową albo ledwie wymieniając spojrzenia. Czy ktoś może uwierzyć, że ci ludzie znają się wzajemnie lepiej, niż z kimkolwiek innym? Że widzą w swoich oczach coś, czego nikt inny poza nimi nie był w stanie dostrzec? Że rozumieją…?
Nigdy nie wierzyłem w miłość, a mój rozwód dodatkowo upewnił mnie w przekonaniu, że nie ma czegoś takiego jak stałość w uczuciach. Że wszystko się zmienia i przemija. No bo jak to? Być ze sobą przez całe życie? W zdrowiu i chorobie? Dopóki śmierć nas nie rozłączy?
Niemożliwe. Tak zawsze myślałem.
Nie ma rzeczy niezniszczalnych i doskonałych. Nie ma uczuć, które by takie były.
Jesteśmy ludźmi i sami w sobie jesteśmy przemijalni i pełni idiotycznych słabości, podobnie jak wszystko, co nas otacza. Nasze myśli, marzenia, emocje... Wszystko to mija, jest zastępowane przez coraz to nowsze i ciekawsze doznania. Świat przecież nie stoi w miejscu.
Więc cóż mogła właściwie znaczyć miłość?
Urojenie, zabawa z własnymi zmysłami, sympatia pomieszczana z fascynacją i pożądaniem zmierzająca donikąd, strach przed przed samotnością.
Nigdy nie sądziłem, że spotka mnie w moim życiu coś, co zniszczy cały poprzedni porządek i zmieni moje nastawienie do świata.
A jednak...
Pamiętam ten dzień dokładnie, chociaż pewnie gdyby ktoś zapytał mnie o nasze spotkanie jakiś kwadrans, może pół godziny po wszystkim, nie potrafiłbym nawet wskazać o czym właściwie rozmawialiśmy i jak się nazywał. Takie sytuacje nabierają znaczenia z czasem, kiedy człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że pozornie tak mało istotne zdarzenia były jednymi z najważniejszych w życiu.
Byłem tego dnia w pracy, zresztą tak jak zwykle. W czasie trwania mojego małżeństwa, wyjątkowo nieudanego, co trzeba dodać, spędzałem w firmie całe dni i zostawałem po godzinach, żeby tylko możliwie jak najpóźniej wracać do domu. A po rozwodzie? Po rozwodzie byłem tak przyzwyczajony do tego wszystkiego, że nic właściwie się nie zmieniło. Dopiero w pracy zaczynałem oddychać, zaczynałem żyć, mimo pośpiechu, mimo nieustannych nerwów, tego, że wszystkiego musiałem dopilnować osobiście, jakbym pracował z dziećmi, dużo bardziej lubiłem swoje hałaśliwe i tętniące życiem biuro niż puste mieszkanie.
Tamtego dnia przechadzałem się korytarzem, jak zwykle instruując tych wszystkich kretynów, którzy jeszcze nie zdążyli się zorientować, że zaczął się normalny dzień pracy.
-Johnson, twój program jest przesunięty na szesnastą, odbieraj wiadomości, do diabła- warknąłem w biegu, ignorując niechętny pomruk mężczyzny- Laura! Przecież wchodzisz o trzynastej! Co ty tu jeszcze wyrabiasz?! Timothy... Za dziesięć minut chcę widzieć ten przeklęty montaż na moim biurku. I nie obchodzi mnie jak mało miałeś na to czasu- dodałem, nim zdołał cokolwiek odpowiedzieć- Masz pojęcie, ile osób chciałoby wskoczyć na twoje miejsce?
-Domenico?
-Tak?- sapnąłem niecierpliwie, odwracając się w kierunku Carlosa, który wpatrywał się we mnie z lekkim rozbawieniem. Boże, jak strasznie go nie lubiłem. Cholerny luzak. Zawsze robił wszystko na ostatnią chwilę i nigdy niczym się nie przejmował. Nie rozumiałem, jak mu się to udawało.
-Mam do ciebie sprawę...
-Tylko szybko- przerwałem mu szorstko.
-Chodzi o udzielenie krótkiej informacji dla prasy- wyjaśnił, wskazując na towarzyszącego mu mężczyznę. Gdyby tego nie zrobił, nawet bym się nie zorientował, że ktoś przy nim stoi, chaotycznie zerkając to na niego, to na swój zegarek, który nieubłaganie przypominał mi o tym, że przez najbliższe dziesięć minut powinienem zrobić jeszcze z miliard rzeczy.
-Dzień dobry- przywitał się ze mną towarzysz Carlosa. Był nieco wyższy ode mnie, miał jasne włosy i pewnie podchodził pod trzydziestkę- Thomas Richter- przedstawił się, wyciągając rękę w moim kierunku.
-Domenico Marvello- odwdzięczyłem się tym samym, uścisnąwszy krótko jego dłoń- O co właściwie chodzi?
Czemu ten idiota przyprowadził do mnie tego dziennikarza?
-Reprezentuję magazyn „Ergo” i przygotowuję krótki artykuł na temat państwa stacji- odparł ów mężczyzna, uśmiechając się serdecznie- Chciałbym porozmawiać z kimś, kto udzieliłby mi odpowiedzi na kilka pytań... Może pan...?
Zmarszczyłem brwi.
-Nawet nie zapytam, dlaczego Carlos nie zabrał pana do kogoś, kto zajmuje się takimi sprawami- wycedziłem przez zęby z poirytowaniem- Ale jestem pewien, że powinien to zrobić, zanim zostanie wylany.
-Oj, daj spokój, Domenico...- zaśmiał się wesoło Latynos- Nie mogłem go nigdzie znaleźć... A w końcu ty znasz się na tym wszystkim najlepiej, nie...?
Zacisnąłem zęby, modląc się o cierpliwość.
-Dobra- rzuciłem w końcu z ciężkim westchnieniem- Ma pan mięć minut. Tylko pięć minut- zaznaczyłem stanowczo- Niech pan pyta.

Wypadłem z pracy jak burza i biegiem ruszyłem na przystanek.
Niestety, rozwód miał też swoje złe strony. Skończyło się odwożenie mnie do domu przez żonę, a zaczęły się wyjątkowo męczące i uciążliwe dojazdy autobusem. Nigdy nie miałem na tyle silnej woli i cierpliwości, by skończyć kurs na prawo jazdy. Może to i lepiej. Dopuszczanie mnie za kierownicę nie było szczególnie dobrym i bezpiecznym pomysłem.
A jedyny autobus, jaki dojeżdżał do mojej miejscowości, przyjeżdżał jakieś dwadzieścia minut po tym, jak kończyłem pracę. I nie byłoby w tym nic przerażającego, bo do przystanku miałem jakieś pięć minut drogi, gdyby nie fakt, że zazwyczaj tyle rzeczy zaprzątało mi głowę, że wychodziłem w ostatniej chwili i ledwie na niego zdążałem.
Tego dnia nie było inaczej.
Biegłem w kierunku przystanku przez parkową alejkę, która była najkrótszą prowadzącą do niego drogą, próbując jednocześnie zamknąć swoją nazbyt wypchaną teczkę. Pech chciał, że pewnym momencie najzwyczajniej w świecie wypadła mi z rąk, a jej zawartość rozsypała się tuż przed jedną z ławek. Pewnie gdyby nie to, nawet bym nie zauważył, że siedzi na niej ten dziennikarz, którego spotkałem rano.
Natychmiast zerwał się z miejsca i bez słowa pomógł mi zbierać wszystkie dokumenty i plany. Upchnąłem wszystkie z powrotem do nesesera, nie mając już czasu, by je od nowa porządkować i aż przekląłem w duchu swoją niezdarność, po czym podniosłem się z miejsca i mruknąłem chaotyczne:
-Dziękuję.
-Pan czeka na autobus do White Land, prawda?- zapytał niespodziewanie, siadając z powrotem na ławce, a ja spojrzałem na niego ze zdumieniem.
-Tak- odparłem, nieco osłupiały- Skąd pan wie...?
-Odjechał pięć minut temu- poinformował mnie jedynie, a ja aż zakląłem ze złości, co z pewnością nie zabrzmiało zbyt kulturalnie.
Pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja. Owszem, zawsze przybiegałem na ostatnią chwilę, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nie zdążyć. Nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Wrócić do pracy...? Chociaż właściwie po co? Wszystkie potrzebne papiery zabrałem ze sobą, a poza tym raczej nie ucieszą się na mój widok... Koty nie ma, myszy harcują, wszyscy przecież doskonale o tym wiedzą... Więc dokąd miałbym właściwie pójść?
-Proszę, niech pan siada- nieco rozbawione słowa tego dziennikarza wyrwały mnie z zamyślenia. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że od dobrych kilka minut stałem nieruchomo w miejscu, zastanawiając się nad tym, dokąd się udać.
-Nie, nie, raczej nie- mruknąłem jedynie ponuro.
-Jest pan pewien...?
Zawahałem się odrobinę, ale ostatecznie westchnąłem jedynie ciężko i opadłem na miejsce obok niego, całkowicie zniechęcony. Zrobiłem to tylko i wyłącznie z braku lepszych opcji. Kolejny autobus odjeżdżał prawie dwie godziny później, a ja nie zamierzałem sterczeć bezczynnie na przystanku do tego czasu i wdychać spaliny. Chociaż siedzenie na ławce z zupełnie obcą osobą też nie wydawało mi się obiecujące. Szczególnie, że już wyobrażałem sobie, ile w tym zmarnowanym czasie mógłbym zrobić.
Och, ile!
Mruknąłem coś niewyraźnie pod nosem, wciąż mocno poirytowany i zniecierpliwiony, po czym zacząłem podrygiwać nerwowo nogą, jak zawsze wtedy, gdy nie miałem nic do roboty. To był chyba wyraz mojej frustracji. Ujrzałem rozbawienie malujące się na twarzy mojego towarzysza i przestałem, odrobinę speszony, by ledwie po kilku minutach zacząć stukać niecierpliwie opuszkami palców o swoje kolano. Dopiero wtedy dostrzegłem obrączkę na swoim palcu. Cholera. Aż nie mogłem uwierzyć, że nadal ją mam...
Zdjąłem ją i wsunąłem niedbale do kieszeni marynarki, ściągając tym samym pełen wyraźnego zainteresowania wzrok mężczyzny.
-Ściągnął pan obrączkę?- zapytał, jakby rzeczywiście powinno go to interesować.
Ach, ci dziennikarze!
-Tak- potwierdziłem krótko, bez zbytniej wylewności. Sam fakt, że z braku lepszych zajęć się do niego przysiadłem, nie oznaczał jeszcze, że miałem ochotę na jakiekolwiek rozmowy.
-Dlaczego?- zapytał, zaskoczony- To znaczy... Proszę wybaczyć moją ciekawość, ale jedzie pan do kogoś? Spotyka się pan z kimś za plecami żony?
-Nie mam żony- odpowiedziałem sucho, w ostatniej chwili gryząc się w język, by nie skomentować jego upierdliwej dociekliwości. W końcu to nie jego wina. Pewnie to coś w rodzaju skrzywienia zawodowego albo coś w tym stylu- Wziąłem rozwód.
-Och- spłoszył się natychmiast- Przykro mi.
-Mnie nie. Jeszcze jeden dzień w tym małżeństwie, a pewnie bym wykorkował.
-Aż tak źle...?- parsknął z rozbawieniem, a ja skinąłem głową i obwieściłem grobowo:
-Gorzej. Nie polecam.
-Cóż... Nigdy nie byłem żonaty.
-Szczęściarz z pana.
-No nie wiem...- uśmiechnął się odrobinę niepewnie, wzruszywszy ramionami- Chciałbym mieć kogoś na stałe.
Spojrzałem na niego nieco uważniej. Dopiero teraz zadałem sobie trochę trudu, żeby skupić się na jego osobie.
-To czemu pan nie ma?- zapytałem w końcu, unosząc brew- Jest pan... No sam pan wie... Nie wygląda pan źle- skwitowałem lakonicznie. Ba. Jak na dziennikarza wyglądał wręcz całkiem przyzwoicie. Był chyba dosyć przystojny i całkiem nieźle ubrany, chociaż zdecydowanie nie w moim stylu- Nie sądzę, żeby miał pan większy problem ze znalezieniem partnerki- oceniłem w końcu.
-Z samym znalezieniem nie- przytaknął, uśmiechając się delikatnie- Ale ze znalezieniem właściwej... Owszem. Nie chcę krótkotrwałych znajomości. Chciałbym znaleźć kogoś, kogo mógłbym obdarzyć prawdziwym uczuciem i kto by to uczucie odwzajemnił... Do tej pory jakoś nigdy mi się nie ułożyło...
-Idealista z pana- stwierdziłem chłodno, po czym dodałem- Może to i dobrze. Kobiety to kłopoty.
-Miłość to kłopoty- poprawił mnie z wyraźnym rozbawieniem- I dlatego jest taka interesująca. Chciałbym coś takiego przeżyć. A pan?
-Co ja?- bąknąłem zdezorientowany.
-Był pan zakochany?
Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę tak zdumiony, jakbym nie zrozumiał pytania. I chyba tak rzeczywiście było. Mówiłem żonie, że ją kocham, ślubowałem jej miłość, ale...
-Nie wiem- stwierdziłem wreszcie, wzruszywszy ramionami z pozorną obojętnością- Nie myślę o takich rzeczach. Nie mam na to czasu.
-Nie ma pan czasu?- zdziwił się- Zawsze wydawało mi się, że miłość to właśnie to, na co zawsze ma się czas.
-A jednak nie- uciąłem, lekko poirytowany- Zresztą... Moglibyśmy zmienić temat? Miłość i małżeństwo już mi bokiem wychodzi...
-Ma pan rację- zgodził się dziennikarz- To dość niegrzeczne z mojej strony, dyskutować na ten temat w dniu pańskiego rozwodu...
Spojrzałem na niego ze zdumieniem.
-Mojego czego...?
-To... Nie jest dzień pańskiego rozwodu...?- zapytał, marszcząc brwi, a ja wciąż wyjątkowo zaskoczony pokręciłem głową.
-Skąd.
-Więc... Kiedy się pan rozwiódł?
-Jakieś pół roku temu.
-I dopiero teraz zdjął pan obrączkę?- teraz to on wydawał się być mocno zdziwiony.
-No... Tak...- odkaszlnąłem, lekko skrępowany- Wcześniej jakoś... Nie miałem czasu- wyjaśniłem zgodnie z prawdą.
Widziałem zdumienie malujące się w jego oczach, ale nie zapytał już o nic więcej. Zgodnie z moją prośbą, zszedł na zupełnie inny temat. Rozmowa sama się jakoś potoczyła, a ja miałem wrażenie, że rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Począwszy od pracy, przez jego artykuł i nowy program, a kończąc właściwie na wszystkim i jednocześnie niczym konkretnym. W ogóle nie czułem upływającego czasu. Byłem zdumiony, gdy w pewnym momencie odruchowo spojrzałem na zegarek i zorientowałem się, że zostało mi ledwie kilka minut do kolejnego autobusu.
-Chyba powinienem już iść- stwierdziłem, podnosząc się z miejsca, a on uśmiechnął się do mnie serdecznie i skinął mi głową.
-Do widzenia.
Chciałem odejść, ale dręczyło mnie coś jeszcze. Jeszcze jedna kwestia, której nie zdążyłem wyjaśnić.
-Skąd pan wiedział na jaki autobus czekam...?- zapytałem w końcu, wpatrując się w niego z uwagą.
-Zawsze przebiegał pan tędy o tej porze, więc się domyśliłem- odparł, wpatrując się we mnie z lekkim rozbawieniem, a ja mocno się zdziwiłem.
-Nigdy wcześniej tu pana nie widziałem- przyznałem w końcu.
Prawda była taka, że nigdy też specjalnie się nie rozglądałem.
-A ja pana bardzo często- odpowiedział z pogodnym uśmiechem, po czym rzucił nagle- Skończmy wreszcie z tymi „panami”, co? Thomas. Po prostu.
Zazwyczaj rzadko godziłem się na przechodzenie na „ty”, a już szczególnie nie po dwóch godzinach znajomości, ale w końcu doszedłem do wniosku, że to pewnie i tak pierwszy, i ostatni raz, kiedy z nim rozmawiam, więc skinąłem lekko głową i odparłem:
-Domenico.
Uśmiechnął się delikatnie.
-Wiem. Pamiętam.

