Strony

niedziela, 10 lipca 2011

6. Johnny się martwi

Johnny zaparkował przed domem Benny'ego i wysiadł z samochodu. Chciał się zatrzymać na podjeździe, ale stał na nim samochód rodziców jego przyjaciela. Szatyn zdziwił się nieco. Zazwyczaj o tej porze byli już w pracy.
Stanął przed drzwiami i zadzwonił dzwonkiem. Był ciekaw, jak poszła Benny'emu jego wczorajsza wizyta u Maicy. Zdziwił się trochę, że przyjaciel nic mu na ten temat nie napisał. On sam nie miał do tego głowy, ledwie wrócił do domu, a od razu wziął kąpiel, a później wskoczył do łóżka. Ale to zapewne oznaczało, że wszystko było w porządku. Benny chętniej dzielił się swoimi problemami niż opowiadał o dobrych rzeczach.
Johnny ziewnął szeroko, opierając się o futrynę. Miał zaskakująco dobry humor. Nie żeby na co dzień budził się zdołowany czy podminowany, ale dziś wprost tryskał entuzjazmem i radością. I chyba chodziło o Keitha. Zresztą, nie dało się ukryć, że Johnny miał powody do zadowolenia z siebie. Jeszcze większe niż zwykle. Miał wrażenie, że wreszcie zrobił coś dobrego i że może Keith zacznie na niego patrzeć chociaż troszeczkę inaczej. Problem w tym, że Johnny sam do końca nie wiedział, co dokładnie miał na celu. Raz cieszył się z tego, że może być coraz bliżej zwycięstwa, innym razem znowu zupełnie zapominał o tym całym wyzwaniu i myślał jedynie o tym, że jak tak dalej pójdzie uda mu się zaskarbić sobie sympatię Keitha. Nie starał się jednak nad tym zastanawiać, ani specjalnie tego analizować. Johnny wolał sobie nie zawracać sobie głowy wątpliwościami, bo i tak nie było według niego żadnego wyjścia z tej zagmatwanej sytuacji. Keith był bardzo w porządku i świetnie byłoby mieć w nim kumpla, ale z drugiej strony nie mógł sobie pozwolić na kolejne poniżenie. Szczególnie ze strony Erica. Dlatego ciągle jeszcze miał nadzieję, że w jego przypadku powiedzenie „zjeść ciastko i mieć ciastko” okaże się jak najbardziej prawdziwe.
W końcu po kilku minutach usłyszał wreszcie czyjeś kroki i chwilę później w drzwiach pojawił się Benny. Uśmiech Johnny'ego zrzedł odrobinę. Chłopak wyglądał jak trup i to było chyba najłagodniejsze określenie, jakie można było względem niego zastosować. Był blady, miał podkrążone, zaczerwienione oczy, rozczochrane włosy i był jeszcze w piżamie. Przez głowę Johnny'ego przemknęła myśl, że być może to skutki ich wczorajszej imprezy, ale doszedł do wniosku, że chyba jednak nie o to chodzi.
-Cześć- odezwał się odrobinę niepewnie.
-Hej- przywitał się z nim Benny, zachrypniętym głosem- Nie idę dzisiaj do szkoły... Jak widzisz...- uśmiechnął się wymuszenie- Przepraszam, że wczoraj nie zadzwoniłem ani nie napisałem... Jakoś... Jakoś nie miałem do tego głowy... A dopiero przed chwilą wstałem, no i... Sam rozumiesz...
-Co się właściwie stało?- zapytał Johnny, wpatrując się w niego z troską- Źle się czujesz?
Benny westchnął ciężko i obejrzał się za siebie, jakby bał się, że ktoś ich podsłuchuje, po czym wyszedł na zewnątrz i zamknął za sobą frontowe drzwi, a następnie oparł się o nie. Sprawiał wrażenie przemęczonego i zrezygnowanego. Naprawdę nie wyglądał dobrze.
-Fatalnie- przyznał, zagryzając nerwowo wargę i milcząc przez dłuższą chwilę, po czym pokręcił głową, jakby nie chciał o tym mówić, ale ostatecznie przyznał niechętnie- Byłem wczoraj u Maicy.
-Tak, wiem... Pogodziliście się?- szatyn dopiero po chwili zdał sobie sprawę z tego, że w obecnej sytuacji, jego pytanie brzmi zupełnie idiotycznie.
-Nie- odpowiedział Benny, dokładnie tak, jak ten się spodziewał. A to wyjaśniało jego beznadziejny stan bardziej, niż cokolwiek innego- Mówiłem ci, że dzwoniła do mnie cały wieczór, prawda...?- Johnny skinął głową- No a ja nie odbierałem... Sam już nawet nie wiem, co chciałem jej udowodnić... A później gdy wreszcie zdecydowałem się oddzwonić, to ona nie odebrała...
-No tak... Ale przecież do niej poszedłeś.
-Ta...- mruknął ponuro chłopak, odwracając wzrok- I wcale nie jestem pewien, czy dobrze zrobiłem...
-Co się właściwie stało?- zapytał bez zrozumienia Johnny. Miał nadzieję, że to nie jest to, czego się spodziewa.
-Zapukałem do niej, ale nikt mi nie otworzył. O tej porze jej rodzice są w pracy, więc myślałem na początku, że może ona też gdzieś wyszła albo śpi... Chciałem już sobie iść, ale zauważyłem, że na górze, w jej sypialni pali się światło... Zapukałem raz jeszcze, a nikt mi nie otworzył... No i zacząłem się drzeć- przyznał z wyraźną niechęcią, przewracając oczyma- No wiesz, byłem już wstawiony...- dodał, jakby na swoje usprawiedliwienie- Wołałem ją po imieniu, chciałem po prostu, żeby otworzyła mi drzwi... Chyba całe sąsiedztwo wylazło na balkony, żeby się na mnie gapić, a ja miałem to gdzieś... Chciałem się z nią po prostu zobaczyć i wszystko jej wyjaśnić. A ona...?- uśmiechnął się gorzko i pokręcił głową, jakby sam nie mógł w to uwierzyć- Ona podeszła w pewnym momencie do okna. Widziałem ją bardzo wyraźnie, myślałem, że coś wreszcie powie albo mi otworzy... Ale zasłoniła tylko rolety i tyle tego było. Darłem się tam jeszcze przez dobre pół godziny, aż w końcu sobie poszedłem... Możesz sobie wyobrazić jak się czułem... Jak kompletny kretyn. Jeszcze nigdy wcześniej mnie tak nie potraktowała, a mieliśmy już za sobą dużo poważniejsze spory... Nie wiem, co się z nią ostatnio dzieje... Zachowuje się zupełnie jak nie ona...
Johnny słuchał opowieści przyjaciela w milczeniu. Nie wiedział, co powiedzieć. Chciałby móc ze stu procentową pewnością stwierdzić, że wszystko się ułoży i to pewnie przejściowe problemy, ale Benny i Maicy byli ze sobą już dłuższy czas i zawsze uchodzili za jedną z najbardziej zgodnych par. Owszem, mieli swoje problemy i konflikty, ale nie roztrząsali tego publicznie, a poza tym mieli do siebie dużo dystansu i szanowali się. Nigdy nie mieli w zwyczaju robić sobie na złość ani doprowadzać drugiej strony do smutku, wszystkie spory starali się rozstrzygać jak najszybciej i nie mieszali do tego przyjaciół. Teraz rzeczywiście cała sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Ale dlaczego...? Johnny kompletnie tego nie pojmował. Maicy przecież zawsze była wyrozumiała i bardzo sympatyczna... Co się z nią nagle stało?
-Sam już nie wiem, co o tym myśleć...- przyznał Benny, zbolałym tonem- Nawet nie wiem, dlaczego wszystko się między nami popsuło... Przecież nic się nie wydarzyło! O co te wszystkie awantury? Dałem jej powód, żeby się na mnie denerwowała?- zapytał bez zrozumienia- Nie zachowywałem się w stosunku do niej źle, nie okłamywałem jej, nie zdradziłem... To wszystko jest zupełnie bez sensu...- stwierdził, po raz kolejny wzdychając głęboko, zupełnie zrezygnowany- Zresztą, nieważne!- parsknął, machnąwszy dłonią, jakby chciał odpędzić od siebie złe myśli i jednocześnie pokazać, że nie przejmuje się tym aż tak bardzo- Nie dam rady dzisiaj iść do szkoły... Nie chcę żeby na mnie patrzyła i... I widziała mnie... Takim- dokończył nieco bezradnie- Więc przekonałem mamę, że jestem chory... Wiesz, pomogłem trochę termometrowi wskazać odpowiednią temperaturę- uśmiechnął się blado- No i wkręciłem jej bajeczkę o tym, że kilka osób w klasie choruje, więc wiesz... Gdyby cię pytała...
-Wiem- odparł pospiesznie Johnny.
-Myślałem, że zostanę dzisiaj sam, ale uparła się, że nie pojedzie do pracy i mnie przypilnuje... Sam wiesz, jak to jest z matkami...
-Taaak...- potwierdził szatyn, chociaż on sam zdecydowanie nie miał podobnych doświadczeń. Wątpił, żeby jego matka zrezygnowała ze swojej pracy, gdyby zachorował. Właściwie to nawet wątpił, by pofatygowała się z powrotem do domu, nawet wtedy, gdyby ten lada dzień miał umierać.
-Benny- drzwi otworzyły się na oścież i pojawiła się w nim mama chłopaka. Pani Richards była elegancką kobietą po trzydziestce, zawsze zadbaną i mimo nawału pracy utrzymującą dom w idealnym wprost stanie. Przy okazji nieco nazbyt troskliwą, ale to akurat można było zaliczyć jej na plus- Dzień dobry, Johnny.
-Dzień dobry- szatyn uśmiechnął się lekko w odpowiedzi.
-Wejdźcie do środka, chłopcy, nie rozmawiajcie na zewnątrz... Benny, przeziębisz się jeszcze bardziej...
-Muszę już jechać do szkoły, proszę pani- odparł pospiesznie Johnny.
-Może wpadniesz do nas później?- zaproponowała pani Richards- Przyniósłbyś Benny'emu wszystkie potrzebne notatki, mam nadzieję, że w poniedziałek wróci już do szkoły...
-Nie ma problemu- odpowiedział chłopak, po czym uściskał krótko przyjaciela i pożegnał się z nim- Do zobaczenia, Benny.
-Cześć- blondyn uśmiechnął się, chociaż trudno było doszukiwać się w nim rzeczywistego entuzjazmu i powlókł się smętnie z powrotem do domu.
Johnny wsiadł do samochodu i westchnął głęboko.
Coraz bardziej przestawało mu się to wszystko podobać.

