Strony

środa, 22 czerwca 2011

§ 6 § [YFM]

Absalom szedł niespiesznym krokiem w kierunku domu, zaczesując wilgotne pasemka włosów za ucho. Uśmiechał się błogo, wsłuchując w śpiew ptaków i z radością obserwując budzącą się do życia naturę. Wszystko wokół niego zdawało się idealnie ze sobą współgrać, współistnieć, jakby było doskonałym spektaklem natury, jej idealnym dziełem. I sam Absalom, również dumnie uważał się za jego część. Dzisiaj las wydawał się być jeszcze piękniejszy niż zwykle.
Chłopak zdjął koszulkę i przerzucił ją przez ramię, nucąc coś raźno pod nosem. Z dnia na dzień robiło się coraz cieplej i przyjemniej. Chociaż trudno powiedzieć, czy to pogoda była tym, co wprawiało młodzieńca w tak dobry nastrój...
Wszedł na polanę. Tuż przed domem siedział Mortalis, strugając coś z kawałka drewna niespiesznymi ruchami. Nigdy nie wychodziło mu z tego nic konkretnego, ale Absalom nie zapytał dotąd, po co właściwie to robi. Miał wrażenie, że mężczyzna się przy tym uspokaja i relaksuje. Uśmiechnął się do niego radośnie i przysiadł obok, obejmując go ramionami i składając krótki pocałunek na jego policzku.
-Woda w jeziorze jest cieplutka- stwierdził, wciąż nie przestając się uśmiechać, po czym raz jeszcze ucałował twarz mężczyzny, przyciskając się do niego kurczowo. Mortalis przerwał na chwilę wykonywaną przez siebie czynność i zerknął na niego ukradkiem. Był tu już prawie trzy tygodnie. Bez żadnej przerwy, żadnej, nawet najkrótszej wyprawy... Rzadko zdarzało mu się bywać w domu tak długo. Absalom wciąż jednak nie mógł się nacieszyć jego obecnością. Rozkwitał przy nim jak kwiat, który po długim, zimowym okresie, dostrzega wreszcie pierwsze promienie słońca. Nie chciał pytać o termin jego kolejnego zadania, wolał nie wiedzieć. Chciał trwać jak najdłużej w tym słodkim oderwaniu od rzeczywistości. Czuł się niemalże tak, jakby czas się dla nich zatrzymał. Nie liczył dni ani godzin, kiedy był przy nim Mortalis, nie odczuwał ni krztyny tęsknoty czy smutku. U jego boku wszystko nagle stawało się proste, a wątpliwości rozwiewały się momentalnie, gdy tylko natrafiał na jego spojrzenie- Powinniśmy się gdzieś razem przejść- dodał, podnosząc się wreszcie na nogi- Może zajrzałbyś do Edalisa...?
-Nie sądzę- odmruknął w odpowiedzi Mortalis, odwracając wzrok i znowu zaczynając ciosać drewno.
-Nie rozumiem, co z was za przyjaciele, skoro nigdy się nie widujecie...- odparł Absalom, marszcząc brwi, ale już po chwili zupełnie co innego przykuło jego uwagę. Z lasu wydostał się zając, który powoli, jakby z wahaniem, zaczął zbliżać się w kierunku ich domu. Chłopak uśmiechnął się radośnie, wbiegając na chwilę do chatki po sałatę, po czym podszedł do zwierzęcia spokojnym krokiem i podał mu pożywienie. Uklęknął tuż przy nim, przyglądając się szarakowi. To był ten sam, który zaplątał się tutaj ostatnim razem, z naderwanym uchem- Cześć, maluszku- przywitał się z nim łagodnie, chcąc go pogłaskać, ale gdy tylko wyciągnął w jego kierunku dłoń, zwierzę spłoszyło się natychmiast i skryło w pobliskich krzakach, wyglądając z nich jednak po chwili, jakby z ciekawością- Chyba jeszcze za szybko, na przesadną bliskość- zachichotał, wstając i wracając do Mortalisa. Nie minęło długo, aż zając z powrotem pojawił się przy swojej porcji sałaty i dokończył posiłek, po czym znowu czmychnął do lasu. Absalom zaśmiał się lekko. Lubił zwierzęta. Niektóre z nich udało mu się nawet oswoić i już nie uciekały na jego widok, a czasem, szczególnie zimą, zdarzało im się przyjść po coś do jedzenia.
