Strony

piątek, 15 lipca 2011

7. Johnny ma konkurencję

Johnny westchnął ciężko, wyrzucając resztki wczorajszej kolacji do śmietnika, po czym wyprostował się i omiótł wzrokiem całe pomieszczenie. Kuchnia z pewnością nie wyglądała zbyt reprezentacyjnie, chociaż to stwierdzenie można było uznać za eufemizm. Na stole stały nierozpakowane jeszcze zakupy, na których był rano, bo uprzedził Rose, że nie musi przychodzić w ten weekend. Nie chciał, żeby Keith czuł się nieswojo, a poza tym, naprawdę był przekonany, że świetnie da sobie radę. Właśnie zmienił zdanie. Na ladzie walały się jakieś śmieci, opakowanie po chipsach, butelka po jogurcie, karton po soku... Przerażające, po prostu przerażające. W jeden wieczór uczynił z idealnie czystej kuchni istne pobojowisko. Czasem naprawdę się zastanawiał, jak to możliwe, że jeden człowiek może robić wokół siebie tyle bałaganu... Chociaż wczoraj wyglądało to z jego perspektywy zupełnie inaczej. Przeszedł do salonu, mając nikłą nadzieję, że przynajmniej to pomieszczenie będzie wyglądało w miarę dobrze. Pomylił się. Aż jęknął głucho, widząc swoje ubrania porozwalane na kanapie i masę okruszków na podłodze. Wyjął odkurzacz i podłączył go, ale sekundę później zdecydował, że zacznie jednak od wypakowywania zakupów. Boże, bez Rose wszystko wydawało się takie skomplikowane... Poodkładał kupione rzeczy do (nie do końca) odpowiednich szafek, a następnie zgrabnym ruchem zgarnął wszystkie śmieci z lady i wyrzucił je do kosza. Zlew, całkowicie zastawiony naczyniami, postanowił sobie darować. Musiał zająć się resztą, przecież umrze ze wstydu przed Keithem, jeżeli będzie musiał go przyjąć w takich warunkach...
W tym momencie usłyszał dźwięk swojej komórki. Wszedł do salonu i zaczął szukać swojego telefonu na kanapie. W końcu odnalazł go pod jedną z poduszek i zerknął na wyświetlacz. Nieznany numer. Johnny zmarszczył brwi. Miał nadzieję, że to nie Keith do niego dzwonił...
-Słucham...?- zapytał niepewnie, odbierając.
-Cześć, Johnny!- usłyszał pogodny, dziewczęcy głos. Ani przez chwilę nie miał wątpliwości, do kogo należy. Odetchnął z ulgą.
-Hej, Linda- odparł, opierając się o brzeg kanapy i raz jeszcze oglądając całe pomieszczenie. Boże, całe szczęście, że została mu jeszcze przynajmniej godzina do przyjścia chłopaka... Co prawda wstał na tyle wcześnie, że mógłby spokojnie uprzątnąć to wszystko ze trzy razy, ale... Ale musiał zająć się sobą i upewnić, że błyszczy z każdej strony- Zmieniłaś numer telefonu...?
-Nie- odparła dziewczyna, lekko zdumiona- Nie miałeś go, prawda...?
-Jasne, że miałem!- odparł Johnny, śmiejąc się lekko, chociaż już w duchu skarcił się za to idiotyczne pytanie. Naprawdę wydawało mu się, że ma numer Lindy, ale teraz, gdy starał się sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek ją o niego pytał, rzeczywiście nie potrafił tego zrobić- To znaczy... Mam małe problemy z telefonem, wykasowało mi część listy...- milczenie Lindy zdawało mu się mieć dziwnie sceptyczny charakter- Hm... To... Czemu dzwonisz?
-Bo ty nie dzwoniłeś.
-Miałem taki zamiar.
-Och. Bez mojego numeru...?- parsknęła z politowaniem dziewczyna.
Johnny jęknął głucho.
-Na pewno bym go skądś wynalazł, wierz mi- odparł, trzymając fason i uśmiechając się czarująco, zupełnie tak, jakby Linda stała tuż przed nim i mogła to zobaczyć- Więc... Co u ciebie?- zagadnął ostrożnie.
-No wiesz, chciałam zapytać, czy znajdziesz dla mnie czas w ten weekend, czy nie...- głos dziewczyny pobrzmiewał niemalże obojętnością, ale Johnny aż za dobrze wiedział, że to tylko pozory. Był pewien, że gdyby mógł ją teraz zobaczyć, dostrzegłby na jej ustach figlarny uśmieszek- Wiesz, że kobiecie nie należy kazać czekać zbyt długo...?
-Eee... Jasne, nie ma sprawy...- Johnny parsknął cicho, odrobinę zmieszany- Hm... Może jutro?
-Super!- ucieszyła się dziewczyna, natychmiast schodząc z wcześniejszego, chłodnawego tonu- O której?
-Trzynasta, czternasta...?
-Czternasta będzie pasowała idealnie!- stwierdziła radosnym tonem- A gdzie...?
-Gdzie zechcesz- odpowiedział Johnny. Szczerze mówiąc nawet się nad tym nie zastanawiał. Już od jakiegoś czasu wiedział, że będzie gdzieś w końcu musiał wyjść z Lindą, ale skupiał się na Keithcie i swoim wyzwaniu, przez co nawet nie traktował tego poważnie. Pewnie gdyby dziewczyna do niego nie zadzwoniła, sam też by tego nie zrobił.
-Wiesz, gdzie jest ten nowy lokal przy Rodney Street?
-Pewnie- stwierdził szatyn, chociaż w rzeczywistości nie miał pojęcia- Spotkamy się na miejscu?
-Okej. O czternastej- przypomniała raz jeszcze dziewczyna, po czym zaśmiała się serdecznie i rzuciła- Do zobaczenia, Johnny... Czuję, że będzie bardzo miło...- dodała jeszcze, po czym się rozłączyła.
Johnny odłożył telefon na stolik, a następnie zebrał swoje ubrania i pobiegł na górę, wrzucając je wszystkie do kosza obok pralki. Spotkanie z Lindą nie wywołało w nim szczególnych emocji. Gdyby chociaż raz zadał sobie pytanie, czy dziewczyna aby na pewno jest w jego typie, pewnie miałby duży problem by na nie odpowiedzieć. Ale słowo się rzekło, a poza tym – oni naprawdę do siebie pasowali. Oboje byli znani, lubiani, popularni... Piękni, co trzeba było powiedzieć otwarcie, bo nawet słowo „przystojny” zdawało się być w opinii Johnny'ego zbyt mało wyraziste, by podkreślić jego cudowność i niezwykłą urodę... No i to czyniło z nich idealną parę. Idealną dla ewentualnych obserwatorów, bo chłopak był pewien, że gdy tylko się zejdą, to przez kilka tygodni będą stanowić główny temat wszystkich rozmów i plotek. Ach, ciężkie jest życie ludzi popularnych...
