Strony

środa, 31 sierpnia 2011

Ogłoszenie :)

Eee... Nastąpiła pewna mała zmiana planów w wyniku której rozdział ukaże się w sobotę ^^". Powiedzmy, że moja ekscytacja nadchodzącym rokiem szkolnym niezbyt pozwala mi się skupić na tym, co robię.

Więc, do soboty :]


niedziela, 28 sierpnia 2011

Dzień dobry :)

Przepraszam za spóźnienie, miałam pewne sprawy osobiste do załatwienia. Mam nadzieję, że uda mi się napisać Johnny'ego.


Enjoy.

22. Bierność [Sunrise]

Przez cały dzień chodziłem rozkojarzony. Słuchałem nieustannych ostrzeżeń Jenny, krytycznych komentarzy Jacka i sceptycznych uwag Katy, nie biorąc w tym jednak udziału. Nie zamierzałem mówić żadnemu z nich, o czym rozmawiałem z Ricky'm. Nadal wierzyłem w to, że może uda mi się jednak z nim porozmawiać i będę na tyle stanowczy, że wreszcie się ode mnie odczepi, chociaż non stop dopadały mnie wątpliwości. Nie miałem jednak zbyt wielu innych opcji do wyboru. Gdybym powiedział moim przyjaciołom, usłyszałbym znowu o tym, że powinienem iść na policję, czego nie zrobię. Zresztą, co oni właściwie mogą? Z kolei Amadeusz, który może dużo, i tak nie załatwi tej sprawy. On jest demonem, demonem, na litość boską. Gdyby wszyscy go widzieli, może po prostu poszedłby do Ricky'ego ze mną i jakoś mnie wsparł, ale jego po prostu nie ma, przynajmniej dla całej reszty społeczeństwa, spośród którego ja jeden, musiałem się akurat okazać tą jednostką wybraną, na które spadają wszystkie nieszczęścia i katastrofy, łącznie z towarzystwem istoty niszczącej wszystko wokół siebie, co było akurat katastrofą dość przyjemną. Wiem, że Amadeusz pewnie miałby inne sposoby, żeby załatwić tą sprawę, ale nie chcę nic na ten temat wiedzieć. Zresztą... Do licha! Jestem w końcu facetem, tak? Dlaczego cały czas zastanawiam się nad tym, kto właściwie mógłby mi pomóc, skoro równie dobrze dam sobie radę sam?
Wróciłem do domu od razu po szkole, nie mając szczególnej ochoty ani na rozmowy, ani na żadne czułości, co zresztą ostatnimi czasy w naszym „związku” nie było niczym nowym, więc Amadeusz zaczął marudzić, że pewnie obraziłem się na niego za to, że on się na mnie obraził za coś, za co właściwie obrażać się nie powinien. Nie do końca rozumiejąc głębię tego wniosku, po prostu przeszedłem do swojej sypialni i zacząłem szykować się do wyjścia. Przebrałem się w inne rzeczy, najpierw w jakąś koszulkę, którą chwilę później z siebie zdjąłem, później w koszulę, która też nie pasowała. Dopiero po kilkudziesięciu minutach takich przebieranek, uświadomiłem sobie, że robię coś zupełnie idiotycznego. Szykuję się tak dokładnie, jak na randkę. Tylko, że na żadną randkę nie idę, a spotykam się z moim byłym chłopakiem, który zdecydowanie nie ma już szansy na awans na chłopaka obecnego. Więc po co...?
Westchnąłem ciężko, przysiadając na brzegu łóżka i w końcu wciągając na siebie koszulkę, którą przymierzyłem jako pierwszą. Co ja właściwie wyrabiałem? Nie chodziło mi przecież o to, żeby do niego wrócić, nigdy w życiu. Ja po prostu... Chciałem chyba wyglądać... Dobrze. Przekonująco. Żeby mu pokazać, że właściwie jest mi zupełnie obojętny i świetnie sobie radzę. Co do tej pory wydawało mi się prawdą nie do podważenia, ale zastanawiając się nad własną reakcją na jego wczorajszy telefon, zaczynałem dochodzić do zupełnie innych wniosków. Dlaczego nie mogłem mu się postawić ani być na tyle stanowczym, żeby dał sobie spokój?
-Ładnie się ubrałeś- ocenił Amadeusz, pojawiając się gdzieś przy mnie i spoglądając na mnie z lekkim uśmieszkiem.
-Tak?- mruknąłem tylko, jakbym rzeczywiście nie zauważył faktu, że przetrząsnąłem przed chwilą pół szafy. Zauważyłem, że demon zerknął z niechęcią na ubrania, które wciąż zalegały łóżko, jakby był zazdrosny.
Mina nieco mu zrzedła.
-A z kim idziesz?- zapytał podejrzliwie, chociaż silił się wyraźnie na obojętny ton.
-Z...- zacząłem, chcąc odruchowo wymienić imiona moich przyjaciół, ale umilkłem po zastanowieniu. Wiecie, bycie partnerem demona jest czasami wysoce niekomfortowe. Co, jeżeli powiem mu, że idę z nimi, jeżeli on gdzieś na nich natrafi? Wtedy dopiero zrobi się awantura.
-Z...?- ponaglił mnie, unosząc brew.
-A od kiedy cię to interesuje?- parsknąłem cichutko, starając się zamaskować swoje napięcie. Nie cierpię go okłamywać.
-A od kiedy ci to przeszkadza?- nie dawał za wygraną demon.
-Od kiedy ciebie to interesuje.
Amadeusz zaśmiał się lekko, po czym objął mnie ciasno, opierając głowę na moim ramieniu i westchnął:
-Och, Josh, Josh... Jeszcze nie tak dawno BŁAGAŁEŚ mnie, żebym za tobą chodził, a teraz...
-Hm...- zerknąłem w sufit, udając zamyślenie, po czym przeniosłem spojrzenie na demona- Czy to przypadkiem nie było wtedy, kiedy ktoś swoimi doskonałymi pomysłami ściągnął mi na kark demona...?
Amadeusz odkaszlnął dyplomatycznie.
-Nieistotne- stwierdził, odsuwając się nieco, ku mojej uldze dając sobie jednak spokój z dalszymi pytaniami- Baw się dobrze- dodał jeszcze, muskając krótko mój policzek, po czym szepnął uwodzicielsko- Bo gdy wrócisz będziemy bawić się jeszcze lepiej...
-Jasne- uciąłem stosunkowo chłodno. Zorientowałem się dopiero, gdy spojrzał na mnie z zaskoczeniem, wyraźnie zdezorientowany- To znaczy... To znaczy, tak, super- uśmiechnąłem się niepewnie i niezbyt przekonująco- Nie mogę się doczekać.
-Ta...- mruknął ponuro Amadeusz- Widzę.

Gdy dotarłem do kamienicy Ricky'ego i dojrzałem go w jej drzwiach, poczułem się tak, jakby coś się we mnie zapaliło. Tak bardzo, że w pierwszej chwili miałem ochotę przyłożyć mu bez słowa i odejść. Ale gdy tylko znalazłem się tuż przy nim – mój gniew natychmiast minął, zastąpiony przez coś zupełnie innego. Byłem jakiś otępiały, zdezorientowany. Zapomniałem zupełnie o tym, co zamierzałem mu powiedzieć, moja stanowczość i pewność siebie gdzieś uleciały, a ja po prostu stałem nieruchomo i na niego patrzyłem, jakby zupełnie mi odbiło.
-Cześć, Josh- powiedział, a jego głos brzmiał tak beztrosko i spokojnie, że aż mną to wstrząsnęło. Patrzyłem na niego i wprost nie mogłem uwierzyć w to, że jeszcze niedawno twierdziłem, że jestem w nim zakochany. Teraz wydawał mi się obrzydliwy, nie wzbudzał we mnie nic prócz wstrętu- Już myślałem, że nie przyjdziesz. Chodźmy do mnie.
-Nie, dziękuję- odparłem tylko, mając jednak bolesną świadomość, że brzmię raczej jak spłoszona nastolatka niż ktoś, kto chciał raz na zawsze skończyć z tym przeklętym szantażystą.
Rick zaśmiał się głośno.
-Co jest, Josh? Chyba się mnie nie boisz...?- zakpił.
-A co?- odparłem chłodno, przez chwilę mając w sobie tyle odwagi, by spojrzeć mu w oczy- Grożenie w miejscach publicznych jest mniej komfortowe? Wydawało mi się, że lubisz ryzyko.
Ricky nie przestawał się uśmiechać. Chciałem sobie wmówić, że to tylko pozory, ale moje słowa chyba rzeczywiście nie wywarły na nim specjalnego wrażenia.
-Nie chcę gadać w takim miejscu- odpowiedział, wzruszając ramionami, po czym wszedł do wnętrza budynku. Bezmyślnie ruszyłem za nim, schodząc po schodach na dół, do czegoś na kształt przedsionka piwnicy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie ja jestem tym, który chce z nim usilnie nawiązać kontakt i nie powinienem się godzić na takie rzeczy. Rozejrzałem się dookoła, odrobinę zaniepokojony- Nie martw się, Josh, nie zabiję cię przecież- zaśmiał się niepohamowanie- To co? Jak nasze interesy?
-Nie mamy ze sobą żadnych interesów.
-Serio?- udał zdumienie- Wydawało mi się, że wczoraj doszliśmy do innych wniosków.
-Nie dostaniesz ode mnie żadnych pieniędzy- odparłem, starając się zachować spokój- I nie zbliżaj się do mnie więcej, bo to może się dla ciebie źle skończyć.
Tym razem prawie zatrząsł się ze śmiechu.
-Proszę cię- parsknął z politowaniem, przewracając oczyma- Widzisz, sęk w tym, że ja nie chcę być dla ciebie złośliwy, Josh. Ani szczególnie uciążliwy. Po prostu zmarnowałem na ciebie dużo czasu, a ty... Nie przyniosłeś zysków. A teraz mam w dodatku spore problemy, więc...- wzruszył ramionami, uśmiechając się niewinnie- Chcę dostać to, co mi się należy.
-Więc mam dla ciebie przykrą wiadomość, bo nie wydaje mi się, żebym obiecywał ci cokolwiek przed naszym związkiem- uciąłem lodowato- I skąd właściwie... Skąd właściwie wiedziałeś, że pójdę na coś takiego?- zapytałem, bez zrozumienia. Ostatnio zastanawiałem się nad tym szczególnie mocno. Przecież to nie mógł być przypadek.
-To przecież widać- odpowiedział, a ja poczułem w sobie jakieś ukłucie- Zresztą... Mam dobre rozeznanie. Gej, mało towarzyski, z bogatymi rodzicami, jak dla mnie wystarczy. Jak widzisz, nie jestem zbyt wymagający- uśmiechnął się złośliwie.
W tym momencie żałowałem, że ja nie byłem.
-Nie będę się powtarzał, wyjaśniałem ci już, że nie dostaję od rodziców dużo. Zresztą, nawet, gdyby tak było, nie jestem ci nic winien- dodałem, zagryzając nerwowo wargę- Więc... Daj spokój mnie i moim przyjaciołom. Jeżeli tego nie zrobisz... Jeżeli tego nie zrobisz, sam będziesz miał kłopoty- dokończyłem po chwili, nieco pewniejszym tonem- Nie stać mnie na to, żeby bawić się w takie rzeczy.
Rick stał przez chwilę nieruchomo w miejscu, przyglądając mi się z uwagą. Jego uśmiech nieco zanikł, ale nadal nie sprawiał wrażenia kogoś, kto skapitulował, wprost przeciwnie.
-Możesz mnie spłacać na raty- zaproponował nagle, uśmiechając się drwiąco, a ja spojrzałem na niego z niedowierzaniem- No nie mów, że ukochanego synka rodziców nie będzie na to stać? Może ty nie masz ochoty na zabawę, Josh, ale ja mam odpowiednio dużo wolnego czasu. Zresztą, dzięki tobie. I jestem wystarczająco zmotywowany. Więc... No cóż, ujmę to w ten sposób. Prędzej czy później przekonam cię do tego, że jednak nie warto ze mną walczyć. A wiesz, że potrafię być przekonujący- dodał, uśmiechając się znacząco.
Stałem przez chwilę nieruchomo, nic nie mówiąc, zresztą nie do końca dotarł do mnie sens jego ostatnich słów. Po prostu nie mogłem uwierzyć w to, że jeszcze niedawno widziałem w nim sympatycznego, oddanego mi całkowicie chłopaka. Kiedy ze sobą byliśmy nawet się nie kłóciliśmy. W ogóle nie rozmawialiśmy o pieniądzach. Czy to możliwe, żeby nie dawał mi żadnych znaków? Czy może to ja byłem tak ślepy, że nie dostrzegałem w jego zachowaniu niczego podejrzanego? Amadeusz od początku miał rację. I może gdybym go posłuchał i od razu zerwał z tym dupkiem bez wtrącania się w jego sprawy, nie miałbym teraz takich problemów.
-Ja już skończyłem ten temat- odparłem, mając zamiar dalej iść w zaparte- Powiedziałem ci, co miałem powiedzieć i tyle. Niczego ode mnie nie dostaniesz. Jeżeli nie potrafisz się z tym pogodzić, rób co chcesz. Ale pamiętaj, że nie jesteś bezkarny.
-I to wszystko, co masz do powiedzenia?- rzucił, unosząc pytająco brew i przypatrując mi się z rozbawieniem.
-Tak.
-Więc po co tu właściwie przyszedłeś, co...?- zapytał, podchodząc do mnie powoli i zagradzając mi drogę wyjścia. Spojrzałem na niego bez zrozumienia- Bo chyba musiałeś mieć jakiś powód. Może się stęskniłeś...?
-Chciałem ci powiedzieć, że nic z tego nie będzie.
-Powiedziałeś mi to przecież przez telefon- zauważył, stając tuż przede mną. Poczułem się nieswojo. Nie odrywał ode mnie badawczego spojrzenia ani na chwilę. Przez moment wydawało mi się, że zamierza mnie uderzyć, dokładnie jak wtedy, w klubie, więc cofnąłem się o kilka kroków, ale uderzyłem plecami w ścianę- Wiesz, możemy się też umówić inaczej...- dodał, przysuwając się do mnie ponownie- Dług można spłacać na różne sposoby.
-Co takiego...?- zapytałem, nie będąc pewnym, czy dobrze go rozumiem.
-Zawsze było nam ze sobą dobrze- odpowiedział i nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, przyciągnął mnie do siebie, po czym wpił się mocno w moje wargi, całując mnie nachalnie i napastliwie. Odepchnąłem go, ale niezbyt stanowczo. Chwycił mnie za nadgarstki, unieruchamiając mi dłonie i powrócił do moich warg. Przez chwilę jakby zupełnie mnie zamurowało, kompletnie straciłem świadomość i nawet nie drgnąłem. Dopiero w momencie, gdy poczułem, jak rozpina mi rozporek, dotarło do mnie, co się właściwie dzieje. Wyswobodziłem dłonie i odepchnąłem go raz jeszcze, po czym uderzyłem mocno w twarz.
Zatoczył się i jęknął z bólu, zasłaniając się dłońmi.
Zapiąłem szybko spodnie i wybiegłem z budynku, nadal mocno oszołomiony.
Dopiero na zewnątrz dotarło do mnie, że zareagowałem za późno, że powinienem to zrobić jakoś inaczej, ostrzej, dać mu jasno do zrozumienia, że ma się ode mnie odczepić...
… Ale tego nie zrobiłem.
Dlaczego, mimo tego wszystkiego, reagowałem na niego w taki sposób?