-Mówiłem ci już, żebyś nie karmił leśnych zwierząt...- odezwał się cicho Mortalis.
-Dlaczego?- chłopak spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Bo ty chcesz nakarmić je, a ktoś inny będzie wolał nakarmić się nimi.
-To okropne!- młodzieniec pokręcił głową niemalże z oburzeniem- Są urocze i... I ładne... Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć je zjeść?!
-Bo są też smaczne- odpowiedział krótko mężczyzna.
-To potworne.
-Raczej naturalne- poprawił go mężczyzna, wciąż nie odrywając wzroku od kawałka drewna, który z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej miękki i wygładzony.
-To ta część natury, której nie lubię- odpowiedział z niezadowoleniem chłopak. Nigdy nie potrafił tego zrozumieć. Ludzie jedli różne rzeczy, owszem, ale skoro hodowali krowy i świnie na swój użytek, dlaczego nie mogli ograniczyć się do nich i polowali na te drobne zwierzęta z lasu...? Sarny i zające... Nikomu nie szkodziły! Nie były drapieżnikami ani szkodnikami... Należało po prostu zostawić je w spokoju i pozwolić im żyć.
-Natura jest skonstruowana tak, że radzi sobie sama... Zwierzęta też sobie poradzą. Dziś jesteś, ale jutro może cię tu nie być. Jeżeli ktoś za bardzo przyzwyczai się do wygody, może później nie znieść zderzenia z twardą rzeczywistością.
-A jeżeli ktoś jest za słaby, by poradzić sobie sam?- zapytał Absalom, unosząc pytająco brew.
-Wtedy ginie- odparł mężczyzna, bez cienia emocji w głosie- I to też jest natura.
Nieprawda. Absalom nie postrzegał tego w taki sposób. Przecież ludzie też byli częścią natury. I opieka nad tymi, którzy nie dawali sobie rady samodzielnie, wydawała się sprawą oczywistą. Opieka nad małymi dziećmi, opieka nad starszymi, chorymi, kalekami... To też było naturalne i ludzkie. Przecież gdyby Mortalis nie wziął go ze sobą tamtego dnia, chłopak prawdopodobnie już by dziś nie żył. Owszem, zawsze znajdą się tacy ludzie, których trudno uznać za wzór do naśladowania, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło.
-Jeżeli zwierzę za bardzo ci za ufa, wkrótce zacznie postrzegać inaczej też innych ludzi. Nie jako zagrożenie, ale jako potencjalną pomoc...- kontynuował cicho mężczyzna, nadając trzymanemu przez siebie kawałkowi drewna lekko owalny kształt- A jeżeli tak się stanie, może wbrew własnemu instynktowi postąpić naiwnie i pozwolić się do siebie zbliżyć komuś, kto nie wykaże się równą dobrocią serca i łaskawością... Ludzie powinni się trzymać z dala od zwierząt, a zwierzęta od ludzi. Przywiązanie do człowieka zawsze kończy się źle. Zresztą, nie tylko dla nich...- dodał ponuro.
Absalom spojrzał na mężczyznę z uwagą, po czym parsknął cichutko i przysiadł tuż obok niego, opierając głowę na jego ramieniu.
-Człowiek potrzebuje kogoś, komu mógłby zaufać- szepnął.
-Człowiek potrzebuje jedynie powietrza, wody, czegoś do jedzenia i w miarę dobrych warunków życia... Wszystko inne jest niczym więcej, jak tylko jego wymysłem- odpowiedział szorstko Mortalis.
