Strony

środa, 29 czerwca 2011

Dobry wieczór :)

Nie wiem dlaczego, ale mimo planów i chęci, zamiast Edmunda powstało coś innego. One-shot, z którego jestem umiarkowanie zadowolona. Ostatnio zbiera mi się, jak to określiła moja beta Magda, na "umierające" opowiadania i muszę przyznać, że już mnie wzięło na kolejne. Także zaczynam pracę nad kolejnym one-shotem i  nie wiem już sama, co będzie w sobotę, mam nadzieję, że wreszcie Edmund, ale kto mnie tam wie :P. A ogóle jest mi dobrze i przyjemnie :).

Enjoy.

Jedyny

Pamiętam ten dzień niemalże tak dokładnie, jakby zdarzył się wczoraj.
Miałem wtedy piętnaście lat. Stałem pośrodku wojskowego obozowiska, razem z kilkunastoma innymi równie młodymi chłopcami i oczekiwałem na decyzję, która mogła się dla mnie okazać zbawieniem lub wyrokiem. Wszyscy zostaliśmy wybrani kandydatami na rekrutów do jednego z oddziałów cesarskiej armii. Pilnujący nas żołnierze, krążyli dookoła, mówiąc głośno o tym, jak wielki zaszczyt i honor nas spotkał. I że jeżeli zostaniemy przyjęci, będzie to chluba dla naszej rodziny. Miałem jednak wrażenie, że żaden z nas nie postrzega tego w ten sposób. Ci, którzy obok mnie stali trzęśli się ze strachu, ledwie utrzymując równowagę. Ja też się bałem. Bałem się wojny i bałem się śmierci. Modliłem się w duchu do wszystkich bóstw, które przychodziły mi do głowy, błagając o to, by uznali, że nie jestem odpowiedni. Chciałem wrócić do domu, do rodziny.
Z największego namiotu, stojącego tuż na przeciw nas, wyłonił się jakiś mężczyzna. Wyglądał bardzo srogo i poważnie. Był potężnej postury, a dodatkowej masywności dodawała mu jeszcze cudownie błyszcząca, ciężka zbroja. Każdy z nas wstrzymał wtedy oddech. Każdy z nas się zastanawiał. Czy to był generał...?
-Nazywam się kapitan Aruso- jego głos był surowy i chłodny. Ruszył powoli przed siebie, mierząc każdego z nas po kolei uważnym i nieco pogardliwym spojrzeniem- A wy dostaliście jedyną i niepowtarzalną szansę włączenia w szeregi cesarskiego wojska... Jako rekrutów czeka was wiele nauki i zadań, ale bądźcie pewni, że choć to trudna droga, to droga ludzi szlachetnych i prawych, takich, których nie przeraża ani walka ani śmierć... I my nauczymy was tej odwagi- zatrzymał się w miejscu- Ale najpierw generał zadecyduje o tym, czy jesteście godni by stanąć w naszych szeregach.
-A... A co decyduje o tym, czy jesteśmy godni... p-proszę pana...?- jeden z chłopców drżącym głosem zdał pytanie, które cisnęło się na usta nam wszystkim.
-Milczeć!- warknął mężczyzna, wyraźnie poirytowany- Jako rekruci nauczycie się pokory i słuchania, bo od tego jest żołnierz! Żołnierz nie zadaje pytań!- skarcił go szorstko- Żołnierz ma wykonywać polecenia i słuchać swojego zwierzchnika, to wszystko! Generał wybiera rekrutów według własnego gustu!
Jeden z żołnierzy strzegących wejścia do namiotu zachichotał głośno.
Kapitan odwrócił się w jego stronę, marszcząc brwi, po czym podszedł do niego niespiesznym krokiem, wciąż wpatrując się w niego tak, że ja na jego miejscu najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Ten wojownik nie wydawał się być jednak ani trochę poruszony. Uśmiechał się wciąż leciutko pod nosem, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.
-Chciałeś coś dodać, żołnierzu...?- syknął kapitan, zatrzymując się o krok przed nim.
-Nie, kapitanie...- odparł tamten, bez najmniejszego trudu znosząc jego surowe spojrzenie- Po prostu uważam, że to doskonały dobór słów...
-Nie prosiłem o komentarz- uciął lodowato mężczyzna, znowu zwracając się w naszym kierunku.
Wpatrywałem się w tego żołnierza jeszcze przez chwilę. Wyłapał moje spojrzenie i mrugnął do mnie, uśmiechając się pod nosem. Mnie nie było stać na podobną wesołość. Z każdą chwilą moje serce biło coraz szybciej i czułem, że zaraz wyskoczy mi z klatki piersiowej. Błagałem bogów, by mnie nie wybrali.
-Generale!
Przymknąłem powieki, słysząc to zawołanie. Zrobiło mi się słabo. Gdy ponownie otworzyłem oczy, na polanie przed nami, obok kapitana, stał już inny mężczyzna. Młody, może dwudziestoparoletni, skromnej postury, z półdługimi, kruczoczarnymi włosami opadającymi luźno na ramiona i delikatną, przystojną twarzą. Zamrugałem niepewnie, mocno zdezorientowany. Czy to rzeczywiście mógł być generał...? Pewnie gdyby nie droga, wysadzana kamieniami zbroja, uznałbym go za jednego z żołnierzy. Nie sprawiał wrażenia szczególnie silnego ani potężnego. Przy swoim kapitanie prezentował się niemalże drobno.
-Panie... Oto kandydaci na rekrutów- poinformował go kapitan, a ten skinął jedynie głową, podchodząc do nas bliżej.
-Nazywam się Faustyn Rosette- przedstawił się miękkim, dźwięcznym głosem, przechadzając się wzdłuż szeregu. Obserwowałem jego niespieszną, leniwą wędrówkę w tę i z powrotem z jakąś niezrozumiałą fascynacją, zaintrygowaniem. Wydawał mi się absolutnie doskonały, perfekcyjny, pozbawiony jakichkolwiek wad- Jestem generałem, dowódcą tego skromnego oddziału...- machnął niedbale dłonią w kierunku ciągnącego się w nieskończoność szeregu namiotów i przenośnych siedzib- I mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z was... Okażą się na tyle interesujący... By być pod moim władaniem...- każde kolejne jego słowo zdawało się rozbrzmiewać w moich myślach po tysiąckroć, zapadając mi głęboko w pamięć.
Czekałem aż wreszcie zbliży się do mnie, ale on zatrzymał się na samym początku szeregu, wpatrując się z uwagą w stojącego na jego czele chłopaka. Osłupiałem, gdy nagle przybliżył się do niego i ucałował go prosto w usta. Rozchyliłem wargi w geście zdumienia. Potem zrobił to samo z drugim chłopcem i z trzecim... Czwartego ominął. Nie miałem pojęcia, na czym polegała ta weryfikacja, ale już wiedziałem, kto jest wybranym, a kto odrzuconym. I pierwszy raz odkąd się tu znalazłem, przestałem modlić się o to, by móc odejść wolno, a zacząłem pragnąć tego, by poczuć jego usta. Dziwna to była myśl i dziwne to było pragnienie, które budziło we mnie zarazem lęk i dezorientację.
Zdawało się, że minęły wieki, nim mężczyzna znalazł się tuż przy mnie. Zobaczyłem jego twarz z bliska i nagle zapomniałem zupełnie, jak się oddycha. Kolejne sekundy ciążyły się w nieskończoność, gdy przyglądał mi się z uwagą. Aż w końcu... Przymknąłem powieki, chwilę przed tym, jak poczułem na swoich wargach jego usta. To było ledwie delikatne muśnięcie, dokładnie takie, jakim obdarzał wielu innych przede mną. Ale rozbudziło we mnie coś niezwykłego, coś, czego nie potrafiłem w żaden sposób pojąć, ani opisać. W jakimś odruchu, nim zdążył się odsunąć, oddałem owo muśnięcie, nieco nieporadnie i niepewnie.
Odsunął się, zdumiony. Spuściłem wzrok, czując zawstydzenie.
Ale nie minęła chwila, a on zaśmiał się jedynie i rzucił pełne rozbawienia:
-Śmiało sobie poczynasz, młodzieńcze...- po czym ruszył dalej.
Już wiedziałem, że zostałem wybrany. Nie czułem już jednak wcześniejszego lęku. Chciałem jedynie ponownie znaleźć się blisko niego, a jeżeli to oznaczało służenie w jego oddziale – nie wydawało mi się to w tym momencie stanowić dużego poświęcenia. Żołnierz stojący przy namiocie wpatrywał się we mnie tak przenikliwie, jakby znał wszystkie moje myśli.
Odwróciłem wzrok.
Generał dokonał wyboru i bez słowa zniknął w swoim namiocie, nie spoglądając na nas już ani przez chwilę.
-Wszyscy ci, którzy zostali wybrani, kierują się do namiotu dla rekrutów!- poinstruował nas kapitan, starając się ukryć skrępowanie całą tą sytuacją, które raz po raz pojawiało się na jego twarzy- Pozostali mogą wracać do domów! Wykorzystajcie ostatnie chwile wolności, rekruci! Jutro zacznie się ciężka praca!
Bez słowa powlekliśmy się w kierunku wskazanym przez mężczyznę. Do wieczora, pozostali wybrańcy, toczyli pełne obawy dyskusje o tym, co ich czeka. Ja jednak nie włączałem się w te rozmowy. Nie wiedzieć dlaczego, moje myśli pochłaniał jedynie generał. I wspomnienie jego ciepłych ust na moich wargach...

Tamtego dnia od momentu mojego wyboru minęły już ponad dwa miesiące. Dwa miesiące ciężkiej pracy, treningów i ćwiczeń od rana do wieczora, ciężkich warunków i podróży. Dwa miesiące przez które nie widziałem generała ani razu, a mimo to, nie potrafiłem o nim zapomnieć. Bogowie raczą wiedzieć, ile razy starałem się zapuścić samotnie w okolice jego namiotu, ale zawsze strzegli go żołnierze. Bałem się pytań, drwin, oskarżeń... Zresztą, kto i z jakiej przyczyny miałby mnie dopuścić do dowódcy?
Każdej nocy zasypiałem się i budziłem jedynie z myślą o nim. Widziałem, jak moi kompanii z dnia na dzień są coraz słabsi, coraz bardziej wyczerpani, wycieńczeni nowym, surowym trybem życia i obowiązkami, jakie na nich spadły. A ja czułem się dobrze. Całkiem dobrze. Fizycznie wręcz doskonale. Nie doskwierał mi ani ból, ani zmęczenie. Czułem jedynie tą nieopisaną, niezrozumiałą tęsknotę i nic nie potrafiłem poradzić na to, że czekałem niecierpliwie na dzień, w którym zobaczę generała po raz kolejny.
Ostatecznie nastąpiło to jednak szybciej niż się spodziewałem. Tamtego dnia nastąpił nasz ostateczny egzamin, sprawdzenie, przed przyjęciem do oddziału. Podzielili nas na małe grupy, dowodzone przez żołnierzy i wyznaczyli zadania, które na pozór niezbyt trudne, okazały się dla niektórych ostatnimi, jakie przyszło im dokonywać w ich życiu. My mieliśmy rozbić obóz bandytów. Z dwunastu, którzy wyruszyli, powróciło nas siedmiu. Ale i tak mieliśmy więcej szczęścia niż reszta. Byliśmy pierwszymi, którzy dotarli na miejsce. Powitał nas jeden z kapitanów, a następnie zaprowadził prosto przed oblicze generała. Zobaczyłem go wtedy po raz pierwszy od tak długiego czasu, ale nie byłem w stanie się cieszyć. Czułem się wyczerpany i przybity. Byłem brudny i umorusany we krwi. Czułem wstyd stojąc tam przed nim i mając świadomość tego, że nie wszystko poszło tak, jak miało pójść. On jednak nie wydawał się być rozczarowany.
-Antoniuszu...- rzucił do żołnierza, który z nami był, ściskając go serdecznie i niemalże czule. To był ten sam mężczyzna, który w dniu mojego przyjęcia pełnił straż u wejścia jego namiotu i odważnie dyskutował z kapitanem- Dobrze widzieć cię całego i zdrowego. Wszystko poszło jak miało pójść...?
-Straciłem piątkę- przyznał ten, bez szczególnego zmartwienia.
-Idealnie- generał uśmiechnął się szeroko- A pozostali...?
-Myślę, że Arian już nie wróci... U bram obozu dotarły do nas wieści, że jego wyprawa się nie powiodła... Podobnie jak Erazma...- w jego głosie nie igrał nawet cień emocji.
-Smutne...- skwitował mężczyzna tonem, w którym też trudno było doszukiwać się rzeczywistego współczucia- Ale nie czas na to! Jutro powitamy w naszym gronie siedmiu nowych żołnierzy! Czy to nie doskonała nowina...? Któryś szczególnie odznaczył się odwagą...?
Spojrzenie Antoniusza spoczęło na mnie nagle, zupełnie tak, jakby od początku spodziewał się tego pytania.
-Owszem, generalne...- odparł z lekko drwiącym uśmiechem, stając tuż przy mnie i chwytając mnie za ramię- Ten młodzieniec dał wyraz wyjątkowej odwagi i wytrzymałości, jakiej zabrakło wielu z jego towarzyszy... Myślę, że zasłużył na nagrodę.
Spuściłem oczy, gdy tylko wzrok generała spoczął na mojej osobie.
-W rzeczy samej- odparł łagodnie, po czym podszedł do mnie niespiesznym krokiem i ogarnął mnie ramieniem, prowadząc powoli przed siebie. Zatrzymał się jeszcze ze mną u progu swego namiotu, po czym rzucił do Antoniusza- Pozostali również zasłużyli na coś wyjątkowego... Urządź ucztę na cześć ich zwycięstwa i sprowadź im te, które przywieźli dzisiaj...- skrzywił się niechętnie- Będą zachwyceni.
-Tak jest, panie.
Weszliśmy do jego namiotu i zagłębiliśmy się w jego wnętrze. Nie mogłem się nadziwić temu wszystkiemu, co się wokół mnie dzieje. Czułem się zdezorientowany, a jego bliskość krępowała mnie jeszcze bardziej. Wnętrze namiotu było piękne, pełne skarbów i łupów. W niczym nie przypominało naszych, wojskowych namiotów. Na środku znajdowało się ułożone z poduszek i drogich materiałów posłanie. Posadził mnie na nim, podchodząc niespiesznym krokiem do jednego ze stołów.
-Jesteś głodny...?- zapytał, zerkając na mnie kątem oka.
Pokręciłem głową w odpowiedzi. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Byłem skrępowany całą tą sytuacją. Spoglądałem jedynie raz po raz na mężczyznę, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, że naprawdę tu jestem.
-Spragniony...?
Znowu odmówiłem.
Podszedł do mnie ze złotym kielichem wypełnionym do połowy szkarłatną cieczą i usiadł obok, podając mi go.
-Napij się- szepnął miękko- To wino.
Upiłem łyk, a zaraz kilka kolejnych... Kielich opustoszał już po krótkiej chwili.
-Dobre, prawda...?- zaśmiał się ciepło, muskając opuszkami palców mój policzek. Zadrżałem mimowolnie, wpatrując się w niego z uwagą- Musisz wiedzieć, że hojnie nagradzam moich najlepszych żołnierzy...- musnął wargami moje usta. Przymknąłem powieki, wzdychając głęboko. Wydawało mi się, że czekałem na tę chwilę całe wieki- Rozbierz się- poprosił spokojnie, odsuwając się nieco.
Zawstydziłem się.
-Śmiało... Chcę cię tylko zobaczyć...
Zagryzłem niepewnie wargę, ale już po chwili podniosłem się i pospiesznym ruchem zrzuciłem z siebie podartą, naznaczoną krwią koszulę, ale nim zdołałem pozbyć się reszty, ubrań, on ponownie pociągnął mnie na poduszki, wpijając się w moje wargi, tym razem mocno i stanowczo. Poczułem jego język w swoich ustach i w pierwszej chwili kompletnie nie wiedziałem, co mam robić. Nie minęło jednak długo, a całowałem go z równą mocą i chciwością, nie chcąc go wypuszczać ze swoich ramion ani na chwilę.
Wypiliśmy bardzo dużo wina. Alkohol szumiał mi w głowie, gdy leżałem obok niego, a on delikatnie pieścił moje ciało, nie pozwalając sobie jednak na bardziej śmiałe i stanowcze działania.
-Małomówny jesteś...- ocenił, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczyma- Mógłbyś mi chociaż zdradzić swoje imię...?
-Parys- odparłem szeptem.
-Parys... Cudowne imię. Dźwięczne, przyjemne i w dodatku mitologiczne... Czy to nie ten, który doprowadził do upadku Troję...?
Uśmiechnąłem się niepewnie. Nie miałem pojęcia o czym mowa.
-Och, tak, miłość bywa ślepa...- zaśmiał się pogodnie- Jesteś pewien, Parysie, że nie chcesz mi niczego powiedzieć...?
Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę, nie będąc pewnym, czy mogę sobie na to pozwolić, aż w końcu rzuciłem ledwie słyszalnie:
-Piękny jesteś, panie...
Jego śmiech po raz wtóry rozbrzmiał w pomieszczeniu i zaraz ponownie nasze usta połączyły się ze sobą w pełnym namiętności pocałunku.
Byłem z nim do późnego wieczora. Nie wiedziałem, która dokładnie była godzina, gdy odprowadzał mnie już do wyjścia z namiotu.
-Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy- jego słowa brzmiały niemalże niczym obietnica.
-Dobranoc, generale- odparłem pokornie, spuszczając wzrok i wychodząc.
Wróciłem do swojego namiotu. Wszyscy już spali. Zająłem swoje posłanie i przymknąłem powieki. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać to, co się właściwie wydarzyło. Uśmiechałem się do siebie i przypominałem sobie każde jego słowo, każdy dotyk, pocałunek, raz jeszcze rozkoszując się tym wszystkim i przeżywając to na nowo.
I wiedziałem, że od tamtej chwili mam już tylko jeden cel.
Zasłużyć na jego bliskość.