Ten dzień był zupełnie nie do wytrzymania. Każda kolejna lekcja dłużyła się Johnny'emu w nieskończoność, a jeszcze czekała go matematyka z panią Stevens, więc już zdawał sobie sprawę z tego, że nic nie poprawi mu humoru. Johnny zazwyczaj nie nudził się w szkole. Na lekcjach jak najbardziej, ale nie w szkole ogólnie. Nie rozumiał zupełnie tych osób, które celowo opuszczają lekcje i pozwalają sobie na wagary. To mogło być ekscytujące raz czy dwa razy w ciągu semestru, ale nie więcej. W szkole było znacznie ciekawiej. Zawsze znajdowało się coś do roboty, było z kim porozmawiać, a dodatkową rozrywkę stanowiły jeszcze ich wyzwania... Ale dziś wszystko było inaczej. Johnny nie wiedział, czy to ze względu na brak Johnny'ego, czy nagle wszyscy wokół niego zaczęli sprawiać wrażenie przygnębionych i zniechęconych do wszystkiego, ale jego samego dopadł zły nastrój. Nie mógł przestać myśleć o Benny'm i jego problemach. Wiedział, że jego przyjaciel nie wytrzyma zerwania z Maicy. Już teraz był okropnie przybity, szatyn nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak potwornie czułby się, gdyby dziewczyna się z nim rozstała. Chciał z nią nawet porozmawiać, ale Maicy też nie było w szkole.
Podczas przerwy na lunch usiadł w stołówce razem z Carlem. Nawet ze sobą nie rozmawiali. Jedli obaj w milczeniu, co jakiś czas jedynie starając się rzucić jakimś tematem, ale dyskusja się nie kleiła. Eric usiadł osobno. Mało tego, nawet się z nimi nie przywitał. Zignorował rzucone pogodnie przez Carla powitanie i poszedł sobie, jakby w ogóle go nie zauważył. Johnny nawet się nie wysilał. Eric denerwował go coraz bardziej. Nie przeszkadzało mu, gdy ten kłócił się z nim albo robił mu na złość, ale gdy traktował źle Carla albo Benny'ego, zaczynał się wkurzać. Kilka stolików dalej siedziały Linda i Agatha. One też sprawiały wrażenie przygnębionych. Nie rozmawiały ze sobą tak jak zwykle. No a prawie na samym końcu sali siedział Keith. Jak zwykle samotnie.
Johnny'ego strasznie kusiło, żeby zaprosić go do ich stolika, ale ciągle się wahał. Nie był pewien, czy Keithowi by się to spodobało. Dziś nie mieli nawet okazji się ze sobą przywitać, cały czas się gdzieś mijali. Johnny miał nadzieję, że dzisiejsze korepetycje są jak najbardziej aktualne. Przyłapał się na myśli, że chciałby z nim porozmawiać.
-Maicy nie ma...- odezwał się nagle Carl, jak zwykle wyjątkowo odkrywczo. Najwyraźniej usilnie szukał jakiegoś tematu do rozmowy.
-No...- potwierdził jedynie Johnny.
-Hm... Nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli przesiądę się do dziewczyn...?- zapytał niepewnie chłopak.
-Nie, nie ma sprawy- szatyn uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi, a Carl wyszczerzył się wdzięcznie i chwycił swoją tacę, przenosząc się do stolika Lindy i Agathy, po czym od razu zaczął się intensywnie witać ze swoją dziewczyną.
Johnny westchnął głęboko, chyba po raz setny tego dnia. Nawet nie miał siły żeby rozejrzeć się za jakimś ciekawym towarzystwem ani obmyślić czegoś ciekawego do zrobienia... Ba. Nie miał nawet siły zastanawiać się nad tym, co jutro na siebie ubierze albo czy jego włosy na pewno są tak doskonale ułożone, jak mu się wydaje. Po prostu wszyscy dookoła sprawiali wrażenie posępnych i zdołowanych, a Johnny'emu ta atmosfera udzielała się coraz bardziej. Zresztą, nawet pogoda nie była szczególnie pocieszająca. Na dworze znowu padało.
Wzrok Johnny'ego mimowolnie powędrował w kierunku Keitha. Może by tak dosiąść się do niego...? Zbył szybko tą myśl. Nie był pewien, czy może sobie na to pozwolić. Ostatnimi czasy zdecydowana większość jego prób nawiązania z chłopakiem bliższego kontaktu i udowodnienia mu swojego zaangażowania kończyła się kompletnym fiaskiem. W pewnym momencie brunet podniósł się nieco i wyłapał jego spojrzenie. Szatyn uśmiechnął się w jego kierunku nieco niepewnie. Wydawało mu się, że na twarzy Keitha jak zwykle pojawi się wyraz politowania czy wręcz zirytowania, ale ku jego zdumieniu, nic takiego nie nastąpiło. Wprost przeciwnie. Po chwili wahania, ciemnowłosy również odpowiedział uśmiechem i może była to jedynie wyobraźnia Johnny'ego, ale dostrzegał w tym coś na kształt zachęty.
Johnny już podnosił się z miejsca i chwytał swoją tacę, wciąż nie odrywając wzroku od Keitha, gdy nagle usłyszał:
-Cześć.
Obrócił się nieco zdezorientowany i dostrzegł przed sobą Lindę, która właśnie usiadła na miejscu naprzeciwko niego, wpatrując się w niego z lekkim zdumieniem.
-Idziesz już...?- zapytała niepewnie, spoglądając ze zmarszczonymi brwiami na jego prawie nietknięty lunch.
Johnny zawahał się odrobinę. Bardzo chciał usiąść przy ciemnowłosym, ale aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, jak to będzie wyglądało w oczach dziewczyny. A poza tym olewanie Lindy naprawdę nie było najlepszym pomysłem.
-Nie, jasne, że nie...- odparł, na powrót zajmując swoje wcześniejsze miejsce i uśmiechając się lekko do Lindy. Zerknął ukradkiem w kierunku stolika przy którym siedział teraz Carl i obściskiwał się z Agathą. Oni najwyraźniej znaleźli doskonały sposób na to, by uniknąć rozmów i jednocześnie wcale się nie nudzić.
-Nie masz nic przeciwko, że się dosiadłam...?
-Jasne, że nie, dlaczego miałbym mieć...?- parsknął odrobinę nerwowo.
-Nie wiem- blondynka uśmiechnęła się w odpowiedzi i wzruszyła ramionami- Tak tylko pytam... Strasznie to wszystko dziwne, nie?- zapytała nagle.
-Co takiego?- zdumiał się Johnny, przez chwilę sądząc, że nawiązuje ona do jego sytuacji z Keithem.
-No wiesz, ta sprawa z Maicy i Benny'm...- odparła dziewczyna, rozwiewając jego wszelkie wątpliwości- Zawsze byliśmy wszyscy blisko siebie...- Linda spojrzała na niego uważnie, zaczesując pasemko jasnych włosów za ucho- A teraz, gdy oni się kłócą... Wszystko strasznie się zmieniło, nie? Zawsze byli taką zgodną parą, aż nie wiem, co mam mówić, gdy Maicy pyta mnie o radę, zazwyczaj bywało odwrotnie...
O tak, Johnny doskonale to rozumiał. On też nie najlepiej sprawdzał się w roli doradcy w sprawach sercowych. Benny był marudą i często mu się żalił, ale prawda była taka, że dopiero teraz miał prawdziwe powody do wątpliwości i poczucia krzywdy. I w dodatku nawet nie wiedział, za co stale mu się obrywa.
-Słuchaj... Co się właściwie stało z Maicy, co?- zapytał bez ogródek Johnny. Rozmowa z dziewczyną Benny'ego mogłaby dać skutek zupełnie odwrotny do oczekiwanego, więc tak czy inaczej, bezpieczniej było zwrócić się do Lindy, przynajmniej na razie. Poza tym, chłopak zdawał sobie sprawę z tego, że cieszy się jej szczególnymi względami, więc miał nadzieję, że chociażby z tego powodu, chociaż troszeczkę nakreśli mu obraz sytuacji.
-W jakim sensie...?- blondynka upiła łyk swojej kawy i uniosła pytająco brew.
-No... Zachowuje się jakoś inaczej niż zwykle, nie?
-Nie wiem, nie zauważyłam- ucięła jasnowłosa.
Johnny jęknął głucho w duchu. Naprawdę spodziewał się, że dziewczyna będzie trochę bardziej wylewna, ale jak widać Linda była lojalną przyjaciółką, zresztą nie mogło być inaczej. Maicy bardzo roztropnie dobierała sobie najbliższe towarzystwo.
