Strony

sobota, 25 czerwca 2011

20. Decyzja [Sunrise]

Szedłem szybkim krokiem parkową aleją. Musiałem wyjść z domu. Nie mogłem już dłużej siedzieć w jednym miejscu i zastanawiać się nad tym wszystkim... Cały czas analizowałem to, co się wydarzyło i ciągle czułem się okropnie bezradny. Miałem świadomość tego, że nie jestem w stanie zrobić zupełnie nic, by znów móc być z Amadeuszem. Nic. Mogłem tylko prosić tego demona, ale od wczoraj nie pojawił się już u mnie i nic nie wskazywało na to, żeby spieszył się ze swoją kolejną wizytą. Brałem udział w tej jego przeklętej grze i byłem tylko pionkiem, który właściwie nie ma na nic wpływu.
Strasznie chciałem zobaczyć Amadeusza. Albo chociaż poczuć jego obecność, wiedzieć, że jest gdzieś blisko, dokładnie tak jak zawsze... Już dawno nie czułem się tak potwornie osamotniony i coraz bardziej zaczynałem obawiać się tego, jak długo jeszcze ten stan rzeczy będzie się utrzymywał. Tamten demon powiedział, że uczynienie Amadeusza niewidzialnym dla moich oczu było trudne. I że na pewno nie potrwa długo. Sęk w tym, że dla mnie „długo” mogło oznaczać dzień, tydzień czy miesiąc, a dla niego chociażby i sto lat. Skąd miałem wiedzieć, za ile czasu pozwoli mi się z nim wreszcie zobaczyć?
Westchnąłem głęboko, po czym zagryzłem nerwowo wargę i zwolniłem nieco. Boże, czemu wszystko nagle stało się tak strasznie skomplikowane...? Jakbym do tej pory nie miał już wystarczająco dużo problemów z ukrywaniem faktu, że moim nowym wybrankiem jest ktoś, kogo nikt tak naprawdę nie widzi i nie zobaczy, nagle zjawia się jeszcze inny demon, który miesza jeszcze bardziej. Dlaczego nas rozdzielił mimo tego, że odmówiłem zrezygnowania z Amadeusza? Co to miało właściwie być? Test? Próba? Chciał mnie w ten sposób przekonać do tego, żebym zmienił zdanie?
Nigdy. Nie zostawię Amadeusza. Jeżeli on będzie chciał zostawić mnie, będzie mógł to zrobić w każdej chwili i nie będę mu stał na przeszkodzie. Ale ja tego nie zrobię. Za dużo nas łączy, za bardzo się w to zaangażowałem, żebym w ogóle mógł się zastanawiać nad tym, czy potrafię bez niego funkcjonować. Nie potrafiłem. Może i były pomiędzy nami nieporozumienia, może i zdarzały się ostre kłótnie, może rzeczywiście różnimy się od siebie aż tak bardzo, że nie można tego w żaden sposób przełamać. Ale to wcale nie znaczyło, że zamierzałem się poddawać bez walki. Ten demon musiał być kompletnym głupcem, skoro sądził, ze czas cokolwiek zmieni. Nie wahałem się ani sekundy. Nieważne, czy przyjdzie dziś, za tydzień czy rok. Odpowiedź na zadane przez niego pytanie i tak będzie dokładnie taka sama. Nie zrezygnuję z Amadeusza. Za nic w świecie. Nawet gdyby przybył do mnie w dzień, w którym byłem na niego wściekły – i tak nic by to nie zmieniło. Nie da się tak po prostu zmienić swoich uczuć. Nie da się tak po prostu zapomnieć. Wbrew temu co mówił. Nie potrafiłem sobie tego w żaden sposób wyobrazić.
-Josh...?- usłyszałem pełne zdumienia pytanie i odwróciłem się, stając twarzą twarz z Adrianem. Uśmiechnął się nieśmiało na mój widok- Cześć.
-O, Adrian... Nie zauważyłem cię...- odpowiedziałem, nieco roztargniony i uśmiechnąłem się blado. Zresztą, trudno się dziwić. Pewnie w tym stanie nie zorientowałbym się nawet, gdyby wyminął mnie dinozaur.
-Co u ciebie?- zagadnął, rumieniąc się wyraźnie, chociaż sprawiał wrażenie nieco mniej skrępowanego niż wtedy, gdy widziałem go po raz ostatni. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę z tego, że nawet do niego później nie zadzwoniłem i nie wyjaśniłem raz jeszcze całej sytuacji... Jenna mówiła, że nie był na mnie zły, ale i tak czułem się głupio. Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że prędko się spotkamy. Szczególnie biorąc pod uwagę moją częstotliwość wychodzenia z domu.
-Bywało lepiej- przyznałem cicho- A u ciebie?
-Właśnie idę do sklepu- odparł pogodnie, ale szybko spoważniał ponownie, jakby nieco zaniepokojony- Wyglądasz na przygnębionego... Coś się stało?
