Strony

poniedziałek, 18 lipca 2011

` 6 ` [AFY]

Wróciłem tego dnia do domu wcześniej niż zwykle. Od śmierci rodziców wszystko w moim życiu diametralnie się zmieniło. Nadal mieszkałem z Kenny'm w ich mieszkaniu, ale teraz nieustannie brakowało nam pieniędzy. Zatrudniłem się na zmywaku w jakiejś knajpie, ale to nie wystarczało. Miałem wrażenie, że wszystko wokół mnie zaczyna się powoli sypać. Z dnia na dzień musieliśmy obaj pogodzić się z tym, co się zdarzyło, chociaż nikt nas wcześniej na to nie przygotował. Nie radziliśmy sobie ani trochę.
Zatrzymałem się przy przedpokoju, słysząc ciche łkanie dochodzące z kuchni. Ruszyłem niepewnie w kierunku pomieszczenia, wahając się, czy aby na pewno zajrzeć do środka. Kenny ostatnimi czasy nie zachowywał się... normalnie.
Mój brat stał twarzą zwrócony w kierunku ściany i rozmawiał z kimś przez telefon, płacząc cichutko.
-Proszę...- jęknął błagalnie, a po jego policzkach spłynęły kolejne łzy- Proszę, tylko ten jeden raz, tylko raz... Oddam wszystko, błagam... Mam wypłatę za piętnaście dni... Co?! Błagam, to tylko piętnaście dni! Muszę to dostać teraz!- krzyknął rozpaczliwie, uderzając pięścią w blat- Nie wytrzymam, proszę, daj mi to, proszę... Zapłacę ci! Błagam! To tylko piętnaście dni... Tylko piętnaście dni... Proszę... Halo? Halo?! Ty skurwielu!- wrzasnął z wściekłością, odkładając komórkę na parapet z głośnym trzaskiem- Przeklęty skurwielu!- powtarzał wciąż chaotycznie, zalewając się łzami. Dopiero w pewnym momencie odwrócił się w moją stronę i zamarł w bezruchu- Co ty tu robisz?
-Wróciłem...- odparłem bezradnie. Nie wiedziałem, co się z nim dzieje. Zachowywał się ostatnio, jakby zupełnie postradał rozum. Bałem się go- Kenny... Z kim rozmawiałeś?- zapytałem, siląc się na spokojny ton.
-Nie twój zasrany interes!- odparł z wściekłością, zaczesując włosy do tyłu. Zaczął krążyć po pomieszczeniu, jakby nie mógł ustać w jednym miejscu- Na co się gapisz? Nie masz lepszych zajęć?!
-Kenny, na co brakuje ci pieniędzy?- zapytałem po raz kolejny, starając się ukryć zdenerwowanie. Zazwyczaj kiedy wracałem od razu zamykałem się w swoim pokoju i potrafiłem tam siedzieć prawie do wieczora, bez jedzenia i picia. Nie chciałem mu wchodzić w drogę.
-Na wszystko! Na wszystko, kurwa, nie widzisz?! Nie mamy nic! Nic!- wrzeszczał rozjuszony, nie przestając chodzić w tę i z powrotem- Nie płacimy czynszu od kilku miesięcy! Wywalą nas stąd! Wylądujemy na ulicy!
Wpatrywałem się w niego bez zrozumienia.
-O czym ty mówisz, Kenny...?- zapytałem niepewnie- Przecież oddałem ci całą swoją pensję, powiedziałeś, że zapłacisz za mieszkanie...
-Kupiłem co innego- odparł wymijająco.
-Co konkretnie?
-Wszystko, nie widzisz?!- krzyknął ponownie, najwyraźniej rozzłoszczony moimi pytaniami. Podszedł do lodówki i otworzył ją na oścież. Była niemalże pusta- Jedzenie, picie, wszystko!- trzasnął jej drzwiczkami z całej siły- Mieliśmy zdychać z głodu?!
-Przecież pracujesz...- zauważyłem ostrożnie- Ja też. Obaj dostajemy pensję, nie wysokie, ale jednak... Robiliśmy wyliczenia i wyszło, że powinno starczyć na opłaty, pamiętasz...?
-Wyliczenia, wyliczenia!- syknął wściekle Kenny, łapiąc się za głowę- Nie mogę cię słuchać i tych twoich bzdur! Jesteś dokładnie taki, jak nasi starzy! Oni i te ich wyliczenia! Szkoda, że nie wyszło im z nich, że wyjadą i roztrzaskają się w drodze powrotnej!
-Kenny, co ty mówisz...?- rzuciłem, wpatrując się w niego z obawą- Przecież rodzice zginęli w wypadku. Nie mogli tego przewidzieć.
-Ale mogli nam coś zostawić! Cokolwiek!
-Przecież zapisali nam wszystkie swoje oszczędności...
-Wszystkie swoje oszczędności!- parsknął z niedowierzaniem, śmiejąc się szaleńczo- Mówisz o tych groszach?! Kilka tysięcy! Co to jest kilka tysięcy! A tak opowiadali o tym, że mają tyle, żeby zagwarantować nam bezpieczną przyszłość! Żeby zapłacić za twoje studia! Widzisz?! Kłamali, jak zawsze!- stwierdził, zatrzymując się wreszcie i wpatrując we mnie gniewnie- I co ci z tego przyszło, co?- zapytał, uśmiechając się z goryczą- Co ci przyszło z bycia synkiem mamusi i tatusia...? Dowiedzieli się, że jesteś pedałem i to wystarczyło, żebyś spadł z piedestału... Chcieli sobie wychować idealnego syna, nie obchodziliśmy ich!
Milczałem, wpatrując się w niego z uwagą. Chciałem sobie wmówić, że opowiada to wszystko dlatego, że jest zdenerwowany, ale miałem wrażenie, że w jego słowach tkwi krztyna prawdy. Nie było jednak sensu chowanie żalu do kogoś, kto nie żył. Rodzice popełnili pewne błędy, ale oskarżanie ich o to teraz, gdy nie było już szansy na poprawę, nie było potrzebne.
-Ale wciąż mamy te pieniądze, prawda...?- dopytałem, nie odrywając od niego badawczego spojrzenia. Umówiliśmy się, że spadek zostawimy na cięższy czas, w razie, gdyby stało się coś złego albo niespodziewanego.
Kenny zmieszał się wyraźnie.
-Oczywiście, że mamy...- odparł, nawet na mnie nie patrząc.
Jego zapewnienie nie zabrzmiało zbyt przekonująco. Miałem złe przeczucia.
-A gdzie one są?
Kenny nie odpowiadał, usilnie wpatrując się w posadzkę.
-Kenny...?
-Po co ci to wiedzieć, co?!- wrzasnął nagle, zupełnie niespodziewanie, a ja podskoczyłem ze strachu- Może są, a może ich nie ma! To były nędzne grosze! Nędzne grosze, rozumiesz?! Nic nie warte!- rąbnął w stół z taką siłą, że też zachwiał się gwałtownie. Cofnąłem się o kilka kroków- Nic nie warte...- powtórzył już znacznie ciszej, przymykając powieki. Jego wargi zadrżały od powstrzymywanego płaczu. Sprawiał wrażenie zupełnie rozbitego, pogubionego. Chciałem mu pomóc. Chciałem, a jednocześnie nie potrafiłem.
-Masz problemy, prawda...?- zawsze jakieś miał. Nawet gdy żyli rodzice. Już wtedy wpadł w złe towarzystwo. Nie raz lądowali przez niego na komisariacie po tym, jak złapali go zalanego w trupa albo się z kimś pobił. Teraz wcale nie było lepiej. On po prostu był dorosły, więc nie wiedziałem o wszystkich jego wyskokach, ale czasem do domu wydzwaniali jego znajomi, a on znikał na całe noce, a nawet na kilka dni, a później wracał jak gdyby nic, w dobrym humorze, który znikał jednak wyjątkowo szybko. Przeczuwałem, że to coś o wiele poważniejszego niż do tej pory- Kenny, bierzesz narkotyki?- rzuciłem otwarcie, widząc, że nie skłania się do odpowiedzi na moje wcześniejsze pytanie- Jesteś uzależniony?
-Może biorę, a może nie, to nie twoja sprawa- odparł niechętnie.
-Moja, dopóki wynosisz z domu pieniądze, które powinny iść na czynsz...- odparłem, ponownie wycofując się nieco- Kenny, nie możesz tego robić. Dobrze wiesz, że potrzebujemy pieniędzy... Masz poważny problem, powinieneś...
-Tak, mam problem- syknął z wściekłością- Z tobą. Gdyby ciebie tu nie było, byłoby mi dużo łatwiej.
Nie pierwszy raz mi to mówił. Słyszałem to niemalże zawsze, gdy był w podobnym stanie. Nie chciałem się z nim kłócić ani spierać, to nigdy nie przynosiło rezultatów.
-Kenny...- zacząłem po raz kolejny łagodnie- Ktoś powinien ci pomóc. Są przecież różne poradnie, ośrodki, kliniki...
-Tego właśnie byś chciał, co?!- rzucił z poirytowaniem- Żeby zamknęli mnie w domu wariatów i żebyś mógł robić, co tylko ci się żywnie podoba! Nie ma mowy! Nie pozwolę ci na to! To ty powinieneś się stąd wynosić! Nie robisz niczego pożytecznego!
-Przecież pracuję.
-Taaak!- krzyknął z politowaniem- Pracujesz! Dobre sobie, ty i twoja nędzna pensja, z której i tak na nic nie starcza... Jak zwykle to ja muszę się wszystkim zajmować... A może po prostu nie dajesz mi wszystkiego, co zarabiasz, co?- zapytał nagle, podchodząc do mnie powoli. Znieruchomiałem, nie będąc pewnym, czy już powinienem przerwać tą rozmowę i odejść, czy jeszcze mam wszystko pod jako taką kontrolą- Może odkładasz sobie to i owo...? Może chowasz w swoim pokoju...? Masz jakieś oszczędności? Odpowiadaj!- wrzasnął nagle.
-Dobrze wiesz, że dałem ci wszystko- odparłem zgodnie z prawdą.
-Nie, nie, chowasz coś przede mną, a ja potrzebuję pieniędzy... Potrzebuję ich, rozumiesz?!- warknął ze złością, a ja zagryzłem nerwowo wargę- Daj mi wszystko, co masz.
-Dałem. Nie mam już nic więcej- starałem się go przekonać, ale on zachowywał się tak, jakby zupełnie zwariował.
-Kłamiesz! Wiem dobrze, że kłamiesz! Oddasz mi te pieniądze teraz albo sam ci je wszystkie zabiorę!- krzyknął, chwytając za kuchenny nóż.
Cofnąłem się, przerażony, mając nadzieję, że to nic poważnego, że to nic więcej, jak tylko słowa, ale on nie wyglądał na kogoś, kto żartuje. Podszedł do mnie, a ja zacząłem uciekać. Ruszył w ślad za mną. W ostatniej chwili wpadłem do swojego pokoju i zamknąłem drzwi na klucz, a on uderzył w nie z całą mocą.
-Wyłaź stamtąd! Wyłaź, do kurwy nędzy!- wrzeszczał, ale stopniowo w jego głosie nie słychać już było złości ani agresji. Bardziej rozgoryczenie i rozpacz- Wyłaź albo cię zabiję, rozumiesz?! Rozumiesz, co do ciebie mówię, Joe?! Zabiję cię!
Milczałem, opierając się o drzwi i oddychając płytko. Nie chciałem się w to włączać. Było zupełnie tak jak wtedy, gdy kłócił się z rodzicami. Też zamykałem się i udawałem, że nic nie słyszę. Tak było łatwiej. Tak było dużo łatwiej.
W pewnym momencie odszedł, zawodząc głośno.
… Nie potrafiłem mu pomóc. 