Od pół godziny leżeliśmy z Amadeuszem obok w siebie, w lekkim uścisku. Demon raz po raz poruszał się niespokojnie, najwyraźniej oczekując czegoś więcej, a ja udawałem, że wcale tego nie dostrzegam. Zdecydowanie nie miałem ochoty na nic, co wykraczałoby poza zwykłe przytulanie. Ciągle myślałem o tym kretynie. I już nawet nie chodziło o ten cały szantaż, o jego groźby, o to, co mógł zrobić, i tak dalej, ale... Dlaczego ja tak na niego reagowałem? Miał rację, po co właściwie tam polazłem? Po co w ogóle do niego dzwoniłem, czemu się nie rozłączyłem, gdy powiedział, o co mu chodzi, czemu się z nim umówiłem i wreszcie czemu do niego przyszedłem? Może gdybym się w to nie włączył, dałby sobie spokój. Jenna zmieniłaby numer, a on zauważyłby, że nie ma u mnie czego szukać i tyle. Ale nie. Ja musiałem wykazać niezwykle odważną postawę i pokazać, jak bardzo jestem teraz stanowczy i pewny siebie! Bo mając obok siebie Amadeusza jestem, ale gdy go nie ma albo nie może mi pomóc, czuję się kompletnie bezradny i zagubiony. I czemu mam się dziwić, że Jenna od razu uznała, że jestem w tym związkiem pasywem...?
Amadeusz zaczął coś mruczeć pod nosem, miotając się z chwili na chwilę coraz mocniej i ocierając się o mnie. Uwierzcie mi, bywa czasem diabelnie irytujący. Ale takie są zalety życia z istotą, która nigdy się nie męczy i ma permanentną ochotę na seks.
-Amadeusz...?- zacząłem w pewnym momencie niepewnie.
-Tak?- poderwał się natychmiast z miejsca, wpatrując się we mnie z niecierpliwym wyczekiwaniem.
-Uważasz, że jestem...- zawahałem się przez chwilę, po czym dokończyłem- Uważasz, że jestem zbyt mało... Zbyt mało stanowczy...?
Amadeusz jęknął głucho, najwyraźniej rozczarowany.
-Że co?- burknął ponuro, opadając na miejsce obok mnie, najwyraźniej niespecjalnie zainteresowany tą kwestią.
-No wiesz... Że jestem zbyt mało twardy.
Na to nieuważne stwierdzenie, oczy mu zabłysły. Podniósł się nieco i nachylił się nade mną, po czym szepnął zmysłowo:
-Och, Josh, Josh... Już ja dopilnuję, żebyś był odpowiednio twardy...- stwierdził z lubieżnym uśmieszkiem, naciskając na moją męskość.
Sapnąłem z poirytowaniem, odpychając jego dłoń. Spojrzał na mnie wyraźnie zdezorientowany.
-Pytam o to, czy uważasz, że nie jestem wystarczająco pewny siebie. Może nie potrafię stanąć na wysokości zadania...?
-Och, Josh, Josh...- mruknął uwodzicielsko po raz kolejny, siadając okrakiem na moich biodrach i zwilżając wargi językiem- Gwarantuję ci, że ze mną na górze, każdy...
-Amadeusz, na litość boską, złaź ze mnie!- warknąłem z poirytowaniem, odpychając go z taką siłą, że wylądował na posadzce. Spojrzał na mnie takim wzrokiem, że przez chwilę miałem wyrzuty sumienia. Przynajmniej do momentu, aż uświadomiłem sobie, że przecież i tak go to nie bolało- Zupełnie mnie nie słuchasz- zauważyłem, siląc się na cierpliwość. Demon podniósł się z miejsca, wpatrując się we mnie gniewnie- Pytam cię... Bez żadnych podtekstów seksualnych- zaznaczyłem natychmiast- Czy sądzisz, że jestem zbyt... uległy?
-Oj, Josh...- Amadeusz westchnął ciężko, siadając obok mnie- Ja tam lubię, jak jesteś uległy...
-Czyli to prawda?- zapytałem z niepokojem.
-No... Nie wiem... To znaczy... No...- demon najwyraźniej nie wiedział, co ma odpowiedzieć- No dobrze, może jesteś troszeczkę... łagodnie nastawiony do świata...- to określenie jakoś nieszczególnie mnie pocieszyło- Ale to przecież nic złego. Ja cię takiego lubię.
-Mhm... Ale ty nie jesteś jedyną osobą z którą się spotykam- mruknąłem posępnie.
-Jestem pewien, że Jenna, Jack i Katy też cię takim lubią.
Westchnąłem głęboko.
-Ale Jenna, Jack i Katy też nie są jedynymi ludźmi z jakimi się spotykam.
Amadeusz spojrzał na mnie z niedowierzaniem, po czym parsknął śmiechem.
-Ta... Jasne, Josh. Bardzo zabawne.
Zacisnąłem zęby, z trudem powstrzymując się od rzucenia jakiejś uszczypliwości. Ostatecznie warknąłem tylko:
-Jak na demona, który może być wszędzie, jesteś dość słabo poinformowany.
A następnie wyszedłem do łazienki.
… Nie ma to jak zasiać ziarno wątpliwości.

środa, 24 sierpnia 2011

Dedykacja

Poniższy rozdział dedykuję S.S w nadziei, że chociaż odrobinę poprawi to jego nastrój w "nienajświetniejsze" urodziny :). Wszystkiego najlepszego ^_^

A tak poza tym, enjoy.

~~ 5 ~~ [Książę]

` Ty, który widzisz wszystko i milczysz,
Jeżeli jeszcze w ogóle istniejesz
Jesteś niczym więcej, jak tylko potworem
Oszalałym w swym osamotnieniu.
Ty, który słyszysz wszystko i milczysz,
Jeżeli jeszcze w ogóle istniejesz
Jesteś niczym więcej jak tym, czym stworzyli cię ludzie
Okrutną mieszanką strachu i niespełnionych nadziei.
Ty, który czujesz wszystko i milczysz,
Jeżeli jeszcze w ogóle istniejesz
Mógłbyś stanowić wzór godny do naśladowania
Gdybyś w ogóle był.
Ty, który jesteś wszystkim i milczysz,
Nawet, jeżeli istniejesz
Lepiej byłoby, gdybyś nie istniał.



