Strony

wtorek, 26 lipca 2011

§ 9 § [YFM]

Absalom leżał nieruchomo na łóżku, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Znowu śnił mu się Mortalis. Tym razem doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to wszystko rozgrywa się jedynie w jego wyobraźni, ale wcale nie chciał wracać do rzeczywistości. W tym śnie mężczyzna go nie całował. Dotykał go jedynie delikatnie, wodził dłońmi po jego ciele, a Absalom, mimo tego, że był ubrany, zdawał się odczuwać to każdym najmniejszym fragmentem swojego ciała. Obudził się twardy i mocno zażenowany.
Uniósł się ostrożnie na łokciach i rozejrzał po pomieszczeniu. Łóżko Mortalisa było puste, już  pościelone, jego opiekun musiał wstać jakiś czas temu. Drzwi do domku były lekko uchylone. Absalom wyjrzał ostrożnie przez okno, a gdy upewnił się, że mężczyzny nie ma nigdzie w pobliżu, położył się z powrotem i powoli zsunął z siebie kołdrę.
Serce biło mu szybko z ekscytacji i strachu jednocześnie. Wsunął dłoń w spodnie od piżamy i dotknął niepewnie swojej męskości. Jęknął niepohamowanie, dokładnie tak jak wczorajszego wieczora, czując przyjemne łaskotanie w podbrzuszu. Przesunął palcami wzdłuż swojego członka, przymykając powieki i łapiąc gwałtownie powietrze. Jego pierwsze ruchy były niepewne i nieśmiałe, jakby starał się wybadać własne reakcje i zrozumieć, dlaczego sprawia mu to aż tak dużą przyjemność. Kolejne nabrały na sile i szybkości. Absalom odchylił głowę do tyłu i wygiął się w lekki łuk, oddychając płytko. Na chwilę zupełnie zapomniał o tym, gdzie się znajduje, skupiając się wyłącznie na czerpanej przez siebie przyjemności. Było mu dobrze. Tak dobrze, że nagle cały wstyd minął i myśli Absaloma powędrowały w zupełnie innym kierunku, a jego wyobraźnia zaczęła tworzyć obrazy, których nawet nie starał się odrzucić. Już po chwili wydawało mu się, że dłoń, którą czuje na swojej męskości, jest w rzeczywistości dłonią Mortalisa. Niemalże czuł na swoich ustach jego delikatne pocałunki, ciepły oddech na szyi, bliskość tak niesamowicie intymną, jak jeszcze nigdy wcześniej... Bał się otworzyć oczu. Pieścił się nadal, czując się tak, jakby miał zaraz eksplodować.
Nagle usłyszał skrzypnięcie drzwi i czyjeś kroki.
Resztką rozsądku, natychmiast zasłonił się kołdrą, cofając się na sam koniec łóżka i wrzasnął z przerażeniem, wpatrując się w mężczyznę, stojącego nieopodal niego.
-Mortalis!- krzyknął, czerwieniąc się z zażenowania- Wyjdź!
Mężczyzna wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie.
-Ale...
-Wyjdź!- powtórzył jedynie chłopak, z nie mniejszą paniką.
Mortalis sprawiał wrażenie mocno zdezorientowanego, ale mimo to, opuścił pospiesznie pomieszczenie. Absalom westchnął ciężko, zasłaniając twarz dłońmi.
Mieszkanie z Mortalisem nigdy wcześniej nie było równie uciążliwe...