Kolejny poranek wyglądał dla mnie jeszcze gorzej niż wszystkie poprzednie. Nie czułem ulgi. Nie czułem niczego. Wczorajszy wieczór mnie nie przełamał. Nie sprawił, że zacząłem patrzeć na to wszystko inaczej, wbrew temu, co mi mówiono. Nie zmienił niczego. Niczego w moim światopoglądzie, w moim punkcie widzenia. Jedyne, co zmienił, to mój stosunek do samego siebie. Podniosłem się powoli z łóżka, czując przeszywający ból. Ból, który z każdym moim ruchem przypominał mi o tym, co się wydarzyło.
Ruszyłem powolnym krokiem do łazienki. Kuśtykałem niemalże, nie będąc w stanie iść normalnie. Całe moje ciało zdawało się w tym momencie krzyczeć, jakby nie chciało pozwolić zapomnieć mi o tym, co się wydarzyło. Nie mogłem zapomnieć. Nie mogłem potraktować tego, jako coś normalnego.
Znowu mimo tego, że spałem bardzo długo, czułem się zmęczony i wyczerpany. Nie było we mnie ani krztyny życia. Sen nie przynosił już ani ulgi, ani ukojenia. Przywracał wspomnienia. Zastanawiałem się, co się działo teraz z Kenny'm. Czy w ogóle jeszcze żył. Czy mieszkał wciąż w naszym mieszkaniu, czy stoczył się zupełnie. Nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia. Wszystko toczyło się wtedy tak szybko... Wtedy nie wiedziałem, jak mu pomóc. Teraz nie wiem, jak mógłbym pomóc samemu sobie. Za każdym razem, gdy rozpalał się we mnie wątły płomyczek nadziei na to, że może uda mi się stąd uwolnić, przypominały mi się słowa Thomasa. Stąd nie ma ucieczki.
Stanąłem przed lustrem i spojrzałem na siebie, ale szybko odwróciłem wzrok. Nienawidziłem swojej twarzy. Nienawidziłem całego siebie i tego wszystkiego, co się ze mną działo. Mogłem się usprawiedliwiać. Mogłem sobie wmawiać, że to wszystko przez to, że byłem do tego zmuszony, ale przecież nie musiałem tego robić. Nie musiałem z nim iść na górę, nie musiałem z nim uprawiać seksu... Ale jestem tchórzem. Ale dałem się przekonać. Wmówić sobie, że to naprawdę może być normalne, naturalne, mimo tego, że od początku wcale w to nie wierzyłem.
A teraz wstydzę się sobie spojrzeć w oczy. Zbiera mi się na płacz za każdym razem, kiedy myślę o tym, co się stało. Karmię się zachłannie kłamstwami wszystkich dookoła i chcę w nie wierzyć, ale w rzeczywistości wierzę jedynie w swoją chęć wiary i nic innego. Nikt tutaj nie ma racji. Nikt nie wie, co czuję. Nikt nie ma nic wspólnego z człowiekiem. Nikt. Oni potrafią jedynie sączyć swoje kłamstwa, w które sami dawno temu uwierzyli. Uwierzyli, że skoro nikt nie robi im krzywdy, skoro mają dach nad głową, jedzenie i używki, wszystko jest w porządku. Nie było. Wybór mniejszego zła nie jest dobrem. O ile to zło można było nazwać mniejszym.
Wszedłem pod prysznic i myłem się długo, jakbym naiwnie liczył na to, że ślady tego, co się wydarzyło, może zmyć woda. Z chwili na chwilę czułem się jednak coraz gorzej.
Nie chciałem istnieć.
Czy niechęć istnienia jest tym samym, co chęć śmierci...?
Czy ja chciałem śmierci? Chciałem się zabić...?
Nie wiedziałem. Nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na to pytanie. W obliczu tego, co się tutaj działo, śmierć wydawała się być łatwa. Wydawała się być doskonałym rozwiązaniem, ucieczką, drogą, z której nikt mnie nie zawróci, nie przywoła do twardej rzeczywistości... Samobójcy trafiają od razu do piekła. Tak mówił mój ojciec. Mówił, że nie zasługują na to, by znaleźć się w obliczu Boga. Ale czymże było piekło wobec tego miejsca, w którym się teraz znalazłem...?
Nie... Nie chcę umierać. Boję się śmierci.
Boję się wszystkiego.
Muszę tu być, muszę żyć pośród tych wszystkich ludzi, o ile rzeczywiście jeszcze byli ludźmi i muszę powoli stawać się taki, jak oni. Nie ma od tego żadnej innej drogi ucieczki. Nic innego nie mogę zrobić. Nie wiem nawet, komu mam ufać. Red? Wiem dobrze, że kłamie. W jego słowach nie ma ani odrobiny szczerości, niezależnie od tego, jak bardzo przekonująco brzmi, nawet w nim samym nie ma wiary w to, co mówi. Więc po co...? Dlaczego to robi? Żeby mi pomóc? Żeby wymuszać na mnie stopniowo zmianę, przystosowywać mnie? A jeżeli tak, to po raz kolejny pytam: po co? Dla mnie? Dla siebie? Dla innych? Jaki ma w tym wszystkim cel? Nie rozumiałem.
Fenicio? Fenicio wydawał się szczery. Niesamowicie szczery, momentami wręcz obcesowy. Okrutny. Pozbawiony skrupułów. Ale wcale nie jestem pewien, czy jego szczerość ma cokolwiek wspólnego z prawdą. Czy nie powtarza po prostu wciąż tych kłamstw, które wmówił sobie kiedyś i uznał je za rzeczywistość. Czy nie tonął we własnych złudzeniach, jak wszyscy tutaj, uznając, że to, co robi, stanowi szczyt jego możliwości i priorytetów.
Keisy? Miałem ufać komuś, kto trzy razy próbował sobie odebrać życie, jednocześnie usilnie twierdząc, że to miejsce jest doskonałe i cieszy się, że tu jest? Komuś, kto żył w fikcyjnym związku, opartym na fałszu? Komuś, kto potrzebował złudzeń równie mocno jak ja i chciał wierzyć, że pewnego dnia mogą stać się prawdą?
Bello też nie był odpowiednią osobą. Pomagał Keisy'emu, ale co z tego? Czy naprawdę go kochał? Nie wierzyłem w to. Nie wierzyłem też, by on sam tak sądził. Chciał mu pomóc. Chwalebne. Nie, wcale nie. Pozbawione sensu, bo złudzenia nie są żadnym lekarstwem, są jak środki przeciwbólowe, które działają przez chwilę, ale ból zaraz wraca. Bello nie mógł mu tak naprawdę pomóc, bo problem Keisy'ego tkwił w czymś zupełnie innym. Nie w samotności. W tym miejscu. W tym budynku. W tym bagnie, które uznał za swój dom i w tym, co robił, nie przestając sobie wmawiać, że jest szczęśliwy, chociaż jego wymuszony uśmiech rodził się pośród krwi i bólu.
Żaden z nich nie miał w sobie prawdy. Żaden z nich nie żył tak naprawdę. Oni po prostu istnieli. Funkcjonowali. Jak maszyny. Doskonałe maszyny...
Nie pasowałem do nich. Nie pasowałem tutaj.
Nadal nie pasuję.
A może jednak jest inaczej...? Może to, co wczoraj zrobiłem, naznaczyło mnie jako jednego z nich...? Może było tylko początkiem mojej przemiany. Może za jakiś czas nie będę już pamiętał o swoich wątpliwościach... Może się dostosuję. Może. Może, może, może... Niczego nie byłem już pewien. Sam nie wiedziałem, co jest gorsze. Życie tutaj ze świadomością tego, jak skonstruowany jest świat do którego trafiłem i nieustanne cierpienie, czy raczej apatia, potraktowanie wszystkiego jako standardu, normy, do której stopniowo przywyknę. Nie wiedziałem, co jest dla mnie lepsze. Każda z tych opcji wydawała się być równie okrutna i pozbawiona sensu.
Nie zostałem w swojej sypialni. Ubrałem się szybko i wyszedłem. Nie chciałem. To pomieszczenie przypominało mi o wszystkim, co się tutaj wydarzyło. Przywoływało myśli i doprowadzało do szaleństwa. Wolałem zejść na dół. Wybrać świadomie towarzystwo klaunów, ślepo wierzących, że odtwarzany przez nich spektakl jest prawdą. Wolałem na nich patrzeć i nie rozumieć. Wolałem ich słuchać i nie przyjmować ich obietnic do świadomości. Wolałem skupić się na nich i zapomnieć o sobie. Przez chwilę poczuć się tak, jakby wcale mnie tutaj nie było. Jakby wszystko było normalne.
… Normalne.