Był jeszcze na górze, gdy znowu usłyszał dzwonek telefonu. Zbiegł na dół i odebrał go ponownie, tym razem widząc, że telefonuje do niego Benny.
-Hej- rzucił pogodnie, uśmiechając się do siebie lekko- Co tam?
-Matka nie chce wypuścić mnie z domu- odparł jego przyjaciel z nieskrywanym zadowoleniem i westchnął głęboko- Uparła się, że skoro wczoraj tak źle się czułem, to dzisiaj musi się mną zająć, bla, bla, bla... Dlatego dzisiaj chyba nie uda nam się nigdzie wyskoczyć... Wczorajsza impreza też odpadła i trochę mi głupio...
-Nie ma sprawy, Benny... Następnym razem. Gadałeś z Maicy...?- zapytał ostrożnie, zdając sobie sprawę z tego, że to istny temat-mina.
-... Nie- usłyszał w końcu po dłuższej chwili milczenia- Rany, nie pytaj mnie o to, dobrze wiesz, jak między nami jest... Gdybym z nią gadał, byłbyś pierwszym, który by się dowiedział, a tak... A tak wolę, żeby nic mi o niej nie przypominało, serio.
Czyli nadal było źle. Johnny miał cień nadziei, że sytuacja mogła ulec zmianie, ale jak widać Maicy nie rezygnowała ze swoich domysłów, a dołączając do tego dziwaczną odpowiedź Erica, pewnie jeszcze się w nich utwierdziła(pasuje lepiej niż ,,upewnić się w domysłach'')... Szatyn już czuł, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Tą sprawę trzeba było rozwiązać i to jak najszybciej.
-Okej...- odpowiedział nieco niepewnie. Znowu zawahał się, czy nie streścić przyjacielowi tego wszystkiego, o czym się dowiedział, ale doszedł do wniosku, że to albo by go zirytowało, albo załamało jeszcze bardziej, więc wolał na razie dać temu spokój. W odpowiednim czasie i tak wszystko sobie wyjaśnią... Albo ze sobą zerwą... Johnny skarcił się za tę myśl, jakby miała być ona niefortunnym proroctwem- Wiesz może, gdzie jest jakaś restauracja przy Rodney Street...?
-Hm...- Benny najwyraźniej zamyślił się przez chwilę- No, jest tam coś takiego... Chyba otworzyli to jakieś dwa tygodnie temu. To taki mały lokal między lodziarnią, a sklepem obuwniczym... A co?- dopytał podejrzliwie.
-Nic. Umówiłem się z Lindą.
-Och...- Johnny wyczuł w głosie przyjaciela nutkę drwiny- A już myślałem, że z Keithem...
Znowu się zaczyna...
-Rany, Benny, zejdź z niego wreszcie... Mówiłem ci już... On jest całkiem fajny- starał się go przekonać, ale już wiedział, że pewnie nie przyniesie to dużych efektów.
-Rany, Johnny, sam z niego zejdź... I przestań tak gadać, bo naprawdę pomyślę, że się w nim bujasz...- mruknął z wyraźnym niesmakiem.
-Dobrze wiesz, że nie o to chodzi...- szatyn westchnął ciężko. Może gdyby nie to wyzwanie, udałoby mu się lepiej przekonać Benny'ego do tego, że Keith jest w porządku...? Teraz to wydawało się niemalże nieosiągalne- Słuchaj, Benny...- spróbował raz jeszcze, cierpliwym tonem- Keith jest naprawdę świetny... Miły, sympatyczny, zabawny...
-Jasne, że tak!- odparł sarkastycznie Benny- To pewnie dlatego ma tylu przyjaciół i znajomych! Istna dusza towarzystwa z niego!
-Oj, Benny...- on nie zrozumie. Za nic w świecie. Johnny też tego nie rozumiał, dopóki go nie poznał- Keith nie ma zbyt wielu kumpli bo... Jest zamknięty... Trochę... To znaczy...- to znaczy właściwie nie miał pojęcia, dlaczego Keith nie ma przyjaciół. Twierdził po prostu, że ich nie potrzebuje, ale poza tym, nie było w nim nic odstraszającego. Nie był nieśmiały, nie miał trudności z nawiązywaniem kontaktów, a już na pewno nie był równie wredny jak Eric...- No mniejsza z tym, ale uwierz mi na słowo, że to świetny kumpel... Zresztą, mógłby przyjaźnić się z nami...
-Co?!
… Dobra. Nieodpowiedni moment. Zdecydowanie nieodpowiedni.
-A-A poza tym... A poza tym oglądałem z nim wczoraj film i było świetnie- Johnny zmienił szybko temat na bezpieczniejszy, uznając, że kwestie ewentualnej przynależności Keitha do ich paczki lepiej zostawić sobie na później- Fajnie się z nim gada i w ogóle...
-Co to był za film...?
-Eee... „Dotyk przeznaczenia” czy jakoś tak...
-Rany, nie żartuj ze mnie...- wymamrotał blondyn, iście grobowym tonem- Tylko mi nie mów, że to ten chłam, na którym byliśmy z Maicy na którejś z naszych miesięcznic... To przecież jakieś tandetne romansidło!
-Wcale nie...- Johnny speszył się odrobinę. No dobrze, to było romansidło, ale wcale nie takie tandetne. Jemu się podobało. Och, chwila. Więc chyba jednak było tandetne, ale mniejsza z tym.
-Jak można oglądać takie rzeczy z drugim facetem?!- dopytywał się wciąż Benny z wyraźnym niezrozumieniem- Boże, takie coś można oglądać z laską albo z matką! Ale nie z innym gościem! Nawet ja bym się przeraził, gdybyś puścił mi coś takiego! Dwóch facetów powinno oglądać razem mecz albo jakiś film akcji, horror, kryminał, cokolwiek, ale babski, płaczliwy film...
-Przecież mam go poderwać, tak?- przerwał mu Johnny.
Jego przyjaciel milczał długo.
-... Nie wiem- odpowiedział w końcu- Nie mam pojęcia. Dobra, Johnny, kończę. Nie zrób niczego durnego- dodał jeszcze pochmurnie, rozłączając się.