Absalom dosłownie umierał ze wstydu. Miał ochotę schować się w jakiś najciemniejszy kąt i najzwyczajniej w świecie udawać, że go nie ma. Za każdym razem, gdy patrzył na mężczyznę, zalewała go fala zażenowania, mimo tego, że Mortalis najprawdopodobniej niczego nie zdążył zobaczyć i nie wiedział, czego właściwie stał się świadkiem. A nawet, jeżeli było inaczej, nie dał tego po sobie jakkolwiek poznać, za co Absalom był mu wyjątkowo wdzięczny. Co nie zmieniało faktu, że najchętniej wziąłby łopatę i zakopał się w ogródku.
-Idę do miasta- poinformował mężczyznę cichutko.
-Dobrze- odpowiedział zwyczajowo Mortalis, bez najmniejszych emocji.
-Zajrzę do Edalisa- dodał jeszcze chłopak, wpatrując się w niego niepewnie- Coś przekazać?
-Nie trzeba.
Absalom zaczesał nerwowo pasemko włosów za ucho i już miał wychodzić, gdy usłyszał:
-Absa... Wyruszam jutro.
-Jutro?- Absalom zatrzymał się i spojrzał na niego ze zdumieniem, czując jak zwykle ukłucie żalu. Tym razem niosło ono jeszcze za sobą poczucie goryczy, bo zdawał sobie sprawę z tego,  że nie wykorzystał w pełni obecności mężczyzny i pewnie przyprawił go o ból głowy swoim dziwacznym zachowaniem. Było mu z tego powodu przykro.
-Mhm...- potwierdził jedynie mężczyzna i na tym najwyraźniej rozmowa się skończyła.
Absalom spoglądał na niego jeszcze przez chwilę, jakby zamierzał coś powiedzieć, zaprotestować, poprosić go żeby został, ale ostatecznie uśmiechnął się jedynie nerwowo i wyszedł. Ruszył prosto do lasu, swoje pierwsze kroki kierując rzeczywiście w stronę miasta, choć wcale nie miał zamiaru tam iść. Wizyty u Edalisa były świetną wymówką, zwłaszcza, gdy potrzebował chwili samotności. Głównie dlatego, że mężczyźni nie rozmawiali już ze sobą osobiście, więc Mortalis i tak nie mógł się o tym dowiedzieć. Absalom westchnął głęboko. Czuł zupełny mętlik w głowie. Z jednej strony zdawał sobie sprawę z tego, że bez Mortalisa będzie czuł się bardziej swobodnie i lekko, a z drugiej wcale nie chciał, żeby ten odchodził, nawet na kilka dni. Bardzo chciałby mu powiedzieć o tym, co go dręczy, ale wcale nie był pewien, jak ten by zareagował. Szczególnie, że stał się nagle obiektem jego fascynacji, czego nie rozumiał sam Absalom. Nie wiedział, dokąd ma właściwie iść. Miał ochotę znaleźć jakieś ustronne miejsce i... może... Nie, nie, nie! Odrzucił od siebie te myśli, czerwieniąc się z zawstydzenia i jednocześnie czując, że coś w nim drga radośnie, jakby w oczekiwaniu na tę chwilę. Bał się tego, że znowu mógłby zostać przyłapany, a poza tym, wcale nie wiedział, czy robi coś dobrego albo normalnego. Jeszcze w życiu nie słyszał o tym, żeby mężczyzna... no... robił sobie takie rzeczy. Edalis mówił, że seks jest przyjemny. Ale seks uprawia się z kobietą, a poza tym Absalom zupełnie nie wiedział, jak on w ogóle wygląda!
To go frustrowało i irytowało. Fakt, że nawet nie potrafił nazwać ani określić tego, co się z nim właściwie dzieje.