Kolejny dzień w pracy minął niemniej chaotycznie niż poprzedni. Zdążyłem już zupełnie zapomnieć o swoim wczorajszym spotkaniu. Nigdy nie rozmyślałem nad tego typu drobnostkami, a poza tym byłem przekonany, że nigdy więcej nie spotkam tego dziennikarza na swojej drodze. A poza tym całkowicie pochłonęła mnie praca i tego dnia, dokładnie tak samo jak wczoraj, wyszedłem z pracy jeszcze bardziej spóźniony niż zwykle.
I jakie było moje zdumienie, gdy biegnąc przez park, zobaczyłem tego mężczyznę po raz kolejny, dokładnie na tej samej ławce. Aż nie mogłem w to uwierzyć. Może wcześniej rzeczywiście zupełnie nie zwracałem uwagi na to, kto tutaj siedzi...?
Zatrzymałem się tylko na krótką chwilę, by złapać oddech i zacząłem:
-Tylko niech mi pan nie mówi, że...
-Niestety- odparł, uśmiechając się przepraszająco- Odjechał chwilę temu.
Westchnąłem ciężko i opadłem na ławkę. Raz jeszcze obdarzył mnie tym swoim charakterystycznym, życzliwym uśmiechem, opierając się wygodnie.
-Widać jest pan na mnie skazany- rzucił z lekkim rozbawieniem, nie odrywając ode mnie uważnego spojrzenia.
-Nie narzekam- odpowiedziałem sucho, ale również spoglądałem na niego z jakimś dziwacznym zainteresowaniem- Jest pan tutaj codziennie?
-Często.
-Dlaczego?-zmarszczyłem brwi, wpatrując się w niego bez zrozumienia- Rozumiem zamiłowanie do natury, ale to chyba nie jest najlepsze miejsce, prawda? Park jest duży, a tu akurat jest diabelnie głośno. Słychać przejeżdżające samochody i autobusy. Niezbyt przyjemna atmosfera, nie sądzi pan?
-Wprost przeciwnie- odparł, uśmiechając się szeroko- Jest tu bardzo spokojnie. Niewielu ludzi się tutaj pojawia, a jeżeli już, to najczęściej idą właśnie na przystanek. Nikt się tutaj nie zatrzymuje, bo jak sam pan zauważył, to dosyć głośna okolica. Ale to tylko pozory. Szum miasta wcale nie musi być tak nieprzyjemny, jak go zawsze przedstawiają. A w kontraście z szumem drzew brzmi całkiem przyjemnie. Zresztą, ja lubię odgłosy miasta. Pobudzają mnie do życia. A ta ławka... A ta ławka to coś w rodzaju mojej samotni- dokończył wreszcie, unosząc lekko kąciki ust.
-Przeszkadzam panu...?- zapytałem stosunkowo niepewnie, nie do końca wiedząc, jak mam interpretować jego słowa.
-Skąd- odpowiedział, kręcąc głową z rozbawieniem- Wprost przeciwnie. I tak właściwie, mieliśmy mówić do siebie po imieniu.
-Wybacz. Kwestia przyzwyczajenia.
-W porządku- odparł pogodnie- Dziś wydajesz się mieć dobry humor- ocenił, wpatrując się we mnie badawczo- Nieporównywalnie lepszy w stosunku do wczorajszego... Nie śmiem twierdzić, że to moja zasługa, więc nie obraziłbym się, gdybyś mi powiedział, co takiego się wydarzyło.
Parsknąłem cicho.
-Cóż... To właściwie nic takiego...- nic takiego dla kogoś obcego, bo jak inaczej mógłbym określić tego mę... Thomasa. Po prostu Thomasa- Jutro mamy zebranie i... No cóż... Bardzo prawdopodobne, że dostanę awans. To raczej nie zabrzmi zbyt skromnie, ale skłamałbym, gdybym stwierdził, że mi się nie należy, no i... Dowiedziałem się o tym dzisiaj z pewnego nieoficjalnego źródła i jestem zadowolony.
-Moje gratulacje- powiedział serdecznie i brzmiało to jakoś normalnie, nie tak jak ciche gratulacje składane przez moich współpracowników, pełne jadu i zazdrości. No bo właściwie czego on mógłby mi zazdrościć? Miał przecież własną pracę i jego w ogóle to nie dotyczyło.
-Dziękuję... A skoro jesteśmy już przy temacie pracy, jak tam artykuł na temat naszego programu?- zagadnąłem. Nie ciekawiło mnie to jakoś szczególnie, ale uznałem, że powinienem zapytać z czystej uprzejmości, skoro Thomas przejawiał takie zainteresowanie mną.
-Przekazany w inne ręce- odparł pogodnie, wzruszywszy ramionami- Ale z tego co wiem, wyjdzie najpóźniej w przyszłym tygodniu.
-Czemu przekazany?- zapytałem bez zrozumienia.
-Po prostu już tam nie pracuję.
-Dlaczego?
-Powiedzmy, że... aktualnie mam urlop- stwierdził po dłuższej chwili wahania- Dłuższy urlop.
Skinąłem jedynie głową i wkrótce przeszliśmy na zupełnie inny temat. Zastanawiałem się, czy pod hasłem owego urlopu nie kryje się zwyczajne zwolnienie, ale zwolniliby go z dnia na dzień, zanim napisał swój tekst, bez wyraźnej przyczyny? Zresztą, przy całej pogodzie ducha mojego towarzysza, naprawdę trudno mi było to sobie wyobrazić.
Tak nie zachowuje się zwolniony człowiek.
Zdecydowanie nie.
Gdyby mnie zwolniono... Boże, chyba padło by mi na głowę.
Thomas opowiadał mi trochę o swoim życiu. Niewiele, ledwie urywki. Dowiedziałem się, że jakiś czas temu podróżował po świecie, że pisał różnego rodzaju reportaże, a za jeden z nich nawet go nagrodzono... Nie wypytywałem o nic więcej. Nie miałem takiego zwyczaju, wystarczały mi informacje podstawowe, którymi chciał się ze mną podzielić. On za to pytał dużo. Jakby moja osoba rzeczywiście mogła go aż tak bardzo interesować. Podchwytywał wątki, które zaczynałem i kierował rozmowę na takie tory, że po tych kilku godzinach miałem wrażenie, że powiedziałem znacznie więcej niż w ogóle zamierzałem. I czułem się przy nim jakoś zupełnie inaczej.
Na pewno nie jak przy kimś zupełnie obcym.
I nie jak przy kimkolwiek, kogo znam.
Tego dnia odprowadził mnie na przystanek.
A ja pierwszy raz, gdy wróciłem do domu, nie pomyślałem zwyczajowo o pracy i swojej liście obowiązków, a...
O Thomasie.
Czy jutro też będzie, czy znowu się na niego natknę, czy uda mi się z nim zamienić chociażby słowo...
I dopiero w momencie, gdy przyłapałem się na tych dziwacznych myślach, zrozumiałem.
I dopiero wtedy miałem już pewność, że coś nie jest tak jak zwykle.
Że coś się zmieniło.

Nie myliłem się.
Kolejnego dnia również zastałem go dokładnie w tym samym miejscu, ale wtedy okoliczności naszego spotkania nie były już tak wesołe jak wczorajszego dnia. Szczerze mówiąc, nie miałem nawet siły, żeby biec na autobus. Wlekłem się smętnie przed siebie, przeklinając w duchu cały świat i nie mając najmniejszej ochoty na rozmowy.
Thomas chyba od razu zauważył, że coś jest nie tak. Pogodny uśmiech, z którym wpatrywał się we mnie z daleka, szybko zmienił się w wyraz zatroskania.
-Znowu spóźniony?- zapytałem bez większych emocji i kiedy skinął głową, bez zbędnych słów usiadłem obok niego, czując się kompletnie wyczerpany.
-Tym razem zbytnio się nie spieszyłeś...- zauważył ostrożnie, wpatrując się we mnie z uwagą.
Odetchnąłem głęboko i pokręciłem jedynie głową, nie będąc w stanie zdobyć się na żadne wyjaśnienia. Zresztą... Po co? Cholera, czemu właściwie jeszcze tu tkwiłem? Nadal nie potrafiłem tego zrozumieć. To był dla mnie zupełnie obcy człowiek. Czy fakt, że dwa dni pod rząd zdarzyło mu się ze mną rozmawiać oznaczał, że ma ochotę dzień w dzień słuchać mojego smęcenia? A nawet jeżeli, to kim on jest, u diabła, że miałbym mu mówić o takich sprawach?
-Co z awansem...?- zapytał, ale jego głos brzmiał jakoś inaczej. Nie było w nim owej dziennikarskiej dociekliwości, a jedynie coś na kształt niepokoju. Niepokoju! Też coś! Facet, którego prawie nie znałem miałby się niepokoić moimi sprawami zawodowymi! Dobre sobie!
-Nic- mruknąłem ledwie słyszalnie- Nie trafił się mnie.
-Dlaczego...?
Nigdy nie lubiłem, gdy ktoś zbyt mocno interesował się moim życiem, ale jego pytania nie wydawały mi się przesadnie nachalne ani nie na miejscu.
-Nie wiem... Po prostu wcale nie był dla mnie- westchnąłem ciężko, przecierając skronie- Wszystko poszło nie tak jak trzeba... Nie powinienem być zdziwiony... Nie należy nastawiać się na takie rzeczy, ani słuchać głupich plotek, ale wydawało mi się... A zresztą- machnąłem dłonią- Dajmy już temu spokój.
-Dużo czasu poświęcasz pracy- zauważył, wciąż nie odrywając ode mnie badawczego spojrzenia- Może nawet zbyt dużo.
-To znaczy...?- zapytałem bez zrozumienia.
-To znaczy... Naprawdę chodzi tylko o ten awans?- zapytał, wpatrując mi się prosto w oczy, a ja w pierwszej chwili zupełnie znieruchomiałem.
-Aż o awans- odparłem sucho, ale w głowie tkwiła mi już tylko jedna myśl.
Skąd wiedział...?
Bo przecież nie wspominałem ani słowem o kasacji działów. Nie mówiłem o ludziach, których ceniłem lub darzyłem sympatią, a których musiałem zwolnić. Nie zająknąłem się nawet na temat gorszego zdrowia ojca. Nie powiedziałem nic. Więc jakim cudem się domyślił?
-... Nie- rzuciłem cicho w pewnym momencie- Nie tylko o awans...
-Rozumiem- odparł takim tonem, że miałem idiotyczne przekonanie, że tak właśnie jest- Chcesz o tym porozmawiać?
-Nie ma o czym- mruknąłem, odwracając wzrok.
-W porządku- odparł, jak zawsze wtedy, gdy nie chciałem już kontynuować tematu i wydawało mi się, że zaraz zacznie mówić o czymś zupełnie innym, ale w tym momencie poczułem jak jego chłodna dłoń zatrzymuje się na mojej. Drgnąłem z zaskoczenia i spojrzałem na niego zdumiony, ale on nie sprawiał wrażenia, jakby ów gest był dla niego czymś dziwnym lub krępującym. Może dla mnie też nie powinien być...?
Uśmiechnął się do mnie ciepło.
-Będzie lepiej- rzucił pogodnie.
Poczułem jakieś wewnętrzne ciepło i sam nie mogłem powstrzymać się od delikatnego uśmiechu.
… Musi być.

-Dzień dobry- powitał mnie Thomas, kolejnego dnia.
Znowu zbytnio się nie spieszyłem, ale nie da się ukryć, że wyszedłem z pracy nieco wcześniej niż zwykle. I to bynajmniej nie po to, by zdążyć na autobus. Cholera, musiałem sam przed sobą przyznać, że chciałem mieć po prostu trochę więcej czasu na to, by z nim pobyć. Wczorajszego dnia nie rozmawialiśmy zbyt wiele, ale i tak sama jego bliskość zmieniła mi nastrój bardziej, niż mogłem się spodziewać. A już na pewno bardziej niż zwyczajowa szklaneczka whiskey albo setne przejrzenie tych samych papierów i wprowadzenie niepotrzebnych zupełnie poprawek.
Trzymał mnie za rękę.
Boże! Co za idiotyzm, że ciągle to rozpamiętywałem!
Groteskowy gest zakochanych nastolatków, chcących całemu światu, wszem i wobec, obwieścić, jak strasznie się kochają, jakby nie mogli tego zachować dla siebie. Tak zawsze myślałem. Ale wczorajszego dnia, on znowu odprowadził mnie na przystanek. I nie puszczał mojej dłoni aż do momentu przyjazdu autobusu. A mnie to tak jakoś... nie przeszkadzało. Było przyjemnie. I ciepło, gdzieś tam w środku.
-Dzień dobry- odpowiedziałem całkiem pogodnie. W porównaniu ze wczorajszym dniem, czułem się o dosyć dobrze. A na jego widok? O niebo lepiej- Znowu się spóźniłem?
-Nie- odparł, wyraźnie nieco zawiedziony- Jeszcze zdążysz.
Usiadłem obok niego, jakbym nie usłyszał jego słów. Spojrzał na mnie z osłupieniem. Już po chwili dało się słyszeć z dala charakterystyczny dźwięk nadjeżdżającego autobusu. A on milczał wciąż, nie wiedząc chyba zupełnie, co ma powiedzieć, dopóki ten nie odjechał.
-N... Nie... Nie poszedłeś?- zapytał w końcu ze zdumieniem.
-Nie- odparłem, wzruszywszy ramionami.
-Dlaczego?
-Przeszkadzam ci?
-Skąd- parsknął cicho, po czym uśmiechnął się lekko pod nosem, kręcąc z rozbawieniem głową.
Ja również odpowiedziałem łagodnym uśmiechem.
-Jak w pracy?
O, tak.
Warto było na to czekać. Nawet cały dzień.

