Strony

środa, 29 czerwca 2011

Jedyny

Pamiętam ten dzień niemalże tak dokładnie, jakby zdarzył się wczoraj.
Miałem wtedy piętnaście lat. Stałem pośrodku wojskowego obozowiska, razem z kilkunastoma innymi równie młodymi chłopcami i oczekiwałem na decyzję, która mogła się dla mnie okazać zbawieniem lub wyrokiem. Wszyscy zostaliśmy wybrani kandydatami na rekrutów do jednego z oddziałów cesarskiej armii. Pilnujący nas żołnierze, krążyli dookoła, mówiąc głośno o tym, jak wielki zaszczyt i honor nas spotkał. I że jeżeli zostaniemy przyjęci, będzie to chluba dla naszej rodziny. Miałem jednak wrażenie, że żaden z nas nie postrzega tego w ten sposób. Ci, którzy obok mnie stali trzęśli się ze strachu, ledwie utrzymując równowagę. Ja też się bałem. Bałem się wojny i bałem się śmierci. Modliłem się w duchu do wszystkich bóstw, które przychodziły mi do głowy, błagając o to, by uznali, że nie jestem odpowiedni. Chciałem wrócić do domu, do rodziny.
Z największego namiotu, stojącego tuż na przeciw nas, wyłonił się jakiś mężczyzna. Wyglądał bardzo srogo i poważnie. Był potężnej postury, a dodatkowej masywności dodawała mu jeszcze cudownie błyszcząca, ciężka zbroja. Każdy z nas wstrzymał wtedy oddech. Każdy z nas się zastanawiał. Czy to był generał...?
-Nazywam się kapitan Aruso- jego głos był surowy i chłodny. Ruszył powoli przed siebie, mierząc każdego z nas po kolei uważnym i nieco pogardliwym spojrzeniem- A wy dostaliście jedyną i niepowtarzalną szansę włączenia w szeregi cesarskiego wojska... Jako rekrutów czeka was wiele nauki i zadań, ale bądźcie pewni, że choć to trudna droga, to droga ludzi szlachetnych i prawych, takich, których nie przeraża ani walka ani śmierć... I my nauczymy was tej odwagi- zatrzymał się w miejscu- Ale najpierw generał zadecyduje o tym, czy jesteście godni by stanąć w naszych szeregach.
-A... A co decyduje o tym, czy jesteśmy godni... p-proszę pana...?- jeden z chłopców drżącym głosem zdał pytanie, które cisnęło się na usta nam wszystkim.
-Milczeć!- warknął mężczyzna, wyraźnie poirytowany- Jako rekruci nauczycie się pokory i słuchania, bo od tego jest żołnierz! Żołnierz nie zadaje pytań!- skarcił go szorstko- Żołnierz ma wykonywać polecenia i słuchać swojego zwierzchnika, to wszystko! Generał wybiera rekrutów według własnego gustu!
Jeden z żołnierzy strzegących wejścia do namiotu zachichotał głośno.
Kapitan odwrócił się w jego stronę, marszcząc brwi, po czym podszedł do niego niespiesznym krokiem, wciąż wpatrując się w niego tak, że ja na jego miejscu najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Ten wojownik nie wydawał się być jednak ani trochę poruszony. Uśmiechał się wciąż leciutko pod nosem, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.
-Chciałeś coś dodać, żołnierzu...?- syknął kapitan, zatrzymując się o krok przed nim.
-Nie, kapitanie...- odparł tamten, bez najmniejszego trudu znosząc jego surowe spojrzenie- Po prostu uważam, że to doskonały dobór słów...
-Nie prosiłem o komentarz- uciął lodowato mężczyzna, znowu zwracając się w naszym kierunku.
Wpatrywałem się w tego żołnierza jeszcze przez chwilę. Wyłapał moje spojrzenie i mrugnął do mnie, uśmiechając się pod nosem. Mnie nie było stać na podobną wesołość. Z każdą chwilą moje serce biło coraz szybciej i czułem, że zaraz wyskoczy mi z klatki piersiowej. Błagałem bogów, by mnie nie wybrali.
-Generale!
Przymknąłem powieki, słysząc to zawołanie. Zrobiło mi się słabo. Gdy ponownie otworzyłem oczy, na polanie przed nami, obok kapitana, stał już inny mężczyzna. Młody, może dwudziestoparoletni, skromnej postury, z półdługimi, kruczoczarnymi włosami opadającymi luźno na ramiona i delikatną, przystojną twarzą. Zamrugałem niepewnie, mocno zdezorientowany. Czy to rzeczywiście mógł być generał...? Pewnie gdyby nie droga, wysadzana kamieniami zbroja, uznałbym go za jednego z żołnierzy. Nie sprawiał wrażenia szczególnie silnego ani potężnego. Przy swoim kapitanie prezentował się niemalże drobno.
-Panie... Oto kandydaci na rekrutów- poinformował go kapitan, a ten skinął jedynie głową, podchodząc do nas bliżej.
-Nazywam się Faustyn Rosette- przedstawił się miękkim, dźwięcznym głosem, przechadzając się wzdłuż szeregu. Obserwowałem jego niespieszną, leniwą wędrówkę w tę i z powrotem z jakąś niezrozumiałą fascynacją, zaintrygowaniem. Wydawał mi się absolutnie doskonały, perfekcyjny, pozbawiony jakichkolwiek wad- Jestem generałem, dowódcą tego skromnego oddziału...- machnął niedbale dłonią w kierunku ciągnącego się w nieskończoność szeregu namiotów i przenośnych siedzib- I mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy z was... Okażą się na tyle interesujący... By być pod moim władaniem...- każde kolejne jego słowo zdawało się rozbrzmiewać w moich myślach po tysiąckroć, zapadając mi głęboko w pamięć.
Czekałem aż wreszcie zbliży się do mnie, ale on zatrzymał się na samym początku szeregu, wpatrując się z uwagą w stojącego na jego czele chłopaka. Osłupiałem, gdy nagle przybliżył się do niego i ucałował go prosto w usta. Rozchyliłem wargi w geście zdumienia. Potem zrobił to samo z drugim chłopcem i z trzecim... Czwartego ominął. Nie miałem pojęcia, na czym polegała ta weryfikacja, ale już wiedziałem, kto jest wybranym, a kto odrzuconym. I pierwszy raz odkąd się tu znalazłem, przestałem modlić się o to, by móc odejść wolno, a zacząłem pragnąć tego, by poczuć jego usta. Dziwna to była myśl i dziwne to było pragnienie, które budziło we mnie zarazem lęk i dezorientację.
Zdawało się, że minęły wieki, nim mężczyzna znalazł się tuż przy mnie. Zobaczyłem jego twarz z bliska i nagle zapomniałem zupełnie, jak się oddycha. Kolejne sekundy ciążyły się w nieskończoność, gdy przyglądał mi się z uwagą. Aż w końcu... Przymknąłem powieki, chwilę przed tym, jak poczułem na swoich wargach jego usta. To było ledwie delikatne muśnięcie, dokładnie takie, jakim obdarzał wielu innych przede mną. Ale rozbudziło we mnie coś niezwykłego, coś, czego nie potrafiłem w żaden sposób pojąć, ani opisać. W jakimś odruchu, nim zdążył się odsunąć, oddałem owo muśnięcie, nieco nieporadnie i niepewnie.
Odsunął się, zdumiony. Spuściłem wzrok, czując zawstydzenie.
Ale nie minęła chwila, a on zaśmiał się jedynie i rzucił pełne rozbawienia:
-Śmiało sobie poczynasz, młodzieńcze...- po czym ruszył dalej.
Już wiedziałem, że zostałem wybrany. Nie czułem już jednak wcześniejszego lęku. Chciałem jedynie ponownie znaleźć się blisko niego, a jeżeli to oznaczało służenie w jego oddziale – nie wydawało mi się to w tym momencie stanowić dużego poświęcenia. Żołnierz stojący przy namiocie wpatrywał się we mnie tak przenikliwie, jakby znał wszystkie moje myśli.
Odwróciłem wzrok.
Generał dokonał wyboru i bez słowa zniknął w swoim namiocie, nie spoglądając na nas już ani przez chwilę.
-Wszyscy ci, którzy zostali wybrani, kierują się do namiotu dla rekrutów!- poinstruował nas kapitan, starając się ukryć skrępowanie całą tą sytuacją, które raz po raz pojawiało się na jego twarzy- Pozostali mogą wracać do domów! Wykorzystajcie ostatnie chwile wolności, rekruci! Jutro zacznie się ciężka praca!
Bez słowa powlekliśmy się w kierunku wskazanym przez mężczyznę. Do wieczora, pozostali wybrańcy, toczyli pełne obawy dyskusje o tym, co ich czeka. Ja jednak nie włączałem się w te rozmowy. Nie wiedzieć dlaczego, moje myśli pochłaniał jedynie generał. I wspomnienie jego ciepłych ust na moich wargach...