-Słuchaj, Linda...- szatyn postanowił wykorzystać swój urok osobisty. Spojrzał na dziewczynę spod swoich długich rzęs iście zdołowanym spojrzeniem i westchnął głęboko- Wiem, że to dla ciebie ciężka sytuacja, bo Maicy jest twoją koleżanką i wiem, że nie możesz mi nic powiedzieć... Masz rację, że oni zawsze radzili sobie ze swoimi problemami bez nas, ale teraz jest inaczej... I może my...- położył dłoń na dłoni Lindy- … jesteśmy im potrzebni. Benny strasznie to przeżywa, nie rozumie, co się dzieje. Jest dla Maicy dobry, a ona zachowuje się niezrozumiale...
-Maicy zachowuje się normalnie...- odparła dziewczyna, najwyraźniej nie dając za wygraną. Nie cofnęła jednak dłoni, a jedynie wpatrywała się w Johnny'ego badawczym spojrzeniem.
-Okej...- skapitulował Johnny, zdając sobie sprawę z tego, że nie może liczyć na jej otwartość w tej kwestii- Ale... Benny zrobił coś nie tak?
-Nie wiem- odparła natychmiast Linda, dopiero teraz cofając dłoń i chwytając za kubek ze swoją kawą.
-Coś, co może naprawić?
-Nie wiem.
-Ale... Ale Maicy chyba nie chce z nim zerwać?
-Nie wiem- powtórzyła uparcie dziewczyna, a gdy szatyn już otwierał usta, by zadać kolejne pytanie, dodała prędko- Naprawdę, nie mogę ci powiedzieć. Maicy jest moją najlepszą przyjaciółką i nie mogę mówić o jej sekretach. Nikomu- podkreśliła stanowczym tonem.
-A Benny jest moim najlepszym przyjacielem i dlatego się o niego martwię- odpowiedział zgodnie z prawdą Johnny- Posłuchaj, zupełnie nie wiem, o co chodzi... A ty pewnie wiesz, ale nie chcesz mi powiedzieć... Ale musisz wiedzieć, że jeżeli Maicy zostawi Benny'ego, on będzie strasznie cierpiał... Zależy mu na niej jak na nikim innym.
Linda skrzywiła się nieco.
-Okazuje w to dziwny sposób- stwierdziła.
-O co chodzi?- zapytał bez zrozumienia szatyn.
Blondynka zawahała się wyraźnie przez dłuższą chwilę, po czym odpowiedziała:
-Słuchaj, jeżeli Benny naprawdę chce ratować ten związek, to powinien się raczej zastanowić nad swoim postępowaniem, a nie zrzucać wszystko na Maicy... To nie ona ugania się za innymi...
-A Benny tak?- Johnny z trudem powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
-Tak- odparła blondynka z taką stanowczością, jakby była o tym całkowicie przekonana.
Chłopak spoglądał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu. To było zupełnie absurdalne! Benny i inna dziewczyna?! Zdarzało mu się czasem za jakimiś oglądać, nawet komentować je, ale nigdy w życiu nie zrobiłby czegoś takiego Maicy... Poza tym, gdyby ktoś inny zawrócił mu w głowie, Johnny wiedziałby o tym pierwszy.
-Benny nikogo nie ma- odparł ze stu procentową pewnością. Zbyt dobrze znał swojego przyjaciela, by wierzyć w takie bzdury- Nie wiem, skąd o tym wiesz, ale to tylko jakaś głupia plotka...
-Tak...? To dlaczego nie odbierał wczoraj przez cały wieczór?- Linda spojrzała na niego niemalże triumfalnie, jakby właśnie przytoczyła argument nie do podważenia.
Johnny zamrugał. Właśnie zdał sobie sprawę z tego, że dziewczyny są jeszcze bardziej dziwaczne, niż mu się do tej pory wydawało.
-Był z nami w klubie.
-Jasne... I to wyjaśnia czemu nie odbierał?- Linda uniosła brew w geście politowania.
-N-Nie wiem... Może nie słyszał telefonu?- odparł Johnny, nie do końca wiedząc, co innego odpowiedzieć. Dobrze wiedział, co kierowało Benny'm, chciał po prostu zrobić Maicy na złość, ale szybko tego pożałował. Linda spoglądała na niego bez krztyny wiary- Słuchaj, nie wiem, skąd masz takie informacje, ale to stek bzdur. Benny był z nami przez cały wieczór dopóki nie poszedł do Maicy. I nie spotkał się wtedy z żadną dziewczyną.
-Johnny, nie obraź się, ale jakoś ci nie wierzę... Wiem, jak to z wami jest. Po prostu go kryjesz.
-Nie, naprawdę!- zaprotestował chłopak, zupełnie nie rozumiejąc jej sceptycyzmu- Przysięgam na wszystkie świętości, Linda... Benny był z nami, nie ruszał się na krok... Gadaliśmy o Maicy i tak dalej, trochę piliśmy... Carl może ci to wszystko potwierdzić!
-Tak?- blondynka uśmiechnęła się pobłażliwie- Trochę za późno, Benny, bo ja już pytałam Erica... I on powiedział, że wcale go z wami nie było...
Johnny'emu szczęka opadła. Dosłownie. Przez chwilę zupełnie nie wiedział, co powiedzieć, jakby nie do końca docierał do niego sens usłyszanych przed chwilą słów. Z chwili na chwilę czuł się coraz bardziej poirytowany. Co za... Co za... Rany boskie! Co za okropny dupek! Takich rzeczy nie robi się nikomu, a już na pewno nie przyjacielowi! I nie w jego sytuacji! Nawet gdyby to była prawda, nie należałoby się do tego przyznawać przyjaciółce jego dziewczyny... Tylko, że to było perfidne kłamstwo!
-Był! To znaczy nie było go! To znaczy to Erica z nami nie było!- wyjaśnił wreszcie Johnny, nieco chaotycznie, pozbawiając Erica w wyobraźni wszystkich kończyn w wyjątkowo okrutny sposób- Naprawdę, Linda! Byliśmy w klubie we trójkę, ja, Benny i Carl... Siedzieliśmy cały wieczór w Silverze. Eric miał do nas przyjść, ale w ogóle się nie pojawił!
-Dobra, chłopcy... Ustalcie najpierw jedną wersję wydarzeń, co?
-Ale...
-Muszę lecieć- ucięła blondynka, podnosząc się z miejsca. Johnny dopiero teraz zauważył, że Carl i Agatha przestali się obcałowywać i stoją razem przy wyjściu, najwyraźniej czekając na Lindę- Nie obraź się, Johnny, ale ja dobrze wiem, jak to z wami jest. Macie zupełnie inne podejście do związków niż my i czasem robicie różne głupie rzeczy. Ale nie dziw się Maicy, że ją to drażni... A i przy okazji... Mógłbyś do mnie zadzwonić w weekend- uśmiechnęła się czarująco, a później odeszła, kołysząc biodrami.
Johnny nie ruszał się przez chwilę z miejsca, ale ostatecznie nie wytrzymał i podszedł szybkim krokiem do stolika, przy którym siedział Eric. Chłopak nawet nie podniósł na niego wzroku.
-Dlaczego wygadujesz takie rzeczy Lindzie?- zapytał bez zrozumienia szatyn, spoglądając na niego pytająco.
Eric milczał przez dłuższą chwilę, po czym wreszcie łaskawie na niego spojrzał i rzucił:
-Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. Może nie zauważyłeś, ale nie mam zwyczaju rozmawiać z twoją mało rozgarniętą panną.
-Nie udawaj, Eric!- warknął z poirytowaniem Johnny- Powiedziałeś Lindzie, że Benny'ego z nami wczoraj nie było! Po co opowiadasz takie głupoty?!
-Twoja przyjaciółeczka przyszła i zapytała mnie, czy byłem wczoraj z Benny'm. Powiedziałem, że go ze mną nie było i tyle- odpowiedział chłodno- Najwyraźniej jest na tyle tępa, że tego nie zrozumiała, czemu zresztą wcale się nie dziwię... Swój ciągnie do swego.
Johnny nie wierzył w ani jedno jego słowo.
-Możesz być wredny dla mnie, ale nie kop dołków pod Benny'm! Dobrze wiesz, że zależy mu na Maicy! Po co wyrabiasz takie rzeczy?!
Eric odsunął od siebie tacę z niedokończonym lunchem i podniósł się gwałtownie z miejsca. Przez chwilę Johnny myślał, że ten go uderzy, ale chłopak jedynie szturchnął go mocno, przechodząc obok i syknął:
-Nie wchodź mi w drogę, Bradley.
A następnie wyszedł.
Johnny aż zgrzytnął zębami z wściekłości, w pierwszej chwili mając ochotę iść za nim i należycie przemówić mu do rozumu, ale ostatecznie powstrzymał się od tego. Zerknął na stolik, przy którym wcześniej siedział Keith niemalże z nadzieją, ale chłopaka już przy nim nie było. Usiadł z powrotem na swoim miejscu, mocno poruszony.
Co za beznadziejny dzień.