Minęły kolejne tygodnie.
Siedziałem na swoim posłaniu, przebierając się i powoli przygotowując do snu. Przez cały ten czas nie udało mi się ponownie zbliżyć do generała, ale wiedziałem, że jeszcze na to nie zasłużyłem. Nie braliśmy udziału w żadnej wielkiej bitwie, a wszystkie nasze zadania były tak potwornie proste, że nie byłem się w stanie wykazać w żaden sposób. Chciałem tego. Możliwości pokazania mojemu panu tego, że jestem godnym jego zainteresowania. Bardziej godnym od kogokolwiek innego.
-Ciekawe, czy doczekamy się czasu, żeby dowodził nami generał...- odezwał się jeden z moich towarzyszy- Mam już dosyć Aruso... Generał wydaje sie jakiś... Bardziej ludzki.
-Ludzki!- prychnął drugi- Nie bądź śmieszny! Generał nie dowodzi nikim, bo się do tego nie nadaje! Wojsko to walka i krew, a on siedzi w tym swoim namiociku i obmyśla plany! Nie wychodzi na pole bitwy! To tchórz!
-Nieprawda!- zaprotestowałem gwałtownie. Wszyscy obecni w namiocie wbili we mnie pełne zaskoczenia spojrzenie. Nigdy nie włączałem się do żadnych dyskusji i sporów- Nieprawda- powtórzyłem już nieco spokojniej.
-Nie?- parsknął tamten- Udowodnij mi, że skłamałem! Generał nie pojawia się na froncie! Podobno kieruje wszystkim z daleka, ale to czcze gadanie! Kapitanowie sprawują rzeczywistą władzę, on ma to gdzieś! Od dawna nie zajmuje się niczym innym jak tylko chlaniem wińska! To zwykły pijaczyna! Wszyscy tak mówią!
-Nie jest żadnym pijaczyną...- wycedziłem gniewnie przez zęby, podchodząc do niego- To zwykłe kłamstwa.
-Sam widziałem, jak wytaczał się z tego swojego namiotu!- zaśmiał się w odpowiedzi chłopak- Nachlany jak bela! Jeżeli to wystarcza, żeby być generałem, to mój staruszek też mógłby nim być!
W namiocie rozległy się pojedyncze chichoty. Nie wytrzymałem. Chwyciłem chłopaka za koszulę, zaciskając na niej mocno palce.
-Jesteś zwykłym kłamcą!- warknąłem z wściekłością- Nie waż się tak mówić o naszym generale!
-Bo co?- rzucił z drwiną, unosząc pytająco brew- Spodobał ci się? Może lubisz chłopców tak samo jak on, co...? Bo słyszałem, że w tym względzie też poczyna sobie całkiem odważnie...
Uderzyłem go mocno w twarz. Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę z zupełnym zaskoczeniem, ale nie pozostał mi dłużny. Już po chwili rzucił się na mnie z dzikim rykiem i obaj wylądowaliśmy na ziemi, szamocąc się ze sobą i okładając wzajemnie. Niektórzy z obecnych zaczęli nas dopingować, ktoś chciał nas rozdzielić, ktoś inny wybiegł... Już po chwili wrócił z kapitanem.
-Co tu się dzieje?!- warknął Aruso, natychmiast ściągając ze mnie tamtego chłopaka. Podniosłem się powoli, ścierając krew z rozbitej wargi- Co z wami, co?! O co ta bójka?!
-To on zaczął!- odparł natychmiast chłopak stojący przy kapitanie.
-On- zawtórował mu cicho ten, który go przyprowadził.
-No tak... Książę Parys...- rzucił ironicznie kapitan, krzywiąc się lekko, po czym chwycił mnie mocno za ramię i wytargał na zewnątrz. Stawianie mu oporu nie miało najmniejszego sensu i tak był dużo silniejszy ode mnie- To jest wojsko, a nie przydrożna karczma, młodzieńcze!- rzucił surowo- Dlatego myślę, że dobrze ci zrobi, jeżeli tę noc spędzisz tutaj!
Na dworze było zimno i nieprzyjemnie.
Nie czułem jednak ani odrobiny skruchy.
Czułem dumę. Głupią, młodzieńczą, naiwną dumę.
Przez całą noc snułem marzenia, co by było gdyby to generał wszedł wtedy do namiotu, gdyby się o wszystkim dowiedział...  Błogi uśmiech nie schodził z moich ust.
Zrobiłem to, co zrobić należało.

Kilkanaście lat. Tyle minęło od mojego ostatniego spotkania z generałem. Przez cały ten czas nie udało mi się już do niego zbliżyć. Początkowo starałem się mu jakoś zaimponować, zrobić coś niezwykłego, wykazać się... Zewsząd słyszałem pochwały za odwagę, a czasem jedynie nagany za zbytnią porywczość i niemalże szaleńcze decyzje, ale nigdy nie zostałem wyróżniony przez dowódcę w ten sam sposób, co wcześniej. Lata mojej młodości minęły. Minęło też owo dziwaczne zauroczenie, jakim go darzyłem. Czułem wciąż coś na kształt fascynacji, sentymentu, gdy patrzyłem na niego z daleka albo słyszałem jego zagrzewających do walki przemówień. Nigdy nie dał mi najmniejszego sygnału, że w ogóle pamięta o tym, co się wydarzyło, a ja stopniowo coraz mniej o to zabiegałem. Pogodziłem się z tym. Służba w wojsku stała się dla mnie codziennością. Nie potrafiłem zliczyć bitew, w którym brałem udział ani towarzyszy broni, których utraciłem przez te wszystkie lata. Ludzie stale się zmieniali, przychodzili nowi, dawni ginęli albo awansowali na wyższe stanowiska... Nie starałem się do nikogo przywiązywać. Robiłem po prostu to, co do mnie należało, chociaż bez specjalnej satysfakcji. Nie było we mnie dawnego zapału i chęci do zrobienia czegoś niezwykłego. Stałem się jednym z szeregowych żołnierzy, dobrych w boju i gotowych do poświęceń, ale nie godnych awansów i odznaczeń. Do czasu. Walki toczyły się na północy od tygodni. Wszyscy byliśmy tym znużeni. Nie pamiętam dokładnie celu naszych działań ani przyczyn sporu, w jakim braliśmy udział – nigdy zresztą nie mówiono nam o tym wiele. Mieliśmy wypełniać rozkazy, a nie zastanawiać się nad celowością własnych działań. Pamiętam jednak dokładnie bitwę, w czasie której uratowałem życie kapitanowi Aruso. Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Nie był on człowiekiem dla którego chciałbym ryzykować własnym zdrowiem. A jednak gdy widziałem go wtedy, nacierającego na wrogów i zobaczyłem za nim jednego z ich ludzi, zamierzającego się, by go zranić... Po prostu osłoniłem go własnym ciałem, przyjmując cios. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Nienawidziłem Aruso. I on nienawidził mnie, nienawidził wszystkich swoich żołnierzy. A jednak w owej nienawiści, z obu stron tkwiło coś na kształt dziwacznego sentymentu, przywiązania, porównywalnego przywiązaniu nieposłusznego syna do mającego ciężką rękę ojca. Aruso przez te kilkanaście lat postarzał się bardzo. Nadal był bardzo masywny, ale z dnia na dzień sprawiał wrażenia coraz słabszego i przerażonego tą słabością. A im starszy się stawał, tym bardziej uciążliwy był dla wszystkich swoich podwładnych, jakby starał się nam za wszelką cenę udowodnić, że ma jeszcze nad nami rzeczywistą władzę, chociaż dawno jej już nie sprawował. W każdym razie, gdyby tego dnia, czas zatrzymał się dla mnie na kilka sekund i gdybym mógł dobrze przemyśleć swoje działanie, zapewne bym go nie obronił. Ale nie mogłem. I w owym odruchu, przyjmując cios na siebie, nie wiedziałem jeszcze, jakie to będzie miało dla mnie konsekwencje. Kolejny tydzień przeleżałem w namiocie z gorączką, otoczony medykami, nie będąc w stanie się ruszyć. Aruso przychodził dzień w dzień i wrzeszczał na mnie, karcąc mnie za moją głupotę. Zawsze powtarzał nam, że mamy iść do przodu, a nie oglądać się za siebie. Zresztą, chyba czuł się winny. Nie chciał, żebym zginął. Nie wierzyłem, by rzeczywiście tylu medyków zajmowało się jednym rannym żołnierzem, jeżeli nie dostali takiego polecenia z góry. Gdy wróciłem do zdrowia, walki dawno zdążyły się zakończyć. Zwyciężyliśmy. A jednak nie to zdawało się zaprzątać uwagę moim współtowarzyszom. Ku swojemu zdumieniu dostrzegłem, że nagle zacząłem być traktowany niczym wzór idealnego żołnierza, bohater, wybawca. Nawet Aruso nie mógł nic poradzić na to, że moja osoba zaczęła obrastać w dziwaczne legendy i przypowieści. Powtarzano sobie moje dawne zasługi i dopowiadano do nich dużo nieprawdy, ukazując mnie w ten sposób najodważniejszym i najszlachetniejszym żołnierzem. Początkowo wcale mnie to nie cieszyło. Aż za dobrze wiedziałem, że te opowieści szybciej niż się zorientuję, odwrócą się przeciwko mnie. Szczególnie, gdy zaczęto plotkować o mojej nominacji na kapitana. Zauważyłem spore poruszenie wśród wojskowych elit. Nie, tam zdecydowanie mnie nie chciano.
Jednakże największe zaskoczenie było jeszcze przede mną. Którejś nocy przyszedł po mnie jeden z żołnierzy, bez szczególnych wyjaśnień twierdząc, że jest ktoś, kto chce mnie zobaczyć. Poszedłem za nim, przekonany o  tym, że to kolejny kaprys Aruso. On jednak zaprowadził mnie wprost do namiotu generała i kazał mi wejść do środka. Przekroczyłem próg, kompletnie zdumiony. Wewnątrz wszystko zdawało się być dokładnie takie, jak wtedy, tego dnia, gdy byłem tu po raz pierwszy. Nie zmieniło się prawie nic. Przybyło tylko trofeów i pamiątek.
-No, no... Małomówny Parys...
Odwróciłem się i spostrzegłem za sobą generała. Na jego twarzy też dało się już zauważyć znamię upływającego czasu. Nadal jednak miał w sobie coś pięknego, coś niezrozumiale przyciągającego i fascynującego. Nie mogłem oderwać od niego wzroku.
-Pamiętasz, panie...- szepnąłem, zdumiony.
-W tym miejscu możesz zapomnieć o wszelkich tytułach i różnicach... Zwracaj się do mnie po imieniu- uśmiechnął się do mnie lekko, a ja speszony odwróciłem wzrok. Tyle lat... Tyle czasu minęło, a ja dawno już zdążyłem zapomnieć, jak to było znajdować się tak blisko niego. A teraz, w jednej chwili, wszystkie te odczucia odżyły we mnie na nowo, karmiąc mnie znowu naiwną nadzieją- Byłem ciekaw, kto zyskał sobie aż tak duże uznanie, wśród naszego wojska...- zatrzymał się tuż przy mnie, wpatrując się we mnie z uwagą.
-Nie jestem pewien, czy to słuszne uznanie...- odparłem szczerze, ale nim zdążyłem powiedzieć cokolwiek więcej, zamarłem w bezruchu, kompletnie osłupiały, gdy klęknął przede mną, po czym objął mnie mocno w pasie, wtulając się we mnie. Wstrzymałem oddech.
-Jak najbardziej słuszne...- odpowiedział leniwie, muskając mnie ustami w okolicach brzucha. Westchnąłem cicho. Miałem wrażenie, że czuję jego ciepłe wargi na swojej skórze, nawet przez ubranie- Ocaliłeś jednego z moich kapitanów, ryzykując własnym życiem... Moja wdzięczność za twój heroiczny czyn, jest wręcz nieopisana... Chociaż wcale nie jestem pewien, czy to heroizm, czy zwykłe szaleństwo...- rzucił, patrząc na mnie przenikliwie.
-Zależy, co chciałeś mi wynagrodzić...- odpowiedziałem, w ostatniej chwili powstrzymując się przed dodaniem cisnącego mi się na usta: "panie". Czułem wstyd, zwracając się do niego jak do jednego ze zwykłych żołnierzy.
-Wierność, mój drogi Parysie- zaśmiał się lekko, podnosząc nieco chwiejnie na nogi, po czym chwycił mnie za dłoń- Bo widzisz... Wierność jest obecnie w cenie... Obietnicę lojalności prosto się składa, gorzej z jej realizacją...
-Jestem ci wierny, panie...- szepnąłem, nie rozumiejąc- Możesz mi wierzyć na słowo.
Uśmiechnął się z rozbawieniem w odpowiedzi.
-Oczywiście... Oczywiście, oczywiście...- powtarzał cicho, siadając na swoim posłaniu i ściągając mnie na miejsce obok siebie. Natychmiast wziąłem go w objęcia, nie mogąc się powstrzymać i nachyliłem się, by złożyć na jego wargach pocałunek. Oddał go bez chwili wahania, mocno, pożądliwie. Wszystko we mnie drżało. Jeszcze niedawno byłbym gotów przysiąc na wszystkie świętości, że zapomniałem o moim dawnym uczuciu, które było czymś więcej, niż tylko sympatią czy podziwem, a teraz wszystko wróciło do mnie w jednej sekundzie, przywołując na nowo wspomnienia i rozbudzając uśpioną dawno temu młodzieńczą namiętność- Pięknie wyrosłeś- szepnął mi do ucha, po czym musnął je lekko wargami, śmiejąc się cicho- Z drobnego chłopca na przystojnego, silnego mężczyznę... Bardzo przystojnego- zachichotał figlarnie, na powrót wracając do moich warg.
Całowałem go długo i żarliwie, jakbym każdym muśnięciem jego warg zamierzał wynagrodzić sobie ten czas, gdy niecierpliwie oczekiwałem na podobną chwilę. Nie jestem w stanie nawet określić, ile razy widziałem już w snach pod sobą jego ciało, rozpalone, spragnione bliskości, ile razy całowałem jego rozchylone, gorące usta i widziałem swoje odbicie w jego błyszczących oczach... Dokładnie tak jak teraz. Jego odzienie zdawało się być niepotrzebnym balastem, uciążliwością, której należało się jak najszybciej pozbyć. Zerwałem z niego koszulę, a następnie naznaczyłem jego tors tysiącem pocałunków. Chciałem zdjąć jego spodnie, ale zatrzymał moje dłonie, nim zdążyłem cokolwiek zrobić. Spojrzałem na niego bez zrozumienia, otępiony jego bliskością i pożądaniem.
-Jeszcze nie- szepnął miękko, zwilżywszy wargi językiem- Wykaż się większą cierpliwością, mój drogi...
-Czy nie czekałem już wystarczająco długo...?- zapytałem niepewnie.
-Nie...- uśmiechnął się przebiegle- Jeszcze nie.
Nie rozumiałem, ale nie pytałem dalej.
Tę noc spędziłem w jego ramionach.
Zasypiałem, kołysany do snu jego pocałunkami.