Aż tak było widać...?
-Można tak powiedzieć- uciąłem.
-Hm... Nie obraź się, ale... Chodzi o tego chłopaka...?- zapytał z taką nieśmiałością i przestrachem, że aż zacząłem się zastanawiać, czy wyglądam dzisiaj na kogoś nieobliczalnego. Całkiem prawdopodobne.
-W pewnym sensie- odparłem wymijająco- Ale to skomplikowana sytuacja- dodałem prędko. Nie chciałem odpowiadać na kolejne pytania dotyczące tego tematu.
Kątem oka zauważyłem, że zbliża się do nas jakaś obściskująca się parka.
-Okej- Adrian wycofał się natychmiast, jakby spłoszony, ale już po chwili zaczął znowu, równie niepewnie- Ale... Wy...? To znaczy... Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz... A ja nie pytam jakoś zobowiązująco- zaśmiał się nerwowo- Ale czy wy jeszcze jesteście razem...? To znaczy... Podoba ci się jeszcze?- dopytał, jakby nie był pewien naszej sytuacji. Nic dziwnego. Ja sam nie byłem pewien zupełnie niczego.
-Tak, tak...- odparłem z nieco wymuszonym uśmiechem- Między mną, a nim wszystko jest w porządku...
Parka znalazła się tuż przy nas. Oboje, dziewczyna i chłopak, odwrócili się w moją stronę, zerkając na mnie nieco krzywo, po czym on mruknął do niej coś na kształt: „świr”. Boże, ludzie chyba nigdy w życiu nie nauczą się akceptować pewnych całkowicie naturalnych zjawisk... Zignorowałem ich.
-Tak...? No to super- Adrian znów zaśmiał się nerwowo, zaczesując pasemko włosów za ucho. Nie sprawiał wrażenia jakoś szczególnie rozczarowanego- To znaczy wiesz... Cieszę się, naprawdę. Na pewno wszystkie problemy szybko miną, skoro ci na nim zależy...- mówił bardzo szybko, wciąż z wyraźną nieśmiałością- Ale gdybyś... No wiesz... Gdyby coś się zmieniło, gdybyście zerwali albo coś się stało... A-Ale nie życzę ci tego!- zapewnił mnie prędko- Po prostu chodzi o to, że mógłbyś do mnie zadzwonić albo spotkać się ze mną... Nie jakoś zobowiązująco, t-tylko... Jak przyjaciele. Żeby się wygadać, sam wiesz... N-nawet jak ze sobą nie zerwiecie to i tak zawsze możesz dzwonić...
-Dzięki- odpowiedziałem, uśmiechając się z wdzięcznością, chociaż doskonale wiedziałem, że ani on, ani żadne z moich przyjaciół nie będzie w stanie mi pomóc w tej sprawie. Nie mogłem się im nawet wygadać, poprosić o zdanie... Zostałem z tym wszystkim sam- Powinniśmy się kiedyś spotkać. Dasz mi swój numer?- zapytałem, wyciągając telefon. Adrian był świetnym chłopakiem, nie wiedziałem jeszcze, czy uda nam się rzeczywiście zaprzyjaźnić, ale z pewnością byłem mu winien spotkanie na jakimś neutralnym gruncie, z jasno ustalonymi zasadami.
-Poproś Jennę, okej?- uśmiechnął się wesoło- Ja muszę już lecieć, ojciec mnie zabije, jeżeli zaraz nie wrócę... Ale zadzwoń, dobrze?
-Nie ma sprawy. Do usłyszenia.
-Do usłyszenia.
Przez chwilę jeszcze stałem w miejscu i obserwowałem jak odchodzi. Znowu zacząłem się zastanawiać nad tym, jak to wszystko miałoby wyglądać. Jak mogłoby wyglądać, gdybym zgodził się na propozycję tego demona. Naprawdę byłbym w stanie zapomnieć...? Tak po prostu? O wszystkim, o każdej jednej spędzonej wspólnie chwili, o tych wszystkich uczuciach, jakimi darzyłem Amadeusza...? Ruszyłem przed siebie. Wydawało mi się to zupełnie nierealne, nieosiągalne. Jak by to wyglądało? Obudziłbym się któregoś dnia i zupełnie nie wiedział, co działo się przez ostatnie tygodnie w moim życiu? A może pamiętałbym wszystko oprócz chwil spędzonych z Amadeuszem. Ale co z tego? Jenna pytałaby mnie o mojego chłopaka, a ja nie wiedziałbym o kogo chodzi? Pewnie wtedy wszystko wyglądałoby inaczej. Pewnie zacząłbym znowu chodzić do szkoły, żył zupełnie tak jak dawniej, zaczął się spotykać z Adrianem albo kimkolwiek innym... Nie chciałem tego. Zdawałem sobie sprawę, że życie z demonem na dłuższą metę może okazać się znacznie trudniejsze i nieść za sobą dużo poważniejsze konsekwencje niż tylko nieustanne okłamywanie znajomych. Mimo to, nie zamierzałem się poddawać. Przecież się spotkaliśmy, trafiliśmy na siebie, on na człowieka, który widzi demony, ja na demona, którego ludzie fascynują. Równie dobrze mógłbym spotkać kogokolwiek innego, a jednak padło na niego. Na pewno nie bez przyczyny.