Tamtego dnia od momentu mojego wyboru minęły już ponad dwa miesiące. Dwa miesiące ciężkiej pracy, treningów i ćwiczeń od rana do wieczora, ciężkich warunków i podróży. Dwa miesiące przez które nie widziałem generała ani razu, a mimo to, nie potrafiłem o nim zapomnieć. Bogowie raczą wiedzieć, ile razy starałem się zapuścić samotnie w okolice jego namiotu, ale zawsze strzegli go żołnierze. Bałem się pytań, drwin, oskarżeń... Zresztą, kto i z jakiej przyczyny miałby mnie dopuścić do dowódcy?
Każdej nocy zasypiałem się i budziłem jedynie z myślą o nim. Widziałem, jak moi kompanii z dnia na dzień są coraz słabsi, coraz bardziej wyczerpani, wycieńczeni nowym, surowym trybem życia i obowiązkami, jakie na nich spadły. A ja czułem się dobrze. Całkiem dobrze. Fizycznie wręcz doskonale. Nie doskwierał mi ani ból, ani zmęczenie. Czułem jedynie tą nieopisaną, niezrozumiałą tęsknotę i nic nie potrafiłem poradzić na to, że czekałem niecierpliwie na dzień, w którym zobaczę generała po raz kolejny.
Ostatecznie nastąpiło to jednak szybciej niż się spodziewałem. Tamtego dnia nastąpił nasz ostateczny egzamin, sprawdzenie, przed przyjęciem do oddziału. Podzielili nas na małe grupy, dowodzone przez żołnierzy i wyznaczyli zadania, które na pozór niezbyt trudne, okazały się dla niektórych ostatnimi, jakie przyszło im dokonywać w ich życiu. My mieliśmy rozbić obóz bandytów. Z dwunastu, którzy wyruszyli, powróciło nas siedmiu. Ale i tak mieliśmy więcej szczęścia niż reszta. Byliśmy pierwszymi, którzy dotarli na miejsce. Powitał nas jeden z kapitanów, a następnie zaprowadził prosto przed oblicze generała. Zobaczyłem go wtedy po raz pierwszy od tak długiego czasu, ale nie byłem w stanie się cieszyć. Czułem się wyczerpany i przybity. Byłem brudny i umorusany we krwi. Czułem wstyd stojąc tam przed nim i mając świadomość tego, że nie wszystko poszło tak, jak miało pójść. On jednak nie wydawał się być rozczarowany.
-Antoniuszu...- rzucił do żołnierza, który z nami był, ściskając go serdecznie i niemalże czule. To był ten sam mężczyzna, który w dniu mojego przyjęcia pełnił straż u wejścia jego namiotu i odważnie dyskutował z kapitanem- Dobrze widzieć cię całego i zdrowego. Wszystko poszło jak miało pójść...?
-Straciłem piątkę- przyznał ten, bez szczególnego zmartwienia.
-Idealnie- generał uśmiechnął się szeroko- A pozostali...?
-Myślę, że Arian już nie wróci... U bram obozu dotarły do nas wieści, że jego wyprawa się nie powiodła... Podobnie jak Erazma...- w jego głosie nie igrał nawet cień emocji.
-Smutne...- skwitował mężczyzna tonem, w którym też trudno było doszukiwać się rzeczywistego współczucia- Ale nie czas na to! Jutro powitamy w naszym gronie siedmiu nowych żołnierzy! Czy to nie doskonała nowina...? Któryś szczególnie odznaczył się odwagą...?
Spojrzenie Antoniusza spoczęło na mnie nagle, zupełnie tak, jakby od początku spodziewał się tego pytania.
-Owszem, generalne...- odparł z lekko drwiącym uśmiechem, stając tuż przy mnie i chwytając mnie za ramię- Ten młodzieniec dał wyraz wyjątkowej odwagi i wytrzymałości, jakiej zabrakło wielu z jego towarzyszy... Myślę, że zasłużył na nagrodę.
Spuściłem oczy, gdy tylko wzrok generała spoczął na mojej osobie.
-W rzeczy samej- odparł łagodnie, po czym podszedł do mnie niespiesznym krokiem i ogarnął mnie ramieniem, prowadząc powoli przed siebie. Zatrzymał się jeszcze ze mną u progu swego namiotu, po czym rzucił do Antoniusza- Pozostali również zasłużyli na coś wyjątkowego... Urządź ucztę na cześć ich zwycięstwa i sprowadź im te, które przywieźli dzisiaj...- skrzywił się niechętnie- Będą zachwyceni.
-Tak jest, panie.
Weszliśmy do jego namiotu i zagłębiliśmy się w jego wnętrze. Nie mogłem się nadziwić temu wszystkiemu, co się wokół mnie dzieje. Czułem się zdezorientowany, a jego bliskość krępowała mnie jeszcze bardziej. Wnętrze namiotu było piękne, pełne skarbów i łupów. W niczym nie przypominało naszych, wojskowych namiotów. Na środku znajdowało się ułożone z poduszek i drogich materiałów posłanie. Posadził mnie na nim, podchodząc niespiesznym krokiem do jednego ze stołów.
-Jesteś głodny...?- zapytał, zerkając na mnie kątem oka.
Pokręciłem głową w odpowiedzi. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Byłem skrępowany całą tą sytuacją. Spoglądałem jedynie raz po raz na mężczyznę, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, że naprawdę tu jestem.
-Spragniony...?
Znowu odmówiłem.
Podszedł do mnie ze złotym kielichem wypełnionym do połowy szkarłatną cieczą i usiadł obok, podając mi go.
-Napij się- szepnął miękko- To wino.
Upiłem łyk, a zaraz kilka kolejnych... Kielich opustoszał już po krótkiej chwili.
-Dobre, prawda...?- zaśmiał się ciepło, muskając opuszkami palców mój policzek. Zadrżałem mimowolnie, wpatrując się w niego z uwagą- Musisz wiedzieć, że hojnie nagradzam moich najlepszych żołnierzy...- musnął wargami moje usta. Przymknąłem powieki, wzdychając głęboko. Wydawało mi się, że czekałem na tę chwilę całe wieki- Rozbierz się- poprosił spokojnie, odsuwając się nieco.
Zawstydziłem się.
-Śmiało... Chcę cię tylko zobaczyć...
Zagryzłem niepewnie wargę, ale już po chwili podniosłem się i pospiesznym ruchem zrzuciłem z siebie podartą, naznaczoną krwią koszulę, ale nim zdołałem pozbyć się reszty, ubrań, on ponownie pociągnął mnie na poduszki, wpijając się w moje wargi, tym razem mocno i stanowczo. Poczułem jego język w swoich ustach i w pierwszej chwili kompletnie nie wiedziałem, co mam robić. Nie minęło jednak długo, a całowałem go z równą mocą i chciwością, nie chcąc go wypuszczać ze swoich ramion ani na chwilę.
Wypiliśmy bardzo dużo wina. Alkohol szumiał mi w głowie, gdy leżałem obok niego, a on delikatnie pieścił moje ciało, nie pozwalając sobie jednak na bardziej śmiałe i stanowcze działania.
-Małomówny jesteś...- ocenił, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczyma- Mógłbyś mi chociaż zdradzić swoje imię...?
-Parys- odparłem szeptem.
-Parys... Cudowne imię. Dźwięczne, przyjemne i w dodatku mitologiczne... Czy to nie ten, który doprowadził do upadku Troję...?
Uśmiechnąłem się niepewnie. Nie miałem pojęcia o czym mowa.
-Och, tak, miłość bywa ślepa...- zaśmiał się pogodnie- Jesteś pewien, Parysie, że nie chcesz mi niczego powiedzieć...?
Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę, nie będąc pewnym, czy mogę sobie na to pozwolić, aż w końcu rzuciłem ledwie słyszalnie:
-Piękny jesteś, panie...
Jego śmiech po raz wtóry rozbrzmiał w pomieszczeniu i zaraz ponownie nasze usta połączyły się ze sobą w pełnym namiętności pocałunku.
Byłem z nim do późnego wieczora. Nie wiedziałem, która dokładnie była godzina, gdy odprowadzał mnie już do wyjścia z namiotu.
-Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy- jego słowa brzmiały niemalże niczym obietnica.
-Dobranoc, generale- odparłem pokornie, spuszczając wzrok i wychodząc.
Wróciłem do swojego namiotu. Wszyscy już spali. Zająłem swoje posłanie i przymknąłem powieki. Dopiero wtedy zaczęło do mnie docierać to, co się właściwie wydarzyło. Uśmiechałem się do siebie i przypominałem sobie każde jego słowo, każdy dotyk, pocałunek, raz jeszcze rozkoszując się tym wszystkim i przeżywając to na nowo.
I wiedziałem, że od tamtej chwili mam już tylko jeden cel.
Zasłużyć na jego bliskość.

