Strony

środa, 8 czerwca 2011

To była ta ulica...

To była ta ulica.
Wąska, mroczna aleja, wiodąca przez wyniszczoną w czasie minionej wojny część miasta.
Prawie nikt się tutaj nie zapuszczał. Mało kto był na tyle odważny, by zmierzyć się z miejskimi legendami, głoszącymi, że w ruinach dawnych domostw wciąż mieszkają ich byli właściciele, że nocą słychać tu przeróżne odgłosy, jęki, zawodzenia, płacz dzieci, rozpaczliwe wołania o pomoc...
W rzeczywistości panowała tu idealna cisza.
Stukot nerwowych kroków odbijał się echem w całej okolicy.
Droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność.
To była ta ulica.
Dopiero, gdy dochodziło się do jej rozgałęzienia, można było usłyszeć o wiele więcej.
Przeraźliwy krzyk żerujących wśród rozkładających się, ludzkich zwłok kruków.
Pijackie pieśni umorusanych we własnych ekskrementach alkoholików.
Urywane rozmowy bezdomnych.
Krzyki trędowatych.
Ledwie słyszalne szepty tych, o których nikt już nie pamiętał.
Tu zaczynał się inny świat.
To była ta ulica.
Thomas Jones zapalił nerwowo papierosa i zaciągnął się mocno, drżąc z zimna i obaw, które wstrząsały nim za każdym razem, gdy się tutaj pojawiał. Miał zbyt wiele do stracenia, ale mimo to, nie był w stanie się powstrzymać.
Podskoczył gwałtownie ze strachu, gdy usłyszał za sobą jakiś głośniejszy odgłos. Dwóch mężczyzn splotło się ze sobą w kurczowym uścisku i legło na trawie, kilka metrów za nim. Jeden z nich był bardzo młody, trędowaty, wychudzony i zmarniały. Drugi, sporo starszy, z twarzą zniekształconą jakąś chorobą, wpijał się mocno w jego wargi, pospiesznymi ruchami pozbawiając go obszarpanego odzienia.
Thomas mimo obrzydzenia, nie był w stanie oderwać od nich wzroku. Czuł wstręt. Wstręt do tych ludzi, którzy teraz zdawali się bardziej przypominać dzikie zwierzęta, owładnięte instynktami i wstręt do samego siebie, bo mimo swoich odczuć, nie był w stanie odwrócić się i udawać, że niczego nie widzi. Władały nim dziwaczne, chore myśli. Myśli, które coraz bardziej upewniały go w przekonaniu, że podoba mu się to, co widzi. Że oprócz odrazy czuje coś innego. Coś, co rozlewało się ciepłem w jego podbrzuszu i wywoływało dreszcze podniecenia na jego skórze.
Spoglądał nieprzerwanie na ten niezrozumiały akt cielesności i zdawać by się mogło, że słyszał ledwie słyszalne szepty: „Szybciej! Więcej! Mocniej! Ciszej... Bo nas znajdą, zauważą, zabiją... Więcej, więcej, więcej!”.
A może to było tylko jego złudzenie? Ci dwaj nie sprawiali wrażenia ani przerażonych ani zainteresowanych tym, kto i dlaczego na nich patrzy. Zdawać by się mogło, że nie obchodziło ich zupełnie nic, prócz własnej bliskości, która nie miała niczego wspólnego z estetyką. Zupełnie tak, jakby nie pojmowali, jak wielkie spoczywa na nich piętno.
Czy warto ginąć za swoje żądze...?
To była ta uliczka.
Thomas Jones zapalił kolejnego papierosa, trzęsąc się cały z zimna i nerwów. To on się denerwował. Rozglądał się co chwilę chaotycznie, niczym dziecko, które pierwszy raz łamie prawa narzucone przez rodziców, podążając za swoim pragnieniem. Ale on bywał w tym miejscu już zbyt często, a mimo to, złe przeczucia nie opuszczały go nigdy.
Co zrobi, jeżeli zaplącze się tutaj ktoś nieproszony, ktoś, kto go nie daj Boże pozna...? Jak wyjaśni swoją obecność w tym miejscu? W miejscu, w którym ludzie zamieniali się w dzikie bestie, w miejscu zupełnego upadku moralności, w miejscu zgromadzenia setek chorych na ciele i umyśle, w miejscu tak ogromnej zapaści, że człowiek odchodził od podstawowych praw i wartości, nie tyle ziemskich, co nawet boskich i w ramach najpodlejszego z występków ulegał chorym żądzom...?