Zderzyłem się z kimś, wychodząc z parku.
-Przepraszam- rzuciłem natychmiast, wyrywając się z zamyślenia i odsuwając z drogi.
-Nie ma sprawy...- usłyszałem znajomy pomruk i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, kto przede mną stoi.
-Jack?- zapytałem ze zdumieniem.
-Josh?- uniósł brwi, najwyraźniej równie zaskoczony.
-Boże, co za dzień, ciągle na kogoś wpadam!- parsknąłem cicho, starając się zamaskować swoje obawy nieco nerwowym uśmiechem. Wolałem, żeby moi znajomi nie domyślali się, że coś nie gra. Pewnie od razu wpadłaby do mnie Jenna albo Katy, znowu zaczęłyby się telefony... Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać, chciałem po prostu rozwiązać całą tą sytuację- Dokąd idziesz...?- starałem się brzmieć w miarę pogodnie i wesoło.
-Do Jenny- odparł, wzruszywszy ramionami, po czym dodał, widząc moje zdziwienie- Zaprosiła mnie.
-Naprawdę...?- Jenna nigdy nie umawiała się z nim sam na sam, bo dobrze wiedziała, że nie jest mu obojętna- Ale wy chyba... To znaczy... Spotykasz się z Jenną?- zapytałem wreszcie, marszcząc brwi. Wydawało mi się to kompletnie niewiarygodne, ale po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że tak naprawdę od dłuższego czasu nie rozmawiałem na poważnie z moimi przyjaciółmi. Mogłem coś przegapić.
-Nie- odpowiedział cicho- A ty?
-Ja?- parsknąłem, unosząc brew- Z Jenną?
-Nie, z kimkolwiek- sprostował, wpatrując się we mnie z uwagą.
Zmieszałem się trochę.
-To znaczy wiem, że się z kimś spotykasz- dodał prędko, jakby uznał, że należy wyjaśnić tą kwestię- To znaczy... Och, cholera!- skrzywił się nieco- Chodzi mi o to, że... Nie znam tego kolesia, nie?
-Nie... Raczej nie.
-Słuchaj, Josh...- zaczął, po czym milczał przez dłuższą chwilę, jakby walczył sam ze sobą, czy mówić dalej. W końcu z dużym trudem, kontynuował- Ja jestem facetem, nie? W sensie... Chodzi mi o to, że dla mnie to nie jest... Zbyt komfortowe, że jesteś... Wiesz... Nie żebym coś do tego miał, bo wiesz, że się z tym pogodziłem i jak dla mnie wszystko gra... Chodzi o to, że nie lubię cię wypytywać o twoje prywatne sprawy i nie lubię o tym gadać, bo trochę mi głupio, ale to nie znaczy, że cię olewam albo coś w tym stylu.
-Dzięki, Jack...- odparłem, trochę zaskoczony tym wyznaniem. Dobrze zdawałem sobie z tego sprawę, chociaż nigdy o tym nie gadaliśmy. Zresztą, rzadko spotykaliśmy się bez towarzystwa dziewczyn, nigdy jakoś nie było okazji do szczerej rozmowy.
-Więc... Ten twój nowy facet... Jest w porządku...?- mruknął niepewnie.
-Tak, tak...- zapewniłem prędko, nieco skrępowany.
-Ale nie taki jak ten Rick, no nie...?
-Nie- odpowiedziałem stanowczo- Jest zupełnie inny.
-Ach... No to super- podrapał się po głowie i odkaszlnął cicho- To tego... Będę leciał, nie? Tylko wiesz... Jakbyś chciał pogadać... Nie nadaję się do udzielania porad sercowych, ale coś tam ci mogę powiedzieć... W końcu jesteśmy facetami, a facet z facetem zawsze zrozumie się lepiej niż z babami, nie?
-Wiem...- uśmiechnąłem się w odpowiedzi- W razie problemów, na pewno ci powiem.
-Okej- wzruszył ramionami- Będziesz w poniedziałek w szkole?
-Chyba tak.
-No to... Do zobaczenia, nie?
-Cześć- pożegnałem się z nim i ruszyłem w swoją stronę.
Cholera, chyba naprawdę ich wszystkich zaniedbałem, skoro Jack zdecydował się na podobne wyznanie... Powinienem gdzieś z nimi wyjść i szczerze pogadać. No dobrze, szczerze do pewnego stopnia, czyli oczywiście żadnych wyznań na temat demonów i mojego niewidzialnego partnera. Zrobię to, gdy tylko odzyskam z powrotem Amadeusza... Wtedy zrewanżuję się przyjaciołom za to, że ich ignorowałem i zadzwonię do Adriana. Na razie zupełnie nie miałem do tego głowy.