Pełen bólu i wściekłości wrzask rozdarł panującą w zamku ciszę, tworząc wśród sług i poddanych atmosferę napięcia i lęku. Niewolnicy spoglądali po sobie niepewnie, spuszczali wzrok i milczeli. Żaden z nich nie odważył się szepnąć chociażby słowa, zresztą wszelkie wyjaśnienia i komentarze zdawały się być zbędne. Ci, którzy nie musieli, nie odrywali się od swojej pracy i nie wychodzili z przeznaczonych im pomieszczeń, udając, że nic nie słyszeli. Nikt nie chciał się omyłkowo znaleźć w pobliżu miejsca, w którym to wszystko się działo.
Elijah wyszedł szybkim krokiem z sali w skierował się w kierunku z którego dobiegały przytłumione krzyki.
-Gdzie jest...?- rzucił do jednej z praczek, która przechodziła obok. Na początku spojrzała na niego z lękiem, ale gdy dotarł do niej sens jego pytania, szepnęła jedynie spłoszona:
-W bocznej komnacie...- a następnie czmychnęła prędko do jednego z pokoi.
Mężczyzna westchnął głęboko, przyspieszając jeszcze kroku. Z każdą chwilą krzyki zdawały się być coraz donośniejsze, słyszał też inne hałasy, na początku huk, brzmiący tak, jakby coś ciężkiego upadło na ziemię, a zaraz potem brzdęk. I rzeczywiście, gdy tylko przekroczył próg komnaty, dostrzegł odłamki szkła zalegające posadzkę, będące pozostałością drogocennych naczyń spoczywających w kredensie, który teraz leżał przewrócony na ziemi.
-Książę, och książę!- lamentował Amon, wpatrując się w swojego pana z lękiem.
Potomek monarchy stał przy ścianie z pokaźnym, metalowym świecznikiem w dłoniach, mierząc nim w kierunku zebranych w pomieszczeniu mężczyzn. W jego oczach jawiło się szaleństwo, które Elijah dostrzegał w nich nie po raz pierwszy. Przez chwilę poczuł nawet coś na kształt żalu czy litości względem swojego przyszłego władcy, jednak szybko na jego twarz powrócił wyraz spokoju i chłodu. Nic nie mógł zrobić. Nie był przecież niczym więcej, jak tylko niewolnikiem...
-Precz ode mnie!- wrzasnął wściekle książę, cofając się płochliwie, niczym sarna otoczona przez zgraję wilków.
-Mój panie, ach, książę!- nie przestawał mówić Amon, głosem niemalże rozpaczliwym, wpatrując się błagalnie w potomka króla- Proszę, uspokój się!
Jakby w odpowiedzi na jego słowa, książę zamachnął się i wymierzył w stojący nieopodal stolik, który przewrócił się z trzaskiem. Amon ruszył w kierunku swojego pana, ale gdy ten po raz kolejny zamachnął się niebezpiecznie, omal nie trafiając sługi prosto w głowę, czmychnął ponownie w kąt w którym stał i jedynie jęczał nieustannie:
-Panie, ach, panie... Proszę, przestań! To przecież okrucieństwo, potworność!
-Jak śmiesz nazywać to okrucieństwem?!- ryknął książę z ogromną mocą, która wstępowała w niego zawsze w takich chwilach. Amon umilkł natychmiast, przylegając ciasno plecami do ściany, wyraźnie zlękniony. Elijah nawet nie drgnął. Wpatrywał się w przyszłego władcę z uwagą, oczekując jego kolejnego kroku i momentu, w którym wreszcie odsłoni się i pozwoli mu zareagować- Świnie! Ścierwa!- wrzeszczał potomek monarchy, miotając się chaotycznie- Nie zbliżaj się do mnie, głupcze, bo cię zabiję!- syknął, gdy jeden z towarzyszących Amonowi mężczyzn, ruszył ostrożnie w jego kierunku- Zabiję was wszystkich! Precz stąd! Precz!- zawył z wściekłością, uderzając świecznikiem w wiszące na ścianie lustro, które rozbiło się z głośnym hukiem na drobne kawałki.
-Zrób coś!- zwrócił się do Elijaha Amon, wciąż nie ruszając się z miejsca.
Elijah zerknął na niego z nieskrywaną pogardą, po czym zaczął powoli i spokojnie, ważąc każde słowo:
-Panie... Uspokój się, proszę. Pozwól sobie pomóc.
-Chcesz mi pomóc...?- przyszły władca zamarł nagle w bezruchu, rozglądając się jedynie dookoła, obłąkanym wzrokiem, po czym zaśmiał się rozpaczliwie- Więc idź i zrób co do ciebie należy albo mnie zabij! Inaczej mi nie pomożesz! Precz! Precz! Zostawcie mnie wszyscy w spokoju!
W progu pomieszczenia pojawił się Immriel.
-Co się tu dzieje...?- szepnął, spoglądając na rozgrywającą się w komnacie scenę ze zdumieniem. Omiótł wzrokiem milczącego Elijaha, kulącego się w kącie Amona i trzech towarzyszących mu mężczyzn, których ten nieustannie podjudzał, by coś wreszcie zrobili. Wreszcie jego spojrzenie padło na potomka monarchy. Pierwszy raz widział go równie roztrzęsionego i pozbawionego swojej zwyczajowej maski chłodu i obojętności- Książę...?- zapytał niepewnie.
To ,zdawało się, jeszcze bardziej rozwścieczyć przyszłego władcę, który zawył z bólu i wściekłości, odrzucając swoją prowizoryczną broń na posadzkę i zasłaniając twarz dłońmi, jakby w geście wstydu.
-Zdenerwowałeś naszego pana!- krzyknął Amon- Wynoś się!
Immriel w pierwszej chwili nawet nie drgnął, spoglądając na księcia niemalże z niedowierzaniem, po czym podszedł o niego prędko od tyłu i chwycił go mocno za dłonie, krępując jego ruchy i przyciskając go do siebie mocno.
-Puszczaj!- wrzasnął chaotycznie potomek monarchy, usiłując się wyszarpnąć z uścisku mężczyzny, ale bezskutecznie- Puszczaj, ty podstępna świnio! Zdrajcy! Żmije! Obyście nie doczekali momentu, w którym zasiądę na tronie, bo zginiecie wszyscy! Precz ode mnie, ty podły, niewdzięczny... Precz!- głos księcia stawał się z każdą chwilą coraz słabszy, aż w końcu ucichł zupełnie, a przyszły władca opadł bezwładnie w ramiona niewolnika, półprzytomny.
-Książę...?- Immriel dopiero w tym momencie poruszył się lekko i spojrzał na niego z niepokojem- Książę...?- powtórzył raz jeszcze, starając się go ocucić, ale w tym momencie podeszli do niego pozostali niewolnicy, którzy pochwycili swojego pana i przenieśli go na stojące nieopodal łoże- Co się z nim stało?- mężczyzna zwrócił się do Amona, który spojrzał na niego niechętnie, po czym odpowiedział:
-Nasz pan cierpi na bardzo... Bardzo nietypową przypadłość- wyjaśnił ostrożnie. Immriel z rosnącym zaskoczeniem i niedowierzaniem obserwował, jak słudzy, zgromadzeni wokół ledwie przytomnego księcia, przywiązują jego ręce do łóżka- Sądzimy, że to demony opętały ciało naszego kochanego księcia i czasem przejmują nad nim kontrolę, dając o sobie znać w tak potworny i wyniszczający dla naszego pana sposób... To bardzo przykry widok.
W istocie, widok nie należał do przyjemnych. Młody potomek monarchy leżał na posłaniu, co jakiś czas jedynie podnosząc się lekko, by zaraz opaść z powrotem i mamrotał coś niezrozumiale pod nosem, podczas gdy pozostali mężczyźni stali naokoło niego, przyglądając mu się z uwagą, jak stado sępów, czekające na swoją ofiarę. Immriel parsknął cicho, jakby nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał i zobaczył.
-Co wy robicie...?- zapytał znowu, bez zrozumienia, spoglądając na swoich towarzyszy jak na szaleńców. Zbliżył się do posłania księcia i nachylił się nad nim, po czym zaczął rozplątywać więzy, którymi był przytwierdzony do łóżka.
-Jak śmiesz?!- huknął Amon, wpatrując się w niego z teatralnym oburzeniem- Nie pozwalaj sobie na zbyt dużo! Nasz pan nie będzie zadowolony, gdy się o tym dowie! Nasz pan...
-... mnie nie interesuje- uciął chłodno Immriel, posyłając mężczyźnie ostre spojrzenie, na co ten umilkł tchórzliwie, chowając się za jednym z niewolników- Radziłem sobie już z wielkimi panami- stwierdził mężczyzna, wyswobadzając księcia i bez najmniejszego trudu biorąc go na ręce- Z kimś takim jak ty, też sobie poradzę- dodał, co zdawało się wstrząsnąć Amonem jeszcze bardziej, bo ten nie pisnął nawet słowa, gdy Immriel wyniósł przyszłego władcę z pomieszczenia.
Książę zwisał w ramionach mężczyzny bezwładnie, niczym szmaciana lalka, ledwie zdając sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. W jego głowie szalała jakaś gonitwa myśli, niezrozumiałych słów i obrazów, których nie potrafił ze sobą w żaden sposób połączyć. Rzeczywiście, czuł się tak, jakby coś go opętało, jakby coś w niego weszło, coś, co odebrało mu zupełnie spokój umysłu, zaćmiło go, doprowadziło do szaleństwa... Może zawsze był szalony? Może to, co ujawniało się w nim w takich chwilach, nie było siłą pochodzącą z zewnątrz, ale czymś, co wydobywało się z jego wnętrza. Może było tłumionymi od dawna uczuciami, wątpliwościami, niechęcią i nienawiścią, przerażeniem i niepewnością samego siebie... Uśmiechnął się do siebie, blado, nieprzytomnie. Słyszał kroki odbijające się echem w całym korytarzu i czuł mocny uścisk, uścisk silnych ramion, które nie pozwoliły mu upaść. Przez chwilę nie potrafił zupełnie zrozumieć całej tej sytuacji. Kto go niósł...? Dlaczego? Przez jego głowę przemknęła nawet myśl, że może już umarł i któryś ze sług niesie jego martwe ciało. Jednak nawet jego skołatany umysł był w stanie szybko zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo był to absurdalny wniosek.
-Więc jestem szalony...- rzucił, nie wiedzieć czemu, głośno.
-Nie wydaje mi się, książę- usłyszał znajomy głos. Znajomy, a jednak brzmiący jakoś inaczej niż zwykle. Nie było w nim codziennego spokoju i opanowania, które zostało zastąpione przez wyraźny niepokój i obawę.
Książę całą siłą woli zmusił się do tego, by unieść nieco głowę i spojrzeć na twarz mężczyzny, upewniając się tylko w swoim domyśle. Odetchnął głęboko, czując się tak zmęczony i ociężały, jakby jego własne ciało wcale do niego nie należało i nie dało się kontrolować. Został wniesiony do jakiegoś pomieszczenia. Rozpoznał bez trudu nieprzyjemne, ponure ściany swojej sypialni i już po chwili wylądował na łóżku. Przez moment dopadł go niepokój. To dzień...? A może już noc? Wyszedł tutaj za dnia, a później... No właśnie, co było później? Ach, tak. Później zwariował.
-Wszystko w porządku, książę?- Immriel przysiadł na brzegu łóżka, wpatrując się w jego twarz z uwagą i troską, która wydała się przyszłemu władcy szczera.
-Dlaczego mi pomogłeś...?- wychrypiał tylko potomek monarchy, uznając, że na pytanie mężczyzny i tak nie jest w stanie udzielić właściwej odpowiedzi. Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek coś było w jego życiu „w porządku”.
Immriel uśmiechnął się, jakby nerwowo. Odgarnął przyszłemu władcy zbłąkane pasemka włosów z twarzy i westchnął głęboko, po czym zamiast odpowiedzieć, rzucił:
-Co się tam właściwie wydarzyło, książę...?
Potomek monarchy uniósł kąciki ust w drwiącym uśmiechu, co mogło świadczyć o tym, że odzyskał już częściową świadomość, chociaż nadal czuł się okropnie słaby.
-Nie uwierzyłeś w opowieść o złych duchach i demonach...?- szepnął ironicznie, nie przestając się uśmiechać, chociaż jego uśmiech stał się w jednej chwili gorzki i pełen niechęci. Niechęci do całego świata i do samego siebie.
-Nie wierzę w demony, książę- odpowiedział spokojnie mężczyzna, nie spuszczając z niego uważnego wzroku- Wierzę za to, że istnieją nieszczęśliwi ludzie. Tak bardzo nieszczęśliwi, że sami nie są w stanie tego udźwignąć.
Książę wpatrywał się w swojego niewolnika, w pierwszej chwili nie będąc w stanie wykrztusić z siebie słowa. Wydawało mu się, że ten mężczyzna, tym przenikliwym spojrzeniem przyciągających oczu, przejrzał go już całego i wiedział o nim wszystko. Dosłownie wszystko. Przyszły władca poczuł się w jednej chwili zupełnie obdarty ze swojej maski, obdarty ze swoich sekretów, z tajemnic, dzięki którym mógł jeszcze być tym, kim zawsze chciał być. Jakby w reakcji na to, w jednej sekundzie, dopadło go palące uczucie wstydu, zażenowania, tak wielkiego, że miał ochotę schować się przed tym człowiekiem, skryć się przed jego spojrzeniem. Aż wreszcie dotarło do niego to, że on nic nie wie. Nic. A nawet, gdyby wiedział... Nawet, gdyby wiedział, nie różniłby się niczym od całej reszty. Zupełnie niczym.
-Nie wierzysz w demony...- powtórzył głucho potomek monarchy, ignorując pozostałe słowa mężczyzny- Wierzysz zatem w Boga...?
To pytanie nie wydawało się zaskoczyć niewolnika.
-Nie...?- szepnął przyszły władca, a w jego oczach pojawiła się pustka. Zawsze go to zastanawiało. Zastanawiało go to, czy jest cokolwiek poza tym światem, który widział. Nie potrafił jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie z taką pewnością, z jaką robił to niewolnik. Wykluczał istnienie Boga, by zaraz poczuć w sercu cień obawy związany z jego istnieniem. Bo jeżeli istniało coś, co było w stanie rozliczyć ludzi za ich życie tutaj, mogąc skazać ich na gorsze męki niż te, których dotąd doświadczyli... Czy był jakiś sens umierania? I czy był jakiś sens życia, skoro dalej nie istniało zupełnie nic? A idąc za tym, czy samo życie, miało w ogóle jakiś sens, skoro nie prowadziło do niczego innego, jak tylko pustki albo wiecznego cierpienia?- Więc po co to wszystko?- zapytał w końcu, trudno powiedzieć, czy siebie samego, czy swojego towarzysza- Po co udawać, że cokolwiek tutaj ma sens? Jeżeli go nie ma, po co komu wydumana moralność, po co dobro...? Skoro można zabijać i umierać bezkarnie, czemu po prostu nie żyć tak, jak ma się ochotę...?
Czemu nie umierać dokładnie tak samo...?
-Dobro nie ma nic wspólnego z istnieniem Boga, książę- odparł spokojnie Immriel. Potomek monarchy zerknął na niego z wyrazem twarzy przywodzącym na myśl rezygnację i zwątpienie. Czy ten człowiek miał odpowiedź gotową na wszystko...? Czy nie musiał się nad niczym dłużej zastanowić, czy nie wahał się, nie miał żadnych wątpliwości...? Może dlatego rozbrajał księcia tak bardzo. Może dlatego, że przyszły władca, mimo pozornej obojętności, nie miał tak naprawdę niczego. Niczego, czego mógłby się pochwycić kurczowo i uznać to za prawdę. Nic na tym świecie nie wydawało mu się już prawdziwe- Wynika z naszej natury. Dużo bardziej wolę dobro wątpiącego, niż tego, który czyni je w oczekiwaniu na ewentualną nagrodę. Spotkałem już wielu ludzi głębokiej wiary, książę, którzy dla swojego Boga zabijali i w jego imieniu dopuszczali się uczynków tak okrutnych, że jeżeli ten istnieje i godzi się na to, musi być okrutniejszy od wielu żyjących.
Król królów, władca władców, pan panów... O tak, taki właśnie musiał być. Książę myślał o tym niemalże z podziwem. Nie mogło być inaczej. Nie znał zbyt wielu litościwych, dobrych, łagodnych władców, którzy długo utrzymali się na swoim tronie...
-Więc jesteś pewien, że Boga nie ma?- zapytał.
-Oczywiście, że nie jestem pewien, książę- i znowu to samo. Stanowczość, która pobrzmiewała w głosie mężczyzny, nawet, gdy mówił o własnych wątpliwościach, wzbudzała w przyszłym władcy coś na kształt frustracji- Nie widzę jednak sensu składania mu ofiar i wychwalania go. Jeżeli bowiem istnieje i tego żąda – jest Bogiem próżnym i równie pełnym słabości, jak ludzie. Poza tym... Jeżeli istnieje i pozwala na to, co się dzieje, nie jest dobry. Ludzie chcą wierzyć w to, że śmierć nie jest końcem. Ale ten świat jest okrutny. Więc jakie mam podstawy by twierdzić, że jakikolwiek inny będzie lepszy...?
Książę milczał.
Immriel uśmiechnął się do niego delikatnie, podnosząc się z miejsca.
-Odpocznij, książę- szepnął miękko, wychodząc.