Co miałby powiedzieć? Że chciał ich ratować...? Wyjaśniać im wszystko, nakłaniać go zmiany zachowania, niczym samozwańczy misjonarz...? Kłamaćjak najęty, upierając się przy tym, że właściwie nie ma z nimi nic wspólnego, że trafił tu przez przypadek...?
… A może przyznać się do tego, że jest jednym z nich?
Nie. Gdyby ktoś się dowiedział... Zginąłby w wyniku linczu mieszkańców albo trafił przed sąd i został skazany, co byłoby dla niego jeszcze okrutniejsze.
A nawet gdyby udało mu się przekonać przypadkowego znajomego, że to wszystko jedna wielka pomyłka... Gdyby chociaż padł na niego cień oskarżenia, czy ktokolwiek zechciałby się jeszcze u niego leczyć, wiedząc albo domyślając się, jak bardzo jest spaczony...?
Dlatego tak bardzo bał się tutaj przychodzić. Dlatego najchętniej odwróciłby się na pięcie i uciekł do swojego bezpiecznego, ciepłego domu, zapominając raz na zawsze o tym przeklętym miejscu. Ale nie mógł. Nie potrafił.
Żądze bywają nieokiełznane.
To była ta uliczka.
Wiatr wstrząsnął wyschniętymi krzakami.
-Dobry wieczór, doktorze Jones...- męski, dźwięczny głos, wbił się do jego świadomości niczym nóż, natychmiast wywołując w nim falę paniki i gwałtowną chęć ucieczki. To wreszcie się stało. Spełniły się jego najgorsze obawy. Ktoś w końcu go znalazł. Przymknął powieki na dłuższą chwilę, nim zdobył się na to, by odwrócić się w stronę tego człowieka.
Gdy tylko na niego spojrzał, szybko bijące ze strachu serce zwolniło nieco, a on sam zmarszczył brwi w geście niezrozumienia, wpatrując się w niego z uwagą. Nie znał tego mężczyzny. A przynajmniej tak mu się wydawało. Musiał być on jednym z okolicznych bezdomnych. Sprawiał wrażenie bardzo wychudłego i nędznego. Poszarpane, obdarte, brudne ubrania, wisiały na nim jak na wieszaku. Szara, zapadnięta twarz, naznaczona kilkudniowym zarostem, na której widniał blady uśmiech, nie zdawała się mieć w sobie nic pięknego. A jednak ciemne oczy przybysza, które przebijały całe ciało Thomasa niemalże na wylot, lustrując go dokładnie, sprawiały wrażenie dziwnie hipnotyzujących. Nawet przyszło mu na myśl, że kimkolwiek był ten wyrzutek, dawniej mógł być naprawdę przystojnym mężczyzną.
-Przepraszam, znamy się...?- zapytał Thomas z wahaniem w głosie.
-Tak... Spotkaliśmy się jakieś pięć lat temu w Paryżu- odparł jegomość, nie odrywając od niego badawczego spojrzenia i wciąż nie przestając uśmiechać się prawie serdecznie- Leczył pan mojego... przyjaciela- dokończył aż nazbyt znacząco.
-Naprawdę...?- starał się uśmiechnąć, ale wyszedł mu z tego jedynie pełen nerwowości grymas- Przepraszam, zupełnie nie pamiętam... Mam nadzieję, że mu pomogłem?
-Tak, pomógł pan...- odpowiedział ze spokojem mężczyzna- Ale jakiś rok temu nastąpił nawrót choroby i zmarł.
-Przykro mi.
Chciał stąd odejść. Jak najprędzej. Niezależnie od tego, kim był ten człowiek i jak niewiele mógł mu zaszkodzić – bał się.
-Zdarza się- kolejny uśmiech.
-Tak, tak...- odparł chaotycznie Thomas, odkaszlnąwszy nerwowo- Przepraszam, ale chyba muszę już iść.
-Już...?- mężczyzna uniósł pytająco brew, jakby nie tego się spodziewał.
-Tak, ja... Chyba się zgubiłem- skłamał pospiesznie, starając się odejść.
-Wątpię, panie doktorze...- głos tego człowieka zatrzymał go jednak w miejscu.
-Coś pan sugeruje...?- zapytał, starając się brzmieć ostro, ale w rzeczywistości głos drżał ze strachu.
-Tylko to, że tutaj przychodzą bardzo samotni ludzie, doktorze...
Oczy mężczyzny drążyły go na wylot.
Thomas Jones odwrócił się gwałtownie.
-Pomylił się pan- szepnął jedynie nerwowo.
To była ta ulica.