Powłóczyłem się jeszcze trochę dookoła osiedla, po czym wróciłem do mieszkania i od razu poczułem się okropnie przygnębiony. Było tak cicho, spokojnie... Żadnych śladów obecności Amadeusza. Żadnych pobitych szklanek, poprzestawianych rzeczy... Nic. Wszystko było dokładnie tak, jak to zostawiłem. Nikt mnie nie wołał, nie zaczepiał, nie marudził... Nie minęło przecież wiele czasu, a ja już tęskniłem za nim jak szalony.
Dzień bez niego zdawał się dłużyć w nieskończoność. Wskazówki zegara przesuwały się leniwie, jakby z trudem i niechęcią odmierzały kolejne sekundy, minuty, godziny... Było już późno wieczorem, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Zatrzymałem się w połowie drogi do łazienki, mocno zdumiony i otworzyłem.
-Cześć- rzuciłem, kompletnie osłupiały, widząc przed sobą swoją przyjaciółkę.
-Cześć- odpowiedziała cicho Jenna. Wyglądała jakoś inaczej niż zwykle, brak jej też było charakterystycznej przebojowości i pewności siebie. Sprawiała wrażenie raczej przybitej- Mogę wejść?
-Jasne- odparłem prędko, wpuszczając ją do środka i zamykając za nią drzwi. Przeszliśmy do salonu- Coś się stało...?- zapytałem niepewnie.
-Nie wiem. Stało się?- spojrzała na mnie z uwagą.
-O co chodzi?
-Dobra... Słuchaj, Josh, ja wiem, że jestem czasem totalną egoistką... I nie zaprzeczaj- dodała natychmiast, widząc chyba, że już otwieram usta, by zaprotestować- Nie jestem najlepszą przyjaciółką i w ogóle, zawsze mam swoje sprawy, ale... Brakuje mi ciebie- przyznała, spuszczając wzrok- Nie powiedziałam ci tego ostatnio, bo było mi głupio. Wolałam, żebyś usłyszał coś takiego od Jacka albo Katy, a ja chciałam udawać, że się tym nie przejmuje. Ale wszystko strasznie się zmieniło, odkąd cię z nami nie ma. My się już w ogóle ze sobą nie zadajemy. Katy przecież nigdy mnie nie lubiła, a Jack... Sam wiesz. Ty byłeś jakimś elementem spajającym, godziłeś nas wszystkich, łączyłeś... A teraz prawie nie mamy o czym rozmawiać- przyznała z głębokim westchnieniem- Nie wymagam od ciebie, żebyś mniej czasu poświęcał temu chłopakowi, ale mógłbyś czasem pójść gdzieś z nami na miasto, wziąć go ze sobą... Przecież nam to wcale nie przeszkadza. Ricky też czasem z nami wychodził, pamiętasz?
Zagryzłem nerwowo wargę, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. Wszystko z chwili na chwilę komplikowało się coraz bardziej... Najpierw Jack, teraz Jenna... Przecież wiedziałem, że nie jestem w stosunku do nich fair, ale nigdy nie rozmawiali ze mną aż tak otwarcie. Czułem się głupio. Było mi wstyd, za swoje zachowanie, ale jednocześnie nie potrafiłem go zupełnie wytłumaczyć. Amadeusz do tej pory całkowicie mnie zajmował, nie miałem czasu na szkołę, znajomych, wspólne wyjścia, rozmowy... Nie pamiętam nawet, kiedy ostatni raz rozmawiałem z Katy, a przecież jeszcze nie tak dawno zwierzała mi się prawie codziennie. I najbardziej przerażające było to, że będąc z demonem w ogóle za nimi nie tęskniłem. Dopiero w takich sytuacjach jak ta, docierało do mnie, jak bardzo mnie potrzebowali. Dochodziło do mnie, że ja też ich potrzebowałem, ale to wszystko pochłaniało mnie całkowicie i nie mogłem im o tym opowiedzieć. Czy to nie to miał na myśli ten demon, gdy mówił o zupełnej izolacji...?
-Jenna, może usiądziesz?- rzuciłem wreszcie przez ściśnięte gardło.
-Nie, będę już szła- uśmiechnęła się przepraszająco, zaczesując pasemko włosów za ucho- Przepraszam, że ci tak truję...- parsknęła cicho- Wiem, że ja też nie zawsze jestem okej i czasem wychodzę z innymi znajomymi zamiast z wami, ale tak naprawdę... Nie mam lepszych przyjaciół niż wy. Serio. I nie ma nikogo, kto umiałby mnie wysłuchać i mi doradzić tak dobrze jak ty. Więc... Mógłbyś czasem jednak odbierać telefony...? Proszę- rzuciła, jakby z rozbawieniem, chociaż dla mnie to wcale nie było śmieszne.
Jak mogłem ich tak długo ignorować...? Jasne, Jenna też miewała swoje sprawy i nie zawsze miała czas dla nas, ale Katy i Jack byli przy mnie właściwie non stop. Nie zdarzyło się jeszcze, bym kiedykolwiek się na nich zawiódł. A teraz...