Nie zdziwiłem się, widząc Fenicia na tym samym miejscu, co zwykle. Widziałem w tym coś na kształt rutyny, oczywistego obowiązku. Pewnie gdybym go zapytał, on sam nie potrafiłby odpowiedzieć, dlaczego jest tu każdego ranka, dlaczego robi dokładnie to samo, dlaczego ciekawym wzrokiem omiata całą salę, wybierając tych, których chce zaczepić. Ale był. Ale ciągle istniał.
-Cissy...- uśmiechnął się szeroko na mój widok. Dokładnie tak jak zawsze. Dokładnie tak jak zawsze...- Już myślałem, że ominie cię dzisiejsza zabawa! Jak się ma nasz ukochany Red...? Był w ogóle u ciebie...?
Nie odpowiedziałem. Czułem się otępiały i zniechęcony do wszystkiego. Nawet nie starałem się dostrzec, kto jeszcze siedzi przy barze. Zauważyłem tylko, że stał za nim jakiś mężczyzna, którego nie znałem. Nie było Thomasa.
-Gdzie Thomas...?- zapytałem cicho, bez zrozumienia. Jeden element doskonałej układanki nie pasował. Coś się zmieniło. Tylko tyle dochodziło do mojego skołatanego umysłu.
Fenicio chwycił mnie za biodra i ściągnął sobie na kolana. Syknąłem z bólu.
-Proszę, proszę, nasz mały Cissy bawi się lepiej, niż się spodziewałem!- skomentował z rozbawieniem, a ja przesiadłem się na miejsce obok, nawet na niego nie patrząc- Nie użyłeś nawilżacza...? Radzę o to zadbać, widziałem już jak wygląda dupa po przejściach... Nie którzy nie zdążają do toalety...- dodał, chichocąc wesoło- Co z tobą, Cissy?- szturchnął mnie lekko w ramię, a gdy nie zareagowałem, skrzywił się niechętnie- Ty też masz dzisiaj zły humor...? Słowo daję, nie wiem, co się z wami dzieje... Park sztywnych, czy jak?
-Gdzie Thomas?- powtórzyłem jedynie. Nie miałem pojęcia, dlaczego o to pytam. Chciałem wiedzieć. Po prostu.
-To chyba nie twój interes, co?- mruknął stojący za barem mężczyzna, zerkając na mnie z ukosa.
-Thomas jest ze swoją rodzinką- poinformował mnie Fenicio, gestem dłoni zamawiając dokładkę tego, co właśnie skończył pić- Z żoną, dzieciakami...- uśmiechnął się przewrotnie, a ja spojrzałem na niego bez zrozumienia- Musiał się za nimi stęsknić. Pewnie nie będzie go przez kilka dni... Tak tu pracują.
-Ma żonę...?- nie potrafiłem w to uwierzyć- I dzieci...?
Człowiek, który pracował w takim miejscu... To było dla mnie niemalże niewyobrażalne. Wracał do nich tak po prostu, widząc na co dzień te wszystkie okropieństwa i żył zupełnie normalnie...? Jak?
-I żonę, i dzieci!- potwierdził Fenicio, chichocąc cicho.
-Wiedzą... Wiedzą o tym, gdzie pracuje...?- zapytałem, wpatrując się w niego z uwagą.
-Jasne, że wiedzą- odparł, wzruszywszy ramionami i uśmiechnął się krzywo- Żoneczka wie, że ma męża ekonomistę, a dzieciaki tatusia księgowego... Wszystko się zgadza. Oczywiście pracuje daleko od domu, żeby zarobić na ich utrzymanie, więc często go nie ma, ale jak już wraca, pewnie wszyscy strasznie się cieszą... Jak sądzisz, Cissy...?- rzucił, spoglądając na mnie z rozbawieniem. Spuściłem wzrok- Widzisz, Cissy, to już takie czasy... Więcej zarobisz na dupie niż uczciwej pracy... Gdyby tak nie było, wszyscy mielibyśmy dawno lepsze zajęcia.
Milczałem przez dłuższą chwilę, starając się to wszystko zrozumieć. Więc Thomas okłamywał swoją rodzinę. Więc udawał, że wiedzie normalne życie, chociaż wcale tak nie było. Gdyby się dowiedzieli, pewnie wszystko by się zmieniło. Pewnie wszystko, co kochał, ległoby w gruzach. A może nie...? A może w gruncie rzeczy nie liczyło się to, gdzie pracował, ale to, ile zarabiał...? A może on nie kochał już niczego, więc niczego też nie miał do stracenia? Może po prostu udawał, starał się funkcjonować ze świadomością tego wszystkiego, ale mu nie wychodziło. Ciekawe... Ciekawiło mnie to. Jak wygląda jego rodzina. Jak wygląda jego życie. Jest spokojne? Normalne? Odprowadza dzieci do szkoły i robi wszystko dla swojej żony? Ona go kocha? Zrobiłaby dla niego wszystko? Gotowa do wszelkich wyrzeczeń i rezygnacji z luksusu za cenę ich szczęścia...? A może jest zupełnie inaczej. Może podobnie do tego, co ja pamiętam. Może siedzą czasem razem z żoną i w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Może odwracają wzrok, gdy tylko ich oczy się spotkają. Może ich dzieci patrzą na to wszystko i nie rozumieją, a oni sami też tego nie rozumieją, pogubieni we własnych kłamstwach i tajemnicach. Może to wszystko jest złudzeniem, iluzją. Normalność jest iluzją. Hasłem rzucanym wtedy, gdy jest wygodne. Normalność nie istnieje.
-Skąd wiesz...?- zapytałem wreszcie po dłuższej chwili, ponownie przenosząc wzrok na Fenicia.
-Skąd...?- parsknął cicho, upijając łyka ze swojej szklanki- Z doświadczenia, Cissy.
-Pytam o to, skąd wiesz o Thomasie- sprostowałem.
-Mówił mi kiedyś to i owo... A poza tym, ja utrzymuję dobre kontakty ze wszystkimi moimi chłopcami...- dodał, spoglądając na barmana i uśmiechając się do niego lubieżnie. Mężczyzna również odpowiedział uśmiechem, nie wypowiadając jednak ani słowa- I to jest właśnie grunt do sprawdzonych informacji, Cissy...
-Policja tutaj nie przychodzi?- zapytałem nagle. Sam nie wiem, dlaczego przyszło mi to do głowy. Ledwie wypowiedziałem te słowa, a sam poczułem, jak bardzo są banalne i naiwne.
-Wszyscy tu przychodzą- Fenicio wzruszył ramionami, zupełnie tak, jakby naprawdę nie wiedział, o co pytałem, po czym nachylił się w moim kierunku i szepnął mi do ucha- Lubisz zabawy policyjną pałką, Cissy...?
Barman łypnął na nas z zainteresowaniem.
-Nie to miałem na myśli...- odpowiedziałem niepewnie- Nie ma żadnych kontroli...? Niczego takiego...?
-Daj spokój, Cissy!- Fenicio zaśmiał się głośno i pokręcił głową, jakby z niedowierzaniem- Przecież każdy doskonale wie, co to za miejsce i co tu się wyrabia! Naprawdę liczysz na to, że komuś chce się ruszać dupę i coś z tym robić? Po co komu problemy! Mówiłem ci już, dziwka jest dziwką. To coś, z czego się nie wychodzi. Jeżeli zlikwidowaliby to miejsce, zaraz powstałoby kolejne, na to nie ma rady i oni o tym wiedzą- stwierdził z pełnym przekonaniem- Gdyby było inaczej, już by działali... Nawet nie wiesz ilu stróżów prawa przyjąłem już pod swoje skrzydła... I pomiędzy swoje pośladki...- dodał, chichocąc z rozbawieniem- Sądzisz, że ktokolwiek z góry się o tym dowiedział...? Cóż za hańba spadłaby na policjanta-pedała, gdyby zechciał się przyznać... A zresztą, nie miałby w tym żadnego interesu. Takie miejsce jak to jest mu potrzebne. Może przyjść zawsze, gdy tylko żona mu nie wystarcza... A uwierz, że takim jak my, nie wystarcza- parsknął cichutko.
Więc naprawdę... Naprawdę nie było szansy...? Pamiętam, jak oglądałem kiedyś w telewizji relację na temat zatrzymania przez policjantów grupy odpowiedzialnej za handel ludźmi. Wtedy pomogli tym wszystkim kobietom. Więc może... Może był jakiś sposób... Może, może, może... Znowu to samo. Coraz bardziej zaczynałem się przekonywać do tego, że Fenicio miał rację. Nikt mnie tu nie znajdzie. Nikt mi nie pomoże. Nie ma nikogo, kto próbowałby mnie znaleźć.