Znowu minęły tygodnie. I znowu zupełnie nie potrafiłem wyrzucić go ze swoich myśli. Był niczym trucizna, która zatruła mnie całego od środka i nic nie było w stanie zapewnić mi spokoju ducha, dopóki byłem z dala od niego. Zastanawiałem się, czy robił to celowo. Zastanawiałem się, czy chciał mnie do czegoś sprowokować, czy może po prostu byłem jego chwilowym kaprysem, zachcianką. Zastanawiałem się, ilu jeszcze "bohaterów" miał obok siebie, ilu z nich miał dużo bliżej niż mnie... Nie zamierzałem czekać kolejnych kilkunastu lat, aż ponownie zwróci na mnie uwagę. Którejś nocy najzwyczajniej w świecie zakradłem się w okolice jego namiotu. Czekałem aż nastąpi zmiana warty i gdy jedni strażnicy odchodzili, przemknąłem się do jego wnętrza, nim zdążyli nadejść ich zastępcy. To nie było konieczne. Pewnie dostałbym się do niego, gdybym wyraził takie życzenie, ale czułem się zbyt skrępowany i zawstydzony własnym dążeniem, by kogokolwiek pytać lub prosić o zgodę. Zobaczył mnie i podniósł się z posłania, kompletnie zdumiony. Był sam.
-Co tu robisz, Parysie...?- zapytał, unosząc pytająco brew, chociaż miałem wrażenie, że zna doskonale powód mojego przyjścia. Nie wyprosił mnie, nie wyglądał też na zdenerwowanego moim najściem. Podszedł powoli do stołu, nalewając wina do dwóch czarek.
Obserwowałem jego poczynania w milczeniu, bojąc się odpowiedzieć. Dopiero gdy podał mi naczynie i stanął tuż na przeciwko mnie, rzuciłem cicho:
-Czuję się ostatnio... Nieco rozproszony, panie- przyznałem. Było to z pewnością zbyt łagodne określenie dla stanu, jaki mi towarzyszył od dnia, w którym obudziłem się u jego boku. Zupełnie nic mi nie wychodziło. Znowu każda myśl uciekała w kierunku generała, ale tym razem nie było w tym nic mobilizującego, a wprost przeciwnie.
-Och, czyżby...?- mruknął, upijając spory łyk wina i wpatrując się we mnie badawczo, po czym usiadł na poduszkach- A cóż może rozpraszać mojego najlepszego żołnierza...?
Jego słowa poruszyły moje serce, które nagle zabiło o stokroć szybciej, a na mojej twarzy pojawiły się rumieńce. Długo wahałem się, czy wypowiedzieć swoje kolejne słowa. Sączyłem powoli wino, czując na sobie jego uporczywe spojrzenie i dopiero w momencie, gdy czarka opustoszała zupełnie, przyznałem ledwie słyszalnie:
-Ty, panie.
Zaśmiał się pogodnie.
-Ja?- parsknął z rozbawieniem, podnosząc się z miejsca i znowu dolewając sobie wina, po czym wypił wszystko za jednym razem- To bardzo niedobrze, Parysie... Nigdy nie przypuszczałem, że mogę stać się przyczyną rozproszenia mojego żołnierza... A jestem w końcu generałem. Trudno ci będzie się ode mnie uwolnić, a przecież jeżeli coś nas rozprasza, najlepiej być jak najdalej od tego, prawda...?
-Nie- zaprotestowałem natychmiast, w jakimś odruchu i zawstydziłem się jeszcze bardziej, gdy posłał mi uważne, acz nieco rozbawione spojrzenie- Nie... Ja... Ja chcę być bliżej ciebie...- wyznałem nieco spokojniej, choć zdawało mi się, że każda najdrobniejsza część mojego ciała wyrażała moje zdenerwowanie- Nie mogę oderwać od ciebie wzroku... Nie wiem... Sam nie wiem... Myślę o tobie przez cały czas bez opamiętania... Wszystko inne przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Patrzył na mnie z ciekawością, nie mówiąc jednak ani słowa. Podszedłem do niego powoli. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, coś wyjaśnić, ale jego spojrzenie było tak onieśmielające, że nie mogłem wycisnąć z siebie ani słowa. W końcu jedynie nachyliłem się w jego kierunku i musnąłem niepewnie jego wargi, jakby ten gest miał być pytaniem, a jego reakcja odpowiedzią. Zaśmiał się cichutko, oddając owo muśnięcie. Objąłem go w pasie i przyciągnąłem do siebie, powracając ponownie do jego warg, całując go pewniej, jakby radośniej, chociaż nie usłyszałem od niego żadnej obietnicy, żadnej deklaracji, żadnego wyznania... Wylądowaliśmy obaj na jego posłaniu. Zacząłem go rozbierać, szybko, bez zbytniej subtelności, niecierpliwie... Tak długo na to czekałem. Pieściłem jego ciało i całowałem go mocno, płonąc z rozkoszy. Dopiero w pewnym momencie, gdy ponownie starałem się odnaleźć jego usta, odwrócił twarz. Zatrzymałem się na chwilę, spoglądając na niego pytająco.
-Co się stało...?- zapytałem niepewnie.
-Boję się- przyznał, zagryzając nerwowo wargę.
-Bólu...?
Zaśmiał się głośno, kręcąc pobłażliwie głową.
-Są rzeczy które bolą bardziej niż dupa...
-O czym mówisz...?- zapytałem, nie rozumiejąc.
-Boję się bliskości- odparł bez cienia wahania, patrząc mi prosto w oczy- Tej, która zmienia wszystko.
-Ty jesteś dla mnie wszystkim- odparłem cicho- I tego nic nie zmieni.
Wpatrywał się we mnie z uwagą, jakby zamyślony.
-A ty możesz być wszystkim dla mnie, Parysie...- szepnął w końcu miękko- Możesz być jedynym i zarazem najlepszym ze wszystkich... Nie zmarnuj tego.
Jedynym i zarazem najlepszym ze wszystkich... Powtarzałem to sobie w myślach niczym mantrę, nie będąc w stanie uwierzyć we własne szczęście. Tej nocy byłem z nim bliżej niż kiedykolwiek, staliśmy się jednym ciałem i jednym sercem, jedną duszą, rozdartą na pół, połączoną ponownie w tym szczególnym momencie.
I wtedy byłem już pewien, że istnieję tylko dla niego.

Przez kolejne miesiące spotykaliśmy się ze sobą często. Nigdy nie umawiał się ze mną konkretnie na kolejną noc, posyłał po mnie kogoś, gdy chciał mnie widzieć, a ja posłusznie przychodziłem, czerpiąc ile mogłem z jego bliskości. Samotne noce były dla mnie bezsennymi, myślałem wtedy o nim i wyczekiwałem dnia, w którym spotkam się z nim po raz kolejny. Miałem wrażenie, że cały świat przestał się dla mnie liczyć, tak długo, jak długo odnajdywałem się w jego oczach i widziałem w nich to, co chciałem widzieć. Uczucie. Tak mi się wydawało. I ja darzyłem go uczuciem, jeszcze potężniejszym i jeszcze mocniejszym, mając wrażenie, że zrobiłbym dla niego absolutnie wszystko. Zupełnie tak, jak za czasów mojej wczesnej młodości, gdy tylko się tu pojawiłem i go ujrzałem.
Słońce nie zdążyło jeszcze wzejść, gdy opuszczałem jego namiot, tak jak zwykle, po cichu i bez pożegnania. Zostawiałem go śpiącym i wychodziłem pospiesznie, już zastanawiając się nad tym, czy i tej nocy będzie mi dane znaleźć się u jego boku.
Dopiero po chwili zorientowałem się, kto stoi obok namiotu. Antoniusz. Teraz już kapitan Antoniusz.
-Witaj- uśmiechnął się do mnie leciutko, jakby z rozbawieniem.
-Dzień dobry, kapitanie...- odparłem bez najmniejszego poruszenia. Dawniej wstydziłem się spojrzeń i pytań, ale ten czas już minął. Byłem dumny z tego, co łączyło mnie z generałem, a żaden z jego strażników ani innych żołnierzy, choćby się nawet domyślali, nie czynił na ten temat ani jednej uwagi.
-Wiedziałem, że masz w sobie coś, co mu się spodoba- rzucił bez ogródek- Korzystaj póki możesz. Jest sporo do zyskania. Bywa uległy, szczególnie, gdy dużo wypije...
-O czym ty mówisz?- zapytałem ostro.
-O zainteresowaniach generała...- uśmiechnął się w sposób, który wydał mi się dziwnie przebiegły i ohydny- Chyba wiesz, prawda...?
-Nie powinno cię to obchodzić.
-Ja skorzystałem, więc ty też możesz- odparł, a ja zamarłem w bezruchu, przez chwilę nie pojmując, o czym tak naprawdę mówi- Zastanawiałem się, czemu nie posyła po mnie tak często jak kiedyś... Ale widzę, że znalazł sobie kogoś ciekawszego... Myślisz, że na długo...?
Wiedziałem, że mnie prowokuje. Stek kłamstw, to wszystko stek kłamstw, powtarzałem sobie w myślach, z chwili na chwilę coraz bardziej rozjuszony.
-Myślisz, że uwierzę....?- zapytałem szorstko.
-Uwierzysz...?- udał zdumienie- W co niby miałbyś uwierzyć? Chyba ci się nie wydawało, że... Och, wybacz... Nie sądziłeś chyba, że jesteś dla niego jedynym...?
Jedynym i zarazem najlepszym ze wszystkich. Tak właśnie sądziłem. I sądziłem też, że kłamstwa tego głupca nie są w stanie niczego zmienić.
-Masz szczęście, że nie mam przy sobie broni, bo zabiłbym cię za twoje oszczerstwa- syknąłem gniewnie. Nie obchodziło mnie, jaki ma tytuł, ani cel w tym, co mówi.
Zaśmiał się głośno.
-Chyba nie udało mu się cię zwieźć, co...? Co ci powiedział...? Że mimo tego wszystkiego, nadal jest tak potwornie samotny i potrzebuje kogoś bliskiego...?
-Jesteś żałosny- stwierdziłem, ruszając przed siebie.
-A może raczej... Coś w stylu: "boję się bliskości"...?
Zatrzymałem się gwałtownie i odwróciłem powoli w jego stronę, zupełnie nie rozumiejąc.
-A jednak!- zachichotał, widząc moją pełną wątpliwości minę- Lubi mówić takie rzeczy. Lubi grać. Wczuwać się w rolę. Nie wiedziałeś...? Naprawdę wierzyłeś, że wybrał ciebie, mogąc mieć innych...?
-To niemożliwe...
-Możliwe- stwierdził, uśmiechając się wciąż pod nosem z wyraźnym rozbawieniem- Ale nie przejmuj się... Bardzo dobrze jest trafić od czasu do czasu do jego namiotu, szczególnie, jeżeli się sprawdzasz... Można szybciej awansować i pożartować ze starego Aruso... I tak nic nie może zrobić. Spróbuj. To świetna rozrywka- dodał, chociaż wydawało mi się, że teraz jego rozrywkę stanowią drwiny z mojej osoby.
-To kłamstwo- odparłem, chcąc mieć chociaż cień wiary we własne słowa, ale miałem zbyt dużo wątpliwości i nawet w moim głosie czuć było wahanie.
-Przyjdź jutro wieczorem i przekonaj się... Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, prawda...?- Anotniusz uśmiechnął się przebiegle i odszedł, zostawiając mnie samego.
Samego ze swoimi wątpliwościami i natrętnymi myślami.
Samego ze swoim lękiem. Ze swoim strachem związanym z rzeczywistością, która nagle zaczęła wyglądać zupełnie inaczej, niż ledwie kilkanaście minut wcześniej.