Starał się skupić uwagę na czymkolwiek innym i rozglądał się dookoła uważnie, jakby rzeczywiście mogło mu to w tym pomóc. Dopiero po chwili dostrzegł coś dziwnego. Zatrzymał się, marszcząc brwi. Na jednym z pni drzewa widoczna była wyraźnie ciemnoczerwona smuga. Podszedł do niego niepewnie. Nie był przekonany, ale to wyglądało jak krew. Sądził, że to jakieś ranne zwierzę zostawiło swój ślad i albo wykrwawiło się nieopodal albo rana nie była na tyle poważna i było tylko lekko zadraśnięte. Chciał się o tym przekonać. Może leżało gdzieś niedaleko, a nie było za późno i dało się mu jeszcze pomóc? Skręcił pomiędzy drzewa, wchodząc w gąszcz krzaków i przedzierając się przez nie z trudem. Ktoś chyba szedł tutaj już przed nim, miejscami rośliny były wdeptane w ziemię albo zgniecione. Na niektórych widniały ślady krwi, jeszcze dosyć wyraźne. Absalom zaniepokoił się bardziej. Biedne stworzenie. Cokolwiek to było, szanse na to, że jeszcze żyło, były marne. Krew, krew, coraz więcej krwi... Jak to możliwe, żeby coś zaszło aż tak daleko, skoro było poważnie ranne? Grunt obniżał się nieco i Absalom schodził coraz niżej i niżej, aż w końcu...
-Mortalis!- krzyknął z przestrachem- Mortalis!
Rozpościerały się przed nim zwłoki jakiegoś mężczyzny. Absalom jeszcze nigdy w życiu nie widział czegoś równie okropnego. Jego ciało było poszarpane, jakby porozdzierane na części, cała krew i wnętrzności znajdowały się na zewnątrz. Wokół roiło się już od owadów, które zaczynały oblegać ciało zmarłego. Chłopak zakrył usta i nos, czując obrzydliwy zapach wydzielający się ze zwłok. Dopiero po chwili spojrzał na wykrzywioną w grymasie przerażenia twarz mężczyzny. I wtedy nadeszło największe zaskoczenie.
… Znał go.
Mortalis znalazł się przy nim błyskawicznie, początkowo chwytając go na chwilę w ramiona i spoglądając na niego tak, jakby obawiał się, że to jemu coś się stało. Już po chwili spojrzał jednak na leżące obok ciało, ale na jego twarzy nie pojawił się ani cień emocji.
-Kolejny...- mruknął jedynie z niechęcią, kucając przy zwłokach i oglądając je bez cienia obrzydzenia czy lęku. Znajdowali czasem zmarłych ludzi w lesie. Niezbyt często, ale zdarzało się. Niektórzy wędrowali tutaj nocą, nie znali tego miejsca, a las dla ludzi, którzy nie umieli się po nim poruszać, bywał wyjątkowo zdradliwy. Absalom nigdy wcześniej nie widział jednak czegoś równie potwornego.
-Kto to zrobił...?- zapytał, drżącym głosem.
-Raczej co- poprawił go Mortalis, nie ruszając się z miejsca- Bo na pewno nie człowiek. To robota zwierzęcia, dużego zwierzęcia...- ocenił- Może niedźwiedzia... Ludzie pałętają się tutaj i zupełnie nie wiedzą, jak mają się zachowywać wobec innych stworzeń, więc to zawsze kończy się tak samo...- stwierdził, krzywiąc się z niechęcią.
-On wiedział- szepnął Absalom- Często tu bywał.
Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Skąd wiesz?
Chłopak poczuł, że zbiera mu się na łzy.
-Bo to ten kupiec...- wydusił z siebie z trudem- Ten, który do mnie przychodził. Ten, od którego kupiłem medalion.

