Strony

piątek, 29 lipca 2011

Witajcie ^^

W przyszłym tygodniu może być małe zachwianie w związku z dodawaniem rozdziałów :). I tyle na dziś xD.


Enjoy.

14. Czas zmian [LPoH]

Obudziłem się i rozejrzałem dookoła, nieco nieprzytomnie. W zestawieniu z dniem wczorajszym, czułem się naprawdę dobrze. Chyba nie miałem już gorączki, głowa bolała mnie lekko, ale prócz tego wszystko było w porządku. A nawet bardziej... Uśmiechnąłem się do siebie na wspomnienie wczorajszego dnia. Odwróciłem głowę i dostrzegłem na poduszce obok mnie, długi, rudy włos. Chwyciłem go w palce i wpatrywałem się w niego przez chwilę niemalże z rozczuleniem. Andy, ach, mój Andy... Właściwie to wcale nie mój i właściwie nie pozostało mi nic innego, jak tylko wzdychać do niego w nieskończoność, co zdawało się zupełnie nie mieć sensu, ale jednocześnie jego zainteresowanie napawało mnie takim szczęściem, jak nic innego. Doskonale wiedziałem, że między nami nic nie będzie, a i tak biegałem za nim jak nieszczęśliwie zakochany nastolatek. Z tym, że ja mam już ponad trzydzieści lat. A co do reszty, wszystko właściwie by się zgadzało.
Gdy rudzielec wszedł do sypialni, aż podskoczyłem gwałtownie, natychmiast wypuszczając jego włos z dłoni i mając nadzieję, że nie zauważył, że wgapiałem się w niego jak jakiś wariat.
-Cześć, Mitch- rzucił wesoło. Nie, chyba jednak nie zauważył. Niósł w dłoniach tacę na której spoczywał talerz z pizzą i dwie szklanki soku. Zachybotała się niebezpiecznie, gdy usiadł na łóżku, ale nic się nie wywróciło- Śniadanie- dodał, dzieląc pizzę na pół i podając mi widelec.
-Dziękuję- uśmiechnąłem się do niego z wdzięcznością, chociaż zazwyczaj nie jadałem takich rzeczy. Wiecie... Trzeba o siebie dbać. Szczególnie w moim wieku.
… Dołujące.
-Mikrofala to jednak cudowny wynalazek, jej twórca powinien dostać Nobla- wymamrotał chłopak z pełnymi ustami, zajadając się pizzą. Nadal miał na sobie piżamę, pewnie wstał niewiele przede mną.
Jadłem niespiesznie, nie będąc w stanie oderwać od niego wzroku. Na wspomnienie wczorajszego wieczoru, coś łaskotało mnie przyjemnie w podbrzuszu. Przyszedł do mnie, przytulił się, zasnął tuż obok... Miałem dwa wyjścia, albo całkowicie wariacko wyobrażać sobie, że naprawdę może zmienił do mnie podejście o sto osiemdziesiąt stopni i stałem się dla niego w pewien sposób interesujący, albo, że po prostu był to kolejny przejaw jego wyrzutów sumienia. Właściwie wykorzystałem oba warianty, bo z jednej strony aż za dobrze wiedziałem, że druga opcja jest znacznie bardziej prawdopodobna, a z drugiej, non stop pozwalałem sobie na jakieś idiotyczne wynurzenia i rozmyślania, które nie prowadziły zupełnie do niczego.
Boże, mam trzydzieści dwa lata. Gdy byłem w wieku Andy'ego obserwowałem, jak moi koledzy zakochują się bez pamięci i szaleją jak wariaci. Gdy byłem starszy, obserwowałem, jak moi znajomi z pracy zakochują się bez pamięci i szaleją jak wariaci, biorąc ślub i zakładając rodzinę. Teraz obserwuję podboje Hugo, który też zachowuje się cokolwiek szaleńczo, ale chodzi mu głównie o seks, co jest jeszcze w porządku, bo nie pozwala się za bardzo zaangażować. I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że ja do tej pory nie szalałem za nikim jak wariat. Za nikim. Ani za koleżankami z klasy, ani za seksownymi nauczycielkami, za pięknymi studentkami czy współpracownicami. To samo tyczyło się płci męskiej. I nagle, mając trzydzieści dwa lata i zero doświadczeń w sferze gwałtownych zakochań, które wydawały mi się dotąd dziwacznymi urojeniami, zostaję rzucony na głęboką wodę i trafia mi się Andy. Andy, o którym myślę dniami i nocami, dla którego robię dosłownie wszystko i niemalże wychodzę z siebie, żeby sprawić mu przyjemność. Czy to było jakkolwiek normalne lub racjonalne...?
Zza ściany dobiegły mnie zwyczajowe odgłosy pojękiwań i westchnień. Odkaszlnąłem nieco nerwowo odkładając talerz, a Andy skrzywił się, wyraźnie niezadowolony. Uśmiechnąłem się z rozbawieniem, widząc jego minę. Jakby nie było, odkąd tu jest, ta kamienica naprawdę jest wyjątkowo cicha. A może po prostu ja nic nie słyszę, skoncentrowany wyłącznie na nim...? Nieistotne.
-Rany, wkurza mnie to- wymamrotał z poirytowaniem.
-Zabiorę się za porządki- zręcznie zmieniłem temat, podnosząc się z łóżka i podchodząc do szafy, żeby wybrać sobie coś do ubrania.
-Za porządki?- zdumiał się chłopak- Po co? Przecież czyściej jest chyba tylko na sali operacyjnej...
Zaśmiałem się lekko.
-Porządki nikomu nie zaszkodzą, poza tym kurz osadza się każdego dnia- stwierdziłem, po czym doszedłem do wniosku, że pewnie i tak niewiele go to obchodzi. Wyjąłem z szafy dżinsy i jakąś koszulkę. Co jak co, ale miałem nadzieję, że przynajmniej sprzątając nie będę myślał o chłopaku. Chociażby przez najbliższą godzinę.
-Powinniśmy coś z tym zrobić- odmruknął rudowłosy, wskazując dłonią na ścianę zza której dobiegały odgłosy czyjegoś... ekhem... stosunku intymnego.
-My?- zapytałem z rozbawieniem- A co chcesz znowu zrobić tym razem, co?- rzuciłem, przypominając sobie jego ostatnią akcję „uciszania” sąsiadów. Tą z wodą i sprzętem muzycznym. Skuteczność była stu procentowa, ale wątpiłem, by w tym przypadku coś takiego odniosło rezultat.
-Myślisz, że jest im tak dobrze czy to jakaś ściema?- zapytał, wpatrując się we mnie, a ja z niewiadomych przyczyn uznałem to pytanie za dziwnie prowokacyjne- Bo moim zdaniem przesadzają.
-A ja sądzę, że po prostu dobrze się bawią- odkaszlnąłem cichutko.
-Założysz się...?
-A jak zamierzasz to sprawdzić, co?- parsknąłem śmiechem, ale umilkłem natychmiast, gdy zobaczyłem uśmieszek na twarzy rudzielca- Co ty zamierasz...- zacząłem, ale umilkłem w połowie zdania, zupełnie zapominając, o co właściwie chciałem go zapytać. Chłopak ułożył się wygodnie na łóżku w wyjątkowo erotycznej pozie i jęknął donośnie. Spojrzałem na niego przerażony, w ostatniej chwili chwytając się komody, żeby nie upaść. Andy wydał z siebie kolejną serię donośnych westchnień i jęków, które o mały włos nie przyprawiły mnie o zawał.
-O, tak, Mitch, tak!- krzyknął nagle głośno, naśladując kochanków zza ściany, a ja pobladłem, czując się tak, jakby cała krew odpłynęła mi z mózgu do... do innego miejsca- Mitch, jesteś najlepszy! Najlepszy! Och, Mitch!
Boże, jak tak dalej pójdzie, będę musiał się tłumaczyć, dlaczego moja bielizna robi się wyraźnie wypukła...
Odgłosy dobiegające zza ściany ucichły. Andy podniósł się na łokciach, uśmiechając się z wyraźną satysfakcją i posyłając mi spojrzenie w stylu: „a nie mówiłem?”. Gdy usłyszeliśmy kolejny jęk, Andy zawtórował głośnej kochance i po raz kolejny zapanowała cisza. Chłopak zachichotał radośnie, zadowolony z siebie.
-Nieźle, co, Mitch?
-T... T-Tak...- odpowiedziałem cokolwiek słabo- Pewnie, że nieźle...
-To co z tym sprzątaniem?- zagadnął, podnosząc się z miejsca. Gdy wstawał, jego koszulka uniosła się nieco, odsłaniając jego brzuch. Odwróciłem wzrok tak wstydliwie, jakbym co najmniej zobaczył go całkiem nagiego.
-S-Sprzątaniem...? A, tak...- zreflektowałem się natychmiast, starając się znowu zacząć myśleć właściwą częścią ciała, ale wierzcie mi, to wcale nie było łatwe- Pościeram pranie, powieszę kurze... Tak, tak właśnie zrobię...- stwierdziłem mało przytomnie.
Rudowłosy zaśmiał się lekko, spoglądając na mnie z rozbawieniem.
-Śmieszny jesteś, Mitch- rzucił wesoło, przechodząc obok mnie- Idę się ubrać- poinformował mnie jeszcze, przechodząc do swojej sypialni.
Westchnąłem cichutko, jeszcze przez chwilę stojąc zupełnie nieruchomo, po czym skarciłem się w myślach i ruszyłem do łazienki, by się ubrać. Jestem śmieszny. Pozytywnie śmieszny, bo go bawię. Chyba. Moje słowa go bawią. Chyba. Albo bawi go moja osoba, co ostatecznie też nie byłoby takie złe. Lepiej być śmiesznym niż starym.
… Ale gorzej być starym i śmiesznym.
Rany boskie, o czym ja w ogóle myślę...? Chyba zaczynam rozumieć tych wszystkich poetów, którzy w miłosnych wierszach pisali takie dziwactwa... Człowiek w takim stanie zaczyna się zastanawiać nad rzeczami, które wcześniej w ogóle nie przyszłyby mu do głowy.
Wyszedłem z łazienki i przeszedłem do kuchni, nie za bardzo wiedząc, od czego mam zacząć. Namoczyłem ścierkę i zacząłem wycierać kurze z szafek. Po kilku chwilach dołączył do mnie Andy. Stanął obok i spojrzał na mnie z uwagą.
-Ej, Mitch...- zagadnął mnie ostrożnie- A co ja mam robić?
-Nic- odparłem, uśmiechając się ciepło- Obejrzyj telewizję albo coś w tym stylu... Poradzę sobie.
-Chcę ci pomóc- stwierdził uparcie- Może poodkurzać czy coś...? Na pralce w ogóle się nie znam, ale okna mógłbym umyć... Co ty na to?
-Naprawdę nie ma takiej potrzeby.
… Im więcej zajęć dla mnie tym lepiej. Przynajmniej dla mojego zdrowia psychicznego.
-To może pójdę do sklepu...? Nawet do tego twojego supermarketu.
-Mamy wystarczająco dużo jedzenia, pójdziemy jutro razem- odparłem. Szczerze mówiąc, wcale mi się nie uśmiechało wypuszczanie go samego, szczególnie po tym, co się wydarzyło. Co prawda ja raczej nie mogłem stanowić dla niego realnej obrony, ale zawsze bezpieczniej jest jednak we dwoje.
-A mogę chociaż wyrzucić śmieci?- uniósł pytająco brew, wskazując na pełen kosz.
-Okej...- zgodziłem się ostrożnie, a on chwycił worek- Tylko uważaj na siebie, dobrze?
-Mitch... Może nie zauważyłeś, ale dwa kroki od twojego bloku jest kontener, więc chyba nikt nie zdoła mnie zabić- parsknął z politowaniem- A poza tym, kto by mi podskoczył, skoro ostatnio mnie obroniłeś- zaśmiał się z rozbawieniem.
-Obronił nas raczej krzyk pani Wilcox- uśmiechnąłem się, nieco zdołowany tym faktem- Przy okazji, trzeba byłoby jej za to jakoś podziękować...
-Spotkałem ją wczoraj i jej dziękowałem- odparł Andy, wzruszając ramionami- Pomarudziła jak zwykle i poszła. Chyba nie oczekuje, że kupisz jej za to bombonierę- parsknął cichutko.
-Jednak trzeba by było kupić jej coś i porozmawiać z nią chwilę... Jeszcze się nad tym zastanowię- machnąłem dłonią, wracając do sprzątania.
-Okej. Zaraz wracam.
Andy wyszedł z domu, a ja odetchnąłem głęboko, modląc się do wszystkich świętych o spokój ducha. Każdy kolejny dzień z nim pod jednym dachem wydawał mi się jednocześnie najbardziej radosnym i strasznym z moich dni. Z jednej strony cieszyłem się ogromnie, że go miałem, że był obok, że nadał mojemu życiu jakiś sens i wyciągnął mnie z rutyny, w którą popadłem. Z drugiej – aż dziwiłem się sobie, że jestem w stanie się przy nim hamować! Wyzwalał we mnie takie uczucia, jakich nigdy wcześniej nie znałem. Znajdował się przy mnie, a mi nagle wszystko się mieszało, kręciło w głowie i sam już nie wiedziałem, co mówiłem jeszcze ledwie przed chwilą.
Włączyłem radio, odkładając ściereczkę i podłączając odkurzacz.
-... Ktoś wyjątkowo ci się podoba?- usłyszałem jakiś zmysłowy, kobiecy głos i zatrzymałem się na chwilę- Pożądasz kogoś, ale on tego nie widzi?
-Mhm...- mruknąłem cichutko do samego siebie. Miałem nadzieję, że nie widzi. I że prędko nie zobaczy.
-Pałasz do kogoś gorącym, niespełnionym uczuciem...? Chcesz przekonać się, czy masz u niego jakiekolwiek szanse?
-Byłoby miło- stwierdziłem z głębokim westchnieniem.
-Pomożemy ci. Wyślij sms o treści...
Wyłączyłem natychmiast radio, nieco poirytowany i wróciłem do porządków. Słowo daję, naprawdę rzuca mi się na głowę, skoro gadam do kobiety z reklamy. Andy'ego wciąż nie było. Wyłączyłem odkurzacz i odłożyłem go na bok, dochodząc do wniosku, że dobrze byłoby już puścić pranie. Ruszyłem do łazienki, ale dostrzegłem uchylone drzwi do pokoju chłopaka i chociaż z początku wcale nie chciałem tam iść, wszedłem niepewnie do środka. Zrobiło mi się głupio, gdy tylko przekroczyłem próg. Andy pewnie nie byłby zachwycony, że wchodzę do jego sypialni, zresztą nie ma się czemu dziwić. A mimo to, nie wyszedłem od razu, a rozejrzałem się po wnętrzu pomieszczenia z uwagą, jakbym chciał zapamiętać każdy szczegół. Uśmiechnąłem się do siebie z rozbawieniem, widząc ciuchy walające się po podłodze i opakowania po słodyczach poupychane w niedomykających się szufladach komody. Zebrałem ubrania, wciąż nie przestając się uśmiechać. Ten pokój wyglądał jak typowy pokój nastolatka, a przynajmniej tak pokazywali je w większości filmów. Brakowało tylko plakatów z gołymi paniami i kilku innych, mało przyjemnych elementów. A jednak... Ta sypialnia nie wydawała się odpowiednim pomieszczeniem dla Andy'ego. I bynajmniej nie chcę powiedzieć, że moja nadaje się lepiej! Absolutnie nie! Po prostu... Andy był taki żywiołowy, wesoły, aktywny, a ten pokój sprawiał wrażenie ponurego i szarego. Nawet odsłonięcie żaluzji nie zmieniło tego efektu.
-Hej, Mitch, już jes...- Andy zatrzymał się w progu i spojrzał na mnie lekko zdziwiony, po czym umilkł, najwyraźniej nie do końca wiedząc, jak ma się zachować. Nie wyglądał jakby był zdenerwowany faktem, że jestem w jego sypialni, ale sprawiał wrażenie nieco zdezorientowanego i niepewnego.
-Przepraszam, że wszedłem do twojego pokoju- odparłem natychmiast.
-To twoje mieszkanie- odpowiedział jedynie, wzruszając ramionami.
-Ale twój pokój.
-Twoje mieszkanie, więc pokój też twój- wymamrotał. Teraz zdawał się być już lekko podenerwowany- Przepraszam za bałagan...- dodał, zbierając z podłogi opakowanie po chipsach i gniotąc je w dłoniach.
-Nie przepraszaj, przecież to twój pokój- odparłem jedynie po raz kolejny, a on odmruknął tylko:
-Chyba już ustaliliśmy tą kwestię.
Milczałem przez chwilę, nie będąc pewnym, czy powinienem sobie iść, czy raczej porozmawiać z nim o tym, co przyszło mi do głowy, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że najwyżej wścieknie się na mnie jeszcze bardziej i zacząłem:
-Hm... Andy... Tak sobie pomyślałem... Podoba ci się tutaj?
Rudzielec wpatrywał się we mnie przez chwilę z raczej niewesołą miną, po czym nagle uśmiechnął się gorzko i parsknął:
-Rozumiem.
-Co takiego?- zdumiałem się.
-Mam sobie iść, tak?- warknął niespodziewanie, a ja spojrzałem na niego z zaskoczeniem- Już ci się znudziłem? Robię za dużo bałaganu, za dużo hałasu, za dużo problemów? Nie spełniam oczekiwań?
-Ale...
-Spoko, Mitch, nie ma sprawy- syknął gniewnie, nawet na mnie nie patrząc. Zebrał swoje ciuchy leżące na podłodze i wrzucił je do worka z którym tu przyszedł i którego wciąż nie wypakował do końca- Nie musisz się wysilać na żadne wyjaśnienia, spadam stąd.
-Andy!- wykrzyknąłem osłupiały, chwytając go za ramię trochę mocniej niż zamierzałem i zatrzymując przy sobie. Wciąż na mnie nie patrzył- Nikt nie każe ci stąd odchodzić! Chciałem tylko powiedzieć, że przydałoby się tutaj coś zmienić!
-Tak- parsknął gorzko- Mnie. Zrozumiałem.
-Nie, nie zrozumiałeś- zaprotestowałem łagodnie, nie pozwalając mu się wyrwać- Chodziło mi raczej o ściany, podłogę... Może meble...
Andy spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
-O co ci chodzi?- zapytał bez zrozumienia.
-O remont- wyjaśniłem z rozbawieniem, a on zaniemówił- Ten pokój jest taki... Ponury, zupełnie bez życia... Wiem, że może nie spełniać wszystkich oczekiwań kogoś w twoim wieku... Moglibyśmy urządzić go po twojemu... Wstawić biurko, kupić komputer, podłączyć internet...
-Remont...?- powtórzył chłopak niemalże z niedowierzaniem.
-Tak... Żebyś poczuł się tu bardziej jak u siebie- dodałem, uśmiechając się łagodnie- I żebyś wreszcie uznał, że to twoje miejsce. Chciałbyś...?
-Tak...- odparł, wciąż sprawiając wrażenie mocno oszołomionego- Tak, jasne, że bym chciał...
-Świetnie. Mogę wziąć je do prania?- zapytałem, wskazując na trzymaną przez niego torbę, a on oddał mi ją bez słowa.
Uśmiechnąłem się do niego raz jeszcze i wyszedłem.