Nie chciałem tam iść. Nie wiem, dlaczego, chyba za bardzo bałem się tego, że jego słowa mogłyby okazać się prawdą. A jednak doszedłem do wniosku, że wolę wiedzieć. A może tylko tak mi się wydawało, bo wciąż miałem w sobie zbyt dużo naiwnej nadziei, że to wszystko kłamstwo i nędzna prowokacja. Przypuszczałem nawet, że może sam generał chciał sprawdzić moją lojalność względem jego osoby i wiarę w jego słowa... Dziś wydaje mi się to absurdem. A jednak mimo wszystko, przełamałem się i poszedłem do niego. Wokół namiotu nie było nikogo, żadnych strażników, nie miał mnie nawet kto powstrzymać i odwieść od tego pomysłu. Wszedłem do środka. To, co zobaczyłem zdawało się stanowić potwierdzenie moich najgorszych obaw. Faustyn spał na jednym posłaniu z innym mężczyzną, z Antoniuszem. Półnagi, okryty jedynie kocem, wtulał się w jego bok, mrucząc coś cicho. Wokół unosił się zapach wina.
Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, czy mam stamtąd odejść i zapomnieć, czy pytać, a może wręcz błagać o wyjaśnienia, kolejne złudzenia, którymi mógłbym się łudzić... Nie zrobiłem jednak nic.
-Kto to...?- usłyszałem niewyraźny pomruk Antoniusza, który uniósł się lekko na łokciach i spojrzał na mnie z dziwnym uśmiechem. Nie wydawał się być zdziwionym moją obecnością. Zdawać by się mogło, że chciał jedynie zwrócić uwagę mężczyzny na moje przyjście.
-Hm...?- wymamrotał Faustyn, uchylając powieki i spoglądając na mnie ze zmarszczonymi brwiami, po czym zaśmiał się głośno- Parys! Mój książę Troi... Mówiłem ci! Chodź do nas...- poklepał miejsce obok siebie, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczyma- Chodź, mówię... Zostało jeszcze trochę wina...
-Dlaczego to zrobiłeś?- zapytałem cicho. Kłębiło się we mnie tysiąc różnych emocji, tysiąc uczuć, które zdawały się rozrywać mnie od środka, a mimo to, zachowałem spokój, o jaki nawet bym się wcześniej nie posądzał. Może jeszcze nie do końca potrafiłem uwierzyć...?
-Co zrobiłem...?- parsknął z rozbawieniem, jakby naprawdę nie rozumiał- Chodź, Parysie... Połóż się przy mnie i zaśnijmy razem... Dziś nie mam już ochoty na nic innego...
-Co on tu robi?- rzuciłem znacznie ostrzej, niż jeszcze chwilę temu.
-On...?- Faustyn rozejrzał się dookoła nieco mało przytomnie, po czym dostrzegając Antoniusza, roześmiał się głośno, starając się podnieść i ogarnąć go ramieniem, ale zaraz potem znowu upadł na posłanie- Bawi się ze mną w chowanego, a co myślałeś! Nie chcesz się do nas dołączyć...?
-Dlaczego mi to robisz?- powtórzyłem raz jeszcze, nie będąc w stanie ukryć żalu, który wkradł się do mojego głosu. To była ta lojalność, ta wierność o której tyle razy mi mówił, czyniąc tym samym coś niemalże w rodzaju wyznania...?
Zaśmiał się ponownie.
-Mój Parys dzisiaj nie jest w humorze... Antoniuszu, mógłbyś...?
-Oczywiście, generale- odparł mężczyzna, wciąż uśmiechając się w ten charakterystyczny sposób. Nie spuszczając ze mnie wzroku, nachylił się nad Faustynem i złożył na jego wargach przeciągły pocałunek. Coś we mnie drgnęło boleśnie. Podniósł się z miejsca i wyszedł, zostawiając nas samych.
-Bawi cię to...?- zapytałem bez zrozumienia.
-Wiele rzeczy mnie bawi, Parysie...- odparł bez cienia zawstydzenia w głosie. Nie wydawał się być poruszony tym, w jakim stanie i z kim go zastałem, zupełnie tak, jakby to było oczywiste.
-Nie wyjaśnisz mi tego?
-Czego?
-Tego, co on tu robił!- krzyknąłem, nie będąc się w stanie powstrzymać.
-Służył mi wiernie...- zaśmiał się głośno- Jak na dobrego żołnierza przystało...
-Wstań!- rzuciłem ostro. Chciałem, żeby spojrzał mi w oczy i chociaż trochę zdał sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
Wciąż chichotał cicho. Przewrócił się na brzuch i usiłował podnieść na przedramionach, ale już po chwili upadł, nie będąc w stanie zachować równowagi, co wywołało u niego kolejną salwę śmiechu. Nie wiem, po ilu próbach udało mu się wreszcie stanąć przede mną na nogi, chwiejąc się na wszystkie strony i uśmiechając pijacko.
-O co chodzi, Parysie...?- zapytał, wpatrując się we mnie z rozbawieniem.
-Dlaczego z nim tutaj byłeś...?- wycisnąłem z siebie z trudem- Przecież mówiłeś, że nie ma nikogo oprócz mnie.
-Nigdy nic takiego nie mówiłem.
-Mówiłeś, że jestem jedyny.
-Bo na tę chwilę byłeś... W tym momencie też jesteś jedyny... W końcu Antoniusz już wyszedł...- zachichotał, dotykając dłonią mojego policzka. Odepchnąłem go. Ledwie utrzymał się na nogach- O co chodzi, Parysie...? Chyba ci się nie wydawało, że wyróżniłem w ten sposób jedynie ciebie...?- zapytał, uśmiechając się pobłażliwie- A to dopiero... Jesteśmy dużymi chłopcami i bawmy się jak duzi chłopcy...
-Jeszcze niedawno mówiłeś coś zupełnie innego- odparłem zbolałym tonem, zupełnie nie pojmując tego wszystkiego. Przecież jeszcze nie tak dawno byłbym gotów ręczyć za jego uczucie, równie mocno jak za moje własne. Przecież nie raz szeptał mi do ucha wyznania, jakie powinny być przeznaczone wyłącznie dla jednej osoby, a teraz... To naprawdę nie miało żadnego znaczenia?
-Mówię wiele rzeczy.
-A te wszystkie słowa...? To była tylko gra? Jakaś chora zabawa?!- krzyknąłem, nie będąc w stanie już nad sobą zapanować.
Zamyślił się przez chwilę.
-Wiesz co...?- odparł w końcu, wpatrując się we mnie z uwagą- Ty w ogóle nie umiesz się bawić, Parysie...
-Ty kłamco!- warknąłem wściekle, rzucając się na niego i własnym ciałem przygważdżając go do podłoża. Przez chwilę wpatrywał się we mnie z wyrazem zdumienia w oczach, po czym znowu zaczął się śmiać.
-Chcesz się bawić w taki sposób...?- parsknął cicho, cmoknąwszy krótko moje usta- Do niczego ci się nie przydam w tym stanie... Za dużo wypiłem...
-Jesteś kłamcą, jesteś przeklętym kłamcą!- powtarzałem chaotycznie, szarpiąc go za ramiona, jakbym naprawdę liczył, że cokolwiek mu to uświadomi- Dlaczego mi nie powiedziałeś?! Dlaczego traktowałeś mnie jak zabawkę, jak cholerną zabawkę, od pierwszego dnia! Bo tak było, prawda...? Odpowiedz! Odpowiedz, do diabła!- potrząsnąłem nim mocniej, ale on wciąż wpatrywał się we mnie z pijacką wesołością, najwyraźniej niewzruszony- Nie zasłużyłem sobie na to! Tyle razy mówiłeś mi o lojalności! Tyle razy prosiłeś o to, bym ci przysięgał... A teraz... Jak śmiałeś igrać ze mną w ten sposób?!
-I co chcesz teraz zrobić...?- uśmiech wciąż nie znikał z jego twarzy- Zabić mnie...? Za zabójstwo współtowarzysza grozi nieodwołalnie kara śmierci, cóż więc mówić o zabójstwie generała...
-Nie boję się śmierci!- warknąłem w odpowiedzi.
-Ja też nie...- odparł, śmiejąc się lekko i spoglądając mi prosto w oczy, jakby chciał mnie sprowokować.
Przez chwilę, ledwie ułamek sekundy, naprawdę byłem gotów go zabić. A jednak mój gniew zbyt szybko przegrał z tym, co widziałem wtedy w jego oczach... Z tym rozbawieniem i dziwaczną stanowczością... Zupełnie tak, jakby czekał na mój kolejny ruch, jakby to był element jego planu, jego gry... Podniosłem się powoli, nie czując już nic, prócz zupełnej bezsilności. Odwróciłem się i bez słowa ruszyłem do wyjścia.
-Widzisz, Parysie...- usłyszałem jeszcze jego słowa- Są rzeczy, które bolą bardziej... Na przykład urażona duma...
Moje złudzenia roztrzaskały się w jednej chwili. Razem z moim sercem.

Nie wiem, na co liczyłem. Moja niepohamowana naiwność kazała mi łudzić się przez kilka dni, że przyjdzie do mnie i wyjaśni to wszystko. Zrzuci tą sytuację na upojenie alkoholowe, przeprosi, będzie błagał o wybaczenie... Nie wahałbym się. Brakowało mi go tak bardzo, że nic nie byłoby w stanie powstrzymać mnie od powrotu do niego, gdyby tylko tego zechciał. Nic. Czułem ból i upokorzenie, ale mimo to nie przestawałem o nim myśleć, tęsknić za nim, jeszcze bardziej intensywnie niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak w końcu musiałem sobie uświadomić, że on wcale nie żałuje. I że nigdy już po mnie nie przyśle. I była to świadomość tak bolesna i pozbawiająca resztek nadziei, że nie potrafiłem już wytrzymać w tym miejscu. Chciałem odejść.
-Nie będzie dezercji w moim oddziale!- wrzasnął wściekle Aruso, gdy tylko mu o tym powiedziałem. Spodziewałem się takiej reakcji. Wszyscy dookoła spoglądali tylko na mnie. Jego wcale to nie krępowało. Mnie też przestało obchodzić.
-Chcę odejść- powtórzyłem uparcie- Mówię to panu, by odejść z honorem, a nie zbiec podczas jednej z misji... Niezależnie od pańskiej odpowiedzi, kapitanie, i tak odejdę.
-Z armii nie można odejść z honorem!- warknął poirytowany- Jedyny honor zostaje przy wojowniku, który rezygnuje ze służby ze względu na wiek albo przez swoją chorobę! Żadne inne odejście nie ma w sobie nic z honoru! Już bardziej honorowa jest śmierć! Lepiej dla ciebie byłoby zginąć, niż odchodzić w hańbie! I ja wolę cię zabić niż pozwolić odejść!
-Nikt nikogo nie będzie zabijał...- drgnąłem na dźwięk tego głosu. Faustyn stanął obok kapitana, rozglądając się dookoła, jakby nie do końca orientował się w całej tej sytuacji- Co się tu dzieje? Co to za zbiegowisko...?
-Jeden z żołnierzy chce zhańbić swój honor odejściem...- odparł Aruso, z trudem zachowując spokój i wskazując na mnie.
Wzrok Faustyna przeszył mnie niczym nóż.
-Och...- uśmiechnął się pobłażliwie- Książę Troi... Mogłem się tego spodziewać...
Nie wiem, skąd brała się moja naiwność i oczekiwanie na jego słowa. Na jego protest, stanowczą odmowę, coś, co pozwalałoby mi sądzić, że wciąż jestem dla niego ważny, a przynajmniej nie obojętny.
-Daj mu odejść, Aruso...- jego kolejne słowa wzbudziły we mnie gorycz- To przecież jego honor, nie twój... W czym problem...?
-Ale to mój żołnierz!- odparł Aruso, wyraźnie poruszony- Nie pozwolę mu odejść!
-Chce iść, niech idzie...- w głosie generała nie było nawet cienia emocji- I tak do niczego się już nie przyda... Oddajcie mu jego rzeczy i niech się wynosi!
-Ależ generale!
-Kapitanie, to moje ostatnie słowo- odpowiedział stanowczo.
Dwaj żołnierze, którzy oddalili się po jego ostatnich słowach, powrócili z powrotem na polanę, niosąc coś ze sobą. Chwilę później rzucili mi pod nogi moje ubrania i część łupów z bitew. Nie podniosłem ich. Słyszałem urywane śmiechy i komentarze, ale nawet nie zareagowałem. Patrzyłem tylko na jedną osobę, licząc wciąż po cichu na to, że jednak ma w sobie coś z tego mężczyzny, z którym byłem jeszcze niedawno.
-Do widzenia, Parysie...- uśmiechnął się drwiąco, kłaniając mi się groteskowo, jakby na pożegnanie- Powodzenia w poszukiwaniu swojej Heleny... Chociaż ty pewnie wolałbyś Achillesa...
Odszedłem.

Minęło kilkanaście lat odkąd opuściłem swój oddział. Nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Żałowałem tylko tego, co się pomiędzy nami wydarzyło, chociaż chyba stopniowo zacząłem zapominać. Miałem swoje życie, swoje zajęcia... Osoba Faustyna rzadko wkradała się do moich myśli i nie poświęcałem jej już tyle uwagi co kiedyś. Nie wiedziałem dokładnie, co się z nim wydarzyło. Dowiedziałem się, że niecały rok po moim odejściu, zmarł kapitan Aruso. Niedługo później żołnierze wszczęli bunt i obalili generała, a jego następcą mianowali Antoniusza. Co się stało z Faustynem? Jedni mówili, że zginął podczas zamieszek. Inni, że udało mu się zbiec, ale później zmarł na jakąś rzadką chorobę w dalekich krajach. Pojawiały się też głosy, że pewnie żyje gdzieś w samotności i ukrywa się przed całym światem, ale ja w to nie wierzyłem. Łatwiej było mi przyjąć, że zginął. Nie dlatego, że życzyłem mu śmierci, bo do tego nigdy nie byłem w stanie się zmusić. Dlatego, że łatwiej zapomina się o tych, których już nie ma.
Tego wieczora wracałem do gospody. Odkąd odszedłem z armii, chwytałem się wielu zajęć, najczęściej daleko od domu i nocowałem w takich miejscach. Przechodziłem obok jakiejś karczmy, z której dobiegały odgłosy muzyki i rozmów... Ktoś leżał na ziemi, tuż przy schodach, usiłując się podnieść, ale bezskutecznie... Nie wiem, co mnie wtedy zatrzymało przy tym człowieku. Nigdy wcześniej nie starałem się pomóc takim ludziom. Wtedy jednak coś mną pokierowało i chwyciłem go, odwracając na plecy. W mętnym świetle wiszących u progu karczmy latarni, przez dłuższą chwilę nie potrafiłem przypomnieć sobie skąd znam tą twarz. Zapuszczoną, zarośniętą, z podkrążonymi oczyma, bladą, wychudzoną... Świadomość tego, kto to był, uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba.
-Zostaw mnie...- usłyszałem mamrotliwy głos, który pamiętałem tak dokładnie, teraz jednak brzmiał chrapliwie i niemalże staro- Zostaw...
-To ty...- rzuciłem z osłupieniem.
Spojrzał na mnie ukradkiem, marszcząc brwi. Już po chwili zdumiał się równie mocno, najwyraźniej mnie poznając. Zaśmiał się cicho.
-Książę Parys...- rzucił z rozbawieniem, po czym nagle zaczął gwałtownie wymiotować. Chwyciłem go mocno, starając się podtrzymać w pozycji siedzącej. Jego ciałem wstrząsały gwałtowne dreszcze. Nie wiem, jak długo siedziałem tam razem z nim, czekając aż to wszystko się skończy, ale wciąż nie mogłem wyjść z osłupienia. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że to ten sam mężczyzna, którego wcześniej znałem.
-Czy można upaść jeszcze niżej...?- zapytałem cicho, gdy jego torsje ustały.
Zerknął na mnie ukradkiem i uśmiechnął się krzywo.
-Nie wiem...- odparł, zachrypniętym głosem- Spróbuj.
-Gdzie mieszkasz?- spojrzałem na niego z uwagą, ale on znowu zaśmiał się gwałtownie, chociaż teraz nawet jego śmiech nie brzmiał prawdziwie i przekonująco.
-Mieszkam...? Dobre sobie, Parysie, dobre sobie...
-Chodź- szarpnąłem go mocno, podciągając do pionu. Uwiesił się na mnie jak marionetka, nie będąca w stanie samodzielnie utrzymać równowagi.
-Nie ma takiej potrzeby... Zostaw mnie tutaj... Dam sobie radę...
-Chodź- powtórzyłem raz jeszcze, bardziej stanowczo i ruszyłem do przodu, prowadząc go ze sobą.
Nie potrafiłem go tam zostawić. Nie wiem, czy z uwagi na dawny sentyment, czy po prostu było mi go żal. Nie byłem w stanie uwierzyć, że będąc na samym szczycie, można się stoczyć na dno. Co się z nim działo przez te wszystkie lata...? Wolałem nie wiedzieć. Dotarliśmy wreszcie do gospody, w której nocowałem. Zaprowadziłem go po schodach na górę, do mojego pokoju i położyłem na łóżku.
-Zostaniesz tu do rana- powiedziałem nieco szorstkim głosem- Wytrzeźwiejesz i dopiero wtedy pójdziesz dalej pić.
Wszystkie wspomnienia zaczęły do mnie wracać w jednej chwili... Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę.
-Usiądź przy mnie, Parysie...- poklepał miejsce obok siebie, wpatrując się we mnie zapadłymi oczyma. Spełniłem jego prośbę, nie zbliżając się jednak zanadto- Pomagasz takiej łajzie jak ja...? Zasługujesz chyba na miano świętego...
-Pomógłbym każdemu w takiej sytuacji- skłamałem chłodno.
-Powinieneś założyć rodzinę.
-Mam rodzinę- odparłem, odwracając wzrok.
-Dzieci też...?
-Mhm...
-Ile?
-Dwoje- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-Idealnie!- zaśmiał się cicho- Chłopca i dziewczynkę?
-Dwóch synów- sprostowałem.
-Cóż... Do mojej armii na pewno już nie trafią.
-Na szczęście- skwitowałem, starając się wciąż brzmieć obojętnie, ale już nie byłem w stanie. Nie sądziłem, że może być we mnie wciąż tak wiele goryczy i żalu o to, jak wobec mnie postąpił. I nigdy bym się nie spodziewał, że mimo tych odczuć, wciąż żywię do niego uczucia, które nie pozwoliły mi go tam zostawić, ani opuścić go teraz, w tej właśnie chwili.
-Pewnie masz mi wiele za złe, prawda...?- odezwał się cicho, wpatrując się w moją twarz badawczo, jakby chciał wyczytać z niej każdą najdrobniejszą emocję. Odwróciłem wzrok- Wiesz, Parysie...? Los bywa przewrotny i głupi... Ci, którzy byli najbliżej mnie, z największą łatwością stanęli po drugiej stronie, gdy tylko wyczuli odpowiedni moment... Zupełnie niczym Helena, która po śmierci kochanka, wraca z powrotem w ramiona swego męża, jakby nic prócz jej dobra nie miało znaczenia... A może to ja byłem twoją Heleną, Parysie...?
Milczałem.
-Byłeś najlepszym z wszystkich tych, których miałem...- wyznał z cichym westchnieniem- Mogłem mieć ciebie, rezygnując ze wszystkich, ale wybrałem wszystkich i zostawiłem ciebie... A teraz wszyscy okazali się zdrajcami, a ty mnie już nie chcesz... Tak, tak, los bywa głupi... Los bywa głupi...
-Nie zrzucaj własnych decyzji na kark losu- odpowiedziałem z cieniem rozgoryczenia. Ciężko było mi słuchać jego słów, teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło. Ciężko było mi na niego patrzeć i widzieć w nim jedynie wrak człowieka, którego wcześniej znałem. Życie jest najlepszym, ale okrutnym nauczycielem...- Leż tu- rzuciłem, podnosząc się z miejsca- Spróbuj zasnąć. Jutro wszystko powinno być lepiej.
Chwycił mnie gwałtownie za rękę, zatrzymując przy sobie.
-Nie... Nie, nie...- zaprotestował cichutko, wpatrując się we mnie błagalnie- Jeszcze nie... Zostań przy mnie, proszę... Jeszcze tylko troszeczkę... Jeszcze tylko chwilkę... Dopóki nie zasnę... Zostań, dobrze...?
Ułożyłem się u jego boku, nie mówiąc ani słowa. Wsłuchiwałem się w jego nierówny, urywany oddech, w swojej wyobraźni znowu przeżywając te wszystkie wspólne chwile... Te, w których był tylko dla mnie, te, w których wydawał mi się jedynym, najbardziej wiernym i lojalnym, najbardziej kochanym i kochającym... Złudzenia... Wszystko złudzenia. Uśmiechnąłem się gorzko. Objąłem go delikatnie ramieniem, wciskając twarz w jego szyję. Chciałem poczuć jego bliskość. Po raz pierwszy od dawna i jednocześnie po raz ostatni. Zanim kolejne piękne złudzenie skończy się gwałtownie.
-Śmiało sobie poczynasz... Młodzieńcze...
Uniosłem głowę, zdumiony. Pamiętał...? Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę. Leżał nieruchomo z zamkniętymi oczyma. Nie słyszałem już jego ciężkiego oddechu. Jego klatka piersiowa nie unosiła się wcale. Szarpnąłem go za ramiona.
-Faustyn!- krzyknąłem, starając się go obudzić- Faustyn!- powtórzyłem chaotycznie, wciąż potrząsając nim bez opamiętania, błagając w duchu, by wreszcie otworzył oczy...
W końcu dotarło do mnie to, co się stało. Przymknąłem powieki, starając się opanować drżenie i cisnące się do oczu łzy. Nachyliłem się nad nim i złożyłem na jego czole przeciągły pocałunek, chwytając go jednocześnie za dłoń, po raz ostatni... Łzy spłynęły mi po policzkach, gdy odsunąłem się od niego powoli, pakując jak w amoku wszystkie swoje rzeczy i przygotowując się do wyjścia.
-Dobranoc, generale...- szepnąłem jeszcze, opuszczając pomieszczenie.
... Byłeś wszystkim tym, czego zawsze pragnąłem...