-Panie!- Amon dopadł księcia natychmiast, ledwie ten wyszedł ze swojej komnaty. Przyszły władca posłał mu niechętne spojrzenie, nawet się nie zatrzymując. Nie miał najmniejszej ochoty na wysłuchiwanie jego kłamliwych deklaracji wierności. Ten jednak nie dawał za wygraną, idąc tuż za potomkiem monarchy- Panie, och panie!- powtarzał wciąż uparcie, irytując księcia do granic możliwości- Tak bardzo się martwiłem! Gdy ten... Ten... Ten potwór! och, panie, gdybym tylko zdołał go powstrzymać!
-Skończyłeś?- przerwał mu szorstko przyszły władca.
-Panie, miej nade mną litość! Przecież dobrze wiesz, że wszystko, co robimy, robimy dla twojego dobra...- książę zatrzymał się gwałtownie i spojrzał na swojego sługę w taki sposób, że ten skulił się i wycofał nieco, jąkając- A-A-Ale... A-Ale nie mamy wpływu na wszystko... Och, książę, gdyby to zależało ode mnie! Ale sam dobrze wiesz, że czasem, gdy coś w ciebie wstępuje, nie mamy już innego wyjścia! To rozkazy naszego władcy! Nie możemy im się przeciwstawić! A ten... Ten niewolnik! On zasługuje na najwyższe potępienie, książę! To on naraził cię na niebezpieczeństwo! Wykazał się nieposłuszeństwem, jakiego nie należy tolerować! Należy mu się kara, aby raz na zawsze zapamiętał, by...
-Milcz- wycedził przez zęby potomek monarchy- Co z tobą, Amonie?- rzucił, uśmiechając się cynicznie i napawając się niemalże lękiem, jaki widział na twarzy swego niewolnika- Zapomniałeś już, kim jesteś...? Wydaje ci się, że jesteś równy mnie i możesz decydować o takich rzeczach...?
-Ależ skąd, panie!- zaprotestował żarliwie, kręcąc gwałtownie głową- Wydaje mi się, że jestem równy jemu... I gdybym zrobił to samo, ach, panie, sam oddałbym się w twoje ręce, byś należycie mnie ukarał!- dodał emocjonalnie.
-Ależ oczywiście...- książę uśmiechnął się drwiąco- Problem w tym, Amonie, że nie jesteś jemu równy...- niewolnik spojrzał na swego pana bez zrozumienia- Ty jesteś tylko plątającym się pod nogami karaluchem. A ja nie znoszę robactwa- dokończył dobitnie przyszły władca, po czym ruszył szybkim krokiem przed siebie.
Amon już mu nie towarzyszył. Książę sam nie wiedział, dokąd właściwie chciał się udać. Wiedział tylko, co chce zrobić. Zobaczyć się z Immrielem. Po co? By mu podziękować? Okazać chłodną grzeczność? Udowodnić, jak bardzo jest mu obojętny, tylko po to, by wmówić samemu sobie, że tak właśnie jest? Nie miał pojęcia. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie spotka niewolnika o tej porze w jego komnacie. I pewnie krążyłby bez celu po zamku, gdyby w pewnym momencie nie usłyszał znajomego głosu, dobiegającego z bocznego korytarza. Skręcił w niego, czując narastającą w sobie niechęć. Nie, to wcale nie był głos Immriela, ale gdy tylko przeszedł parę kroków, przekonał się, że on również się tam znajduje. To był głos Raphaela.
-To duży zamek...- odezwał się mężczyzna z charakterystycznym, pełnym kpiny uśmiechem. Książę nie ruszył się z miejsca, pozostając w cieniu- Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia albo wprost przeciwnie, żeby akurat na siebie wpaść, prawda...?
Immriel milczał. Stał nieruchomo, dokładnie jak wtedy, gdy spotkali Raphaela podczas spaceru i tak samo jak wówczas, nie sprawiał wrażenia ani przerażonego, ani jakkolwiek poruszonego. Ta sama obojętność, która wyprowadzała księcia z równowagi i doprowadzała go do szaleństwa, musiała działać podobnie na namiestnika, który nie słysząc żadnej reakcji, podszedł jeszcze bliżej mężczyzny i chwycił go za twarz, przyciągając do siebie.
-... A w takim dużym zamku trudno zwracać na siebie uwagę, prawda...?- zapytał, nie przestając uśmiechać się prowokacyjnie- Myślisz, że ktokolwiek zauważyłby zniknięcie jednego, krnąbrnego niewolnika...?
Książę poczuł, jak ogarnia go wściekłość. I pewnie podszedłby do tego głupca, gdyby nie usłyszał spokojnej odpowiedzi Immriela:
-Zależy kto, panie. Ty, jak sądzę, jesteś człowiekiem, który nie dostrzega innych ludzi.
-Ale ich zapamiętuję- odparł lodowato Raphael, a uśmiech zniknął z jego twarzy w jednej chwili- Wiesz, czego ci brakuje...? Pokory i wierności. Nie potrafisz należycie zachować się względem tych ludzi, którzy są w stanie zagwarantować ci coś lepszego od tego, co cię niedługo czeka...
-Jestem wierny- głos niewolnika wciąż był tak samo opanowany, jak jeszcze chwilę wcześniej- Wierny mojemu prawdziwemu panu- sprostował po chwili.
-Więc może źle wybrałeś swojego prawdziwego pana- szepnął Raphael, wykrzywiając wargi w pełnym pogardy wyrazie- Książę bardzo lubi ludzi, którzy wzbudzają w nim fascynację, a ty... Owszem, możesz w nim budzić dużą ciekawość. Ale ciekawość w końcu mija. A później czeka cię los wszystkich pozostałych. Ja mogę ci dać dużo więcej.
Książę drgnął lekko, w oczekiwaniu na odpowiedź Immriela.
-Co takiego...?
-Coś wyjątkowego- na twarz Raphaela po raz kolejny wstąpił szeroki uśmiech, a przyszły władca poczuł jeszcze większy gniew. Czy Immriel mógł...?- Widzisz, ja wiem, jak to jest być na samym dnie. Jestem synem niewolnicy i pewnego arystokraty, ale to drugie, jak wiesz, nikogo nie obchodziło. Wszystko, co osiągnąłem, osiągnąłem dzięki swoim ambicjom i swojej pracy. Ja nie potrzebuję niewolników. Nie potrzebuję podziału na lepszych i gorszych. To oni ich potrzebują. Ci, którym wmawiano od dziecka, że są wyjątkowi, chociaż nie różnią się niczym od ludzi takich jak ja... Mam tu dużo do powiedzenia, a wkrótce mogę mieć jeszcze więcej. Dobrze więc wybierz swojego prawdziwego pana... A w nagrodę za dobre sprawowanie dostaniesz to, czego ludzie tacy jak ty pragną najbardziej... I nie jest to władza ani pieniądze, prawda...? Dostaniesz wolność.
-Wolność- powtórzył głucho Immriel.
-Tak, wolność...- potwierdził Raphael, wyraźnie triumfując i odsunął się nieco- Wiesz, jak smakuje wolność, prawda...?
Immriel milczał. Książę trząsł się prawie z wściekłości. Poczuł się w tej jednej chwili zupełnie opuszczony i osamotniony, bardziej niż kiedykolwiek do tej pory. Ten przeklęty... Przeklęty Raphael, który knuł intrygi za jego plecami! Przeklęty Immriel, który mu na to pozwalał! Przeklęty po stokroć za to, że go zdradził!
-Wiem, panie- odparł spokojnie mężczyzna, nawet nie drgnąwszy- Wolność, którą mi proponujesz, smakuje słodko, jak każda trucizna. I jak każda trucizna, w końcu zabije- Raphael zmarszczył brwi, wyraźnie zdezorientowany- Jest zresztą złudzeniem, jak wszystko, o czym mi mówiłeś. Prawdziwa wolność nie wiążę się z posłuszeństwem wobec nikogo. Jest czymś zupełnie przeciwnym, zaprzeczeniem wszelkiej zależności od czegokolwiek. Nie mogę zatem być ci lojalny i jednocześnie być wolny. Bardzo mi przykro- dodał, chociaż ton jego głosu z pewnością na to nie wskazywał.
Książę osłupiał zupełnie. Podobnie jak Raphael, który przez kilka chwil nie mówił nic, po czym chwycił nagle niewolnika za poły koszuli, przyciągając do siebie, ale nim cokolwiek zdążyło wyjść z jego ust.
-Puść go!- potomek monarchy zjawił się przy nim niemalże natychmiast. Namiestnik rzeczywiście odsunął się od niewolnika, po czym zerknął na księcia i uśmiechnął się szeroko z wyraźnym politowaniem.
-Ach, książę. Co za miłe spotk...
Przyszły władca spoliczkował go z całej siły. Raphael cofnął się o kilka kroków, wyraźnie zdezorientowany. Przez chwilę spoglądał jedynie na księcia z wyrazem absolutnego zaskoczenia, po czym na jego twarzy pojawił się rumieniec, kontrastujący mocno z jego bladą cerą. Potrafił jednak skrywać swoje emocje jeszcze lepiej niż syn króla. Zamaskował więc szybko irytację lekkim uśmieszkiem, ale jego oczy pozostały lodowate.
-Może i masz tu dużo do powiedzenia, ale dopóki nie będziesz miał więcej do powiedzenia niż ja, radzę ci uważać- syknął ze złością przyszły władca, poruszony do żywego. Nie spojrzał nawet w kierunku Immriela, jakby czuł coś na kształt wstydu ze względu na swoje wcześniejsze przypuszczenia. Tym razem nie potrafił trzymać swoich emocji na wodzy- Nie zbliżysz się do niego więcej. Nie będziesz go dotykał, nie będziesz z nim rozmawiał, nie będziesz nawet na niego patrzył. On jest mój.
Wypowiedział te słowa szybciej niż zdążył się nad nimi zastanowić.
-Ależ oczywiście, książę...- odparł Raphael, ale mimo pozornego chłodu i obojętności, w jego głosie dało się wyczuć coś na kształt gniewu- Tak długo, jak będziesz miał tu coś do powiedzenia- dodał bezczelnie, po czym skłonił się księciu, a następnie odwrócił i odszedł.
Potomek monarchy odwrócił się powoli w kierunku Immriela, oczekując już protestu, kolejnej nauki na temat przynależności i jej braku, wierności niewolników i całej reszty. Ale ku swemu zdumieniu - nie usłyszał nic. Immriel wpatrywał się w niego ze zdumieniem, jakby zmieszany z wyrazem twarzy, jakiego książę nigdy wcześniej u niego nie widział. Może gdyby nie sądził, że to niemożliwe, uznałby to nawet za wyraz speszenia.
-Dziękuję, książę- szepnął w końcu niespodziewanie.
Tym razem to potomek monarchy spojrzał na niego z zaskoczeniem.
Doprawdy, w tym niewolniku nie było nic przeciętnego.