Deszcz bębnił miarowo o szyby. Absalom siedział na łóżku z podkulonymi nogami, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą. Łzy spływały po jego policzkach, a on nawet nie starał się ich ocierać. Czuł się okropnie. Poczucie winy ciążyło na nim niewyobrażalnie, chociaż jeszcze nie do końca rozumiał, co się tak właściwie stało. Nigdy wcześniej nie widział, żeby zwierzę zrobiło coś tak potwornego.
-Absa, do licha...- Mortalis wyjrzał z pokoju obok i wbił w niego uważne spojrzenie. Zaglądał do niego co chwilę, starając się go jakoś pocieszyć albo podnieść na duchu, ale nic nie przynosiło rezultatu- Powtarzam ci, to nie jest twoja wina i wybij to sobie z głowy. Nie możesz odpowiadać za wszystkich ludzi, którzy wchodzą do lasu.
-Ale on chciał przyjść do mnie- szepnął w odpowiedzi chłopak. To bolało go najbardziej. Ta świadomość, że mężczyzna nie żyje, bo on nie zareagował odpowiednio. Bo nie kazał mu odejść tak stanowczo, jak powinien. Bo się nad nim ulitował... W tym jednym przypadku, żałował tego, jak niczego innego.
-Nie wiesz tego- upierał się Mortalis- Mógł równie dobrze wędrować do innej osady.
-Nie- zaprotestował niemrawo chłopak- Nie mógł.
-Absa! Nawet, jeżeli szedł do ciebie, to niczego nie zmienia! To był przypadek, zdarza się, nie masz z tym nic wspólnego! Nie zabiłeś go!
-Ale przeze mnie się tu znalazł.
-Przecież nie kazałeś mu tutaj przychodzić. To była jego decyzja.
Absalom pokręcił jedynie głową. Słowa mężczyzny zupełnie do niego nie trafiały. Chłopak miał poczucie, że on po prostu nie rozumie. Dla niego śmierć była czymś tak naturalnym, że nie widział w niej już nic przerażającego ani smutnego. Absalom był inny. Bolało go to. Bolało go to, że zginął ktoś, kogo znał. Ktoś, kogo lubił... Bolało go to, że przyczynił się pośrednio do tej śmierci, nie zachowując się tak, jak należy i nie postępując według poleceń Mortalisa.
-Nie zrobiłeś niczego, co mogłoby wywoływać u ciebie wyrzuty sumienia- stwierdził mężczyzna z pewną stanowczością, a chłopak uśmiechnął się gorzko- Niczego. Jak niby mogłeś temu zapobiec?
-Mogłem...- szepnął Absalom, drżącym z emocji głosem. Zastanawiał się nad tym zbyt długo, zbyt intensywnie to analizował, by nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie- Mogłem kazać mu odejść i nie przychodzić więcej, tak jak mi mówiłeś. Mogłem go odtrącić, wyrzucić stąd, nie litować się nad nim... Mogłem po prostu dać mu do zrozumienia, że nie ma tu czego szukać.
-Przecież to zrobiłeś.
-Nieprawda!- zaprotestował gwałtownie, podnosząc się z miejsca, a mężczyzna wbił w niego pełne niezrozumienia spojrzenie. Absalom odetchnął płytko, zaczesując nerwowo włosy do tyłu- Nie zrobiłem niczego...- przymknął powieki, zatrzymując się w miejscu- Powiedziałem mu, żeby już nie przychodził, ale czułem, że jeszcze się tu pojawi! Chciałem mieć po prostu wymówkę, chciałem wierzyć, że próbowałem, ale było mi go szkoda! Nie potrafiłem zrobić niczego, by go zniechęcić, nie potrafiłem potraktować go źle! I jeszcze... Jeszcze kupiłem od niego ten przeklęty medalion!- syknął wściekle, jednym ruchem zrywając amulet ze swojej szyi i rzucając go w kąt.
Blaszka. Zwykła blaszka. Mortalis miał rację. Teraz Absalom nie widział w niej już nic interesującego. Słowa, które jeszcze niedawno wypowiadał z pełnym przekonaniem, teraz wydawały mu się być bajką, w którą zbyt łatwo uwierzył. Przedmioty ważniejsze niż pieniądze. Symboliczne. Wartościowe. Nie, w gruncie rzeczy zupełnie nic nie warte. Całą swoją wartość traciły bowiem w momencie, gdy zestawiało się je z ludzkim życiem, ludzką tragedią, śmiercią... Wydawały się banalne, pozbawione sensu i puste. To tylko przedmioty. Nic więcej, jak tylko przedmioty...
Ze zdumieniem dostrzegł, że Mortalis podszedł do amuletu i chwycił go w dłoń, obracając w niej przez chwilę i oglądając, po czym ruszył w kierunku swojej pracowni.
-Idź spać, Absa- szepnął jeszcze, znikając w pomieszczeniu.