-Dlaczego nie powiedziałeś Agathcie jak to wszystko wyglądało?- zapytał Johnny Carla, gdy wchodzili do klasy od matematyki. Szatyn usiadł w swojej ławce, a jego towarzysz zajął miejsce zajmowane zazwyczaj przez Benny'ego.
-Mówiłem- Carl jęknął głucho- Chyba ze sto razy. Ale ona nie chciała mnie słuchać i cały czas gadała z Lindą o tym, że my zawsze będziemy się wzajemnie bronić, choćbyśmy dobrze zdawali sobie sprawę z tego, że jeden z nas przegiął...
-No dobra, ale przecież sms-owałeś wczoraj z Agathą- przypomniał sobie Johnny, wpatrując się w przyjaciela bez zrozumienia- Nie pisałeś jej nic o Benny'm...?
Carl uśmiechnął się odrobinę nerwowo.
-Cóż... Właściwie to... Khem... No... Jakby nie- przyznał wreszcie po chwili wahania- To trochę głupia sytuacja, ale... Agathy wtedy nie było i tak dalej... Ale nie chciałem, żeby miała powody do zazdrości ani nic... Więc... No... Nie pisałem jej o tym, że byliśmy w klubie- stwierdził z ciężkim westchnieniem- Pisałem, że jestem w domu, że się nudzę, tęsknię... No wiesz... Takie tam- zachichotał niepewnie- Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Benny będzie potrzebował alibi, a teraz, gdy próbuję to wszystko odkręcić, ona uważa, że zmyślam.
Johnny po prostu nie mógł w to uwierzyć. Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, do klasy weszła pani Stevens i zaczęła sprawdzać obecność. Szatyn zastanawiał się nad tym, dlaczego ludzie nie mogą mówić prawdy. Najzwyczajniej w świecie prawdy. Ile to by problemów rozwiązało, gdyby pozwalali sobie na szczerość nawet w tak banalnych sprawach jak ta!
… No cóż. Johnny co prawda za wzór szczerości uchodzić z pewnością nie mógł, ale jako że samokrytyka wychodziła mu niezbyt dobrze, swoje winy postanowił pominąć i skupił się na kolegach. Carla jeszcze mógł zrozumieć. Nie zrobił tego celowo, nie wiedział, że coś takiego się zdarzy i że Benny może potrzebować jego poparcia. Ale Eric? Jakim dupkiem trzeba być, żeby zrobić coś takiego! Nawet, jeżeli było tak, jak powiedział, powinien teraz wszystko odkręcić, a przynajmniej starać się to zrobić. A zresztą... Nic go nie usprawiedliwiało! Są sytuacje, w których za przyjaciółmi staje się murem! Nawet, jeżeli rzeczywiście popełnią jakiś błąd, a w tym przypadku nie było o tym mowy.
Sytuacja była beznadziejna. Linda nie chciała wierzyć Johnny'emu, a Agatha Carlowi. Jeżeli chodzi o Erica, było już pozamiatane. A sam Benny... A Benny siedział pewnie teraz w łóżku, czekając naiwnie na sygnał od swojej dziewczyny, której nie wiadomo skąd przyszło do głowy, że ten ją zdradza. Po prostu świetnie. Aż strach pomyśleć, jakie jeszcze rewelacje przyniesie dzisiejszy dzień...
-Korzystając z chwili ciszy, jakże niezwykłej w tej klasie, pragnę was poinformować o sprawdzianie...- Johnny drgnął lekko i podniósł wzrok na Stevens, która usiadła za biurkiem i omiotła spojrzeniem całą salę- … który odbędzie się po weekendzie, na pierwszej lekcji matematyki w poniedziałek- dokończyła po chwili celowego zapewne milczenia.
Przez klasę przebiegł pełen niezadowolenia jęk, któremu zapewne najgłośniej wtórował Johnny. Odwrócił się gwałtownie w stronę Keitha, chcąc zobaczyć jego reakcję, ale chłopak nie zdawał się być tym faktem jakkolwiek przejęty. Spojrzenia szatyna też nie dostrzegł, bo akurat wpatrywał się w podręcznik, najwyraźniej niezainteresowany zaistniałą sytuacją.
-Bradley, nie tak ostro, bo skręcisz sobie kręgosłup i będę cię miała na sumieniu- oczywiście pani Stevens nie byłaby sobą, gdyby nie zwróciła się bezpośrednio do niego, ale do tego Johnny zdążył się już przyzwyczaić, więc jedynie uśmiechnął się lekko w odpowiedzi- A tego żadne z nas by nie chciało... Oczywiście nie muszę was informować, że wszyscy genialni uczniowie, którzy zachorują akurat w ten dzień albo przypadkiem zaśpią, nie będą mieli szansy poprawy oceny niedostatecznej, prawda...? Widzę, że dziś nie ma jedynie Richardsa i panny Fletcher, więc reszta chyba czuje się całkiem na siłach...
Och, bynajmniej. Johnny właśnie poczuł, że traci siły.
-Benny będzie w poniedziałek- odpowiedział bezmyślnie.
-Och? Dziękuję za uprzedzenie, Bradley... W takim razie przypomnij mi, żebym na czas sprawdzianu go od ciebie przesadziła...
Coraz lepiej.