Książę znowu krążył jak szaleniec po zamku, usiłując go odnaleźć. Powtarzał sobie uparcie, że musi coś jeszcze zrobić, dokądś się udać, by zaraz później wylądować w pobliżu jego komnaty i z rozczarowaniem przekonać się, że nie ma go w środku. I rozpoczynał swoją wędrówkę od nowa, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić, szukając go jak zaślepiony, chociaż gdyby ktoś zatrzymał go teraz i zapytał, o co mu właściwie chodziło – nie potrafiłby odpowiedzieć. W końcu po raz kolejny zatrzymał się przy drzwiach od pokoju należącego do niewolnika. Zapukał, a nie słysząc reakcji, westchnął głęboko i oparł się o ścianę. Zaczynało się ściemniać. Świadomość tego, że zaraz będzie musiał wrócić do siebie, paliła go od środka i napawała paniką. Odetchnął płytko, odgarniając włosy i przymknął na chwilę powieki, by usłyszeć zaraz:
-Książę?- otworzył oczy i spojrzał w kierunku Immriela, który pojawił się niepostrzeżenie przy nim, uśmiechając się serdecznie- Coś się stało...?
-Nie.
-Wejdziesz...?- mężczyzna otworzył drzwi, wpatrując się w przyszłego władcę zachęcająco. Książę walczył ze sobą przez chwilę, jakby chciał jednocześnie wejść do środka i pokazać, jak bardzo jest obojętny na to wszystko, najzwyczajniej w świecie odchodząc. Jednak z racji tego, że zdał sobie sprawę z faktu, że oba te scenariusze są dość trudne do pogodzenia, skinął łaskawie głową i przekroczył w końcu próg pomieszczenia.
Wewnątrz wszystko wyglądało dokładnie tak, jak tego dnia, gdy przyprowadził tutaj mężczyznę po raz pierwszy, jakby nie zmienił tutaj zupełnie niczego.
-Chciałem... Chciałem zapytać, czy... Zechcesz... Czy zechcesz kontynuować nasze treningi?- to pytanie ledwie przeszło mu przez gardło. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek zwracał się do kogoś w ten sposób. By kiedykolwiek kogoś o coś prosił lub pytał. Był księciem, na litość boską, mógł sobie pozwolić na wszystko, a mimo to... Mimo to nie potrafił zdobyć się w tym momencie na żadną stanowczość ani wyniosłość względem tego człowieka. Niewolnika. Bez znaczenia.
-”Zapytać”, książę?- na wargach Immriela po raz kolejny wykwitł delikatny uśmiech- Przecież możesz mi nakazać.
-Ale pozwalam ci odmówić- odpowiedział potomek monarchy i w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, że gdyby tak się właśnie stało, jego upokorzenie sięgnęłoby szczytu.
Niewolnik przechylił lekko głowę, po czym zaśmiał się serdecznie i odparł:
-Będzie mi bardzo miło ci towarzyszyć, książę.
Jeżeli istniał jakikolwiek sens dawania ludziom wyboru, była nim możliwość usłyszenia takich właśnie odpowiedzi. Książę uśmiechnął się lekko, przyjmując jego słowa ze skrzętnie skrywaną ulgą. I tyle. Tyle. Po to tu przyszedł, osiągnął to, czego chciał, więc powinien wyjść. A mimo to, wciąż nie ruszał się z miejsca, wpatrując się w stojącego przed nim mężczyznę w milczeniu. Immriel również stał nieruchomo, spoglądając na księcia z ciepłym uśmiechem. Może obaj uświadomili już sobie, że przekroczyli pewną granicę, że wywiązało się pomiędzy nimi coś dziwnego, coś innego niż relacje oparte na zasadzie strachu i posłuszeństwa, które powinny łączyć pana i sługę, władcę i niewolnika, następcę tronu i poddanego.
-Mogę tu zostać...?- to pytanie wymsknęło się z ust księcia zupełnie bezwiednie, jakby ktoś powiedział to za niego. Gdy zdał sobie z tego sprawę, w pierwszej chwili zamierzał się z tego wycofać, ale wydawało mu się to niezwykle żenującym i godnym politowania, więc nie zrobił nic, nie odrywając od twarzy mężczyzny śmiałego spojrzenia, chociaż w rzeczywistości jego pewność siebie została za zamkniętymi drzwiami komnaty.
-Tutaj...?- zdumiał się niewolnik- Ze mną...?
-Tak- potwierdził chłodno książę, jakby nie widział w tej zachciance niczego dziwnego.
-Oczywiście, książę- odparł Immriel po chwili wyraźnego wahania- Jeżeli chcesz... Hm... Proszę, książę, pozwól...- rzucił, widząc, że potomek monarchy chce usiąść na łóżku- Nie zrobiłem tego zbyt starannie... Zaraz przygotuję posłanie.
Przyszły władca z zaintrygowaniem obserwował, jak mężczyzna ścieli łóżko z wyjątkową dbałością, przesuwając pokaźną poduszkę na jego prawą stronę, którą wskazał księciu.
-Proszę, książę- szepnął, jakby speszony.
Na dworze ściemniło się prawie zupełnie. Komnata, nie oświetlona światłem świec, wydawała się teraz księciu obcą i przerażającą, nie bardziej, niż jego własna. Zawahał się przez chwilę, a w jego głowie pojawiła się jakaś abstrakcyjna myśl o ucieczce, ale ostatecznie położył się na stronie wskazanej przez niewolnika i okrył się kołdrą. Nie przebrał się nawet. Czuł się wyjątkowo nieswojo i niepewnie. Immriel zniknął na chwilę w ciemnościach pomieszczenia, a gdy wszedł do łóżka, miał już na sobie jedynie luźne spodnie, stanowiące zapewne coś na kształt prowizorycznej piżamy. Przez chwilę obaj po prostu leżeli obok siebie sztywno niczym kukły, nie mogąc wykrztusić ani słowa, aż w końcu książę rzucił ciche:
-Opowiedz mi bajkę.
-Bajkę...?- zapytał ze zdziwieniem Immriel.
-Tak, bajkę...- powtórzył w zamyśleniu książę, spoglądając na twarz leżącego obok siebie mężczyzny. Ta dziwna zachcianka pojawiła się w nim nagle i za nic nie chciała dać o sobie zapomnieć- Taką, jaką opowiada się dzieciom- dodał, przysuwając się do bliżej do niewolnika.
-Nie jestem pewien, czy pamiętam jeszcze jakieś bajki- szepnął w odpowiedzi mężczyzna, wyraźnie zakłopotany.
-Wymyśl coś. Opowieści wychodzą ci wyjątkowo dobrze.
Mężczyzna zaśmiał się lekko.
-Tak, to akurat prawda...- przyznał z rozbawieniem, nie odrywając wzroku od przyszłego władcy. Książę uświadomił sobie, że chyba nigdy wcześniej nie wpatrywał się równie długo w czyjeś oczy. Lubił tą zabawę, gdy chodziło o Amona. Amon nigdy nie wytrzymywał. Płochliwe odwracał wzrok i śmiał się nerwowo. Szkarłatne oczy Immriela zdawały się uśmiechać, zupełnie tak, jak ich właściciel. Przyszły władca pomyślał, że miejsce w którym przychodzą na świat ludzie o takich oczach musi być doprawdy zarazem dziwne i wyjątkowe. Dokładnie takie, jak Immriel. Dziwne, wyjątkowe i... piękne- Dawno temu, żył sobie pewien młody chłopak, który dźwigał na swoich barkach ciężar, którego nie uniosłoby zapewne wielu dorosłych... Był księciem. Następcą tronu- przyszły władca uniósł brew i parsknął cicho. Chyba już wiedział, czego będzie dotyczyć ta bajka- Miał jednak problem, bo w jego otoczeniu nie było zbyt wielu ludzi, którzy potrafiliby mu pomóc. Ktokolwiek, kto przekraczał bramy jego zamku, natychmiast zmieniał się w kamień. Książę, przebywając pośród tych wszystkich bezuczuciowych posągów, sam zaczął się do nich upodabniać... Aż któregoś dnia pojawił się ktoś, kto był odporny na klątwę. I był gotów pomóc księciu, bez względu na wszystko.
Potomek monarchy poruszył się niespokojnie.
-To nie jest bajka- przerwał mu chłodno, czując w sobie niepokój i niechęć.
-Nie, książę- przyznał Immriel- To deklaracja.
Deklaracja.
Przyszły władca przymknął powieki, nie odpowiadając już nic. Noc, która zawsze niosła za sobą widmo przerażenia, teraz jawiła mu się dziwnie spokojną. W jakimś trudnym do wytłumaczenia odruchu, wtulił się nagle w klatkę piersiową mężczyzny, nie mówiąc ani słowa. Poczuł, jak ramiona Immriela otaczają go i obejmują ciasno. I w jednej chwili, w tym właśnie uścisku, poczuł się nagle całkowicie bezpieczny. Jakby słowa mężczyzny były prawdą, jakby wszystko było takie proste, niemalże bajkowe.
-Nie pozwolę cię skrzywdzić- szepnął miękko niewolnik.
…I wszystkie kamienie nagle ożyły.
Łącznie z sercem księcia.