Johnny jedynie westchnął głęboko, odkładając telefon. Benny po prostu nie rozumiał. Keith nie był jakimś tam sobie kujonem, czy przeciętniakiem. Owszem, gdy się na niego patrzyło, nie sprawiał wrażenia szczególnie interesującego... Ale Johnny pierwszy raz w swoim życiu, musiał z ubolewaniem przyznać, że jednak w jego przypadku wygląd okazał się mylący. Była to informacja doprawdy szokująca dla kogoś, kogo cała życiowa filozofia opierała się na zewnętrznym wrażeniu, ale Keith był najzwyczajniej w świecie fajny. Dobrze się z nim gadało i w ogóle... Tego „w ogóle” Johnny nie potrafił rozwinąć, bo właściwie nie wiedział, co tak konkretnie interesowało go w ciemnowłosym, ale najzwyczajniej w świecie go do niego ciągnęło. Byłoby super, gdyby przyłączył się do ich paczki i reszta by go polubiła... Teraz trzeba było tylko przekonać Benny'ego. Carl i tak by się dostosował, a Eric... Cóż. Ostatnie na co miał ochotę, to udawać, że obchodzi go jego zdanie.
Uruchomił odkurzacz i dokładnie w tej sekundzie, telefon zadzwonił po raz kolejny.
Sapnął z poirytowaniem, odbierając. Chyba dzisiaj wszyscy się na niego uparli...
-Hej- usłyszał głos Carla.
-Carl, przepraszam, ale nie mogę teraz gadać- odparł, nim ten zdążył powiedzieć chociaż słowo- Mam trochę roboty...
-O-Okej... Chciałem się tylko zapytać, czy gdzieś dziś razem wychodzimy...
-Nie, raczej nie... Benny dziś nie może, a ja też nie jestem do końca pewien, co i jak- wyjaśnił, odkurzając dalej i ledwie słysząc, co sam mówi- A co? Nie spotykasz się z Agathą?
-Nie, jedzie do babci... Albo ciotki, nie jestem pewien... Do rodziny w każdym razie...
-Znowu?- zdumiał się chłopak.
-No... Jesteś pewien, że nie znajdziesz chwilki czasu?
-Teraz nie... Najwyżej zadzwonię do ciebie wieczorem, okej?- zaproponował.
-Spoko.
-Do zobaczenia- rzucił właściwie na bezdechu, rozłączając się natychmiast i wracając do sprzątania. Boże, jakby wszyscy się uparli, żeby zawracać mu głowę akurat teraz, gdy szykuje się na przyjście Keitha...
I chyba rzeczywiście tak było, bo ledwie pomyślał te słowa, a usłyszał dzwonek do drzwi. Wyłączył odkurzacz, a następnie uniósł dłonie ku górze, w iście błagalnym geście, by w końcu ruszyć do drzwi.
-Czego znowu...?- wymamrotał z niezadowoleniem pod nosem, po czym otworzył i...
O rany.
-Cześć... Przychodzę nie w porę...?- zapytał Keith, wpatrując się w niego odrobinę niepewnie.
-Nie, nie!- zaprotestował natychmiast Johnny, wpuszczając go do środka i zamykając za nim drzwi- Tylko... Jesteś trochę wcześniej niż się spodziewałem... Sprzątałem...- dodał, drapiąc się po szyi, odrobinę skrępowany.
-Pomóc?- zaoferował Keith.
-Nie, no co ty!- chłopak zaśmiał się lekko i pokręcił głową- Przejdź do salonu, okej? Zaraz do ciebie przyjdę.
Chłopak skinął głową i ruszył do wskazanego przez szatyna pokoju. Sprawiał wrażenie lekko zawstydzonego, zupełnie tak jak Johnny. Zazwyczaj spotykali się w końcu w zupełnie innym celu, przynajmniej z pozoru. Teraz to było jakby... eee... przejście na wyższy poziom? Tak, chyba można było to tak nazwać. Johnny wszedł do salonu i schował odkurzacz, a następnie stanął przy Keithie i zapytał:
-Chcesz coś do picia? Piwa?
-Nie, dzięki. Nie piję.
-To może wódy...? Z-Znaczy wody...- Boże, co za żenująca pomyłka! Johnny aż jęknął głucho, czerwieniąc się odrobinę, czego pewnie i tak nie dało się dostrzec. Na szczęście- To znaczy... Wiesz, o co mi chodziło...- zaśmiał się w końcu nieco nerwowo.
-Tak, wiem o co ci chodziło...- potwierdził Keith, uśmiechając się pobłażliwie i kręcąc głową- Nie chcę.
-Hm... A herbaty?
-Nie.
-A kawy? Soku? Jogurtu? Może jakiegoś napoju? Coli albo...
-Niech będzie cola...- przerwał mu Keith, dostrzegając chyba, że jak tak dalej pójdzie, Johnny wymieni wszystkie możliwe trunki tego świata.
-Super!- ucieszył się Johnny, wracając do kuchni i już po chwili znowu znalazł się w salonie, kładąc na stole butelkę i dwie szklanki. Zamotał się przez moment, jakby zapomniał, co zamierzał zrobić jeszcze sekundę temu i w końcu rzucił jedynie- Zaraz wracam- by przynieść tym razem pokaźną miskę popcornu i chipsy.
Keith uniósł brew.
-Zaprosiłeś tu jeszcze kogoś...? No nie wiem... Na przykład całą wygłodniałą drużynę lekkoatletyczną...?
Johnny zaśmiał się serdecznie i pokręcił głowa.
-Nic mi o tym nie wiadomo- stwierdził, wciąż nie przestając się uśmiechać. Rozejrzał się wokół siebie, szukając wzrokiem przygotowanej przez siebie płyty, ale nigdzie jej nie dostrzegł. Podszedł do szafki i zaczął przeglądać jej zawartość, nieco zdenerwowany. Nie miał pojęcia, co się z nim właściwie dzieje. Wydawało mu się, że czuje coś na kształt... tremy? O nie, nie ma mowy! Johnny Bradley i trema to oksymoron.
-Ekhem...- odkaszlnął znacząco Keith- Johnny...
Szatyn odwrócił się w jego stronę. Brunet trzymał w wyciągniętej dłoni płytę. Chłopak zaśmiał się odrobinę nerwowo i wziął ją od niego, a następnie włączył film i usiadł obok ciemnowłosego.
-Przepraszam za bałagan.
-Nie ma sprawy...- odparł Keith, po czym zapytał niepewnie- Twoja... gosposia...?
-Rose? Nie przyjdzie dzisiaj- odpowiedział Johnny, uśmiechając się pogodnie.
Keith zaczesał pasemko włosów za ucho i odkaszlnął cichutko.
Johnny spojrzał na niego ze zdumieniem. Chyba nie on jedyny czuł się odrobinę skrępowany...