Minęły kolejne tygodnie.
Siedziałem na swoim posłaniu, przebierając się i powoli przygotowując do snu. Przez cały ten czas nie udało mi się ponownie zbliżyć do generała, ale wiedziałem, że jeszcze na to nie zasłużyłem. Nie braliśmy udziału w żadnej wielkiej bitwie, a wszystkie nasze zadania były tak potwornie proste, że nie byłem się w stanie wykazać w żaden sposób. Chciałem tego. Możliwości pokazania mojemu panu tego, że jestem godnym jego zainteresowania. Bardziej godnym od kogokolwiek innego.
-Ciekawe, czy doczekamy się czasu, żeby dowodził nami generał...- odezwał się jeden z moich towarzyszy- Mam już dosyć Aruso... Generał wydaje sie jakiś... Bardziej ludzki.
-Ludzki!- prychnął drugi- Nie bądź śmieszny! Generał nie dowodzi nikim, bo się do tego nie nadaje! Wojsko to walka i krew, a on siedzi w tym swoim namiociku i obmyśla plany! Nie wychodzi na pole bitwy! To tchórz!
-Nieprawda!- zaprotestowałem gwałtownie. Wszyscy obecni w namiocie wbili we mnie pełne zaskoczenia spojrzenie. Nigdy nie włączałem się do żadnych dyskusji i sporów- Nieprawda- powtórzyłem już nieco spokojniej.
-Nie?- parsknął tamten- Udowodnij mi, że skłamałem! Generał nie pojawia się na froncie! Podobno kieruje wszystkim z daleka, ale to czcze gadanie! Kapitanowie sprawują rzeczywistą władzę, on ma to gdzieś! Od dawna nie zajmuje się niczym innym jak tylko chlaniem wińska! To zwykły pijaczyna! Wszyscy tak mówią!
-Nie jest żadnym pijaczyną...- wycedziłem gniewnie przez zęby, podchodząc do niego- To zwykłe kłamstwa.
-Sam widziałem, jak wytaczał się z tego swojego namiotu!- zaśmiał się w odpowiedzi chłopak- Nachlany jak bela! Jeżeli to wystarcza, żeby być generałem, to mój staruszek też mógłby nim być!
W namiocie rozległy się pojedyncze chichoty. Nie wytrzymałem. Chwyciłem chłopaka za koszulę, zaciskając na niej mocno palce.
-Jesteś zwykłym kłamcą!- warknąłem z wściekłością- Nie waż się tak mówić o naszym generale!
-Bo co?- rzucił z drwiną, unosząc pytająco brew- Spodobał ci się? Może lubisz chłopców tak samo jak on, co...? Bo słyszałem, że w tym względzie też poczyna sobie całkiem odważnie...
Uderzyłem go mocno w twarz. Wpatrywał się we mnie przez dłuższą chwilę z zupełnym zaskoczeniem, ale nie pozostał mi dłużny. Już po chwili rzucił się na mnie z dzikim rykiem i obaj wylądowaliśmy na ziemi, szamocąc się ze sobą i okładając wzajemnie. Niektórzy z obecnych zaczęli nas dopingować, ktoś chciał nas rozdzielić, ktoś inny wybiegł... Już po chwili wrócił z kapitanem.
-Co tu się dzieje?!- warknął Aruso, natychmiast ściągając ze mnie tamtego chłopaka. Podniosłem się powoli, ścierając krew z rozbitej wargi- Co z wami, co?! O co ta bójka?!
-To on zaczął!- odparł natychmiast chłopak stojący przy kapitanie.
-On- zawtórował mu cicho ten, który go przyprowadził.
-No tak... Książę Parys...- rzucił ironicznie kapitan, krzywiąc się lekko, po czym chwycił mnie mocno za ramię i wytargał na zewnątrz. Stawianie mu oporu nie miało najmniejszego sensu i tak był dużo silniejszy ode mnie- To jest wojsko, a nie przydrożna karczma, młodzieńcze!- rzucił surowo- Dlatego myślę, że dobrze ci zrobi, jeżeli tę noc spędzisz tutaj!
Na dworze było zimno i nieprzyjemnie.
Nie czułem jednak ani odrobiny skruchy.
Czułem dumę. Głupią, młodzieńczą, naiwną dumę.
Przez całą noc snułem marzenia, co by było gdyby to generał wszedł wtedy do namiotu, gdyby się o wszystkim dowiedział...  Błogi uśmiech nie schodził z moich ust.
Zrobiłem to, co zrobić należało.

Kilkanaście lat. Tyle minęło od mojego ostatniego spotkania z generałem. Przez cały ten czas nie udało mi się już do niego zbliżyć. Początkowo starałem się mu jakoś zaimponować, zrobić coś niezwykłego, wykazać się... Zewsząd słyszałem pochwały za odwagę, a czasem jedynie nagany za zbytnią porywczość i niemalże szaleńcze decyzje, ale nigdy nie zostałem wyróżniony przez dowódcę w ten sam sposób, co wcześniej. Lata mojej młodości minęły. Minęło też owo dziwaczne zauroczenie, jakim go darzyłem. Czułem wciąż coś na kształt fascynacji, sentymentu, gdy patrzyłem na niego z daleka albo słyszałem jego zagrzewających do walki przemówień. Nigdy nie dał mi najmniejszego sygnału, że w ogóle pamięta o tym, co się wydarzyło, a ja stopniowo coraz mniej o to zabiegałem. Pogodziłem się z tym. Służba w wojsku stała się dla mnie codziennością. Nie potrafiłem zliczyć bitew, w którym brałem udział ani towarzyszy broni, których utraciłem przez te wszystkie lata. Ludzie stale się zmieniali, przychodzili nowi, dawni ginęli albo awansowali na wyższe stanowiska... Nie starałem się do nikogo przywiązywać. Robiłem po prostu to, co do mnie należało, chociaż bez specjalnej satysfakcji. Nie było we mnie dawnego zapału i chęci do zrobienia czegoś niezwykłego. Stałem się jednym z szeregowych żołnierzy, dobrych w boju i gotowych do poświęceń, ale nie godnych awansów i odznaczeń. Do czasu. Walki toczyły się na północy od tygodni. Wszyscy byliśmy tym znużeni. Nie pamiętam dokładnie celu naszych działań ani przyczyn sporu, w jakim braliśmy udział – nigdy zresztą nie mówiono nam o tym wiele. Mieliśmy wypełniać rozkazy, a nie zastanawiać się nad celowością własnych działań. Pamiętam jednak dokładnie bitwę, w czasie której uratowałem życie kapitanowi Aruso. Do dziś nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Nie był on człowiekiem dla którego chciałbym ryzykować własnym zdrowiem. A jednak gdy widziałem go wtedy, nacierającego na wrogów i zobaczyłem za nim jednego z ich ludzi, zamierzającego się, by go zranić... Po prostu osłoniłem go własnym ciałem, przyjmując cios. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Nienawidziłem Aruso. I on nienawidził mnie, nienawidził wszystkich swoich żołnierzy. A jednak w owej nienawiści, z obu stron tkwiło coś na kształt dziwacznego sentymentu, przywiązania, porównywalnego przywiązaniu nieposłusznego syna do mającego ciężką rękę ojca. Aruso przez te kilkanaście lat postarzał się bardzo. Nadal był bardzo masywny, ale z dnia na dzień sprawiał wrażenia coraz słabszego i przerażonego tą słabością. A im starszy się stawał, tym bardziej uciążliwy był dla wszystkich swoich podwładnych, jakby starał się nam za wszelką cenę udowodnić, że ma jeszcze nad nami rzeczywistą władzę, chociaż dawno jej już nie sprawował. W każdym razie, gdyby tego dnia, czas zatrzymał się dla mnie na kilka sekund i gdybym mógł dobrze przemyśleć swoje działanie, zapewne bym go nie obronił. Ale nie mogłem. I w owym odruchu, przyjmując cios na siebie, nie wiedziałem jeszcze, jakie to będzie miało dla mnie konsekwencje. Kolejny tydzień przeleżałem w namiocie z gorączką, otoczony medykami, nie będąc w stanie się ruszyć. Aruso przychodził dzień w dzień i wrzeszczał na mnie, karcąc mnie za moją głupotę. Zawsze powtarzał nam, że mamy iść do przodu, a nie oglądać się za siebie. Zresztą, chyba czuł się winny. Nie chciał, żebym zginął. Nie wierzyłem, by rzeczywiście tylu medyków zajmowało się jednym rannym żołnierzem, jeżeli nie dostali takiego polecenia z góry. Gdy wróciłem do zdrowia, walki dawno zdążyły się zakończyć. Zwyciężyliśmy. A jednak nie to zdawało się zaprzątać uwagę moim współtowarzyszom. Ku swojemu zdumieniu dostrzegłem, że nagle zacząłem być traktowany niczym wzór idealnego żołnierza, bohater, wybawca. Nawet Aruso nie mógł nic poradzić na to, że moja osoba zaczęła obrastać w dziwaczne legendy i przypowieści. Powtarzano sobie moje dawne zasługi i dopowiadano do nich dużo nieprawdy, ukazując mnie w ten sposób najodważniejszym i najszlachetniejszym żołnierzem. Początkowo wcale mnie to nie cieszyło. Aż za dobrze wiedziałem, że te opowieści szybciej niż się zorientuję, odwrócą się przeciwko mnie. Szczególnie, gdy zaczęto plotkować o mojej nominacji na kapitana. Zauważyłem spore poruszenie wśród wojskowych elit. Nie, tam zdecydowanie mnie nie chciano.
Jednakże największe zaskoczenie było jeszcze przede mną. Którejś nocy przyszedł po mnie jeden z żołnierzy, bez szczególnych wyjaśnień twierdząc, że jest ktoś, kto chce mnie zobaczyć. Poszedłem za nim, przekonany o  tym, że to kolejny kaprys Aruso. On jednak zaprowadził mnie wprost do namiotu generała i kazał mi wejść do środka. Przekroczyłem próg, kompletnie zdumiony. Wewnątrz wszystko zdawało się być dokładnie takie, jak wtedy, tego dnia, gdy byłem tu po raz pierwszy. Nie zmieniło się prawie nic. Przybyło tylko trofeów i pamiątek.
-No, no... Małomówny Parys...
Odwróciłem się i spostrzegłem za sobą generała. Na jego twarzy też dało się już zauważyć znamię upływającego czasu. Nadal jednak miał w sobie coś pięknego, coś niezrozumiale przyciągającego i fascynującego. Nie mogłem oderwać od niego wzroku.
-Pamiętasz, panie...- szepnąłem, zdumiony.
-W tym miejscu możesz zapomnieć o wszelkich tytułach i różnicach... Zwracaj się do mnie po imieniu- uśmiechnął się do mnie lekko, a ja speszony odwróciłem wzrok. Tyle lat... Tyle czasu minęło, a ja dawno już zdążyłem zapomnieć, jak to było znajdować się tak blisko niego. A teraz, w jednej chwili, wszystkie te odczucia odżyły we mnie na nowo, karmiąc mnie znowu naiwną nadzieją- Byłem ciekaw, kto zyskał sobie aż tak duże uznanie, wśród naszego wojska...- zatrzymał się tuż przy mnie, wpatrując się we mnie z uwagą.
-Nie jestem pewien, czy to słuszne uznanie...- odparłem szczerze, ale nim zdążyłem powiedzieć cokolwiek więcej, zamarłem w bezruchu, kompletnie osłupiały, gdy klęknął przede mną, po czym objął mnie mocno w pasie, wtulając się we mnie. Wstrzymałem oddech.
-Jak najbardziej słuszne...- odpowiedział leniwie, muskając mnie ustami w okolicach brzucha. Westchnąłem cicho. Miałem wrażenie, że czuję jego ciepłe wargi na swojej skórze, nawet przez ubranie- Ocaliłeś jednego z moich kapitanów, ryzykując własnym życiem... Moja wdzięczność za twój heroiczny czyn, jest wręcz nieopisana... Chociaż wcale nie jestem pewien, czy to heroizm, czy zwykłe szaleństwo...- rzucił, patrząc na mnie przenikliwie.
-Zależy, co chciałeś mi wynagrodzić...- odpowiedziałem, w ostatniej chwili powstrzymując się przed dodaniem cisnącego mi się na usta: "panie". Czułem wstyd, zwracając się do niego jak do jednego ze zwykłych żołnierzy.
-Wierność, mój drogi Parysie- zaśmiał się lekko, podnosząc nieco chwiejnie na nogi, po czym chwycił mnie za dłoń- Bo widzisz... Wierność jest obecnie w cenie... Obietnicę lojalności prosto się składa, gorzej z jej realizacją...
-Jestem ci wierny, panie...- szepnąłem, nie rozumiejąc- Możesz mi wierzyć na słowo.
Uśmiechnął się z rozbawieniem w odpowiedzi.
-Oczywiście... Oczywiście, oczywiście...- powtarzał cicho, siadając na swoim posłaniu i ściągając mnie na miejsce obok siebie. Natychmiast wziąłem go w objęcia, nie mogąc się powstrzymać i nachyliłem się, by złożyć na jego wargach pocałunek. Oddał go bez chwili wahania, mocno, pożądliwie. Wszystko we mnie drżało. Jeszcze niedawno byłbym gotów przysiąc na wszystkie świętości, że zapomniałem o moim dawnym uczuciu, które było czymś więcej, niż tylko sympatią czy podziwem, a teraz wszystko wróciło do mnie w jednej sekundzie, przywołując na nowo wspomnienia i rozbudzając uśpioną dawno temu młodzieńczą namiętność- Pięknie wyrosłeś- szepnął mi do ucha, po czym musnął je lekko wargami, śmiejąc się cicho- Z drobnego chłopca na przystojnego, silnego mężczyznę... Bardzo przystojnego- zachichotał figlarnie, na powrót wracając do moich warg.
Całowałem go długo i żarliwie, jakbym każdym muśnięciem jego warg zamierzał wynagrodzić sobie ten czas, gdy niecierpliwie oczekiwałem na podobną chwilę. Nie jestem w stanie nawet określić, ile razy widziałem już w snach pod sobą jego ciało, rozpalone, spragnione bliskości, ile razy całowałem jego rozchylone, gorące usta i widziałem swoje odbicie w jego błyszczących oczach... Dokładnie tak jak teraz. Jego odzienie zdawało się być niepotrzebnym balastem, uciążliwością, której należało się jak najszybciej pozbyć. Zerwałem z niego koszulę, a następnie naznaczyłem jego tors tysiącem pocałunków. Chciałem zdjąć jego spodnie, ale zatrzymał moje dłonie, nim zdążyłem cokolwiek zrobić. Spojrzałem na niego bez zrozumienia, otępiony jego bliskością i pożądaniem.
-Jeszcze nie- szepnął miękko, zwilżywszy wargi językiem- Wykaż się większą cierpliwością, mój drogi...
-Czy nie czekałem już wystarczająco długo...?- zapytałem niepewnie.
-Nie...- uśmiechnął się przebiegle- Jeszcze nie.
Nie rozumiałem, ale nie pytałem dalej.
Tę noc spędziłem w jego ramionach.
Zasypiałem, kołysany do snu jego pocałunkami.