-Jenna, przepraszam, ja...
Nim zdążyłem powiedzieć cokolwiek więcej, usłyszałem dźwięk komórki.
-Poczekaj chwilę- poprosiłem, uśmiechając się blado, po czym prędko odnalazłem telefon i odebrałem go szybko, nawet nie spoglądając na wyświetlacz- Słucham?
-Josh, wpadniesz? Jestem właśnie z Lucasem w tym nowym barze, no wiesz, tym w centrum... Mówię ci, jest...
-K-Kto mówi...?- rzuciłem, zupełnie zdezorientowany.
-Jak to kto? Nie poznajesz? Jenna! Ha, ha, chyba nie usunąłeś mnie jeszcze z telefonu? Wpadaj, mówię ci, impreza jest świetna! Cholera, jak ten bar się nazywa... Lucas, jak nazywa się ten bar...?
Rozłączyłem się. Odetchnąłem płytko, kompletnie osłupiały, po czym wreszcie, po dłuższej chwili, zdecydowałem się odwrócić. W miejscu, w którym przed chwilą widziałem moją przyjaciółkę, stał teraz ten demon, wpatrując się we mnie przenikliwym wzrokiem.
-To ty- rzuciłem, aż nie mogąc w to uwierzyć- Podszywałeś się pod Jennę! I... I pod Adriana... I pod Jacka...- nagle zaczynałem rozumieć te wszystkie krzywe spojrzenia, dziwne komentarze, tą nagłą szczerość moich znajomych...- Ty kłamco! Chciałeś, żebym zwątpił w słuszność swojej decyzji!
-I zwątpiłeś...- odparł spokojnie, nie odrywając ode mnie chłodnego spojrzenia- Ludzie już tacy są, Joshu Carter. Jeżeli mają dużo czasu i odpowiednie okoliczności, zwątpią we wszystko... Nawet we własne istnienie...- uśmiechnął się nieprzyjemnie- Wystarczyłoby mi jeszcze kilka dni, a twoja odpowiedź byłaby oczywista. Gdyby nie ta mała pomyłka...
-Nigdy bym z niego nie zrezygnował! Nigdy!- zaprotestowałem gwałtownie, aż trzęsąc się z wściekłości, chociaż wbrew własnym słowom, bałem się tego, że mógłbym postąpić inaczej. A on na pewno wybrałby najlepszy moment i przyszedł właśnie wtedy, gdy dręczyłyby mnie najpotworniejsze wątpliwości- Powiedziałeś, że dasz mi czas na przemyślenie tej propozycji, ale nie było mowy o tym, że będziesz mnie oszukiwał!
-A kto mówi o oszukiwaniu, Joshu Carter...?- mruknął bez odrobiny emocji- Żadne moje słowo nie było kłamstwem... W gruncie rzeczy, powinieneś być mi wdzięczny. Wszystko, co ci pokazałem było prawdą... Każde słowo twoich przyjaciół... Nawet, jeżeli wypowiadane przeze mnie... Wiązało się z ich prawdziwymi uczuciami. Nie zmyśliłem sobie tego. To były ich rzeczywiste rozważania i wątpliwości... Ja byłem jedynie kimś w rodzaju przekaźnika informacji... Powiedziałem ci to, czego oni nigdy nie byliby w stanie z siebie wydusić przez swoje wady i niechęć przyznania się do słabości, ale na tym kończyła się moja rola. Uczyniłem twojego niedoszłego kochanka bardziej śmiałym, twojego przyjaciela bardziej otwartym, a przyjaciółkę bardziej emocjonalną... Powiedz mi, Joshu Carter...- podszedł do mnie bliżej, a ja z trudem powstrzymałem się od tego, by się cofnąć- Co skłania takiego człowieka jak ty, do usilnego trzymania się istoty, która nie ma nic wspólnego z jego światem...? Przecież masz innych znajomych, masz nawet kogoś, kogo mógłbyś obdarzyć podobnymi względami, gdybyś tylko zechciał, więc... Dlaczego?
-Nie zrezygnuję z Amadeusza- odparłem stanowczo, po czym dodałem znacznie ciszej- Kocham go.
-Kochasz...- demon nie wydawał się ani zaskoczony ani rozzłoszczony moim wyznaniem. Raczej na wpół rozbawiony, na wpół zniesmaczony. Uniósł kąciki ust i pokręcił głową w jakimś pełnym pobłażliwości geście- Miłość to tylko słowo wymyślone przez ludzi dla zamaskowania ich egoistycznych, prostych, cielesnych pobudek... Próba nadania im metafizycznego oddźwięku.
-Nie obchodzi mnie, co o tym myślisz- przerwałem mu szorstko.
-Twoi przyjaciele też cię nie obchodzą, Joshu Carter...?
-Moi przyjaciele mnie rozumieją...- odparłem, starając się powstrzymać drżenie głosu- Niezależnie od tego, jak starałeś się to przedstawić... Mogą mieć do mnie pretensje, mogą czasem czuć się opuszczeni, ale ostatecznie zawsze staną po mojej stronie... A ja ich nie zaniedbam. Będę w stanie godzić to wszystko z obecnością Amadeusza.