Keith leżał wygodnie na kanapie, a Johnny opierał się głową o jej brzeg, siedząc na podłodze. Nie miał pojęcia, w którym momencie znaleźli się w tak dziwacznej konfiguracji, ale atmosfera bardzo się rozluźniła. Zupełnie tak jak wczoraj, po kilkunastu minutach filmu, temat nawinął się sam, zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać, wymieniać uwagi, śmiać się... Och, gdyby tylko był tu Benny! Zobaczyłby, że Keith wcale nie jest jakimś tam nudnym kujonem i można się z nim świetnie bawić. I mógłby zostać ich kumplem. Ale gdyby został ich kumplem, trzeba byłoby go wtajemniczyć w wyzwania. I powiedzieć o tym, które dotyczyło jego.
… No...
Więc właściwie z tym kumplowaniem się można jeszcze zaczekać, nie?
-Najgorszy film dekady...- skwitował Keith, gdy rozpoczęły się napisy końcowe i westchnął ciężko.
-Chyba najlepszy!- sprostował Johnny z istnym zachwytem. Chciał go zobaczyć już od dawna i wcale się nie rozczarował. Owszem, nie miał najlepszych recenzji, ale nie da się ukryć, że mało filmów, które lubił Johnny je miało. Och, po prostu nie wszyscy ludzie są w stanie poznać się na prawdziwej sztuce!- Widziałeś te efekty specjalne?! A ten wybuch przy autostradzie?! Genialne!
-A widziałeś w tym jakąś logikę...?- mruknął sceptycznie Keith.
-To film akcji- wyjaśnił cierpliwym tonem Johnny- Nie chodzi o logikę tylko o to, żeby coś się działo... A poza tym, był też wątek miłosny...- dodał, z uwagą dopatrując się reakcji ciemnowłosego.
-Tak...- potwierdził Keith, parsknąwszy cicho- Najgorszy wątek miłosny dekady...
Johnny chwycił za kilka ziarenek popcornu walających się po podłodze i rzucił nimi w bruneta, śmiejąc się lekko.
-Ej!- ciemnowłosy w odwecie podniósł się do pozycji siedzącej i zdzielił go poduszką- Jesteś nienormalny...- stwierdził chłopak, również chichocąc cicho.
Johnny zwilżył wargi językiem, uśmiechając się z rozbawieniem.
-Szkoda, że zginęła, zanim cokolwiek się rozwiązało, nie...?- zagadnął ostrożnie szatyn- Byłaby z nich całkiem dobra para...
-Chyba żartujesz- Keith spojrzał na niego z politowaniem- Przecież cały czas ją oszukiwał, ten związek w ogóle nie miał sensu.
Johnny zmieszał się odrobinę.
-N-No...- bąknął niepewnie- Ale... Ale... Hm... No... Taką miał pracę, nie?
-Co nie zmienia faktu, że ją oszukiwał.
-Ale ją kochał.
Keith przewrócił oczyma.
-Jak mógł ją kochać, skoro ją oszukiwał?- zapytał bez zrozumienia.
-No wiesz... Czasem są takie sprawy, w których ludzie nie mogą sobie powiedzieć prawdy, nawet wtedy, gdy bardzo chcą...- stwierdził szatyn, z chwili na chwilę czując się coraz mniej pewnie.
-Tak?- ciemnowłosy uniósł brew w pobłażliwym geście- Na przykład jakie?
-Bo ja wiem?- zachichotał nerwowo chłopak- Praca tajnego agenta, śmiertelna choroba, tajemnica...- … wyzwanie...- … eee... No... A co ty byś zrobił, Keith?- zapytał nagle, ciekaw odpowiedzi. Brunet spojrzał na niego ze zdziwieniem-No wiesz... Gdyby zdarzyła ci się taka sytuacja...
-Nie wiem, nie zastanawiałem się nad tym...- stwierdził chłopak, marszcząc brwi- Ale pewnie zrobiłbym to samo, co ona. Dałbym sobie spokój z tym kimś.
-Dlaczego?- Johnny spojrzał na niego z lekką obawą. Z chwili na chwilę czuł się coraz mniej pewnie.
Brunet posłał mu pełne politowania spojrzenie.
-A ty chciałbyś być z kimś, kto cię oszukuje?
-N-No... Jeżeli by mi na tym kimś zależało...- Boże występował w roli adwokata samego siebie. Doskonały temat, nie ma co- Ludzie czasami mówią sobie różne rzeczy... Albo różnych rzeczy sobie nie mówią...- dodał niepewnie- Ale to przecież wcale nie znaczy, że nie mogą być przyjaciółmi, nie? Przecież każdy popełnia błędy.
-Ale nie każdy się na nich uczy- uciął Keith.
Johnny milczał, dziwnie przygnębiony. Nie był na tyle naiwny, by sądzić, że na wieść o wyzwaniu Keith rzuci się na niego z radosnym uściskiem i podziękuję mu za kłopot, ale mimo wszystko... No dobrze, wolałby teraz usłyszeć coś na kształt: „każdemu trzeba dać drugą szansę” i tak dalej, i tak dalej... Może udałoby się go włączyć do paczki i jednocześnie nic nie mówić mu o tym, że był obiektem wyzwania?
… Tak, a wcześniej go rozebrać, zrobić mu zdjęcie i udawać, że to absolutnie nic istotnego...