-Sorki, Mitch...- usłyszałem jeszcze jego pełne skruchy słowa.
Leżałem w łóżku, czytając jeszcze jakąś książkę przed snem, gdy do pokoju wszedł Andy. Też miał na sobie piżamę, którą tym razem stanowiła jakaś przydługa koszulka. Odkaszlnąłem odrobinę nerwowo, gdy moja wyobraźnia po raz kolejny zaczęła kreować wyjątkowo... zmysłowe obrazy, ale gdy siadał, okazało się, że jednak ma bieliznę. Na szczęście.
-Cześć- rzucił wesoło, przenosząc się na środek łóżka. W jednej ręce trzymał otwarte pudełko lodów waniliowo-czekoladowych, a w drugiej katalog, który mu wcześniej podsunąłem- Nie przeszkadzam?
-Nie- odpowiedziałem, podnosząc się do nieco wygodniejszej pozycji i odkładając książkę- Masz już jakiś pomysł?
-Aha- potwierdził z szerokim uśmiechem- Słuchaj, Mitch...- zaczął z istnym zapałem- Nie wiem jeszcze co do mebli, bo nie myślałem o tym aż tak bardzo, ale jakoś się je dopasuje kolorystycznie... W każdym razie... Czerwone ściany... I czarne kafelki na podłodze!- dodał niemalże triumfalnie, nie przestając się uśmiechać- Co ty na to?
Mina troszeczkę mi zrzedła.
-Eee... Czarne kafelki?- dopytałem niepewnie.
-No tak!- przytaknął z entuzjazmem- Nie podoba ci się...?
-Podoba, podoba... Tylko... No... Ekhem...- zaczesałem nerwowo pasemko włosów za ucho, starając się dobrać odpowiednio słowa- Wtedy pokój będzie... strasznie ciemny.
-No przecież o to chodzi- parsknął z politowaniem chłopak, przewracając oczyma.
-Tak, ale... Hm... Może raczej zamiast kafelek wybierzesz panele? Dwie ściany pomalujemy na zielono, dwie na pomarańczowo... Będą ładnie zgrywały się kolorystycznie, pokój będzie jasny i przyjazny...
Nie da się ukryć, że tak to właśnie widziałem, gdy się nad tym zastanawiałem. Oczywiście brałem pod uwagę, że rudzielec może mieć na ten temat inne zdanie, ale sądziłem, że przynajmniej w większości spraw będzie się ono pokrywało.
-Mitch, to dziewczyńskie- mruknął Andy, krzywiąc się niechętnie- A poza tym, jeżeli zrobimy tak jak mówię, sypialnia będzie wyglądała dokładnie jak ten klub, do którego chodzę.
-Skojarzyło mi się to raczej z innym miejscem...- odparłem znacząco.
-Doprawdy...?- Andy uniósł kącik ust w nieco drwiącym uśmieszku- Kto by się spodziewał, że bywasz w takich miejscach...
-W j-jakich...?- wydukałem, czerwieniąc się natychmiast.
-W klubach, oczywiście- odparł rudowłosy, uśmiechając się niewinnie i wzruszając ramionami.
-Okej, okej, Andy...- Boże, myśli, Mitch, myśl!- Co powiesz na drobny kompromis?- zapytałem- Zostaniemy przy panelach i czerwonych ścianach. Może być?
-No... Może- zgodził się chłopak po chwili namysłu, po czym sięgnął po leżący przy nim katalog i otworzył go na zaznaczonej przez siebie stronie, pokazując mi jedną z farb- Patrz... Ta byłaby fajna, nie sądzisz?
-Mhm...- potwierdziłem, przyglądając się całej stronie z uwagą- Ale ta...- wskazałem kolejną- Jest moim zdaniem bardziej odpowiednia. Nieco jaśniejsza, ale o wiele lepsza.
-I o wiele droższa- dodał Andy, parsknąwszy cicho, biorąc łyżeczkę lodów do ust i oblizując ją w taki sposób, że o mały włos nie spadłem z łóżka.
-To nieistotne, ważne, żeby była dobrej jakości...
Rudowłosy spojrzał na mnie badawczo.
-Mitch, jesteś jakimś miliarderem?- zapytał po chwili, wyraźnie rozbawiony- Nie pracujesz, a nie brakuje ci pieniędzy i jeszcze stać cię na taki remont? Dla mnie?- dodał, bez zrozumienia.
-To nic wielkiego- uśmiechnąłem się jedynie, wzruszywszy ramionami- Mam jeszcze trochę oszczędności, na remont na pewno starczy.
-Dlaczego w ogóle zwolniłeś się z pracy?- zapytał Andy z wyraźnym zainteresowaniem- Chyba nie płacili ci źle, skoro masz tyle kasy, nie? Więc co? Nie traktowali cię dobrze?
-Traktowali...- odparłem, wzdychając cichutko. I znowu pojawiało się pytanie, na które trudno było mi udzielić jasnej odpowiedzi. Ja wiedziałem, czemu się zwolniłem, chociaż nie do końca potrafiłem to nazwać. Chciałem jakiejś zmiany, nawet najdrobniejszej, czegoś, co sprawiłoby, że moje dni zaczęłyby się chociaż odrobinę różnić od siebie... Ale taką zmianę przyniósł mi dopiero Andy.
-Więc o co chodzi?
-To dłuższa historia- uciąłem, nie chcąc wdawać się w szczegóły, ale chłopak najwyraźniej nie zamierzał dawać za wygraną, bo rzucił pogodnie:
-Przyniosę drugą łyżeczkę!- i wybiegł na chwilę do kuchni, by wrócić z wymienionym przez siebie przedmiotem i podać mi go- Jedz, Mitch- zachęcił mnie, zanurzając łyżkę w kubku z lodami.
-Nie przepadam- przyznałem.
-Daj spokój, ja i tak jem tylko czekoladowe, chyba nie chcesz, żeby się zmarnowały?
-Trafiłeś w mój czuły punkt- zachichotałem cicho, zaczynając niespiesznie jeść- W sumie i tak wolę waniliowe...- dodałem po chwili.
-No widzisz, Mitch...? Idealnie się dobraliśmy- uśmiechnął się do mnie pogodnie, a ja również odpowiedziałem uśmiechem, chociaż nieco niepewnym. Boże, Andy... Znowu to samo, mogę jedynie do niego wzdychać i wzdychać, a on i tak nigdy nie zrozumie... Boję się zrobić chociażby jednego kroku, bo uzna, że chodzi mi tylko o seks. A może mi chodzi tylko o seks? Sam już nie wiedziałem- Ej... Mitch...- zaczął po chwili, patrząc na mnie jakoś dziwnie- Przepraszam za to, że czasem jestem nieznośny... Po prostu zupełnie nie potrafię zrozumieć, dlaczego to wszystko dla mnie robisz, i dlaczego jesteś taki miły, i znosisz moje wszystkie wybryki... Ale bardzo się cieszę, że u ciebie mieszkam. Serio, Mitch.
-Wiem- szepnąłem jedynie.
Problem w tym, że ja sam nie do końca wiedziałem, czemu to wszystko robię. Chciałem pomóc jemu. I chciałem pomóc sobie. Więc o co w tym wszystkim chodziło, do licha? Byłem litościwym starszym panem, czy egoistycznym zboczeńcem, który przyprowadził tutaj sobie młodego chłopaka i sam nie chciał się przed sobą przyznać do swoich zamiarów? Im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym większy mętlik miałem w głowie. A chyba nie da się tego ze sobą pogodzić, prawda? Bo jeżeli się komuś pomaga, to bezinteresownie. A jeżeli oczekuje się czegoś w zamian, to już nie jest pomoc, tylko zwykły układ. Tylko czy ja rzeczywiście oczekuję czegoś w zamian...? Nie, ja tylko w sferze swoich marzeń układam różne scenariusze, które nigdy nie staną się rzeczywistością. Co też nie jest nie do końca fair, bo Andy o tym nie wie. Ale gdyby wiedział, nie chciałby mieć ze mną nic wspólnego, więc nie mogę mu powiedzieć. Więc jestem w błędnym kole, z którego absolutnie nie ma wyjścia.
-Będziesz jeszcze jadł...?- dopytał Andy, dostrzegając, że od dłuższej chwili jedynie siedzę nieruchomo, zamyślony.
-Nie, nie- odparłem jedynie, kręcąc głową.
-Ja też już nie mam ochoty- wzruszył ramionami, po czym chwycił pudełko i wyniósł je do kuchni.
Westchnąłem głęboko, odkładając katalog na szafkę, po czym zgasiłem światło i położyłem się, nakrywając kołdrą. I jakie było moje zdumienie, gdy w pomieszczeniu ponownie pojawił się Andy i wszedł do łóżka, kładąc się tuż obok mnie. Natychmiast zapaliłem lampkę, wpatrując się w niego nieco spanikowany.
-O co chodzi, Mitch?- zapytał, spoglądając na mnie bez zrozumienia.
-O... O nic... Andy... Ty... Ty będziesz tu spał...?- rzuciłem z jawnym przerażeniem.
-A czemu nie?
-Bo.... Ja już nie mam gorączki- zauważyłem, chichocąc nerwowo.
-No tak, ale zawsze możesz mieć- rudzielec najwyraźniej nie widział w tym żadnego problemu. Objął mnie ramionami i wtulił się we mnie, przymykając powieki- Mogę przecież pospać trochę z tobą, na dworze jest strasznie zimno... A jak będziesz remontował mój pokój, to też tu będę, nie? Zgaś już światło, Mitch...
Zgasiłem lampkę, kompletnie osłupiały, przez dłuższą chwilę bojąc się poruszyć choćby o centymetr. Serce biło mi jak oszalałe i naprawdę czułem się wyjątkowo nieswojo, szczególnie, że moje ciało już zaczynało reagować na jego bliskość. Zdecydowanie zbyt mocno...
-No wiesz, Andy...- zacząłem łagodnie- Można to załatwić trochę inaczej... Pewne rzeczy da się zrobić od razu w jeden dzień, poza tym mogę spać na kanapie i...
-Mam sobie iść?- przerwał mi natychmiast.
-Nie- zaprotestowałem automatycznie, zanim jeszcze zdążyłem się zastanowić nad odpowiedzią, chociaż pewnie i tak nie byłbym w stanie go stąd wyrzucić.
-To super. Dobranoc, Mitch...
-Dobranoc, Andy...- odpowiedziałem, rozglądając się dookoła niemalże z desperacją. Spokojnie, to tylko Andy. Andy przyszedł tu spać. Spać. Obok mnie, a nie ze mną, żeby była jasność... Więc wszystko jest absolutnie w porządku i nie ma powodu, by się denerwować, prawda....? A poza tym był tu już wczoraj.
Z tymi nazbyt optymistycznymi myślami przymknąłem powieki, mając nadzieję, że sen przyjdzie równie szybko jak wczoraj. Ale wystarczyło mi ledwie kilka minut, by przekonać się, że spanie z nim w jednym łóżku wtedy, gdy miałem wysoką gorączkę, a spanie z nim teraz, gdy o gorączkę przyprawia mnie jego obecność, jest wprost nieporównywalne. Zupełnie nie mogłem się skupić. Czułem jego zapach, który paraliżował mnie zupełnie i nakręcał jak wariata. Otwierałem oczy i patrzyłem na jego twarz, mając wyjątkowo zbereźne myśli. Więc zamykałem oczy, ale wówczas oczyma wyobraźni widziałem jeszcze bardziej zmysłowe sceny i obrazy, więc sam już nie wiedziałem, co ze sobą robić. Czułem po prostu, że dłużej tego nie wytrzymam.
W pewnym momencie wyplątałem się powoli z jego uścisku i wstałem.
-Co ty wyrabiasz, Mitch...?- wymamrotał, zaspanym głosem.
-Nic, nic- szepnąłem uspokajająco- Muszę do toalety.
Odpowiedział mi jedynie jakimś niezrozumiałym pomrukiem. Zerknąłem na niego raz jeszcze, niemalże z obawą, po czym rzeczywiście skierowałem swoje kroki do łazienki. Boże. Jeszcze chwila, jeszcze sekunda w jego towarzystwie, a bym zwariował, albo zrobił coś, czego absolutnie zrobić bym nie chciał. Moja męskość pulsowała tak bardzo, że aż mnie bolała. Cieszyłem się wyjątkowo, że Andy zasnął zanim zdążył się zorientować.
Zacząłem się zaspokajać i dopiero gdy odpowiednio sobie ulżyłem... dwukrotnie... Wróciłem do pomieszczenia.
Andy spał rozłożony na środku łóżka, więc uniknięcie kontaktu z nim, naprawdę nie było łatwym zadaniem. A jednak udało mi się skulić na samym krańcu, sprawiając, że dzieliło nas kilka centymetrów i kołdra, którą tylko on był okryty. Przez kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt minut, robiłem dosłownie wszystko, żeby tylko o nim nie myśleć. I kiedy rzeczywiście czułem już, że sen jest blisko...
-Mitch, staruszku, okryj się...- usłyszałem mrukliwy głos Andy'ego i poczułem, jak ten nakrywa mnie kołdrą, a następnie przyciska się do moich pleców, przekładając przeze mnie nogę.
Jęknąłem dramatycznie.
To będzie bardzo długa noc...

wtorek, 26 lipca 2011

Witajcie :D

No więc rozdział jaki jest każdy widzi, zbyt zadowolona nie jestem, ale niech będzie. W sobotę ukaże się "Little Piece of Heaven" (a prawdopodobnie nawet w piątek). Co do przyszłych opowiadań - jeszcze do końca nie wiem. Na pewno w ciągu dwóch kolejnych tygodni ukaże się You Found Me i Antything for you, na które cudownie wróciła mi wena :D. Ale pewnie minie po kolejnym odcinku, co nie zmienia faktu, że i tak jest dobrze :). Prawdopodobnie opublikuję też Edmunda, a co do reszty na razie pomysłu nie mam :).

Enjoy.

§ 9 § [YFM]

Absalom leżał nieruchomo na łóżku, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Znowu śnił mu się Mortalis. Tym razem doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to wszystko rozgrywa się jedynie w jego wyobraźni, ale wcale nie chciał wracać do rzeczywistości. W tym śnie mężczyzna go nie całował. Dotykał go jedynie delikatnie, wodził dłońmi po jego ciele, a Absalom, mimo tego, że był ubrany, zdawał się odczuwać to każdym najmniejszym fragmentem swojego ciała. Obudził się twardy i mocno zażenowany.
Uniósł się ostrożnie na łokciach i rozejrzał po pomieszczeniu. Łóżko Mortalisa było puste, już  pościelone, jego opiekun musiał wstać jakiś czas temu. Drzwi do domku były lekko uchylone. Absalom wyjrzał ostrożnie przez okno, a gdy upewnił się, że mężczyzny nie ma nigdzie w pobliżu, położył się z powrotem i powoli zsunął z siebie kołdrę.
Serce biło mu szybko z ekscytacji i strachu jednocześnie. Wsunął dłoń w spodnie od piżamy i dotknął niepewnie swojej męskości. Jęknął niepohamowanie, dokładnie tak jak wczorajszego wieczora, czując przyjemne łaskotanie w podbrzuszu. Przesunął palcami wzdłuż swojego członka, przymykając powieki i łapiąc gwałtownie powietrze. Jego pierwsze ruchy były niepewne i nieśmiałe, jakby starał się wybadać własne reakcje i zrozumieć, dlaczego sprawia mu to aż tak dużą przyjemność. Kolejne nabrały na sile i szybkości. Absalom odchylił głowę do tyłu i wygiął się w lekki łuk, oddychając płytko. Na chwilę zupełnie zapomniał o tym, gdzie się znajduje, skupiając się wyłącznie na czerpanej przez siebie przyjemności. Było mu dobrze. Tak dobrze, że nagle cały wstyd minął i myśli Absaloma powędrowały w zupełnie innym kierunku, a jego wyobraźnia zaczęła tworzyć obrazy, których nawet nie starał się odrzucić. Już po chwili wydawało mu się, że dłoń, którą czuje na swojej męskości, jest w rzeczywistości dłonią Mortalisa. Niemalże czuł na swoich ustach jego delikatne pocałunki, ciepły oddech na szyi, bliskość tak niesamowicie intymną, jak jeszcze nigdy wcześniej... Bał się otworzyć oczu. Pieścił się nadal, czując się tak, jakby miał zaraz eksplodować.
Nagle usłyszał skrzypnięcie drzwi i czyjeś kroki.
Resztką rozsądku, natychmiast zasłonił się kołdrą, cofając się na sam koniec łóżka i wrzasnął z przerażeniem, wpatrując się w mężczyznę, stojącego nieopodal niego.
-Mortalis!- krzyknął, czerwieniąc się z zażenowania- Wyjdź!
Mężczyzna wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie.
-Ale...
-Wyjdź!- powtórzył jedynie chłopak, z nie mniejszą paniką.
Mortalis sprawiał wrażenie mocno zdezorientowanego, ale mimo to, opuścił pospiesznie pomieszczenie. Absalom westchnął ciężko, zasłaniając twarz dłońmi.
Mieszkanie z Mortalisem nigdy wcześniej nie było równie uciążliwe...