-Cześć, Keith...- Johnny odetchnął głęboko, zatrzymując się przy brunecie, który czekał na niego obok samochodu. Przed chwilą urządził sobie rundkę po korytarzach na pierwszym piętrze i parterze, bo nie zdążył złapać ciemnowłosego przed wyjściem z klasy- Błagam cię, powiedz, że masz dzisiaj dla mnie czas i...
-Masz- chłopak wcisnął mu w dłoń parasolkę.
-Och... Dzięki- Johnny przyjął ją, odrobinę wytrącony z równowagi. Natychmiast przypomniał mu się wczorajszy wieczór. Pewnie gdyby Keith nie oddał mu parasolki, on wcale nie domagałby się jej zwrotu, zupełnie wypadło mu to z głowy.
-Nie ma za co. To przecież twój parasol- mruknął Keith, wsuwając dłonie do kieszeni spodni i wpatrując się w niego wyczekująco- Więc? Jedziemy?
-Jasne- potwierdził szatyn, po czym wsiadł do samochodu. Parasolkę rzucił na tyle siedzenie. Keith zajął miejsce tuż obok niego i zapiął pas. Johnny odpalił silnik i ruszyli- Słyszałeś...?- zapytał, opuszczając teren szkolnego parkingu- Stevens zrobi nam w poniedziałek sprawdzian.
-Tak, słyszałem... Dopiero po raz stu dwudziesty pierwszy w ciągu naszego toku nauczania- odparł ironicznie Keith, posyłając szatynowi nieco pobłażliwe spojrzenie- Coś nie tak...?
-Nic... I tak już wiem, że zawalę- stwierdził z pełnym przekonaniem Johnny.
-Z takim nastawieniem na pewno.
-Sprawdziany zawsze źle mi idą, mówiłem ci... Więc nie ma sensu oczekiwać, że dostanę szóstkę, nie?- zaśmiał się lekko- Poza tym zawsze lepiej spodziewać się najgorszego, wtedy można być co najwyżej mile zaskoczonym, ale człowiek się nie rozczaruje...
-Tak?- ciemnowłosy udał zdumienie- No popatrz, a ja zawsze sądziłem, że najlepiej jest się nauczyć...
Szatyn parsknął cicho.
-Poza tym, zobaczymy, czy jestem odpowiednim materiałem na korepetytora dla kogoś takiego jak ty...- dodał Keith, spoglądając na niego znacząco- Może się okazać, że będziesz musiał znaleźć sobie innego.
-Daj spokój, Keith...- Johnny zaśmiał się nerwowo- Przecież dopiero co zaczęliśmy się wspólnie uczyć...
-Od wtorku spędzamy kilka godzin przy matmie, efekty już powinny być. Poza tym, zupełnie nie rozumiem, czym się przejmujesz- stwierdził, wpatrując się w niego pytająco- Nie wyglądasz mi na kogoś, komu zależy na wysokich ocenach, a z matematyki na pewno zdasz.
-N-No... Ale sprawdziany mnie dołują. Stevens? zawsze czyta moje odpowiedzi i je komentuje- Johnny przewrócił oczyma i westchnął głęboko. Czuł się wtedy zażenowany, chociaż lepiej było udawać, że go to bawi i śmiać się razem z resztą klasy, mimo tego, że najczęściej miał ochotę zapaść się pod ziemię. Ale przynajmniej niektórzy uczniowie sądzili, że robi to celowo.
-Nieprawda- zaprotestował brunet, unosząc brew- Zawsze czyta odpowiedzi tych, którzy udzielają zupełnie absurdalnych odpowiedzi i...- zamilkł na chwilę, najwyraźniej zastanawiając się- Właściwie to masz rację- przyznał po krótkiej chwili- Zawsze czyta twoje odpowiedzi i je komentuje.
-Sam widzisz- parsknął cicho szatyn.
Przez kolejne kilka minut rozmawiali ze sobą o Stevens i matematyce, wychodziło im to całkowicie naturalnie. Johnny nie musiał się specjalnie wysilać i wymyślać dziwacznych tematów, wszystko wychodziło samo z siebie.
-Gdzie my jesteśmy?- zapytał w pewnym momencie Keith, marszcząc brwi i spoglądając w okno.
-U Benny'ego- odparł Johnny, zatrzymując samochód przed domem przyjaciela- Muszę mu zanieść zeszyty. Poczekasz chwilę?
-Nie- mruknął ironicznie Keith, przewracając oczyma- Wyjdę i wrócę na piechotę z tego miejsca, w którym nigdy wcześniej nie byłem...
Johnny zaśmiał się lekko, po czym chwycił za swoją torbę i rzucił jeszcze pogodne: „zaraz wracam”, a następnie pognał do domu Benny'ego. Drzwi otworzyła mu pani Richards i od razu skierowała go do pokoju syna. Szatyn wszedł schodami na górę, a następnie bez zbędnych uprzedzeń, zajrzał do sypialni przyjaciela.
-Cześć- uśmiechnął się, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. Ku jego uldze, Benny wyglądał znacznie lepiej niż tego poranka. Co prawda ciągle miał na sobie piżamę, ale sprawiał wrażenie dużo bardziej żywego. Siedział akurat przed komputerem i gdy Johnny wszedł do pomieszczenia, odwrócił się w jego stronę.
-Hej- rzucił i chociaż w jego głosie ciężko było doszukiwać się radości, z pewnością nie był równie zdołowany, co jeszcze rano.
-Pogodziłeś się z Maicy...?- zapytał niepewnie Johnny, przez chwilę sądząc, że naprawdę mogło tak być.
Benny skrzywił się odrobinę niechętnie, jakby sam dźwięk imienia dziewczyny wywołał u niego ból.
-Nie. I nie gadajmy o niej, co?- zaproponował z głębokim westchnieniem, siląc się na mało przekonywujący uśmiech- Serio, Johnny, nic mi nie jest. Po prostu musiałem to trochę poprzeżywać i tyle, teraz czuję się całkiem dobrze. Nie zamierzam zamykać się w domu na wieki, bo moja dziewczyna zachowuje się, jakby postradała rozum... To nie moja wina, nie?
-Nie- potwierdził cicho Johnny. Przez chwilę wahał się, czy nie powiedzieć przyjacielowi o swojej rozmowie z Lindą, ale ostatecznie postanowił sobie darować. To natychmiast odebrałoby Benny'emu resztki dobrego humoru i pewnie od razu chciałby dzwonić do Maicy i wyjaśniać jej wszystko, a szatyn miał dziwne wrażenie, że odniosłoby to skutek odwrotny do oczekiwanego. Skoro Maicy nie wierzyła żadnemu z nich, w słowa Benny'ego też nie uwierzy, tym bardziej, że tak łatwo przyszło jej oskarżenie go o nieuczciwość, a może nawet coś na kształt zdrady- Przyniosłem ci zeszyty- dodał, kładąc na notatki na łóżku przyjaciela.
-Naprawdę sądzisz, że chce mi się to przepisywać...?- zaśmiał się Benny, ale w tym momencie uchyliły się drzwi od jego sypialni i stanęła w nich jego mama. Spoważniał momentalnie i rzucił- Dzięki, Johnny, że się fatygowałeś...
-Johnny, zjesz z nami obiad?- zapytała pani Richards, wpatrując się w chłopaka pytająco.
-Nie, nie- szatyn uśmiechnął się przepraszająco- Muszę już wracać.
-Jesteś pewien...? Zrobiłam dzisiaj wyjątkowo dużą porcję, więc może jednak dotrzymasz Benny'emu towarzystwa? Jeżeli nie boisz się, że się zarazisz...
-Nie, naprawdę nie mogę... Kolega czeka na mnie w samochodzie- wyjaśnił.
-Och... Nie ma problemu, zaproś Carla do środka- pani Richards uśmiechnęła się serdecznie.
-Cóż...- Johnny odkaszlnął odrobinę nerwowo- To nie jest Carl.
-Nie?- zdumiała się kobieta- A więc to ten drugi chłopiec... Jak on ma na imię...? Eric.
-Nie... To nie jest Eric...
Benny wpatrywał się w niego ze zmarszczonymi brwiami, najwyraźniej przez chwilę zupełnie nie orientując się, o kim ten mówi, aż w pewnym momencie na jego twarz wstąpił wyraz absolutnego niedowierzania. Jego wzrok zdawał się mówić coś na kształt: „nie żartuj sobie ze mnie”, a twarz przybrała wyraz zupełnego potępienia.
-A kto?- dopytywała się dalej mama Benny'ego.
-Mój korepetytor- wyjaśnił Johnny, potwierdzając najwyraźniej tymi słowami wszystkie najgorsze przypuszczenia przyjaciela, bo ten wzniósł oczy ku sufitowi w teatralnym geście i złożył dłonie do modlitwy, jakby błagał o cierpliwość- Kolega z klasy, uczy mnie matematyki.
-Masz korepetytora?- zainteresowała się natychmiast kobieta- To cudownie!- stwierdziła, zerkając na syna, który uspokoił się nieco, chociaż wciąż spoglądał na Johnny'ego tak, jakby zamierzał go zamordować- Widzisz, Benny? Mówiłam ci, żebyś znalazł kogoś, kto ci pomoże z biologii albo innych przedmiotów... Nawet Johnny ma na to czas. Powinieneś pomyśleć o swoich ocenach, może nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale twoja przyszłość...
-Dobra, mamo, daruj sobie wykład, Johnny trochę się spieszy- mruknął iście grobowym tonem Benny, chwytając szatyna za rękaw i wyprowadzając go za sobą z pokoju- Odprowadzę go do drzwi- dodał, po czym ruszyli obaj w dół, po schodach.
-Do widzenia!- krzyknął jeszcze Johnny, przez chwilę sądząc, że Benny poprzestanie jedynie na pełnym niechęci spojrzeniu, ale pomylił się. Przyjaciel zatrzymał go przy sobie, gdy tylko zeszli na dół.
-Co ty robisz?- zapytał, kręcąc głową w wyrazie niedowierzania- To chyba trochę przesada, nie sądzisz...? Będziesz się z nim teraz codziennie spotykał i udawał, że jesteś w nim zakochany? Jak w dziewczynie?- dodał z niesmakiem.
-Sam wiesz- Johnny wzruszył jedynie ramionami- Wyzwanie.
-Wyzwanie, wyzwanie!- powtórzył z poirytowaniem blondyn- Eric wymyślił coś tak durnego, a ty i tak dałeś się w to wkręcić! Nie rozumiesz, że on chciał cię upokorzyć i pogrążyć...? Niezależnie od tego, czy wygrasz, czy przegrasz, i tak będzie się z ciebie śmiał! On wymyśla tylko takie wyzwania! Jeżeli sobie odpuścisz, podrwi sobie z ciebie trochę, a później da sobie spokój, ale jeżeli nie daj Boże ci się uda... On nie da ci żyć!
-Daj spokój, Benny... To był przecież jego pomysł.
-No właśnie- powtórzył chłopak, wpatrując się w niego znacząco- Jego pomysł. Więc skoro to jemu tak bardzo zależy na zdjęciach gołych facetów, to niech sam ich podrywa! Nie widzisz, że on chce ci po prostu za wszelką cenę dopiec...?
No cóż. Johnny dzisiaj przekonał się, że nie tylko jemu.
-Nie zamierzam dać mu wygrać- stwierdził z autentyczną determinacją. Nie było wyzwania, którego by się przestraszył i któremu by nie podołał. Ale nie chodziło już tylko o to. Eric zachowywał się jak skończony kretyn. Johnny nie chciał z nim po raz kolejny przegrać. Chciał zwyciężyć i pokazać, że nie da mu sobą manipulować. A poza tym, ktoś naprawdę powinien utrzeć wreszcie nosa temu dupkowi.
-Super!- Benny parsknął z politowaniem- Ale zamierzasz uganiać się za jakimś facetem!
-Benny... Może to zabrzmi trochę dziwnie...- Johnny zawahał się, nie będąc pewnym, czy powinien mówić kolejne słowa, ale stwierdził wreszcie- Ten Keith jest całkiem spoko. Naprawdę. Bez żadnych podtekstów ani nic...- zastrzegł natychmiast- Po prostu uważam, że jest fajny.
-Tak?- blondyn uśmiechnął się drwiąco- Tak fajny, że zmienisz dla niego orientację? Johnny, zastanawiałeś się nad tym w ogóle?! Zastanawiałeś się nad tym, jak to będzie go całować? Jak to będzie się do niego dobierać, nawet jedynie po to, żeby zrobić mu te głupie zdjęcie...?
-Ale...
-Zastanawiałeś się?- zapytał raz jeszcze Benny, wpatrując się w niego z uwagą.
Johnny westchnął głęboko.
-... Nie- przyznał wreszcie zgodnie z prawdą. Nie myślał o tych sprawach w takich kategoriach.
-No właśnie- skwitował jego przyjaciel, otwierając przed nim drzwi- Więc się zastanów i wtedy zdecyduj, czy naprawdę nie ma ważniejszych rzeczy od pokazania Ericowi, że jesteś górą. Bo możesz stracić coś znacznie więcej, niż tylko dobre imię.