-Muszę już iść- rzucił nagle Keith, podnosząc się z kanapy i przechodząc do kuchni.
Johnny powiódł za nim mocno zdezorientowanym spojrzeniem, po czym także zerwał się z miejsca i pognał za nim, nieco zdziwiony.
-Już?- zapytał, stając tuż obok niego, gdy brunet zakładał kurtkę. Co prawda chłopak był u niego ponad dwie godziny, ale czas zleciał im strasznie szybko- Przecież jeszcze nie...
-Wyłączyłem telefon- przerwał mu ciemnowłosy, jakby doskonale wiedział, co ten zamierza powiedzieć.
-Dlaczego?
-Po prostu. Każdy potrzebuje chwili spokoju, nie?- mruknął Keith, wyjątkowo skupiony na zapinaniu swojej kurtki.
Johnny uśmiechnął się wesoło. Kto by pomyślał, że Keith będzie szukać spokoju w jego towarzystwie...
-Keith... Kto właściwie do ciebie dzwoni?- zapytał po chwili wahania, nie będąc pewnym, czy ciemnowłosy się nie zdenerwuje. Zdążył już zauważyć, że ten niezbyt chętnie opowiada o swoich prywatnych sprawach- Rodzice?
-Nie... Dwójka przybyszów z kosmosu, którzy chcą przejąć nade mną całkowitą kontrolę- parsknął z politowaniem brunet, przewracając oczyma- Znani powszechnie pod kryptonimami: mama i tata.
Johnny zaśmiał się lekko.
-Okej... Naprawdę musisz już iść...? Trochę pada...
Właściwie od jakichś dwudziestu minut lało jak z cebra.
-Tak... Tylko po raz piętnasty w ciągu tego tygodnia.
-Keith, nie puszczę cię przecież w taką pogodę, przemokniesz- rzucił szatyn, tonem pasującym raczej do Rose, niż do niego. Po cichu liczył na to, że może chłopak zechce zostać jeszcze trochę, chociaż było to mało prawdopodobne.
-A co...?- brunet uniósł brew w geście politowania- Znowu wepchniesz mi swoją parasolkę?
-Nie- Johnny wyszczerzył się wesoło- Podwiozę cię.
Już gdy wypowiadał te słowa, widział oczyma wyobraźni wyraz poirytowania wstępujący na twarz chłopaka... Ale tym razem, o dziwo, Keith nie sprawiał wrażenia rozdrażnionego, a raczej odrobinę zniecierpliwionego.
-Przecież mówiłem ci chyba ze sto razy...- zaczął po raz kolejny, wpatrując się w szatyna bez cienia zrozumienia- Mieszkam kawałek stąd. Dojście do domu, nawet przy najbardziej potwornych zjawiskach atmosferycznych, nie zajmie mi więcej niż dziesięć minut.
-A dojazd dwie.
-Nie szkoda ci benzyny?
-A tobie nóg?- nie odpuszczał Johnny.
Keith westchnął ciężko.
-O co ci chodzi?- zapytał w końcu otwarcie po chwili milczenia- Czemu aż tak bardzo ci na tym zależy? Liczysz na rewizytę czy co?
-Nie- zaprzeczył chłopak, wzruszając ramionami- Chcę ci po prostu okazać sympatię, Keith- dodał, uśmiechając się pogodnie.
Ciemnowłosy zmieszał się wyraźnie na te słowa i odkaszlnął cichutko, odwracając na chwilę wzrok. Szybko jednak wrócił do formy i stwierdził:
-Okażesz mi sympatię wybierając następnym razem lepszy film.
-N-Następnym...?- wydukał Johnny, wyjątkowo zaskoczony, po czym dodał szybko- Jasne, że tak!- bał się, że Keith mógłby się zbyt szybko rozmyślić. Zdziwiło go to. Wydawało mu się, że będzie musiał przekonywać chłopaka, a nawet uciec się do drobnej manipulacji czy wręcz oszustwa- Na pewno coś znajdę.
-Super. To do zobaczenia w poniedziałek w szkole- uciął Keith, ruszając szybkim krokiem w kierunku drzwi, ale Johnny chwycił go natychmiast za ramię i przyciągnął z powrotem do siebie. Chyba trochę zbyt gwałtownie, bo ciemnowłosy niemalże na niego wpadł, odsuwając się ostatecznie nieco i zerkając na niego niepewnie. Johnny puścił jego rękę, czując się mocno skrępowany.
-Eee... Hm...- co on właściwie miał...?- Ach, tak... No... Eee... Miałem cię podwieźć, nie?- zapytał wreszcie, uśmiechając się nerwowo.
-Boże, jaki ty jesteś uparty...- mruknął Keith, wpatrując się w niego zmrużonymi oczyma.
-A ty śmieszny!- odparł wesoło Johnny.
-Doprawdy...?
-Och, chodź Keith! Co ci szkodzi! Obiecuję, że nie będę nachalny, nie wejdę do twojego domu i nie będę nalegał na rewizytę. Słowo!- dodał znacząco, wciąż nie przestając się uśmiechać. Triumfował, cholera, triumfował! Widział, co prawda, nieco niechętny wyraz twarzy ciemnowłosego, ale już czuł, że ten ulegnie.
-... Dobra...- skapitulował chłopak z ciężkim westchnieniem- Chociaż to naprawdę nie ma najmniejszego sensu.