Absalom dosłownie umierał ze wstydu. Miał ochotę schować się w jakiś najciemniejszy kąt i najzwyczajniej w świecie udawać, że go nie ma. Za każdym razem, gdy patrzył na mężczyznę, zalewała go fala zażenowania, mimo tego, że Mortalis najprawdopodobniej niczego nie zdążył zobaczyć i nie wiedział, czego właściwie stał się świadkiem. A nawet, jeżeli było inaczej, nie dał tego po sobie jakkolwiek poznać, za co Absalom był mu wyjątkowo wdzięczny. Co nie zmieniało faktu, że najchętniej wziąłby łopatę i zakopał się w ogródku.
-Idę do miasta- poinformował mężczyznę cichutko.
-Dobrze- odpowiedział zwyczajowo Mortalis, bez najmniejszych emocji.
-Zajrzę do Edalisa- dodał jeszcze chłopak, wpatrując się w niego niepewnie- Coś przekazać?
-Nie trzeba.
Absalom zaczesał nerwowo pasemko włosów za ucho i już miał wychodzić, gdy usłyszał:
-Absa... Wyruszam jutro.
-Jutro?- Absalom zatrzymał się i spojrzał na niego ze zdumieniem, czując jak zwykle ukłucie żalu. Tym razem niosło ono jeszcze za sobą poczucie goryczy, bo zdawał sobie sprawę z tego,  że nie wykorzystał w pełni obecności mężczyzny i pewnie przyprawił go o ból głowy swoim dziwacznym zachowaniem. Było mu z tego powodu przykro.
-Mhm...- potwierdził jedynie mężczyzna i na tym najwyraźniej rozmowa się skończyła.
Absalom spoglądał na niego jeszcze przez chwilę, jakby zamierzał coś powiedzieć, zaprotestować, poprosić go żeby został, ale ostatecznie uśmiechnął się jedynie nerwowo i wyszedł. Ruszył prosto do lasu, swoje pierwsze kroki kierując rzeczywiście w stronę miasta, choć wcale nie miał zamiaru tam iść. Wizyty u Edalisa były świetną wymówką, zwłaszcza, gdy potrzebował chwili samotności. Głównie dlatego, że mężczyźni nie rozmawiali już ze sobą osobiście, więc Mortalis i tak nie mógł się o tym dowiedzieć. Absalom westchnął głęboko. Czuł zupełny mętlik w głowie. Z jednej strony zdawał sobie sprawę z tego, że bez Mortalisa będzie czuł się bardziej swobodnie i lekko, a z drugiej wcale nie chciał, żeby ten odchodził, nawet na kilka dni. Bardzo chciałby mu powiedzieć o tym, co go dręczy, ale wcale nie był pewien, jak ten by zareagował. Szczególnie, że stał się nagle obiektem jego fascynacji, czego nie rozumiał sam Absalom. Nie wiedział, dokąd ma właściwie iść. Miał ochotę znaleźć jakieś ustronne miejsce i... może... Nie, nie, nie! Odrzucił od siebie te myśli, czerwieniąc się z zawstydzenia i jednocześnie czując, że coś w nim drga radośnie, jakby w oczekiwaniu na tę chwilę. Bał się tego, że znowu mógłby zostać przyłapany, a poza tym, wcale nie wiedział, czy robi coś dobrego albo normalnego. Jeszcze w życiu nie słyszał o tym, żeby mężczyzna... no... robił sobie takie rzeczy. Edalis mówił, że seks jest przyjemny. Ale seks uprawia się z kobietą, a poza tym Absalom zupełnie nie wiedział, jak on w ogóle wygląda!
To go frustrowało i irytowało. Fakt, że nawet nie potrafił nazwać ani określić tego, co się z nim właściwie dzieje.
Starał się skupić uwagę na czymkolwiek innym i rozglądał się dookoła uważnie, jakby rzeczywiście mogło mu to w tym pomóc. Dopiero po chwili dostrzegł coś dziwnego. Zatrzymał się, marszcząc brwi. Na jednym z pni drzewa widoczna była wyraźnie ciemnoczerwona smuga. Podszedł do niego niepewnie. Nie był przekonany, ale to wyglądało jak krew. Sądził, że to jakieś ranne zwierzę zostawiło swój ślad i albo wykrwawiło się nieopodal albo rana nie była na tyle poważna i było tylko lekko zadraśnięte. Chciał się o tym przekonać. Może leżało gdzieś niedaleko, a nie było za późno i dało się mu jeszcze pomóc? Skręcił pomiędzy drzewa, wchodząc w gąszcz krzaków i przedzierając się przez nie z trudem. Ktoś chyba szedł tutaj już przed nim, miejscami rośliny były wdeptane w ziemię albo zgniecione. Na niektórych widniały ślady krwi, jeszcze dosyć wyraźne. Absalom zaniepokoił się bardziej. Biedne stworzenie. Cokolwiek to było, szanse na to, że jeszcze żyło, były marne. Krew, krew, coraz więcej krwi... Jak to możliwe, żeby coś zaszło aż tak daleko, skoro było poważnie ranne? Grunt obniżał się nieco i Absalom schodził coraz niżej i niżej, aż w końcu...
-Mortalis!- krzyknął z przestrachem- Mortalis!
Rozpościerały się przed nim zwłoki jakiegoś mężczyzny. Absalom jeszcze nigdy w życiu nie widział czegoś równie okropnego. Jego ciało było poszarpane, jakby porozdzierane na części, cała krew i wnętrzności znajdowały się na zewnątrz. Wokół roiło się już od owadów, które zaczynały oblegać ciało zmarłego. Chłopak zakrył usta i nos, czując obrzydliwy zapach wydzielający się ze zwłok. Dopiero po chwili spojrzał na wykrzywioną w grymasie przerażenia twarz mężczyzny. I wtedy nadeszło największe zaskoczenie.
… Znał go.
Mortalis znalazł się przy nim błyskawicznie, początkowo chwytając go na chwilę w ramiona i spoglądając na niego tak, jakby obawiał się, że to jemu coś się stało. Już po chwili spojrzał jednak na leżące obok ciało, ale na jego twarzy nie pojawił się ani cień emocji.
-Kolejny...- mruknął jedynie z niechęcią, kucając przy zwłokach i oglądając je bez cienia obrzydzenia czy lęku. Znajdowali czasem zmarłych ludzi w lesie. Niezbyt często, ale zdarzało się. Niektórzy wędrowali tutaj nocą, nie znali tego miejsca, a las dla ludzi, którzy nie umieli się po nim poruszać, bywał wyjątkowo zdradliwy. Absalom nigdy wcześniej nie widział jednak czegoś równie potwornego.
-Kto to zrobił...?- zapytał, drżącym głosem.
-Raczej co- poprawił go Mortalis, nie ruszając się z miejsca- Bo na pewno nie człowiek. To robota zwierzęcia, dużego zwierzęcia...- ocenił- Może niedźwiedzia... Ludzie pałętają się tutaj i zupełnie nie wiedzą, jak mają się zachowywać wobec innych stworzeń, więc to zawsze kończy się tak samo...- stwierdził, krzywiąc się z niechęcią.
-On wiedział- szepnął Absalom- Często tu bywał.
Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Skąd wiesz?
Chłopak poczuł, że zbiera mu się na łzy.
-Bo to ten kupiec...- wydusił z siebie z trudem- Ten, który do mnie przychodził. Ten, od którego kupiłem medalion.

Deszcz bębnił miarowo o szyby. Absalom siedział na łóżku z podkulonymi nogami, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Łzy spływały po jego policzkach, a on nawet nie starał się ich ocierać. Czuł się okropnie. Poczucie winy ciążyło na nim niewyobrażalnie, chociaż jeszcze nie do końca rozumiał, co się tak właściwie stało. Nigdy wcześniej nie widział, żeby zwierzę zrobiło coś tak potwornego.
-Absa, do licha...- Mortalis wyjrzał z pokoju obok i wbił w niego uważne spojrzenie. Zaglądał do niego co chwilę, starając się go jakoś pocieszyć albo podnieść na duchu, ale nic nie przynosiło rezultatu- Powtarzam ci, to nie jest twoja wina i wybij to sobie z głowy. Nie możesz odpowiadać za wszystkich ludzi, którzy wchodzą do lasu.
-Ale on chciał przyjść do mnie- szepnął w odpowiedzi chłopak. To bolało go najbardziej. Ta świadomość, że mężczyzna nie żyje, bo on nie zareagował odpowiednio. Bo nie kazał mu odejść tak stanowczo, jak powinien. Bo się nad nim ulitował... W tym jednym przypadku, żałował tego, jak niczego innego.
-Nie wiesz tego- upierał się Mortalis- Mógł równie dobrze wędrować do innej osady.
-Nie- zaprotestował niemrawo chłopak- Nie mógł.
-Absa! Nawet, jeżeli szedł do ciebie, to niczego nie zmienia! To był przypadek, zdarza się, nie masz z tym nic wspólnego! Nie zabiłeś go!
-Ale przeze mnie się tu znalazł.
-Przecież nie kazałeś mu tutaj przychodzić. To była jego decyzja.
Absalom pokręcił jedynie głową. Słowa mężczyzny zupełnie do niego nie trafiały. Chłopak miał poczucie, że on po prostu nie rozumie. Dla niego śmierć była czymś tak naturalnym, że nie widział w niej już nic przerażającego ani smutnego. Absalom był inny. Bolało go to. Bolało go to, że zginął ktoś, kogo znał. Ktoś, kogo lubił... Bolało go to, że przyczynił się pośrednio do tej śmierci, nie zachowując się tak, jak należy i nie postępując według poleceń Mortalisa.
-Nie zrobiłeś niczego, co mogłoby wywoływać u ciebie wyrzuty sumienia- stwierdził mężczyzna z pewną stanowczością, a chłopak uśmiechnął się gorzko- Niczego. Jak niby mogłeś temu zapobiec?
-Mogłem...- szepnął Absalom, drżącym z emocji głosem. Zastanawiał się nad tym zbyt długo, zbyt intensywnie to analizował, by nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie- Mogłem kazać mu odejść i nie przychodzić więcej, tak jak mi mówiłeś. Mogłem go odtrącić, wyrzucić stąd, nie litować się nad nim... Mogłem po prostu dać mu do zrozumienia, że nie ma tu czego szukać.
-Przecież to zrobiłeś.
-Nieprawda!- zaprotestował gwałtownie, podnosząc się z miejsca, a mężczyzna wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie. Absalom odetchnął płytko, zaczesując nerwowo włosy do tyłu- Nie zrobiłem niczego...- przymknął powieki, zatrzymując się w miejscu- Powiedziałem mu, żeby już nie przychodził, ale czułem, że jeszcze się tu pojawi! Chciałem mieć po prostu wymówkę, chciałem wierzyć, że próbowałem, ale było mi go szkoda! Nie potrafiłem zrobić niczego, by go zniechęcić, nie potrafiłem potraktować go źle! I jeszcze... Jeszcze kupiłem od niego ten przeklęty medalion!- syknął wściekle, jednym ruchem zrywając amulet ze swojej szyi i rzucając go w kąt.
Blaszka. Zwykła blaszka. Mortalis miał rację. Teraz Absalom nie widział w niej już nic interesującego. Słowa, które jeszcze niedawno wypowiadał z pełnym przekonaniem, teraz wydawały mu się być bajką, w którą zbyt łatwo uwierzył. Przedmioty ważniejsze niż pieniądze. Symboliczne. Wartościowe. Nie, w gruncie rzeczy zupełnie nic nie warte. Całą swoją wartość traciły bowiem w momencie, gdy zestawiało się je z ludzkim życiem, ludzką tragedią, śmiercią... Wydawały się banalne, pozbawione sensu i puste. To tylko przedmioty. Nic więcej, jak tylko przedmioty...
Ze zdumieniem dostrzegł, że Mortalis podszedł do amuletu i chwycił go w dłoń, obracając w niej przez chwilę i oglądając, po czym ruszył w kierunku swojej pracowni.
-Idź spać, Absa- szepnął jeszcze, znikając w pomieszczeniu.

Obudził go jakiś głośny dźwięk. Absalom otworzył oczy i leżał przez chwilę w bezruchu, przez chwilę zupełnie nie potrafiąc określić tego, co słyszy. Dopiero po jakimś czasie, zdał sobie sprawę z tego, że to pukanie do drzwi. Pukanie? Nie. Głośny łomot. Ktoś na zewnątrz uderzał w drzwi z taką siłą, że te ledwo trzymały się w zawiasach. Absalom poczuł w sercu lęk. Skulił się odruchowo, zasłaniając kołdrą i zaciskając powieki, przerażony. Kto to mógł być...? Nie wiedział. Dopiero po kilku minutach zdał sobie sprawę z tego, że jego strach jest zupełnie irracjonalny. Przecież był z Mortalisem. Z Mortalisem! Kto mógł zrobić mu krzywdę?! Więc dlaczego mężczyzna jeszcze nie zareagował...?
Chłopak podniósł się powoli z miejsca. Łomotanie ustało, ale bał się wyjrzeć przez okno i ruszył prosto do łóżka mężczyzny, nachylając się nad nim.
-Mortalis...?- szepnął niepewnie, dotykając jego ramienia- Mortalis, obudź się, proszę... Ktoś jest na zewnątrz.
Nie uzyskał odpowiedzi. Skóra mężczyzny była przeraźliwie zimna. Absalom cofnął dłoń, spłoszony i w tym momencie zorientował się, że zostały na niej ślady krwi. Znieruchomiał na chwilę, kompletnie osłupiały, po czym odwrócił mężczyznę w swoją stronę. Krzyknął. Ciało Mortalisa było całkowicie pokryte krwią, która sączyła się z potężnej rany na jego klatce piersiowej. Krew nagle zmieniła kolor z ciemnoczerwonej na całkowicie czarną, spływając lepką smugą na wszystko dookoła.
-Mortalis! Mortalis!- Absalom załkał gwałtownie, starając się jakoś zatamować krwawienie, ale mężczyzna nawet nie oddychał. Był blady i nieruchomy. Martwy. Po prostu martwy. Ta świadomość uderzyła w chłopaka gwałtownie, wywołując u niego drżenie i płacz- Błagam cię, Mortalis, nie możesz umrzeć, nie możesz umrzeć...- powtarzał chaotycznie, ale wiedział już, że to zupełnie bezcelowe. Kto mógł to zrobić...? Kto mógł tutaj wejść i zrobić coś tak okropnego?!
Absalom odsunął się od mężczyzny i odwrócił w kierunku drzwi, które teraz pozostawały zupełnie nieruchome. Wokół panowała cisza. Zupełna cisza. Dopiero w pewnym momencie dostrzegł nagle, jakiś ruch za oknem. Podszedł niepewnie w jego kierunku, wyglądając na zewnątrz. W tym momencie czyjaś wykrzywiona w grymasie przerażenia twarz przycisnęła się gwałtownie do szyby, by zaraz osunąć się na dół, pozostawiając na niej jedynie ślad krwi.
Absalom znieruchomiał z przerażenia, słysząc znowu ten okropny łomot.
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Absalom krzyknął głośno, budząc się ze snu. Aż podskoczył gwałtownie, gdy usłyszał donośny grzmot i otulił się szczelniej kołdrą, nie będąc w stanie upewnić się, czy to wszystko rozgrywało się wyłącznie w jego wyobraźni. Na dworze grzmiało coraz mocniej. Zaczynała się burza.
To był tylko sen, tylko sen... Powtarzał sobie to zdanie w myślach ciągle i ciągle, a jednak nie czuł się wcale spokojniej. Wprost przeciwnie. Z każdą sekundą jego lęk i niepewność rosły, stawały się niemalże nie do wytrzymania. Widział w swojej wyobraźni twarz Mortalisa, przypomniał sobie, w jakim stanie go wtedy odnalazł... Zupełnie nie potrafił  wyrzucić tego obrazu ze swoich myśli, to go paraliżowało. Nigdy wcześniej nie czuł się równie przerażony, równie zrozpaczony, a przy tym równie bezsilny... Nie pomógł mu, nie potrafił. Był przerażony jak dziecko, wolał kulić się pod kołdrą, zamiast coś zrobić...
Podniósł się powoli z miejsca i ruszył chwiejnym krokiem w kierunku łóżka mężczyzny. Chciał go tylko zobaczyć. Upewnić się, że nic mu nie jest, spojrzeć na jego spokojną twarz, odetchnąć głębiej i starać się zapomnieć o tym koszmarze, jak o wszystkich poprzednich. Nachylił się nad posłaniem Mortalisa. Jego opiekun odwrócił się w jego kierunku, spoglądając na niego z uwagą. Absalom spłoszył się natychmiast, zawstydzony tym, że go zbudził. Zawstydzony własnym tchórzostwem. Po jego twarzy cały czas spływały łzy. Starł je ukradkiem i już otwierał usta, by przeprosić, gdy nagle poczuł, jak mężczyzna chwyta go za rękę i wciąga do łóżka. Nie opierał się, kompletnie oszołomiony. Mortalis okrył go kołdrą, a następnie objął ciasno ramionami, nie mówiąc ani słowa. Chłopak wtulił się w niego mocno, zaciskając dłonie na materiale jego piżamy i łkał jeszcze cichutko, uspokajając się jednak stopniowo. Jego zapach, jego bliskość dawały mu ukojenie. Sprawiały, że czuł się dużo spokojniejszy. Zasypiał powoli w ramionach mężczyzny, wciąż nie mogąc wyrzucić tego potwornego obrazu ze swojej głowy.
Miał złe przeczucia.

czwartek, 21 lipca 2011

Dzień dobry :)

No więc zabieram się jutro za pisanie "You Found Me". Co prawda miałam to zrobić już dwa dni temu, ale co tam :P. Weny brak, ale będzie lepiej :D. A poza tym, czekam na wasze propozycje co do tego, co miałoby być w planie na kolejne dwa tygodnie, bo chciałabym już zacząć kombinować co i jak, więc proszę, zgłaszajcie swoje propozycje :D.