Zerknąłem za siebie i dostrzegłem Keisy'ego, który zbliżał się do baru. Byłem przekonany, że gdy dostrzeże Fenicia odejdzie, ale on usiadł po mojej drugiej stronie, jak gdyby nigdy nic i uśmiechnął się do mnie. Nie rozumiałem tego. Wydawało mi się, że powinien go unikać i nie dawać mu możliwości zaczepki. Sprawiał wrażenie, jakby chciał udowodnić, że jest odważny, że jest sobie w stanie z tym wszystkim poradzić, że wcale się go nie boi, ale nie wychodziło mu. Drżał cały z przejęcia i każdy jego swobodniejszy ruch wydawał się być wypracowany i niemalże wymuszony. Bał się. Nie potrafił udźwignąć własnej słabości. Fenicio też to widział. Zauważyłem jak na jego wargi wstępuje leniwy, drwiący uśmieszek. Pił spokojnie, nawet nie spoglądając w stronę ciemnowłosego, ale już wiedziałem, że na tym się nie skończy. Wyglądał raczej jak drapieżnik, który stara się zwieść na chwilę swoją ofiarę, by zaraz zaatakować niespodziewanie z podwójną siłą.
-Cześć- przywitał się ze mną brunet, starając się najwyraźniej udawać, że nie dostrzega Fenicia. On z kolei przypominał ofiarę. Ofiarę, która świadomie pcha się w pułapkę, do końca naiwnie licząc na to, że da sobie radę z kimś o wiele silniejszym.
-Cześć- odpowiedziałem cicho.
-Źle wyglądasz- ocenił, wpatrując się we mnie z uwagą- Wszystko w porządku? Rozmawiałem z Bello i mówił mi, że...- ściszył głos- … że już zacząłeś. To dobrze. Teraz pewnie jest ci łatwiej, co?
Uśmiechnąłem się jedynie niepewnie z nutką goryczy. Nie. Nie było. Ani trochę.
-Będzie jeszcze lepiej- stwierdził, uśmiechając się wesoło, chociaż nie sprawiał wrażenie rzeczywiście radosnego- Zobaczysz. Zaraz zaczniesz się przyzwyczajać i wszystko się zmieni... Henry... Mógłbyś mi czegoś nalać...?- rzucił nieśmiało w kierunku barmana, który posłał mu wyjątkowo lekceważące spojrzenie, ale rzeczywiście, już po chwili podał mu drinka. Keisy sięgnął po niego, raz jeszcze uśmiechając się do mnie. W momencie, gdy chwytał szklankę, rękaw jego bluzki podwinął się nieco, ukazując kilka głębokich, ciemnoczerwonych szram pokrywających okolice jego nadgarstka.
Wzdrygnąłem się mimowolnie, nie będąc w stanie oderwać od nich wzroku.
To była właśnie cena za przystosowanie się...?
Ciemnowłosy dostrzegł najwyraźniej moje spojrzenie, bo odłożył szklankę i rzucił pogodnym tonem:
-Chcesz zobaczyć?- znieruchomiałem, wpatrując się w niego nieco niepewnie, a on podwinął bardziej rękaw swojej bluzki, ukazując mi kilkadziesiąt śladów i blizn, niektóre były dawno zagojone, inne sprawiały wrażenie dosyć świeżych- Robiłem je kiedyś żyletkami- poinformował mnie bez żadnych oporów- Dawno, kiedy byłem nieszczęśliwy. I nie mam powodów do wstydu- dodał nieco głośniej, a ja doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że były to słowa skierowane do Fenicia- Już ich nie robię. Teraz jest w porządku.
-Nie robisz...?- pełen okrutnego rozbawienia głos Fenicia sprawił, że zamarłem w bezruchu i niemalże skuliłem się w sobie, jakby mówił do mnie, a nie do Keisy'ego- Zabawne... Jak na ślady sprzed kilku miesięcy niektóre wyglądają całkiem wyraźnie... A nawet krwawią...
-Nieprawda- Keisy spłoszył się natychmiast, naciągając z powrotem rękaw.
-Nie radzę... Kiedy zaschnięta krew zlepi się z ubraniem, rozbieranie się może być bardzo nieprzyjemne... Ale ty to chyba lubisz, co?- zapytał, parskając z politowaniem- Keisy, nasz mały masochista... Ale Bello nie przepada za takimi zabawami, prawda...?
-Już ich nie robię- powtórzył drżącym głosem brunet, odwracając na chwilę wzrok, po czym przemógł się najwyraźniej i znowu spojrzał na mnie, uśmiechając się wymuszenie.
-Dlaczego...?- zapytałem jedynie, wskazując na jego ręce i nie dokańczając nawet swojego pytania. Nie potrafiłem tego określić. Co miałem właściwie dodać? Dlaczego chciałeś się zabić? Dlaczego robiłeś sobie takie okropne rzeczy? Przecież wiedziałem. Dobrze wiedziałem...
-Tak wyszło- odpowiedział niepewnie, wzruszając ramionami, jakby to wszystko wyjaśniało- Kiedyś...- zawahał się wyraźnie- Kiedyś straciłem kogoś bliskiego i... I odreagowywałem.
-W tym miejscu...?
-Mhm...
-Byłeś z kimś oprócz Bella...?- zapytałem niemalże z niedowierzaniem, a on skinął głową, odwracając wstydliwie wzrok.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. W pierwszym odruchu chciałem zapytać, co właściwie się stało, ale odpowiedź zdawała się być oczywista. Popełnił samobójstwo. Ta myśl pojawiła się w mojej głowie od razu, zanim jeszcze dobrze zastanowiłem się nad jego słowami. W tym miejscu to zdawało się być jedynym wyjściem.
-Jego poprzedni kochaś był doprawdy zabawny...- odezwał się Fenicio, a ja Keisy posłał mu płochliwe spojrzenie- Wpadł na iście genialny pomysł i postanowił stąd uciec...- zachichotał, wyraźnie rozbawiony. Chłopak zaczął drżeć- Szkoda tylko, że nie pomyślał o paru dość istotnych kwestiach i znaleźli go zawieszonego na ogrodzeniu w malowniczej pozie... Przebiło go na wylot. Szef strasznie się wkurzył, bo sprzątanie tego ścierwa zajęło sporo czasu i zaczęli wpuszczać klientów dopiero po północy... Niezła afera, co, Keisy?- rzucił bez krztyny wrażliwości, wpatrując się w chłopaka z perfidnym uśmiechem.
Wargi Keisy'ego zadrżały lekko, a w jego oczach pojawiły się łzy.
-Tak- odparł jedynie głucho, uśmiechając się z trudem- Niezła afera...
Znowu zrobiło mi się go żal. Cały czas nie potrafiłem tego pojąć. Dlaczego? Dlaczego Fenicio to robił? Dlaczego traktował go w ten sposób? To nie były niewinne drwiny ani żarty. Doskonale wiedział, co się dzieje z Keisy'm i w jakim był w stanie, a mimo to, nie przestawał.
Nie wiem, ile czasu siedzieliśmy tam w zupełnym milczeniu, zanim przyszedł Bello. Objął delikatnie Keisy'ego i ucałował go w kark, po czym rzucił cicho:
-Co się stało...?
Chłopak uśmiechnął się przez łzy i pokręcił głową.
-Nic- odpowiedział z wymuszoną radością, chociaż w jego głosie wyraźnie słychać było wilgoć- Zupełnie nic... Pójdziemy teraz do ciebie?
-Tak... Tak, chodźmy- odparł chaotycznie Bello, czekając aż Keisy wstanie, po czym objął go ciasno ramieniem i przycisnął do siebie. Cały czas nie spuszczał wzroku z Fenicia, który jednak zupełnie go ignorował, spoglądając gdzieś przed siebie.
Miałem wrażenie, że powinien coś wreszcie zrobić, zareagować jakoś. W końcu był z nim... Wszystkie upomnienia, które dawał mężczyźnie, wydawały się brzmieć idiotycznie łagodnie. Nie rozumiałem, dlaczego w ogóle zostawiał Keisy'ego samego. Dlaczego dawał mu powody do myślenia, że może sobie poradzić z kimś takim jak Fenicio. Nie mógł. Nie miał szans.
Odeszli obaj, a ja powiodłem za nimi niepewnym spojrzeniem.
Może Red traktuje mnie dokładnie tak samo...? Może stanowimy razem ich karykaturalne odbicie? Może przychodzi każdego wieczora z litości i mami mnie swoimi słowami, licząc na to, że w pewnym momencie staną się dla mnie prawdziwe.
Ale on tu nawet nie przychodził. Nie rozmawiał ze mną przy wszystkich. Jakby się mnie wstydził. Odwracał wzrok, gdy na niego patrzyłem. Za dnia w ogóle dla niego nie istniałem.
-Dlaczego robisz to Keisy'emu?- zapytałem raz jeszcze. Jego wczorajsza odpowiedź wydawała się być niewystarczająca, sprawiała wrażenie wymówki, okrutnej wymówki, której nie mogłem i nie chciałem przyjąć.
-Po prostu, Cissy... Nienawidzę słabych ludzi...- stwierdził, jakby w zamyśleniu, dopijając swojego drinka, a następnie podniósł się powoli z miejsca, po czym nachylił się jeszcze nade mną i szepnął mi wprost do ucha, z rozbawieniem- Ale nie martw się... Ty masz u mnie szczególne względy.