Johnny kompletnie tego nie pojmował. Jeszcze przed chwilą rozmawiali ze sobą całkowicie normalnie, a od momentu, gdy wsiedli do samochodu, znowu zapanowała między nimi jakaś napięta atmosfera. Szatyn czuł się skrępowany. Keith wpatrywał się z uporem w okno. Johnny patrzył na drogę, co jakiś czas zerkając jednak na chłopaka. Och, rany... Zdarzało mu się, że spotykał się z dziewczynami, które nie były w stanie wydusić z siebie słowa (nic dziwnego!), ale wtedy to on ratował sytuację, rzucał żartami, rozluźniał atmosferę... Ale przy Keithie wszystko było kompletnie inne. Za każdym razem, gdy chciał się odezwać, ogarniało go zawstydzenie i rezygnował. Włączył radio, chcąc jakoś zamaskować panującą pomiędzy nimi ciszę.
Jechali nie więcej niż kilka minut. W pewnym momencie Keith po prostu kazał mu się zatrzymać i wysiadł. Johnny uchylił drzwi, z ciekawością rozglądając się w okolicy. Zatrzymał się przy starej kamienicy. Rzadko bywał w tym miejscu, ale rzeczywiście było blisko jego mieszkania.
-To cześć- pożegnał się z nim Keith.
-Cześć- uśmiechnął się Johnny.
Żadne z nich nie ruszyło się z miejsca.
Brunet wcisnął dłonie w kieszeni kurtki i nie zważając na deszcz, po prostu wpatrywał się w szatyna z uwagą.
-N... Nie idziesz?- zapytał ze zdziwieniem Johnny.
-A ty nie jedziesz?
Chłopak zaśmiał się cicho.
-Słuchaj... Keith...- zaczął w końcu ostrożnie. Miał w sobie jakieś poczucie, że powinien coś teraz powiedzieć, ale wszystkie słowa, jakie przychodziły mu do głowy, nie zdawały się układać w żadną logiczną całość- Chciałem ci powiedzieć... Hm... Po prostu... Świetnie się z tobą gada- dokończył, uśmiechając się lekko. Nie do końca o to mu chodziło. Wolałby powiedzieć coś bardziej... spektakularnego. A jednocześnie mniej banalnego. Ale nic innego nie przychodziło mu do głowy.
-A z tobą ogląda filmy- odpowiedział brunet, uśmiechając się pobłażliwie.
-To... Do zobaczenia w poniedziałek w szkole, tak?
-Jasne... Jedź już- zaśmiał się Keith, wciąż moknąc.
Johnny uśmiechnął się jeszcze, po czym zamknął drzwi i ruszył, czując się wyjątkowo wesoło.
-To będzie bardzo dobry dzień...- zanucił w ślad za jakimś popowym wokalistą, uśmiechając się od ucha to ucha.