Enjoy.

21. Groźba

Minęły już prawie dwa tygodnie odkąd spotkałem tamtego demona. Wciąż byłem trochę nadwrażliwy. Bałem się, że nie odpuści sobie tak łatwo i wróci, ale zgodnie ze swoją obietnicą, nie pojawił się już więcej. Dotrzymał słowa, przynajmniej ten jeden raz. Wtedy, na gorąco, nie zastanawiałem się zbytnio nad tym, co opowiadał, byłem zbyt przejęty nieobecnością Amadeusza i niepewny samego siebie. Dopiero teraz zaczynałem sobie przypominać jego słowa i rozważać je. Myślałem nad tym, czy mówił mi prawdę, czy po prostu starał się mnie nastraszyć i przekonać do rezygnacji z Amadeusza. Wydawało mi się, że ta druga opcja jest bardziej prawdopodobna. To w końcu demon. Już sama ta przynależność czyniła z niego wyrafinowanego kłamcę. A poza tym... To była istota, która gotowa była nawet podszyć się pod moich przyjaciół i igrać moimi emocjami, tylko po to, żeby osiągnąć cel. Podejrzewanie jej o prawdomówność było co najmniej naiwnością. Chociaż... Może w tym, co mówił, był chociaż cień prawdy...? W końcu nie bez powodu starał się odciągnąć ode mnie Amadeusza. Chociaż umówmy się, że tym powodem nie byłem też z pewnością ja, więc musiało chodzić o coś innego. Nie mieszanie się spraw ziemskich i pozaziemskich. Ludzi i demonów. Dwa oddzielne światy, stykające się ze sobą na co dzień, ale funkcjonujące na zupełnie innych zasadach. Z czego demony z pewnością były na uprzywilejowanej pozycji, zwłaszcza, jeżeli chodzi o świadomość swojego współistnienia. Może dlatego aż tak bardzo przeszkadzali im tacy ludzie jak ja...?
Z Amadeuszem wcale nie było dobrze. Spodziewałem się, że po tak brawurowym happy-endzie, wszystko potoczy się wprost doskonale, ale podejrzewałem, że to moje wyznanie przekreśliło te plany. Nie rozumiałem jednak, o co tak właściwie chodziło. Amadeusz cały czas burczał coś pod nosem, nie wdawał się ze mną w żadne rozmowy, nie kładł obok mnie do łóżka i albo całymi dniami krążył po pokoju z taką miną, jakbym wyrządził mu jakąś straszliwą krzywdę, albo znikał na kilka godzin. Uwierzcie mi na słowo, ja naprawdę nie oczekiwałem, że rzuci mi się do stóp z wyznaniem miłości, gdy tylko mu to powiem. Owszem, byłoby naprawdę miło, gdyby odwzajemniał te uczucia, ale nawet jeśli nie... Dla mnie nie było problemu. Jasne, usłyszenie: „to chyba dobrze” nie jest najprzyjemniejsze, szczególnie nie w takich okolicznościach, ale jakoś się z tym pogodziłem i nie robiłem mu żadnych wyrzutów. On też nie powinien. Na litość boską, nie miał powodów do zdenerwowania! Był demonem, mógł nie rozumieć niektórych kwestii, może nawet nie znać niektórych uczuć, okej. Ale czy moje wyznanie robiło mu jakąkolwiek różnicę...? Czy zmuszało go do jakiejś deklaracji? Do określenia się? Był w końcu demonem, na litość boską! I tak przebywał ze mną na co dzień, to, czy mówiłem o miłości, czy o czymś w rodzaju otwartego związku, nie powinno mieć dla niego najmniejszego znaczenia. A jednak miało. I wyglądało na to, że całkiem duże.
Tego dnia jak co rano ubierałem się do szkoły. Od kilku dni chadzałem do niej regularnie i nie było to dużym problemem, zważywszy na fakt, że Amadeusz nawet nie starał się zajmować mojej uwagi. Jak zwykle krążył wtedy po pokoju z ponurą miną. Zerknąłem na niego ukradkiem. Słowo daję, najchętniej bym mu przyłożył.
-Wychodzę do szkoły- poinformowałem go krótko.
Mruknął coś niewyraźnie.
-Wychodzę do szkoły- powtórzyłem raz jeszcze, tym razem nieco ostrzej, oczekując jego odpowiedzi.
Spojrzał na mnie odrobinę niechętnie i wymamrotał:
-Dobrze, dobrze...
Boże, daj mi cierpliwość, bo jak tak dalej pójdzie, to go zamorduję.
Zacisnąłem wargi w wąską linijkę, całą siłą woli powstrzymując się od tego, by nie powiedzieć czegoś mniej łagodnego, ale ostatecznie nie wytrzymałem.
-O co ci chodzi, co?- zapytałem, podchodząc do niego i wpatrując się w niego bez zrozumienia.
-Co?- burknął jedynie, odwracając wzrok, jakby naprawdę nie miał pojęcia.
-Zachowujesz się jak kompletny kretyn!- rzuciłem z poirytowaniem- Udajesz, że mnie nie widzisz, snujesz się całymi dniami i nocami, jak jakaś potępiona dusza, a gdy próbuje z tobą rozmawiać, nagle się okazuje, że masz coś do zrobienia, chociaż jako demon nie wykazywałeś się dotąd szczególną pracowitością! Chodzi ci o to, co powiedziałem, tak?- zapytałem otwarcie.
-Nie- odparł natychmiast, wyraźnie naburmuszony.
Sapnąłem wściekle pod nosem.
-Jeżeli tak, to naprawdę nie masz powodów się obrażać!- syknąłem w końcu ze złością. Już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale nim to zrobił, rzuciłem- Przecież wcale nie oczekuję, że odpowiesz tym samym!
Opuściłem pomieszczenie, a następnie ruszyłem szybkim krokiem do drzwi frontowych. Już wychodziłem na zewnątrz, gdy nagle poczułem, jak chwycił mnie mocno za ramię i odwrócił w swoim kierunku. Spojrzałem na niego, nieco zaskoczony.
-Hm...- Amadeusz odkaszlnął cichutko, jakby nie do końca wiedział co powiedzieć, po czym nagle przyciągnął mnie do siebie i wpił się na krótką chwilę w moje wargi. Zamrugałem ze zdziwieniem- Po prostu... Wracaj szybko, Josh- dokończył nieco kulawo, spuszczając wstydliwie wzrok.
Parsknąłem z rozbawieniem. Zawsze niesamowicie mnie rozbrajał, gdy zachowywał się w ten sposób i teraz też nie mogłem być na niego zły ani chwili dłużej.
-Jasne- szepnąłem jedynie, uśmiechając się lekko.
Tak właśnie wyglądały subtelne przeprosiny w wykonaniu Amadeusza.

Siedziałem razem z moimi przyjaciółmi w stołówce. Gdy wróciłem do szkoły, trochę trudno było nam się porozumieć... z początku. Zdawałem sobie sprawę z tego, że przez długi czas nie byłem wobec nich uczciwy, ale oni nie robili mi z tego powodu wyrzutów, starali się rozmawiać ze mną zupełnie naturalnie, ale czasami wychodziły nagle jakieś tematy, o których w ogóle nie miałem pojęcia, a dotyczyły historii, które zdarzyły się już dawno temu i wtedy wszyscy wydawali się nieco skrępowani. Ale szybko przyzwyczailiśmy się do siebie ponownie. Byłem im wdzięczny, że nie starali się mnie dokładnie wypytywać, co się właściwie działo w moim życiu. Odpowiedź nie byłaby prosta.
-Ej, Josh...- rzuciła w pewnym momencie Jenna, wpatrując się we mnie z uwagą. Zauważyłem, że Katy i Jack spojrzeli po sobie, po czym również przenieśli wzrok na mnie. Zdziwiłem się nieco- Kontaktowałeś się może ostatnio z Rickiem...?
Osłupiałem, po czym parsknąłem cicho.
-Nie- odparłem zgodnie z prawdą- Wiesz przecież, że zmieniłem numer komórki. Dlaczego pytasz?
-A... Tak, po prostu- uśmiechnęła się, wzruszając ramionami- Byłam ciekawa...
-Twój były wydzwania do niej od tygodnia- rzucił Jack, a dziewczyna posłała mu mordercze spojrzenie.
-Co takiego...?- zapytałem, zaskoczony.
Jenna wciąż nie spuszczała z Jacka spojrzenia, które mogłoby zamrozić. W końcu jednak odetchnęła głęboko i stwierdziła:
-Skontaktował się ze mną kilka dni temu.
-Po co?- rzuciłem bez zrozumienia.
-Napisał sms-a z prośbą o twój numer telefonu...- odpowiedziała ostrożnie- Nie podpisał się, więc poprosiłam, żeby się przedstawił, bo nie miałam go zapisanego... Najpierw zaczął coś ściemniać, ale w końcu do mnie zadzwonił, no i dowiedziałam się, że to on... Zaczął mi mówić, że muszę mu podać twój nowy numer, bo ma z tobą ważne sprawy do załatwienia, że chce się tylko skontaktować albo spotkać... Kazałam mu spadać i nie odbierałam więcej od niego telefonów... A on dosłownie zasypał mnie wiadomościami!- parsknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową- Cały czas wysyła mi sms-y albo nagrywa mi się na pocztę! Zapchał mi całą skrzynkę, przez to nie dostałam wiadomości od Chrisa Harpera!- dodała z przejęciem.
-Och, tak...- jęknął dramatycznie Jack, wznosząc oczy ku niebu, po czym rzucił piskliwym tonem- Josh, twój maniakalny facet wrócił, zaczął mnie prześladować i pewnie będzie też prześladował ciebie, ale najważniejsze jest to, że nie dostałam wiadomości od Chrisa Harpera... Co za dramat!
-Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?- zapytałem, widząc już, że jak tak dalej pójdzie, zaraz zacznie się awantura.
-W ogóle nie chciałam ci o tym mówić- przyznała Jenna, zerkając znacząco na siedzącego obok niej chłopaka- Sądziłam, że tak będzie lepiej, nie będziesz się martwił i w ogóle... Chciałam tylko sprawdzić, czy już nie znalazł jakiegoś sposobu, żeby z tobą pogadać. Ale oczywiście KTOŚ musiał się wygadać...
-Przestań, Jenna!- zbuntowała się zwyczajowo Katy- Josh powinien wiedzieć! Przecież ten idiota może mu coś zrobić!
-Chyba powinienem do niego zadzwonić i to wyjaśnić- stwierdziłem niepewnie.
-A nie mówiłam?- Jenna posłała Katy srogie spojrzenie- Jeżeli „ten idiota” rzeczywiście mu coś zrobi, geniusze, to nie będzie moja wina.

Nie dało się ukryć, że ta informacja trochę mnie zdenerwowała, ale na pewno nie tak bardzo, jak moich przyjaciół. Przez cały dzień próbowali mi wybić z głowy pomysł dzwonienia do Ricky'ego i dla świętego spokoju przyznałem im, że to idiotyzm, chociaż wciąż się wahałem. Nie podobało mi się to. Mógł zaczepiać mnie, chociaż teraz nie miał już do tego warunków, ale od moich przyjaciół powinien się trzymać z daleka. Czułem, że mimo wszystko, powinienem kazać mu się raz na zawsze odczepić, a jeżeli to będzie konieczne, dowiedzieć się, o co tak właściwie mu chodzi.
-Jenna... Przez kilka dni chodziłem do szkoły i nikt mnie nie zabił, naprawdę nie musicie mnie odprowadzać do domu...- zauważyłem z rozbawieniem, wychodząc z budynku wraz z moją świeżo utworzoną eskortą.
-Nigdy nic nie wiadomo, Josh- stwierdziła Katy- Doszliśmy do wniosku, że on może równie dobrze czaić się na ciebie pod domem albo coś...
-Katy, on nie wie, gdzie mieszkam!
-Mimo wszystko- upierała się nadal rudowłosa- Z nami będziesz trochę bezpieczniejszy.
Nie byłem szczególnie zachwycony tą perspektywą. Nie chodziło o ich towarzystwo, ale trochę się obawiałem, że zechcą wejść do mojego mieszkania. A w moim mieszkaniu był Amadeusz, który zapewne nie zareagowałby entuzjastycznie na wieść, że Ricky znowu dał o sobie znać. Wolałem, żeby póki co o tym nie wiedział. W końcu to była zupełnie niepotrzebna panika.
-Wiesz, co, Josh, tak sobie pomyślałam, że on musiał wybrać któreś z nas, bo ty nie masz zbyt wielu innych znajomych- zauważyła Jenna- A ja akurat jestem dosyć znana, więc pewnie zdobycie mojego numeru nie było zbyt wielkim problemem- Katy skrzywiła się za jej plecami okropnie- Mam nadzieję, że nie skontaktuje się z nikim innym. Bo co do mnie, możesz być pewien, że na pewno nic mu nie powiem.
-Ach, tak... A co do nas już nie?- rzuciła kąśliwie rudowłosa.
-Nic takiego nie powiedziałam.
-Nie? To zabrzmiało jak sugestia.
-Dla ciebie wszystko brzmi jak sugestia. Po prostu stwierdziłam, że...
-Czekajcie chwilę...- przerwałem im niepewnie, przyglądając się osobie stojącej przy bramie szkoły. Podszedłem do niej powoli, nie będąc pewnym, czy to nie jakaś pomyłka- Daniel...?- zagadnąłem w końcu tamtego chłopaka, a ten odsunął się i spojrzał na mnie niemalże z przerażeniem- Co tu robisz...?- zapytałem, mocno zdezorientowany.
-Znam cię?- rzucił nerwowo, a ja spojrzałem na niego bez zrozumienia. Nie wierzyłem w to, żeby mnie nie rozpoznał.
-Hej, czy ty...- zanim zdążyłem dokończyć, po prostu czmychnął biegiem przed siebie i zniknął gdzieś w tłumie wychodzących uczniów. Znieruchomiałem.
-Josh!- usłyszałem wołanie Jenny i wróciłem do niej, ciągle nie będąc pewnym, co to wszystko ma znaczyć- Kto to właściwie był?
-Daniel. Przyjaciel Ricky'ego- wyjaśniłem.
Jenna osłupiała.
-Wiedziałam!- stwierdziła po chwili, przyspieszając kroku- Po prostu wiedziałam! Oni się na ciebie czają!
-Nikt się na mnie nie czai- zaprotestowałem cicho- To mógł być przypadek.
-Przypadek. Przypadek!- prychnęła z niedowierzaniem- Chyba nie wiesz, co mówisz! Twój były przypadkowo wydzwania do mnie od tygodnia, bo pomyliły mu się numery telefonów, jego kumpel przypadkowo znajduje się pod szkołą, bo pewnie czeka na swoją siostrę, a na twój widok przypadkowo ucieka, bo przypadkowo przypomniał sobie o tym, że zostawił włączone żelazko. Rzeczywiście, bardzo prawdopodobne- podsumowała.
-Mówiłeś, że nie znasz dobrze kumpli Ricky'ego- rzuciła Katy, spoglądając na mnie pytająco.
-Bo nie znam- odparłem zgodnie z prawdą- Nigdy mi ich nie przedstawiał. Ale Daniel czasem u niego bywał, gdy przychodziłem... Byłem nawet o niego trochę zazdrosny... Głupia sprawa- machnąłem lekceważąco dłonią, uśmiechając się. Z tej perspektywy całe moje uczucie do Ricky'ego wydawało się błahostką.
-Czego ten Ricky może od ciebie chcieć?- drążyła dalej Jenna z zacięciem dziennikarza śledczego, wpatrując się we mnie z uwagą- Macie jakieś niezałatwione sprawy?
-Wątpię.
-Pewnie chce się zemścić. Powinieneś na niego uważać.
-A może chce do niego wrócić?- zapytała Katy- Może chce go przeprosić albo coś?
Jenna zerknęła na nią z politowaniem.
-Jasne- rzuciła sceptycznie- Pobił go, próbował wyłudzić pieniądze, a później przez kilka tygodni płakał gorzko nad swoim samotnym losem i doszedł do wniosku, że jednak Josh jest miłością jego życia... Życie to nie film- stwierdziła, śmiejąc się lekko, ale po chwili spoważniała i spojrzała na mnie badawczo- Ale gdyby tak było... Nie wróciłbyś do niego, nie?
-Nie- odparłem z całą pewnością.
-Rozumiem...- Jenna uśmiechnęła się znacząco pod nosem.
Nie było nawet mowy o tym, żebym wrócił do Ricky'ego. Nawet, gdyby nie Amadeusz, bycie z takim facetem jak on byłoby co najmniej ryzykowne. Poza tym... Poza tym, ja zupełnie nic do niego nie czułem. Wydawał mi się jedynie przelotnym zauroczeniem, na które straciłem zdecydowanie zbyt dużo czasu, kimś nieistotnym, niewartym wspomnienia.
-W każdym razie, musisz coś z tym zrobić- powiedziała Jenna z determinacją- Nie możesz tego zostawić w ten sposób.
-Wiem. Zadzwonię do niego..
-Nie!- zaprotestowała gwałtownie- Josh, nie rób tego!
-Więc co mam zrobić?
-Zadzwoń na policję!
Westchnąłem ciężko.
-To nie ma sensu- odpowiedziałem cicho- Co miałbym im powiedzieć? Że zacząłem się spotykać z facetem, który sfingował moje pobicie, a później podbił mi oko?
-Że spotykałeś się z facetem, który cię oszukiwał i próbował od ciebie wyłudzić pieniądze!
-Jenna... Za kłamstwa w związku nikt jeszcze nie kara, a poza tym wcale nie próbował- zauważyłem- Nie prosił mnie o nic, nie wypytywał... Starał się jeszcze wzbudzić moje zaufanie. Niczego ode mnie nie wziął i niczego nie żądał. Nie mam żadnego dowodu na to, że chciał mi cokolwiek ukraść. Dowiedziałem się o tym odpowiednio wcześniej i nic nie zdążył zrobić. Więc co miałbym im właściwie powiedzieć?
-To, skąd się o tym dowiedziałeś- odparła dziewczyna, a ja parsknąłem cicho i pokręciłem głową.
Jasne. Doskonały pomysł. Kto mi o tym powiedział, panie władzo? Demon, oczywiście! Moja wiarygodność jako świadka na pewno byłaby znacząca.
-To nie takie proste...- odpowiedziałem po dłuższej chwili wymijająco- A poza tym, Amadeusz też nie sądzi, żeby to był dobry pomysł- dodałem, chcąc zejść jakoś z tego tematu.
-To on o tym wie?!- zdumiała się Jenna.
-Tak.
-I nic z tym nie robi?!
-A co ma zrobić...?- zapytałem niepewnie.
-No coś powinien, prawda?! Jest facetem, w końcu!
Odkaszlnąłem znacząco.
-Jenna... Ja też jestem facetem- zauważyłem odkrywczo, a ona zmieszała się wyraźnie.
-No wiem, wiem...- odparła, machnąwszy dłonią- Ale ty jesteś... No...
-No?- ponagliłem ją, unosząc pytająco brew.
-Och... No... Po prostu... Jesteś taki... No...- najwyraźniej ciężko jej było znaleźć odpowiednie określenie- Taki... Taki... Och, po prostu to oczywiste, że jesteś w tym związku pasywem!
-Czym jestem...?- zapytałem ze zdziwieniem.
-No wiesz...- przewróciła oczyma, jakby to było coś oczywistego- Stroną uległą!
-... S-Skąd pomysł, że jestem pasywem?- wydukałem, wpatrując się w nią z osłupieniem.
Cholera... Jestem...?
-No chyba ten twój Amadeusz nie jest taki delikatny jak ty, nie?- zapytała ostrożnie, po czym widząc moją minę, dodała szybko- Oj, Josh, to komplement dla faceta! Po prostu chodzi o to, że niektórzy mężczyźni są tacy... Patrzysz na nich i od razu bije od nich siła i stanowczość! Taka stuprocentowa męskość!- dodała żarliwie, a Jack zerknął na nią ukradkiem- Nie twierdzę, że ty taki nie jesteś, po prostu u ciebie wszystko jest łagodniejsze... Zobacz na przykład na Jacka... Albo nie, na niego nie- rzuciła po chwili, jakby zwątpiła w swoje słowa- Ale po prostu są tacy faceci i już.
-A ze mną coś jest nie tak?- rzucił pochmurnie Jack.
-Właśnie!- zawtórowała mu natychmiast Katy z płomiennym rumieńcem- Jack jest stuprocentowym facetem.
-Eee... Dzięki, Katy...- odparł chłopak, odrobinę zdezorientowany, po czym wrócił do Jenny- Ja też jestem „łagodny” i „delikatny”?
-Trochę zniewieściały. Zresztą, nie czepiaj się mnie.
-Ja jestem zniewieściały?!
Uśmiechnąłem się jedynie lekko pod nosem, przyjmując ich wymianę zdań niemalże z ulgą. Przynajmniej zeszli wreszcie z tematu Ricka i nie naciskali na podjęcie przeze mnie decyzji. Zastanawiałem się nad tym, czy nie opowiedzieć tego wszystkiego Amadeuszowi. On w końcu mógłby bez większych problemów sprawdzić, o co chodzi Ricky'emu. Ale z drugiej strony to mógł być jedynie fałszywy alarm. Nie miałem pojęcia, czego on ode mnie chce, a wywoływanie takiej paniki... Cóż. W ogóle nie było mi to na rękę. Pamiętam, jak zachowywał się Amadeusz poprzednim razem, gdy miałem z nim problemy. Znowu zacząłby za mną wszędzie łazić i mnie kontrolować, tłumacząc wszystko troską, a to było niesamowicie uciążliwe.
Musiałem się najpierw dowiedzieć o co chodzi. A droga była tylko jedna.