Okrucieństwo Fenicia mnie przerażało. Nadal nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie, po co to wszystko robi. Przerażała mnie też naiwność Keisy'ego. Jego usilna wiara w to, że może sobie z nim poradzić, chociaż nie miał na to najmniejszej szansy. Fenicio miał rację. Keisy był słaby. Ja też taki byłem. Więc dlaczego traktował mnie inaczej, znęcając się nad nim jednocześnie w tak podły sposób?
Wieczorem zszedłem na dół, do sali. Nie zostałem u siebie, nie wiem dlaczego, nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Czułem strach. Cały czas słyszałem w swojej głowie słowa Red: „będziesz musiał zając się robotą ustną”... Słowa, które nadal wywoływały we mnie gorycz i paliły do żywego. Sala była pełna gości. Pełna klientów, rozbawionych, zajętych sobą, zupełnie tak jak zwykle, w dobrych nastrojach... Łudziłem się, że może uda mi się spotkać na swojej drodze kogoś, kto przypadnie mi do gustu, kto mi się spodoba, kto wyda mi się spokojny, opanowany, z kim będzie łatwiej... Głupia naiwność. Nie było nikogo takiego. Twarze mężczyzn, których mijałem, wydawały mi się obrzydliwe, odpychające, budzące przerażenie... Unikałem ich wzroku.
Chciałem wrócić do siebie, a jednocześnie miałem w sobie poczucie, że muszę to zrobić. Muszę kogoś znaleźć i muszę zachować się tak, jak zachować się powinienem. Żeby żyć. Żeby po raz kolejny znaleźć się później u boku Red, chłonąc każdą odrobinę jego czułości i zasypiając w jego ramionach. Każdy człowiek potrzebuje jakiegoś celu w swoim działaniu, a tutaj nic nie miało sensu. Dlatego zupełnie nieoczekiwanie, to właśnie stało się moim celem. Jego bliskość. Jego dotyk. Wyimaginowana miłość, której wcale pomiędzy nami nie było.
Odetchnąłem płytko, zatrzymując się nagle na środku sali, jakbym nie wiedział, dokąd właściwie mam iść. Rozglądałem się dookoła spłoszonym wzrokiem. Chciałbym go teraz zobaczyć... Chciałbym móc do niego podejść i chociażby zapytać, co właściwie powinienem robić...
-Wszystko okej, Cissy?- Keisy stanął tuż przede mną i spojrzał na mnie z wyraźną troską. On wyglądał już znacznie lepiej niż wtedy, gdy widziałem go po raz ostatni.
-Nie... Nie do końca...- zadrżałem mimowolnie, przeczesując włosy palcami i westchnąłem głęboko- A ty... Ty szukasz Bella...?
-Nie- odparł, a jego głos zabrzmiał dla mnie smutno, po czym pokręcił głową- Teraz... Teraz kogoś innego... Ty też?
Pokiwałem głową. Miałem wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z klatki piersiowej. W tym momencie zdecydowałbym się chyba na wszystko, nawet na to, żeby zaprowadził mnie do kogoś i sam wskazał mi, z kim mam to zrobić. Chciałem po prostu mieć to za sobą. Jeden raz i koniec, jeden raz i koniec... Powtarzałem to sobie chaotycznie w myślach, ale te słowa nie niosły za sobą żadnej ulgi.
-Jeszcze nie przyjechało wielu... Jak trochę poczekasz, na pewno ktoś cię znajdzie- uśmiechnął się pocieszająco, a ja spuściłem wzrok, czując się kompletnie oszołomiony. Wolałbym, żeby nikt mnie nie znajdował- Fenicio jest na końcu sali- poinformował mnie- Widziałem go na kanapach, z jakimś facetem.
-Aha- odparłem tylko.
W tym momencie Fenicio nie interesował mnie ani trochę.
-Widziałeś może... Widziałeś Red?- zapytałem po chwili wahania, wpatrując się w niego pytająco.
-Red?- zdziwił się, po czym zamyślił się chwilę- To ten... Ten mężczyzna, który... No wiesz...- uśmiechnął się niepewnie- Ten, który... No... Ten z długimi, rudymi włosami?- dopytał wreszcie, a ja miałem wrażenie, że w pierwszym momencie zamierzał powiedzieć coś zupełnie innego. Skinąłem głową- Nie widuję go tu często- odpowiedział, wzruszając bezradnie ramionami- Dzisiaj też go nie widziałem.
-W porządku.
-Pójdę się rozejrzeć przy wejściu- dodał nagle, uśmiechając się wesoło- Pójdziesz ze mną?
-Nie, nie... Ja... Chyba muszę do toalety- uśmiechnąłem się wymuszenie w odpowiedzi i odszedłem, ruszając w kierunku wymienionego pomieszczenia.
Wszedłem do środka, a następnie zamknąłem się w jeden z kabin, po czym oparłem się plecami o jej drzwi i przymknąłem powieki. Rzeczywiście, na sali jeszcze nie było tłumów. Tutaj też było cicho, znacznie ciszej, niż zazwyczaj. Wiedziałem, że nie mogę tutaj siedzieć całego wieczoru, ale teraz, za zamkniętymi drzwiami, czułem się całkowicie bezpieczny.
Nie wiem, ile minut tam spędziłem, ale gdy w końcu wyszedłem, zauważyłem mężczyznę, który stał przy jednym ze zlewów i mył ręce. Zamarłem na chwilę w bezruchu, po czym przełamałem się w końcu i ruszyłem powoli do przodu. Zatrzymałem się przy lustrze i spojrzałem w swoje odbicie. Czułem na sobie jego wzrok. Przez krótką chwilę nie byłem pewien, czy aby na pewno jest klientem, ale gdy zerknąłem na niego ukradkiem, stwierdziłem, że chyba tak. Nie wiedziałem, po czym właściwie to poznaję, ale rzeczywiście widać było różnicę. Ubierał się inaczej niż większość mężczyzn tutaj i w samym jego zachowaniu też było coś zupełnie innego.
-Cześć- uśmiechnął się do mnie lekko, zakręcając zlew i wyłapując moje spojrzenie. Zaczerwieniłem się odruchowo i odwróciłem wzrok. Po chwili podszedł do mnie i chwycił lekko moją twarz, odwracając ją w swoim kierunku i przyglądając mi się z uwagą- Przystojny jesteś- ocenił.
-Dziękuję- szepnąłem niepewnie, chociaż jego słowa wcale nie zabrzmiały dla mnie jak komplement. Wprost przeciwnie.
-Może chciałbyś trochę zarobić?- zaproponował otwarcie. Ponownie ośmieliłem się, by na niego spojrzeć. Trudno było nazwać go atrakcyjnym, ale sprawiał zupełnie inne wrażenie, niż tamten facet, którego poznałem wczoraj.
-Ja... Hm... Nie mogę... To znaczy...- odetchnąłem płytko, nie mając pojęcia, jak to wyjaśnić- Chodzi o to, że... Przesadziłem ostatnim razem i...
-Obciągniesz mi?- zapytał nagle, wpatrując się we mnie pytająco.
Serce zabiło mi szybciej ze strachu.
-... Tak- odparłem w końcu, chociaż całe moje ciało zdawało się przeczyć temu, co powiedziałem. W obronnym odruchu, wczepiłem się dłońmi w zlew, jakby chciał mi coś zrobić albo ciągnąć mnie na siłę.