Przez kolejne kilka tygodni spotykaliśmy się dzień w dzień, tuż po mojej pracy, niezależnie od tego, czy się spóźniłem, czy nie. To nie było istotne. Przez ostatnie kilka dni zostawałem z nim dłużej niż zwykle. Nie jechałem kolejnym autobusem, a czekałem na późniejszy, czasem nawet wieczorny. Nie potrafiłem się od niego oderwać.
Pierwszy raz od bardzo dawna, nie czekałem z niecierpliwością na to, aż wrócę do pracy, ale wprost przeciwnie – na to, aż ją wreszcie skończę i będę mógł się z nim spotkać. Nie martwił mnie awans, nie martwili mnie pracownicy, nie martwiło mnie zupełnie nic. Zależało mi jedynie na tym, by spędzić z nim możliwie jak najwięcej czasu.
Sam przed sobą musiałem uczciwie przyznać, że owo trzymanie za dłonie, wtedy jeszcze jakoś usprawiedliwione okolicznościami, powtórzyło się. Zresztą nie tylko. Nie było między nami żadnego kontaktu, który mógłby teoretycznie wykraczać poza zwykłą znajomość, nie było pocałunków, ani tym podobnych rzeczy, nic poważniejszego. Muśnięcia dłoni, przetarcie policzka, ogarnięcie ramieniem... I żaden z nas nie powiedział na ten temat ani jednego słowa, jakby jakikolwiek komentarz mógł to wszystko zniszczyć.
Bałem się go spłoszyć jakimś nieuważnym pytaniem. Bałem się spłoszyć samego siebie idiotycznymi rozmyślaniami na temat tego, co do niego czuję. A czułem coraz bardziej, że już nie mogę go nazywać jedynie znajomym czy przyjacielem.
Rozmawialiśmy więc na wszystkie tematy, pomijając ten, dotyczący naszych relacji.
I tak było dobrze.
Do pewnego czasu.
Po owych kilku tygodniach, pierwszy raz coś się zmieniło. Kiedy wracałem z pracy, nie czekał na mnie tak jak zwykle. Więc usiadłem na ławce i to ja czekałem na niego. Początkowo bez zbytniego zdenerwowania, bo przecież mógł się zwyczajnie spóźnić, mogło mu coś wypaść, coś się wydarzyć... Właściwie nawet nie wiedziałem, co mogłoby to być. Aż strach pomyśleć, jak mało go znałem. Ale mimo to, wyczekiwałem jego przyjścia.
Pierwszy kwadrans, pół godziny, godzinę, półtorej...
Pojawił się niepokój. Starałem się go od siebie odepchnąć, zbyć myślami, że pewnie po prostu jest zajęty. Nie przyszedł, i co z tego? Zdarzyło mu się to po raz pierwszy, w końcu nigdy nie umawialiśmy się tutaj na kolejny dzień. Nie złamał żadnej swojej obietnicy, nie okłamał mnie, nie oszukał... Więc dlaczego taki się właśnie czułem? Oszukany, na pewien specyficzny sposób.
Próbowałem się zmusić do tego, żeby w końcu pojechać do domu, ale nie potrafiłem. Czekałem na niego do późnego wieczora i pewnie gdyby nie fakt, że wtedy odjeżdżał mój ostatni autobus, czekałbym dłuższej. Ale nie miałem wyboru i wróciłem do domu, zupełnie niepocieszony.
I pierwszy raz od dłuższego czasu spędziłem całkowicie bezsenną noc.
Nie przez pracę.
Przez Thomasa.

Przez kolejny tydzień nie widziałem go wcale. Usychałem wewnętrznie, tęskniłem, miałem wrażenie, że zaraz zwariuję. Każdego dnia z tą samą, głupią nadzieją, siadałem na naszej ławce i czekałem. Czekałem do późnego wieczora, wciąż beznadziejnie wierząc w to, że może jednak w pewnym momencie się pojawi.
Ale jego wciąż nie było.
Bezsenne noce zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Praca przestała mi sprawiać przyjemność, nie przynosiła już takiej satysfakcji jak wcześniej. Po prostu nie była już całym sensem mojego życia, zeszła na dalszy plan, nikła, nieistotna, już nie najważniejsza.
Któregoś dnia dotarło do mnie, że on już nie przyjdzie.
Bo niby dlaczego miałby...? Może znalazł sobie jakieś lepsze zajęcie, może wrócił do pracy, nie miał już ochoty na tego rodzaju spotkania... Byłem w końcu tylko znajomym z parku, czego mogłem się właściwie spodziewać? Że będzie na mnie tam czekał każdego dnia? Nie byłem dla niego nikim istotnym i on w żaden sposób nie przyczynił się do tego, że sam zacząłem mieć na jego punkcie tą dziwaczną obsesję. Bo niby jak inaczej mogłem nazwać to, co do niego czułem?
A jednak w końcu minął ten nieszczęsny tydzień. Szedłem jak zwykle parkową alejką, bez najmniejszych już nadziei na to, że go spotkam i przysięgając sobie, że pojadę od razu do domu, ale...
Był.
Mój Boże.
Co to było za uczucie, zobaczyć go tam wtedy.
Serce zaczęło szybciej bić i poczułem jakieś ciepło rozlewające się w żołądku.
Był.
I nic więcej nie trzeba było do szczęścia.
Starałem się pohamować moją radość, która eksplodowała w mojej głowie tysiącem myśli, wątpliwości, pytań... Usiadłem obok niego czując, że cały drżę.
Z euforii, z ciekawości, ze zniecierpliwienia...
Spojrzeć na niego, zapytać, dotknąć go, szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo!
-Cześć- odezwał się cicho, a na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech. A jednak coś się zmieniło. Dopiero teraz zauważyłem, że wyglądał jakoś inaczej. Był bledszy, jakby sam nie spał przez kilka nocy, schudł wyraźnie, bo zazwyczaj dopasowane ubrania zdawały się na nim niemalże wisieć, a pod jego błękitnymi oczami pojawiły się sine okręgi.
-Cześć- odpowiedziałem, wpatrując się w niego uważnie- Kiepski tydzień?
-Nawet nie wierz jak bardzo...- westchnął cicho, raz jeszcze unosząc kąciki ust w czymś na kształt uśmiechu- A twój...?
-Nie był najgorszy...- skłamałem. Och, bezczelnie skłamałem. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek przeżył równie fatalny czas w swoim życiu. Czas spędzony na nieustannym rozmyślaniu, bezczynnym czekaniu, na dziwacznych fantazjach i chorych wyobrażeniach, które przychodziły zupełnie nagle, same z siebie... Nigdy wcześniej nie czułem czegoś podobnego.
-Ach, tak...- odparł jedynie, wpatrując się przed siebie.
-Czemu cię nie było...?
-Hm?
-Przez ten czas- dodałem, nieco skrępowany. Nie chciałem go o to pytać. Nie chciałem w ogóle dać po sobie poznać, jak strasznie dobiła mnie świadomość tego, jak długo go nie widziałem- Kiedy szedłem na autobus, nie widziałem cię...
… Kiedy czekałem tu te kilka godzin jedynie po to, by cię zobaczyć, też nie.
Uśmiechnął się blado.
-Miałem kilka... spraw do załatwienia- dokończył po dłuższej chwili wahania.
-Coś poważnego...?
Parsknął cichutko i oparł głowę o moje ramię.
-A co...?- szepnął, wpatrując się we mnie- Martwisz się...? Tęskniłeś?
Uciekłem wzrokiem na bok, nie do końca wiedząc, jak się zachować i odpowiedzieć.
-Nie- odparłem w końcu, starając się brzmieć... niemalże chłodno. Szlag by to trafił. Nigdy nie potrafiłem okazywać żadnych cieplejszych uczuć i niewiele się pod tym względem zmieniło- Po prosto to dość... Nieoczekiwana sytuacja. Zazwyczaj tu jesteś.
-Tak, zazwyczaj jestem...- potwierdził z cichym westchnieniem, odsuwając się nieco- A ty zazwyczaj jesteś ze mą.
-N... No...- mruknąłem nieco zdezorientowany. Nie miałem pojęcia, co się dzieje. Thomas był zawsze taki pogodny, tryskający entuzjazmem, wesoły... A teraz wydawał się być czymś głęboko zmartwiony, zaniepokojony niemalże. Zupełnie jak nie on.
-Niedługo mogę się nie pojawić- odezwał się po kilku minutach ciążącej ciszy, wciąż spoglądając gdzieś przed siebie- Przez dłuższy czas. Może nawet na zawsze.
Drgnąłem lekko z przerażenia, ale...
… Ale ostatecznie wzruszyłem jedynie ramionami w jakimś geście pozornej obojętności i zapytałem:
-Przeprowadzka?
Uśmiechnął się blado.
-Oby nie.

Spotykaliśmy się później, ale już bez wcześniejszej regularności. Pojawiał się raz na kilka dni i wciąż wydawał się być mocno zamyślony i zdenerwowany. Nie zbliżał się do mnie już nawet tak jak kiedyś i nie szukał żadnego kontaktu wykraczającego poza zwykłą rozmowę. We mnie wszystko aż wrzało z emocji, krzyczało i miałem wrażenie, że nie wytrzymam i w końcu powiem coś, czego później będę się wstydził albo zrobię coś, czego robić nie powinienem... Opanowywałem się jednak zawsze i doprowadzałem do porządku.
Wydawało mi się, że go rozumiem.
Prawdopodobnie kogoś sobie znalazł. To przecież nic dziwnego. W końcu chciał mieć żonę, prawda? Rodzinę. Dzieci. Kogoś na stałe. Pasowałaby też ta przeprowadzka.
A do stałego, uporządkowanego życia nie pasowało przytulanie się na ławce z facetem. Zdecydowanie nie. I powoli zaczynałem to akceptować. Było mi cholernie trudno, ale tłumiłem wszystkie swoje uczucia w sobie i po prostu dostosowywałem się do niego. Niczego nie wymagałem i nic nie było mi potrzebne. Dopóki był obok.
Aż pewnego dnia ponownie zniknął.
Liczyłem kolejne dni, modląc się o to, by się pojawił.
Przez następne dwa miesiące nie widzieliśmy się wcale. I to były zdecydowanie najgorsze dwa miesiące mojego życia. Nie mogłem jeść, nie mogłem spać, nie mogłem pracować... Nie mogłem niczego. W końcu nawet poszedłem na zaległy urlop, bo wszystko dosłownie leciało mi z rąk.
I dlaczego?
Dlatego, że nie zobaczyłem go jak zawsze na tej cholernej ławce?
I znów chodziłem tam codziennie.
Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Miałem wrażenie, że zwariowałem, zupełnie straciłem rozum, teraz, przed chwilą, kiedy go widziałem po raz ostatni, a może kiedy spotkałem po raz pierwszy... Sam nie wiedziałem. To było jakieś zupełne szaleństwo, obłąkanie. Najgorsza była świadomość tego, że gdybym miał jego numer telefonu albo adres, wydzwaniałbym do niego cały czas i nachodził go dniami i nocami, tylko po to, by poświęcił mi chociażby chwilę, niezależnie od tego, czy ma żonę, dziewczynę, czy dziecko w drodze... Jak świr. Jak kompletny świr.
Ale nie miałem jego numeru telefonu. Nie miałem jego adresu. Nie wiedziałem nawet, czy w ogóle mieszka w tym mieście. Podejrzewałem, że w okolicach parku, ale przecież nie mogłem mieć pewności. Nie wiedziałem, czy już pracuje, czy nadal jest na urlopie, nie pamiętałem już nawet nazwy jego redakcji.
Nic.
Jedno, wielkie nic.
Więc skąd ta cała tęsknota?
Za czym?
Za tymi drobnymi gestami, tym ciepłem w środku, uśmiechem...?
Za kim?
Za człowiekiem, którego tak mało znałem?
Nie mogłem wytrzymać. Byłem jak uzależniony, jak opętany. Chciałem go spotkać za wszelką cenę, choćby ostatni raz, choćby na pożegnanie... Musiałem się dowiedzieć, gdzie mieszka.
Pewnego dnia po prostu wpadłem do budynku, w którym pracowałem. Towarzyszyły mi wyjątkowo zdziwione spojrzenia pracowników, ktoś coś wołał, pytał o coś... Ignorowałem to. Pierwszy raz w życiu w ogóle nie obchodziło mnie to, co ci wszyscy ludzie sobie o mnie myślą. Poszedłem prosto do Carlosa.
Latynos od progu spojrzał na mnie z osłupieniem.
-Wow... Eee... Domenico... Jakoś tak... Nie wyglądasz... Jak ty...- wydukał w końcu, po czym roześmiał się nieco nerwowo- Zdajesz sobie sprawę z tego, że masz urlop?
-Wiem przecież!- odparłem z poirytowaniem- Nie mów do mnie tak, jakbym zwariował!
Bo nie zwariowałem.
… Chyba.
-Potrzebna mi twoja pomoc- stwierdziłem w końcu nieco spokojniej.
-Moja?!- wykrzyknął z zaskoczeniem. No tak. Doskonale przecież wiedział, że uważam go za beztalencie i lenia. Ale na tą jedną chwilę, był mi absolutnie niezbędny.
-Chodzi mi o tego reportera... Thomasa jakiegoś tam... Któregoś dnia przyprowadziłeś go do mnie, bo nie mogłeś znaleźć kogoś, kto odpowiada za tego typu sprawy i on pytał mnie o jakiś tam program, a ja nawet nie wiem, co mu odpowiedziałem, ale... Pamiętasz?- dopytałem w końcu, widząc, że mężczyzna nadal patrzy na mnie mocno zdezorientowany.
-Domenico...- teraz naprawdę spoglądał na mnie jak na wariata- Jesteśmy w stacji telewizyjnej. Codziennie przewija się tutaj kilkanaście osób z różnych gazet... Czego ty ode mnie wymagasz?
-Tak, tak, ale to był specyficzny reporter... To znaczy...- do diabła! A co w nim mogło być takiego specyficznego dla Carlosa?!- Nazywał się Thomas... Thomas Richter... Chyba... Tak sądzę...- rany boskie, nawet nie byłem przekonany co do jego nazwiska- Jest mi teraz bardzo potrzebny, muszę się z nim pilnie skontaktować... Masz do niego numer telefonu, adres, adres jego redakcji, adres jego...
-Domenico...- przerwał mi w końcu, wpatrując się we mnie z osłupieniem.
-Tak, ja wiem, że to nie jest łatwa sprawa!- sapnąłem niecierpliwie- Ale bardzo mi na tym zależy. Zrobisz to dla mnie?
Wpatrywał się we mnie jeszcze przez dłuższą chwilę, po czym westchnął głęboko i skinął głową.
-Okej... Mogę go poszukać, ale niczego nie obiecuję... Dowiem się, dlaczego to takie ważne?
-Nie- uciąłem szorstko- Ale jak się pospieszysz, to jutro możesz dostać moją posadę.
Segregator, który chwycił chwilę wcześniej, wypadł mu z rąk i łupnął o posadzkę.
-Żartujesz?!- zapytał niemalże przerażony- Zwalniasz się?!
-Prawdopodobnie- mruknąłem cicho.
-Ale... Ale ty żyjesz tą pracą!
… Już nie.