Obudził go jakiś głośny dźwięk. Absalom otworzył oczy i leżał przez chwilę w bezruchu, przez chwilę zupełnie nie potrafiąc określić tego, co słyszy. Dopiero po jakimś czasie, zdał sobie sprawę z tego, że to pukanie do drzwi. Pukanie? Nie. Głośny łomot. Ktoś na zewnątrz uderzał w drzwi z taką siłą, że te ledwo trzymały się w zawiasach. Absalom poczuł w sercu lęk. Skulił się odruchowo, zasłaniając kołdrą i zaciskając powieki, przerażony. Kto to mógł być...? Nie wiedział. Dopiero po kilku minutach zdał sobie sprawę z tego, że jego strach jest zupełnie irracjonalny. Przecież był z Mortalisem. Z Mortalisem! Kto mógł zrobić mu krzywdę?! Więc dlaczego mężczyzna jeszcze nie zareagował...?
Chłopak podniósł się powoli z miejsca. Łomotanie ustało, ale bał się wyjrzeć przez okno i ruszył prosto do łóżka mężczyzny, nachylając się nad nim.
-Mortalis...?- szepnął niepewnie, dotykając jego ramienia- Mortalis, obudź się, proszę... Ktoś jest na zewnątrz.
Nie uzyskał odpowiedzi. Skóra mężczyzny była przeraźliwie zimna. Absalom cofnął dłoń, spłoszony i w tym momencie zorientował się, że zostały na niej ślady krwi. Znieruchomiał na chwilę, kompletnie osłupiały, po czym odwrócił mężczyznę w swoją stronę. Krzyknął. Ciało Mortalisa było całkowicie pokryte krwią, która sączyła się z potężnej rany na jego klatce piersiowej. Krew nagle zmieniła kolor z ciemnoczerwonej na całkowicie czarną, spływając lepką smugą na wszystko dookoła.
-Mortalis! Mortalis!- Absalom załkał gwałtownie, starając się jakoś zatamować krwawienie, ale mężczyzna nawet nie oddychał. Był blady i nieruchomy. Martwy. Po prostu martwy. Ta świadomość uderzyła w chłopaka gwałtownie, wywołując u niego drżenie i płacz- Błagam cię, Mortalis, nie możesz umrzeć, nie możesz umrzeć...- powtarzał chaotycznie, ale wiedział już, że to zupełnie bezcelowe. Kto mógł to zrobić...? Kto mógł tutaj wejść i zrobić coś tak okropnego?!
Absalom odsunął się od mężczyzny i odwrócił w kierunku drzwi, które teraz pozostawały zupełnie nieruchome. Wokół panowała cisza. Zupełna cisza. Dopiero w pewnym momencie dostrzegł nagle, jakiś ruch za oknem. Podszedł niepewnie w jego kierunku, wyglądając na zewnątrz. W tym momencie czyjaś wykrzywiona w grymasie przerażenia twarz przycisnęła się gwałtownie do szyby, by zaraz osunąć się na dół, pozostawiając na niej jedynie ślad krwi.
Absalom znieruchomiał z przerażenia, słysząc znowu ten okropny łomot.
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Absalom krzyknął głośno, budząc się ze snu. Aż podskoczył gwałtownie, gdy usłyszał donośny grzmot i otulił się szczelniej kołdrą, nie będąc w stanie upewnić się, czy to wszystko rozgrywało się wyłącznie w jego wyobraźni. Na dworze grzmiało coraz mocniej. Zaczynała się burza.
To był tylko sen, tylko sen... Powtarzał sobie to zdanie w myślach ciągle i ciągle, a jednak nie czuł się wcale spokojniej. Wprost przeciwnie. Z każdą sekundą jego lęk i niepewność rosły, stawały się niemalże nie do wytrzymania. Widział w swojej wyobraźni twarz Mortalisa, przypomniał sobie, w jakim stanie go wtedy odnalazł... Zupełnie nie potrafił  wyrzucić tego obrazu ze swoich myśli, to go paraliżowało. Nigdy wcześniej nie czuł się równie przerażony, równie zrozpaczony, a przy tym równie bezsilny... Nie pomógł mu, nie potrafił. Był przerażony jak dziecko, wolał kulić się pod kołdrą, zamiast coś zrobić...
Podniósł się powoli z miejsca i ruszył chwiejnym krokiem w kierunku łóżka mężczyzny. Chciał go tylko zobaczyć. Upewnić się, że nic mu nie jest, spojrzeć na jego spokojną twarz, odetchnąć głębiej i starać się zapomnieć o tym koszmarze, jak o wszystkich poprzednich. Nachylił się nad posłaniem Mortalisa. Jego opiekun odwrócił się w jego kierunku, spoglądając na niego z uwagą. Absalom spłoszył się natychmiast, zawstydzony tym, że go zbudził. Zawstydzony własnym tchórzostwem. Po jego twarzy cały czas spływały łzy. Starł je ukradkiem i już otwierał usta, by przeprosić, gdy nagle poczuł, jak mężczyzna chwyta go za rękę i wciąga do łóżka. Nie opierał się, kompletnie oszołomiony. Mortalis okrył go kołdrą, a następnie objął ciasno ramionami, nie mówiąc ani słowa. Chłopak wtulił się w niego mocno, zaciskając dłonie na materiale jego piżamy i łkał jeszcze cichutko, uspokajając się jednak stopniowo. Jego zapach, jego bliskość dawały mu ukojenie. Sprawiały, że czuł się dużo spokojniejszy. Zasypiał powoli w ramionach mężczyzny, wciąż nie mogąc wyrzucić tego potwornego obrazu ze swojej głowy.
Miał złe przeczucia.