Są fascynacje, które przeradzają się w miłości. I są miłości, które kończą się jedynie fascynacjami. Nie wiem, co czułem do mojego generała i nie potrafię tego nazwać ani opisać. Wiem jedynie, że zmienił w moim życiu wszystko. I że teraz, z punktu widzenia czasu, nie żałuję już ani jednego swojego słowa i ani jednej spędzonej z nim chwili... Zdaję sobie sprawę z tego, że on już nie wróci. Że nie pojawi się już w moim życiu, nie obudzi dawno uśpionych nadziei, nie przywoła wspomnień i nie wywróci wszystkiego do góry nogami, jak to miał w zwyczaju... A mimo to czuję coś na kształt tęsknoty, za każdym razem, gdy sobie o nim przypominam. I zastanawiam się nad tym, czy istniał chociażby cień szansy na to, byśmy kiedykolwiek mogli być naprawdę razem. Zastanawiam się nad tym, czy gdybym nie odszedł, nie zostawił go wtedy, wykazał się rzeczywistą lojalnością, wszystko by się zmieniło, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej... Nie wiem. Nie potrafię tego przewidzieć. Chcę tylko wierzyć, że teraz jest już całkowicie spokojny. I że może któregoś dnia, dane nam jeszcze będzie się spotkać... A wtedy przyjdzie czas na spóźnione wyjaśnienia i przeciągane przebaczenie.
Gdyby tylko zechciał, zrobiłbym dla niego wszystko.
A teraz jestem sam.
Sam, mimo tych wszystkich ludzi, którzy mnie otaczają.
Uśmiecham się do dzieci, ale mój uśmiech jest pusty.
Wszystko jest inne, gdy żyje się tylko po to, by doczekać śmierci.

sobota, 25 czerwca 2011

Dobry wieczór :)

Dobry wieczór, robaczki. Na dole czeka na was świeżutki rozdział "Sunrise". Znowu się rozleniwiłam i piszę na ostatnią chwilę. Potrzebuję mobilizacji :P. Cały czas marzy mi się dodawanie trzy razy w tygodniu, chociaż w sferze marzeń to pewnie pozostanie. Oprócz tego są wakacje, a ja mam ambitne plany, jak na przykład siedzenie w domu i siedzenie w domu. Ale więcej siedzenia w domu to więcej pisania. Mam nadzieję. I więcej nauki. Bo za rok matura. Jak wesoło.

I tym optymistycznym akcentem kończąc, mówię wam pogodne:

Enjoy.