sobota, 20 sierpnia 2011

Dobry wieczór.

No więc - decyzja co do szablonu zapadła. Dodam go, jak tylko uda mi się porozmawiać z jego autorką i wyjaśni mi parę rzeczy :). Ogólnie jak zwykle, część osób tak, część inaczej, ale nie liczyłam na pełną zgodę. Doszłam jednak do wniosku, że zawsze będą jakieś osoby, które będą marudzić czy narzekać, a w gruncie rzeczy szablon nie jest kwestią pierwszorzędną (przynajmniej dla mnie). A pamiętam przygody z tamtego bloga, gdy komuś przeszkadzała biała czcionka na czarnym tle, zmiany na czerwony szablon nikt nie chciał, później pojawiła się kolejna propozycja szablonu i też większość była przeciw, a jak w końcu zmieniłam ledwie kolor czcionki na szary - i tak pojawili się ci, którzy stwierdzili, że czyta się trudniej i w ogóle jest be :P. Więc jak mówię - rozdział będzie nowy, o ile uda mi się pogadać z Sothis :).

Enjoy.

8. Johnny ma kompleksy

Johnny pojawił się przy Rodney Street nieco spóźniony. Miał, co prawda, dużo czasu, żeby przyszykować się do ranki, ale rano zgadał się z Benny'm, później znowu coś obejrzał, zadzwonił do Carla, zadzwonił do Rose... W końcu, gdy zaczął się wreszcie ubierać i szykować, było już dość późno, a „ubieranie się i szykowanie” w wykonaniu Johnny'ego było procesem wyjątkowo długotrwałym. Musiał wybrać odpowiednie rzeczy, wszystko dopasować, później zadbać o to, by nie wyglądał jak ktoś, kto ostatnie dwie godziny spędził przy szafie i przed lustrem (a tak właśnie było), słowem – och, rany, ile miał roboty!
Linda czekała na niego na miejscu.
-Mówiłam ci już, że kobiecie nie należy kazać czekać zbyt długo, prawda...?- zapytała z rozbawieniem, nie wyglądając bynajmniej na zdenerwowaną. Johnny spojrzał na nią z zachwytem i przez chwilę nie mógł oderwać od niej wzroku. Wyglądała prześlicznie w niebieskiej, kończącej się nieco przed kolanem sukience, rajstopach i czarnych butach. Elegancko, ale bez przesady. Na pierwszy rzut oka widać było, że wygląda inaczej, niż na co dzień, ale jednocześnie cała jej osoba nie zdawała się krzyczeć: „Błagam, błagam, zaproś mnie znowu! Jestem absolutnie zdesperowana!”.
-Drobne problemy z samochodem- wytłumaczył się zręcznie Johnny, uśmiechając się lekko. Podał jej ramię i ruszyli do przodu.
-Jak szarmancko- zaśmiała się Linda, wolną dłonią odgarniając pasemko jasnych włosów za ucho.
-To co? Gdzie ta restauracja?
-Restauracja?- parsknęła Linda, unosząc brew, po czym uśmiechnęła się odrobinę pobłażliwie- To właściwie kawiarnia, ale domyślam się, że dla was, facetów, to żadna różnica... Restauracja czy kawiarnia, sukienka czy tunika, buty na obcasie czy na koturnie...- wymieniła, po czym machnęła dłonią, kręcąc głową.
-Uwierz mi, że w życiu nie pomyliłbym sukienki z tuniką- zapewnił ją gorąco Johnny, a ona zachichotała.
-Więc jesteś wyjątkiem. Chodź, to tutaj.
Skręcili do niewielkiego, ładnie urządzonego lokalu i zajęli miejsce przy oknie. Johnny doszedł do wniosku, że byli naprawdę świetnie dopasowani i wyglądali ze sobą doskonale. Prawie jak królewska para... Nawet mogliby się tak czuć, zważywszy na fakt, że Linda budziła spore zainteresowanie mężczyzn i chłopców, obecnych w pomieszczeniu, a Johnny przykuwał wzrok dziewcząt. Cóż zresztą się dziwić. Z niewiadomych przyczyn, w głowie Johnny'ego zawitała wątpliwość, na które z nich wolałby spoglądać Keith. Ta myśl rozbawiła go tak bardzo, że zaśmiał się na głos.
-Troszkę tandetnie, prawda?- najwyraźniej tak Linda odebrała ten nagły wybuch radości- Ale lody mają pierwszorzędne...
-Czym mogę służyć?- zapytała kelnerka, która pojawiła się przy ich stoliku prawie natychmiast, nie zauważając pary, która weszła chwilę przed nimi i siedziała w rogu. Chłopak wyglądał na nieco poirytowanego tym faktem.
-Poprosimy kartę- odparła Linda, uśmiechając się ładnie, a dziewczyna skinęła głową i w błyskawicznym tempie przyniosła im menu, czekając przy stoliku na zamówienie.
Johnny'ego znowu uderzyła myśl, że Linda wygląda wyjątkowo ślicznie i bardzo wyróżnia się na tle pozostałych, obecnych tutaj dziewcząt. Kelnerka zaczesała pasemko włosów za ucho w jakimś pełnym skrępowania geście, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. Wciąż uśmiechała się jednak pogodnie. Jasnowłosa przeniosła na nią wzrok i rzuciła:
-Zawołamy panią, gdy się na coś zdecydujemy, dobrze?
-Oczywiście- dziewczyna raz jeszcze błysnęła zębami w promiennym uśmiechu i wróciła za ladę, nadal nie zauważając parki siedzącej w kącie.
Johnny spoglądał w ich kierunku nieco rozbawiony, zaglądając co jakiś czas do menu. Po dłuższej chwili, tamten chłopak wstał w końcu i ruszył do lady, po czym doskoczył do kelnerki i zaczął coś do niej burczeć. Dziewczyna, która z nim przyszła, dostrzegła spojrzenie Johnny'ego i najpierw spłonęła rumieńcem, a później uśmiechnęła się do niego leciutko. Johnny odwzajemnił ten uśmiech, czując się trochę jak król, wyłaniający się ze swojej karety i łaskawie machający drobnomieszczaństwu. Nie da się ukryć, że wnętrze lokalu i obecni w nim ludzie interesowali go bardziej od menu. Stolik za nimi siedziała inna para, pogrążona w jakiejś mało ciekawej rozmowie, a przy ścianie miejsce zajmowała jakaś ciemnowłosa dziewczyna, czytająca książkę i popijająca leniwie kawę. Natychmiast skojarzyła mu się z Keithem. Niezainteresowana niczym dookoła, sprawiała wrażenie skupionej na nauce i zupełnie oderwanej od rzeczywistości. Może gdyby Keith rzeczywiście miał dziewczynę, to byłaby właśnie taka osoba? Podobna do niego, trochę dziwaczna, trochę aspołeczna? Ta myśl wzbudzała w nim niewytłumaczalny niepokój.
-No, no... Jesteśmy tu od dwóch minut, a ty już rozglądasz się za innymi...- zaśmiała się Linda, wyraźnie rozbawiona, po czym dodała prowokująco- Mam się czuć zagrożona...?
-Ależ skąd...- Johnny z ochotą wdał się w jej małą grę, uśmiechając się lekko- Nie musisz się martwić, twoja pozycja jest na razie zupełnie niezagrożona...
-Na razie?- dziewczyna uniosła brew w pytającym geście- Mam się zacząć obawiać...?
-Jeśli o mnie nie zapomnisz, to nie masz czego- odparł szatyn, nie przestając się uśmiechać.
-To nie ja zaliczyłam wpadkę z numerem telefonu i spóźnieniem na pierwszą randkę- parsknęła z rozbawieniem Linda- Ale rozumiem, że mam dużą konkurencję... Akurat o tym w szkole jest dostatecznie głośno.
Johnny jedynie wzruszył ramionami w geście bezradności. Ach, cóż on miał na to poradzić... Był po prostu diabelnie popularny, diabelnie przystojny i diabelnie atrakcyjny dla dziewcząt. A taka mieszanka zawsze budziła powszechne zainteresowanie. Nic więc dziwnego, że tu i ówdzie chodziły o nim różnego rodzaju plotki, zresztą dosyć pochlebne, których bynajmniej nie zamierzał dementować, a wprost przeciwnie – czasem sam jeszcze nieco je ubarwiał, dla lepszego efektu.
Oczywiście było też wąskie grono jego niezadowolonych, byłych, zazdrosnych dziewcząt, które szeptały coś o nim po kątach. Najczęściej o tym, że jest zarozumiałym i wpatrzonym w siebie narcyzem, bez głębszych uczuć i jakichkolwiek wartości. Ale w to nikt przy zdrowych zmysłach oczywiście by nie uwierzył. Ach, co robi z ludźmi zazdrość...
Johnny pamiętał, że na jednej z lekcji w szkole prowadzili dyskusję na temat arystokracji i niższych klas. Nauczyciel tłumaczył im, że arystokracja wierzyła w to, że urodziła się lepsza i przez to ma prawo do przywilejów, co na pierwszy rzut oka wydawało się kompletną bzdurą, ale gdy Johnny zaczął nad tym myśleć... I myśleć, i myśleć, a tak długie myślenie nie zdarzało mu się zbyt często i było procesem wysoce wyczerpującym... W końcu doszedł do wniosku, że ci ludzie mieli przecież rację! On też był pewnego rodzaju przedstawicielem współczesnej arystokracji. Pewni ludzie po prostu rodzili się z predyspozycjami i warunkami, których innym brakowało! I tak on urodził się przystojny, bogaty, w dodatku wyjątkowo czarujący, więc szybko stał się popularny i lubiany... Pewnie w przyszłości będzie sprawował dobrze płatny, a jednocześnie niezbyt zajmujący zawód (może będzie sławnym aktorem albo gwiazdą muzyczną!), będzie miał masę dziewcząt dookoła i jeszcze więcej pieniędzy. Już teraz widać było, że jest bardziej zauważalny niż inni.