Znowu minęły tygodnie. I znowu zupełnie nie potrafiłem wyrzucić go ze swoich myśli. Był niczym trucizna, która zatruła mnie całego od środka i nic nie było w stanie zapewnić mi spokoju ducha, dopóki byłem z dala od niego. Zastanawiałem się, czy robił to celowo. Zastanawiałem się, czy chciał mnie do czegoś sprowokować, czy może po prostu byłem jego chwilowym kaprysem, zachcianką. Zastanawiałem się, ilu jeszcze "bohaterów" miał obok siebie, ilu z nich miał dużo bliżej niż mnie... Nie zamierzałem czekać kolejnych kilkunastu lat, aż ponownie zwróci na mnie uwagę. Którejś nocy najzwyczajniej w świecie zakradłem się w okolice jego namiotu. Czekałem aż nastąpi zmiana warty i gdy jedni strażnicy odchodzili, przemknąłem się do jego wnętrza, nim zdążyli nadejść ich zastępcy. To nie było konieczne. Pewnie dostałbym się do niego, gdybym wyraził takie życzenie, ale czułem się zbyt skrępowany i zawstydzony własnym dążeniem, by kogokolwiek pytać lub prosić o zgodę. Zobaczył mnie i podniósł się z posłania, kompletnie zdumiony. Był sam.
-Co tu robisz, Parysie...?- zapytał, unosząc pytająco brew, chociaż miałem wrażenie, że zna doskonale powód mojego przyjścia. Nie wyprosił mnie, nie wyglądał też na zdenerwowanego moim najściem. Podszedł powoli do stołu, nalewając wina do dwóch czarek.
Obserwowałem jego poczynania w milczeniu, bojąc się odpowiedzieć. Dopiero gdy podał mi naczynie i stanął tuż na przeciwko mnie, rzuciłem cicho:
-Czuję się ostatnio... Nieco rozproszony, panie- przyznałem. Było to z pewnością zbyt łagodne określenie dla stanu, jaki mi towarzyszył od dnia, w którym obudziłem się u jego boku. Zupełnie nic mi nie wychodziło. Znowu każda myśl uciekała w kierunku generała, ale tym razem nie było w tym nic mobilizującego, a wprost przeciwnie.
-Och, czyżby...?- mruknął, upijając spory łyk wina i wpatrując się we mnie badawczo, po czym usiadł na poduszkach- A cóż może rozpraszać mojego najlepszego żołnierza...?
Jego słowa poruszyły moje serce, które nagle zabiło o stokroć szybciej, a na mojej twarzy pojawiły się rumieńce. Długo wahałem się, czy wypowiedzieć swoje kolejne słowa. Sączyłem powoli wino, czując na sobie jego uporczywe spojrzenie i dopiero w momencie, gdy czarka opustoszała zupełnie, przyznałem ledwie słyszalnie:
-Ty, panie.
Zaśmiał się pogodnie.
-Ja?- parsknął z rozbawieniem, podnosząc się z miejsca i znowu dolewając sobie wina, po czym wypił wszystko za jednym razem- To bardzo niedobrze, Parysie... Nigdy nie przypuszczałem, że mogę stać się przyczyną rozproszenia mojego żołnierza... A jestem w końcu generałem. Trudno ci będzie się ode mnie uwolnić, a przecież jeżeli coś nas rozprasza, najlepiej być jak najdalej od tego, prawda...?
-Nie- zaprotestowałem natychmiast, w jakimś odruchu i zawstydziłem się jeszcze bardziej, gdy posłał mi uważne, acz nieco rozbawione spojrzenie- Nie... Ja... Ja chcę być bliżej ciebie...- wyznałem nieco spokojniej, choć zdawało mi się, że każda najdrobniejsza część mojego ciała wyrażała moje zdenerwowanie- Nie mogę oderwać od ciebie wzroku... Nie wiem... Sam nie wiem... Myślę o tobie przez cały czas bez opamiętania... Wszystko inne przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.
Patrzył na mnie z ciekawością, nie mówiąc jednak ani słowa. Podszedłem do niego powoli. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, coś wyjaśnić, ale jego spojrzenie było tak onieśmielające, że nie mogłem wycisnąć z siebie ani słowa. W końcu jedynie nachyliłem się w jego kierunku i musnąłem niepewnie jego wargi, jakby ten gest miał być pytaniem, a jego reakcja odpowiedzią. Zaśmiał się cichutko, oddając owo muśnięcie. Objąłem go w pasie i przyciągnąłem do siebie, powracając ponownie do jego warg, całując go pewniej, jakby radośniej, chociaż nie usłyszałem od niego żadnej obietnicy, żadnej deklaracji, żadnego wyznania... Wylądowaliśmy obaj na jego posłaniu. Zacząłem go rozbierać, szybko, bez zbytniej subtelności, niecierpliwie... Tak długo na to czekałem. Pieściłem jego ciało i całowałem go mocno, płonąc z rozkoszy. Dopiero w pewnym momencie, gdy ponownie starałem się odnaleźć jego usta, odwrócił twarz. Zatrzymałem się na chwilę, spoglądając na niego pytająco.
-Co się stało...?- zapytałem niepewnie.
-Boję się- przyznał, zagryzając nerwowo wargę.
-Bólu...?
Zaśmiał się głośno, kręcąc pobłażliwie głową.
-Są rzeczy które bolą bardziej niż dupa...
-O czym mówisz...?- zapytałem, nie rozumiejąc.
-Boję się bliskości- odparł bez cienia wahania, patrząc mi prosto w oczy- Tej, która zmienia wszystko.
-Ty jesteś dla mnie wszystkim- odparłem cicho- I tego nic nie zmieni.
Wpatrywał się we mnie z uwagą, jakby zamyślony.
-A ty możesz być wszystkim dla mnie, Parysie...- szepnął w końcu miękko- Możesz być jedynym i zarazem najlepszym ze wszystkich... Nie zmarnuj tego.
Jedynym i zarazem najlepszym ze wszystkich... Powtarzałem to sobie w myślach niczym mantrę, nie będąc w stanie uwierzyć we własne szczęście. Tej nocy byłem z nim bliżej niż kiedykolwiek, staliśmy się jednym ciałem i jednym sercem, jedną duszą, rozdartą na pół, połączoną ponownie w tym szczególnym momencie.
I wtedy byłem już pewien, że istnieję tylko dla niego.