Drżące dłonie.
Nogi uginające się niemalże pod ciężarem niecierpliwego wyczekiwania.
Płytki, nieregularny oddech.
Strach i tęsknota.
Zapukałem do drzwi. Każda kolejna sekunda zdawała się dłużyć w nieskończoność. Podrygiwałem nerwowo, nie będąc w stanie stać nieruchomo. Boże, żeby to był on, żeby to tylko był on... Powtarzałem to zdanie w myślach niczym mantrę, czując, że zaraz oszaleję.
Mało kto jest w stanie wyobrazić sobie, co poczułem w momencie, gdy drzwi się otwarły i ujrzałem w nich Thomasa, na twarzy którego malowało się kompletne zdumienie.
-Dome...- zaczął, ale przyciągnąłem go do siebie gwałtownym ruchem i wpiłem się w jego wargi. Był jeszcze zbyt zaskoczony, zbyt osłupiały, by jakkolwiek zaprotestować lub oprzeć się temu pocałunkowi. Dopiero po chwili odepchnął mnie od siebie, odsuwając się nieco i wciąż wpatrując się we mnie z szeroko rozchylonymi oczyma.
-Przepra...
Tym razem to ja nie zdążyłem skończyć. Tym razem to on chwycił mnie mocno w ramiona, całując mocno i pewnie. Sięgnąłem dłonią do tyłu, w ostatnim geście przytomności i zamknąłem za nami drzwi na korytarz. A później zapomniałem o całym świecie. Oddawałem jego pocałunki i reagowałem na dotyk dłoni, przesuwających się chaotycznie wzdłuż moich pleców, aż w końcu wsuwających się pod koszulkę, badających niecierpliwie strukturę mojej skóry... I był tylko on. Nie patrzyłem, nie zastanawiałem się, nie myślałem o niczym, co wykraczałoby poza jego osobę. Właściwie nie wiedziałem nawet, gdzie mnie prowadzi, na oślep niemalże, wciąż całując mnie namiętnie i głęboko. W końcu przylgnąłem plecami do jakichś drzwi i jęknąłem cicho w jego wargi, gdy poczułem, jak klamka wbija mi się boleśnie w plecy.
W tym momencie oderwał się od moich ust i spojrzał na mnie z uwagą, uśmiechając się jednak w taki sposób, że większość moich obaw i lęków wyparowała w tej właśnie sekundzie.
-Przepraszam- rzucił z rozbawieniem, a ja zachichotałem cicho, nie będąc w stanie wydobyć z siebie żadnej konstruktywnej odpowiedzi.
Był taki cholernie pociągający... Nie mogłem oderwać od niego wzroku. I chociaż wyglądał zupełnie inaczej niż wtedy, gdy się spotkaliśmy po raz ostatni... Drobniej, bardziej krucho, w jakichś luźnych ubraniach, prawdopodobnie piżamie... Ale mimo to... Do licha...
-Przepraszam- powtórzył już nieco spokojniej, tak samo jak ja starając się opanować przyspieszony oddech- Nie powinienem był tak od razu...
-Nie, nie, ja...- zacząłem i chwilę później umilkłem, gdy zdałem sobie sprawę z tego, jak dziwnie zabrzmiałaby w tym miejscu jakakolwiek deklaracja. Jak dziwnie wyglądała ta sytuacja. Boże, wpadłem tu jak jakiś opętaniec, zacząłem go całować, a teraz sam już nie wiedziałem, co mówić i co robić. Nie miałem nawet czasu zastanowić się nad tym, co tak właściwie chciałbym mu powiedzieć.
Uśmiechnął się lekko i nacisnął klamkę od drzwi, o które się opierałem, przez co gdy te ledwie się otworzyły, ja omal nie wpadłem do środka. Wycofałem się do pomieszczenia i rozejrzałem ostrożnie, po czym zbladłem.
Sypialnia.
Och, do licha...
-Rozgość się...- rzucił z jawnym rozbawieniem, a ja spojrzałem na niego przerażony- To co? Zrobić ci herbaty...?
-T-tak, tak... Herbaty...- wydukałem tylko. Boże, Domenico, ty idioto, skup się! Przyszedłeś z nim porozmawiać! Porozmawiać, pamiętasz?! Tylko o czym...? O czym, do diabła...? Nie było możliwości, żebym toczył z nim tutaj normalną rozmowę. Nie, nie. Nie kiedy wyglądał... Tak! Nie kiedy w ogóle wyglądał! Kiedy w ogóle był obok!
Czułem, że powinienem powiedzieć coś jeszcze, zapytać o coś, wyjaśnić, czemu tu jestem, cokolwiek, do diabła, cokolwiek! Ale głos uwiązł mi w gardle i po prostu przysiadłem niepewnie na brzegu łóżka, bojąc się tego, że zaraz zrobię z siebie idiotę.
Ale Thomas nadal nie wychodził z pomieszczenia.
I chyba wcale nie chciał ugościć mnie herbatą.
Zobaczyłem, jak zsuwa z ramion koszulę od piżamy i zamarłem w bezruchu, przesuwając wzrokiem wzdłuż całej jego sylwetki. Nim zdążyłem się zorientować, co się dzieje, ponownie poczułem jego wargi na swoich, a on usiadł okrakiem na moich udach. Objąłem go mocno wokół pasa, całując zachłannie i czując, jak jego język żywo reaguje na moje pieszczoty, odwzajemniając je z równą intensywnością. Opadłem wraz z nim do tyłu, na pościel i poczułem, jak ściąga ze mnie kolejne ubrania. I po raz wtóry tego wieczoru, wszystko inne przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
To, że nic o nim nie wiem.
Że może nie od tego powinienem zacząć.
Że powinienem mu zadać jakieś pytania, a nie zabierać się do wszystkiego od dupy strony.
Och.
Dosłownie, cholera, dosłownie!
W końcu wszystkie nasze ubrania leżały porozrzucane w nieładzie naokoło łóżka, a ja błądziłem dłońmi po jego torsie, badając każdy fragment jego delikatnej skóry, by zaraz zsunąć się na jego podbrzusze, a następnie ponownie rozpocząć wędrówkę po jego plecach, zmierzając w kierunku jego pośladków. Jednocześnie czułem jak jego ciepłe, wilgotne wargi wędrują po mojej szyi, a jego dłonie, chwilowo zatrzymane na moich biodrach, ponownie poderwały się lekko w górę, by zaraz przesunąć się wzdłuż mojego torsu, wywołując u mnie mimowolne westchnienie. Otarł się o mnie lekko, a ja zagryzłem wargę, czując, jak jego męskość napierającą na moją, niemniej twardą. Poruszył biodrami jeszcze kilkakrotnie, wywołując u mnie serię cichych westchnień i jęków, aż ku mojemu ogromnego rozczarowaniu, przerwał pieszczoty i oderwał wargi od mojej szyi, po czym spojrzał na mnie. Tymi cholernie pięknymi, błyszczącymi z podniecenia oczyma.
-Domenico...
-Mhm...?- wymruczałem, wciąż otępiony jego bliskością.
-Mogę cię wziąć...?
Spojrzałem na niego zamglonym wzrokiem i zawahałem się nieco. Nie da się ukryć, że kiedy sobie wyobrażałem podobną sytuację, raczej nie widziałem się po tej stronie. Ale mimo wszystko, skinąłem głową w niemym przyzwoleniu. Byłem zbyt upojony jego obecnością, zapachem, smakiem jego ciała... Och, pieprzyć to! W tym momencie pozwoliłbym mu absolutnie na wszystko. Dosłownie. Nawet na to, żeby mnie rozczłonkował i zjadł na miejscu, do licha! Uśmiechnął się do mnie lekko i ponownie wpił się w moje wargi, przenosząc jednocześnie dłonie na moje pośladki i masując je. Zażenowanie wywoływane nową sytuacją i moim położeniem, minęło pod wpływem jego pieszczot i pocałunków.
W końcu naparł powoli męskością na moje wejście. Zagryzłem mocno wargi, starając się powstrzymać od jęku. Czułem, jak wchodzi we mnie głęboko, rozpychając boleśnie moje wnętrze. Zacisnąłem powieki.
-Dobrze...?- zapytał szeptem, gładząc mnie delikatnie po udzie.
Zapewne moja wykrzywiona grymasem bólu twarz nie była na to najlepszym dowodem, ale i tak skinąłem głową. Poruszył lekko biodrami, a ja jęknąłem donośnie, nie będąc w stanie się powstrzymać. Bolało. Cholernie bolało i zdecydowanie nie tak to sobie wyobrażałem. Jednak im dłużej się we mnie poruszał, tym bardziej ja przyzwyczajałem się do tego doznania i zaczynałem czuć coś innego niż ból... Nutkę jakiejś cholernej, perwersyjnej przyjemności. Chwycił mnie pod kolanami, napierając na mnie mocniej, a ja pierwszy raz jęknąłem nie z bólu, a z rozkoszy, która wypełniła całe moje ciało. Dłonią zaczął miarowo pieścić moją męskość, co jeszcze spotęgowało moje odczucia. Wszystko rozmywało mi się przed oczyma i czułem, że drżę w jego ramionach, świadom zbliżającego się spełnienia. Jego ruchy stały się mocniejsze, bardziej gwałtowne. Wpił się w moje wargi i właściwie w tym samym momencie doszliśmy obaj – on w moim wnętrzu, ja plamiąc jego podbrzusze i pościel.
Opadł na mnie bezwładnie, leżąc przez dłuższą chwilę w zupełnym bezruchu. Ja starałem się uspokoić oddech i bijące jak szalone serce. W pewnym momencie Thomas uniósł się nieznacznie na łokciach i uśmiechnął się delikatnie, muskając subtelnie moje wargi.
-Zostaniesz na noc?- zapytał cicho, a ja jedynie pokiwałem głową, czując się niesamowicie zmęczony i wyczerpany. Ogarnął mnie ciasno ramionami, po czym okrył nas obu kołdrą. Wtuliłem się w niego i dopiero w tym momencie dotarło do mnie, co się tak właściwie stało. Boże, nie widziałem go już tak długo... Tyle dni... A teraz... Przy nim... Jakby nic się nie stało...
Wpatrywał mi się prosto w oczy, przeczesując miarowo moje włosy.
-Boli cię?- zapytał, spoglądając na mnie z uwagą.
-Trochę...- odszepnąłem, czując, że powieki zaczynają mi ciążyć.
Zachichotał cicho, a ja przymknąłem powieki i zamruczałem cichutko.
-Nie martw się- rzucił, gładząc mnie delikatnie po plecach- Następnym razem to ja będę robił za kobietę.
-A co? Zajmiesz się obiadem?- parsknąłem niezbyt przytomnie.
Zaśmiał się pogodnie, po czym musnął wargami moje czoło.
Było ciepło.
I dobrze.
Nawet nie zdążyłem się zorientować, kiedy zasnąłem.

Przebudziłem się w środku nocy i wymruczałem coś cicho, chcąc na powrót wtulić się w Thomasa, ale... Nie było go obok. Rozejrzałem się dookoła nieco nieprzytomnie. Mężczyzna siedział na brzegu łóżka, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Wyglądał, jakby coś bardzo go dręczyło.
-Thomas...?
Drgnął lekko i przeniósł na mnie zdumione spojrzenie, po czym uśmiechnął się do mnie ciepło i szepnął:
-Śpij.
-A ty...?
-Ja... Ja muszę coś przemyśleć- odparł po dłuższej chwili wahania, wydając z siebie mimowolne westchnienie. Spojrzałem na niego z zaniepokojeniem i powoli podniosłem się do pozycji siedzącej, po czym objąłem go ciasno i położyłem głowę na jego ramieniu.
-Chodzi o mnie...?
Nie odpowiedział.
Już wiedziałem, że tak.
-Przepraszam- rzuciłem natychmiast, czując, że muszę się z tego wszystkiego wytłumaczyć. W końcu zupełnie niespodziewanie zwaliłem się na głowę jakiemuś Bogu ducha winnemu facetowi i sam nie wiem, czego od niego oczekiwałem- Wiem, że to wszystko poszło zupełnie nie tak jak trzeba... Masz kogoś innego, prawda?- zapytałem niepewnie- Dziewczynę? Narzeczoną? Narzeczonego...?- nawet tego nie wiedziałem. Szlag by to- Pojawiłem się w nieodpowiednim momencie?
-Skąd- parsknął cichutko, kładąc swoją dłoń na mojej i gładząc ją delikatnie opuszkami palców. Czekałem na jego dalsze słowa, ale milczał zbyt długo, a ja nie wytrzymałem i rzuciłem:
-Chodzi o tą przeprowadzkę?
-Między innymi- potwierdził z głębokim westchnieniem.
-Nie jestem... tym... tym, kim mógłbyś się zainteresować...?- dopytywałem dalej, chociaż te słowa z trudem przeszły mi przez gardło. Objąłem go jeszcze mocniej.
Spojrzał na mnie ze zdumieniem, po czym pokręcił głową.
-Czemu tak pomyślałeś? Myślałem, że dzisiaj wszystko w tym temacie stało się już absolutnie jasne...
-Więc o co chodzi?- zapytałem bez zrozumienia.
-O to... O to, że to stało się tak szybko- stwierdził po dłuższej chwili zastanowienia- Nie podejrzewałem, że kiedykolwiek dojdzie do takiej sytuacji... Wydawało mi się... A zresztą...- parsknął cicho, odwracając wzrok- Mniejsza z tym.
-Wiem, wiem, przepraszam!- rzuciłem natychmiast, nie dając się zbyć tymi słowami- To było niespodziewane nawet jak dla mnie, ale ja... Rany, nie planowałem tego... To znaczy planowałem cholernie długo, ale...- język mi się plątał i sam już nie wiedziałem, co właściwie chciałem mu powiedzieć. Czułem, że robię z siebie idiotę- Och, to zupełne wariactwo!- mruknąłem w końcu jedynie.
Mężczyzna spojrzał na mnie bez zrozumienia.
-Dlaczego...?
-No bo... Przecież się nie znamy- zauważyłem cicho- No i... Nie wiem o tobie zbyt wiele... A mimo to... Boże, sam nie wiem, to wszystko jest takie dziwaczne... Chciałem cię po prostu zobaczyć. Brakowało mi ciebie i czekałem każdego dnia na naszej ławce, do samego wieczora...- jego oczy rozchyliły się ze zdumienia- I czułem się tak pusto... Bałem się, że wyjedziesz i... I więcej się nie spotkamy... Nie chciałem tego... Szukałem twojego adresu, ale i tak trząsłem się ze strachu, że mogę się spóźnić... Ale znalazłem cię no i jestem- dokończyłem kulawo.
-To nie jest dziwne- odparł łagodnie, uśmiechając się pogodnie- Jeżeli dwie osoby czują to samo... To już nie może być dziwne, prawda?
Wstrzymałem oddech, gdy odwrócił się lekko i wpił się w moje wargi.
-Nie może...- zgodziłem się z cichym westchnieniem.
Zaśmiał się i opadł z powrotem na poduszki, ciągnąc mnie za sobą.
Boże, leżę w łóżku z facetem. Facetem! I to facetem, do którego czuję coś, czego nie czułem nigdy wcześniej w swoim życiu.
Jeszcze rok temu, gdybym usłyszał, że coś takiego mi się przydarzy, umarłbym ze śmiechu.
-Wiesz, że zwolniłem się z pracy?- zapytałem szeptem.
-Co?- parsknął z niedowierzaniem- Ty? To niemożliwe!
-Czemu?
-Bo... Przecież poświęciłeś dla tej pracy wszystko, co miałeś- zauważył, gładząc mnie delikatnie po policzku- Dlaczego się zwolniłeś?
Odkaszlnąłem z zażenowaniem, odwracając wzrok.
-Po prostu potrzebowałem trochę wolnego- odparłem wymijająco.
Nie wypytywał dalej. Miałem wrażenie, że on doskonale zdawał sobie sprawę z powodów mojego odejścia z pracy. Musnął wargami moje czoło i wtulił się we mnie mocno, przyciskając mnie do swojej klatki piersiowej.
-Thomas...?
-Hm...?
-Co z tą przeprowadzką?- ostatnia rzecz, jaka mnie w tym momencie niepokoiła.
-Tymczasowo nieistotne. Śpij, Domenico.