Kiedy wróciłem do domu, Amadeusza nie było. W pewnym sensie mnie to ucieszyło, mimo tego, że jeszcze tego poranka oczekiwałem niecierpliwie, kiedy spotkamy się ponownie, mając nadzieję, że wszystko wróci pomiędzy nami do normy. Tak było jednak lepiej. Mogłem zadzwonić do Ricka i załatwić nasze sprawy bez demona na karku. Chwyciłem za telefon komórkowy od razu po sprawdzeniu mieszkania, ale zawahałem się i odłożyłem go na miejsce. Nie miałem pojęcia, dlaczego. Jeszcze kilka minut temu wydawało mi się to najprostszym rozwiązaniem na świecie i nie spodziewałem się, że mógłbym mieć z tym najmniejsze problemy. Wziąłem prysznic, a następnie spróbowałem po raz kolejny, ale nie byłem w stanie się przełamać. Zająłem się czymś innym.
Dochodziła już osiemnasta, gdy wreszcie zdecydowałem się, że muszę to w końcu zrobić. Amadeusz pewnie i tak wkrótce się pojawi, powinienem mieć to za sobą i wiedzieć, na czym stoję. Z niemałym zdumieniem zdałem sobie sprawę z tego, że nadal znam numer Ricky'ego na pamięć. Wybrałem go i zadzwoniłem, wcześniej zastrzegając swój numer.
Nie wiedziałem, dlaczego reaguję na to aż tak emocjonalnie. To tylko Ricky. Ricky, mój były facet, do którego nie czułem już zupełnie nic, który mnie oszukiwał, próbował okraść... A mimo to, serce bilo mi jak oszalałe ze strachu. Nie miałem pojęcia, czego właściwie się bałem.
-Halo?- kiedy usłyszałem głos Ricky'ego, miałem wrażenie, że moje serce zamarło. Przymknąłem na chwilę powieki i odetchnąłem głębiej, próbując się uspokoić- Halo?
-Cześć...- rzuciłem w końcu z trudem, starając się zachować spokojny i obojętny ton głosu, mimo tego, że wszystko we mnie wrzało- Tu Josh.
-Josh!- zaśmiał się lekko- Nie spodziewałem się, że do mnie zadzwonisz... Stało się coś?
-Nie udawaj!- syknąłem z poirytowaniem- Ciągle wydzwaniasz do Jenny i podobno chcesz się ze mną skontaktować. Nie wiem, czego chcesz, ale odczep się od niej. Odczep się od wszystkich moich przyjaciół i ode mnie też albo gorzko tego pożałujesz!
Znowu usłyszałem, jak się śmieje. Cały drżałem. Co się ze mną działo, do diabła...?
-Co ty, Josh...? Chyba mi nie grozisz?
-Może.
-Nie dasz sobie ze mną rady.
-Dawałem sobie radę z dużo gorszymi typami od ciebie- stwierdziłem lodowato.
-Wątpię- skwitował z rozbawieniem- W każdym razie, bardzo się cieszę, że zadzwoniłeś...
-Czego chcesz?- przerwałem mu ze złością.
-Pieniędzy.
Aż parsknąłem z niedowierzaniem.
-Jesteś bezczelny... Oszukujesz mnie, okłamujesz... A teraz jeszcze dzwonisz w takiej sprawie? Rozłączam się.
-Nie radzę- odparł gniewnie, a ja nie wiedzieć czemu, rzeczywiście tego nie zrobiłem- Przez ciebie zainteresowała się mną policja i bardzo mi się to nie podoba.
-Może zainteresować się jeszcze bardziej.
-Znowu groźba? Jeszcze trochę, a naprawdę zacznę się bać, Josh- zadrwił- W każdym razie, nie zapominaj, że mam numer do twojej koleżanki... I będę was dręczył tak długo, dopóki nie spełnisz moich warunków.
Tym razem to ja się zaśmiałem.
-Dręczył? Zmieniłem numer telefonu, Jenna też może. Nie stać się na nic więcej...- stwierdziłem, uśmiechając się gorzko- Tylko na telefoniczne groźby... Jesteś żałosny.
-Jesteś pewien, że nie stać mnie na nic więcej...?- zapytał z cieniem irytacji- Chyba jednak nie, bo w takim wypadku nie miałbyś powodu ze mną rozmawiać, prawda...? Ta twoja koleżanka jest bardzo niesympatyczna... I zupełnie nie w moim typie, ale mam paru kumpli... Mogliby się natknąć na ciebie albo na nią całkowicie przypadkiem w jakimś ciemnym zaułku... Byłoby przykro, co?
-Teraz to ty grozisz mnie?
-Może.
-Jeżeli zrobisz cokolwiek któremuś z moich przyjaciół, pożałujesz tego. I będziesz się modlił, żeby to policja znalazła cię pierwsza- rzuciłem, drżąc z wściekłości- A jeżeli zrobisz coś mnie... Oni będą wiedzieli, czyja to sprawka.
-Josh, rozkręcasz się!- zaśmiał się głośno, a ja zagryzłem wargę w nerwowym geście, nie mając pojęcia, czemu cały się trzęsę- Naprawdę, aż zaczynam żałować, że wszystko pomiędzy nami zakończyło się w taki sposób... Dobra byłaby z nas para, nie sądzisz?
Milczałem.
-W każdym razie, nie potrzebuję wiele.
-Nie dostaniesz ode mnie nic. Ani pensa- stwierdziłem z pełnym przekonaniem- Nie dam się zastraszyć.
-Na razie nie zastraszam, Josh... Na razie proszę. To może się szybko zmienić. Po co właściwie się upierasz, co?- zapytał bez zrozumienia- Przecież mógłbyś się ze mną podzielić pieniążkami od rodziców, nie byłoby problemu...
-Gdybyś więcej ze mną rozmawiał, a nie skupiał się na swoich durnych planach, kiedy byliśmy razem, wiedziałbyś, że moi rodzice wysyłają mi tyle pieniędzy, żeby starczyło na opłaty- odparłem ze złością- Nic ode mnie nie dostaniesz.
-Więc ich poproś. Chyba nie odmówią synkowi, nie? W razie czego możesz zacząć coś udawać... Też będzie ciekawie.
-Nic nie dostaniesz- powtórzyłem raz jeszcze.
-Spotkajmy się jutro.
Aż parsknąłem z niedowierzaniem.
-Słucham?
-O siedemnastej, przed moją kamienicą... Będziesz miał idealne warunki do negocjacji- rzucił z rozbawieniem.
-Negocjacji czego?
-Ceny za spokój.
-Nie ma mowy.
-Jesteś pewien, że chcesz kończyć naszą rozmowę na tym etapie, Josh...?
Zawahałem się nieco. Nie wiedziałem. Nie byłem pewien. Nie miałem pojęcia, na ile poważnie można traktować jego słowa i groźby. Naprawdę mogło mu przyjść do głowy coś idiotycznego, ale zdawałem sobie sprawę, że moje wyjaśnienia niczego nie zmienią. Nagle usłyszałem hałas dochodzący z kuchni.
-Będę- zgodziłem się jedynie krótko i odłożyłem telefon w chwili, gdy Amadeusz pojawił się przede mną.
-Cześć, Josh- rzucił, o dziwo, niesłychanie pogodnie. Najwyraźniej poranne humory mu przeszły.
-Cześć- odparłem niemrawo.
Kompletnie nie wiedziałem, co robić. Nie czułem się zastraszony ani przerażony, a raczej roztrzęsiony. Nie spodziewałem się tego po nim. Wiedziałem, że nie dzwoni do Jenny bez powodu, ale nie sądziłem, że będzie aż tak bezczelny... Naprawdę wydawało mu się, że może ode mnie wyłudzać pieniądze? A może miał rację? Może mógł? Może nie byłem wystarczająco asertywny i stanowczy, by kazać mu spadać i udowodnić, że się go nie boję.
-Wychodzę jutro. O osiemnastej- rzuciłem mechanicznie, spoglądając gdzieś przed siebie.
-Aha... Fajnie, że mi mówisz.
-O co ci chodzi?- rzuciłem, spoglądając na demona niemalże napastliwie. Przez chwilę wydawało mi się, że on wie. Że może szedł za którymś z moich znajomych i usłyszał, jak mówią o Ricku. Jego głos wydał mi się dziwnie pretensjonalny.
-Jak to o co?- zdumiał się demon.
-Coś sugerujesz?
-Rany, Josh!- teraz to on zirytował się wyraźnie- Nic nie sugeruję, po prostu stwierdziłem, że fajnie, że mi mówisz, bo zazwyczaj tego nie robisz! Co z tobą?!
-Nic... Przepraszam- skapitulowałem, wzdychając głęboko. Świetnie. Wkurzył mnie Ricky i wyżyłem się na Amadeuszu. Lepiej być nie może.
-Miałeś zły dzień w szkole?- zmartwił się demon.
-Tak, coś w tym stylu- odparłem niemrawo, wciąż będąc myślami daleko stąd.
Demon usiadł obok mnie, po czym nagle pchnął mnie do pozycji leżącej, a następnie zawisł nade mną i zaczął całować moja szyję.
-Co ty robisz...?- rzuciłem bez zrozumienia.
-Jak to co?- zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony moim zdezorientowaniem- Dobieram się do ciebie.
-Ach, tak...
Czułem, jak mnie całuje i zupełnie nie mogłem się na tym skupić. W pewnym momencie podwinął lekko moją koszulkę i przeniósł pocałunki na moje podbrzusze. Westchnąłem jedynie cichutko, ciągle jednak będąc z dala od rzeczywistości. Zauważył to.
-Josh, co z tobą?- mruknął, podnosząc się znowu do pozycji siedzącej- Zasnąłeś, czy jak?
-Co...?- zapytałem nieprzytomnie.
-Oj, Josh, Josh...- westchnął głęboko, po czym uśmiechnął się pobłażliwie i rozpiął moje spodnie, a następnie zsunął je ze mnie razem z bielizną- Już ja wiem, co cię odpowiednio zrelaksuje...
Chyba naprawdę nie kojarzyłem tego, co do mnie mówi, bo jego słowa dotarły do mnie dopiero w momencie, gdy już chwycił moją męskość w usta. Jęknąłem cichutko, wplatając palce w jego włosy i odchylając głowę do tyłu. Jeszcze dzisiaj rano ucieszyłbym się wyjątkowo z takiej chwili z nim, a teraz... A teraz, mimo tego, że całą siła woli starałem się skoncentrować na swoich doznaniach, wszystko się rozmywało. Długo minęło, nim doszedłem wreszcie, chociaż nawet moje spełnienie nie przyniosło mi tak wiele rozkoszy jak zawsze. Amadeusz był najwyraźniej niepocieszony.
-Wiedźma Worner cię prześladuje?- próbował się dowiedzieć, a ja jedynie pokręciłem głową.
-Pójdę pod prysznic- stwierdziłem, starając się podnieść, ale on zatrzymał mnie na miejscu.
-Czekaj, Josh... Poleż sobie troszeczkę przy mnie, co?- uśmiechnął się łagodnie, a ja również odpowiedziałem uśmiechem, jednak nieco nieobecnym.
Może powinienem powiedzieć mu teraz...? Ale co on właściwie może zrobić? Będzie chodził za mną, za Jenną, Katy, Jackiem...? Bez znaczenia. Nie jest w stanie nic na to poradzić, tak samo jak ja. Dlaczego ten przeklęty idiota musiał się uczepić akurat mnie? Czy ja naprawdę mam wypisane na czole: „łagodny, delikatny, absolutnie uległy”? W tym momencie te słowa wcale nie brzmiały jak komplementy.
-Amadeusz, pamiętasz te dni przed twoim zniknięciem...?- zagadnąłem nagle. Chciałem po prostu zejść na jakiś inny temat i nie myśleć o tym chociaż przez chwilę. Nad Ricky'm zastanowię się jutro. I zdecyduję, czy w ogóle warto z nim rozmawiać- Obserwowałeś czasem moich przyjaciół?
Demon zawahał się wyraźnie.
-No... Czasem- przyznał z wyraźną niechęcią- A co?
-Wspominali coś o mnie...? O tym, że chcieliby mnie widzieć częściej na przykład...- dodałem znacząco, a on speszył się wyraźnie- Amadeusz, czemu mi nie powiedziałeś?- zapytałem. Pewnie to i tak niewiele by zmieniło, w końcu zdawałem sobie z tego sprawę, ale wolałbym, żeby mi to uświadomił.
-Oj, Josh...- jęknął dramatycznie, wtulając się we mnie- A po co miałbym ci mówić? Wtedy zacząłbyś się martwić i spotykać się z nimi, i nie miałbyś czasu dla mnie... No dobrze, może byś miał, ale znacznie mniej, więc...
-Jesteś egoistą- stwierdziłem po raz sto tysięczny.
-Jestem- przyznał otwarcie, przyciskając się do mnie jeszcze mocniej- Ale ty też mógłbyś mnie zrozumieć i poświęcać mi więcej czasu... Jestem w końcu demonem.
-Ale ja nie jestem.
-Szkoda- zachichotał- Kochalibyśmy się we wszystkich miejscach świata.
-Widzę, że masz ambitne marzenia- skwitowałem, parsknąwszy cicho.
-Mmm...- zamruczał z rozmarzeniem, przymykając powieki- Czasem żałuję, że nie możesz robić i widzieć tego wszystkiego, co ja... Ludzie nie wiedzą o tylu rzeczach... Wydaje im się, że znają cały świat, ale nie mają o nim pojęcia... Moglibyśmy razem podróżować wszędzie, dosłownie wszędzie... Z tobą to wszystko byłoby znacznie ciekawsze.
-Nie mógłbyś się do mnie zbliżyć- uświadomiłem mu.
-... No.... Pewnie masz rację- przyznał cichutko, uśmiechając się niepewnie- Ale zawsze można pomarzyć, nie? Zastanawiam się, czy gdybym opowiedział ci o czymś ciekawym, a ty byś to udowodnił, to zyskałbyś sławę i pieniądze, jak sądzisz? Pewnie wielu ludzi zawdzięcza swoje odkrycia demonom...
-Amadeusz... Myślę, że ludzie radzą sobie bez was- stwierdziłem z rozbawieniem.
Demon wycofał się, wyraźnie przygnębiony.
-Tak. Chyba tak- mruknął jedynie.
-Nie traktuję ciebie jak demona- dodałem natychmiast, podnosząc się na łokciach i wpatrując się w niego z uwagą- Naprawdę. Dla mnie jesteś teraz... Jesteś mi potrzebny. I ja sobie bez ciebie nie poradzę- stwierdziłem z pełnym przekonaniem.
Na jego twarzy pojawił się ślad uśmiechu.
-Dzięki, Josh- odparł nieporadnie, zaczesując pasemko włosów za ucho i odwracając wzrok.
„Dzięki Josh” nie brzmiało co prawda równie emocjonująco jak: „kocham cię”, ale z pewnością było lepsze od „to chyba dobrze”. Miałem nadzieję, że można to traktować jako maleńki kroczek do przodu.
Och, rany...Wygląda na to, że za każdym razem, gdy jest między nami dobrze, musi pojawić się coś albo ktoś, który to wszystko psuje.
Dałem sobie radę z demonem. Z byłym facetem też powinienem, prawda...? Nawet bez pomocy Amaduesza.
A przynajmniej miałem taką nadzieję.
… Naiwną.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Dobry wieczór :)

No więc sytuacja wygląda tak, że rozdział miał być w środę, a jest dzisiaj. Nie wiem, dlaczego tak, nie pytajcie :P. Ostatnio piszę naprawdę dużo, jestem z siebie dumna i mam nadzieję, że tak będzie jeszcze długo, więc wiecie... Korzystajcie :D. No i tutaj dodam od razu, że takie sytuacje mogą zdarzać się częściej. Pamiętam, że w przypadku "Every Me", było tak, że przez pewien czas mimo ogłoszenia, że rozdziały będą w środy, te pojawiały się we wtorki i kilka osób zwracało mi uwagę, że może lepiej po prostu zmienić ustalony termin. Więc zaznaczam od razu, że środa i sobota to takie terminy "ostateczne", w których rozdział powinien pojawić się na sto procent, chyba, że są jakieś okoliczności, przez które staje się to niemożliwe :P. Albo wena nie dopisze :D. Także tyle w kwestii wyjaśnienia :).