Przez kolejne miesiące spotykaliśmy się ze sobą często. Nigdy nie umawiał się ze mną konkretnie na kolejną noc, posyłał po mnie kogoś, gdy chciał mnie widzieć, a ja posłusznie przychodziłem, czerpiąc ile mogłem z jego bliskości. Samotne noce były dla mnie bezsennymi, myślałem wtedy o nim i wyczekiwałem dnia, w którym spotkam się z nim po raz kolejny. Miałem wrażenie, że cały świat przestał się dla mnie liczyć, tak długo, jak długo odnajdywałem się w jego oczach i widziałem w nich to, co chciałem widzieć. Uczucie. Tak mi się wydawało. I ja darzyłem go uczuciem, jeszcze potężniejszym i jeszcze mocniejszym, mając wrażenie, że zrobiłbym dla niego absolutnie wszystko. Zupełnie tak, jak za czasów mojej wczesnej młodości, gdy tylko się tu pojawiłem i go ujrzałem.
Słońce nie zdążyło jeszcze wzejść, gdy opuszczałem jego namiot, tak jak zwykle, po cichu i bez pożegnania. Zostawiałem go śpiącym i wychodziłem pospiesznie, już zastanawiając się nad tym, czy i tej nocy będzie mi dane znaleźć się u jego boku.
Dopiero po chwili zorientowałem się, kto stoi obok namiotu. Antoniusz. Teraz już kapitan Antoniusz.
-Witaj- uśmiechnął się do mnie leciutko, jakby z rozbawieniem.
-Dzień dobry, kapitanie...- odparłem bez najmniejszego poruszenia. Dawniej wstydziłem się spojrzeń i pytań, ale ten czas już minął. Byłem dumny z tego, co łączyło mnie z generałem, a żaden z jego strażników ani innych żołnierzy, choćby się nawet domyślali, nie czynił na ten temat ani jednej uwagi.
-Wiedziałem, że masz w sobie coś, co mu się spodoba- rzucił bez ogródek- Korzystaj póki możesz. Jest sporo do zyskania. Bywa uległy, szczególnie, gdy dużo wypije...
-O czym ty mówisz?- zapytałem ostro.
-O zainteresowaniach generała...- uśmiechnął się w sposób, który wydał mi się dziwnie przebiegły i ohydny- Chyba wiesz, prawda...?
-Nie powinno cię to obchodzić.
-Ja skorzystałem, więc ty też możesz- odparł, a ja zamarłem w bezruchu, przez chwilę nie pojmując, o czym tak naprawdę mówi- Zastanawiałem się, czemu nie posyła po mnie tak często jak kiedyś... Ale widzę, że znalazł sobie kogoś ciekawszego... Myślisz, że na długo...?
Wiedziałem, że mnie prowokuje. Stek kłamstw, to wszystko stek kłamstw, powtarzałem sobie w myślach, z chwili na chwilę coraz bardziej rozjuszony.
-Myślisz, że uwierzę....?- zapytałem szorstko.
-Uwierzysz...?- udał zdumienie- W co niby miałbyś uwierzyć? Chyba ci się nie wydawało, że... Och, wybacz... Nie sądziłeś chyba, że jesteś dla niego jedynym...?
Jedynym i zarazem najlepszym ze wszystkich. Tak właśnie sądziłem. I sądziłem też, że kłamstwa tego głupca nie są w stanie niczego zmienić.
-Masz szczęście, że nie mam przy sobie broni, bo zabiłbym cię za twoje oszczerstwa- syknąłem gniewnie. Nie obchodziło mnie, jaki ma tytuł, ani cel w tym, co mówi.
Zaśmiał się głośno.
-Chyba nie udało mu się cię zwieźć, co...? Co ci powiedział...? Że mimo tego wszystkiego, nadal jest tak potwornie samotny i potrzebuje kogoś bliskiego...?
-Jesteś żałosny- stwierdziłem, ruszając przed siebie.
-A może raczej... Coś w stylu: "boję się bliskości"...?
Zatrzymałem się gwałtownie i odwróciłem powoli w jego stronę, zupełnie nie rozumiejąc.
-A jednak!- zachichotał, widząc moją pełną wątpliwości minę- Lubi mówić takie rzeczy. Lubi grać. Wczuwać się w rolę. Nie wiedziałeś...? Naprawdę wierzyłeś, że wybrał ciebie, mogąc mieć innych...?
-To niemożliwe...
-Możliwe- stwierdził, uśmiechając się wciąż pod nosem z wyraźnym rozbawieniem- Ale nie przejmuj się... Bardzo dobrze jest trafić od czasu do czasu do jego namiotu, szczególnie, jeżeli się sprawdzasz... Można szybciej awansować i pożartować ze starego Aruso... I tak nic nie może zrobić. Spróbuj. To świetna rozrywka- dodał, chociaż wydawało mi się, że teraz jego rozrywkę stanowią drwiny z mojej osoby.
-To kłamstwo- odparłem, chcąc mieć chociaż cień wiary we własne słowa, ale miałem zbyt dużo wątpliwości i nawet w moim głosie czuć było wahanie.
-Przyjdź jutro wieczorem i przekonaj się... Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, prawda...?- Anotniusz uśmiechnął się przebiegle i odszedł, zostawiając mnie samego.
Samego ze swoimi wątpliwościami i natrętnymi myślami.
Samego ze swoim lękiem. Ze swoim strachem związanym z rzeczywistością, która nagle zaczęła wyglądać zupełnie inaczej, niż ledwie kilkanaście minut wcześniej.

Nie chciałem tam iść. Nie wiem, dlaczego, chyba za bardzo bałem się tego, że jego słowa mogłyby okazać się prawdą. A jednak doszedłem do wniosku, że wolę wiedzieć. A może tylko tak mi się wydawało, bo wciąż miałem w sobie zbyt dużo naiwnej nadziei, że to wszystko kłamstwo i nędzna prowokacja. Przypuszczałem nawet, że może sam generał chciał sprawdzić moją lojalność względem jego osoby i wiarę w jego słowa... Dziś wydaje mi się to absurdem. A jednak mimo wszystko, przełamałem się i poszedłem do niego. Wokół namiotu nie było nikogo, żadnych strażników, nie miał mnie nawet kto powstrzymać i odwieść od tego pomysłu. Wszedłem do środka. To, co zobaczyłem zdawało się stanowić potwierdzenie moich najgorszych obaw. Faustyn spał na jednym posłaniu z innym mężczyzną, z Antoniuszem. Półnagi, okryty jedynie kocem, wtulał się w jego bok, mrucząc coś cicho. Wokół unosił się zapach wina.
Nie wiedziałem, co zrobić. Nie wiedziałem, czy mam stamtąd odejść i zapomnieć, czy pytać, a może wręcz błagać o wyjaśnienia, kolejne złudzenia, którymi mógłbym się łudzić... Nie zrobiłem jednak nic.
-Kto to...?- usłyszałem niewyraźny pomruk Antoniusza, który uniósł się lekko na łokciach i spojrzał na mnie z dziwnym uśmiechem. Nie wydawał się być zdziwionym moją obecnością. Zdawać by się mogło, że chciał jedynie zwrócić uwagę mężczyzny na moje przyjście.
-Hm...?- wymamrotał Faustyn, uchylając powieki i spoglądając na mnie ze zmarszczonymi brwiami, po czym zaśmiał się głośno- Parys! Mój książę Troi... Mówiłem ci! Chodź do nas...- poklepał miejsce obok siebie, wpatrując się we mnie błyszczącymi oczyma- Chodź, mówię... Zostało jeszcze trochę wina...
-Dlaczego to zrobiłeś?- zapytałem cicho. Kłębiło się we mnie tysiąc różnych emocji, tysiąc uczuć, które zdawały się rozrywać mnie od środka, a mimo to, zachowałem spokój, o jaki nawet bym się wcześniej nie posądzał. Może jeszcze nie do końca potrafiłem uwierzyć...?
-Co zrobiłem...?- parsknął z rozbawieniem, jakby naprawdę nie rozumiał- Chodź, Parysie... Połóż się przy mnie i zaśnijmy razem... Dziś nie mam już ochoty na nic innego...
-Co on tu robi?- rzuciłem znacznie ostrzej, niż jeszcze chwilę temu.
-On...?- Faustyn rozejrzał się dookoła nieco mało przytomnie, po czym dostrzegając Antoniusza, roześmiał się głośno, starając się podnieść i ogarnąć go ramieniem, ale zaraz potem znowu upadł na posłanie- Bawi się ze mną w chowanego, a co myślałeś! Nie chcesz się do nas dołączyć...?
-Dlaczego mi to robisz?- powtórzyłem raz jeszcze, nie będąc w stanie ukryć żalu, który wkradł się do mojego głosu. To była ta lojalność, ta wierność o której tyle razy mi mówił, czyniąc tym samym coś niemalże w rodzaju wyznania...?
Zaśmiał się ponownie.
-Mój Parys dzisiaj nie jest w humorze... Antoniuszu, mógłbyś...?
-Oczywiście, generale- odparł mężczyzna, wciąż uśmiechając się w ten charakterystyczny sposób. Nie spuszczając ze mnie wzroku, nachylił się nad Faustynem i złożył na jego wargach przeciągły pocałunek. Coś we mnie drgnęło boleśnie. Podniósł się z miejsca i wyszedł, zostawiając nas samych.
-Bawi cię to...?- zapytałem bez zrozumienia.
-Wiele rzeczy mnie bawi, Parysie...- odparł bez cienia zawstydzenia w głosie. Nie wydawał się być poruszony tym, w jakim stanie i z kim go zastałem, zupełnie tak, jakby to było oczywiste.
-Nie wyjaśnisz mi tego?
-Czego?
-Tego, co on tu robił!- krzyknąłem, nie będąc się w stanie powstrzymać.
-Służył mi wiernie...- zaśmiał się głośno- Jak na dobrego żołnierza przystało...
-Wstań!- rzuciłem ostro. Chciałem, żeby spojrzał mi w oczy i chociaż trochę zdał sobie sprawę z tego, co się wydarzyło.
Wciąż chichotał cicho. Przewrócił się na brzuch i usiłował podnieść na przedramionach, ale już po chwili upadł, nie będąc w stanie zachować równowagi, co wywołało u niego kolejną salwę śmiechu. Nie wiem, po ilu próbach udało mu się wreszcie stanąć przede mną na nogi, chwiejąc się na wszystkie strony i uśmiechając pijacko.
-O co chodzi, Parysie...?- zapytał, wpatrując się we mnie z rozbawieniem.
-Dlaczego z nim tutaj byłeś...?- wycisnąłem z siebie z trudem- Przecież mówiłeś, że nie ma nikogo oprócz mnie.
-Nigdy nic takiego nie mówiłem.
-Mówiłeś, że jestem jedyny.
-Bo na tę chwilę byłeś... W tym momencie też jesteś jedyny... W końcu Antoniusz już wyszedł...- zachichotał, dotykając dłonią mojego policzka. Odepchnąłem go. Ledwie utrzymał się na nogach- O co chodzi, Parysie...? Chyba ci się nie wydawało, że wyróżniłem w ten sposób jedynie ciebie...?- zapytał, uśmiechając się pobłażliwie- A to dopiero... Jesteśmy dużymi chłopcami i bawmy się jak duzi chłopcy...
-Jeszcze niedawno mówiłeś coś zupełnie innego- odparłem zbolałym tonem, zupełnie nie pojmując tego wszystkiego. Przecież jeszcze nie tak dawno byłbym gotów ręczyć za jego uczucie, równie mocno jak za moje własne. Przecież nie raz szeptał mi do ucha wyznania, jakie powinny być przeznaczone wyłącznie dla jednej osoby, a teraz... To naprawdę nie miało żadnego znaczenia?
-Mówię wiele rzeczy.
-A te wszystkie słowa...? To była tylko gra? Jakaś chora zabawa?!- krzyknąłem, nie będąc w stanie już nad sobą zapanować.
Zamyślił się przez chwilę.
-Wiesz co...?- odparł w końcu, wpatrując się we mnie z uwagą- Ty w ogóle nie umiesz się bawić, Parysie...
-Ty kłamco!- warknąłem wściekle, rzucając się na niego i własnym ciałem przygważdżając go do podłoża. Przez chwilę wpatrywał się we mnie z wyrazem zdumienia w oczach, po czym znowu zaczął się śmiać.
-Chcesz się bawić w taki sposób...?- parsknął cicho, cmoknąwszy krótko moje usta- Do niczego ci się nie przydam w tym stanie... Za dużo wypiłem...
-Jesteś kłamcą, jesteś przeklętym kłamcą!- powtarzałem chaotycznie, szarpiąc go za ramiona, jakbym naprawdę liczył, że cokolwiek mu to uświadomi- Dlaczego mi nie powiedziałeś?! Dlaczego traktowałeś mnie jak zabawkę, jak cholerną zabawkę, od pierwszego dnia! Bo tak było, prawda...? Odpowiedz! Odpowiedz, do diabła!- potrząsnąłem nim mocniej, ale on wciąż wpatrywał się we mnie z pijacką wesołością, najwyraźniej niewzruszony- Nie zasłużyłem sobie na to! Tyle razy mówiłeś mi o lojalności! Tyle razy prosiłeś o to, bym ci przysięgał... A teraz... Jak śmiałeś igrać ze mną w ten sposób?!
-I co chcesz teraz zrobić...?- uśmiech wciąż nie znikał z jego twarzy- Zabić mnie...? Za zabójstwo współtowarzysza grozi nieodwołalnie kara śmierci, cóż więc mówić o zabójstwie generała...
-Nie boję się śmierci!- warknąłem w odpowiedzi.
-Ja też nie...- odparł, śmiejąc się lekko i spoglądając mi prosto w oczy, jakby chciał mnie sprowokować.
Przez chwilę, ledwie ułamek sekundy, naprawdę byłem gotów go zabić. A jednak mój gniew zbyt szybko przegrał z tym, co widziałem wtedy w jego oczach... Z tym rozbawieniem i dziwaczną stanowczością... Zupełnie tak, jakby czekał na mój kolejny ruch, jakby to był element jego planu, jego gry... Podniosłem się powoli, nie czując już nic, prócz zupełnej bezsilności. Odwróciłem się i bez słowa ruszyłem do wyjścia.
-Widzisz, Parysie...- usłyszałem jeszcze jego słowa- Są rzeczy, które bolą bardziej... Na przykład urażona duma...
Moje złudzenia roztrzaskały się w jednej chwili. Razem z moim sercem.