To był przede wszystkim bardzo nudny dzień. Johnny od powrotu do domu, czuł w sobie nadmiar energii, którego zupełnie nie miał jak spożytkować. Odrobił resztkę zaległych zadań domowych, uprzątnął pozostałą część mieszkania i obejrzał kilka odcinków serialu. Leżał na kanapie, zastanawiając się nad tym, co mógłby zrobić. W końcu chwycił za telefon i wybrał numer Benny'ego. Miał nadzieję, że jego mama zlitowała się nad nim wreszcie i pozwoli im gdzieś wyjść, zanim Johnny umrze z nudy.
Po kilku sygnałach włączyła się poczta głosowa.
Szatyn rozłączył się, wzdychając ciężko. No tak. Benny pewnie siedział przy komputerze ze słuchawkami na uszach i grał w jakąś grę albo słuchał muzyki.
Więc może Carl...? Johnny z nadzieją wybrał numer do drugiego przyjaciela.
-Halo?
-Cześć, Carl- rzucił wesoło- Mam wolny wieczór, więc co z tym wyjściem? Jeśli chcesz, możesz wpaść do mnie...
-Eee... Sorry, Johnny, ale jestem z Agathą...- odpowiedział nieśmiało Carl.
-Och. Nie jest u rodziny...?
-Nie, jednak zmieniła plany- oznajmił radośnie chłopak. Johnny westchnął cichutko. Nie było siły, która mogła oderwać Carla od jego dziewczyny- Przepraszam, Johnny, naprawdę...
-Nie, nie ma sprawy!- zaśmiał się szatyn, starając się ukryć swoje rozczarowanie- Miłego wieczoru- dodał jeszcze, rozłączając się i opadając z powrotem na kanapę.
Co mógł robić...? Jak to się działo, że Keith nie nudził się mimo braku znajomych? Pewnie miał dużo zajęć pozalekcyjnych albo hobby. A hobby Johnny'ego... Hm... Wyzwania. Picie. Spotkania. Nie brzmiało to zbyt obiecująco, szczególnie w tym momencie. Kto mu jeszcze został...? Było paru znajomych, ale Johnny nie lubił spotykać się z nimi poza szkołą i zbiorowymi imprezami. Nie mieli wielu wspólnych tematów. No i był jeszcze Eric.
Johnny parsknął cicho. Chyba musiałby się uderzyć w głowę, żeby w ogóle przyszło mu do głowy spędzenie z nim chociaż sekundy. Ale w tych okolicznościach...
Nie, nie ma mowy. Nawet umieranie z nudy jest lepsze niż spotkanie z tym dupkiem. Johnny uruchomił raz jeszcze film, który oglądał dziś z Keithem.
Gdyby ktoś go widział, pewnie uznałby go za wariata. Johnny śmiał się bez opamiętania za każdym razem, gdy przypominał sobie uwagi Keitha i jego komentarze do poszczególnych scen. Keith, Keith, Keith... Odetchnął niemalże tęsknie. Szkoda, że miał taką sytuację, może udałoby im się jeszcze dziś spotkać... Albo chociażby porozmawiać. Johnny zerknął w kierunku swojej komórki, ale skarcił się za tę myśl. Nie, Keith pewnie nie byłby zadowolony... Poza tym było już po dwudziestej, niezbyt późno, ale i tak mógł spać albo zajmować się czymś ważnym... Niedobrze byłoby go denerwować.
Oglądał jeszcze przez chwilę, ale nie mógł się skupić. Może jednak zadzwoni...? Uda, że ma jakiś problem z matematyką i nauką do sprawdzianu... Albo... Albo postara się zorientować, czy Keith jest rozdrażniony albo zły i wtedy powie, że się pomylił. Poza tym, jeśli Keith jest zajęty, pewnie i tak nie odbierze, prawda?
Podbudowany tą myślą Johnny wybrał numer Keitha.
Minęło kilka sygnałów, ale nikt nie odpowiadał. Szatyn już chciał się rozłączyć, gdy nagle usłyszał jakiś dziwny dźwięk.
-Halo...?- zapytał niepewnie.
Po drugiej stronie panowała zupełna cisza. Johnny zawahał się przez chwilę, nie będąc pewnym, czy Keith rzeczywiście odebrał, czy może coś stało się z jego telefonem.
-Keith...? Keith, jesteś tam...?
-... Nie- usłyszał po kilku chwilach pełen rozbawienia, dziewczęcy głos.
Znieruchomiał.
-A-A... Mógłbym prosić Keitha do telefonu...?- zapytał, oszołomiony.
-... Nie- powtórzyła raz jeszcze jego rozmówczyni i zachichotała.
Nim Johnny zdążył powiedzieć coś więcej, usłyszał kobiecy krzyk: „Angie!”, a później jakiś chrobot i połączenie zostało przerwane. Szatyn odłożył telefon na stolik, kompletnie osłupiały. Przez dłuższą chwilę w ogóle nie rozumiał, co się tak właściwie działo. Dodzwonił się do Keitha. Więc kto odebrał...? Kim była ta dziewczyna...? Jego siostrą? Nie, chłopak mówił, że nie ma rodzeństwa. Kuzynką...? Może. Koleżanką nie, bo koleżanek też nie miał.
A może... dziewczyną? Ta myśl wydała się Johnny'emu zupełnie nieprawdopodobna, bo wcześniej nawet nie brał pod uwagę takiej możliwości. Wydawało mu się, że Keith by coś o tym wspomniał, a poza tym wciąż patrzył na niego jak na obiekt wyzwania. Keith i dziewczyna... Dziewczyna Keitha... To właściwie... To właściwie było prawdopodobne. Ale Johnny nie zauważył, żeby brunet cieszył się jakimkolwiek zainteresowaniem ze strony dziewczyn. W końcu nie był jakoś szczególnie... no... interesujący. Bo szczególnie interesujący jest Johnny, ma się rozumieć. Ale zdarzało się przecież, że tacy chłopacy też mieli dziewczyny. Czasem wyjątkowo interesujące, co zawsze budziło w Johnny'm nie małe zaskoczenie.
Cholera, jeżeli to była dziewczyna Keitha... To wyjaśniałoby, dlaczego nie uległ Lindzie.
Dlaczego nie uległ nikomu.
Johnny zagryzł nerwowo wargę. Nie podobało mu się to. Ani trochę.