Enjoy.

` 6 ` [AFY]

Wróciłem tego dnia do domu wcześniej niż zwykle. Od śmierci rodziców wszystko w moim życiu diametralnie się zmieniło. Nadal mieszkałem z Kenny'm w ich mieszkaniu, ale teraz nieustannie brakowało nam pieniędzy. Zatrudniłem się na zmywaku w jakiejś knajpie, ale to nie wystarczało. Miałem wrażenie, że wszystko wokół mnie zaczyna się powoli sypać. Z dnia na dzień musieliśmy obaj pogodzić się z tym, co się zdarzyło, chociaż nikt nas wcześniej na to nie przygotował. Nie radziliśmy sobie ani trochę.
Zatrzymałem się przy przedpokoju, słysząc ciche łkanie dochodzące z kuchni. Ruszyłem niepewnie w kierunku pomieszczenia, wahając się, czy aby na pewno zajrzeć do środka. Kenny ostatnimi czasy nie zachowywał się... normalnie.
Mój brat stał twarzą zwrócony w kierunku ściany i rozmawiał z kimś przez telefon, płacząc cichutko.
-Proszę...- jęknął błagalnie, a po jego policzkach spłynęły kolejne łzy- Proszę, tylko ten jeden raz, tylko raz... Oddam wszystko, błagam... Mam wypłatę za piętnaście dni... Co?! Błagam, to tylko piętnaście dni! Muszę to dostać teraz!- krzyknął rozpaczliwie, uderzając pięścią w blat- Nie wytrzymam, proszę, daj mi to, proszę... Zapłacę ci! Błagam! To tylko piętnaście dni... Tylko piętnaście dni... Proszę... Halo? Halo?! Ty skurwielu!- wrzasnął z wściekłością, odkładając komórkę na parapet z głośnym trzaskiem- Przeklęty skurwielu!- powtarzał wciąż chaotycznie, zalewając się łzami. Dopiero w pewnym momencie odwrócił się w moją stronę i zamarł w bezruchu- Co ty tu robisz?
-Wróciłem...- odparłem bezradnie. Nie wiedziałem, co się z nim dzieje. Zachowywał się ostatnio, jakby zupełnie postradał rozum. Bałem się go- Kenny... Z kim rozmawiałeś?- zapytałem, siląc się na spokojny ton.
-Nie twój zasrany interes!- odparł z wściekłością, zaczesując włosy do tyłu. Zaczął krążyć po pomieszczeniu, jakby nie mógł ustać w jednym miejscu- Na co się gapisz? Nie masz lepszych zajęć?!
-Kenny, na co brakuje ci pieniędzy?- zapytałem po raz kolejny, starając się ukryć zdenerwowanie. Zazwyczaj kiedy wracałem od razu zamykałem się w swoim pokoju i potrafiłem tam siedzieć prawie do wieczora, bez jedzenia i picia. Nie chciałem mu wchodzić w drogę.
-Na wszystko! Na wszystko, kurwa, nie widzisz?! Nie mamy nic! Nic!- wrzeszczał rozjuszony, nie przestając chodzić w tę i z powrotem- Nie płacimy czynszu od kilku miesięcy! Wywalą nas stąd! Wylądujemy na ulicy!
Wpatrywałem się w niego bez zrozumienia.
-O czym ty mówisz, Kenny...?- zapytałem niepewnie- Przecież oddałem ci całą swoją pensję, powiedziałeś, że zapłacisz za mieszkanie...
-Kupiłem co innego- odparł wymijająco.
-Co konkretnie?
-Wszystko, nie widzisz?!- krzyknął ponownie, najwyraźniej rozzłoszczony moimi pytaniami. Podszedł do lodówki i otworzył ją na oścież. Była niemalże pusta- Jedzenie, picie, wszystko!- trzasnął jej drzwiczkami z całej siły- Mieliśmy zdychać z głodu?!
-Przecież pracujesz...- zauważyłem ostrożnie- Ja też. Obaj dostajemy pensję, nie wysokie, ale jednak... Robiliśmy wyliczenia i wyszło, że powinno starczyć na opłaty, pamiętasz...?
-Wyliczenia, wyliczenia!- syknął wściekle Kenny, łapiąc się za głowę- Nie mogę cię słuchać i tych twoich bzdur! Jesteś dokładnie taki, jak nasi starzy! Oni i te ich wyliczenia! Szkoda, że nie wyszło im z nich, że wyjadą i roztrzaskają się w drodze powrotnej!
-Kenny, co ty mówisz...?- rzuciłem, wpatrując się w niego z obawą- Przecież rodzice zginęli w wypadku. Nie mogli tego przewidzieć.
-Ale mogli nam coś zostawić! Cokolwiek!
-Przecież zapisali nam wszystkie swoje oszczędności...
-Wszystkie swoje oszczędności!- parsknął z niedowierzaniem, śmiejąc się szaleńczo- Mówisz o tych groszach?! Kilka tysięcy! Co to jest kilka tysięcy! A tak opowiadali o tym, że mają tyle, żeby zagwarantować nam bezpieczną przyszłość! Żeby zapłacić za twoje studia! Widzisz?! Kłamali, jak zawsze!- stwierdził, zatrzymując się wreszcie i wpatrując we mnie gniewnie- I co ci z tego przyszło, co?- zapytał, uśmiechając się z goryczą- Co ci przyszło z bycia synkiem mamusi i tatusia...? Dowiedzieli się, że jesteś pedałem i to wystarczyło, żebyś spadł z piedestału... Chcieli sobie wychować idealnego syna, nie obchodziliśmy ich!
Milczałem, wpatrując się w niego z uwagą. Chciałem sobie wmówić, że opowiada to wszystko dlatego, że jest zdenerwowany, ale miałem wrażenie, że w jego słowach tkwi krztyna prawdy. Nie było jednak sensu chowanie żalu do kogoś, kto nie żył. Rodzice popełnili pewne błędy, ale oskarżanie ich o to teraz, gdy nie było już szansy na poprawę, nie było potrzebne.
-Ale wciąż mamy te pieniądze, prawda...?- dopytałem, nie odrywając od niego badawczego spojrzenia. Umówiliśmy się, że spadek zostawimy na cięższy czas, w razie, gdyby stało się coś złego albo niespodziewanego.
Kenny zmieszał się wyraźnie.
-Oczywiście, że mamy...- odparł, nawet na mnie nie patrząc.
Jego zapewnienie nie zabrzmiało zbyt przekonująco. Miałem złe przeczucia.
-A gdzie one są?
Kenny nie odpowiadał, usilnie wpatrując się w posadzkę.
-Kenny...?
-Po co ci to wiedzieć, co?!- wrzasnął nagle, zupełnie niespodziewanie, a ja podskoczyłem ze strachu- Może są, a może ich nie ma! To były nędzne grosze! Nędzne grosze, rozumiesz?! Nic nie warte!- rąbnął w stół z taką siłą, że też zachwiał się gwałtownie. Cofnąłem się o kilka kroków- Nic nie warte...- powtórzył już znacznie ciszej, przymykając powieki. Jego wargi zadrżały od powstrzymywanego płaczu. Sprawiał wrażenie zupełnie rozbitego, pogubionego. Chciałem mu pomóc. Chciałem, a jednocześnie nie potrafiłem.
-Masz problemy, prawda...?- zawsze jakieś miał. Nawet gdy żyli rodzice. Już wtedy wpadł w złe towarzystwo. Nie raz lądowali przez niego na komisariacie po tym, jak złapali go zalanego w trupa albo się z kimś pobił. Teraz wcale nie było lepiej. On po prostu był dorosły, więc nie wiedziałem o wszystkich jego wyskokach, ale czasem do domu wydzwaniali jego znajomi, a on znikał na całe noce, a nawet na kilka dni, a później wracał jak gdyby nic, w dobrym humorze, który znikał jednak wyjątkowo szybko. Przeczuwałem, że to coś o wiele poważniejszego niż do tej pory- Kenny, bierzesz narkotyki?- rzuciłem otwarcie, widząc, że nie skłania się do odpowiedzi na moje wcześniejsze pytanie- Jesteś uzależniony?
-Może biorę, a może nie, to nie twoja sprawa- odparł niechętnie.
-Moja, dopóki wynosisz z domu pieniądze, które powinny iść na czynsz...- odparłem, ponownie wycofując się nieco- Kenny, nie możesz tego robić. Dobrze wiesz, że potrzebujemy pieniędzy... Masz poważny problem, powinieneś...
-Tak, mam problem- syknął z wściekłością- Z tobą. Gdyby ciebie tu nie było, byłoby mi dużo łatwiej.
Nie pierwszy raz mi to mówił. Słyszałem to niemalże zawsze, gdy był w podobnym stanie. Nie chciałem się z nim kłócić ani spierać, to nigdy nie przynosiło rezultatów.
-Kenny...- zacząłem po raz kolejny łagodnie- Ktoś powinien ci pomóc. Są przecież różne poradnie, ośrodki, kliniki...
-Tego właśnie byś chciał, co?!- rzucił z poirytowaniem- Żeby zamknęli mnie w domu wariatów i żebyś mógł robić, co tylko ci się żywnie podoba! Nie ma mowy! Nie pozwolę ci na to! To ty powinieneś się stąd wynosić! Nie robisz niczego pożytecznego!
-Przecież pracuję.
-Taaak!- krzyknął z politowaniem- Pracujesz! Dobre sobie, ty i twoja nędzna pensja, z której i tak na nic nie starcza... Jak zwykle to ja muszę się wszystkim zajmować... A może po prostu nie dajesz mi wszystkiego, co zarabiasz, co?- zapytał nagle, podchodząc do mnie powoli. Znieruchomiałem, nie będąc pewnym, czy już powinienem przerwać tą rozmowę i odejść, czy jeszcze mam wszystko pod jako taką kontrolą- Może odkładasz sobie to i owo...? Może chowasz w swoim pokoju...? Masz jakieś oszczędności? Odpowiadaj!- wrzasnął nagle.
-Dobrze wiesz, że dałem ci wszystko- odparłem zgodnie z prawdą.
-Nie, nie, chowasz coś przede mną, a ja potrzebuję pieniędzy... Potrzebuję ich, rozumiesz?!- warknął ze złością, a ja zagryzłem nerwowo wargę- Daj mi wszystko, co masz.
-Dałem. Nie mam już nic więcej- starałem się go przekonać, ale on zachowywał się tak, jakby zupełnie zwariował.
-Kłamiesz! Wiem dobrze, że kłamiesz! Oddasz mi te pieniądze teraz albo sam ci je wszystkie zabiorę!- krzyknął, chwytając za kuchenny nóż.
Cofnąłem się, przerażony, mając nadzieję, że to nic poważnego, że to nic więcej, jak tylko słowa, ale on nie wyglądał na kogoś, kto żartuje. Podszedł do mnie, a ja zacząłem uciekać. Ruszył w ślad za mną. W ostatniej chwili wpadłem do swojego pokoju i zamknąłem drzwi na klucz, a on uderzył w nie z całą mocą.
-Wyłaź stamtąd! Wyłaź, do kurwy nędzy!- wrzeszczał, ale stopniowo w jego głosie nie słychać już było złości ani agresji. Bardziej rozgoryczenie i rozpacz- Wyłaź albo cię zabiję, rozumiesz?! Rozumiesz, co do ciebie mówię, Joe?! Zabiję cię!
Milczałem, opierając się o drzwi i oddychając płytko. Nie chciałem się w to włączać. Było zupełnie tak jak wtedy, gdy kłócił się z rodzicami. Też zamykałem się i udawałem, że nic nie słyszę. Tak było łatwiej. Tak było dużo łatwiej.
W pewnym momencie odszedł, zawodząc głośno.
… Nie potrafiłem mu pomóc. 