Parka siedząca za nimi zaczęła zamawiać.
-Poproszę ten... truskawkowy pucharek lodów- zadecydowała dziewczyna, uśmiechając się do kelnerki, a jej towarzysz wybuchnął nagłym śmiechem. Johnny spojrzał w jego kierunku, nieco zdziwiony. Jego dziewczyna także.
-Co cię tak rozbawiło?- warknęła, wyraźnie rozgniewana.
-Nic...- odparł tamten, wzruszywszy ramionami- Po prostu sądziłem, że jesteś na tej twojej diecie i w ogóle...
-A sądzisz, że potrzebuję diety?!
-Nie, ale... Wy dziewczyny jesteście takie...
-No jakie?!
Johnny odwrócił się z powrotem w kierunku Lindy, uśmiechając się w duchu z politowaniem, słysząc próby załagodzenia tego sporu przez biednego nieszczęśnika. Takich rzeczy się po prostu nie mówi i wie o tym każdy podrywacz jego pokroju. To było takie... absolutnie w stylu Benny'ego, któremu zdarzały się czasem jeszcze gorsze wpadki. Może dlatego Maicy zachowywała się ostatnio tak dziwnie...? Może coś ją naprawdę rozzłościło?
Chociaż to właściwie nie stanowiło żadnego wyjaśnienia. Najlepsze w Maicy było właśnie to, że zawsze miała do siebie dystans. Johnny nie raz słyszał, jak Benny mówi coś, na co pewnie inna dziewczyna zareagowałaby oburzeniem, a ona tylko uśmiechała się z pobłażaniem albo kręciła głową, powtarzając pełne politowania: „Och, Benny, Benny...”. Nawet gdy zdarzało mu się przesadzić, posyłała mu jedynie karcące spojrzenie albo rzucała jakiś komentarz i sprawa natychmiast się kończyła. Nic dziwnego, że do tej pory stanowili raczej wzór perfekcyjnej pary, mimo swoich drobnych sporów i kłótni, które zawsze potrafili łagodzić i które rzadko wynosili na zewnątrz. Więc co się działo z Maicy...?
Ta sprawa zajmowała Johnny'ego coraz bardziej.
Linda uśmiechnęła się pod nosem z politowaniem, w reakcji na usłyszaną wcześniej wymianę zdań, po czym podniosła wzrok na Johnny'ego i rzuciła:
-Mam nadzieję, że ja mogę sobie zamówić lody...?
-Nie mam nic przeciwko- zaśmiał się chłopak- Myślę, że śmiało możesz sobie zamówić podwójną porcję... Wątpię, żeby twojej figurze coś zaszkodziło.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, przywołując do siebie gestem dłoni kelnerkę, po czym złożyła zamówienie. Johnny poprosił dokładnie o to samo i już po chwili pojawiły się przed nimi dwa pucharki czekoladowych lodów.
-Wiesz, Johnny...- zaczęła Linda, biorąc w waflową rurkę i obracając ją powoli w palcach- Mam nadzieję, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie... Nie mam w zwyczaju prosić się o randki, więc było mi okropnie wstyd cię zapraszać...
-Wstyd?- Johnny pokręcił głową. Szczerze wątpił w to, by Linda rzeczywiście czegokolwiek się wstydziła, ale nie to zamierzał powiedzieć- Żyjemy w końcu w dwudziestym pierwszym wieku, ładne dziewczyny nie muszą się wstydzić faktu, że same zapraszają na randkę... nieco nieśmiałych mężczyzn.
-Nieśmiałych?- powtórzyła z niedowierzaniem blondynka, po czym wybuchnęła śmiechem- Dobra, Johnny, może ja nie należę do najbardziej wstydliwych, ale ty i nieśmiałość to oksymoron. Tak czy inaczej, jestem przyzwyczajona do faktu, że to raczej chłopacy zabiegają o takie rzeczy... Więc wolałabym, żebyś następnym razem ty wykazał się inicjatywą... O ile nie chcesz, żebym ci uciekła- dodała prowokująco, zanurzając łyżeczkę w pucharku lodów.
Johnny uśmiechnął się lekko.
-Linda...- zaczął w końcu po dłuższej chwili milczenia, czując, że nie jest to zbyt dobry temat na tego rodzaju spotkanie, ale nie mógł się powstrzymać- Słuchaj... Jeżeli chodzi o Benny'ego i Maicy...
-Chyba nie będziemy o tym rozmawiać?- zapytała jasnowłosa, nieco ostrym tonem.
-Chodzi mi o to, że oni naprawdę są... do tej pory byli... super parą. Nie chciałbym, żeby się rozstali.
Linda westchnęła głęboko.
-Ja też nie- odpowiedziała spokojnie- Słuchaj, Johnny, nie zrozum mnie źle, ja naprawdę strasznie lubię Benny'ego. Uważam, że to miły chłopak, ale nie może tak traktować Maicy! Zupełnie nie sprawdza się w swojej roli!
-Przecież jest jej chłopakiem- bąknął szatyn, nie bardzo wiedząc o co chodzi.
-No właśnie- odparła blondynka, spoglądając na niego znacząco.
Johnny nadal nie rozumiał.
-Co szczególnego trzeba robić, żeby sprawdzać się w roli chłopaka?- zapytał bezmyślnie i dopiero po chwili dotarło do niego, że było to prawdopodobnie błąd w stylu siedzącego za nim nieszczęśliwca, który nadal próbował uspokoić poirytowaną wybrankę. Zreflektował się szybko- To znaczy rozumiem, że ona potrzebuje ciepła, bliskości, rozmów- … banał, banał, banał...- … ale są już ze sobą tyle czasu. Mogłaby mu o pewnych sprawach powiedzieć otwarcie, wydawało mi się, że zawsze tak robiła. Wtedy Benny wiedziałby przynajmniej na czym stoi i co ma właściwie robić.
Linda poruszyła się niespokojnie na krześle, nie odpowiadając.
-A co do tego wieczoru... Linda, Benny naprawdę z nami był!- zapewnił ją gorąco, ale ona tylko spojrzała na niego sceptycznie- Wiem, że Eric zamotał całą tą sprawę, ale sam się z nami umówił, a później nas olał... A Benny przyszedł. Siedzieliśmy w trójkę, razem z Carlem i piliśmy, gadając o głupotach... Nie było z nami żadnych dziewczyn.
-Johnny...
-Przysięgam na wszystkie świętości!
-Johnny, ja nie wierzę, w twoje świętości i wątpię, żebyś jakiekolwiek miał- odparła dziewczyna z cieniem rozbawienia, ale już po chwili spoważniała i dodała- Posłuchaj... To nie jest moja sprawa, nie chcę się do tego mieszać, bo wiem, że Maicy by sobie tego nie życzyła. Też uważam, że powinni się pogodzić, ale uważam także, że to wszystko wina Benny'ego. I nie tłumacz go w tak banalny sposób, proszę cię. Wiem, że to twój kumpel i wiem, że będziesz go bronił do upadłego, choćby robił najbardziej idiotyczne i podłe rzeczy... Ja pewnie zrobiłabym to samo, gdyby chodziło o Maicy.
Johnny milczał przez chwilę, zastanawiając się nad jej słowami. No tak... Pewnie gdyby Benny rzeczywiście kogoś miał, w życiu by go nie wydał i wcale nie był pewien, czy uznałby to za coś złego. Cóż, on nie był ekspertem w sprawach moralności. Ale znał dobrze swojego kumpla i wiedział, że ten nigdy nie zrobiłby tego Maicy ani żadnej innej dziewczynie, on po prostu taki nie był. To mogło być w stylu Johnny'ego, który bezmyślnie mógł postąpić w taki sposób, nie zastanawiając się nad konsekwencjami albo w stylu Erica, który po prostu był draniem, ale Benny? Nie, to absolutnie do niego nie pasowało!
Ale... Dopiero teraz dotarł do niego pełny sens słów dziewczyny.
-Więc może o to chodzi...?- zapytał, spoglądając na nią przenikliwie. Linda posłała mu pytające spojrzenie- Może to Maicy kogoś ma...?
-Słucham?!- obruszyła się wyraźnie.
-No przecież powiedziałaś, że w takim wypadku byś jej broniła... A poza tym wiem, że ten, kto sam gra na dwa fronty, najłatwiej podejrzewa o to innych...
-Maicy na dwa fronty?! Nigdy w życiu!- odparła stanowczo dziewczyna, kręcąc głową w taki sposób, jakby samo to przypuszczenie wydało się jej być obelgą- Ona taka nie jest!
-No, tak...- Johnny westchnął teatralnie i pokiwał głową- Zapowiedziałaś, że będziesz jej bronić...
-Johnny, nie bądź draniem, dobrze wiesz, co miałam na myśli!- blondynka wyglądała na mocno poirytowaną- A poza tym... No dobrze, niech będzie! Przysięgam na wszystkie świętości, że nie ma nikogo na boku. Zadowolony?
-Twoje świętości są podobne do moich, Lindo, i przez to równie mało wiarygodne- parsknął z rozbawieniem szatyn.
Linda uspokoiła się nieco, po czym westchnęła i stwierdziła:
-Dobra, koniec tego, bo naprawdę się pokłócimy, a to nie byłby najlepszy scenariusz na pierwszą randkę... Po prostu zejdźmy z tego tematu.
I tak się też stało.