-Tutaj?- dopytał, otwierając jedną z kabin.
-Tak, tutaj- odpowiedziałem mechanicznie.
Uniósł brwi i uśmiechnął się do mnie zachęcająco. Całą siłą woli zmusiłem się, by do niego podejść i zamknąć za nami drzwi. Wokół było zupełnie cicho.
-Chyba powinieneś klęknąć- zauważył z cieniem rozbawienia.
-Przepraszam- rzuciłem chaotycznie, starając się w ogóle nie patrzeć na jego twarz i uklęknąłem przed nim.
Rozpiął szybkim ruchem spodnie, a następnie zsunął z siebie bieliznę i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. Chwyciłem jego męskość w dłoń i zacząłem ją stymulować powolnymi, niepewnymi ruchami, starając się opanować przejmujący mnie całkowicie strach.
-Nie tak... Ustami, kochanie, ustami...- poinstruował mnie, wzdychając głęboko i chrapliwie.
Przełknąłem głośno ślinę, po czym przysunąłem się do niego bliżej i wziąłem jego członek pomiędzy wargi. Zacząłem go ssać, czując obrzydzenie do samego siebie. Starałem się to robić w miarę szybko, ale cały czas gubiłem rytm, zatrzymywałem się mimowolnie, jakbym chciał się odsunąć, ale po chwili wahania, kontynuowałem. Słyszałem jęki i westchnienia stojącego przy mnie mężczyzny, modląc się w duchu, żeby już skończył. W pewnym momencie chwycił mnie za włosy i zaczął gwałtownie poruszać moją głową, nie zważając zupełnie na mój opór. Po chwili doszedł w moich ustach, a ja zakrztusiłem się gwałtownie, odsuwając od niego. Odruchowo uchyliłem klapę ubikacji i wyplułem nasienie do środka, krzywiąc się z obrzydzenia.
-Było miło- stwierdził, a ja nawet na niego nie spojrzałem, nie ruszając się z miejsca i czując, że zbiera mi się na wymioty. Poczułem, jak dotyka mnie w okolicach pośladków i podskoczyłem, odwracając się w jego stronę z przerażeniem- Spokojnie!- rzucił, śmiejąc się i unosząc dłonie w obronnym geście, a ja dopiero po chwili zorientowałem się, że wsunął banknot do tylnej kieszeni moich spodni- Należna zapłata- dodał, po czym wytarł się dokładnie, nie przestając się uśmiechać z zadowoleniem, a następnie zapiął spodnie i wyszedł.
Liczyłem na to, że będzie zupełnie inaczej, prościej niż wczoraj, ale nie było. Podniosłem się powoli na drżących nogach i wyszedłem z łazienki, a następnie ruszyłem powoli do pokoju, kompletnie osowiały. Koniec. Już koniec... Na dzisiaj, tylko na dzisiaj... Nie czułem ulgi. Nie czułem niczego, prócz rosnącego obrzydzenia i niechęci do samego siebie. Wciąż miałem w ustach nieprzyjemny posmak jego nasienia.
Gdy tylko znalazłem się w swojej sypialni, natychmiast przeszedłem do łazienki i zacząłem myć zęby. Zajęło mi to chyba kilkanaście minut, ale posmak wcale nie znikał. Nie czułem się też wcale lepiej. Przepłukałem raz jeszcze usta i położyłem się do łóżka. Miałem wrażenie, że w mojej głowie nie było zupełnie żadnych myśli, jakbym się zawiesił, otępiał zupełnie.
Gdy mój wzrok przyzwyczaił się do panującej się w pomieszczeniu ciemności, zacząłem wpatrywać się w zegar. Obserwowałem poruszające się leniwie wskazówki, odliczając kolejne godziny w oczekiwaniu na przybycie Red. W końcu straciłem rachubę i nie potrafiłem sobie nawet przypomnieć, o której dokładnie pojawiłem się w pokoju. W którymś momencie drzwi otworzyły się i wreszcie dostrzegłem w nich mężczyznę. Wyglądał dokładnie tak jak zwykle. Równie pięknie, z wyraźnym makijażem, ubrany w charakterystyczną szatę, tym razem lekko zielonkawą z dziwacznym wzorem. Bez słowa zamknął za sobą drzwi, a następnie położył się obok mnie.
-Piękny...- zaczął, a ja poczułem, że w oczach zbierają mi się łzy. Już wiedziałem, że coś jest nie tak. Nie chciałem, żeby do mnie mówił. Zawsze, gdy to robił, czułem się jeszcze gorzej- To nie wystarczy- stwierdził, a ja nie wytrzymałem i wybuchnąłem płaczem. Objął mnie delikatnie ramieniem- Musisz to robić częściej... To nie wystarczy. Przykro mi.
-Nie...- szepnąłem, łkając cicho- Nie, nie mogę... Mówiłem ci już, nie dam rady... Nie dam rady...
-Poradzisz sobie, Piękny. Wiem to.
-To nie ma sensu...- stwierdziłem, przymykając powieki- To w ogóle nie ma sensu...
-O czym ty mówisz?- zapytał bez zrozumienia.
-To nie ma sensu...- powtórzyłem po raz kolejny z otępieniem- Co to w ogóle zmieni...? Zrobię to, więc będę to robił każdego dnia... Błędne koło, to wszystko bez sensu, zupełnie bez sensu...
Poczułem, jak przytula mnie do siebie. Musnął delikatnie wargami moją skroń i zaczął mnie głaskać uspokajająco po plecach.
-Piękny...- szepnął melodyjnym głosem, a ja uchyliłem powieki i spojrzałem na niego pytająco. Uśmiechnął się do mnie łagodnie- Postaraj się o tym zapomnieć, gdy jesteś przy mnie. Będzie ci łatwiej.
-Nie wiem, czy jest sens zapominać- odpowiedziałem cichutko.
-Każdy potrzebuje miejsca, w którym czułby się bezpieczny i mógłby się oderwać od rzeczywistości... Kiedy będziemy razem, to będzie takie miejsce dla ciebie. Dla mnie.
-Dla ciebie też...?- dopytałem niepewnie.
-Tak- potwierdził, uśmiechając się ponownie- Tak, dla mnie też.
Wpatrywałem się w niego przez chwilę, po czym wtuliłem się w niego jeszcze bardziej. Nachylił się w moim kierunku tak, jakby chciał ucałować mnie w usta, ale uchyliłem się w ostatniej chwili i przycisnąłem twarz do jego szyi. Nie chciałem tego. Nie teraz. Nie po tym, co zrobiłem. Chyba zrozumiał. Musnął wargami moją głowę, nie mówiąc już nic więcej.
Zasypiałem w jego ramionach, żyjąc tą jedną chwilą. Wyobrażając sobie, że jestem gdzieś daleko, tylko z nim, tylko z Red. Że żadne z nas nie jest do niczego zmuszone, że wszystko jest normalne, naprawdę normalne... Że się kochamy. Tak naprawdę. Bez złudzeń.
Red miał rację. Jego ramiona były dla mnie azylem, który koił ból, a jednocześnie wzbudzał gorycz, dawał zapomnienie i okrutnie przypominał, dawał ulgę i wbrew wszystkiemu, obciążał serce.
A jednak...
A jednak w tej jednej, krótkiej chwili, która wydawała się być zaledwie snem...
… Był dla mnie wszystkim.