Kolejny poranek wyglądał dla mnie jeszcze gorzej niż wszystkie poprzednie. Nie czułem ulgi. Nie czułem niczego. Wczorajszy wieczór mnie nie przełamał. Nie sprawił, że zacząłem patrzeć na to wszystko inaczej, wbrew temu, co mi mówiono. Nie zmienił niczego. Niczego w moim światopoglądzie, w moim punkcie widzenia. Jedyne, co zmienił, to mój stosunek do samego siebie. Podniosłem się powoli z łóżka, czując przeszywający ból. Ból, który z każdym moim ruchem przypominał mi o tym, co się wydarzyło.
Ruszyłem powolnym krokiem do łazienki. Kuśtykałem niemalże, nie będąc w stanie iść normalnie. Całe moje ciało zdawało się w tym momencie krzyczeć, jakby nie chciało pozwolić zapomnieć mi o tym, co się wydarzyło. Nie mogłem zapomnieć. Nie mogłem potraktować tego, jako coś normalnego.
Znowu mimo tego, że spałem bardzo długo, czułem się zmęczony i wyczerpany. Nie było we mnie ani krztyny życia. Sen nie przynosił już ani ulgi, ani ukojenia. Przywracał wspomnienia. Zastanawiałem się, co się działo teraz z Kenny'm. Czy w ogóle jeszcze żył. Czy mieszkał wciąż w naszym mieszkaniu, czy stoczył się zupełnie. Nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia. Wszystko toczyło się wtedy tak szybko... Wtedy nie wiedziałem, jak mu pomóc. Teraz nie wiem, jak mógłbym pomóc samemu sobie. Za każdym razem, gdy rozpalał się we mnie wątły płomyczek nadziei na to, że może uda mi się stąd uwolnić, przypominały mi się słowa Thomasa. Stąd nie ma ucieczki.
Stanąłem przed lustrem i spojrzałem na siebie, ale szybko odwróciłem wzrok. Nienawidziłem swojej twarzy. Nienawidziłem całego siebie i tego wszystkiego, co się ze mną działo. Mogłem się usprawiedliwiać. Mogłem sobie wmawiać, że to wszystko przez to, że byłem do tego zmuszony, ale przecież nie musiałem tego robić. Nie musiałem z nim iść na górę, nie musiałem z nim uprawiać seksu... Ale jestem tchórzem. Ale dałem się przekonać. Wmówić sobie, że to naprawdę może być normalne, naturalne, mimo tego, że od początku wcale w to nie wierzyłem.
A teraz wstydzę się sobie spojrzeć w oczy. Zbiera mi się na płacz za każdym razem, kiedy myślę o tym, co się stało. Karmię się zachłannie kłamstwami wszystkich dookoła i chcę w nie wierzyć, ale w rzeczywistości wierzę jedynie w swoją chęć wiary i nic innego. Nikt tutaj nie ma racji. Nikt nie wie, co czuję. Nikt nie ma nic wspólnego z człowiekiem. Nikt. Oni potrafią jedynie sączyć swoje kłamstwa, w które sami dawno temu uwierzyli. Uwierzyli, że skoro nikt nie robi im krzywdy, skoro mają dach nad głową, jedzenie i używki, wszystko jest w porządku. Nie było. Wybór mniejszego zła nie jest dobrem. O ile to zło można było nazwać mniejszym.
Wszedłem pod prysznic i myłem się długo, jakbym naiwnie liczył na to, że ślady tego, co się wydarzyło, może zmyć woda. Z chwili na chwilę czułem się jednak coraz gorzej.
Nie chciałem istnieć.
Czy niechęć istnienia jest tym samym, co chęć śmierci...?
Czy ja chciałem śmierci? Chciałem się zabić...?
Nie wiedziałem. Nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na to pytanie. W obliczu tego, co się tutaj działo, śmierć wydawała się być łatwa. Wydawała się być doskonałym rozwiązaniem, ucieczką, drogą, z której nikt mnie nie zawróci, nie przywoła do twardej rzeczywistości... Samobójcy trafiają od razu do piekła. Tak mówił mój ojciec. Mówił, że nie zasługują na to, by znaleźć się w obliczu Boga. Ale czymże było piekło wobec tego miejsca, w którym się teraz znalazłem...?
Nie... Nie chcę umierać. Boję się śmierci.
Boję się wszystkiego.
Muszę tu być, muszę żyć pośród tych wszystkich ludzi, o ile rzeczywiście jeszcze byli ludźmi i muszę powoli stawać się taki, jak oni. Nie ma od tego żadnej innej drogi ucieczki. Nic innego nie mogę zrobić. Nie wiem nawet, komu mam ufać. Red? Wiem dobrze, że kłamie. W jego słowach nie ma ani odrobiny szczerości, niezależnie od tego, jak bardzo przekonująco brzmi, nawet w nim samym nie ma wiary w to, co mówi. Więc po co...? Dlaczego to robi? Żeby mi pomóc? Żeby wymuszać na mnie stopniowo zmianę, przystosowywać mnie? A jeżeli tak, to po raz kolejny pytam: po co? Dla mnie? Dla siebie? Dla innych? Jaki ma w tym wszystkim cel? Nie rozumiałem.
Fenicio? Fenicio wydawał się szczery. Niesamowicie szczery, momentami wręcz obcesowy. Okrutny. Pozbawiony skrupułów. Ale wcale nie jestem pewien, czy jego szczerość ma cokolwiek wspólnego z prawdą. Czy nie powtarza po prostu wciąż tych kłamstw, które wmówił sobie kiedyś i uznał je za rzeczywistość. Czy nie tonął we własnych złudzeniach, jak wszyscy tutaj, uznając, że to, co robi, stanowi szczyt jego możliwości i priorytetów.
Keisy? Miałem ufać komuś, kto trzy razy próbował sobie odebrać życie, jednocześnie usilnie twierdząc, że to miejsce jest doskonałe i cieszy się, że tu jest? Komuś, kto żył w fikcyjnym związku, opartym na fałszu? Komuś, kto potrzebował złudzeń równie mocno jak ja i chciał wierzyć, że pewnego dnia mogą stać się prawdą?
Bello też nie był odpowiednią osobą. Pomagał Keisy'emu, ale co z tego? Czy naprawdę go kochał? Nie wierzyłem w to. Nie wierzyłem też, by on sam tak sądził. Chciał mu pomóc. Chwalebne. Nie, wcale nie. Pozbawione sensu, bo złudzenia nie są żadnym lekarstwem, są jak środki przeciwbólowe, które działają przez chwilę, ale ból zaraz wraca. Bello nie mógł mu tak naprawdę pomóc, bo problem Keisy'ego tkwił w czymś zupełnie innym. Nie w samotności. W tym miejscu. W tym budynku. W tym bagnie, które uznał za swój dom i w tym, co robił, nie przestając sobie wmawiać, że jest szczęśliwy, chociaż jego wymuszony uśmiech rodził się pośród krwi i bólu.
Żaden z nich nie miał w sobie prawdy. Żaden z nich nie żył tak naprawdę. Oni po prostu istnieli. Funkcjonowali. Jak maszyny. Doskonałe maszyny...
Nie pasowałem do nich. Nie pasowałem tutaj.
Nadal nie pasuję.
A może jednak jest inaczej...? Może to, co wczoraj zrobiłem, naznaczyło mnie jako jednego z nich...? Może było tylko początkiem mojej przemiany. Może za jakiś czas nie będę już pamiętał o swoich wątpliwościach... Może się dostosuję. Może. Może, może, może... Niczego nie byłem już pewien. Sam nie wiedziałem, co jest gorsze. Życie tutaj ze świadomością tego, jak skonstruowany jest świat do którego trafiłem i nieustanne cierpienie, czy raczej apatia, potraktowanie wszystkiego jako standardu, normy, do której stopniowo przywyknę. Nie wiedziałem, co jest dla mnie lepsze. Każda z tych opcji wydawała się być równie okrutna i pozbawiona sensu.
Nie zostałem w swojej sypialni. Ubrałem się szybko i wyszedłem. Nie chciałem. To pomieszczenie przypominało mi o wszystkim, co się tutaj wydarzyło. Przywoływało myśli i doprowadzało do szaleństwa. Wolałem zejść na dół. Wybrać świadomie towarzystwo klaunów, ślepo wierzących, że odtwarzany przez nich spektakl jest prawdą. Wolałem na nich patrzeć i nie rozumieć. Wolałem ich słuchać i nie przyjmować ich obietnic do świadomości. Wolałem skupić się na nich i zapomnieć o sobie. Przez chwilę poczuć się tak, jakby wcale mnie tutaj nie było. Jakby wszystko było normalne.
… Normalne.
Nie zdziwiłem się, widząc Fenicia na tym samym miejscu, co zwykle. Widziałem w tym coś na kształt rutyny, oczywistego obowiązku. Pewnie gdybym go zapytał, on sam nie potrafiłby odpowiedzieć, dlaczego jest tu każdego ranka, dlaczego robi dokładnie to samo, dlaczego ciekawym wzrokiem omiata całą salę, wybierając tych, których chce zaczepić. Ale był. Ale ciągle istniał.
-Cissy...- uśmiechnął się szeroko na mój widok. Dokładnie tak jak zawsze. Dokładnie tak jak zawsze...- Już myślałem, że ominie cię dzisiejsza zabawa! Jak się ma nasz ukochany Red...? Był w ogóle u ciebie...?
Nie odpowiedziałem. Czułem się otępiały i zniechęcony do wszystkiego. Nawet nie starałem się dostrzec, kto jeszcze siedzi przy barze. Zauważyłem tylko, że stał za nim jakiś mężczyzna, którego nie znałem. Nie było Thomasa.
-Gdzie Thomas...?- zapytałem cicho, bez zrozumienia. Jeden element doskonałej układanki nie pasował. Coś się zmieniło. Tylko tyle dochodziło do mojego skołatanego umysłu.
Fenicio chwycił mnie za biodra i ściągnął sobie na kolana. Syknąłem z bólu.
-Proszę, proszę, nasz mały Cissy bawi się lepiej, niż się spodziewałem!- skomentował z rozbawieniem, a ja przesiadłem się na miejsce obok, nawet na niego nie patrząc- Nie użyłeś nawilżacza...? Radzę o to zadbać, widziałem już jak wygląda dupa po przejściach... Nie którzy nie zdążają do toalety...- dodał, chichocąc wesoło- Co z tobą, Cissy?- szturchnął mnie lekko w ramię, a gdy nie zareagowałem, skrzywił się niechętnie- Ty też masz dzisiaj zły humor...? Słowo daję, nie wiem, co się z wami dzieje... Park sztywnych, czy jak?
-Gdzie Thomas?- powtórzyłem jedynie. Nie miałem pojęcia, dlaczego o to pytam. Chciałem wiedzieć. Po prostu.
-To chyba nie twój interes, co?- mruknął stojący za barem mężczyzna, zerkając na mnie z ukosa.
-Thomas jest ze swoją rodzinką- poinformował mnie Fenicio, gestem dłoni zamawiając dokładkę tego, co właśnie skończył pić- Z żoną, dzieciakami...- uśmiechnął się przewrotnie, a ja spojrzałem na niego bez zrozumienia- Musiał się za nimi stęsknić. Pewnie nie będzie go przez kilka dni... Tak tu pracują.
-Ma żonę...?- nie potrafiłem w to uwierzyć- I dzieci...?
Człowiek, który pracował w takim miejscu... To było dla mnie niemalże niewyobrażalne. Wracał do nich tak po prostu, widząc na co dzień te wszystkie okropieństwa i żył zupełnie normalnie...? Jak?
-I żonę, i dzieci!- potwierdził Fenicio, chichocąc cicho.
-Wiedzą... Wiedzą o tym, gdzie pracuje...?- zapytałem, wpatrując się w niego z uwagą.
-Jasne, że wiedzą- odparł, wzruszywszy ramionami i uśmiechnął się krzywo- Żoneczka wie, że ma męża ekonomistę, a dzieciaki tatusia księgowego... Wszystko się zgadza. Oczywiście pracuje daleko od domu, żeby zarobić na ich utrzymanie, więc często go nie ma, ale jak już wraca, pewnie wszyscy strasznie się cieszą... Jak sądzisz, Cissy...?- rzucił, spoglądając na mnie z rozbawieniem. Spuściłem wzrok- Widzisz, Cissy, to już takie czasy... Więcej zarobisz na dupie niż uczciwej pracy... Gdyby tak nie było, wszyscy mielibyśmy dawno lepsze zajęcia.
Milczałem przez dłuższą chwilę, starając się to wszystko zrozumieć. Więc Thomas okłamywał swoją rodzinę. Więc udawał, że wiedzie normalne życie, chociaż wcale tak nie było. Gdyby się dowiedzieli, pewnie wszystko by się zmieniło. Pewnie wszystko, co kochał, ległoby w gruzach. A może nie...? A może w gruncie rzeczy nie liczyło się to, gdzie pracował, ale to, ile zarabiał...? A może on nie kochał już niczego, więc niczego też nie miał do stracenia? Może po prostu udawał, starał się funkcjonować ze świadomością tego wszystkiego, ale mu nie wychodziło. Ciekawe... Ciekawiło mnie to. Jak wygląda jego rodzina. Jak wygląda jego życie. Jest spokojne? Normalne? Odprowadza dzieci do szkoły i robi wszystko dla swojej żony? Ona go kocha? Zrobiłaby dla niego wszystko? Gotowa do wszelkich wyrzeczeń i rezygnacji z luksusu za cenę ich szczęścia...? A może jest zupełnie inaczej. Może podobnie do tego, co ja pamiętam. Może siedzą czasem razem z żoną i w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Może odwracają wzrok, gdy tylko ich oczy się spotkają. Może ich dzieci patrzą na to wszystko i nie rozumieją, a oni sami też tego nie rozumieją, pogubieni we własnych kłamstwach i tajemnicach. Może to wszystko jest złudzeniem, iluzją. Normalność jest iluzją. Hasłem rzucanym wtedy, gdy jest wygodne. Normalność nie istnieje.
-Skąd wiesz...?- zapytałem wreszcie po dłuższej chwili, ponownie przenosząc wzrok na Fenicia.
-Skąd...?- parsknął cicho, upijając łyka ze swojej szklanki- Z doświadczenia, Cissy.
-Pytam o to, skąd wiesz o Thomasie- sprostowałem.
-Mówił mi kiedyś to i owo... A poza tym, ja utrzymuję dobre kontakty ze wszystkimi moimi chłopcami...- dodał, spoglądając na barmana i uśmiechając się do niego lubieżnie. Mężczyzna również odpowiedział uśmiechem, nie wypowiadając jednak ani słowa- I to jest właśnie grunt do sprawdzonych informacji, Cissy...
-Policja tutaj nie przychodzi?- zapytałem nagle. Sam nie wiem, dlaczego przyszło mi to do głowy. Ledwie wypowiedziałem te słowa, a sam poczułem, jak bardzo są banalne i naiwne.
-Wszyscy tu przychodzą- Fenicio wzruszył ramionami, zupełnie tak, jakby naprawdę nie wiedział, o co pytałem, po czym nachylił się w moim kierunku i szepnął mi do ucha- Lubisz zabawy policyjną pałką, Cissy...?
Barman łypnął na nas z zainteresowaniem.
-Nie to miałem na myśli...- odpowiedziałem niepewnie- Nie ma żadnych kontroli...? Niczego takiego...?
-Daj spokój, Cissy!- Fenicio zaśmiał się głośno i pokręcił głową, jakby z niedowierzaniem- Przecież każdy doskonale wie, co to za miejsce i co tu się wyrabia! Naprawdę liczysz na to, że komuś chce się ruszać dupę i coś z tym robić? Po co komu problemy! Mówiłem ci już, dziwka jest dziwką. To coś, z czego się nie wychodzi. Jeżeli zlikwidowaliby to miejsce, zaraz powstałoby kolejne, na to nie ma rady i oni o tym wiedzą- stwierdził z pełnym przekonaniem- Gdyby było inaczej, już by działali... Nawet nie wiesz ilu stróżów prawa przyjąłem już pod swoje skrzydła... I pomiędzy swoje pośladki...- dodał, chichocąc z rozbawieniem- Sądzisz, że ktokolwiek z góry się o tym dowiedział...? Cóż za hańba spadłaby na policjanta-pedała, gdyby zechciał się przyznać... A zresztą, nie miałby w tym żadnego interesu. Takie miejsce jak to jest mu potrzebne. Może przyjść zawsze, gdy tylko żona mu nie wystarcza... A uwierz, że takim jak my, nie wystarcza- parsknął cichutko.
Więc naprawdę... Naprawdę nie było szansy...? Pamiętam, jak oglądałem kiedyś w telewizji relację na temat zatrzymania przez policjantów grupy odpowiedzialnej za handel ludźmi. Wtedy pomogli tym wszystkim kobietom. Więc może... Może był jakiś sposób... Może, może, może... Znowu to samo. Coraz bardziej zaczynałem się przekonywać do tego, że Fenicio miał rację. Nikt mnie tu nie znajdzie. Nikt mi nie pomoże. Nie ma nikogo, kto próbowałby mnie znaleźć.
Zerknąłem za siebie i dostrzegłem Keisy'ego, który zbliżał się do baru. Byłem przekonany, że gdy dostrzeże Fenicia odejdzie, ale on usiadł po mojej drugiej stronie, jak gdyby nigdy nic i uśmiechnął się do mnie. Nie rozumiałem tego. Wydawało mi się, że powinien go unikać i nie dawać mu możliwości zaczepki. Sprawiał wrażenie, jakby chciał udowodnić, że jest odważny, że jest sobie w stanie z tym wszystkim poradzić, że wcale się go nie boi, ale nie wychodziło mu. Drżał cały z przejęcia i każdy jego swobodniejszy ruch wydawał się być wypracowany i niemalże wymuszony. Bał się. Nie potrafił udźwignąć własnej słabości. Fenicio też to widział. Zauważyłem jak na jego wargi wstępuje leniwy, drwiący uśmieszek. Pił spokojnie, nawet nie spoglądając w stronę ciemnowłosego, ale już wiedziałem, że na tym się nie skończy. Wyglądał raczej jak drapieżnik, który stara się zwieść na chwilę swoją ofiarę, by zaraz zaatakować niespodziewanie z podwójną siłą.
-Cześć- przywitał się ze mną brunet, starając się najwyraźniej udawać, że nie dostrzega Fenicia. On z kolei przypominał ofiarę. Ofiarę, która świadomie pcha się w pułapkę, do końca naiwnie licząc na to, że da sobie radę z kimś o wiele silniejszym.
-Cześć- odpowiedziałem cicho.
-Źle wyglądasz- ocenił, wpatrując się we mnie z uwagą- Wszystko w porządku? Rozmawiałem z Bello i mówił mi, że...- ściszył głos- … że już zacząłeś. To dobrze. Teraz pewnie jest ci łatwiej, co?
Uśmiechnąłem się jedynie niepewnie z nutką goryczy. Nie. Nie było. Ani trochę.
-Będzie jeszcze lepiej- stwierdził, uśmiechając się wesoło, chociaż nie sprawiał wrażenie rzeczywiście radosnego- Zobaczysz. Zaraz zaczniesz się przyzwyczajać i wszystko się zmieni... Henry... Mógłbyś mi czegoś nalać...?- rzucił nieśmiało w kierunku barmana, który posłał mu wyjątkowo lekceważące spojrzenie, ale rzeczywiście, już po chwili podał mu drinka. Keisy sięgnął po niego, raz jeszcze uśmiechając się do mnie. W momencie, gdy chwytał szklankę, rękaw jego bluzki podwinął się nieco, ukazując kilka głębokich, ciemnoczerwonych szram pokrywających okolice jego nadgarstka.
Wzdrygnąłem się mimowolnie, nie będąc w stanie oderwać od nich wzroku.
To była właśnie cena za przystosowanie się...?
Ciemnowłosy dostrzegł najwyraźniej moje spojrzenie, bo odłożył szklankę i rzucił pogodnym tonem:
-Chcesz zobaczyć?- znieruchomiałem, wpatrując się w niego nieco niepewnie, a on podwinął bardziej rękaw swojej bluzki, ukazując mi kilkadziesiąt śladów i blizn, niektóre były dawno zagojone, inne sprawiały wrażenie dosyć świeżych- Robiłem je kiedyś żyletkami- poinformował mnie bez żadnych oporów- Dawno, kiedy byłem nieszczęśliwy. I nie mam powodów do wstydu- dodał nieco głośniej, a ja doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że były to słowa skierowane do Fenicia- Już ich nie robię. Teraz jest w porządku.
-Nie robisz...?- pełen okrutnego rozbawienia głos Fenicia sprawił, że zamarłem w bezruchu i niemalże skuliłem się w sobie, jakby mówił do mnie, a nie do Keisy'ego- Zabawne... Jak na ślady sprzed kilku miesięcy niektóre wyglądają całkiem wyraźnie... A nawet krwawią...
-Nieprawda- Keisy spłoszył się natychmiast, naciągając z powrotem rękaw.
-Nie radzę... Kiedy zaschnięta krew zlepi się z ubraniem, rozbieranie się może być bardzo nieprzyjemne... Ale ty to chyba lubisz, co?- zapytał, parskając z politowaniem- Keisy, nasz mały masochista... Ale Bello nie przepada za takimi zabawami, prawda...?
-Już ich nie robię- powtórzył drżącym głosem brunet, odwracając na chwilę wzrok, po czym przemógł się najwyraźniej i znowu spojrzał na mnie, uśmiechając się wymuszenie.
-Dlaczego...?- zapytałem jedynie, wskazując na jego ręce i nie dokańczając nawet swojego pytania. Nie potrafiłem tego określić. Co miałem właściwie dodać? Dlaczego chciałeś się zabić? Dlaczego robiłeś sobie takie okropne rzeczy? Przecież wiedziałem. Dobrze wiedziałem...
-Tak wyszło- odpowiedział niepewnie, wzruszając ramionami, jakby to wszystko wyjaśniało- Kiedyś...- zawahał się wyraźnie- Kiedyś straciłem kogoś bliskiego i... I odreagowywałem.
-W tym miejscu...?
-Mhm...
-Byłeś z kimś oprócz Bella...?- zapytałem niemalże z niedowierzaniem, a on skinął głową, odwracając wstydliwie wzrok.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. W pierwszym odruchu chciałem zapytać, co właściwie się stało, ale odpowiedź zdawała się być oczywista. Popełnił samobójstwo. Ta myśl pojawiła się w mojej głowie od razu, zanim jeszcze dobrze zastanowiłem się nad jego słowami. W tym miejscu to zdawało się być jedynym wyjściem.
-Jego poprzedni kochaś był doprawdy zabawny...- odezwał się Fenicio, a ja Keisy posłał mu płochliwe spojrzenie- Wpadł na iście genialny pomysł i postanowił stąd uciec...- zachichotał, wyraźnie rozbawiony. Chłopak zaczął drżeć- Szkoda tylko, że nie pomyślał o paru dość istotnych kwestiach i znaleźli go zawieszonego na ogrodzeniu w malowniczej pozie... Przebiło go na wylot. Szef strasznie się wkurzył, bo sprzątanie tego ścierwa zajęło sporo czasu i zaczęli wpuszczać klientów dopiero po północy... Niezła afera, co, Keisy?- rzucił bez krztyny wrażliwości, wpatrując się w chłopaka z perfidnym uśmiechem.
Wargi Keisy'ego zadrżały lekko, a w jego oczach pojawiły się łzy.
-Tak- odparł jedynie głucho, uśmiechając się z trudem- Niezła afera...
Znowu zrobiło mi się go żal. Cały czas nie potrafiłem tego pojąć. Dlaczego? Dlaczego Fenicio to robił? Dlaczego traktował go w ten sposób? To nie były niewinne drwiny ani żarty. Doskonale wiedział, co się dzieje z Keisy'm i w jakim był w stanie, a mimo to, nie przestawał.
Nie wiem, ile czasu siedzieliśmy tam w zupełnym milczeniu, zanim przyszedł Bello. Objął delikatnie Keisy'ego i ucałował go w kark, po czym rzucił cicho:
-Co się stało...?
Chłopak uśmiechnął się przez łzy i pokręcił głową.
-Nic- odpowiedział z wymuszoną radością, chociaż w jego głosie wyraźnie słychać było wilgoć- Zupełnie nic... Pójdziemy teraz do ciebie?
-Tak... Tak, chodźmy- odparł chaotycznie Bello, czekając aż Keisy wstanie, po czym objął go ciasno ramieniem i przycisnął do siebie. Cały czas nie spuszczał wzroku z Fenicia, który jednak zupełnie go ignorował, spoglądając gdzieś przed siebie.
Miałem wrażenie, że powinien coś wreszcie zrobić, zareagować jakoś. W końcu był z nim... Wszystkie upomnienia, które dawał mężczyźnie, wydawały się brzmieć idiotycznie łagodnie. Nie rozumiałem, dlaczego w ogóle zostawiał Keisy'ego samego. Dlaczego dawał mu powody do myślenia, że może sobie poradzić z kimś takim jak Fenicio. Nie mógł. Nie miał szans.
Odeszli obaj, a ja powiodłem za nimi niepewnym spojrzeniem.
Może Red traktuje mnie dokładnie tak samo...? Może stanowimy razem ich karykaturalne odbicie? Może przychodzi każdego wieczora z litości i mami mnie swoimi słowami, licząc na to, że w pewnym momencie staną się dla mnie prawdziwe.
Ale on tu nawet nie przychodził. Nie rozmawiał ze mną przy wszystkich. Jakby się mnie wstydził. Odwracał wzrok, gdy na niego patrzyłem. Za dnia w ogóle dla niego nie istniałem.
-Dlaczego robisz to Keisy'emu?- zapytałem raz jeszcze. Jego wczorajsza odpowiedź wydawała się być niewystarczająca, sprawiała wrażenie wymówki, okrutnej wymówki, której nie mogłem i nie chciałem przyjąć.
-Po prostu, Cissy... Nienawidzę słabych ludzi...- stwierdził, jakby w zamyśleniu, dopijając swojego drinka, a następnie podniósł się powoli z miejsca, po czym nachylił się jeszcze nade mną i szepnął mi wprost do ucha, z rozbawieniem- Ale nie martw się... Ty masz u mnie szczególne względy.