Może Benny miał trochę racji...? Johnny rozwiązywał podsunięte przez Keitha zadanie, myślami będąc jednak daleko. Miał mętlik w głowie. Benny był jego najlepszym przyjacielem i chociaż miewał skłonności do przesady i wyolbrzymiania problemów, nigdy wcześniej go nie ostrzegał ani nie upominał. Brali już udział w różnych, idiotycznych wyzwaniach i nie zachowywał się w ten sposób. Dopingował go, czasem stwierdzał, że coś jest głupie, ale i tak stał murem po jego stronie, a czasem nawet mu pomagał. A teraz... Może rzeczywiście miał rację? To było strasznie dziwne wyzwanie. Uwiedzenie chłopaka. Doprowadzenie do takiej, a nie innej sytuacji. Naprawdę miewali już dziwaczne, a czasem zupełnie idiotyczne pomysły, ale zazwyczaj wychodziło to jakoś bardziej przyzwoicie. Ale miał się poddać? Teraz? To nie byłoby takie złe. Zrezygnowałby z wyzwania, ale nadal uczyłby się razem z Keithem, może poprawiłby oceny z matmy, a przy okazji lepiej go poznał... A może nawet włączył do paczki? Na przykład w miejsce Erica... Ale z drugiej strony... Cholera! Nie, nawet nie było takiej opcji! Johnny nigdy nie zrezygnował z żadnego wyzwania, to oznaczało tchórzostwo i beznadziejność! I zawsze jakoś dawał sobie radę! Nie mógł tego zrobić, nie w takiej sytuacji! Miał znowu oglądać pełen satysfakcji uśmieszek Erica, słuchać jego drwiących komentarzy i przechwałek...? Nie, to nawet nie wchodziło w grę!
-Co ty wyrabiasz...?- zapytał ze zdumieniem Keith i dopiero wtedy Johnny zdał sobie sprawę z tego, że od dobrych kilku minut maże coś wściekle na marginesie, zamiast wykonywać działanie.
-Nic, nic- odparł, nieco spłoszony, starając się skupić na tym, co powinien robić. Johnny naprawdę nie był typem człowieka, którego łatwo można było wyprowadzić z równowagi, ale Eric nie miał z tym ostatnimi czasy najmniejszych problemów. A tego, co zrobił względem Benny'ego, Johnny po prostu nie mógł przeboleć. Lojalność wobec przyjaciół miała dla niego znaczenie nadrzędne- Och, Keith!- jęknął w końcu, a ciemnowłosy aż podskoczył, zaskoczony- Zupełnie nie mogę się na tym skupić- przyznał z ciężkim westchnieniem szatyn- Po prostu mam już serdecznie dość matmy, serio.
-Okej- Keith wzruszył ramionami, podnosząc się z miejsca- Więc będę się zbierał...
-Nie!- zaprotestował prędko Johnny, również wstając i zatrzymując go przy sobie. Brunet spoglądał na niego bez krztyny zrozumienia- Nie wychodź. Może coś razem obejrzymy, co?- zaproponował, uśmiechając się pogodnie- Wypożyczyłem kilka filmów, a jeszcze nie miałem ich okazji zobaczyć. Co ty na to?
Keith zawahał się wyraźnie.
Dobry znak. Nawet bardzo dobry. Johnny był pewien, że ten od razu odmówi.
-Nie wiem- przyznał po chwili zastanowienia chłopak- Powinienem już iść...
-Dlaczego?- zdumiał się szatyn- Przecież jeszcze po ciebie nie dzwonili...
Keith parsknął cicho.
-Co takiego?
-No wiesz...- Johnny podrapał się po głowie, chichocąc- Twój telefon i tak dalej... Zawsze ktoś po ciebie dzwoni i dopiero wtedy wychodzisz, więc chyba masz jeszcze trochę czasu, co...? Och, Keith, proszę!- jęknął błagalnie, widząc, że na twarzy bruneta ponownie pojawia się wyraz wątpliwości- I tak nie masz nic lepszego do roboty, prawda?- zapytał, a ciemnowłosy mruknął coś na kształt: „no, czyżby?”, ale szatyn udał, że tego nie usłyszał i kontynuował- Nie mam nawet z kim ich obejrzeć, Benny jest chory, Carl jest z Agathą, no i...
-Dobra- skapitulował Keith z ciężkim westchnieniem, jakby Johnny właśnie zmusił go do katorżniczych robót- A co konkretnie chcesz oglądać...?
-Zaraz sprawdzę. Chodź, Keith!- krzyknął, przechodząc już do salonu i nie czekając na odpowiedź chłopaka, po czym klęknął przy telewizorze i wyjął z szafki pod nim wypożyczone przez siebie płyty. Brunet wszedł do pomieszczenia i rozejrzał się nieco niepewnie, by nie rzec, że wręcz podejrzliwie, jakby właśnie stawiał pierwsze kroki na obcej planecie- Siadaj, Keith!- rzucił raźno Johnny, a ciemnowłosy przysiadł na kanapie, obserwując poczynania chłopaka.
Johnny początkowo chciał wybrać film sensacyjny, który zamierzał obejrzeć już dawno temu, ale w ręce wpadło mu coś zupełnie innego i ostatecznie uznał, że w tej sytuacji, lepiej będzie puścić ten film. Uruchomił sprzęt i włożył płytę.
-Co to takiego...?- zapytał raz jeszcze Keith.
-”Dotyk przeznaczenia”- odparł szatyn, usadawiając się na miejscu obok chłopaka i szczerząc wesoło.
-Jakiś horror...?
-Romans.
-Och...- Keith skrzywił się wyraźnie- A więc jednak horror.
Johnny zachichotał cicho.
Już czuł, że mu się spodoba.