-... A poza tym...- kontynuował Absalom, nie chcąc się spierać w tej kwestii- Są ludzie, którzy są ze sobą blisko i już. Nie z jakiejś potrzeby, ale tak po prostu się dzieje. Bo razem mieszkają, wychowują się, opiekują sobą... I to jest przywiązanie. Nie da się go tak po prostu usunąć ani o nim zapomnieć. Tak jak na przykład my- dodał znacząco. Nie wyobrażał sobie, żeby mógł funkcjonować bez Mortalisa. Odkąd tylko pamiętał. Może gdyby wychował się w innych warunkach, w innym miejscu, z kimś innym... Pewnie wtedy wszystko wydawałoby mu się zupełnie inne. Ale tu i teraz, mężczyzna był najważniejszą osobą w jego życiu.
-Och... Więc nas łączy jakieś szczególne przywiązanie...?- usłyszał pytanie Mortalisa i aż skamieniał.
Podniósł na niego nieco przerażone, onieśmielone spojrzenie i zapytał niepewnie:
-A nie...?
Dopiero gdy dostrzegł, jak kąciki ust mężczyzny podnoszą się ledwie zauważalnie, zorientował się, że ten żartował. Odetchnął z ulgą w duchu i uśmiechnął się radośnie, obejmując go z całej siły. Odsunął się dopiero w momencie, gdy usłyszał głuche stęknięcie Mortalisa. Uwielbiał go. Całego. Nawet jego ponurość, jego sceptycyzm i krytyczne nastawienie wobec całego świata.
-Wszystko się kiedyś kończy- odezwał się wreszcie Mortalis po dłuższej chwili milczenia- Każdy związek, relacja, przyjaźń... Wszystko. A rozstanie zawsze boli. Chociaż z pewnością mniej niż zdrada.
-Nie każdy musi odejść- odparł stanowczo chłopak.
-Każdy- odmruknął w odpowiedzi mężczyzna- Bez wyjątku.
-Nie mówię o śmierci- przerwał mu łagodnie Absalom, wpatrując się w niego z uwagą- Mówię o tym, co jest zależne od naszej woli. Nie wszyscy ludzie są zdrajcami i kłamcami. Niektórzy są lojalni i szczerzy... Dobrzy- stwierdził z ufnością. On nigdy nie zostawiłby Mortalisa, a już na pewno nie zrobiłby niczego, by mu zaszkodzić. Był tego pewien, jak niczego innego na świecie.
-Zdrada, fałsz i okrucieństwo, Absa, są głęboko zakorzenione w naturze ludzkiej. I zawsze znajdą odpowiedni moment, by się ujawnić. Uwierz mi na słowo.
-W ludzkiej naturze jest dobro- odparł chłopak, uśmiechając się lekko, a Mortalis wydał z siebie jedynie pełne politowania parsknięcie- Nie każdy zachowuje się odpowiednio, ale każdy człowiek popełnia błędy, nikt nie jest przecież doskonały... Liczy się ogólny bilans tego, co się uczyniło, a nie pojedyncze pomyłki. Czasem można komuś zrobić krzywdę, ale zawsze jest szansa na to, żeby to odpokutować i wynagrodzić.
-Jesteś zbyt naiwny, Absa. Coraz bardziej zaczynam się o ciebie bać.
-Czemu?- zachichotał lekko młodzieniec, trącając nosem szyję mężczyzny- Przecież nie dasz zrobić mi krzywdy.
Mortalis wpatrywał się w niego badawczo przez dłuższą chwilę, nie odzywając się wcale. Dopiero po kilku minutach, wstał niespiesznie i wrócił do domu, by zaraz wyjrzeć na zewnątrz i odpowiedzieć wreszcie:
-Obawiam się, że póki co jesteś dla mnie zupełnie nieobliczalny, więc mogę niestety nie zdążyć zareagować na czas...- odparł spokojnie, a Absalom uśmiechnął się leciutko pod nosem. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nim zdążył cokolwiek dodać, usłyszał- Wracaj do środka. Zaraz będzie padać.
A to oznaczało, że rozmowa na ten temat jest już skończona.
Absalom wrócił posłusznie do domu, zamykając za sobą drzwi i obserwując ciemne chmury, które zgromadziły się nad lasem.
Miał nadzieję, że oni wszystkie gwałtowne burze, mieli dawno za sobą...