20. Decyzja [Sunrise]

Szedłem szybkim krokiem parkową aleją. Musiałem wyjść z domu. Nie mogłem już dłużej siedzieć w jednym miejscu i zastanawiać się nad tym wszystkim... Cały czas analizowałem to, co się wydarzyło i ciągle czułem się okropnie bezradny. Miałem świadomość tego, że nie jestem w stanie zrobić zupełnie nic, by znów móc być z Amadeuszem. Nic. Mogłem tylko prosić tego demona, ale od wczoraj nie pojawił się już u mnie i nic nie wskazywało na to, żeby spieszył się ze swoją kolejną wizytą. Brałem udział w tej jego przeklętej grze i byłem tylko pionkiem, który właściwie nie ma na nic wpływu.
Strasznie chciałem zobaczyć Amadeusza. Albo chociaż poczuć jego obecność, wiedzieć, że jest gdzieś blisko, dokładnie tak jak zawsze... Już dawno nie czułem się tak potwornie osamotniony i coraz bardziej zaczynałem obawiać się tego, jak długo jeszcze ten stan rzeczy będzie się utrzymywał. Tamten demon powiedział, że uczynienie Amadeusza niewidzialnym dla moich oczu było trudne. I że na pewno nie potrwa długo. Sęk w tym, że dla mnie „długo” mogło oznaczać dzień, tydzień czy miesiąc, a dla niego chociażby i sto lat. Skąd miałem wiedzieć, za ile czasu pozwoli mi się z nim wreszcie zobaczyć?
Westchnąłem głęboko, po czym zagryzłem nerwowo wargę i zwolniłem nieco. Boże, czemu wszystko nagle stało się tak strasznie skomplikowane...? Jakbym do tej pory nie miał już wystarczająco dużo problemów z ukrywaniem faktu, że moim nowym wybrankiem jest ktoś, kogo nikt tak naprawdę nie widzi i nie zobaczy, nagle zjawia się jeszcze inny demon, który miesza jeszcze bardziej. Dlaczego nas rozdzielił mimo tego, że odmówiłem zrezygnowania z Amadeusza? Co to miało właściwie być? Test? Próba? Chciał mnie w ten sposób przekonać do tego, żebym zmienił zdanie?
Nigdy. Nie zostawię Amadeusza. Jeżeli on będzie chciał zostawić mnie, będzie mógł to zrobić w każdej chwili i nie będę mu stał na przeszkodzie. Ale ja tego nie zrobię. Za dużo nas łączy, za bardzo się w to zaangażowałem, żebym w ogóle mógł się zastanawiać nad tym, czy potrafię bez niego funkcjonować. Nie potrafiłem. Może i były pomiędzy nami nieporozumienia, może i zdarzały się ostre kłótnie, może rzeczywiście różnimy się od siebie aż tak bardzo, że nie można tego w żaden sposób przełamać. Ale to wcale nie znaczyło, że zamierzałem się poddawać bez walki. Ten demon musiał być kompletnym głupcem, skoro sądził, ze czas cokolwiek zmieni. Nie wahałem się ani sekundy. Nieważne, czy przyjdzie dziś, za tydzień czy rok. Odpowiedź na zadane przez niego pytanie i tak będzie dokładnie taka sama. Nie zrezygnuję z Amadeusza. Za nic w świecie. Nawet gdyby przybył do mnie w dzień, w którym byłem na niego wściekły – i tak nic by to nie zmieniło. Nie da się tak po prostu zmienić swoich uczuć. Nie da się tak po prostu zapomnieć. Wbrew temu co mówił. Nie potrafiłem sobie tego w żaden sposób wyobrazić.
-Josh...?- usłyszałem pełne zdumienia pytanie i odwróciłem się, stając twarzą twarz z Adrianem. Uśmiechnął się nieśmiało na mój widok- Cześć.
-O, Adrian... Nie zauważyłem cię...- odpowiedziałem, nieco roztargniony i uśmiechnąłem się blado. Zresztą, trudno się dziwić. Pewnie w tym stanie nie zorientowałbym się nawet, gdyby wyminął mnie dinozaur.
-Co u ciebie?- zagadnął, rumieniąc się wyraźnie, chociaż sprawiał wrażenie nieco mniej skrępowanego niż wtedy, gdy widziałem go po raz ostatni. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nawet do niego później nie zadzwoniłem i nie wyjaśniłem raz jeszcze całej sytuacji... Jenna mówiła, że nie był na mnie zły, ale i tak czułem się głupio. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że prędko się spotkamy. Szczególnie biorąc pod uwagę moją częstotliwość wychodzenia z domu.
-Bywało lepiej- przyznałem cicho- A u ciebie?
-Właśnie idę do sklepu- odparł pogodnie, ale szybko spoważniał ponownie, jakby nieco zaniepokojony- Wyglądasz na przygnębionego... Coś się stało?
Aż tak było widać...?
-Można tak powiedzieć- uciąłem.
-Hm... Nie obraź się, ale... Chodzi o tego chłopaka...?- zapytał z taką nieśmiałością i przestrachem, że aż zacząłem się zastanawiać, czy wyglądam dzisiaj na kogoś nieobliczalnego. Całkiem prawdopodobne.
-W pewnym sensie- odparłem wymijająco- Ale to skomplikowana sytuacja- dodałem prędko. Nie chciałem odpowiadać na kolejne pytania dotyczące tego tematu.
Kątem oka zauważyłem, że zbliża się do nas jakaś obściskująca się parka.
-Okej- Adrian wycofał się natychmiast, jakby spłoszony, ale już po chwili zaczął znowu, równie niepewnie- Ale... Wy...? To znaczy... Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz... A ja nie pytam jakoś zobowiązująco- zaśmiał się nerwowo- Ale czy wy jeszcze jesteście razem...? To znaczy... Podoba ci się jeszcze?- dopytał, jakby nie był pewien naszej sytuacji. Nic dziwnego. Ja sam nie byłem pewien zupełnie niczego.
-Tak, tak...- odparłem z nieco wymuszonym uśmiechem- Między mną, a nim wszystko jest w porządku...
Parka znalazła się tuż przy nas. Oboje, dziewczyna i chłopak, odwrócili się w moją stronę, zerkając na mnie nieco krzywo, po czym on mruknął do niej coś na kształt: „świr”. Boże, ludzie chyba nigdy w życiu nie nauczą się akceptować pewnych całkowicie naturalnych zjawisk... Zignorowałem ich.
-Tak...? No to super- Adrian znów zaśmiał się nerwowo, zaczesując pasemko włosów za ucho. Nie sprawiał wrażenia jakoś szczególnie rozczarowanego- To znaczy wiesz... Cieszę się, naprawdę. Na pewno wszystkie problemy szybko miną, skoro ci na nim zależy...- mówił bardzo szybko, wciąż z wyraźną nieśmiałością- Ale gdybyś... No wiesz... Gdyby coś się zmieniło, gdybyście zerwali albo coś się stało... A-Ale nie życzę ci tego!- zapewnił mnie prędko- Po prostu chodzi o to, że mógłbyś do mnie zadzwonić albo spotkać się ze mną... Nie jakoś zobowiązująco, t-tylko... Jak przyjaciele. Żeby się wygadać, sam wiesz... N-nawet jak ze sobą nie zerwiecie to i tak zawsze możesz dzwonić...
-Dzięki- odpowiedziałem, uśmiechając się z wdzięcznością, chociaż doskonale wiedziałem, że ani on, ani żadne z moich przyjaciół nie będzie w stanie mi pomóc w tej sprawie. Nie mogłem się im nawet wygadać, poprosić o zdanie... Zostałem z tym wszystkim sam- Powinniśmy się kiedyś spotkać. Dasz mi swój numer?- zapytałem, wyciągając telefon. Adrian był świetnym chłopakiem, nie wiedziałem jeszcze, czy uda nam się rzeczywiście zaprzyjaźnić, ale z pewnością byłem mu winien spotkanie na jakimś neutralnym gruncie, z jasno ustalonymi zasadami.
-Poproś Jennę, okej?- uśmiechnął się wesoło- Ja muszę już lecieć, ojciec mnie zabije, jeżeli zaraz nie wrócę... Ale zadzwoń, dobrze?
-Nie ma sprawy. Do usłyszenia.
-Do usłyszenia.
Przez chwilę jeszcze stałem w miejscu i obserwowałem jak odchodzi. Znowu zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to wszystko miałoby wyglądać. Jak mogłoby wyglądać, gdybym zgodził się na propozycję tego demona. Naprawdę byłbym w stanie zapomnieć...? Tak po prostu? O wszystkim, o każdej jednej spędzonej wspólnie chwili, o tych wszystkich uczuciach, jakimi darzyłem Amadeusza...? Ruszyłem przed siebie. Wydawało mi się to zupełnie nierealne, nieosiągalne. Jak by to wyglądało? Obudziłbym się któregoś dnia i zupełnie nie wiedział, co działo się przez ostatnie tygodnie w moim życiu? A może pamiętałbym wszystko oprócz chwil spędzonych z Amadeuszem. Ale co z tego? Jenna pytałaby mnie o mojego chłopaka, a ja nie wiedziałbym o kogo chodzi? Pewnie wtedy wszystko wyglądałoby inaczej. Pewnie zacząłbym znowu chodzić do szkoły, żył zupełnie tak jak dawniej, zaczął się spotykać z Adrianem albo kimkolwiek innym... Nie chciałem tego. Zdawałem sobie sprawę, że życie z demonem na dłuższą metę może okazać się znacznie trudniejsze i nieść za sobą dużo poważniejsze konsekwencje niż tylko nieustanne okłamywanie znajomych. Mimo to, nie zamierzałem się poddawać. Przecież się spotkaliśmy, trafiliśmy na siebie, on na człowieka, który widzi demony, ja na demona, którego ludzie fascynują. Równie dobrze mógłbym spotkać kogokolwiek innego, a jednak padło na niego. Na pewno nie bez przyczyny.
Zderzyłem się z kimś, wychodząc z parku.
-Przepraszam- rzuciłem natychmiast, wyrywając się z zamyślenia i odsuwając z drogi.
-Nie ma sprawy...- usłyszałem znajomy pomruk i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, kto przede mną stoi.
-Jack?- zapytałem ze zdumieniem.
-Josh?- uniósł brwi, najwyraźniej równie zaskoczony.
-Boże, co za dzień, ciągle na kogoś wpadam!- parsknąłem cicho, starając się zamaskować swoje obawy nieco nerwowym uśmiechem. Wolałem, żeby moi znajomi nie domyślali się, że coś nie gra. Pewnie od razu wpadłaby do mnie Jenna albo Katy, znowu zaczęłyby się telefony... Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać, chciałem po prostu rozwiązać całą tą sytuację- Dokąd idziesz...?- starałem się brzmieć w miarę pogodnie i wesoło.
-Do Jenny- odparł, wzruszywszy ramionami, po czym dodał, widząc moje zdziwienie- Zaprosiła mnie.
-Naprawdę...?- Jenna nigdy nie umawiała się z nim sam na sam, bo dobrze wiedziała, że nie jest mu obojętna- Ale wy chyba... To znaczy... Spotykasz się z Jenną?- zapytałem wreszcie, marszcząc brwi. Wydawało mi się to kompletnie niewiarygodne, ale po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę od dłuższego czasu nie rozmawiałem na poważnie z moimi przyjaciółmi. Mogłem coś przegapić.
-Nie- odpowiedział cicho- A ty?
-Ja?- parsknąłem, unosząc brew- Z Jenną?
-Nie, z kimkolwiek- sprostował, wpatrując się we mnie z uwagą.
Zmieszałem się trochę.
-To znaczy wiem, że się z kimś spotykasz- dodał prędko, jakby uznał, że należy wyjaśnić tą kwestię- To znaczy... Och, cholera!- skrzywił się nieco- Chodzi mi o to, że... Nie znam tego kolesia, nie?
-Nie... Raczej nie.
-Słuchaj, Josh...- zaczął, po czym milczał przez dłuższą chwilę, jakby walczył sam ze sobą, czy mówić dalej. W końcu z dużym trudem, kontynuował- Ja jestem facetem, nie? W sensie... Chodzi mi o to, że dla mnie to nie jest... Zbyt komfortowe, że jesteś... Wiesz... Nie żebym coś do tego miał, bo wiesz, że się z tym pogodziłem i jak dla mnie wszystko gra... Chodzi o to, że nie lubię cię wypytywać o twoje prywatne sprawy i nie lubię o tym gadać, bo trochę mi głupio, ale to nie znaczy, że cię olewam albo coś w tym stylu.
-Dzięki, Jack...- odparłem, trochę zaskoczony tym wyznaniem. Dobrze zdawałem sobie z tego sprawę, chociaż nigdy o tym nie gadaliśmy. Zresztą, rzadko spotykaliśmy się bez towarzystwa dziewczyn, nigdy jakoś nie było okazji do szczerej rozmowy.
-Więc... Ten twój nowy facet... Jest w porządku...?- mruknął niepewnie.
-Tak, tak...- zapewniłem prędko, nieco skrępowany.
-Ale nie taki jak ten Rick, no nie...?
-Nie- odpowiedziałem stanowczo- Jest zupełnie inny.
-Ach... No to super- podrapał się po głowie i odkaszlnął cicho- To tego... Będę leciał, nie? Tylko wiesz... Jakbyś chciał pogadać... Nie nadaję się do udzielania porad sercowych, ale coś tam ci mogę powiedzieć... W końcu jesteśmy facetami, a facet z facetem zawsze zrozumie się lepiej niż z babami, nie?
-Wiem...- uśmiechnąłem się w odpowiedzi- W razie problemów, na pewno ci powiem.
-Okej- wzruszył ramionami- Będziesz w poniedziałek w szkole?
-Chyba tak.
-No to... Do zobaczenia, nie?
-Cześć- pożegnałem się z nim i ruszyłem w swoją stronę.
Cholera, chyba naprawdę ich wszystkich zaniedbałem, skoro Jack zdecydował się na podobne wyznanie... Powinienem gdzieś z nimi wyjść i szczerze pogadać. No dobrze, szczerze do pewnego stopnia, czyli oczywiście żadnych wyznań na temat demonów i mojego niewidzialnego partnera. Zrobię to, gdy tylko odzyskam z powrotem Amadeusza... Wtedy zrewanżuję się przyjaciołom za to, że ich ignorowałem i zadzwonię do Adriana. Na razie zupełnie nie miałem do tego głowy.
Powłóczyłem się jeszcze trochę dookoła osiedla, po czym wróciłem do mieszkania i od razu poczułem się okropnie przygnębiony. Było tak cicho, spokojnie... Żadnych śladów obecności Amadeusza. Żadnych pobitych szklanek, poprzestawianych rzeczy... Nic. Wszystko było dokładnie tak, jak to zostawiłem. Nikt mnie nie wołał, nie zaczepiał, nie marudził... Nie minęło przecież wiele czasu, a ja już tęskniłem za nim jak szalony.
Dzień bez niego zdawał się dłużyć w nieskończoność. Wskazówki zegara przesuwały się leniwie, jakby z trudem i niechęcią odmierzały kolejne sekundy, minuty, godziny... Było już późno wieczorem, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Zatrzymałem się w połowie drogi do łazienki, mocno zdumiony i otworzyłem.
-Cześć- rzuciłem, kompletnie osłupiały, widząc przed sobą swoją przyjaciółkę.
-Cześć- odpowiedziała cicho Jenna. Wyglądała jakoś inaczej niż zwykle, brak jej też było charakterystycznej przebojowości i pewności siebie. Sprawiała wrażenie raczej przybitej- Mogę wejść?
-Jasne- odparłem prędko, wpuszczając ją do środka i zamykając za nią drzwi. Przeszliśmy do salonu- Coś się stało...?- zapytałem niepewnie.
-Nie wiem. Stało się?- spojrzała na mnie z uwagą.
-O co chodzi?
-Dobra... Słuchaj, Josh, ja wiem, że jestem czasem totalną egoistką... I nie zaprzeczaj- dodała natychmiast, widząc chyba, że już otwieram usta, by zaprotestować- Nie jestem najlepszą przyjaciółką i w ogóle, zawsze mam swoje sprawy, ale... Brakuje mi ciebie- przyznała, spuszczając wzrok- Nie powiedziałam ci tego ostatnio, bo było mi głupio. Wolałam, żebyś usłyszał coś takiego od Jacka albo Katy, a ja chciałam udawać, że się tym nie przejmuje. Ale wszystko strasznie się zmieniło, odkąd cię z nami nie ma. My się już w ogóle ze sobą nie zadajemy. Katy przecież nigdy mnie nie lubiła, a Jack... Sam wiesz. Ty byłeś jakimś elementem spajającym, godziłeś nas wszystkich, łączyłeś... A teraz prawie nie mamy o czym rozmawiać- przyznała z głębokim westchnieniem- Nie wymagam od ciebie, żebyś mniej czasu poświęcał temu chłopakowi, ale mógłbyś czasem pójść gdzieś z nami na miasto, wziąć go ze sobą... Przecież nam to wcale nie przeszkadza. Ricky też czasem z nami wychodził, pamiętasz?
Zagryzłem nerwowo wargę, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. Wszystko z chwili na chwilę komplikowało się coraz bardziej... Najpierw Jack, teraz Jenna... Przecież wiedziałem, że nie jestem w stosunku do nich fair, ale nigdy nie rozmawiali ze mną aż tak otwarcie. Czułem się głupio. Było mi wstyd, za swoje zachowanie, ale jednocześnie nie potrafiłem go zupełnie wytłumaczyć. Amadeusz do tej pory całkowicie mnie zajmował, nie miałem czasu na szkołę, znajomych, wspólne wyjścia, rozmowy... Nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz rozmawiałem z Katy, a przecież jeszcze nie tak dawno zwierzała mi się prawie codziennie. I najbardziej przerażające było to, że będąc z demonem w ogóle za nimi nie tęskniłem. Dopiero w takich sytuacjach jak ta, docierało do mnie, jak bardzo mnie potrzebowali. Dochodziło do mnie, że ja też ich potrzebowałem, ale to wszystko pochłaniało mnie całkowicie i nie mogłem im o tym opowiedzieć. Czy to nie to miał na myśli ten demon, gdy mówił o zupełnej izolacji...?
-Jenna, może usiądziesz?- rzuciłem wreszcie przez ściśnięte gardło.
-Nie, będę już szła- uśmiechnęła się przepraszająco, zaczesując pasemko włosów za ucho- Przepraszam, że ci tak truję...- parsknęła cicho- Wiem, że ja też nie zawsze jestem okej i czasem wychodzę z innymi znajomymi zamiast z wami, ale tak naprawdę... Nie mam lepszych przyjaciół niż wy. Serio. I nie ma nikogo, kto umiałby mnie wysłuchać i mi doradzić tak dobrze jak ty. Więc... Mógłbyś czasem jednak odbierać telefony...? Proszę- rzuciła, jakby z rozbawieniem, chociaż dla mnie to wcale nie było śmieszne.
Jak mogłem ich tak długo ignorować...? Jasne, Jenna też miewała swoje sprawy i nie zawsze miała czas dla nas, ale Katy i Jack byli przy mnie właściwie non stop. Nie zdarzyło się jeszcze, bym kiedykolwiek się na nich zawiódł. A teraz...
-Jenna, przepraszam, ja...
Nim zdążyłem powiedzieć cokolwiek więcej, usłyszałem dźwięk komórki.
-Poczekaj chwilę- poprosiłem, uśmiechając się blado, po czym prędko odnalazłem telefon i odebrałem go szybko, nawet nie spoglądając na wyświetlacz- Słucham?
-Josh, wpadniesz? Jestem właśnie z Lucasem w tym nowym barze, no wiesz, tym w centrum... Mówię ci, jest...
-K-Kto mówi...?- rzuciłem, zupełnie zdezorientowany.
-Jak to kto? Nie poznajesz? Jenna! Ha, ha, chyba nie usunąłeś mnie jeszcze z telefonu? Wpadaj, mówię ci, impreza jest świetna! Cholera, jak ten bar się nazywa... Lucas, jak nazywa się ten bar...?
Rozłączyłem się. Odetchnąłem płytko, kompletnie osłupiały, po czym wreszcie, po dłuższej chwili, zdecydowałem się odwrócić. W miejscu, w którym przed chwilą widziałem moją przyjaciółkę, stał teraz ten demon, wpatrując się we mnie przenikliwym wzrokiem.
-To ty- rzuciłem, aż nie mogąc w to uwierzyć- Podszywałeś się pod Jennę! I... I pod Adriana... I pod Jacka...- nagle zaczynałem rozumieć te wszystkie krzywe spojrzenia, dziwne komentarze, tą nagłą szczerość moich znajomych...- Ty kłamco! Chciałeś, żebym zwątpił w słuszność swojej decyzji!
-I zwątpiłeś...- odparł spokojnie, nie odrywając ode mnie chłodnego spojrzenia- Ludzie już tacy są, Joshu Carter. Jeżeli mają dużo czasu i odpowiednie okoliczności, zwątpią we wszystko... Nawet we własne istnienie...- uśmiechnął się nieprzyjemnie- Wystarczyłoby mi jeszcze kilka dni, a twoja odpowiedź byłaby oczywista. Gdyby nie ta mała pomyłka...
-Nigdy bym z niego nie zrezygnował! Nigdy!- zaprotestowałem gwałtownie, aż trzęsąc się z wściekłości, chociaż wbrew własnym słowom, bałem się tego, że mógłbym postąpić inaczej. A on na pewno wybrałby najlepszy moment i przyszedł właśnie wtedy, gdy dręczyłyby mnie najpotworniejsze wątpliwości- Powiedziałeś, że dasz mi czas na przemyślenie tej propozycji, ale nie było mowy o tym, że będziesz mnie oszukiwał!
-A kto mówi o oszukiwaniu, Joshu Carter...?- mruknął bez odrobiny emocji- Żadne moje słowo nie było kłamstwem... W gruncie rzeczy, powinieneś być mi wdzięczny. Wszystko, co ci pokazałem było prawdą... Każde słowo twoich przyjaciół... Nawet, jeżeli wypowiadane przeze mnie... Wiązało się z ich prawdziwymi uczuciami. Nie zmyśliłem sobie tego. To były ich rzeczywiste rozważania i wątpliwości... Ja byłem jedynie kimś w rodzaju przekaźnika informacji... Powiedziałem ci to, czego oni nigdy nie byliby w stanie z siebie wydusić przez swoje wady i niechęć przyznania się do słabości, ale na tym kończyła się moja rola. Uczyniłem twojego niedoszłego kochanka bardziej śmiałym, twojego przyjaciela bardziej otwartym, a przyjaciółkę bardziej emocjonalną... Powiedz mi, Joshu Carter...- podszedł do mnie bliżej, a ja z trudem powstrzymałem się od tego, by się cofnąć- Co skłania takiego człowieka jak ty, do usilnego trzymania się istoty, która nie ma nic wspólnego z jego światem...? Przecież masz innych znajomych, masz nawet kogoś, kogo mógłbyś obdarzyć podobnymi względami, gdybyś tylko zechciał, więc... Dlaczego?
-Nie zrezygnuję z Amadeusza- odparłem stanowczo, po czym dodałem znacznie ciszej- Kocham go.
-Kochasz...- demon nie wydawał się ani zaskoczony ani rozzłoszczony moim wyznaniem. Raczej na wpół rozbawiony, na wpół zniesmaczony. Uniósł kąciki ust i pokręcił głową w jakimś pełnym pobłażliwości geście- Miłość to tylko słowo wymyślone przez ludzi dla zamaskowania ich egoistycznych, prostych, cielesnych pobudek... Próba nadania im metafizycznego oddźwięku.
-Nie obchodzi mnie, co o tym myślisz- przerwałem mu szorstko.
-Twoi przyjaciele też cię nie obchodzą, Joshu Carter...?
-Moi przyjaciele mnie rozumieją...- odparłem, starając się powstrzymać drżenie głosu- Niezależnie od tego, jak starałeś się to przedstawić... Mogą mieć do mnie pretensje, mogą czasem czuć się opuszczeni, ale ostatecznie zawsze staną po mojej stronie... A ja ich nie zaniedbam. Będę w stanie godzić to wszystko z obecnością Amadeusza.
Uśmiechnął się krzywo.
-Wątpliwe. Ale nie mnie to oceniać... W takim razie, zapytam raz jeszcze...
-Nie, tym razem to ja będę pytał- stwierdziłem stanowczo, wpatrując się w niego z uwagą. Umilkł natychmiast, spoglądając na mnie z wyraźną ciekawością- Czy Amadeusz może stać się człowiekiem...?- od naszej ostatniej rozmowy ciągle mnie to dręczyło.
Zaśmiał się lodowato.
-Zapytaj raczej, czy ty możesz stać się demonem...- odparł, a ja zagryzłem niepewnie wargę, spuszczając wzrok. Nie. Takiej możliwości nawet nie brałem pod uwagę. Nie chciałem tego- Widzisz, Joshu Carter...?- uśmiechnął się pobłażliwie- Żadna ludzka istota nie jest zdolna do wielkich poświęceń...
-Odpowiedz tylko, czy to możliwe.
-Możliwe.
Osłupiałem.
-Więc... Więc to może się stać...- rzuciłem bardziej do siebie niż do niego, kompletnie oszołomiony- On może stać się człowiekiem...
-Nie- przerwał mi chłodno.
-Ale przecież powiedziałeś, że...
-Powiedziałem, że to możliwe...- sprostował spokojnie- Ale mówię też, że nigdy się nie zdarzy.
-Nie rozumiem...
Uniósł kąciki ust w pełnym rozbawienia uśmiechu, jakby dokładnie tego się spodziewał.
-Joshu Carter...- odezwał się wreszcie, wyjątkowo pobłażliwym tonem- Jeżeli teraz powiem ci, żebyś wyskoczył przez okno, obiecując jednocześnie, że wyrosną ci skrzydła i osobiście nauczę cię latać... Zrobiłbyś to?
Zmarszczyłem brwi.
-Nie- odparłem, nie do końca wiedząc, do czego zmierza- Bałbym się.
-No właśnie. Bałbyś się tego, co mogłoby nastąpić. Mógłbyś dostać skrzydeł albo roztrzaskać się o bruk... Z demonami jest dokładnie tak samo. My nie wiemy, jak to jest być człowiekiem. Nie znamy tego uczucia. Niektórzy z nas was obserwują, są ciekawi, ale bez względu na to, jak długo będą się wam przyglądać, nigdy nie poczują do końca jak to jest znaleźć się na waszym miejscu. Wasze życie zaczyna się od bólu i na bólu się kończy... Gdyby nie wasze wzloty i upadki, wasze wątpliwości, zmagania z losem i własnymi słabościami... Cielesność...- musnął lekko mój policzek, a ja wzdrygnąłem się odruchowo, odsuwając nieco- … Pewnie w ogóle nie byłoby w tym nic ciekawego. A jednak dla niektórych z nas stanowicie obiekt fascynacji. I tyle. Nic więcej.
-Ale demon może podjąć taką decyzję, prawda?- drążyłem dalej.
Mężczyzna westchnął z nutą zniecierpliwienia.
-Wasze życie jest dla nas ledwie chwilą, sekundą, ułamkiem nieskończoności... Mielibyśmy świadomie wybrać życie?- na jego twarzy wymalował się grymas pogardy- Zejść o piętro niżej? Do bólu, cierpienia, nędzy, rozpaczy, chorób i śmierci...? To jest esencja człowieczeństwa. Nie zamieniłbyś się na żywota ze szczurem uwięzionym w klatce, prawda...?- uśmiechnął się chłodno, wpatrując we mnie przenikliwie- Nawet tym najbardziej wyjątkowym...
Milczałem. Nie miałem pojęcia, jak patrzą na to wszystko demony. On też tego nie wiedział. Nie mogłem wypowiadać się za wszystkich ludzi, a on nie mógł wyrażać opinii każdego demona. Chciałem tylko wiedzieć, że istnieje taka możliwość i teraz, gdy się o tym przekonałem, czułem się silniejszy niż wcześniej. Amadeusz mógł stać się człowiekiem. Ostateczny wybór i tak będzie należał do niego, ale może przyjdzie taki dzień, gdy zdobędę się na odwagę i go o to zapytam. A może nawet on sam zadecyduje o tym pierwszy.
-Nie traćmy mojego cennego czasu, Joshu Carter...- uśmiechnął się cynicznie- Wypada mi po raz ostatni zadać ci pytanie, które już znasz... Czy zrezygnujesz ze swojego daru?
-A ty dobrze znasz odpowiedź. Nie- odparłem bez cienia wątpliwości.
-To twoja ostateczna decyzja, Joshu Carter. Nie będzie już innej możliwości. Inny posłaniec już się nie trafi... A ty zostaniesz z tym wszystkim sam. Nie pomoże ci żaden z twoich ludzkich przyjaciół, gdy on odejdzie. A odejdzie. W końcu nadchodzi moment, w którym trzeba podjąć decyzję- westchnął głęboko, po czym ukłonił się przede mną lekko i rzucił jeszcze- Żegnaj, Joshu Carter. Poznanie cię było prawdziwą przyjemnością.
-Żegnaj- odpowiedziałem jedynie. Jakoś nie mogłem powiedzieć tego samego- Czekaj!- wykrzyknąłem gwałtownie, chociaż nie zdążył się nawet ruszyć z miejsca. Posłał mi pytające spojrzenie- Co z Amadeuszem...?
-Och... Wróci- odparł spokojnie- Prawdopodobnie zajmie mu to trochę czasu... Może czuć się skołowany...- uśmiechnął się lekko- Obawiam się, że będziesz jeszcze żałował swojej decyzji, Joshu Carter.
-Nie wydaje mi się- odpowiedziałem, ale jego już nie było.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, czując się nieswojo. Usiadłem na brzegu łóżka, gryząc wargi ze zdenerwowania. Miałem nadzieję, że tym razem to nie jest żadne kłamstwo ani podstęp, że Amadeusz naprawdę wróci, że znowu będzie jak dawniej... Czas mijał. Każda kolejna minuta wydawała się dłużyć w nieskończoność. Dopiero po kilku godzinach usłyszałem jakiś hałas w przedpokoju, ale nim zdążyłem się podnieść, Amadeusz pojawił się tuż przede mną.
-Amadeusz...- szepnąłem, podrywając się natychmiast z miejsca. Boże, dawno już nie czułem takiej ulgi.
-Bałem się, że cię nie zobaczę- chwycił mnie mocno w ramiona, przyciskając do siebie z taką siłą, że prawie połamał mi kości. Zaśmiałem się radośnie, wczepiając się w niego mocno i tuląc do siebie długo, nie mogąc się nim nacieszyć.
-Ja też- przyznałem, skrywając twarz w jego szyi- Ja też...
-Nie zostawię cię teraz ani na chwilę, Josh!- zapewnił mnie gorliwie- Ani na sekundę! Będę z tobą cały, cały czas i obiecuje, że już nigdy nie zrobię niczego równie głupiego! Nigdy! Przysięgam! Byłem wtedy na ciebie wściekły i myślałem, że jak odejdę gdzieś daleko, na długo, to pożałujesz tego wszystkiego... Ale zmieniłem zdanie, a wtedy on dostał się tutaj razem ze mną... Obserwował nas od dawna, ale o niczym nie wiedziałem... No i... No i nie zorientowałem się, aż do tego dnia, gdy przestałeś mnie widzieć... Wtedy już wiedziałem... I... I...
-To już nie ma znaczenia- stwierdziłem stanowczo, odsuwając się od niego nieco i uśmiechając łagodnie- Już wszystko jest w porządku.
Amadeusz milczał przez dłuższą chwilę, nie patrząc mi w oczy, po czym przyznał:
-Sądziłem, że ze mnie zrezygnujesz.
-Nigdy bym tego nie zrobił!
-Wiem...- westchnął głęboko, skinąwszy głową- Powtarzałem sobie ciągle, że tego nie zrobisz, ale miałem te wszystkie wątpliwości... Bałem się, że cię do tego namówi, zmusi... Nie wiem co bym zrobił- na powrót wtulił się w moją szyję, obejmując mnie z całej siły.
Uśmiechnąłem się delikatnie, głaszcząc go miarowo po plecach. Teraz, kiedy miałem go obok siebie, nic innego nie miało już znaczenia. Nie zwątpiłem w niego. Nie zwątpiłem w to, co nas łączyło i nie dałem się sprowokować do żadnej pochopnej decyzji. I miałem nadzieję, że nawet gdyby nie ten przypadek z Jenną, i tak nie udzieliłbym innej odpowiedzi. Nie byłem tego wcale pewien, ale chciałem w to wierzyć. Bądź co bądź, miałem do czynienia z istotą, która potrafiła doskonale grać na emocjach i stwarzać masę fałszywych pozorów... I zwyciężyłem.
Prawie jak w bajce. Zaśmiałem się cichutko na tą myśl.
Dobrze było mieć go znowu obok siebie, widzieć, czuć... Zagryzłem niepewnie wargę, wahając się przez chwilę, ale stwierdziłem, że trzeba to wreszcie powiedzieć. Że w obliczu tego, co się wydarzyło, to niemal oczywiste.
-Kocham cię- szepnąłem cichutko. Odsunął się ode mnie, wpatrując się w moją twarz z zupełnym zaskoczeniem- Kocham cię- powtórzyłem już bardziej zdecydowanym i stanowczym tonem.
Oczekiwałem, że coś odpowie. Początkowo nawet sądziłem, że usłyszę dokładnie to samo, ale gdy jego milczenie stawało się coraz dłuższe i dłuższe, a z jego twarzy nie znikał wciąż wyraz osłupienia, zaczynałem tracić nadzieję. W pewnym momencie poczułem się głupio i pożałowałem swoich słów. Może był wypowiedziane zbyt wcześnie...?
Amadeusz odsunął się jeszcze bardziej, po czym odkaszlnął cicho i wydusił z siebie coś na kształt:
-No... To... Dobrze chyba...
… I skończyło się bajkowanie.