Nie zdążył nawet odejść kilku kroków. Jego towarzysz pochwycił go mocno w wychudłe ramiona, przyciskając go do siebie z siłą i energią, jakiej nie było po nim widać. Thomas natrafił na jego pewne, stanowcze spojrzenie i prawie skurczył się sobie w pierwszym momencie. Już wiedział, że nie będzie potrafił się odsunąć. Już wiedział, że nie będzie potrafił zrezygnować. Kochał to chore uczucie, które wstępowało w niego w takich właśnie chwilach. Kochał ten silny uścisk, w którym czuł się nagle taki mały i niepozorny, że prawie niezauważalny dla całej reszty. Kochał nawet tego mężczyznę, choć jego miłość nigdy nie trwała długo i nie wychodziła poza obręb cielesności.
Nie czekając na jego kolejny ruch, Thomas wpił się mocno w wargi mężczyzny, całując go zachłannie i mocno. Pocałunek został natychmiast odwzajemniony.
Cóż za rozkosz, cóż za szaleństwo zmysłów, wariactwo dwóch ciał, które przeczą swojej naturze, swojemu przeznaczeniu, odnajdując się wzajemnie we wspólnym pożądaniu...
Nazbyt długie paznokcie mężczyzny zostawiały na ciele Thomasa czerwone zadrapania, gdy ten chaotycznie zdzierał z niego odzienie, ale ten nie zwracał na to uwagi, nie pozostając mu dłużnym ani przez chwilę. Sekundy później upadli obaj na ziemię, pochłonięci swoją bliskością, tak ciasno spleceni, że niemalże tworzyli już jedność.
Jęki rozkoszy zmieszały się z okolicznymi odgłosami bólu i konania, tworząc dziwaczny i zarazem przerażający kontrast, jednak żadne z nich zdawało się tego nie dostrzegać. Dreszcz rozkoszy targnął ciałem Thomasa, wyginając je w lekki łuk, gdy poczuł mężczyznę głęboko w sobie.
Szaleńczy taniec dwóch języków, dłonie chaotycznie wędrujące po całym jego ciele, hedonistyczna satysfakcja z każdego ruchu...
To była ta ulica.
Thomas Jones uśmiechnął się błogo w spełnieniu, spoglądając na swojego kochanka i... Uśmiech ten zamarł na jego wargach. Podobnie jak kolejne słowa, które zamierzał wypowiedzieć. Z trudem otworzył usta, ale wypłynęła z nich jedynie stróżka krwi.
Spojrzał w dół, zaćmionym wzrokiem. W jego podbrzuszu tkwiło głęboko ostrze noża.
Nie był w stanie się ruszyć. Przeniósł pełne niezrozumienia spojrzenie na mężczyznę, ale ten odsunął się od niego nieco, przyklękając obok i szepnął spokojnie:
-Przepraszam... Jest pan całkiem miły, doktorze... Ale ma pan drogi zegarek...
Paznokcie mężczyzny po raz wtóry zostawiły ślad na jego skórze, gdy pospiesznie starał się uporać ze sprzączką.
Thomas Jones w niemym przerażeniu obserwował, jak ten zabiera jego portfel, łańcuszek, ubrania, a nawet rozsypane w chwili uniesienia papierosy. Wszystko. Po prostu wszystko. A następnie, bez najmniejszych skrupułów, odwrócił się do niego plecami i odszedł, zostawiając go w takim stanie.
Doktor chciał krzyczeć, wołać o pomoc, ale nie mógł. Z jego warg wydobyło się jedynie ciche charknięcie. Krew spływała wzdłuż jego brody purpurową strugą. Ktoś obok niego przeszedł. Słyszał szelest trawy i kroki, przemykające ledwie kilka centymetrów obok. Nie miał pojęcia, kto to taki. Nic już nie widział. Pociemniało mu w oczach. W jego sercu zapłonęła na chwilę iskierka nadziei, gdy ten ktoś zatrzymał się przy nim wyraźnie. Nie minęło jednak nawet kilka sekund, aż odszedł niespiesznym krokiem.
Thomas Jones umarł.
Nagi i bezbronny, umorusany w ziemi, dusząc się w ostatnich chwilach własną krwią. Umarł na równi z tymi, którzy tutaj żyli, mimo tego, że nie należał do ich świata. Umarł w zapomnieniu. Nikt nie byłby go w stanie odróżnić od wszystkich tych bezdomnych. Umarł w otoczeniu śmiechu i krzyków, jęków rozkoszy i rozpaczliwego płaczu, ale nikt nie rozpaczał nad nim. Nad nim wisiała jedynie cisza. Cisza, którą niektórzy nazywali obojętnością.
Czy warto ginąć za swoje żądze...?