-Więc powiadasz, że Mortalis wrócił, cały i zdrów, a teraz nie rusza się z domu...?- zagadnął go w zamyśleniu Edalis, wpatrując się w niego z uwagą.
-Mhm- potwierdził wesoło chłopak, uśmiechając się leciutko i wpatrując z rozmarzeniem w okno. Dawno już nie był w gospodzie i chciał odwiedzić Edalisa, ale mimo tego, że długo go nie widział, nie mógł się doczekać powrotu do Mortalisa.
-Jesteś pewien, chłopcze...? Obejrzałeś go dokładnie...? Może ma jednak jakieś zranienia...?- wypytywał go podejrzliwie, a Absalom skierował na niego spojrzenie i parsknął cicho, kręcąc głową.
-Nie. Jest cały i zdrów.
-Aha...
-Nie mów tak, to okropne!- obruszył się chłopak.
-Jak?- zdumiał się Edalis.
-Z takim rozczarowaniem i... i... żalem! Przecież jesteście przyjaciółmi!
-Och, chłopcze, jakim tam rozczarowaniem znowu...- mruknął ponuro mężczyzna, machnąwszy lekceważąco dłonią- Chciałem się po prostu dowiedzieć, czy coś tej łajzie dolega... Chociaż biorąc pod uwagę fakt, ile już przeszedł, może nie powinienem pytać i po prostu uznać, że jest nieśmiertelny, bo Stwórca mi świadkiem, że nie znałem jeszcze człowieka, który by tyle zrobił, naraził się tak wielu ludziom i nadal chodził po tym świecie żywy... Nie przeczę, że jego śmierć mogłaby mi przynieść pewnego rodzaju ulgę, nie zamierzam łgać...- Absalom posłał mu wyjątkowo surowe spojrzenie- Och, chłopcze, zrozum... Dużo spraw, dużo tajemnic, których nie należy wyjawiać... A trupy są mniej wylewne niż żywi, chociaż on nie należy do zbyt rozmownych gości... Ale sam rozumiesz, nigdy nie wiadomo, kiedy przyjaciel zmieni się w wilka i zechce odgryźć ci łeb... Lepiej dmuchać na zimne... Chociaż oczywiście niezwykle bym cierpiał!- dodał natychmiast, dostrzegając chyba, że chłopak z chwili na chwilę spogląda na niego coraz bardziej srogo- Wierz mi na słowo, przywiązałem się do tego drania... Nie życzę mu rychłej śmierci, chociaż stu lat życia też wolałbym mu nie wróżyć... Ciężko by mi było bez niego, to fakt... Bądź co bądź jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni. Ja jemu, a on mnie.
-Ty jemu...?- Absalom uniósł brew w geście politowania. Nie pojmował, w czym Edalis miałby się przydać mężczyźnie.
-Ależ oczywiście, chłopcze!- żachnął się w odpowiedzi, wyraźnie urażony jego powątpiewaniem- A co ty myślisz! Że zostawiłby cię byle komu...? A skąd! Miał przecież sporo zleceniodawców, a co poniektórzy wyjątkowo starali mu się wejść w odwłok i pokazać, jak bardzo im zależy na jego usługach... Mógłby im podrzucić dzieciaka, cóż to znowu za różnica, pewnie by się tobą zajęli, a nawet zapewnili ci lepsze warunki niż ja... Ale niech no by zginął gdzieś podczas jednego ze swoich zadań, a natychmiast wyrzuciliby cię na bruk. Potrzebował kogoś zaufanego... Jak widzisz nawet najbardziej ponuremu i samotnemu skurwielowi w końcu przydaje się ktoś lojalny... No i oczywiście zostawił cię pod moją opieką. Wiedział, że mam dobre serce...
-Dobre serce...- powtórzył Absalom, kręcąc z niedowierzaniem głową. Że też mówił to ktoś, kto jeszcze niedawno planował zabójstwo swojego zięcia i miał zapewne gorsze rzeczy za uszami.
-Ależ chłopcze, ranisz mnie!- odparł Edalis z udawanym smutkiem, kładąc dłoń na swojej klatce piersiowej- Czy kiedykolwiek było ci u mnie źle...? Owszem, nie ukrywam, nie byłem zachwycony, gdy mi tu ciebie przytargał, ale nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby nieodpowiednio cię traktować albo nie daj Boże wyrzucić czy oddać... A z czasem cię polubiłem, dobry dzieciak z ciebie... Sam wiesz, że traktuję cię prawie jak syna...
-Raczej synowego- poprawił go niezbyt zadowolony chłopak, przypominając sobie usilne swaty mężczyzny, ale ten jedynie machnął lekceważąco dłonią, zupełnie tak jak zwykle i mruknął:
-Oj tam, oj tam, chłopcze...
-Będę się już zbierał- stwierdził Absalom, podnosząc się powoli z miejsca. Skłamałby, gdyby powiedział, że wcale mu się nie spieszyło. Chciał dotrzymać towarzystwa Edalisowi, ale w tym momencie zdecydowanie bardziej wolał być przy kimś zupełnie innym.
-Już?- zdumiał się mężczyzna- Och, chłopcze, dopiero co przyszedłeś! Może zjesz przynajmniej jakiś porządny obiad...? Co wy tam możecie mieć na tym swoim odludziu! Zaraz kogoś zawołam i...
-Nie, nie- wycofał się Absalom, uśmiechając się przepraszająco. Nie chciał być nieuprzejmy, ale nie mógł nic poradzić na to, że zdążył się stęsknić za Mortalisem- Przyjdę niedługo- obiecał, kierując się do wyjścia.
-Jak ta łajza wyjedzie- dodał z ciężkim westchnieniem Edalis i pokiwał głową- Trzymaj się, chłopcze.
-Do zobaczenia- pożegnał się z nim cicho chłopak, po czym wyszedł na zewnątrz.
Nad miastem znowu zaczęły zbierać się ciemne chmury. Wyglądało na to, że wybrał sobie idealną porę do powrotu. Nie zatrzymywał się już przy żadnych stoiskach ani nie rozglądał dookoła. Zależało mu jedynie na tym, by jak najszybciej znaleźć się z powrotem w domu, u boku Mortalisa. Uśmiechnął się do siebie na samą myśl o nim.
Mieszkańcy umykali do swoich posiadłości, kupcy przezornie zasłaniali swoje towary i chowali się w bezpieczne miejsca. Wyglądało na to, że wszyscy spodziewają się deszczu i rzeczywiście, już po chwili zaczęło lekko kropić. Gdy Absalom zbliżał się już do bram miasta, ulice były niemalże zupełnie opustoszałe. Dostrzegł jedynie młodego chłopaka, który siedział tuż przy murze i wpatrywał się w niego jakoś dziwnie. Nie zwrócił na niego większej uwagi i szedł dalej, dopóki w pewnym momencie nie poczuł, jak ktoś wpada na niego z całą mocą. Jęknął głucho i zachwiał się na nogach, nieco zamroczony, w pierwszej chwili nie orientując się w tym, co się dzieje. Zobaczył przed sobą tylko twarz tego chłopaka i poczuł, jak ten zrywa z jego szyi medalion, a następnie zaczął uciekać.
-Stój!- krzyknął Absalom, gnając tuż za nim, ale chłopak zniknął mu z pola widzenia już za pierwszym budynkiem. Stał jeszcze przez chwilę rozglądając się dookoła i nie mogąc wprost uwierzyć w to, co się zdarzyło.
Nie wiedząc, co zrobić, pełen zrezygnowania, ruszył do domu.