9 komentarzy:

  1. maruta12:42 PM

    końcówka była rozczulająca :)
    mam nadzieję, że nie zmaltretujesz zbytnio Mortalisa na jego nowej "wycieczce" i wróci w całości, bo Absa gotowy iść go szukać gdzieś po świecie :)
    z niecierpliwością będę czekać na kolejne AfY, choć dobre samopoczucie burzy mi świadomość, że chyba trafisz z publikacją na mój urlop i będę musiała czekać długie dwa tygodnie, zanim uda mi się dostać do netu.

    pozdrawiam, weny życzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawie wpadł na onanizowaniu się. Ciekawe, jak zachował by się Mortalis, jakby wszystko zobaczył. Kiedyś z pewnością mu pomoże w tym i owym. :D
    Sen Absy również i mnie zaniepokoił. Do tego ten zabity kupiec... nie wierzę, ze to było jakieś zwierzę.
    Sama końcówka po prostu piękna. Miałam nadzieję, że zasnął razem. :D

    Weny :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogłam doczekać się kontynuacji i jest! Jestem w pełni zadowolona, o! Trochę mnie nie było, więc miałam kilka ciekawych rozdziałów do nadrobienia, z czego bardzo się ucieszyłam. AFY, Wyzwanie - po prostu kocham. YFM też podoba mi się coraz bardziej, jakby nie patrzeć... <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeejkuu! Kocham te końcówkę.. Rozczulająca.^^
    I ta wpadka na początku *chichocze* Biedny Absa, tak się zestresował xD
    Martwi mnie jeszcze złe przeczucie Absy.. mam nadzieje ze nie poharatasz Mortalisa za bardzo na tej wyprawie i dasz mu wrócić w całości;)

    pzdr i weny!

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy6:44 PM

    Mi też najbardziej podobała się końcówka, to było po prostu urocze.
    Absa nam dorasta:D! Ciekawi mnie jak poradzi sobie, ze swoimi problemami i czy w końcu zrozumie, co czuje do Mortalisa. Mam nadzieję, że Mortalis szczęśliwie wróći do domu, po swojej misji ( oby sny Absaloma nie były prorocze, mam na myśli oczywićsie te o śmierci Mortalisa, bo inne były bardzo... ciekawe i fajnie by się o nich czytało :D)
    To było by na tyle. Weny życzę i pozdrawiam:
    S.S:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Końcówka cudowna... Rano pewnie Absa będzie czuł się niezręcznie :]
    Również mam złe przeczucia dotyczące snu Absy i tego martwego kupca...
    Ciekawe jakby zareagował Mortalis gdyby zobaczył co rano robił Absolom :D
    Ale chaotyczny ten mój komentarz... no nic :D
    Życzę duużo weny !

    OdpowiedzUsuń
  7. straszne, urocze i śmieszne :D Absa cudownie się miota i ta jego nieświadomość co się z nim dzieje, dojrzewanie w jego wykonaniu jest nieziemskie. Mam nadzieje, że nie ukatrupisz Mortalisa xD chociaż coraz rzadziej w to wierze, po tych koszmarach chłopaka xD
    piękny rozdział :*
    P.S przepraszam, że nie mam mnie na gg ale piszę swój rozdzialik ale na pewno po nim Cię złapie :*
    pozd
    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy10:17 PM

    ah, jak dawno mnie tu nie było. Absalom jest ekstremalnie uroczy, z resztą jak całe opowiadanie. czyta mi się najlepiej zaraz po Johnnym, oczywiście. D.

    OdpowiedzUsuń
  9. Akemi4:17 PM

    Złe przeczucia, a kysz, a kysz! Mortalis ma żyć i dalej egzystować przy Absie, no! Nie bądź brutalem xD Końcówka świetna (ba, cały rozdział też!). Bardzo znane uczucia tu pokazujesz xP

    OdpowiedzUsuń