Nie wiem, na co liczyłem. Moja niepohamowana naiwność kazała mi łudzić się przez kilka dni, że przyjdzie do mnie i wyjaśni to wszystko. Zrzuci tą sytuację na upojenie alkoholowe, przeprosi, będzie błagał o wybaczenie... Nie wahałbym się. Brakowało mi go tak bardzo, że nic nie byłoby w stanie powstrzymać mnie od powrotu do niego, gdyby tylko tego zechciał. Nic. Czułem ból i upokorzenie, ale mimo to nie przestawałem o nim myśleć, tęsknić za nim, jeszcze bardziej intensywnie niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak w końcu musiałem sobie uświadomić, że on wcale nie żałuje. I że nigdy już po mnie nie przyśle. I była to świadomość tak bolesna i pozbawiająca resztek nadziei, że nie potrafiłem już wytrzymać w tym miejscu. Chciałem odejść.
-Nie będzie dezercji w moim oddziale!- wrzasnął wściekle Aruso, gdy tylko mu o tym powiedziałem. Spodziewałem się takiej reakcji. Wszyscy dookoła spoglądali tylko na mnie. Jego wcale to nie krępowało. Mnie też przestało obchodzić.
-Chcę odejść- powtórzyłem uparcie- Mówię to panu, by odejść z honorem, a nie zbiec podczas jednej z misji... Niezależnie od pańskiej odpowiedzi, kapitanie, i tak odejdę.
-Z armii nie można odejść z honorem!- warknął poirytowany- Jedyny honor zostaje przy wojowniku, który rezygnuje ze służby ze względu na wiek albo przez swoją chorobę! Żadne inne odejście nie ma w sobie nic z honoru! Już bardziej honorowa jest śmierć! Lepiej dla ciebie byłoby zginąć, niż odchodzić w hańbie! I ja wolę cię zabić niż pozwolić odejść!
-Nikt nikogo nie będzie zabijał...- drgnąłem na dźwięk tego głosu. Faustyn stanął obok kapitana, rozglądając się dookoła, jakby nie do końca orientował się w całej tej sytuacji- Co się tu dzieje? Co to za zbiegowisko...?
-Jeden z żołnierzy chce zhańbić swój honor odejściem...- odparł Aruso, z trudem zachowując spokój i wskazując na mnie.
Wzrok Faustyna przeszył mnie niczym nóż.
-Och...- uśmiechnął się pobłażliwie- Książę Troi... Mogłem się tego spodziewać...
Nie wiem, skąd brała się moja naiwność i oczekiwanie na jego słowa. Na jego protest, stanowczą odmowę, coś, co pozwalałoby mi sądzić, że wciąż jestem dla niego ważny, a przynajmniej nie obojętny.
-Daj mu odejść, Aruso...- jego kolejne słowa wzbudziły we mnie gorycz- To przecież jego honor, nie twój... W czym problem...?
-Ale to mój żołnierz!- odparł Aruso, wyraźnie poruszony- Nie pozwolę mu odejść!
-Chce iść, niech idzie...- w głosie generała nie było nawet cienia emocji- I tak do niczego się już nie przyda... Oddajcie mu jego rzeczy i niech się wynosi!
-Ależ generale!
-Kapitanie, to moje ostatnie słowo- odpowiedział stanowczo.
Dwaj żołnierze, którzy oddalili się po jego ostatnich słowach, powrócili z powrotem na polanę, niosąc coś ze sobą. Chwilę później rzucili mi pod nogi moje ubrania i część łupów z bitew. Nie podniosłem ich. Słyszałem urywane śmiechy i komentarze, ale nawet nie zareagowałem. Patrzyłem tylko na jedną osobę, licząc wciąż po cichu na to, że jednak ma w sobie coś z tego mężczyzny, z którym byłem jeszcze niedawno.
-Do widzenia, Parysie...- uśmiechnął się drwiąco, kłaniając mi się groteskowo, jakby na pożegnanie- Powodzenia w poszukiwaniu swojej Heleny... Chociaż ty pewnie wolałbyś Achillesa...
Odszedłem.