-Dobrze się czujesz...?- Mortalis posłał mu badawcze spojrzenie, stając w progu sypialni.
Absalom westchnął głęboko, chyba po raz setny od owej kradzieży. Leżał już w łóżku i po prostu przypominał sobie to wszystko po raz kolejny. Nie potrafił zrozumieć, jak to się stało. Ktoś go już kiedyś okradł, dobrze to pamiętał, wyrwał mu sakiewkę, ale to było w biały dzień, wokoło było pełno ludzi i po prostu uciekł, nim chłopak zdążył zareagować. A teraz...? Przecież mógł coś zrobić! Mógł się jakoś przeciwstawić! Gdyby zorientował się chociaż o kilka sekund wcześniej!
-Dobrze...- stwierdził odwracając wzrok i zagryzając nerwowo wargę- Sam mówiłeś, że to bezwartościowa blaszka...
-No cóż...
-Więc dlaczego ją ukradł?!- wykrzyknął nagle chłopak, a mężczyzna wbił w niego nieco zaskoczone spojrzenie- Dlaczego?!- zapytał płaczliwie- Przecież skoro nie była nic warta, to wcale jej nie potrzebował! Dlaczego ludzie w ogóle robią takie rzeczy?! Rozumiałbym, gdyby ukradł mi pieniądze, jedzenie, ale nie coś takiego!
-Och, Absa...- mężczyzna westchnął głęboko, siadając obok niego. Chłopak zacisnął wargi i odwrócił wzrok, starając się powstrzymać cisnące mu się do oczu łzy. Może i to nie było nic cennego, ale dla niego miało duże znaczenie. Wiedział, że rozczarowanie wkrótce minie i zapomni o tej sprawie, ale na tą chwilę czuł się mocno przejęty i zdenerwowany- Pewnie wydawało mu się, że to wartościowe... Ludzie noszą różne błyskotki, to dla złodziejaszków dobra okazja, a ty nie miałeś niczego innego, co mógłby wziąć... No i byłeś sam. Wykorzystał okazję.
-To nie w porządku...- szepnął cicho chłopak z wyraźnym niezrozumieniem. Na co to mu się przyda...? Nic za to nie kupi, nigdzie tego nie sprzeda... Więc po co mu to w ogóle było?
-Znajdziesz coś znacznie lepszego...- odpowiedział mężczyzna, bez najmniejszej emocji. On chyba zupełnie tego nie pojmował- Mogę się za czymś  rozejrzeć. Jestem pewien, że to nie jedyna zardzewiała blaszka na tym świecie...
-Właśnie, że jedyna...- pociągnął nosem i jęknął płaczliwie- Nie ma już takiej drugiej, rozumiesz? Ta była wyjątkowa! Miała tą charakterystyczną rysę i była dokładnie taka, jak sobie wyobrażałem... I nagle na nią trafiłem! Nie szukałem jej, to było po prostu szczęście, zupełnie tak jak przeznaczenie!- dobrze wiedział, że mężczyzna i tak tego nie zrozumie. Chciał zachować się z godnością i po prostu udawać, że wcale go to nie obeszło, ale nie potrafił. Rozpłakał się- Dlaczego ją zabrał...?- powtórzył raz jeszcze, starając się stłumić łkanie i podniósł się, by objąć mocno mężczyznę. Wtulił twarz w jego szyję.
-Och, Absa...- Mortalis westchnął głęboko- Może rzeczywiście większym przewinieniem jest odebranie komuś czegoś sentymentalnego niż pieniędzy czy kosztowności...
Chłopak zakwilił cichutko. Nie wiedział, jak długo przyciskał się do niego kurczowo. W końcu uspokoił się i opadł z powrotem na poduszki, po czym przewrócił się na bok, chcąc zasnąć. Ten dzień zaczął się tak dobrze i nagle wszystko się popsuło. W tym momencie zupełnie nic go nie cieszyło, chociaż gdyby nie było przy nim mężczyzny, pewnie czułby się jeszcze bardziej przybity i smutny.
Mortalis okrył go dokładniej kołdrą, po czym podniósł się i przeszedł na chwilę do pomieszczenia obok. Minęło kilka minut, gdy Absalom ponownie usłyszał jego kroki i cicho wypowiedziane słowa:
-Zamknij się od środka.
Podniósł się z miejsca, spoglądając na niego z zaskoczeniem.
-A-Ale... Ale dokąd idziesz...?- wyjąkał, wpatrując się w niego ze zdziwieniem.
-Na krótki spacer- odparł spokojnie- Zarygluj się i idź spać.
-Przecież nie wejdziesz do środka!
-Przecież zawsze wchodzę.
Absalom przyznał mu po cichu rację i gdy Mortalis wyszedł, zamknął za nim drzwi i zaryglował je, po czym wrócił do łóżka. Mężczyzna zapewne i tak nie wróci prędko, nie było sensu na niego czekać.
A bez niego wszystko stało się nagle jeszcze bardziej przygnębiające...