Okrucieństwo Fenicia mnie przerażało. Nadal nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to wszystko robi. Przerażała mnie też naiwność Keisy'ego. Jego usilna wiara w to, że może sobie z nim poradzić, chociaż nie miał na to najmniejszej szansy. Fenicio miał rację. Keisy był słaby. Ja też taki byłem. Więc dlaczego traktował mnie inaczej, znęcając się nad nim jednocześnie w tak podły sposób?
Wieczorem zszedłem na dół, do sali. Nie zostałem u siebie, nie wiem dlaczego, nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Czułem strach. Cały czas słyszałem w swojej głowie słowa Red: „będziesz musiał zając się robotą ustną”... Słowa, które nadal wywoływały we mnie gorycz i paliły do żywego. Sala była pełna gości. Pełna klientów, rozbawionych, zajętych sobą, zupełnie tak jak zwykle, w dobrych nastrojach... Łudziłem się, że może uda mi się spotkać na swojej drodze kogoś, kto przypadnie mi do gustu, kto mi się spodoba, kto wyda mi się spokojny, opanowany, z kim będzie łatwiej... Głupia naiwność. Nie było nikogo takiego. Twarze mężczyzn, których mijałem, wydawały mi się obrzydliwe, odpychające, budzące przerażenie... Unikałem ich wzroku.
Chciałem wrócić do siebie, a jednocześnie miałem w sobie poczucie, że muszę to zrobić. Muszę kogoś znaleźć i muszę zachować się tak, jak zachować się powinienem. Żeby żyć. Żeby po raz kolejny znaleźć się później u boku Red, chłonąc każdą odrobinę jego czułości i zasypiając w jego ramionach. Każdy człowiek potrzebuje jakiegoś celu w swoim działaniu, a tutaj nic nie miało sensu. Dlatego zupełnie nieoczekiwanie, to właśnie stało się moim celem. Jego bliskość. Jego dotyk. Wyimaginowana miłość, której wcale pomiędzy nami nie było.
Odetchnąłem płytko, zatrzymując się nagle na środku sali, jakbym nie wiedział, dokąd właściwie mam iść. Rozglądałem się dookoła spłoszonym wzrokiem. Chciałbym go teraz zobaczyć... Chciałbym móc do niego podejść i chociażby zapytać, co właściwie powinienem robić...
-Wszystko okej, Cissy?- Keisy stanął tuż przede mną i spojrzał na mnie z wyraźną troską. On wyglądał już znacznie lepiej niż wtedy, gdy widziałem go po raz ostatni.
-Nie... Nie do końca...- zadrżałem mimowolnie, przeczesując włosy palcami i westchnąłem głęboko- A ty... Ty szukasz Bella...?
-Nie- odparł, a jego głos zabrzmiał dla mnie smutno, po czym pokręcił głową- Teraz... Teraz kogoś innego... Ty też?
Pokiwałem głową. Miałem wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z klatki piersiowej. W tym momencie zdecydowałbym się chyba na wszystko, nawet na to, żeby zaprowadził mnie do kogoś i sam wskazał mi, z kim mam to zrobić. Chciałem po prostu mieć to za sobą. Jeden raz i koniec, jeden raz i koniec... Powtarzałem to sobie chaotycznie w myślach, ale te słowa nie niosły za sobą żadnej ulgi.
-Jeszcze nie przyjechało wielu... Jak trochę poczekasz, na pewno ktoś cię znajdzie- uśmiechnął się pocieszająco, a ja spuściłem wzrok, czując się kompletnie oszołomiony. Wolałbym, żeby nikt mnie nie znajdował- Fenicio jest na końcu sali- poinformował mnie- Widziałem go na kanapach, z jakimś facetem.
-Aha- odparłem tylko.
W tym momencie Fenicio nie interesował mnie ani trochę.
-Widziałeś może... Widziałeś Red?- zapytałem po chwili wahania, wpatrując się w niego pytająco.
-Red?- zdziwił się, po czym zamyślił się chwilę- To ten... Ten mężczyzna, który... No wiesz...- uśmiechnął się niepewnie- Ten, który... No... Ten z długimi, rudymi włosami?- dopytał wreszcie, a ja miałem wrażenie, że w pierwszym momencie zamierzał powiedzieć coś zupełnie innego. Skinąłem głową- Nie widuję go tu często- odpowiedział, wzruszając bezradnie ramionami- Dzisiaj też go nie widziałem.
-W porządku.
-Pójdę się rozejrzeć przy wejściu- dodał nagle, uśmiechając się wesoło- Pójdziesz ze mną?
-Nie, nie... Ja... Chyba muszę do toalety- uśmiechnąłem się wymuszenie w odpowiedzi i odszedłem, ruszając w kierunku wymienionego pomieszczenia.
Wszedłem do środka, a następnie zamknąłem się w jeden z kabin, po czym oparłem się plecami o jej drzwi i przymknąłem powieki. Rzeczywiście, na sali jeszcze nie było tłumów. Tutaj też było cicho, znacznie ciszej, niż zazwyczaj. Wiedziałem, że nie mogę tutaj siedzieć całego wieczoru, ale teraz, za zamkniętymi drzwiami, czułem się całkowicie bezpieczny.
Nie wiem, ile minut tam spędziłem, ale gdy w końcu wyszedłem, zauważyłem mężczyznę, który stał przy jednym ze zlewów i mył ręce. Zamarłem na chwilę w bezruchu, po czym przełamałem się w końcu i ruszyłem powoli do przodu. Zatrzymałem się przy lustrze i spojrzałem w swoje odbicie. Czułem na sobie jego wzrok. Przez krótką chwilę nie byłem pewien, czy aby na pewno jest klientem, ale gdy zerknąłem na niego ukradkiem, stwierdziłem, że chyba tak. Nie wiedziałem, po czym właściwie to poznaję, ale rzeczywiście widać było różnicę. Ubierał się inaczej niż większość mężczyzn tutaj i w samym jego zachowaniu też było coś zupełnie innego.
-Cześć- uśmiechnął się do mnie lekko, zakręcając zlew i wyłapując moje spojrzenie. Zaczerwieniłem się odruchowo i odwróciłem wzrok. Po chwili podszedł do mnie i chwycił lekko moją twarz, odwracając ją w swoim kierunku i przyglądając mi się z uwagą- Przystojny jesteś- ocenił.
-Dziękuję- szepnąłem niepewnie, chociaż jego słowa wcale nie zabrzmiały dla mnie jak komplement. Wprost przeciwnie.
-Może chciałbyś trochę zarobić?- zaproponował otwarcie. Ponownie ośmieliłem się, by na niego spojrzeć. Trudno było nazwać go atrakcyjnym, ale sprawiał zupełnie inne wrażenie, niż tamten facet, którego poznałem wczoraj.
-Ja... Hm... Nie mogę... To znaczy...- odetchnąłem płytko, nie mając pojęcia, jak to wyjaśnić- Chodzi o to, że... Przesadziłem ostatnim razem i...
-Obciągniesz mi?- zapytał nagle, wpatrując się we mnie pytająco.
Serce zabiło mi szybciej ze strachu.
-... Tak- odparłem w końcu, chociaż całe moje ciało zdawało się przeczyć temu, co powiedziałem. W obronnym odruchu, wczepiłem się dłońmi w zlew, jakby chciał mi coś zrobić albo ciągnąć mnie na siłę.
-Tutaj?- dopytał, otwierając jedną z kabin.
-Tak, tutaj- odpowiedziałem mechanicznie.
Uniósł brwi i uśmiechnął się do mnie zachęcająco. Całą siłą woli zmusiłem się, by do niego podejść i zamknąć za nami drzwi. Wokół było zupełnie cicho.
-Chyba powinieneś klęknąć- zauważył z cieniem rozbawienia.
-Przepraszam- rzuciłem chaotycznie, starając się w ogóle nie patrzeć na jego twarz i uklęknąłem przed nim.
Rozpiął szybkim ruchem spodnie, a następnie zsunął z siebie bieliznę i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. Chwyciłem jego męskość w dłoń i zacząłem ją stymulować powolnymi, niepewnymi ruchami, starając się opanować przejmujący mnie całkowicie strach.
-Nie tak... Ustami, kochanie, ustami...- poinstruował mnie, wzdychając głęboko i chrapliwie.
Przełknąłem głośno ślinę, po czym przysunąłem się do niego bliżej i wziąłem jego członek pomiędzy wargi. Zacząłem go ssać, czując obrzydzenie do samego siebie. Starałem się to robić w miarę szybko, ale cały czas gubiłem rytm, zatrzymywałem się mimowolnie, jakbym chciał się odsunąć, ale po chwili wahania, kontynuowałem. Słyszałem jęki i westchnienia stojącego przy mnie mężczyzny, modląc się w duchu, żeby już skończył. W pewnym momencie chwycił mnie za włosy i zaczął gwałtownie poruszać moją głową, nie zważając zupełnie na mój opór. Po chwili doszedł w moich ustach, a ja zakrztusiłem się gwałtownie, odsuwając od niego. Odruchowo uchyliłem klapę ubikacji i wyplułem nasienie do środka, krzywiąc się z obrzydzenia.
-Było miło- stwierdził, a ja nawet na niego nie spojrzałem, nie ruszając się z miejsca i czując, że zbiera mi się na wymioty. Poczułem, jak dotyka mnie w okolicach pośladków i podskoczyłem, odwracając się w jego stronę z przerażeniem- Spokojnie!- rzucił, śmiejąc się i unosząc dłonie w obronnym geście, a ja dopiero po chwili zorientowałem się, że wsunął banknot do tylnej kieszeni moich spodni- Należna zapłata- dodał, po czym wytarł się dokładnie, nie przestając się uśmiechać z zadowoleniem, a następnie zapiął spodnie i wyszedł.
Liczyłem na to, że będzie zupełnie inaczej, prościej niż wczoraj, ale nie było. Podniosłem się powoli na drżących nogach i wyszedłem z łazienki, a następnie ruszyłem powoli do pokoju, kompletnie osowiały. Koniec. Już koniec... Na dzisiaj, tylko na dzisiaj... Nie czułem ulgi. Nie czułem niczego, prócz rosnącego obrzydzenia i niechęci do samego siebie. Wciąż miałem w ustach nieprzyjemny posmak jego nasienia.
Gdy tylko znalazłem się w swojej sypialni, natychmiast przeszedłem do łazienki i zacząłem myć zęby. Zajęło mi to chyba kilkanaście minut, ale posmak wcale nie znikał. Nie czułem się też wcale lepiej. Przepłukałem raz jeszcze usta i położyłem się do łóżka. Miałem wrażenie, że w mojej głowie nie było zupełnie żadnych myśli, jakbym się zawiesił, otępiał zupełnie.
Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do panującej się w pomieszczeniu ciemności, zacząłem wpatrywać się w zegar. Obserwowałem poruszające się leniwie wskazówki, odliczając kolejne godziny w oczekiwaniu na przybycie Red. W końcu straciłem rachubę i nie potrafiłem sobie nawet przypomnieć, o której dokładnie pojawiłem się w pokoju. W którymś momencie drzwi otworzyły się i wreszcie dostrzegłem w nich mężczyznę. Wyglądał dokładnie tak jak zwykle. Równie pięknie, z wyraźnym makijażem, ubrany w charakterystyczną szatę, tym razem lekko zielonkawą z dziwacznym wzorem. Bez słowa zamknął za sobą drzwi, a następnie położył się obok mnie.
-Piękny...- zaczął, a ja poczułem, że w oczach zbierają mi się łzy. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie chciałem, żeby do mnie mówił. Zawsze, gdy to robił, czułem się jeszcze gorzej- To nie wystarczy- stwierdził, a ja nie wytrzymałem i wybuchnąłem płaczem. Objął mnie delikatnie ramieniem- Musisz to robić częściej... To nie wystarczy. Przykro mi.
-Nie...- szepnąłem, łkając cicho- Nie, nie mogę... Mówiłem ci już, nie dam rady... Nie dam rady...
-Poradzisz sobie, Piękny. Wiem to.
-To nie ma sensu...- stwierdziłem, przymykając powieki- To w ogóle nie ma sensu...
-O czym ty mówisz?- zapytał bez zrozumienia.
-To nie ma sensu...- powtórzyłem po raz kolejny z otępieniem- Co to w ogóle zmieni...? Zrobię to, więc będę to robił każdego dnia... Błędne koło, to wszystko bez sensu, zupełnie bez sensu...
Poczułem, jak przytula mnie do siebie. Musnął delikatnie wargami moją skroń i zaczął mnie głaskać uspokajająco po plecach.
-Piękny...- szepnął melodyjnym głosem, a ja uchyliłem powieki i spojrzałem na niego pytająco. Uśmiechnął się do mnie łagodnie- Postaraj się o tym zapomnieć, gdy jesteś przy mnie. Będzie ci łatwiej.
-Nie wiem, czy jest sens zapominać- odpowiedziałem cichutko.
-Każdy potrzebuje miejsca, w którym czułby się bezpieczny i mógłby się oderwać od rzeczywistości... Kiedy będziemy razem, to będzie takie miejsce dla ciebie. Dla mnie.
-Dla ciebie też...?- dopytałem niepewnie.
-Tak- potwierdził, uśmiechając się ponownie- Tak, dla mnie też.
Wpatrywałem się w niego przez chwilę, po czym wtuliłem się w niego jeszcze bardziej. Nachylił się w moim kierunku tak, jakby chciał ucałować mnie w usta, ale uchyliłem się w ostatniej chwili i przycisnąłem twarz do jego szyi. Nie chciałem tego. Nie teraz. Nie po tym, co zrobiłem. Chyba zrozumiał. Musnął wargami moją głowę, nie mówiąc już nic więcej.
Zasypiałem w jego ramionach, żyjąc tą jedną chwilą. Wyobrażając sobie, że jestem gdzieś daleko, tylko z nim, tylko z Red. Że żadne z nas nie jest do niczego zmuszone, że wszystko jest normalne, naprawdę normalne... Że się kochamy. Tak naprawdę. Bez złudzeń.
Red miał rację. Jego ramiona były dla mnie azylem, który koił ból, a jednocześnie wzbudzał gorycz, dawał zapomnienie i okrutnie przypominał, dawał ulgę i wbrew wszystkiemu, obciążał serce.
A jednak...
A jednak w tej jednej, krótkiej chwili, która wydawała się być zaledwie snem...
… Był dla mnie wszystkim.