Przez pierwsze pół godziny filmu, obaj siedzieli nieruchomo i prawie się nie odzywali, jakby cała ta sytuacja ich krępowała. Johnny musiał przyznać, że było w tym coś zawstydzającego. Pewien rodzaj niepewności związany z zupełnym brakiem wiedzy na temat zachowania tej drugiej strony i wątpliwościami co do tego, co powiedzieć można, a czego nie wypada. Przy kumplach zupełnie się nad tym nie zastanawiał. W pewnym momencie jednak się odezwał, a Keith odpowiedział. Po niecałym kwadransie, rozmawiali już ze sobą całkiem normalnie, komentowali aktorów i wydarzenia, wymieniali ze sobą opinię i wcześniejsze zdezorientowanie minęło. Johnny po raz kolejny uświadomił sobie, że Keith jest naprawdę strasznie sympatyczny. Gadało się z nim równie fajnie jak z Benny'm czy Carlem, tylko z nimi zazwyczaj się zgadzał, a Keith miał często zupełnie odmienne zdanie i zmuszał go do dyskusji. Dyskusji, po której Johnny sam już nie wiedział, czy jeszcze obstaje przy swoim zdaniu, czy już sądzi to samo, co Keith. Było naprawdę w porządku. Film był, co prawda, mało ambitny, ale dosyć zabawny, a takie kino Johnny lubił najbardziej. Oczywiście historia zakończyła się nagłym happy-endem, a główni bohaterowie wylecieli wreszcie razem do Paryża, biorąc ślub na pokładzie samolotu.
-Ej, Keith...- rzucił Johnny, gdy zaczęły lecieć napisy końcowe.
-Hm?
-A co z jutrem?
-Z jutrem...?- powtórzył brunet, marszcząc brwi- Jutro jest... Sobota, jak sądzę.
-No tak- potwierdził Johnny, chichocąc cicho- Ale chodzi mi o to, czy... no wiesz... Widzimy się?
-Nie jestem pewien...- Keith zawahał się wyraźnie- Nie umawialiśmy się na weekendy.
-Oj, Keith, przyjdź, proszę!- rzucił pospiesznie Johnny, przysuwając się do chłopaka gwałtownie, a ten spojrzał na niego jak na wariata- Przecież nie jesteś zajęty, nie?
-Nie wiem... Nie jestem pewien, ale...
-To o trzynastej?- Johnny uśmiechnął się iście przekonująco, a Keith westchnął głęboko, po czym parsknął śmiechem.
-Niech będzie- odparł w końcu po chwili milczenia- Ale nie jestem tego do końca pewien- zastrzegł natychmiast- Coś może się zmienić i wtedy dam ci znać. Ale z racji tego, że mamy w poniedziałek sprawdzian i tak dalej, rzeczywiście możemy...
-Super!- ucieszył się natychmiast Johnny- Znajdę dla nas jakiś fajny film!
-Tak ma wyglądać twoja nauka do sprawdzianu...?- ciemnowłosy posłał mu krytyczne spojrzenie, ale w jego głosie pojawiła się nutka rozbawienia.
-Przed każdym sprawdzianem należy się odpowiednio zrelaksować- stwierdził Johnny, tonem godnym specjalisty. Od relaksowania się oczywiście, a nie od sprawdzianów- Zawsze tak robię.
-I widać efekty.
-A ty?
-Ja? Ja zazwyczaj przed sprawdzianami się uczę...- odpowiedział Keith, parsknąwszy cicho- A po ich zdaniu się relaksuję. Jak mam czas.
-Pytałem raczej o to, jak się relaksujesz- sprostował Johnny, wpatrując się w niego z uwagą.
-Cóż...
Keith chyba zamierzał odpowiedzieć, ale w pewnym momencie umilkł i zmarszczył brwi, zastanawiając się najwyraźniej. Nim jednak Johnny zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, rozległ się dźwięk komórki bruneta. Podskoczyli obaj, jakby zupełnie o tym zapomnieli.
-No... Akurat na czas- skwitował Johnny, uśmiechając się niepewnie- Zdążyliśmy obejrzeć.
-Tak...- Keith również uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu- No... To idę- rzucił w końcu, podnosząc się z miejsca.
-Okej- Johnny również wstał, by odprowadzić go do drzwi. Przez chwilę obaj milczeli. Chyba uczucie skrępowania lubiło wracać w najmniej odpowiednich chwilach- To co? Może jednak cię odwieźć?- zaproponował w końcu szatyn.
-Znasz odpowiedź. Trafię- dodał chłopak, zaczesując pasemko ciemnych włosów za ucho- To... Do zobaczenia jutro, tak?
-Jasne!
-Ale to nic pewnego- zastrzegł raz jeszcze Keith- Gdyby coś się zmieniło...
-Nie ma sprawy.
-To cześć?
-Cześć.
Dzwonek Keitha rozbrzmiał raz jeszcze.
-Chyba ktoś się o ciebie mocno upomina- zauważył z rozbawieniem Johnny.
-Najwyraźniej... Cześć, Johnny- pożegnał się z nim po raz trzeci chłopak i dopiero wtedy wyszedł.
Johnny zamknął za nim drzwi, uśmiechając się ciepło.
Jeszcze nie dostrzegał, że coraz ciężej jest mu traktować Keitha jako obiekt swojego wyzwania. Jeszcze nie rozumiał, że łatwiej jest widzieć w nim przyjaciela. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, jak łatwo zapomina o swojej taktyce i zamiarach, gdy tylko znajduje się w jego pobliżu.
… I jednocześnie, wciąż jeszcze liczył na to, że wszystkie te kwestie da się ze sobą pogodzić.