Gdy Absalom obudził się kolejnego dnia, jasne promienie słońca wpadały do pomieszczenia przez okno i otwarte na oścież drzwi. Przetarł zaspane oczy i usiadł na łóżku, starając się doprowadzić do jako takiego porządku. Mortalis zdążył już najwyraźniej wrócić, chociaż teraz chyba też nie było go w domu. Chłopak zerknął do pomieszczenia obok, upewniając się w swoim przypuszczeniu, po czym chciał się zabrać za przygotowywanie śniadania. Nim jednak zdążył zrobić cokolwiek, jego spojrzenie padło na leżący na stole przedmiot.
Osłupiał zupełnie. Podszedł do niego niepewnym krokiem i chwycił w drżące dłonie leżącą na nim blaszkę. Jego blaszkę. Jego medalion! Ten sam, dokładnie ten sam, ze smokiem i z rysą...
Zaśmiał się radośnie, przyciskając go do siebie mocno.
W tym momencie Mortalis wszedł do domu. Absalom speszył się wyraźnie, po czym spojrzał na niego z wdzięcznością i rzucił pełne pogody:
-Dziękuję!
Mężczyzna zerknął na niego ukradkiem, po czym odwrócił wzrok i odmruknął jedynie:
-Za co...?
A następnie zniknął w swojej pracowni.
Absalom uśmiechnął się do siebie wesoło.
Już on dobrze wiedział...