środa, 22 czerwca 2011

Dobry wieczór

No więc dzisiaj "You found me". To opowiadanie które pisze mi się ostatnimi czasy najbardziej lekko ze wszystkich, pewnie dlatego, że póki co jest dość łagodne w przekazie. Co do soboty... Mam nadzieję, że uda mi się napisać "Sunrise", bardzo bym chciała :). A w przyszłym tygodniu zapowiadam wstępnie Edmunda, chociaż to może jeszcze ulec zmianie, zobaczymy, co będzie mi chodziło po głowie. 

I wreszcie wakacje ^_^

Enjoy ;*. 

§ 6 § [YFM]

Absalom szedł niespiesznym krokiem w kierunku domu, zaczesując wilgotne pasemka włosów za ucho. Uśmiechał się błogo, wsłuchując w śpiew ptaków i z radością obserwując budzącą się do życia naturę. Wszystko wokół niego zdawało się idealnie ze sobą współgrać, współistnieć, jakby było doskonałym spektaklem natury, jej idealnym dziełem. I sam Absalom, również dumnie uważał się za jego część. Dzisiaj las wydawał się być jeszcze piękniejszy niż zwykle.
Chłopak zdjął koszulkę i przerzucił ją przez ramię, nucąc coś raźno pod nosem. Z dnia na dzień robiło się coraz cieplej i przyjemniej. Chociaż trudno powiedzieć, czy to pogoda była tym, co wprawiało młodzieńca w tak dobry nastrój...
Wszedł na polanę. Tuż przed domem siedział Mortalis, strugając coś z kawałka drewna niespiesznymi ruchami. Nigdy nie wychodziło mu z tego nic konkretnego, ale Absalom nie zapytał dotąd, po co właściwie to robi. Miał wrażenie, że mężczyzna się przy tym uspokaja i relaksuje. Uśmiechnął się do niego radośnie i przysiadł obok, obejmując go ramionami i składając krótki pocałunek na jego policzku.
-Woda w jeziorze jest cieplutka- stwierdził, wciąż nie przestając się uśmiechać, po czym raz jeszcze ucałował twarz mężczyzny, przyciskając się do niego kurczowo. Mortalis przerwał na chwilę wykonywaną przez siebie czynność i zerknął na niego ukradkiem. Był tu już prawie trzy tygodnie. Bez żadnej przerwy, żadnej, nawet najkrótszej wyprawy... Rzadko zdarzało mu się bywać w domu tak długo. Absalom wciąż jednak nie mógł się nacieszyć jego obecnością. Rozkwitał przy nim jak kwiat, który po długim, zimowym okresie, dostrzega wreszcie pierwsze promienie słońca. Nie chciał pytać o termin jego kolejnego zadania, wolał nie wiedzieć. Chciał trwać jak najdłużej w tym słodkim oderwaniu od rzeczywistości. Czuł się niemalże tak, jakby czas się dla nich zatrzymał. Nie liczył dni ani godzin, kiedy był przy nim Mortalis, nie odczuwał ni krztyny tęsknoty czy smutku. U jego boku wszystko nagle stawało się proste, a wątpliwości rozwiewały się momentalnie, gdy tylko natrafiał na jego spojrzenie- Powinniśmy się gdzieś razem przejść- dodał, podnosząc się wreszcie na nogi- Może zajrzałbyś do Edalisa...?
-Nie sądzę- odmruknął w odpowiedzi Mortalis, odwracając wzrok i znowu zaczynając ciosać drewno.
-Nie rozumiem, co z was za przyjaciele, skoro nigdy się nie widujecie...- odparł Absalom, marszcząc brwi, ale już po chwili zupełnie co innego przykuło jego uwagę. Z lasu wydostał się zając, który powoli, jakby z wahaniem, zaczął zbliżać się w kierunku ich domu. Chłopak uśmiechnął się radośnie, wbiegając na chwilę do chatki po sałatę, po czym podszedł do zwierzęcia spokojnym krokiem i podał mu pożywienie. Uklęknął tuż przy nim, przyglądając się szarakowi. To był ten sam, który zaplątał się tutaj ostatnim razem, z naderwanym uchem- Cześć, maluszku- przywitał się z nim łagodnie, chcąc go pogłaskać, ale gdy tylko wyciągnął w jego kierunku dłoń, zwierzę spłoszyło się natychmiast i skryło w pobliskich krzakach, wyglądając z nich jednak po chwili, jakby z ciekawością- Chyba jeszcze za szybko, na przesadną bliskość- zachichotał, wstając i wracając do Mortalisa. Nie minęło długo, aż zając z powrotem pojawił się przy swojej porcji sałaty i dokończył posiłek, po czym znowu czmychnął do lasu. Absalom zaśmiał się lekko. Lubił zwierzęta. Niektóre z nich udało mu się nawet oswoić i już nie uciekały na jego widok, a czasem, szczególnie zimą, zdarzało im się przyjść po coś do jedzenia.
-Mówiłem ci już, żebyś nie karmił leśnych zwierząt...- odezwał się cicho Mortalis.
-Dlaczego?- chłopak spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Bo ty chcesz nakarmić je, a ktoś inny będzie wolał nakarmić się nimi.
-To okropne!- młodzieniec pokręcił głową niemalże z oburzeniem- Są urocze i... I ładne... Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć je zjeść?!
-Bo są też smaczne- odpowiedział krótko mężczyzna.
-To potworne.
-Raczej naturalne- poprawił go mężczyzna, wciąż nie odrywając wzroku od kawałka drewna, który z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej miękki i wygładzony.
-To ta część natury, której nie lubię- odpowiedział z niezadowoleniem chłopak. Nigdy nie potrafił tego zrozumieć. Ludzie jedli różne rzeczy, owszem, ale skoro hodowali krowy i świnie na swój użytek, dlaczego nie mogli ograniczyć się do nich i polowali na te drobne zwierzęta z lasu...? Sarny i zające... Nikomu nie szkodziły! Nie były drapieżnikami ani szkodnikami... Należało po prostu zostawić je w spokoju i pozwolić im żyć.
-Natura jest skonstruowana tak, że radzi sobie sama... Zwierzęta też sobie poradzą. Dziś jesteś, ale jutro może cię tu nie być. Jeżeli ktoś za bardzo przyzwyczai się do wygody, może później nie znieść zderzenia z twardą rzeczywistością.
-A jeżeli ktoś jest za słaby, by poradzić sobie sam?- zapytał Absalom, unosząc pytająco brew.
-Wtedy ginie- odparł mężczyzna, bez cienia emocji w głosie- I to też jest natura.
Nieprawda. Absalom nie postrzegał tego w taki sposób. Przecież ludzie też byli częścią natury. I opieka nad tymi, którzy nie dawali sobie rady samodzielnie, wydawała się sprawą oczywistą. Opieka nad małymi dziećmi, opieka nad starszymi, chorymi, kalekami... To też było naturalne i ludzkie. Przecież gdyby Mortalis nie wziął go ze sobą tamtego dnia, chłopak prawdopodobnie już by dziś nie żył. Owszem, zawsze znajdą się tacy ludzie, których trudno uznać za wzór do naśladowania, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
-Jeżeli zwierzę za bardzo ci za ufa, wkrótce zacznie postrzegać inaczej też innych ludzi. Nie jako zagrożenie, ale jako potencjalną pomoc...- kontynuował cicho mężczyzna, nadając trzymanemu przez siebie kawałkowi drewna lekko owalny kształt- A jeżeli tak się stanie, może wbrew własnemu instynktowi postąpić naiwnie i pozwolić się do siebie zbliżyć komuś, kto nie wykaże się równą dobrocią serca i łaskawością... Ludzie powinni się trzymać z dala od zwierząt, a zwierzęta od ludzi. Przywiązanie do człowieka zawsze kończy się źle. Zresztą, nie tylko dla nich...- dodał ponuro.
Absalom spojrzał na mężczyznę z uwagą, po czym parsknął cichutko i przysiadł tuż obok niego, opierając głowę na jego ramieniu.
-Człowiek potrzebuje kogoś, komu mógłby zaufać- szepnął.
-Człowiek potrzebuje jedynie powietrza, wody, czegoś do jedzenia i w miarę dobrych warunków życia... Wszystko inne jest niczym więcej, jak tylko jego wymysłem- odpowiedział szorstko Mortalis.
-... A poza tym...- kontynuował Absalom, nie chcąc się spierać w tej kwestii- Są ludzie, którzy są ze sobą blisko i już. Nie z jakiejś potrzeby, ale tak po prostu się dzieje. Bo razem mieszkają, wychowują się, opiekują sobą... I to jest przywiązanie. Nie da się go tak po prostu usunąć ani o nim zapomnieć. Tak jak na przykład my- dodał znacząco. Nie wyobrażał sobie, żeby mógł funkcjonować bez Mortalisa. Odkąd tylko pamiętał. Może gdyby wychował się w innych warunkach, w innym miejscu, z kimś innym... Pewnie wtedy wszystko wydawałoby mu się zupełnie inne. Ale tu i teraz, mężczyzna był najważniejszą osobą w jego życiu.
-Och... Więc nas łączy jakieś szczególne przywiązanie...?- usłyszał pytanie Mortalisa i aż skamieniał.
Podniósł na niego nieco przerażone, onieśmielone spojrzenie i zapytał niepewnie:
-A nie...?
Dopiero gdy dostrzegł, jak kąciki ust mężczyzny podnoszą się ledwie zauważalnie, zorientował się, że ten żartował. Odetchnął z ulgą w duchu i uśmiechnął się radośnie, obejmując go z całej siły. Odsunął się dopiero w momencie, gdy usłyszał głuche stęknięcie Mortalisa. Uwielbiał go. Całego. Nawet jego ponurość, jego sceptycyzm i krytyczne nastawienie wobec całego świata.
-Wszystko się kiedyś kończy- odezwał się wreszcie Mortalis po dłuższej chwili milczenia- Każdy związek, relacja, przyjaźń... Wszystko. A rozstanie zawsze boli. Chociaż z pewnością mniej niż zdrada.
-Nie każdy musi odejść- odparł stanowczo chłopak.
-Każdy- odmruknął w odpowiedzi mężczyzna- Bez wyjątku.
-Nie mówię o śmierci- przerwał mu łagodnie Absalom, wpatrując się w niego z uwagą- Mówię o tym, co jest zależne od naszej woli. Nie wszyscy ludzie są zdrajcami i kłamcami. Niektórzy są lojalni i szczerzy... Dobrzy- stwierdził z ufnością. On nigdy nie zostawiłby Mortalisa, a już na pewno nie zrobiłby niczego, by mu zaszkodzić. Był tego pewien, jak niczego innego na świecie.
-Zdrada, fałsz i okrucieństwo, Absa, są głęboko zakorzenione w naturze ludzkiej. I zawsze znajdą odpowiedni moment, by się ujawnić. Uwierz mi na słowo.
-W ludzkiej naturze jest dobro- odparł chłopak, uśmiechając się lekko, a Mortalis wydał z siebie jedynie pełne politowania parsknięcie- Nie każdy zachowuje się odpowiednio, ale każdy człowiek popełnia błędy, nikt nie jest przecież doskonały... Liczy się ogólny bilans tego, co się uczyniło, a nie pojedyncze pomyłki. Czasem można komuś zrobić krzywdę, ale zawsze jest szansa na to, żeby to odpokutować i wynagrodzić.
-Jesteś zbyt naiwny, Absa. Coraz bardziej zaczynam się o ciebie bać.
-Czemu?- zachichotał lekko młodzieniec, trącając nosem szyję mężczyzny- Przecież nie dasz zrobić mi krzywdy.
Mortalis wpatrywał się w niego badawczo przez dłuższą chwilę, nie odzywając się wcale. Dopiero po kilku minutach, wstał niespiesznie i wrócił do domu, by zaraz wyjrzeć na zewnątrz i odpowiedzieć wreszcie:
-Obawiam się, że póki co jesteś dla mnie zupełnie nieobliczalny, więc mogę niestety nie zdążyć zareagować na czas...- odparł spokojnie, a Absalom uśmiechnął się leciutko pod nosem. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nim zdążył cokolwiek dodać, usłyszał- Wracaj do środka. Zaraz będzie padać.
A to oznaczało, że rozmowa na ten temat jest już skończona.
Absalom wrócił posłusznie do domu, zamykając za sobą drzwi i obserwując ciemne chmury, które zgromadziły się nad lasem.
Miał nadzieję, że oni wszystkie gwałtowne burze, mieli dawno za sobą...