Przez kolejny tydzień praktycznie nie rozstawaliśmy się na krok. Kładłem się przy nim spać i z samego rana budziłem się obok niego, czując się tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy wcześniej. I ani jedna chwila z nim nie była stracona. Lubiłem go dotykać, lubiłem go całować, lubiłem nawet na niego patrzeć, przyglądać się z rozbawieniem jego dziwacznym nawykom i odruchom, lubiłem, gdy pomrukiwał coś do siebie ze zmarszczonymi brwiami, czytając jakąś książkę.
I coraz mocniej zdawałem sobie sprawę z tego, że jeszcze nigdy wcześniej nie czułem niczego takiego. Względem żony. Względem kogokolwiek, kogo znałem. Nie chodziło o fascynację, o zauroczenie, o jakieś idiotyczne przywiązanie i przyzwyczajenie... To było coś zupełnie innego.
-Nie uważasz, że zbytnio się z tym wszystkim spieszymy...?- zapytałem ostrożnie pewnego dnia, nieco skrępowany. Spojrzał na mnie z mieszaniną zaskoczenia i przerażenia niemalże, jakby zupełnie nie spodziewał się tego pytania.
-Spieszymy...?- powtórzył, marszcząc brwi. Sprawiał wrażenie zupełnie wytrąconego z równowagi- Nie. Oczywiście, że nie uważam... Czemu tak sądzisz...?- wpatrywał się we mnie z niepokojem.
-Nie, nie...- starałem się wycofać, ale natychmiast zganiłem się za to w duchu- To znaczy... Chodzi mi o to... Chciałbym wiedzieć, czy...
-Domenico?- ponaglił mnie, unosząc brew.
-Chciałbym wiedzieć, czy nie uznałbyś, że zbytnio się spieszę, jeśli... Jeśli zaproponowałbym ci, żebyś się do mnie wprowadził. Żebyśmy razem zamieszkali. Tak... Oficjalnie- odkaszlnąłem nerwowo, wbijając wzrok w posadzkę.
Usłyszałem jego pełne ulgi parsknięcie i już po chwili odważyłem się na niego spojrzeć. Uśmiechał się pogodnie i zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto zamierza odmówić. Ucałował mnie subtelnie.
-Oczywiście, że nie uznam- stwierdził, ku mojej radości- Chcę z tobą mieszkać.
-Świetnie!- wykrzyknąłem entuzjastycznie i chwyciłem go za dłoń, ciągnąc go za sobą do jego sypialni- Masz jakąś walizkę? Jeżeli nie, to ja powinienem coś mieć... Podjadę do siebie na chwilę i znajdę... A ty wypakuj wszystkie swoje rzeczy. Ubrania i tak dalej... Meble mogą na razie zostać, w razie gdyby czegoś brakowało, możemy je przewieźć albo nawet wymienić, ale...
-Domenico!- zatrzymał się w progu, śmiejąc donośnie- Teraz naprawdę uważam, że zbytnio się spieszysz...

-Jestem!- krzyknąłem od progu, wchodząc do mieszkania. Zdjąłem szybko płaszcz i buty, a następnie przeszedłem do salonu.
Thomas siedział w swoim ulubionym fotelu, zaczytany w jakiejś książce. Widziałem, jak marszczy prześmiesznie brwi, najwyraźniej mocno skupiony. Czytał niemal przez cały swój wolny czas, którego zważywszy na moją osobę, nie miał pewnie zbyt wiele, ale nie narzekał. Mimo wszystko, to było chyba jego jedyne hobby i nic innego nie sprawiało mu równie dużej przyjemności. Większość lektur, jakie czytywał, było książkami typowo naukowymi, często geograficznymi. Mnie nigdy specjalnie to nie interesowało.
Mieszkaliśmy ze sobą już prawie dwa miesiące. Prawie dwa miesiące! A ja czułem się równie podekscytowany, jak dnia, w którym się tutaj wprowadził. Nigdy nie sądziłem, że czyjaś obecność może mi sprawić tyle radości. Początkowo miałem obawy, że ta przeprowadzka wszystko zniszczy. Że wszystko się posypie, gdy zaczniemy ze sobą mieszkać. Sami rozumiecie... W końcu każdy się kłóci. A większość konfliktów pojawia się właśnie wtedy, gdy spędza się ze sobą aż tyle czasu.
Ale my – o dziwo – nie kłóciliśmy się praktycznie wcale. Thomas pasował doskonale do mojego małego świata i zaczął stanowić jego najważniejszy element. Nie wyobrażałem sobie już funkcjonowania bez niego.
Podszedłem do niego od tyłu i objąłem go delikatnie wokół szyi. Musnąłem krótko wargami jego skroń, a następnie uśmiechnąłem się lekko, mrucząc ciche:
-Cześć.
-Cześć- odparł miękko, odwracając głowę w moją stronę i również uśmiechając się ciepło. Odłożył książkę na oparcie fotela, a następnie chwycił moją dłoń- Jak tam poszukiwania pracy...?
Zmieszałem się odrobinę.
Owszem. Szukałem pracy.
No dobrze. „Szukałem”.
Szczerze mówiąc, wcale nie chciałem pracować. Nie teraz przynajmniej. To było aż dziwne, zważywszy na to, że jeszcze kilka miesięcy temu stanowiłem zapewne podręcznikowy przykład pracoholika. Teraz jednak chciałem jak najwięcej czasu poświęcić Thomasowi. Źle się czułem, gdy wychodziłem bez niego z domu i jakoś wcale mi się nie widziało tkwienie po kilka godzin w jakimś biurze.
-Niczego nie znalazłem- skłamałem, wtulając się w jego szyję.
-Och, naprawdę...?- rzucił z udawanym zaskoczeniem, po czym wyplątał się z mojego uścisku i wstał- Co za miasto... Że też ktoś z twoimi kompetencjami nie może niczego znaleźć...- na jego wargach wymalował się pełen rozbawienia uśmiech. Coś mi mówiło, że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak wyglądały moje „poszukiwania”.
Wysyłałem CV i tak dalej, ale sami rozumiecie... Gdy już dochodziło do rozmowy kwalifikacyjnej starałem się być... wyjątkowo mało atrakcyjny do zatrudnienia.
-E, tam... Jakoś sobie poradzimy- stwierdziłem z pełnym przekonaniem i ruszyłem za nim do kuchni. Przez najbliższe kilka miesięcy na pewno nie będziemy przymierać głodem. Miałem odpowiednio dużo oszczędności.
-Jeśli o mnie chodzi, nie musisz pracować- stwierdził, zatrzymując się przy kuchennej ladzie i zabierając się za robienie śniadania- W końcu sam nie pracuję, a poza tym... O ile nie planujesz cotygodniowych wyjazdów na Bahamy, rzeczywiście damy sobie radę.
-Trochę mi głupio- przyznałem, obejmując go lekko w pasie i muskając delikatnie jego szyję- Ty jesteś dziennikarzem, gdybyś chciał mógłbyś nawet pracować w domu, a ja nie... Mógłbym w sumie czymś się zająć, ale nie chciałbym teraz wracać do pracy na stałe. Wiem, że powinienem jakoś zadbać, żeby wszystko było w porządku.
-Będzie. Mam oszczędności.
-Taak, ja też...- parsknąłem cicho- Ale wiesz jak to jest z pieniędzmi. Niby jest ich dużo, kiedy się z nich nie korzysta, ale z czasem zabraknie... Chociaż masz rację, poradzimy sobie.
-Mam dwa miliony na koncie.
-Dwa miliony...?- powtórzyłem z niedowierzaniem. Thomas zmieszał się wyraźnie, po czym sięgnął po chleb. Boże, ja nie miałem nawet jednej czwartej tej kwoty, a przecież miałem naprawdę dobrą pracę... Starałem się coś oszczędzać, ale nie jestem zbyt przedsiębiorczy, nie mówiąc już o tym, ile kosztuje moje mieszkanie i inne opłaty. Więc skąd u diabła...?
-Kiedyś dużo podróżowałem- rzucił po dłuższej chwili mężczyzna. Wiedziałem. Wspominał o tym kiedyś, a poza tym podróże wyraźnie go interesowały- Napisałem reportaż, za który dostałem naprawdę dużą nagrodę... A reszta pieniędzy pochodzi z innych publikacji, też głównie z tamtego okresu...
-N... Nie wspominałeś- bąknąłem, zawstydzony tym, że nie zainteresowałem się wcześniej dokładnie, czym zajmował się Thomas. Owszem, wiedziałem, że pisał. Ale przecież poznałem go jako dziennikarza z mało interesującego tabloidu. Skąd miałem wiedzieć, że zajmował się czymś poważniejszym, niż szukaniem plotek i ploteczek?
-Nie było o czym- odparł wymijająco, wzruszywszy ramionami- To już zakończony etap mojego życia.
-Ale dlaczego pracowałeś dla tamtego szmatławca...?- zapytałem bez zrozumienia.
-Ostatnio nie liczyło się, co piszę, ale że piszę w ogóle- odpowiedział, a ja po raz kolejny nie wiedziałem, o co mu chodzi- Nie przejmuj się tym tak bardzo- dodał, uśmiechając się ciepło- Lubiłem podróżować, ale gdy wróciłem, musiałem nauczyć się żyć tutaj, w mieście, w zupełnie innych warunkach niż do tej pory... Dlatego zatrudniłem się w kilku redakcjach. Myślałem, że to stracony czas, ale jak widzę, jednak niezupełnie- zaśmiał się cicho, po czym na powrót przyciągnął mnie do siebie i oparł dłonie na moich biodrach.
-Ale dlaczego już nie podróżujesz...?
Odpowiedział mi jedynie niepewnym uśmiechem.

Wszedłem do sypialni, wyposażony w termometr, miskę chłodnej wody i chusty do robienia okładów. Thomas leżał w łóżku, kaszląc donośnie raz po raz. Martwiłem się o niego. Już od kilku dni kaszlał prawie nieustannie, z taką mocą, jakby miał zaraz wypluć swoje płuca.
-Nie mam gorączki- rzucił ochryple. Jego głos też się zmienił. Momentami miał problem, żeby wydusić z siebie chociażby słowo- Daj spokój, Domenico, nic mi nie jest...
-Leż- odparłem surowo, widząc, że próbuje się podnieść, po czym przysiadłem na brzegu łóżka i dotknąłem dłonią jego czoła. Zmarszczyłem brwi. Chyba rzeczywiście nie miał gorączki- Masz- mimo wszystko podałem mu termometr- Zmierz na wszelki wypadek.
-Nie mam gorączki- powtórzył raz jeszcze, z niemalejącym uporem i westchnął ciężko- Sam widzisz, że wszystko ze mną w porządku... Nie zachowuję się chyba jak człowiek z czterdziestostopniową temperaturą, nie sądzisz?
-Nie. Ale kaszlesz jak człowiek z zaawansowanym zapaleniem płuc- odparowałem, wpatrując się w niego z niepokojem- Jutro idziemy do lekarza.
-Nie przesadzaj. To zwykłe przeziębienie.
-Wiem, jak wygląda zwykłe przeziębienie i uwierz mi, że twoje choróbsko nawet obok niego nie stało- stwierdziłem z pełną stanowczością, wzdychając głęboko- Znowu się włóczyłeś po jakichś parkach...? Z obcymi facetami...?
-Ja?- rzucił z udawanym obruszeniem- Ależ skąd w ogóle przyszło ci to do głowy, co...?- uśmiechnął się figlarnie i wciągnął mnie do łóżka, po czym ucałował mnie krótko, obejmując kurczowo ramionami.
Leżałem przy nim przez dłuższą chwilę, rozkoszując się jego bliskością.
-Masz zimne dłonie- szepnąłem w końcu.
-Więc mnie ogrzej- odparł, wpatrując się we mnie prowokująco, a ja jedynie parsknąłem cicho i podjąłem próbę oswobodzenia się z jego uścisku – zakończoną jednak całkowitą klęską.
-Co to ja miałem...- mruknąłem z udawanym zastanowieniem, całą siłą woli starając się skupić na powodzie, dla jakiego tu przyszedłem. W końcu mój wzrok padł na misce z wodą- Powinienem mimo wszystko zrobić ci te okłady i...
-Boisz się, że cię zarażę...?- zapytał z rozbawieniem, przyciskając mnie do siebie jeszcze mocniej- Weź mnie.
-Thomas...
-Co...?- zamruczał, wsuwając dłoń pod moją koszulę i rozpoczynając wędrówkę po moim torsie.
Westchnąłem mimowolnie.
-M... Miałeś zmierzyć gorączkę- wydukałem w końcu. Boże, Domenico, myśl o czymś przyzwoitym!
-Mhm... Więc mi w tym pomóż- rzucił z prowokującym uśmiechem, po czym ułożył się wygodniej, wciąż obejmując mnie kurczowo ramionami- Weź mnie- powtórzył raz jeszcze, tym razem bardziej stanowczo, a ja mimo usilnych starań skupienia się na tym, że powinienem się nim zająć w trochę inny sposób, w końcu skapitulowałem i wylądowałem na jego biodrach, wpijając się mocno w jego wargi. Zamruczał z uciechą.
-Thomas...- rzuciłem jeszcze, wpatrując się w niego z uwagą- Jutro pójdziemy do lekarza.
-Domenico!- fuknął jedynie, wyraźnie nieco zezłoszczony, przyciągając mnie po raz kolejny do długiego pocałunku. Poczułem, jak rozpina koszulę i zsuwa ją z moich ramion, ale nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, oderwał się prędko od moich ust i odsunął nieco, po czym zaczął kaszleć.
-Thomas...- powiedziałem w końcu, po dobrych kilku minutach- Zostawmy to na razie. Zapiszę cię jutro do lekarza, dobrze?
-Przestań- wycharczał niemal w odpowiedzi, chwytając mnie mocno za ramiona i zatrzymując przy sobie. Po chwili wahania, ponownie wpiłem się w jego usta, a on na powrót zaczął błądzić dłońmi wzdłuż mojej klatki piersiowej. Nie minęło jednak długo, aż oderwał się ode mnie ponownie, odpychając mnie gwałtownym ruchem i odwrócił się, przyjmując kolejny atak kaszlu. Zakrył usta dłonią i kasłał donośnie, zupełnie nie potrafiąc się opanować ani przestać. Odsunąłem się nieco, nie mając pojęcia, jak się zachować. Miałem wrażenie, że jak tak dalej pójdzie, zacznie się po prostu dusić.
-Thomas...- rzuciłem w końcu.
Mruknął coś niewyraźnie, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale chyba nie był w stanie przestać kaszleć. Chwyciłem go delikatnie za rękę, odsuwając ją powoli od jego ust, po czym zamarłem z przerażenia. Na wewnętrznej części jego dłoni widniała krew. Wstrzymałem oddech.
Thomas z tego wszystkiego uspokoił się na chwilę.
Na jego twarzy wymalowało się zaskoczenie.