7 komentarzy:

  1. Anonimowy5:58 AM

    Johny małymi kroczkami zbliża się do Keitha i nie traktuje go jako wyzwanie tylko jako przyajciela a od przyjażni do miłości mały krok
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy2:21 PM

    ah, ah, jak ja lubię to opowiadanie. D.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moje kochane opowiadanie! Wspaniały rozdział. Eric mnie wkurza, ale to już norma. Mam ogromną prośbę - postaraj się napisać kontynuację w miarę szybko! <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Kocham to opowiadanie. Czytałabym je cały czas i z niecierpliwością czekam na każdy kolejny rozdział. :D

    Żal mi Benny'ego, ale ta jego dziewczyna będzie go jeszcze przepraszała za głupie podejrzenia.
    Eric jest dla mnie zagadką.

    Keith i Johnny równa się fantastyczna para, którą uwielbiam. Boję się tylko sytuacji, kiedy Keith dowie się, że jest wyzwaniem. Ja bym się czuła zraniona, gdyby okazało się, że ktoś zaczął ze mną rozmawiać itd. dlatego, że to było zadanie i ten ktoś chciał je wygrać. Ciężko by mi było później uwierzyć takiej osobie. Johnny zaczyna czuć sympatię do chłopaka, ale mam wrażenie, że będzie musiał wybrać. Wygranie wyzwania, czy Keith i jego obecność. Na razie chce przyjaźni, ale z czasem... :D

    Dzięki za rozdział. :*

    OdpowiedzUsuń
  5. Nareszcie! Stęskniłam się za Johnny'm i Keith'em :)
    Tak w ogóle ta sytuacja przypomina mi moją tylko bez tych wyzwań i flirtowania ale też mam koleżankę, która zmusza mnie do używania mojej mózgownicy, której zdecydowanie lepiej w stanie spoczynku :P
    Jestem ciekawa co się dzieje z Eric'em.
    Rozdział jak zwykle cudowny i mam nadzieję, że niedługo pojawi się kolejny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:32 PM

    Ou yeah coraz bardziej lubię to opowiadanie xD a Johnny coraz bardziej zaczyna mi przypominać mojego przyjaciela xD
    Chatime

    OdpowiedzUsuń
  7. Akemi7:36 PM

    "Johnny nie wiedział, czy to ze względu na brak Johnny'ego," - a nie Bennego?
    "-Tak?- blondynka uśmiechnęła się pobłażliwie- Trochę za późno, Benny," - tutaj chyba powinien być Johnny xD
    "-Romans.-Och...- Keith skrzywił się wyraźnie- A więc jednak horror." - hhhahah, niekiedy mam bardzo podobne zdanie XD
    Rozdział przyjemny - pomimo ogólnego deszczowego nastroju na początku. Ja często tak się czuję w czasie jesieni, więc rozumiem chłopaków. Erika chyba bym powiesiła za... wiadomo co - oczywiście w ramach wyzwania.. zawsze istnieje ryzyko wywalenia za to ze szkoły, nie? Więc wyzwanie byłoby doskonałe xD
    Baby.. słuchają tego złego, wrednego z nutą drapieżności, bo takie szczery to zawsze dobry przyjaciel. Cia ;]

    OdpowiedzUsuń