To była ta ulica.
Wąska, brukowana, cmentarna aleja, otoczona setkami nagrobków, naznaczona jesiennymi liśćmi. Wszystko tu było już inne. Zupełnie inne. Inni ludzie, inny czas, inna okolica... Tylko smutek pozostał ten sam. I cisza.
Gdyby ktoś jednak zawędrował na tyle daleko, by dotrzeć do rozdroża, zobaczyłby dokładnie to samo, co ktoś przed nim, kilkaset lat temu. Nie było tu już nikogo, ale obraz nędzy zdawał się na stałe przylgnąć do tego miejsca, jakby był jego nieodłączną częścią. Od wieków niczego tu nie zmieniono. Dlatego to rozgałęzienie stanowiło niemalże pomnik dla tych, którzy niegdyś tu żyli.
Dla tysięcy ubogich, którzy nie upadli.
Dla setek chorych, którzy nie zwątpili.
Dla dziesiątek kochanków...
… Którzy obumarli.


10 komentarzy:

  1. Mmm... Może trochę na wyrost, ale 'kocham' Twoją stylistykę czy raczej klimat, który obecny jest w Twoich opowiadaniach. Och, uwielbiam go.
    Jak przypuszczam, nie muszę dzielić się moimi wrażeniami, aczkolwiek na coś są te komentarze.
    Byłam i widziałam. -Tyle powiem. I niemal czułam ten ciężki zapach powietrza.
    :D Oby dalej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:38 AM

    Ah ten klimat nie jest dla mnie, bo ja wolę oderwać się od ponurej rzeczywistości, ale umiejętności budowania atmosfery nie mogę Ci odmówić. D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny klimat :) opowiadanie skłaniające do refleksji...
    Uwielbiam to w jaki sposób opisujesz sytuacje i przeżycia bohaterów, dzięki temu można poczuć jakby się było w tym samym miejscu.
    Wcześniej nie mogłam kontynuować ale nadrabiam zaległości :)
    Czekam na więcej !

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10:48 PM

    uala, chyba miałaś czarny humor :D Musiałaś z siebie to wyrzucić ^^ Bardzo pozytywnie wyszło ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytając słowa " To była ta ulica" przeczuwałam zakończenie, a raczej śmierć Thomasa.
    Ciężko mi coś o tym napisać, bo właściwie Kazu dobrze ujęła moje myśli, że opowiadanie skłania do refleksji. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Dewon6:58 PM

    Cudowne ... ;D Bardzo mi się podobało... no cóż ja lubię takie klimaty ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Akemi2:20 PM

    Jestem pewna, że moja babeczka z literatury postawiłaby Ci pomnik, wygrawerowała Twoje imię i nazwisko na drzwiach uczelni i podawała Cię za wzór cnót i doskonałości. A ja, gdybym miała taka władzę jak ona, zrobiłabym dokładnie to samo ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Akemi - wątpię, polonistki i wszelkiego innego rodzaju nauczycielki związane z literaturą raczej za mną nie przepadają (mówiąc lekko) odkąd tylko pamiętam ;).

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy1:43 AM

    Wskaż które za tobą nie przepadają to się do nich osobiście pofatygujemy i to pewnie nie tylko moje zdanie. A wracając do opowiadania. Każde jedno zdanie twojego opowiadania hipnotyzuje, gdy zacznę czytać nawet pożar czy trzęsienie ziemi, nie jest w stanie mnie oderwać, od tekstu. Potrafisz pisać w taki sposób że każde jedno uczucie i kżdą emocję przeżywam wraz z bohaterami. To niesamowite. Ta nutka goryczy która niemal że zawsze towarzyszy twoim dziełom, doskonale potrafisz ubrać emocje w słowa.
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy8:20 PM

    Nieźle...

    OdpowiedzUsuń