-Więc powiadasz, że Mortalis wrócił, cały i zdrów, a teraz nie rusza się z domu...?- zagadnął go w zamyśleniu Edalis, wpatrując się w niego z uwagą.
-Mhm- potwierdził wesoło chłopak, uśmiechając się leciutko i wpatrując z rozmarzeniem w okno. Dawno już nie był w gospodzie i chciał odwiedzić Edalisa, ale mimo tego, że długo go nie widział, nie mógł się doczekać powrotu do Mortalisa.
-Jesteś pewien, chłopcze...? Obejrzałeś go dokładnie...? Może ma jednak jakieś zranienia...?- wypytywał go podejrzliwie, a Absalom skierował na niego spojrzenie i parsknął cicho, kręcąc głową.
-Nie. Jest cały i zdrów.
-Aha...
-Nie mów tak, to okropne!- obruszył się chłopak.
-Jak?- zdumiał się Edalis.
-Z takim rozczarowaniem i... i... żalem! Przecież jesteście przyjaciółmi!
-Och, chłopcze, jakim tam rozczarowaniem znowu...- mruknął ponuro mężczyzna, machnąwszy lekceważąco dłonią- Chciałem się po prostu dowiedzieć, czy coś tej łajzie dolega... Chociaż biorąc pod uwagę fakt, ile już przeszedł, może nie powinienem pytać i po prostu uznać, że jest nieśmiertelny, bo Stwórca mi świadkiem, że nie znałem jeszcze człowieka, który by tyle zrobił, naraził się tak wielu ludziom i nadal chodził po tym świecie żywy... Nie przeczę, że jego śmierć mogłaby mi przynieść pewnego rodzaju ulgę, nie zamierzam łgać...- Absalom posłał mu wyjątkowo surowe spojrzenie- Och, chłopcze, zrozum... Dużo spraw, dużo tajemnic, których nie należy wyjawiać... A trupy są mniej wylewne niż żywi, chociaż on nie należy do zbyt rozmownych gości... Ale sam rozumiesz, nigdy nie wiadomo, kiedy przyjaciel zmieni się w wilka i zechce odgryźć ci łeb... Lepiej dmuchać na zimne... Chociaż oczywiście niezwykle bym cierpiał!- dodał natychmiast, dostrzegając chyba, że chłopak z chwili na chwilę spogląda na niego coraz bardziej srogo- Wierz mi na słowo, przywiązałem się do tego drania... Nie życzę mu rychłej śmierci, chociaż stu lat życia też wolałbym mu nie wróżyć... Ciężko by mi było bez niego, to fakt... Bądź co bądź jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. Ja jemu, a on mnie.
-Ty jemu...?- Absalom uniósł brew w geście politowania. Nie pojmował, w czym Edalis miałby się przydać mężczyźnie.
-Ależ oczywiście, chłopcze!- żachnął się w odpowiedzi, wyraźnie urażony jego powątpiewaniem- A co ty myślisz! Że zostawiłby cię byle komu...? A skąd! Miał przecież sporo zleceniodawców, a co poniektórzy wyjątkowo starali mu się wejść w odwłok i pokazać, jak bardzo im zależy na jego usługach... Mógłby im podrzucić dzieciaka, cóż to znowu za różnica, pewnie by się tobą zajęli, a nawet zapewnili ci lepsze warunki niż ja... Ale niech no by zginął gdzieś podczas jednego ze swoich zadań, a natychmiast wyrzuciliby cię na bruk. Potrzebował kogoś zaufanego... Jak widzisz nawet najbardziej ponuremu i samotnemu skurwielowi w końcu przydaje się ktoś lojalny... No i oczywiście zostawił cię pod moją opieką. Wiedział, że mam dobre serce...
-Dobre serce...- powtórzył Absalom, kręcąc z niedowierzaniem głową. Że też mówił to ktoś, kto jeszcze niedawno planował zabójstwo swojego zięcia i miał zapewne gorsze rzeczy za uszami.
-Ależ chłopcze, ranisz mnie!- odparł Edalis z udawanym smutkiem, kładąc dłoń na swojej klatce piersiowej- Czy kiedykolwiek było ci u mnie źle...? Owszem, nie ukrywam, nie byłem zachwycony, gdy mi tu ciebie przytargał, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby nieodpowiednio cię traktować albo nie daj Boże wyrzucić czy oddać... A z czasem cię polubiłem, dobry dzieciak z ciebie... Sam wiesz, że traktuję cię prawie jak syna...
-Raczej synowego- poprawił go niezbyt zadowolony chłopak, przypominając sobie usilne swaty mężczyzny, ale ten jedynie machnął lekceważąco dłonią, zupełnie tak jak zwykle i mruknął:
-Oj tam, oj tam, chłopcze...
-Będę się już zbierał- stwierdził Absalom, podnosząc się powoli z miejsca. Skłamałby, gdyby powiedział, że wcale mu się nie spieszyło. Chciał dotrzymać towarzystwa Edalisowi, ale w tym momencie zdecydowanie bardziej wolał być przy kimś zupełnie innym.
-Już?- zdumiał się mężczyzna- Och, chłopcze, dopiero co przyszedłeś! Może zjesz przynajmniej jakiś porządny obiad...? Co wy tam możecie mieć na tym swoim odludziu! Zaraz kogoś zawołam i...
-Nie, nie- wycofał się Absalom, uśmiechając się przepraszająco. Nie chciał być nieuprzejmy, ale nie mógł nic poradzić na to, że zdążył się stęsknić za Mortalisem- Przyjdę niedługo- obiecał, kierując się do wyjścia.
-Jak ta łajza wyjedzie- dodał z ciężkim westchnieniem Edalis i pokiwał głową- Trzymaj się, chłopcze.
-Do zobaczenia- pożegnał się z nim cicho chłopak, po czym wyszedł na zewnątrz.
Nad miastem znowu zaczęły zbierać się ciemne chmury. Wyglądało na to, że wybrał sobie idealną porę do powrotu. Nie zatrzymywał się już przy żadnych stoiskach ani nie rozglądał dookoła. Zależało mu jedynie na tym, by jak najszybciej znaleźć się z powrotem w domu, u boku Mortalisa. Uśmiechnął się do siebie na samą myśl o nim.
Mieszkańcy umykali do swoich posiadłości, kupcy przezornie zasłaniali swoje towary i chowali się w bezpieczne miejsca. Wyglądało na to, że wszyscy spodziewają się deszczu i rzeczywiście, już po chwili zaczęło lekko kropić. Gdy Absalom zbliżał się już do bram miasta, ulice były niemalże zupełnie opustoszałe. Dostrzegł jedynie młodego chłopaka, który siedział tuż przy murze i wpatrywał się w niego jakoś dziwnie. Nie zwrócił na niego większej uwagi i szedł dalej, dopóki w pewnym momencie nie poczuł, jak ktoś wpada na niego z całą mocą. Jęknął głucho i zachwiał się na nogach, nieco zamroczony, w pierwszej chwili nie orientując się w tym, co się dzieje. Zobaczył przed sobą tylko twarz tego chłopaka i poczuł, jak ten zrywa z jego szyi medalion, a następnie zaczął uciekać.
-Stój!- krzyknął Absalom, gnając tuż za nim, ale chłopak zniknął mu z pola widzenia już za pierwszym budynkiem. Stał jeszcze przez chwilę rozglądając się dookoła i nie mogąc wprost uwierzyć w to, co się zdarzyło.
Nie wiedząc, co zrobić, pełen zrezygnowania, ruszył do domu.

-Dobrze się czujesz...?- Mortalis posłał mu badawcze spojrzenie, stając w progu sypialni.
Absalom westchnął głęboko, chyba po raz setny od owej kradzieży. Leżał już w łóżku i po prostu przypominał sobie to wszystko po raz kolejny. Nie potrafił zrozumieć, jak to się stało. Ktoś go już kiedyś okradł, dobrze to pamiętał, wyrwał mu sakiewkę, ale to było w biały dzień, wokoło było pełno ludzi i po prostu uciekł, nim chłopak zdążył zareagować. A teraz...? Przecież mógł coś zrobić! Mógł się jakoś przeciwstawić! Gdyby zorientował się chociaż o kilka sekund wcześniej!
-Dobrze...- stwierdził odwracając wzrok i zagryzając nerwowo wargę- Sam mówiłeś, że to bezwartościowa blaszka...
-No cóż...
-Więc dlaczego ją ukradł?!- wykrzyknął nagle chłopak, a mężczyzna wbił w niego nieco zaskoczone spojrzenie- Dlaczego?!- zapytał płaczliwie- Przecież skoro nie była nic warta, to wcale jej nie potrzebował! Dlaczego ludzie w ogóle robią takie rzeczy?! Rozumiałbym, gdyby ukradł mi pieniądze, jedzenie, ale nie coś takiego!
-Och, Absa...- mężczyzna westchnął głęboko, siadając obok niego. Chłopak zacisnął wargi i odwrócił wzrok, starając się powstrzymać cisnące mu się do oczu łzy. Może i to nie było nic cennego, ale dla niego miało duże znaczenie. Wiedział, że rozczarowanie wkrótce minie i zapomni o tej sprawie, ale na tą chwilę czuł się mocno przejęty i zdenerwowany- Pewnie wydawało mu się, że to wartościowe... Ludzie noszą różne błyskotki, to dla złodziejaszków dobra okazja, a ty nie miałeś niczego innego, co mógłby wziąć... No i byłeś sam. Wykorzystał okazję.
-To nie w porządku...- szepnął cicho chłopak z wyraźnym niezrozumieniem. Na co to mu się przyda...? Nic za to nie kupi, nigdzie tego nie sprzeda... Więc po co mu to w ogóle było?
-Znajdziesz coś znacznie lepszego...- odpowiedział mężczyzna, bez najmniejszej emocji. On chyba zupełnie tego nie pojmował- Mogę się za czymś  rozejrzeć. Jestem pewien, że to nie jedyna zardzewiała blaszka na tym świecie...
-Właśnie, że jedyna...- pociągnął nosem i jęknął płaczliwie- Nie ma już takiej drugiej, rozumiesz? Ta była wyjątkowa! Miała tą charakterystyczną rysę i była dokładnie taka, jak sobie wyobrażałem... I nagle na nią trafiłem! Nie szukałem jej, to było po prostu szczęście, zupełnie tak jak przeznaczenie!- dobrze wiedział, że mężczyzna i tak tego nie zrozumie. Chciał zachować się z godnością i po prostu udawać, że wcale go to nie obeszło, ale nie potrafił. Rozpłakał się- Dlaczego ją zabrał...?- powtórzył raz jeszcze, starając się stłumić łkanie i podniósł się, by objąć mocno mężczyznę. Wtulił twarz w jego szyję.
-Och, Absa...- Mortalis westchnął głęboko- Może rzeczywiście większym przewinieniem jest odebranie komuś czegoś sentymentalnego niż pieniędzy czy kosztowności...
Chłopak zakwilił cichutko. Nie wiedział, jak długo przyciskał się do niego kurczowo. W końcu uspokoił się i opadł z powrotem na poduszki, po czym przewrócił się na bok, chcąc zasnąć. Ten dzień zaczął się tak dobrze i nagle wszystko się popsuło. W tym momencie zupełnie nic go nie cieszyło, chociaż gdyby nie było przy nim mężczyzny, pewnie czułby się jeszcze bardziej przybity i smutny.
Mortalis okrył go dokładniej kołdrą, po czym podniósł się i przeszedł na chwilę do pomieszczenia obok. Minęło kilka minut, gdy Absalom ponownie usłyszał jego kroki i cicho wypowiedziane słowa:
-Zamknij się od środka.
Podniósł się z miejsca, spoglądając na niego z zaskoczeniem.
-A-Ale... Ale dokąd idziesz...?- wyjąkał, wpatrując się w niego ze zdziwieniem.
-Na krótki spacer- odparł spokojnie- Zarygluj się i idź spać.
-Przecież nie wejdziesz do środka!
-Przecież zawsze wchodzę.
Absalom przyznał mu po cichu rację i gdy Mortalis wyszedł, zamknął za nim drzwi i zaryglował je, po czym wrócił do łóżka. Mężczyzna zapewne i tak nie wróci prędko, nie było sensu na niego czekać.
A bez niego wszystko stało się nagle jeszcze bardziej przygnębiające...

Gdy Absalom obudził się kolejnego dnia, jasne promienie słońca wpadały do pomieszczenia przez okno i otwarte na oścież drzwi. Przetarł zaspane oczy i usiadł na łóżku, starając się doprowadzić do jako takiego porządku. Mortalis zdążył już najwyraźniej wrócić, chociaż teraz chyba też nie było go w domu. Chłopak zerknął do pomieszczenia obok, upewniając się w swoim przypuszczeniu, po czym chciał się zabrać za przygotowywanie śniadania. Nim jednak zdążył zrobić cokolwiek, jego spojrzenie padło na leżący na stole przedmiot.
Osłupiał zupełnie. Podszedł do niego niepewnym krokiem i chwycił w drżące dłonie leżącą na nim blaszkę. Jego blaszkę. Jego medalion! Ten sam, dokładnie ten sam, ze smokiem i z rysą...
Zaśmiał się radośnie, przyciskając go do siebie mocno.
W tym momencie Mortalis wszedł do domu. Absalom speszył się wyraźnie, po czym spojrzał na niego z wdzięcznością i rzucił pełne pogody:
-Dziękuję!
Mężczyzna zerknął na niego ukradkiem, po czym odwrócił wzrok i odmruknął jedynie:
-Za co...?
A następnie zniknął w swojej pracowni.
Absalom uśmiechnął się do siebie wesoło.
Już on dobrze wiedział...