7 komentarzy:

  1. Anonimowy7:43 PM

    Ah, lejesz miód na moje serce. To taka banalna historia, a mnie najbardziej wciąga. Co poradzić. D.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy10:01 PM

    W chuj dużo wiary w Johnny'ego. Tyle powiem! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. To opowiadanie jest słodkie. Tak rozluźniająco proste (pewnie powodem tego jest sposób myślenia Johnnyego), a jednak nie sposób go nie polubić.
    Uwielbiam Johnnyego. Taki kochany narcyz z niego, a ja uwielbiam narcyzów :D. Nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa.
    I mimo że pomysł z zakładem jest już nieco oklepany, to i tak Twoje opowiadanie ma w sobie coś oryginalnego i to coś przyciąga ;).
    Jestem ciekawa czy teraz Johnny naprawdę będzie mieć konkurencję, chociaż wolałabym żeby jej nie miał, bo zapowiadałoby się, że musiałby konkurować z kobietą. Ale z drugiej strony Keith i dziewczyna? Nie, nie, nie... Nie pasuje mi to jakoś. Jest takim zamkniętym chłopakiem, nie widzę go flirtującego z dziewczyną i zabiegającego o jej względy... chyba, że to ona zabiegała.
    No, ale zobaczymy jak to pociągniesz ;D. Coś mi się wydaje, że obojętnie w którą stronę to opowiadanie nie pójdzie, to i tak będzie mi się podobać. Przez Johnnyego, którego kocham, uwielbiam, ubóstwiam xD.
    No i oczywiście zapomniałam wspomnieć, że lubię Twój styl. Niewymuszony, potoczny i taki... normalny.
    Dobra. Nakadziłam Ci, to teraz mogę iść. Może przeczytam dziś jeszcze jakieś Twoje opowiadanie, ale to jak znajdę czas.
    Weny, kochana, ku naszej radości! ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy11:15 AM

    Keith ma dziewczynę...?
    Mam dziwne wrażenie że Keith coś ukrywa, jeszcze nie wiem co, ale liczę na to, że kolejne rozdziały, wyjaśnią moje wątpliwości.
    Patrząc na relację Johnnego i Keitha. Johnny cały czas o nim myśli, w jego towarzystwie traci pewność siebie i lubi spędzać z nim czas. Oj to chyba coś więcej niż wyzwanie. Ale już nic nie mówie, nie chcę zapeszyć, hi hi hi.
    Twoje opowiadania są jak narkotyk, teraz zamiast siedzieć na plaży, zamknąłem się w namiocie i czytam twojego bloga. Ja co dzień dziękuję Bogu, że cię stworzył.
    Dużo weny życzę i pozdrawiam;*
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  5. Tylko czekam na tytuł Johnny zakochał się. On sam tego nie widzi, ale wpada coraz głębiej w tą całą sympatię do Keitha. Jak jeszcze nie jest, to powoli i tak zakochuje się w nim. W każdym razie bardzo zaczyna mu na chłopaku zależeć. I może sobie tylko wmawiać, że to chodzi o wyzwanie.
    Do tego on Keithowi nie jest obojętny, to poprawianie włosów itp. moja koleżanka tak robi za każdym razem, jak ktoś jej się podoba i to w ten szczególny sposób. Uwielbiam tych chłopaków.
    Nie wierzę, ze to była dziewczyna Keitha. Nie wiem, co on ukrywa, czego się wstydzi, ale w przyszłości się otworzy i powie Johnny'emu o co bieda. Jeżeli najpierw nie dowie się o wyzwaniu i nie poczuje oszukany.

    Miałam iść sprzątać, ale przypomniałam sobie, że jeszcze nie skomentowałam rozdziału.

    Weny. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Mam mało czasu więc powiem w prost: Jak mogłaś to tak zakończyć!!! Rozdział jak zwykle wspaniały, ale teraz nie będę mogła przestać myśleć co takiego się stanie...
    Pomimo twoich planów mam nadzieję że w najbliższym czasie uda ci się napisać kolejną część Wyzwania :)
    Mam nadzieję że dobry opiekun pisarzy natchnie cię weną :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy1:43 AM

    Aż serce się kraja, gdy myśli się o tym jak Johnny to wszystko, co między nim a Keithem się narodziło, spartaczy w jeden dzień.
    Coś strasznego.
    Ale całość jest tak piękna, że nie mogę wyjść z podziwu. Twoje dialogi są tak interesujące, tak błyskotliwe... Och, nie mam słów. Wiele bym oddała za Twój talent. ;)
    Pozdrawiam Cię najserdeczniej jak się da.
    I czekam z utęsknieniem na kolejne rozdziały!
    Oby trwały w nieskończoność :)
    J.

    OdpowiedzUsuń