Uśmiechnął się krzywo.
-Wątpliwe. Ale nie mnie to oceniać... W takim razie, zapytam raz jeszcze...
-Nie, tym razem to ja będę pytał- stwierdziłem stanowczo, wpatrując się w niego z uwagą. Umilkł natychmiast, spoglądając na mnie z wyraźną ciekawością- Czy Amadeusz może stać się człowiekiem...?- od naszej ostatniej rozmowy ciągle mnie to dręczyło.
Zaśmiał się lodowato.
-Zapytaj raczej, czy ty możesz stać się demonem...- odparł, a ja zagryzłem niepewnie wargę, spuszczając wzrok. Nie. Takiej możliwości nawet nie brałem pod uwagę. Nie chciałem tego- Widzisz, Joshu Carter...?- uśmiechnął się pobłażliwie- Żadna ludzka istota nie jest zdolna do wielkich poświęceń...
-Odpowiedz tylko, czy to możliwe.
-Możliwe.
Osłupiałem.
-Więc... Więc to może się stać...- rzuciłem bardziej do siebie niż do niego, kompletnie oszołomiony- On może stać się człowiekiem...
-Nie- przerwał mi chłodno.
-Ale przecież powiedziałeś, że...
-Powiedziałem, że to możliwe...- sprostował spokojnie- Ale mówię też, że nigdy się nie zdarzy.
-Nie rozumiem...
Uniósł kąciki ust w pełnym rozbawienia uśmiechu, jakby dokładnie tego się spodziewał.
-Joshu Carter...- odezwał się wreszcie, wyjątkowo pobłażliwym tonem- Jeżeli teraz powiem ci, żebyś wyskoczył przez okno, obiecując jednocześnie, że wyrosną ci skrzydła i osobiście nauczę cię latać... Zrobiłbyś to?
Zmarszczyłem brwi.
-Nie- odparłem, nie do końca wiedząc, do czego zmierza- Bałbym się.
-No właśnie. Bałbyś się tego, co mogłoby nastąpić. Mógłbyś dostać skrzydeł albo roztrzaskać się o bruk... Z demonami jest dokładnie tak samo. My nie wiemy, jak to jest być człowiekiem. Nie znamy tego uczucia. Niektórzy z nas was obserwują, są ciekawi, ale bez względu na to, jak długo będą się wam przyglądać, nigdy nie poczują do końca jak to jest znaleźć się na waszym miejscu. Wasze życie zaczyna się od bólu i na bólu się kończy... Gdyby nie wasze wzloty i upadki, wasze wątpliwości, zmagania z losem i własnymi słabościami... Cielesność...- musnął lekko mój policzek, a ja wzdrygnąłem się odruchowo, odsuwając nieco- … Pewnie w ogóle nie byłoby w tym nic ciekawego. A jednak dla niektórych z nas stanowicie obiekt fascynacji. I tyle. Nic więcej.
-Ale demon może podjąć taką decyzję, prawda?- drążyłem dalej.
Mężczyzna westchnął z nutą zniecierpliwienia.
-Wasze życie jest dla nas ledwie chwilą, sekundą, ułamkiem nieskończoności... Mielibyśmy świadomie wybrać życie?- na jego twarzy wymalował się grymas pogardy- Zejść o piętro niżej? Do bólu, cierpienia, nędzy, rozpaczy, chorób i śmierci...? To jest esencja człowieczeństwa. Nie zamieniłbyś się na żywota ze szczurem uwięzionym w klatce, prawda...?- uśmiechnął się chłodno, wpatrując we mnie przenikliwie- Nawet tym najbardziej wyjątkowym...
Milczałem. Nie miałem pojęcia, jak patrzą na to wszystko demony. On też tego nie wiedział. Nie mogłem wypowiadać się za wszystkich ludzi, a on nie mógł wyrażać opinii każdego demona. Chciałem tylko wiedzieć, że istnieje taka możliwość i teraz, gdy się o tym przekonałem, czułem się silniejszy niż wcześniej. Amadeusz mógł stać się człowiekiem. Ostateczny wybór i tak będzie należał do niego, ale może przyjdzie taki dzień, gdy zdobędę się na odwagę i go o to zapytam. A może nawet on sam zadecyduje o tym pierwszy.
-Nie traćmy mojego cennego czasu, Joshu Carter...- uśmiechnął się cynicznie- Wypada mi po raz ostatni zadać ci pytanie, które już znasz... Czy zrezygnujesz ze swojego daru?
-A ty dobrze znasz odpowiedź. Nie- odparłem bez cienia wątpliwości.
-To twoja ostateczna decyzja, Joshu Carter. Nie będzie już innej możliwości. Inny posłaniec już się nie trafi... A ty zostaniesz z tym wszystkim sam. Nie pomoże ci żaden z twoich ludzkich przyjaciół, gdy on odejdzie. A odejdzie. W końcu nadchodzi moment, w którym trzeba podjąć decyzję- westchnął głęboko, po czym ukłonił się przede mną lekko i rzucił jeszcze- Żegnaj, Joshu Carter. Poznanie cię było prawdziwą przyjemnością.