14 komentarzy:

  1. Ojej.. jestem pierwsza! xD no ale do rzeczy. Rozdział cudny (jak zawsze)^^ uwielbiam jak opisujesz emocje bohaterów.. Czuje się tak jakbym sama przezywała to co oni. Jestem mistrzem!
    Strasznie wkurza mnie to co Fenicio robi Keisy'emu... Fen jest okrutny! Uh jak on tak moze.. Ale i tak lubię ich obu xP Życze wena i czekam na koleine rozdziały pzdr! ;*

    ps. fajne ze dodałaś przed spodziewanym terminem. Wprost uwielbiam takie niespodzianki^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy12:53 AM

    Nie ukrywam, najbardziej lubię Fenicia, bo jest szczery i nie stara się żyć złudzeniami. Ale fakt, jest wredny, złośliwy i okrutny. Ale to fajna mieszanka.
    Przechodząc do rozdziału, to jak potrafisz ubrać myśli i uczucia w słowa, jest niepojęte.
    Uwielbiam to opowiadanie i jego bohaterów. Każdy z nich jest inny, ma inny charakter, ale wszyscy są ciekawi, fajnie się o nich czyta. Złośliwy realista Fenicio, litościwy i dobroduszny Bello, wrażliwy Keisy, tajemniczy Red i oczywiście biedny nieszczęśliwy Cissy ( spodobało mi się to imie dla niego :). Mam nadzieję że Cissiemu w końcu uda się uciec i wreszcie będzie szczęśliwy, może w ramionach Reda? ;)