7 komentarzy:

  1. Melancholia10:39 PM

    O boże! O boże, o boże, o boże...! Jasna dupa! To było świetne. Tak czekałam na YFM i mam. ;)

    Teraz już spokojniej Raz...Dziesięć. Ok.
    Absa w tym rozdziale mnie rozczulił, płakał za tym łańcuszkiem (mam dziwne podejrzenia, co do tego przedmiotu)... ;) Mortalis, hmm jego pesymizm mnie rozbraja, choć to raczej (bolesny) realizm. Jak zwykle o mało się nie rozpłakałam jak mu przyniósł ten medalionik.^^
    Mogłabyś odkryć jakiś przejaw głębszych uczuć jeśli chodzi o to opko (a raczej Mortalisa)? ;P
    Pytanko mam. Mogę? Ok. Kiedy (około) planujesz "Księcia"? Hmm? Pozdrawiam.
    P.S. Pierwsza!

    OdpowiedzUsuń
  2. Cuuudo! Mortalis zachował się naprawdę słodko (o ile jest u niego możliwe takie zachowanie)
    Nadal czekam na jakieś ciche wyznanie uczuć lub coś w ten deseń :)
    Z chęcią przeczytałabym Księcia ale z tego co pamiętam co ciężko się go pisze (chyba że pomyliłam opowiadania) więc czekam cierpliwie :D

    OdpowiedzUsuń
  3. [wylewny komentarz] Omnomnomnom, wielbię to. [/wylewny komentarz]

    OdpowiedzUsuń
  4. Melancholia - raczej nie planuję, nie sięgam swoją wyobraźnią dalej niż do początku przyszłego tygodnia zazwyczaj, więc niestety nie mogę powiedzieć na ten temat nic konkretnego :). Obawiam się, że trochę czasu może jeszcze minąć, zanim "Książę" ponownie zagości na blogu, także trzeba być cierpliwym. Ze mną nie ma innego wyboru xD.

    OdpowiedzUsuń
  5. MiraCle1:05 PM

    A mnie bardziej niż zachwycanie się nad uczynnością Mortalisa zastanawia stan zdrowia tego chłystka ;)

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Cudny rozdział. Normalnie cud, miód i orzeszki. :D
    Podoba mi się, jak Absa obejmuje Mortalisa.
    Co do karmienia leśnych zwierząt Morti ma rację. Absa oswoi królika, sarnę i to zwierzę w przyszłości może też zaufać swojemu zabójcy. Podejdzie do niego bez problemu, wierząc w dobro człowieka.
    Skradziony medalion i łzy chłopaka poniekąd uświadomiły Mortalisowi, że czasem ktoś może ci ukraść cały majątek i ie będziesz z tego powodu cierpiał, ale jak ktoś zbierze ci drobną rzecz, pamiątkę ból będzie większy.
    Tylko ciekawi mnie co się stało z tym złodziejaszkiem. Medalion odzyskany, ale... :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Akemi3:40 PM

    Aż się boję, co się stało z tym, który ukradł medalion xD Oj, żeby tym czynem nie napytał Absie problemów... złodziejaszek go obserwował i mógł zapamiętać, chcieć zobaczyć, gdzie mieszka osoba o (w tamtej chwili tak pewnie myślał) wartościowym przedmiocie... a kiedy ktoś (Mortalis) zabrał mu tę blaszkę, złodziejaszek mógł być pewny, że ta jednak miała duże znaczenie i teraz będzie chciał pomścić stratę... chyba, że jego dusza nie jest na tym świecie xD

    OdpowiedzUsuń