-Żegnaj- odpowiedziałem jedynie. Jakoś nie mogłem powiedzieć tego samego- Czekaj!- wykrzyknąłem gwałtownie, chociaż nie zdążył się nawet ruszyć z miejsca. Posłał mi pytające spojrzenie- Co z Amadeuszem...?
-Och... Wróci- odparł spokojnie- Prawdopodobnie zajmie mu to trochę czasu... Może czuć się skołowany...- uśmiechnął się lekko- Obawiam się, że będziesz jeszcze żałował swojej decyzji, Joshu Carter.
-Nie wydaje mi się- odpowiedziałem, ale jego już nie było.
Rozejrzałem się po pomieszczeniu, czując się nieswojo. Usiadłem na brzegu łóżka, gryząc wargi ze zdenerwowania. Miałem nadzieję, że tym razem to nie jest żadne kłamstwo ani podstęp, że Amadeusz naprawdę wróci, że znowu będzie jak dawniej... Czas mijał. Każda kolejna minuta wydawała się dłużyć w nieskończoność. Dopiero po kilku godzinach usłyszałem jakiś hałas w przedpokoju, ale nim zdążyłem się podnieść, Amadeusz pojawił się tuż przede mną.
-Amadeusz...- szepnąłem, podrywając się natychmiast z miejsca. Boże, dawno już nie czułem takiej ulgi.
-Bałem się, że cię nie zobaczę- chwycił mnie mocno w ramiona, przyciskając do siebie z taką siłą, że prawie połamał mi kości. Zaśmiałem się radośnie, wczepiając się w niego mocno i tuląc do siebie długo, nie mogąc się nim nacieszyć.
-Ja też- przyznałem, skrywając twarz w jego szyi- Ja też...
-Nie zostawię cię teraz ani na chwilę, Josh!- zapewnił mnie gorliwie- Ani na sekundę! Będę z tobą cały, cały czas i obiecuje, że już nigdy nie zrobię niczego równie głupiego! Nigdy! Przysięgam! Byłem wtedy na ciebie wściekły i myślałem, że jak odejdę gdzieś daleko, na długo, to pożałujesz tego wszystkiego... Ale zmieniłem zdanie, a wtedy on dostał się tutaj razem ze mną... Obserwował nas od dawna, ale o niczym nie wiedziałem... No i... No i nie zorientowałem się, aż do tego dnia, gdy przestałeś mnie widzieć... Wtedy już wiedziałem... I... I...
-To już nie ma znaczenia- stwierdziłem stanowczo, odsuwając się od niego nieco i uśmiechając łagodnie- Już wszystko jest w porządku.
Amadeusz milczał przez dłuższą chwilę, nie patrząc mi w oczy, po czym przyznał:
-Sądziłem, że ze mnie zrezygnujesz.
-Nigdy bym tego nie zrobił!
-Wiem...- westchnął głęboko, skinąwszy głową- Powtarzałem sobie ciągle, że tego nie zrobisz, ale miałem te wszystkie wątpliwości... Bałem się, że cię do tego namówi, zmusi... Nie wiem co bym zrobił- na powrót wtulił się w moją szyję, obejmując mnie z całej siły.
Uśmiechnąłem się delikatnie, głaszcząc go miarowo po plecach. Teraz, kiedy miałem go obok siebie, nic innego nie miało już znaczenia. Nie zwątpiłem w niego. Nie zwątpiłem w to, co nas łączyło i nie dałem się sprowokować do żadnej pochopnej decyzji. I miałem nadzieję, że nawet gdyby nie ten przypadek z Jenną, i tak nie udzieliłbym innej odpowiedzi. Nie byłem tego wcale pewien, ale chciałem w to wierzyć. Bądź co bądź, miałem do czynienia z istotą, która potrafiła doskonale grać na emocjach i stwarzać masę fałszywych pozorów... I zwyciężyłem.
Prawie jak w bajce. Zaśmiałem się cichutko na tą myśl.
Dobrze było mieć go znowu obok siebie, widzieć, czuć... Zagryzłem niepewnie wargę, wahając się przez chwilę, ale stwierdziłem, że trzeba to wreszcie powiedzieć. Że w obliczu tego, co się wydarzyło, to niemal oczywiste.
-Kocham cię- szepnąłem cichutko. Odsunął się ode mnie, wpatrując się w moją twarz z zupełnym zaskoczeniem- Kocham cię- powtórzyłem już bardziej zdecydowanym i stanowczym tonem.
Oczekiwałem, że coś odpowie. Początkowo nawet sądziłem, że usłyszę dokładnie to samo, ale gdy jego milczenie stawało się coraz dłuższe i dłuższe, a z jego twarzy nie znikał wciąż wyraz osłupienia, zaczynałem tracić nadzieję. W pewnym momencie poczułem się głupio i pożałowałem swoich słów. Może był wypowiedziane zbyt wcześnie...?
Amadeusz odsunął się jeszcze bardziej, po czym odkaszlnął cicho i wydusił z siebie coś na kształt:
-No... To... Dobrze chyba...
… I skończyło się bajkowanie.