Minęło kilkanaście lat odkąd opuściłem swój oddział. Nigdy nie żałowałem swojej decyzji. Żałowałem tylko tego, co się pomiędzy nami wydarzyło, chociaż chyba stopniowo zacząłem zapominać. Miałem swoje życie, swoje zajęcia... Osoba Faustyna rzadko wkradała się do moich myśli i nie poświęcałem jej już tyle uwagi co kiedyś. Nie wiedziałem dokładnie, co się z nim wydarzyło. Dowiedziałem się, że niecały rok po moim odejściu, zmarł kapitan Aruso. Niedługo później żołnierze wszczęli bunt i obalili generała, a jego następcą mianowali Antoniusza. Co się stało z Faustynem? Jedni mówili, że zginął podczas zamieszek. Inni, że udało mu się zbiec, ale później zmarł na jakąś rzadką chorobę w dalekich krajach. Pojawiały się też głosy, że pewnie żyje gdzieś w samotności i ukrywa się przed całym światem, ale ja w to nie wierzyłem. Łatwiej było mi przyjąć, że zginął. Nie dlatego, że życzyłem mu śmierci, bo do tego nigdy nie byłem w stanie się zmusić. Dlatego, że łatwiej zapomina się o tych, których już nie ma.
Tego wieczora wracałem do gospody. Odkąd odszedłem z armii, chwytałem się wielu zajęć, najczęściej daleko od domu i nocowałem w takich miejscach. Przechodziłem obok jakiejś karczmy, z której dobiegały odgłosy muzyki i rozmów... Ktoś leżał na ziemi, tuż przy schodach, usiłując się podnieść, ale bezskutecznie... Nie wiem, co mnie wtedy zatrzymało przy tym człowieku. Nigdy wcześniej nie starałem się pomóc takim ludziom. Wtedy jednak coś mną pokierowało i chwyciłem go, odwracając na plecy. W mętnym świetle wiszących u progu karczmy latarni, przez dłuższą chwilę nie potrafiłem przypomnieć sobie skąd znam tą twarz. Zapuszczoną, zarośniętą, z podkrążonymi oczyma, bladą, wychudzoną... Świadomość tego, kto to był, uderzyła mnie jak grom z jasnego nieba.
-Zostaw mnie...- usłyszałem mamrotliwy głos, który pamiętałem tak dokładnie, teraz jednak brzmiał chrapliwie i niemalże staro- Zostaw...
-To ty...- rzuciłem z osłupieniem.
Spojrzał na mnie ukradkiem, marszcząc brwi. Już po chwili zdumiał się równie mocno, najwyraźniej mnie poznając. Zaśmiał się cicho.
-Książę Parys...- rzucił z rozbawieniem, po czym nagle zaczął gwałtownie wymiotować. Chwyciłem go mocno, starając się podtrzymać w pozycji siedzącej. Jego ciałem wstrząsały gwałtowne dreszcze. Nie wiem, jak długo siedziałem tam razem z nim, czekając aż to wszystko się skończy, ale wciąż nie mogłem wyjść z osłupienia. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że to ten sam mężczyzna, którego wcześniej znałem.
-Czy można upaść jeszcze niżej...?- zapytałem cicho, gdy jego torsje ustały.
Zerknął na mnie ukradkiem i uśmiechnął się krzywo.
-Nie wiem...- odparł, zachrypniętym głosem- Spróbuj.
-Gdzie mieszkasz?- spojrzałem na niego z uwagą, ale on znowu zaśmiał się gwałtownie, chociaż teraz nawet jego śmiech nie brzmiał prawdziwie i przekonująco.
-Mieszkam...? Dobre sobie, Parysie, dobre sobie...
-Chodź- szarpnąłem go mocno, podciągając do pionu. Uwiesił się na mnie jak marionetka, nie będąca w stanie samodzielnie utrzymać równowagi.
-Nie ma takiej potrzeby... Zostaw mnie tutaj... Dam sobie radę...
-Chodź- powtórzyłem raz jeszcze, bardziej stanowczo i ruszyłem do przodu, prowadząc go ze sobą.
Nie potrafiłem go tam zostawić. Nie wiem, czy z uwagi na dawny sentyment, czy po prostu było mi go żal. Nie byłem w stanie uwierzyć, że będąc na samym szczycie, można się stoczyć na dno. Co się z nim działo przez te wszystkie lata...? Wolałem nie wiedzieć. Dotarliśmy wreszcie do gospody, w której nocowałem. Zaprowadziłem go po schodach na górę, do mojego pokoju i położyłem na łóżku.
-Zostaniesz tu do rana- powiedziałem nieco szorstkim głosem- Wytrzeźwiejesz i dopiero wtedy pójdziesz dalej pić.
Wszystkie wspomnienia zaczęły do mnie wracać w jednej chwili... Nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę.
-Usiądź przy mnie, Parysie...- poklepał miejsce obok siebie, wpatrując się we mnie zapadłymi oczyma. Spełniłem jego prośbę, nie zbliżając się jednak zanadto- Pomagasz takiej łajzie jak ja...? Zasługujesz chyba na miano świętego...
-Pomógłbym każdemu w takiej sytuacji- skłamałem chłodno.
-Powinieneś założyć rodzinę.
-Mam rodzinę- odparłem, odwracając wzrok.
-Dzieci też...?
-Mhm...
-Ile?
-Dwoje- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-Idealnie!- zaśmiał się cicho- Chłopca i dziewczynkę?
-Dwóch synów- sprostowałem.
-Cóż... Do mojej armii na pewno już nie trafią.
-Na szczęście- skwitowałem, starając się wciąż brzmieć obojętnie, ale już nie byłem w stanie. Nie sądziłem, że może być we mnie wciąż tak wiele goryczy i żalu o to, jak wobec mnie postąpił. I nigdy bym się nie spodziewał, że mimo tych odczuć, wciąż żywię do niego uczucia, które nie pozwoliły mi go tam zostawić, ani opuścić go teraz, w tej właśnie chwili.
-Pewnie masz mi wiele za złe, prawda...?- odezwał się cicho, wpatrując się w moją twarz badawczo, jakby chciał wyczytać z niej każdą najdrobniejszą emocję. Odwróciłem wzrok- Wiesz, Parysie...? Los bywa przewrotny i głupi... Ci, którzy byli najbliżej mnie, z największą łatwością stanęli po drugiej stronie, gdy tylko wyczuli odpowiedni moment... Zupełnie niczym Helena, która po śmierci kochanka, wraca z powrotem w ramiona swego męża, jakby nic prócz jej dobra nie miało znaczenia... A może to ja byłem twoją Heleną, Parysie...?
Milczałem.
-Byłeś najlepszym z wszystkich tych, których miałem...- wyznał z cichym westchnieniem- Mogłem mieć ciebie, rezygnując ze wszystkich, ale wybrałem wszystkich i zostawiłem ciebie... A teraz wszyscy okazali się zdrajcami, a ty mnie już nie chcesz... Tak, tak, los bywa głupi... Los bywa głupi...
-Nie zrzucaj własnych decyzji na kark losu- odpowiedziałem z cieniem rozgoryczenia. Ciężko było mi słuchać jego słów, teraz, po tym wszystkim, co się wydarzyło. Ciężko było mi na niego patrzeć i widzieć w nim jedynie wrak człowieka, którego wcześniej znałem. Życie jest najlepszym, ale okrutnym nauczycielem...- Leż tu- rzuciłem, podnosząc się z miejsca- Spróbuj zasnąć. Jutro wszystko powinno być lepiej.
Chwycił mnie gwałtownie za rękę, zatrzymując przy sobie.
-Nie... Nie, nie...- zaprotestował cichutko, wpatrując się we mnie błagalnie- Jeszcze nie... Zostań przy mnie, proszę... Jeszcze tylko troszeczkę... Jeszcze tylko chwilkę... Dopóki nie zasnę... Zostań, dobrze...?
Ułożyłem się u jego boku, nie mówiąc ani słowa. Wsłuchiwałem się w jego nierówny, urywany oddech, w swojej wyobraźni znowu przeżywając te wszystkie wspólne chwile... Te, w których był tylko dla mnie, te, w których wydawał mi się jedynym, najbardziej wiernym i lojalnym, najbardziej kochanym i kochającym... Złudzenia... Wszystko złudzenia. Uśmiechnąłem się gorzko. Objąłem go delikatnie ramieniem, wciskając twarz w jego szyję. Chciałem poczuć jego bliskość. Po raz pierwszy od dawna i jednocześnie po raz ostatni. Zanim kolejne piękne złudzenie skończy się gwałtownie.
-Śmiało sobie poczynasz... Młodzieńcze...
Uniosłem głowę, zdumiony. Pamiętał...? Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę. Leżał nieruchomo z zamkniętymi oczyma. Nie słyszałem już jego ciężkiego oddechu. Jego klatka piersiowa nie unosiła się wcale. Szarpnąłem go za ramiona.
-Faustyn!- krzyknąłem, starając się go obudzić- Faustyn!- powtórzyłem chaotycznie, wciąż potrząsając nim bez opamiętania, błagając w duchu, by wreszcie otworzył oczy...
W końcu dotarło do mnie to, co się stało. Przymknąłem powieki, starając się opanować drżenie i cisnące się do oczu łzy. Nachyliłem się nad nim i złożyłem na jego czole przeciągły pocałunek, chwytając go jednocześnie za dłoń, po raz ostatni... Łzy spłynęły mi po policzkach, gdy odsunąłem się od niego powoli, pakując jak w amoku wszystkie swoje rzeczy i przygotowując się do wyjścia.
-Dobranoc, generale...- szepnąłem jeszcze, opuszczając pomieszczenie.
... Byłeś wszystkim tym, czego zawsze pragnąłem...

Są fascynacje, które przeradzają się w miłości. I są miłości, które kończą się jedynie fascynacjami. Nie wiem, co czułem do mojego generała i nie potrafię tego nazwać ani opisać. Wiem jedynie, że zmienił w moim życiu wszystko. I że teraz, z punktu widzenia czasu, nie żałuję już ani jednego swojego słowa i ani jednej spędzonej z nim chwili... Zdaję sobie sprawę z tego, że on już nie wróci. Że nie pojawi się już w moim życiu, nie obudzi dawno uśpionych nadziei, nie przywoła wspomnień i nie wywróci wszystkiego do góry nogami, jak to miał w zwyczaju... A mimo to czuję coś na kształt tęsknoty, za każdym razem, gdy sobie o nim przypominam. I zastanawiam się nad tym, czy istniał chociażby cień szansy na to, byśmy kiedykolwiek mogli być naprawdę razem. Zastanawiam się nad tym, czy gdybym nie odszedł, nie zostawił go wtedy, wykazał się rzeczywistą lojalnością, wszystko by się zmieniło, wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej... Nie wiem. Nie potrafię tego przewidzieć. Chcę tylko wierzyć, że teraz jest już całkowicie spokojny. I że może któregoś dnia, dane nam jeszcze będzie się spotkać... A wtedy przyjdzie czas na spóźnione wyjaśnienia i przeciągane przebaczenie.
Gdyby tylko zechciał, zrobiłbym dla niego wszystko.
A teraz jestem sam.
Sam, mimo tych wszystkich ludzi, którzy mnie otaczają.
Uśmiecham się do dzieci, ale mój uśmiech jest pusty.
Wszystko jest inne, gdy żyje się tylko po to, by doczekać śmierci.