Wbiegłem szybko po schodach, po czym wszedłem do naszego mieszkania i zamknąłem za sobą drzwi. Odetchnąłem głęboko, zostawiając swoją walizkę na przedpokoju i skręciłem do kuchni.
Znalazłem pracę, jakiś miesiąc temu. I bynajmniej nie byłem z tego zadowolony. Zajmowałem się sprawami marketingowymi pewnej firmy. Nie była to praca szczególnie absorbująca, ale i tak najchętniej bym się zwolnił i poświęcał te kilka godzin dziennie czemuś innemu. A raczej komuś innemu. Ale nie mogłem. Thomas, wbrew temu, co twierdził na początku, nagle zaczął mnie gorąco przekonywać do tego, żebym jednak znalazł sobie jakieś zajęcie. Właściwie nie mogłem mu się dziwić. Musiałem przyznać, że ostatnimi czasy stałem się zdecydowanie... zbyt opiekuńczy, łagodnie to ujmując. Nie byłem jednak w stanie nic poradzić na to, że się martwiłem. Minęło już tyle czasu, a Thomas nadal męczył się ze swoim kaszlem. I przy tym bez jakichkolwiek objawów konkretnej choroby, bez gorączki, bez gorszego samopoczucia... Nic. Tylko ten przeklęty kaszel. Czasem nawet budził go w nocy. On wtedy wymykał się do łazienki i potrafił tam siedzieć całymi godzinami, a ja dosłownie wychodziłem z siebie przez świadomość, że nie mogę mu w żaden sposób pomóc. Niby brał jakieś leki. Niby to nie było nic poważnego, ale jakoś nie chciało mi się w to wszystko wierzyć.
-Thomas...?- zapytałem z zaskoczeniem, widząc go stojącego przy oknie z zaczerwienionymi od płaczu oczyma. Podszedłem do niego prędko i chwyciłem go w ramiona- Thomas, na litość boską, co się stało?
-Nic- odparł z lekkim zaskoczeniem- Kroiłem cebulę.
-Tak, jasne!- prychnąłem z niedowierzaniem- Dobre sobie! Coś się wydarzyło, prawda?
-Domenico!- parsknął śmiechem, kręcąc z rozbawieniem głową- Naprawdę kroiłem cebulę- stwierdził, wskazując dłonią na leżące na blacie warzywo- A konkretnie tarkowałem- sprecyzował, unosząc ponacinaną wyraźnie dłoń.
-Biedactwo- zachichotałem, ucałowawszy jego rękę- Skończę za ciebie- zaoferowałem się, zabierając się za tarkowanie.
-Dzięki- odparł z autentyczną wdzięcznością, opierając się o ladę- Jak w pracy?
-Świetnie- odpowiedziałem lakonicznie, zresztą zupełnie tak jak zawsze. Naprawdę nie było o czym opowiadać- Znowu zamierzałeś coś ugotować...?- parsknąłem cichutko.
-Tak, bo co?- mruknął podejrzliwie w odpowiedzi.
-Nic, po prostu... Myślałem, że może coś sobie zamówimy...- wzruszyłem ramionami. I oto w moim całkowicie dziwacznym związku nastąpił klasyczny podział ról. Ja byłem samcem alfa, który chodził do pracy i dbał o to, żeby było co trzeba w lodówce, a on... On zajmował się wszystkim, co dotyczyło naszego domowego ogniska. Włącznie z posiłkami, co nie zawsze mu wychodziło- Co to ma w ogóle być...?
-Placki ziemniaczane... Nie smakuje ci to, co gotuję?- zapytał z lekkim niepokojem.
-Smakuje, smakuje... Po prostu ostatnimi czasy zmieniasz się w przykładnego kuchtę...
Zdzielił mnie mocno w bok, śmiejąc się głośno.
-Przykładnego kuchtę, też coś...
Kilka kolejnych minut minęło nam w zupełnym milczeniu. Ja zajmowałem się tarkowaniem, a on krzątał się po kuchni, wrzucając do miski kolejne składniki i podśpiewując coś sobie pod nosem. Uśmiechnąłem się lekko do siebie, chociaż tak naprawdę nie miałem najlepszego nastroju. Nie potrafiłem zupełnie pozbyć się niepokojących myśli. Byłbym bardziej spokojny, gdybym poszedł z nim to jakiegoś lekarza, dopilnował, żeby ten wysłał go na wszelkie istniejące badania, a później stwierdził, że wszystko gra. Zerknąłem na niego ukradkiem.
-Co?- zapytał, wyłapując moje spojrzenie.
-Nic- spłoszyłem się natychmiast. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że moja nadmierna troska go irytowała.
-No nie, znowu się zaczyna...- przewrócił oczyma, wzdychając ciężko.
-Nic się nie zaczyna... Po prostu się martwię- odparłem cicho, odkładając tarkę na bok i wpatrując się w mężczyznę z uwagą- Nadal kaszlesz.
-To nic takiego.
-Nic takiego?- parsknąłem z niedowierzaniem- Kaszlałeś krwią!
-Ugryzłem się w język, mówiłem ci- mruknął w odpowiedzi.
-Jasne- skwitowałem jedynie, bez krztyny wiary w jego słowa.
Thomas krzątał się dalej po kuchni, najwyraźniej nie zamierzając kontynuować tematu. Nawet na mnie nie patrzył, zupełnie tak, jakby nie chciał mnie prowokować do dalszego ciągnięcia tej dyskusji. Ale ja i tak nie wytrzymałem.
-Powinniśmy pojechać do szpitala- stwierdziłem stanowczo.
-Po co?- zapytał bez zrozumienia, sięgając po mikser.
-Nie zadawaj głupich pytań.
-Jestem zdrowy.
-Zdrowi ludzie tak nie kaszlą. Zdrowi ludzie w ogóle nie kaszlą.
-Domenico, przecież byłem u lekarza...- westchnął z wyraźnym zniecierpliwieniem, przerywając swoje zajęcie i odwracając się w moją stronę- Mówiłem ci już. Stwierdził, że to nic poważnego. Zwykłe przeziębienie.
-Przeziębienie...- mruknąłem gniewnie pod nosem- Ładne to przeziębienie, kiedy kaszle się krwią...
-Mówiłem ci już, że...
-Tak, tak...- burknąłem, machnąwszy lekceważąco dłonią, po czym dodałem ponuro- Chciałbym sobie porozmawiać z tym doktorkiem...
Thomas parsknął z politowaniem.
-Może jeszcze chcesz mnie prowadzić za rączkę do lekarza...?
Z trudem powstrzymałem się od cisnącego mi się na usta potwierdzenia.

Wpadłem do mieszkania i nie zdejmując nawet kurtki ani butów, od razu wszedłem do jego wnętrza, zaglądając kolejno do kuchni i do sypialni. W końcu wszedłem do salonu. Thomas siedział na fotelu, jak zwykle pochłonięty lekturą. Zatrzymałem się tuż przed nim, oddychając jeszcze płytko, bo przed chwilą przebiegłem naprawdę spory kawałek i rzuciłem niemal w tonie pretensji:
-Dlaczego to zrobiłeś?
Dopiero wtedy podniósł na mnie nieco mało przytomny wzrok, po czym zmarszczył brwi, najwyraźniej nie rozumiejąc, o co chodzi.
-Ale co...?- zapytał zdziwiony.
-Dlaczego przelałeś mi na konto tyle pieniędzy?!
To najwyraźniej wyjaśniło mu wszystko. Thomas odłożył książkę na bok, jak miał w zwyczaju i westchnął ciężko, w iście cierpiętniczym wyrazie.
-Wiedziałem- rzucił jedynie, kręcąc głową, a ja aż fuknąłem z poirytowania.
-No raczej, że wiedziałeś, skoro przelałeś mi na konto ponad dwa miliony! Szkoda tylko, że ja nic nie wiedziałem i pewnie w ogóle bym się nie dowiedział, gdybym nie poszedł sprawdzić konta! Boże miłosierny, chciałem tylko sprawdzić, ile mi zapłacili, wchodzę, a tam jakaś kosmiczna suma...- zacząłem krążyć po pokoju, przeczesując nerwowo włosy palcami- Sądziłem, że ktoś się pomylił, że to jakaś awaria, cokolwiek, ale sprawdziłem wszystko i... I to ty mi to wysłałeś!
-No i co w tym wielkiego?
-Jak to „co w tym wielkiego”?!- parsknąłem bez zrozumienia- To wszystkie twoje oszczędności!
-NASZE oszczędności- sprostował.
-Skoro są „nasze” to czemu mi je wysłałeś?!
-A komu niby miałem je wysłać?- spojrzał na mnie z zaskoczeniem- Domenico, o co ci chodzi, na litość boską?
-O to, że to są twoje pieniądze- odparłem z pełną stanowczością. Cholera, kompletnie mnie to zaskoczyło! W ogóle się nie spodziewałem, że może zrobić coś takiego i nadal zupełnie nie rozumiałem dlaczego. Poczułem się trochę tak, jakby nie do końca ufał w to, że sam jestem w stanie o wszystko zadbać- Dwa miliony, Boże, dwa miliony...- powtarzałem chaotycznie- Tylko... Po co? Przecież też mam oszczędności, a w dodatku całkiem nieźle zarabiam, więc w czym problem?!
-No właśnie: w czym problem?- powtórzył, unosząc brew w pytającym geście- Po prostu przesłałem ci swoje pieniądze, nic wielkiego się nie stało, nie rozumiem skąd ta afera...
-Skoro nic wielkiego się nie stało, to dlaczego mi nie powiedziałeś?!
-Bo wiedziałem, że tak zareagujesz- odparł z głębokim westchnieniem, chwytając ponownie za książkę i wracając do czytania, zupełnie tak, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że ten wątek jest skończony.
-Skoro wiedziałeś, to po co je w ogóle wysłałeś?- drążyłem dalej, kompletnie nie pojmując jego intencji- Ja mam pieniądze. Naprawdę. I nie mam żadnego problemu z tym, żeby nas obu utrzymać.
-Nigdy nie twierdziłem nic innego- odpowiedział spokojnie.
-Więc po co...?
-Domenico, na litość boską...- mruknął z nutą zniecierpliwienia, podczas gdy ja wciąż miotałem się jak wściekły po całym pomieszczeniu- Mieszkamy razem, więc sądziłem, że nic złego się nie stanie, jeżeli będziemy mieć też wspólne pieniądze...
-Jeżeli chcesz mieć ze mną wspólne pieniądze to załóżmy konto dla nas obu, ale na Boga, nie wysyłaj mi wszystkiego co masz!
-A co to w ogóle za różnica...?
Aż parsknąłem z niedowierzaniem.
Dla mnie to była kolosalna różnica. Po pierwsze, Thomas nigdy wcześniej nie wspominał o niczym takim. Nie chodziło o fakt, że nie chciałbym z nim dzielić pieniędzy ani o nic w tym stylu. Na pewno bym się zgodził, gdyby zapytał, ale... Ale wysyłanie komuś całego życiowego majątku było idiotyczne i zupełnie niepraktyczne! Owszem, nie planowałem z nim śmiertelnej kłótni i nie zamierzałem go nazajutrz wyrzucić, ale przecież wszystko mogło się zdarzyć! Gdyby coś mi się przytrafiło, nie miałby do tych pieniędzy żadnego dostępu!
Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do przedpokoju.
-Domenico!- krzyknął za mną mężczyzna, a ja chcąc nie chcąc, zatrzymałem się, po czym zajrzałem z powrotem do sypialni, posyłając mu pytające spojrzenie. Wpatrywał się we mnie podejrzliwie- Dokąd idziesz?
-Do banku- odparłem, wzruszywszy ramionami- Odeślę ci wszystkie pieniądze z powrotem, a jutro zajmę się wspólnym kontem.
-Domenico!- zawołał mnie raz jeszcze, ledwie się odwróciłem, tym razem dużo ostrzejszym tonem- Chodź tu- dodał surowo, a ja zawahałem się odrobinę, ale ostatecznie skapitulowałem i podszedłem do niego. Podniósł się z miejsca, wpatrując się we mnie z uwagą- Kochasz mnie?
-Jezu, Thomas- jęknąłem głucho.
Nienawidziłem, gdy to robił.
-No co?
-Przecież dobrze wiesz...- mruknąłem jedynie, speszony.
-Więc zostaw te pieniądze.
-Ale...
-Domenico, proszę... Przecież ja i tak z nich nie korzystam- stwierdził cicho, opierając dłonie na moich biodrach- Nie ma sensu, żebyś płacił za wszystko sam, a poza tym... Siedzę całymi dniami w domu i nigdzie nie wychodzę. A nawet jeżeli, zawsze zostawiasz przecież jakąś gotówkę. Tobie te pieniądze przydadzą się bardziej.
-Przecież w końcu wyzdrowiejesz- rzuciłem bez zrozumienia.
-No i wtedy zajmiemy się zakładaniem wspólnego konta- odparł łagodnie, uśmiechając się lekko- A na razie niech wszystko zostanie tak jak jest. Okej?
-No nie wiem...- odparłem niepewnie.
-Zawsze możesz mi za to kupić jakiś ładny prezent- parsknął z rozbawieniem, zagryzając wargę w figlarnym uśmiechu i zdejmując ze mnie kurtkę.
-Za dwa miliony...?- ja również uniosłem kąciki ust w lekkim uśmiechu.
-No... Może za trochę mniej...- zachichotał cicho, zabierając się za rozpinanie mojej koszuli. Odetchnąłem głębiej. Dawno już nie uprawialiśmy ze sobą seksu. Okoliczności jakoś temu nie sprzyjały, ja bałem się cokolwiek zaczynać, a Thomas przez swoje napady kaszlu, często przerywał jeszcze w trakcie gry wstępnej.
-Więc... Na co miałbyś ochotę...?- zapytałem, wpatrując się mu w oczy.
-Teraz? Na troszeczkę ciebie.
-Troszeczkę...?- powtórzyłem z rozbawieniem.
-Mhm...- zamruczał radośnie.
-W sypialni...?
-Mhm...
Objąłem go ciasno w pasie i wycofałem się powoli do sypialni, ciągnąc go za sobą. Uśmiechnął się lekko, muskając wargi, po czym wkroczył wraz ze mną do pomieszczenia i na tym właściwie cała subtelność się skończyła. Przycisnął mnie mocno do ściany, wpijając się gwałtownie w moje wargi i stymulując moją męskość dłonią przez materiał spodni. Odwzajemniłem ów pocałunek z równą żarliwością, wzdychając miarowo raz po raz i coraz bardziej intensywnie odczuwając, od jak dawna nie byłem z nim równie blisko.
W końcu chwyciłem go za nadgarstki i usadziłem na łóżku, klękając przy nim i rozpinając pospiesznie jego spodnie. Thomas wpatrywał się we mnie błyszczącymi z podniecenia oczami, oddychając płytko. Uniósł się lekko, umożliwiając mi zsunięcie z niego bielizny. Nachyliłem się nad nim i wziąłem jego męskość w usta, rozpoczynając pieszczoty. Thomas odrzucił głowę do tyłu z przeciągłym jękiem, wplatając palce w moje włosy.
Po chwili usłyszałem jednak, jak mężczyzna kaszle donośnie i przerwałem na chwilę, wpatrując się w niego badawczo, ale on opanował się prędko i uśmiechnął się do mnie zachęcająco z pełnym rozbawienia:
-Jeszcze żyję.
Zaśmiałem się lekko, wpijając się na powrót w jego wargi. On oddał ów pocałunek z całą mocą, a następnie wycofał się w głąb łóżka. Wylądowałem na miejscu obok niego i przeniosłem pocałunki na jego szyję, pozwalając sobie na pozostawienie na niej różowawych śladów swojej obecności. Wsłuchiwałem się w miarowe, nieco chrapliwe westchnienia mężczyzny i jego nierówny oddech, rozpinając jednocześnie swój rozporek. Już po chwili wszedłem w niego, ponownie łącząc nasze usta w przeciągłym pocałunku. Poruszałem się w nim mocno i szybko, czerpiąc z tej chwili bliskości najwięcej, jak tylko mogłem. Chwyciłem dłonią jego męskość i zacząłem ją pieścić gwałtownymi ruchami, słysząc po jego urywanych jękach, że coraz bardziej zbliża się do spełnienia. Doszedł ledwie chwilę przede mną, obejmując mnie ciasno ramionami. Moment później opadłem na niego bezwładnie, wciskając twarz w jego szyję i przymykając powieki. Usłyszałem, jak kasła jeszcze przez chwilę, po czym w pomieszczeniu zapadła zupełna cisza.
Nie poruszałem się. Nie miałem nawet ochoty na to, by przykryć nas kołdrą czy chociażby podciągnąć spodnie. Złożyłem delikatny pocałunek na jego szyi i westchnąłem głęboko, uśmiechając się błogo pod nosem. On również uśmiechał się leciutko, wciąż oddychając jeszcze nierówno i płytko.
-Dawno już nie byliśmy ze sobą tak blisko- szepnął w końcu.
-Mhm...- mruknąłem cichutko, wtulając się w niego tak mocno, jak tylko mogłem.
-Przepraszam.
-Co...?- parsknąłem, spoglądając na niego ze zdumieniem- Przecież to nie twoja wina- stwierdziłem stanowczo, widząc lekki niepokój malujący się na jego twarzy- Jesteś chory, a poza tym zacząłem pracę i nie mamy już tyle czasu, co wcześniej... Jeszcze zdążymy się sobą nacieszyć.
-Zdążymy- powtórzył jak echo.
-I wiesz co...?- zamruczałem, ponownie chwytając jego męskość w dłoń i pieszcząc ją niespiesznymi ruchami- Skoro już mam te dwa miliony na koncie...
-Tak?- rzucił z rozbawieniem.
-... To może się gdzieś wybierzemy?- zaproponowałem. Od dawna chodziło mi to po głowie- Gdy tylko wyzdrowiejesz- dodałem natychmiast- Wynajmiemy pokoik w jakimś hotelu, daleko stąd... Może nawet w innym kraju... Spędzimy tam tydzień lub dwa... I będę się z tobą kochać gdzie tylko zechcesz- szepnąłem, muskając wargami jego policzek.
-Tak...- nie sprawiał wrażenia kogoś, kto zamierza skakać z radości. Wprost przeciwnie. Uśmiechnął się jakoś dziwnie, niemalże smutno- Dobry pomysł.
-Mhm...
Przez kolejne kilkanaście minut tuliliśmy się do siebie w ciszy.
-Przepraszam...- usłyszałem po raz kolejny i spojrzałem na niego bez zrozumienia.
-A tym razem za co?- parsknąłem cicho, ale on nie wydawał się być rozbawiony. Sprawiał raczej wrażenie mocno zdenerwowanego i poruszonego.
-Jestem egoistą- stwierdził ledwie słyszalnie, wpatrując się w sufit- Cholernym, tchórzliwym egoistą...
-Ty egoistą?- uniosłem brew w geście politowania- Dobre sobie.
-Przepraszam- powtórzył raz jeszcze.
-Ale za co?- zapytałem, kompletnie tego nie pojmując.
-Za wszystko.
-No świetnie... W takim razie ja też przepraszam za wszystko i jesteśmy kwita, co?- zażartowałem.
Uśmiechnął się blado w odpowiedzi.
On nie żartował.