    S.S

    OdpowiedzUsuń
  3. Za każdym razem, jak czytam kolejny rozdział tego opowiadania, to przeżywam tak silne emocje, że płaczę. Dziś podwójnie, ponieważ przypomniałam sobie 5 rozdział przed przeczytaniem tego. Wczuwam się we wszelkie odczucie Cissy i wiem, że koło tego chłopaka nie można przejść obojętnie. Koło żadnego z nich.
    Keisy, jest biedny, słaby i do tego dobijany przez Fenicia. Facet uczepił się chłopaka, jak rzep psiego ogona i dręczy go. Owszem ma z tego dobrą zabawę, ale jak przez niego Keisy coś sobie zrobi, to nadal będzie się bawił? Mimo tego lubię Fenicia.
    Red, dla mnie to kolejna postać zagadka. Jakie są jego prawdziwe uczucia, po co pomaga Joemu? Czy jest tylko dziwką szefa, czy kimś więcej? Itd. :D Tak, tak mam wiele pytań. Jak zawsze. :D

    Sama jestem ciekawa, co z Kennym. Może kiedyś przypadkiem bracia się spotkają. Smutne jest, to,jak Kenny nienawidził Joego.
    I miłą niespodzianką jest to, że wstawiłaś rozdział wcześniej. Zawsze rano, jak się budzę włączam kompa i czytam. Także dziś rozpoczęłam dzień z Twoim opowiadaniem. Oby wena była z Tobą. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. jak zwykle duża dawka emocji :) oh ..przyznam szczerze, że podoba mi się szorstka i okrutna rzeczywistość, którą pokazujesz. Bez absurdalnych wydziwnień, cukierkowych scen. Chyba najpełniej oddaje to Fenicia i to jak traktuje Keisy'ego. Jest to okrutne, co mnie osobiście oburza ale ..hmm to chyba taki sposób jego aby się bronić przed tym wszystkim co go spotyka. Bo chyba nie ma człowieka, który w pełni przystosował by się do takich warunków. To jest niemożliwe.. Od początku jest nam wpojone co znaczy ''sens'' życia i na pewno nie opiera się on na takich prawach jakie panują w burdelu. Każdy przyodziewa sztuczną maskę.
    A w tej masie okrucieństwa, kłamstwa i fałszu taki mały płomyk, który ..w zasadzie też nie wiadomo czy płonie prawdziwym czy sztucznym płomieniem - Red. Chyba że sztuka kłamstwa i manipulacji jest u niego na wysokim poziomie, bo ja sama do końca nie jestem pewna jakie ma zamiary wobec Cissy'ego.

    Ej ..nie studiujesz psychologi?:D sory jeśli to głupie pytanie ;)

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie studiuję w ogóle, robaczku xD. Jeszcze nawet matury nie mam xD. Ale fajnie by było, oby twoje pytanie okazało się proroczym. O ile istnieją prorocze pytania ;D.

    OdpowiedzUsuń
  6. O_o to ja się boje jak Ty będziesz pisać ..ech w moim wieku xD (matko jak to strasznie zabrzmiało! xD). Jeśli właśnie tam chcesz iść studiować to życzę powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy5:58 PM

    Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  8. A w jakim jesteś wieku, robaczku? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. czemu , robaczku?XD 23 ,zwierzaczku ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy1:05 AM

    Ah, takie smutne opowiadanie. A ja nie znoszę być smutna. Świetna interpretacja rzeczywistości i różnych postaw ludzkich w obliczu tak traumatycznego położenia. Oczywiście mam na myśli Fenicia, ale i pozostałych.

    I w ogóle to cieszę się, że to jednak nie jest środa, zawsze jakoś we wtorek zaczynam mieć obsesję, żeby zobaczyć u ciebie coś nowego. D.

    OdpowiedzUsuń
  11. Cudowne opowiadanie :) Świetnie opisujesz rozterki "Cissy" za każdym razem jak czytam AFY wczuwam się strasznie w sytuację bohatera i przeżywam z nim wiele emocji...
    hm... czy to było poprawne zdanie... nie ważne :P
    Czekam na więcej! twoje opowiadania są jak narkotyk :D

    OdpowiedzUsuń
  12. maruta11:03 PM

    aaaa, wreszcie moje ulubione opowiadanie, a ja taka spóźniona z czytaniem :(

    opowiadanie jak zwykle przejmujące - Fenicio jak zwykle zawzięty wobego Keisy'ego, wredota jedna; charakter ma paskudny, ale przynajmniej stawia sprawę jasno, a Keisy unikałby go, gdyby miał trochę więcej instynktu samozachowawczego; niestety nie ma i cóż, lezie do niego jak ćma do ognia, nie wierzy, że się sparzy. Bello jest bardzo nie fair wobec Keisy'ego - niby są razem, powinien go bronić stanowczo, a nie być tak pobłażliwym wobec Fenicia.
    Cissy krok za krokiem się stacza; pytanie, czy da sobie z tym radę i zacznie akceptować sytuację i przystosuje się, czy może w końcu znajdzie odwagę do przejścia na "drugą stronę tęczy". ciekawe jak by zareagował Red?

    to się rozpisałam...
    pozdrawiam, życzę weny na kolejny odcinek, mam nadzieję, że przy wakacjach znajdziesz czas na jeszcze jeden :) I Książę też byłby mile widziany - dawno go nie było :)

    no, wszystkiego dobrego...

    OdpowiedzUsuń
  13. Akemi2:19 PM

    Podpisuję się pod Kohaku (bursztyn? XD) Powinnaś wybrac psychologię, a skoro jeszcze nie masz matury... to wróżę Ci doprawdy fantastyczną przyszłość - przecież Ty piszesz lepiej, niż niejedna sławna na świecie pisarka czy pisarz! Heh, jesteś takim polskim Christopherem Paolinim XDD
    Joe.. Cissy zaczyna powoli przyzwyczajać się do tego wszystkiego i faktycznie on i Red sa odbiciem Bello i Keisy'ego... ten drugi odżywa, będąc z Bello, tak samo Cissy, kiedy "goście" wychodzą i nocą pojawia się Red.

    OdpowiedzUsuń