21 komentarzy:

  1. Anonimowy12:15 AM

    Jak zwykle czytając tego typu twoje opowiadanie mam ochotę się rozpłakać... Doprawdy... człowiek uchodzi za sopel lodu a ty jednym one-shotem potrafisz ten lód trochę rozpuścić...


    Mam nadzieję że jednak będzie Edmund następnym razem

    OdpowiedzUsuń
  2. Refleksja na dziś: chcę do wojska, mm.

    Zwykle czytam tylko YFM. Ale teraz zabiorę się za resztę twoich one-shotów, gdy tylko znajdę czas. Mniej więcej od połowy zrobiło się strasznie przewidywalnie i rzekłbym nawet schematycznie *sięga pamięcią do zasłyszanych historii miłosnych*, ale końcówka - dała radę. Ba, zdecydowanie podniosła moją opinię o owym tworze. W sumie zazwyczaj największą uwagę zwracam na dialogi, więc czuję lekką pustkę. No i te mitologiczne wtrącenia... c: Akurat z historii, której zawsze nie znosiłem. Jednak za bardzo lubię to jak przy pomocy słów obchodzisz się z uczuciami, by te wszystkie drobnostki, jakoś specjalnie przeszkadzały mi w czytaniu.
    Tak więc dziękuję za świetną lekturę na wieczór... i dobranoc? Oraz oczywiście - weny życzę! :'3

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy12:56 AM

    Jezu...ja sie rozplakalam...to takie...nie no nie mam slow. Cudowne po prostu. Mam niesamowity talent uzywania slow w taki sposob by trafialy prosto w serce. To niesamowite, serio. Uwielbiam twojego bloga. Zycze duzo weny i pozdrawiam serdecznie:* :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Trochę smutne zakończenie, ale sam tekst bardzo mi się podobał.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy6:35 PM

    No i pięknie, popłakałam się po raz pierwszy czytając czyjeś opowiadanie. Jesteś niesamowita, doprawdy. Życzę Ci dużo weny i chęci, byś częściej dodawała swoje cudowne dzieła. :) :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:38 PM

    Fascynacja. Owszem, jestem zafascynowana. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy moje odczucie odnosi się do Twojej twórczość czy też bezpośrednio do Twojej osoby, aczkolwiek bacząc na fakt, iż fascynacje do obiektów żywych najczęściej prowadzą do destrukcji i szaleństwa, pozostanę na etapie zamiłowania do słowa pisanego. Intrygująco, nostalgicznie, boleśnie. Jeśli kiedyś nauczę się mówić, a nie szeptać cicho, zorganizuję bunt w celu obalenia prezydentury i zajęciu przez Ciebie owego stanowiska ;) Pozdrawiam ciepło, Annabella.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anabella - No cóż, moje umiejętności poprawnego pisania i ortografii rzeczywiście czasami przypominają wyczyny naszego prezydenta ;D. Ale poza tym nie sądzę, żebym była szczególnie reprezentacyjna. Cieszę się, że ci się podobało, robaczku ;*.

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy9:09 PM

    Silencio - zbyt skromna.
    Opowiadanie- interesujące, inne i w jakiś sposób wyróżniające się na tle Twojej twórczości oprawą, aczkolwiek przyznam szczerze, że nie jest wybitne w porównaniu do pozostałych opowiadań. Chowa się przy "Sercu" :>
    A można w najbliższym czasie prosić "Drag Queen"? *-* Dawno nie było nowych rozdziałów...
    Chatime~

    OdpowiedzUsuń
  9. Chatime - niestety, obawiam się, że nadmiar skromności mi nie grozi :). Co do "Drag Queen", mam nadzieję, że można, bo mam już właściwie zaplanowany kolejny odcinek, ale brakuje weny i jakoś nie podoba mi się to, co do tej pory napisałam. Więc to może trochę potrwać, ale bardzo bym chciała :).

    OdpowiedzUsuń
  10. Melancholia11:46 PM

    Nie wiem co powiedzieć. Nie wiem czy są słowa, które to opiszą. "TO" definiuję jako uczucia, które wzbudzasz w ludziach czytających twoje opowiadania... Są takie głebokie, ludzkie, realistyczne i hmm... Nie wiem. Mają w sobie to "coś". ;) Ostatnie zdanie sprawiło, że łzy staneły mi w oczach. Brawa, Silencio. Czekam na YFM. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  11. Silencio,
    Jak najbardziej zgadzam się z wypowiedzią Melancholii. Po prostu nie ma żadnych słów które były by w stanie opisać twój talent. Każdy napisany przez ciebie akapit jest pełen pasji oraz emocji które nieraz są ze sobą sprzeczne. To niesamowite że używasz zwykłych przecież słów w tak pasjonujący sposób.

    Pozdrawiam i czekam na kolejne posty ze zniecierpliwieniem.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy3:19 PM

    Naprawdę niezły one-shot, zazwyczaj mnie nie wciągają, ale od tego nie mogłam się oderwać. D.

    OdpowiedzUsuń
  13. Akemi3:58 PM

    Długo się czyta, ale nie da się pominąć żadnego zdania, wyrazu. Wciąga jak ruchome piaski - jednak odwrotnie do nich, nie ukraca, a wartościuje życie.
    "Generał wybiera rekrutów według własnego gustu!" - lepiej nie można tego było ująć, tylko chciwość generała, który zawsze miał wszystkiego pod dostatkiem, a nawet na wyrost, nie umiał zrezygnować z wielu na rzecz najwierniejszego i szczerze kochającego. Przebiegły żołnierz piął się po drabinie chwały, nie wyróżniając się zbytnio, aby w końcowym etapie zdradzić. I co, teraz to on podzieli los Faustyna? To Antoniusz okazał się koniem trojańskim.
    "-Są rzeczy które bolą bardziej niż dupa..." - tia, według Faustyna urażony honor... jego słowa obróciły się przeciwko niemu.

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy8:50 PM

    Aż się łezka w oku kręci

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy1:33 AM

    Och kochana dosłownie tonę w łzach. Niektórym Bóg poskąpił talentu, ale na pewno nie tobie, jesteś świetna. Opowiadanie było piękne, wzruszające i zaskakujące. Sięgając po chusteczką do nosa myślałem nad twoimi ostatnimi opowiadaniami, nie ma w nich typowego happy endu jest w nich ukazane prawdziwe i realistyczne życie ludzkie, jest w nich pełno codziennych emocj, takicj jak , smutek, cierpienie, żal, tęsknota, ale nie braknie też czułości, radości i miłości.
    Uwielbiam;*.
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  16. nessi8:58 PM

    Podziwiam ludzi, którym na koniec nie zakręciła się łza w oku, jeśli takowi czytający to opowiadanie byli. Piszesz niesamowicie i sama nie wiem co mogłabym jeszcze dodać, bo inni już wychwalili cię za mnie, a nie chciałabym powtarzać tych wszystkich pięknych przymiotników, które cisną mi się na... klawiaturę ^^.
    Mam nadzieję, że spod twojej ręki wyjdzie jeszcze dużo podobnych tworów, gdyż czytanie ich to sama przyjemność ^^.
    Weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Anonimowy8:11 PM

    Rozryczałam się jak dziecko, tak mi się przykro zrobiło z powodu nie spełnionej miłości:(((
    Świetne opowiadanie, choć wolałabym, żeby byli ze sobą...

    Nana

    OdpowiedzUsuń
  18. Anonimowy8:30 PM

    Już się trochę uspokoiłam i przyszła mi do głowy jeszcze jedna myśl, a zarazem zrozumienie, co mnie tak wzrusza (w sumie to wiele rzeczy, ale odnieśmy się do"Jedynego"): miłość, która trwa na przestrzeni kilkudziesięciu lat, w sumie przez całe życie. Wiem, że w tym wypadku nie była usłana różami i skończyła się tragicznie, zdradą, żalem do końca życia i rozmyślanie co mogłoby być, ale i tak trochę Parysowi zazdroszczę, bo poznał miłość swojego życia...

    Nana

    OdpowiedzUsuń
  19. Anonimowy11:22 PM

    Wzruszyłam się jak reszta. Niesamowite opowiadanie! Muszę pogratulować Ci po raz kolejny genialnego miejsca akcji, brak mi słów, idealne, nie wiem co jeszcze mówić. Talent jakich mało, wyobraźnia, pomysły, klimat wprost idealnie wpasowujące się pod mój gust. WOW
    [Delilah]

    OdpowiedzUsuń
  20. Anonimowy9:01 PM

    proszę wydaj książkę, bo w internecie to wszystko takie ulotne. a Twoje opowiadania bym chciała mieć na zawsze <3

    ed

    OdpowiedzUsuń
  21. Anonimowy7:34 PM

    Pomimo przykrego zakończenia (i w ogóle to wszystko było przykre ogólnie) przeczytałam (i jestem z tego cholernie dumna, bo nie lubię wszech panującego smutku w mojej głowie). Jakaś refleksja? Tak, i to nie jedna, np. sprawdzaj swojego faceta, czy się gdzieś nie puszcza na boku - żarcik. A na serio, to mimo wszystko trochę żal mi generała, bo wydaje mi się, że on kochał Parysa, ale jakoś tak średnio to potrafił okazać i jakoś tak nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wiem, że też darzył go uczuciem. Historia mnie wciągnęła i z początku przypominała jedną z mang, którą czytałam, ale nie na długo (cóż za dramat - ona też się smutno kończyła). Co mogę jeszcze dodać? Chyba to, że masz naprawdę świetny styl pisania (genialnie wczuwasz się w postaci - Ty nimi jesteś) i zawsze oryginalną fabułę (chociaż, jak dla mnie, mogłaby być nieco weselsza, bo samo życie już wystarczająco mnie dobija, a świat blogów, to świat mojego wewnętrznego spokoju ducha i radosnego stanu umysłu - w założeniu).
    Zuza

    OdpowiedzUsuń