Zatrzymałem się przy lustrze, jak co ranka kończąc dopinać koszulę i zastanawiając się nad wyborem krawatu. Wsłuchiwałem się jednocześnie w głos prezentera telewizyjnego, który streszczał jakąś aferę w parlamencie. Westchnąłem ciężko, zastanawiając się nieco niechętnie nad tym, czym będę się musiał zająć dziś w pracy.
-Co robisz...?- usłyszałem mało przytomny pomruk Thomasa i odwróciłem się w jego stronę. Mężczyzna leżał jeszcze w łóżku, wpatrując się we mnie z lekką niepewnością, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, która jest godzina.
-Szykuję się do pracy- odparłem zgodnie z prawdą.
-O rany!- natychmiast zerwał się z łóżka, wyplątując się prędko z kołdry- Czemu mnie nie obudziłeś?!- rzucił w tonie pretensji, przechodząc do kuchni.
Nie odpowiedziałem. Ostatnimi czasy dużo się zmieniło. Thomas się zmienił. Zrobił się jeszcze bardziej wątły i słaby. Ataki kaszlu wciąż nie minęły, a wprost przeciwnie, przybrały na sile. O ile jeszcze nie tak dawno był przykładem rannego ptaszka i potrafił wstawać o czwartej czy piątej nad ranem, gdy ja jeszcze spałem, i zajmować się wszystkim, teraz cały czas wydawał się być zmęczony. Kładł się spać bardzo wcześnie wieczorem, a spał najczęściej dopóki coś go nie obudziło.
-Masz- po kilku minutach Thomas wpadł z powrotem do sypialni i podał mi kanapki. Miał podkrążone oczy i wyglądał jakby naprawdę był chory- Spakuj.
-Nie musisz ich robić- zauważyłem ostrożnie. Miałem wrażenie, że zajmuje się tymi wszystkimi domowymi obowiązkami tylko po to, żeby udowodnić mi, że jest do czegoś potrzebny- Mogę coś kupić na mieście.
-Ale po co?- uniósł brew w pytającym geście, a ja uśmiechnąłem się nieco wymuszenie i pokręciłem głową.
-Nieważnie- stwierdziłem cicho, po czym otworzyłem swoją teczkę i raz jeszcze sprawdziłem, czy mam wszystkie potrzebne rzeczy.
-Domenico...
-Hm?- odwróciłem się ponownie w jego stronę.
Mężczyzna wpatrywał się we mnie jakoś dziwnie. Czekałem, aż coś powie, ale on jedynie oddychał płytko i nierówno, po czym nagle chwycił się za serce i jęknął głucho.
-Thomas...?- rzuciłem z przerażeniem, podchodząc do niego prędko. Mężczyzna nie odpowiedział. Zachwiał się i runął do tyłu, machając rękoma, jakby rozpaczliwie chciał się czegoś chwycić. Złapałem go chwilę przed tym, nim upadł na posadzkę i przyklęknąłem, wciąż trzymając go w ramionach i wpatrując się w niego z paniką- Thomas...?- powtórzyłem raz jeszcze. Przez kilka sekund patrzył wprost na mnie, a w jego oczach gościł wyraz niezrozumienia, aż w końcu przymknął powieki- Thomas!- krzyknąłem, szarpiąc go mocno i starając się go ocucić- Thomas!
Nie reagował.