10 komentarzy:

  1. Anonimowy12:10 AM

    Interesujące. Uwielbiam te opowiadania, nie są przesłodzone, jakby były pisane po to, by pokazywać mnie, że nic nie jest idealne. D.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:21 AM

    ałćććć xDDDD końcówka jak zwykle... eh... głupi Amadeusz xDDDD

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy2:23 AM

    Jeej! Kocham to opowiadanie! Totalnie moje ulubione! Mam nadzieje, że wszystko się ułoży! Tak tak wiem.....ale kocham happy endy :D Czekam baardzo niecierpliwie na nastepny odcinek. Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Koniec notki, kiedy Amadeusz wrócił, był bardzo wzruszający, aż do słów "-No... To... Dobrze chyba..." Nie wiem co mam teraz myśleć o zachowaniu Amadeusza. Chyba dobrze? demonie, no pewnie, że dobrze. Złym na niego nie można być, bo on jednak nie zna takich uczuć, ale Josh go przecież wybrał. Znów są razem, a on... Teraz pozostaje poczekać na ciąg dalszy.

    Droga Silencio nie wiem, jak zmobilizować Cię, ale napiszę jedno: każdy owy rozdział u Ciebie wywołuje u mnie wielki uśmiech na twarzy. Nie zawsze mogę od razu skomentować, ale z pewnością wszystko czytam. Teraz w tym tygodniu mam gościa i nie mogę za bardzo nawet czytać, pod koniec tygodnia wyjeżdżam, ale już w przyszłym tygodniu będę oczekiwała dalszych rozdziałów, bo ten z soboty znów przeczytam z opóźnieniem.
    Weny, kochana weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy5:26 PM

    końcówka mnie zbiła z tropu.. Do reszty zgłupiałam O.o
    Chatime

    OdpowiedzUsuń
  6. fanta6:53 PM

    owy? :|

    mi też się rozdział podobał, nie będę oryginalna xD

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy9:58 PM

    czy będzie dzisiaj nowa notka? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam nadzieję, że będzie (to zależy od mojej bety), ale to nie będzie Edmund ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy1:51 AM

    To niewiarygodne że demona i człowieka mogła połączyć tak wielka miłość. Tak samo jak Luane zdziwiło mnie zdanie ,,No... To... Dobrze chyba...,, szczególnie ostatnie słowo CHYBA. Cieszę się że znowu są razem. Nie żebym ci coś kazał, albo chciał kłucić się z twoją weną, ale muszę przyznać że lubię opowiadanie ,,Theodore,, nie ma literki ,,Z,, przy tytule ale niestety nowych rozdziałóęw też braknie.
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  10. Akemi4:01 PM

    Josh jest egoistyczny... Wbrew wszelkim zapewnieniom, że kocha, czy byłby w stanie poświęcić się tak jak Amadeusz? On wymaga od niego stania się człowiekiem, skrócenia lat do zaledwie kilkudziesięciu.Fakt, że to pomogłoby im był razem, ale... demon nigdy stanie się całkowitym człowiekiem. Może podglądać, ale nie czuje. Z kolei zamiana 80/90 lat na wieczność mimo wszystko jest kusząca. Czego Josh się boi? Że nie wytrzymałby tyle z Amadeuszem? Boi się, że ten odszedłby od niego do osoby, która miała taki dar jak on? W takim razie on nie kocha, a zwyczajnie jest zazdrosny i egoistyczny.
    Podejrzewałam, że ten obcy demon podszywa się pod przyjaciół Josha... coś ich za dużo było xD

    OdpowiedzUsuń