Nie wiedziałem, co się wydarzyło. Nie rozumiałem. Nie pojmowałem tego. W zupełnym otępieniu obserwowałem jak zabiera go pogotowie, słyszałem sygnał odjeżdżającej karetki i nadal kompletnie nie potrafiłem pojąć – dlaczego. Wszystko we mnie drżało. W głowie szumiało mi od emocji. Nie wiedziałem, jak mam się zachować, nie myślałem racjonalnie. Wybiegłem na zewnątrz i złapałem taksówkę, prosząc kierowcę, żeby zawiózł mnie do najbliższego szpitala.
Wpadłem do szpitala, cały trzęsąc się z nerwów. Natychmiast podszedłem do recepcji, nie zważając na pozostałych, stojących przy blacie ludzi i rzuciłem na bezdechu do pielęgniarki:
-Gdzie znajdę Thomasa Richtera...?
-Proszę pana!- odparła z oburzeniem- Tu obowiązuje kolejka.
-Gdzie znajdę Thomasa Richtera?- powtórzyłem jedynie, jakbym nie słyszał jej słów, z trudem łapiąc oddech- Młody mężczyzna... Przywiozła go tutaj przed chwilą karetka... Zemdlał po prostu i...
-Ambulatorium- przerwała mi mój chaotyczny wywód i wskazała dłonią w kierunku jakichś drzwi.
Przeszedłem przez nie szybkim krokiem i znalazłem się w niewielkim korytarzu. Rozejrzałem się dookoła, zupełnie nie wiedząc, co mam robić. Wszędzie było pełno drzwi, a przy tym panowała tu taka uporczywa cisza... Wejść? Ale dokąd? Gdzie był Thomas, co mu się stało? Miliardy myśli wciąż krążyły w mojej głowie, a ja zupełnie nie potrafiłem znaleźć dla nich racjonalnego uzasadnienia.
W momencie, w którym chciałem już otworzyć losowe drzwi i wedrzeć się do środka, z jednego z pomieszczeń wyszła pielęgniarka. Chyba nawet mnie nie zauważyła. Ruszyła w kierunku wyjścia, ale chwyciłem ją za ramię, odwracając w swoim kierunku i zatrzymując przy sobie.
-Przepraszam- rzuciłem chaotycznie. Język mi się plątał i nie wiedziałem nawet, co mam mówić, jak wyjaśnić całą tą sytuację- Przepraszam, karetka przywiozła tu pewnego mężczyznę... Thomasa Richtera... Nie wiem... Nie wiem, co się z nim stało i...
-Proszę tu poczekać- odpowiedziała jedynie spokojnie, ściągając moją dłoń ze swojego ramienia.
-Ale co się z nim stało?- rzuciłem z paniką- Proszę powiedzieć cokolwiek!- krzyknąłem za nią jeszcze, ale ona już zniknęła za drzwiami.
Opadłem na ławkę i skryłem twarz w dłoniach. Nie wiem, ile czasu minęło do powrotu tej pielęgniarki. Każda sekunda oczekiwania zdawała mi się dłużyć w nieskończoność. W końcu jednak pojawiła się ponownie na korytarzu w towarzystwie jakiegoś mężczyzny, chyba lekarza i razem weszli do jednego z pomieszczeń, zanim zdążyłem z siebie wydusić kolejne pytanie. Wpatrywałem się zamglonym wzrokiem w prowadzące do niego drzwi.
Był tam...?
Thomas tam był...?
Może powinienem...?
Drzwi od sali otworzyły się ponownie. Podniosłem się powoli z miejsca, widząc wychodzące z niego lekarzy i pielęgniarki. Nie wiedziałem, co się dzieje. Jedna z nich, ta, która ze mną wcześniej rozmawiała, spojrzała na mnie, po czym rzuciła coś cicho do jednego z lekarzy i podeszła do mnie.
-Przykro mi- powiedziała cicho, nim zdążyłem się odezwać- Nie mogliśmy nic zrobić.
-Nic zrobić z czym...?- zapytałem bez zrozumienia.
-Pacjent zmarł.
Coś chwyciło mnie za serce. Miałem wrażenie, że zaraz upadnę. Wszystko zaczęło mi wirować przed oczyma i przez krótką chwilę zupełnie straciłem kontakt z rzeczywistością.
-Nie...- odparłem w końcu, kręcąc gwałtownie głową- Nie, pani nie rozumie, to jest jakaś pomyłka...- to musiała być pomyłka... musieli się pomylić, źle mnie skierować, cokolwiek...- Pytam o Thomasa Richtera... Mężczyzna, koło trzydziestki, jasne włosy... On po prostu zemdlał. Nic mu się nie stało. Tylko zemdlał...- głos zaczynał mi się łamać- Gdzie mogę go znaleźć...?
-Proszę pana, bardzo mi przykro...- powtórzyła raz jeszcze, wpatrując się we mnie z uwagą- Nie ma mowy o żadnej pomyłce.
-Co mu się stało...?- zapytałem jedynie, ale nadal nie wierzyłem. Nie. To musiała być jakaś cholerna pomyłka. Zwyczajny błąd. Thomas musiał być gdzie indziej, z kimś innym, zdrowy, żywy... Nie mogło chodzić o niego.
-Nie mogę udzielać takich informacji, proszę porozmawiać z lekarzem prowadzącym- odparła, wskazując na mężczyznę, który stał nieopodal i przyglądał mi się od dłuższego czasu, a następnie odeszła.
Natychmiast ruszyłem w kierunku tego lekarza, mając nadzieję, że przynajmniej on będzie coś wiedział, że przynajmniej on coś wyjaśni, że przynajmniej on stwierdzi, że to wszystko nieprawda...
-Pan jest kimś z rodziny pana Richtera...?- odezwał się pierwszy, wpatrując się we mnie badawczo.
-Nie... Nie, nie jestem...- odparłem, biorąc głębszy oddech. Przeczesałem nerwowo włosy, drżącą dłonią i zagryzłem wargę, przez chwilę w ogóle nie będąc w stanie wydobyć z siebie słowa- Nie jestem, ale muszę z nim porozmawiać- stwierdziłem w końcu- Naprawdę muszę... On gdzieś tu jest, przywiozła go karetka, bo zemdlał i...- sam już nawet nie wiedziałem, ile razy powtarzałem te słowa w swoim umyśle niczym mantrę. Zemdlał. Tylko zemdlał. Nie mogło stać mu się nic złego. Bo tylko zemdlał, prawda...?- Proszę mi powiedzieć, gdzie on jest- rzuciłem błagalnie- Proszę...
-Obawiam się, że to niemożliwe- odpowiedział ze spokojem, spoglądając na mnie z lekkim niepokojem- On nie żyje.
-To jakaś pomyłka- stwierdziłem z całym przekonaniem, w ogóle nie przyjmując tego do wiadomości- To pomyłka, rozumie pan? Pomyliliście się. On żyje. Nic poważnego mu się nie stało, po prostu zasłabł... Zasłabł i...- chciałem powiedzieć coś więcej, ale jakaś niewidzialna dłoń ścisnęła mnie za gardło i w końcu jedynie wziąłem płytki oddech i zacisnąłem powieki, z trudem powstrzymując łzy.
Poczułem dłoń tego mężczyzny na swoim ramieniu.
-Proszę za mną- powiedział łagodnie.
-Dokąd...?
Odpowiedział coś, ale nawet tego nie usłyszałem. Zaprowadził mnie do jakiegoś niewielkiego pomieszczenia, przypominającego gabinet i niemal usadził mnie na jednym z krzeseł. Sam usiadł naprzeciwko mnie, za biurkiem, wciąż wpatrując się we mnie badawczo.
-Nalać panu wody...?
Pokręciłem odmownie głową.
Dopiero teraz zaczęło powoli docierać do mnie to, co mi powiedział.
Nie żyje.
Thomas nie żyje.
Nie, to niemożliwe! Niemożliwe!
To brzmiało tak niewiarygodnie, nieprawdziwie, niemalże jak kłamstwo...
-Mogę go zobaczyć?- zapytałem po kilku minutach, dużo spokojniej niż do tej pory. Mój głos pobrzmiewał jedynie zrezygnowaniem, niechęcią... Czułem się zupełnie wyprany z emocji. Chciałem się tylko upewnić, sprawdzić to wszystko samemu...
-Obawiam się, że to nie jest teraz możliwe...- odparł ostrożnie lekarz.
-Co mu się stało?- szepnąłem.
-Podejrzewam, że guz zaczął naciskać na naczynia krwionośne... To spowodowało zaburzenia rytmu serca i w konsekwencji doprowadziło do migotania komór... Co było przyczyną śmierci.
Słuchałem tego, co mówi, nie rozumiejąc ani słowa.
-Guz...?- powtórzyłem jak echo.
-Tak.
-Jaki guz...?
-Nie wie pan...?- zdziwił się lekarz.
-O czym?- zapytałem niepewnie.
-Thomas miał raka.
Parsknąłem cicho.
-Raka- powtórzyłem z nutką rozgoryczenia.
-Tak- potwierdził spokojnie mężczyzna.
Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę, po czym... Wybuchnąłem śmiechem. Głośnym, rozpaczliwym, niemal szaleńczym śmiechem, czując jakąś dziwaczną, chwilową ulgę, prawie radość.
-To nie on- stwierdziłem po raz kolejny- Widzi pan?- uśmiechnąłem się blado- Mówiłem. To nie on. On nie miał raka. Pomyliliście go z kimś innym... On nie miał raka...
-To ja zajmowałem się jego przypadkiem- odpowiedział lekarz- Miał raka niedrobnokomórkowego płuc.
-To niemożliwe...- sam już ledwie wierzyłem w swoje słowa. Czułem się tak, jakby coś powoli we mnie pękało, a przez ową szczelinę uciekało ze mnie życie i wszystkie emocje. Byłem pusty- Nie leczył się... Nie chodził na chemioterapię...
-Nowotwór był na nią odporny... Poza tym, pan Richter odmówił leczenia. Jedynym wyjściem była operacja, ale na nią też początkowo się nie zgodził...- mężczyzna westchnął głęboko- Zaproponowałem mu coś innego... Miał wyjechać na zabieg poza granice kraju. Tam wszystko wyglądałoby nieco inaczej, a sama operacja byłaby zdecydowanie mniej inwazyjna... Mocno się wahał. Powiedziałem mu, żeby się nad tym zastanowił.
-Więc dlaczego się nie zgodził...?- zapytałem cicho. Powoli wszystko zaczynało do mnie wracać. To, jak wtedy zniknął na tak długo. Jak mówił o przeprowadzce. Jak bardzo stał się nieobecny i obcy. Jego kaszel krwią, jego gorsze samopoczucie, nieustanny spadek wagi... Zaczynałem to ze sobą łączyć i czułem się jeszcze bardziej zrozpaczony. Dlaczego mi nie powiedział...? Dlaczego nie zgodził się na ten przeklęty zabieg...?
-Przez tą kobietę.
-Słucham...?
-Nie wie pan...?- zdumiał się po raz wtóry- Myślałem, że jest pan jego przyjacielem.
-Jestem, ale... On... On nic nie mówił o żadnej kobiecie- wycisnąłem z siebie w końcu z trudem.
Miał kogoś innego...?
-Któregoś dnia przyszedł i powiedział, że kogoś poznał- odparł cicho lekarz- Tylko tyle. Nie wypytywałem o nic więcej i on też o tym nie opowiadał. Uznałem wtedy, że to dobrze. Dobrze jest, jeżeli człowiek ma obok siebie kogoś, kto go wspiera i przywraca mu zdrowy rozsądek, gdy następują chwile załamania, szczególnie w tak trudnym etapie... Ale chyba im się nie układało. Tak na początku sądziłem. Któregoś dnia przyszedł i powiedział, że zdecydował się na operację. Ale miałem wrażenie, że nie było w nim żadnej nadziei.
-To znaczy...?
Wszystko we mnie drżało.
Z każdym słowem tego mężczyzny uświadamiałem sobie coraz bardziej boleśnie wszystko to, co się wydarzyło.
-To znaczy, że ta operacja mogła uratować mu życie, a on zachowywał się tak, jakby był przekonany, że zginie. Owszem, to było ryzykowne... Każdy tego rodzaju zabieg jest w pewnym stopniu ryzykiem... Ale miał przecież duże szanse, by przeżyć. Tłumaczyłem mu, że będą go operowali specjaliści, starałem się go przekonać, że wszystko pójdzie jak trzeba, ale wydawało mi się, że w to nie wierzył. A jednak sprawiał wrażenie zdecydowanego. Miał już zarezerwowane miejsce i powoli zaczynał planować cały wyjazd, aż któregoś dnia... Któregoś dnia przyszedł i stwierdził, że nie wyjedzie- dokończył, wzdychając głęboko.
-Dlaczego...?
-Powiedział, że jest z kimś i że zamierza wykorzystać cały ten czas jaki mu pozostał... Że nie jest gotów podjąć się takiego ryzyka akurat teraz... Że nie chce tego wszystkiego przekreślić swoim przyznaniem się do choroby, ani nie chce, by ta druga osoba cierpiała razem z nim. Poza tym, on panicznie bał się tej operacji. Naprawdę sądził, że zginie. Mówił, że jeżeli w takim momencie życia spotkała go miłość, to jest jakiś znak... I że musi tak postąpić, niezależnie od tego, jakie będą tego konsekwencje...
Ledwie słyszałem jego ostatnie słowa. Nie byłem wściekły. Nie byłem rozżalony, nie byłem rozczarowany, nie byłem niedowierzający... Po prostu nie było mnie wcale. Czułem się tak, jakbym nie istniał, jakby wyparowały ze mnie wszystkie uczucia i myśli. Przestałem to wszystko roztrząsać. Po prostu wpatrywałem się nieruchomo w jakiś punkt na ścianie i w mojej głowie tkwiło tylko jedno pytanie.
Dlaczego mi to zrobił...?
-Wie pan już, kim była ta osoba...?- zapytał nagle doktor, a w jego głosie pojawiła się iskierka ciekawości.
Uśmiechnąłem się gorzko.
-Tak- potwierdziłem cicho.
… Czy wiesz jakie to uczucie, kiedy serce pęka?

12 komentarzy:

  1. Anonimowy1:26 AM

    Znowu płakałem, twoje przepiękne opowiadania mnie wzruszają. To było piękne i dosyć smutne, nikt jak ty nie potrafi stworzyć przepisu, na wsapniałe opowiadanie:
    Przypadkowe spotkanie
    Niespodziewana miłość
    Wyjaśnienie tajemnic
    I na sam koniec piękny ale smutny finał
    Jest jedno słowo którym wyrażę kłębiące się we mnie uczucie skierowane wprost do twojego Bloga i opowiadań KOCHAM;*
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  2. W tej chwili pękło mi serce ;( Może nie tak jak jemu ale w jakimś małym procencie pękło ...
    Już w jakimś momencie sobie tak pomyślałam, że on będzie chory na coś poważniejszego, te jego chudnięcie itp. itd.
    I przyznam, że był potwornym egoistą - nie informując go o chorobie nie dał mu czasu na pożegnanie się z nim :( No smutne ale się zdarza często w prawdziwym życiu ;\\

    Była to wspaniała miłość o smutnym zakończeniu ... No ale kto powiedział, że zawsze wszystko kończy się happy endem.

    Uwielbiam Cię Silencio ! ;**

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy10:44 AM

    To było piekne. Znowu płakałam czytajac twoje opowiadanie. Strasznie mi szkoda Domenico, tak bardzo kochał Thomasa. Juz to mówiłam, ale będe to mówić ciągle: masz niewyobrażalny talent. Po prostu kocham twoje opowiadania.
    ~Misaki

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy11:35 PM

    Kolejne opowiadanie, gdzie wystarczy napisać: Piękne. I mam nadzieję, że wiesz ile uczuć wlałaś w czytelnika, jak targałaś moimi emocjami na prawo i lewo... Jak ja nienawidzę tych chorób, a jednocześnie dzięki nim ma się szansę dostrzec coś więcej, niż tylko miłość, bo aż miłość. Gratuluję.
    [Delilah]

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy6:38 PM

    Ja Cię po prostu uwielbiam. Masz niewyobrażalny talent. Podziwiam Cię. Jestem przekonana, że nikt nie mógłby skrytykować twoich opowiadań, a jak już to z zazdrości. Pisz dalej.
    Ookami~

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:09 PM

    Nie... niee... on nie umarł.
    Nie.
    OCH czemu ja wcześniej tego nie przeczytałam!?
    Boginikokainy która wyciera łeski w mokrą już chusteczkę...
    Nie nie nie....

    OdpowiedzUsuń
  7. szasta12:44 AM

    pierdo*ę... w-wiesz? To chyba będzie ostatnie opowiadanie, jakie przeczytałam.. znowu płaczę... znowu... Wiedziałam, że umrze. już w połowie. wiedziałam to, byłam pewna. a i tak...i tak nie mogłam się powstrzymac...
    ~Szasta~

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy8:16 PM

    Ryczę teraz i po prostu jestem w szoku jak mogłaś napisać takie opowiadanie, które niemal mną wstrząsnęło.. Jest takie prawdziwe, niepodkoloryzowane. Takie.. nieidealne, a jednocześnie o wiele lepsze od tych wszystkich cukierkowych (które też uwielbiam xD)
    Naprawdę masz talent, umiesz poruszyć człowiek i powiem jeszcze tylko, że jesteś fenomenalna.

    vampirka_15

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy4:15 PM

    Ryczałam jak bóbr. Takie opowiadania trzymają w napięciu i skłaniają nas do zastanowienia się nad życiem, że wszystko jest takie ulotne. Trzeba się cieszyć każdym dniem, każdą chwilą. Nie marnować ich i robić wszystko na co się ma ochotę, bo w końcu żyjemy tylko raz. Nikt z nas nie zna dnia ani godziny śierci naszych bliskich, czy nawet swojej. Możemy być zdrowi, mieć zaplanowany cały dzień, ale wyjść z domu o minutę wcześniej czy póżniej i wszystko się może zmienić, możemy poznać miłość naszego życia albo moze zdarzyć się jakiś wypadek w którym będziemy uczestniczyć i nie wyjdziemy z tego cało. Więc warto chwytać dzień i brać z niego jak najwięcej. Carpe diem.
    Dziewczyno masz talent! Więcej takich one-shotów, naprawde jest co czytać i piszesz tak niewyobrażalnie lekko i tak życiowo. Życzę dużo weny!


    Good

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy12:48 AM

    to najpiękniejsze opowiadanie jakie czytałam. Nie mogę opanować łez. Dziękuję.

    -KareN-

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy7:03 PM

    Może zacznę od tego, żeee... nie przeczytałam tego opowiadania. Albo raczej przeczytałam go zaledwie kawałek. Niestety nie jestem (może kiedyś będę) w stanie przeczytać tego dzieła. Prawdopodobnie bym przeczytała, gdyby nie fakt, że po zapoznaniu się z początkowym fragmentem wciągnęłam się i zaciekawiona chciałam przejrzeć komentarze. W sumie, to miałam ogromną nadzieję, na powtórkę czegoś w rodzaju "Jason". Jakie było moje zdziwienie po zerknięciu w opinie innych czytelników. Przez to, zainteresowana jeszcze bardziej, przeczytałam samą końcówkę tej historii... Taaak... Poryczałam się, nie mając praktycznie żadnego pojęcia o bohaterach i boję się myśleć, co by było, gdybym się z nimi jakoś zżyła (o zgrozo... a tak się dzieje zawsze). Tak więc, gratuluję naprawdę pięknego, wzruszającego (doprowadzającego do skrajnej histerii, w dodatku całkowicie niezrozumiałej dla moich niewtajemniczonych rodziców) opowiadania. To cudo zapewne zostanie kiedyś przez mnie przeczytane (jak dorobię się stalowych nerwów), ale na pewno nie w środku tygodnia (nie będę chodzić po szkole niczym zombie). Ty, jako autorka tego wyciskacza łez, bierz teraz pełną odpowiedzialność za nasz stan psychiczny. Zgodzę się także z jednym z powyższych anonimów, że z życia należy korzystać, cieszyć się chwilą, brać ile w lezie i kochać, ale ja nie potrafiłabym zostawić bliskiej mi osoby samej, nie chciałabym jej opuszczać i walczyłabym do końca. W dodatku nie wiem, czy sama dałabym radę wybaczyć mojemu ukochanemu fakt, że po daniu mi tych szczęśliwych chwil, od tak odchodzi i to na zawsze, nie wspominając nawet słowem. Wiem jak boli nagła śmierć kogoś strasznie bliskiego i przynajmniej ja wolałabym o tym wiedzieć wcześniej jeśli byłaby taka możliwość. Tak więc, niestety jeden z bohaterów nie zaskarbił sobie mojego wielkiego uwielbienia, ale cóż... przecież właśnie taka miała być ta historia - o życiu, smutna.
    Zuza

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy2:42 PM

    znowu to zrobiłaś. ryczę jak małe dziecko.

    ed.

    OdpowiedzUsuń