-Co robiliście?- zapytał Benny z wyraźnym zainteresowaniem, siadając a krześle i spoglądając wyczekująco na Johnny'ego.
-Nic- odparł niewinnie szatyn, rozkładając się wygodniej na łóżku przyjaciela i obserwując cienie, jakie rzucał na ścianę wiszący nad nim żyrandol- Byliśmy na lodach.
-Szybko.
-Dobrze wiesz, o co mi chodzi- zaśmiał się chłopak, widząc lekki uśmieszek na twarzy towarzysza. Z niemałą ulgą odnotował fakt, że Benny wyglądał całkiem nieźle, a przynajmniej dużo lepiej niż wtedy, gdy widział go po raz ostatni. Nic jednak nie wskazywało na to, by sytuacja z Maicy się poprawiła. Gdyby tak było, Benny'ego trudno byłoby pewnie zastać w domu, a ten wyglądał tak, jakby nie wychodził z niego od kilku dni, co było zresztą zgodne ze stanem faktycznym. Johnny wahał się przez chwilę, czy nie dopytać o to, jak ma się sytuacja, ale ostatecznie postanowił sobie darować i kontynuował wcześniejszy wątek- Tylko się całowaliśmy. Trochę.
-Brzmi jak przyzwoita randka- odparł z rozbawieniem Benny- Najbardziej przyzwoita w twoim wykonaniu o jakiej słyszałem.
-No wiesz... Linda jest przyzwoitą dziewczyną- zachichotał szatyn.
-Ale ty jesteś nieprzyzwoitym chłopakiem- zauważył jego przyjaciel.
-No cóż...- Johnny westchnął jedynie, rozkładając ręce w geście teatralnej bezradności- Dobrze wiesz, jak to ze mną jest, Benny... Linda jest naprawdę super, może by coś z tego wyszło... Ale ja nie lubię wiązać się na długo. Właściwie to mi to nie wychodzi. To nie dla mnie.
Benny spochmurniał wyraźnie.
-Pewnie tak- odparł ponuro i zdawać by się mogło, że dobry humor opuścił go w jednej chwili. Johnny po raz kolejny już przymierzał się, by zapytać o Maicy, ale w tym momencie usłyszeli wołanie mamy Benny'ego i ten podniósł się niechętnie z miejsca, wzdychając z irytacją- Znowu to samo!- mruknął grobowo, kręcąc z niedowierzaniem głową- Odkąd wzięła sobie wolne, jest zupełnie nieznośna... Zaraz przyjdę- dodał, opuszczając pomieszczenie.
Johnny powiódł za nim nieco zaniepokojonym spojrzeniem. Biedny Benny. Sama myśl o tym, że mógłby się rozstać z Maicy, wydawała się chłopakowi strasznie dziwna, prawie absurdalna. Byli ze sobą już tyle czasu, bez żadnych poważnych problemów, żadnych zgrzytów i spięć, że szatyn nie brał pod uwagi możliwości, że ich kłótnie, które jeszcze ledwie kilka dni temu wydawały mu się być drobnymi sprzeczkami, skończą się w taki sposób. To, co się ostatnio z nimi działo, wychodziło zupełnie poza granice zrozumienia Johnny'go. Sam już nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Czy to Benny zgodnie z twierdzeniem Lindy „nie sprawdzał się” w swojej roli, czy robił coś nie tak? Ale nic na to nie wskazywało, a już z pewnością jej nie zdradzał, co wydawało się Johnny'emu wymysłem co najmniej abstrakcyjnym. Więc wszystko wskazywało na to, że to Maicy się zmieniła. Nagle. Z dnia na dzień. Z normalnej, wesołej, wyluzowanej dziewczyny, która zawsze dobrze się z nimi dogadywała, w niesympatyczną, drażliwą pannę, od której lepiej było trzymać się na kilometr. Ale dlaczego...?
Usłyszał dźwięk nadchodzącego sms-a i odruchowo wyjął telefon z kieszeni. Gdy zerknął na wyświetlacz, prawie upuścił go z wrażenia. Keith. Keith napisał do niego sms-a! Ta informacja była dla niego tak wstrząsająca i zaskakująca, że prawie zapomniał o jego odczytaniu!
„Jak ci idzie nauka?”
Johnny dopiero w tym momencie przypomniał sobie o jutrzejszym sprawdzianie. Wczoraj był zajęty z Keithem, później jego głowę zaprzątał ten dziwny telefon, a dziś szykował się na randkę i jakoś zupełnie o tym zapomniał... A chyba rzeczywiście powinien się trochę przygotować. Kolejna zła ocena z pewnością nie poprawiłaby jego sytuacji.
„Na razie jestem u Benny'ego, ale obiecuję, że zabiorę się za to, jak tylko wrócę :). A co u ciebie?”
Na wargach szatyna widniał uśmieszek pełen satysfakcji. Pytanie o sprawdzian, czy nie, bariera została przekroczona! Keith pierwszy go zagadnął, niezależnie od tego w jakiej formie, a to znaczyło, że jest na dobrej drodze!
Do czego...?
… Nie miał pojęcia.
„Nic ciekawego”.
Odpowiedź Keitha była wyjątkowo krótka i zapewne miała służyć zakończeniu ich rozmowy, ale tak szybko Johnny odpuszczać nie zamierzał.
„Szkoda ;). Myślałem, że pisanie ze mną należy do ciekawych zajęć...”
Benny wszedł do pokoju i usiadł z powrotem na swoim miejscu, marudząc:
-Znowu to samo! Benny to, Benny tamto, Benny dobrze się czujesz...? Słowo daję, jako psycholog powinna wiedzieć, że nie należy tak maltretować swoich dzieci! To pewnie tak powstają ci wszyscy seryjni zabójcy i psychole! Od przeczulonych matek-psycholożek!
-Mhm...- odmruknął jedynie Johnny, nie do końca rozumiejąc, co jego przyjaciel właściwie mówi, bo akurat był zajęty odczytywaniem kolejnej wiadomości od Keitha:
„Na pewno ciekawszych niż oglądanie filmów”
Szatyn parsknął śmiechem, po czym zagryzł figlarnie wargę. Benny zerknął na niego odrobinę zdumiony, ale nic nie powiedział.
„Obiecuję, ze w poniedziałek wybiorę nam coś znacznie lepszego :)”
-Ale randka chyba się udała, co?- dopytał Benny, chcąc zapewne przerwać panującą pomiędzy nimi ciszę.
-Co...?- zapytał Johnny, odrobinę zdezorientowany, po czym gdy wreszcie dotarł do niego sens wypowiedzi przyjaciela, pokiwał gorliwie głową- A, tak... Randka. Jasne, jasne. Było fajnie.
-Wiem, że ty i tak najmniej zwracasz na to uwagę, ale dobrze jest od czasu do czasu pogadać o czymś z dziewczynami, nie...? A z Lindą chyba da się porządnie pogadać, co...?
„Czy ja już na stałe awansowałem z twojego korepetytora na męczennika dręczonego kiepskim kinem?”
Szatyn po raz kolejny zaśmiał się głośno, kręcąc z rozbawieniem głową.
-Johnny...?- ponaglił go blondyn, unosząc pytająco brew.
-No?
-Dobrze ci się gada z Lindą?
-Z Lindą...?- Johnny potrzebował dłuższej chwili, by zrozumieć, że jego przyjaciel nie pyta o Keitha. Linda, Linda, Linda. Dziewczyna z którą był na randce. No tak, Linda. Gadanie z Lindą. Właściwie o czym gadali...? Nawet nie pamiętał. Doprawdy, jego proces kojarzenia przebiegał w tym momencie dosyć dziwnym torem- Jasne.
-Widzę...- skwitował jego przyjaciel, uśmiechając się znacząco pod nosem- Chyba zrobiła na tobie duże wrażenie.
„Daj spokój, filmy które wybieram nie mogą być aż takie złe! :D” - odpisał Johnny, nie przestając się do siebie cieszyć.
-To coś innego... niż... no wiesz, z innymi dziewczynami?
-Mhm...
-Myślisz, że może się skończyć czymś poważniejszym...?
-Jasne.
-Serio?- zdumiał się Benny.
„Zależy, co przez to rozumiesz” - odpisał Keith, a Johnny uśmiechnął się figlarnie, zupełnie zapominając o tym, że jego przyjaciel przed chwilą coś do niego powiedział. Zresztą, jakoś nie mógł sobie przypomnieć, co takiego.
-Johnny...- Benny przysunął się do niego krzesłem i patrząc na niego z pełną powagą zaczął- Wiesz, co powinieneś zrobić...?
-No...?- zapytał nieprzytomnie chłopak, odpisując.
-Wziąć rakietę i wysadzić się w kosmos. Mogę ci pożyczyć kostium astronauty. Co ty na to?
-Okej.
-Okej?
-Tak- potwierdził Johnny, wzruszając ramionami.
„Jeszcze zobaczysz, jak zaprezentuję ci coś z mojego ulubionego repertuaru :D”.
-Super- stwierdził blondyn, uśmiechając się pobłażliwie- A skąd weźmiemy rakietę...?
„Już się boję”.
Szatyn uśmiechnął się do siebie znowu.
-Johnny...?
-Hm?- spojrzał na przyjaciela pytająco, odkładając na chwilę telefon.
-Skąd weźmiemy rakietę?- powtórzył raz jeszcze Benny ze śmiertelną powagą, a Johnny zmarszczył brwi, zastanawiając się, jaki etap rozmowy przeoczył.
-Rakietę?- zapytał zdumiony.
-Tak, rakietę.
-Po co nam rakieta?- rzucił szatyn bez zrozumienia.
-Jak to po co?- zdziwił się z kolei Benny- Żeby wystrzelić się w kosmos!
-Co...?
Blondyn westchnął głęboko z politowaniem i pokręcił głową.
-Nic... Zupełnie nic. O czym piszecie?- zainteresował się.
-A... O... Filmach... Szkole...- odparł wymijająco Johnny, zdecydowanie woląc nie wdawać się w szczegóły.
-Ciekawe tematy...- parsknął Benny, unosząc brew- Sądziłem, że stosujesz lepsze metody podrywu.
-Jeszcze za wcześnie na zbyt otwarte działanie.
-Jak to?- zdziwił się blondyn.
-No... Po prostu- odparł Johnny, wzruszając ramionami- Dopiero zaczynamy... W sensie... Ja zaczynam... Nie mogę przesadzić, bo się spłoszy.
-Wątpię- odpowiedział z pełnym przekonaniem jego przyjaciel. Szatyn spojrzał na niego pytająco- Zaproponuj po prostu kolejną randkę i tyle. Najwyraźniej przez sms-y idzie ci gorzej niż w rzeczywistości.
-Randkę?- Johnny skrzywił się lekko, po czym parsknął śmiechem- Daj spokój, Benny. Nie umawiamy się na randki, tylko na spotkania.
-Spotkania...?
-No, tak. Przecież gdybym nazwał to randką, w ogóle byśmy się nie spotkali. Muszę być bardziej... no wiesz... sprytny. Tego wymaga sytuacja.
-Wiesz, co, Johnny, nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi, ale moim zdaniem, Linda traktuje to jak randki. W stu procentach- stwierdził Benny, najwyraźniej nieco zabłąkany. Niemniej zdezorientowany poczuł się Johnny, gdy usłyszał słowa przyjaciela.
-Linda...?- zapytał zdziwiony.
Benny przewrócił oczyma i parsknął z politowaniem.
-Tak...- potwierdził pobłażliwie- Linda. Ta śliczna blondynka z którą się umówiłeś, ale rozumiem, że możesz już nie pamiętać... W końcu twoje życie towarzyskie jest bardzo...
-Benny, ale ja piszę z Keithem- przerwał mu szatyn, nadal patrząc na niego bez większego zrozumienia. I już w tym momencie poczuł, że popełnił błąd, przyznając się do tego. Benny umilkł natychmiast, po czym zacisnął usta w wąską linijkę, jakby chcąc dać mu do zrozumienia, że nie zamierza się na ten temat wypowiadać. Po chwili wydał z siebie coś na kształt prychnięcia, które zapewne miało sygnalizować jego absolutne potępienie dla tej sprawy. Ale gdy i to nie doprowadziło do żadnej reakcji Johnny'ego, wybuchnął:
-Rany, nie mam ochoty na to patrzeć! Ty już nawet zachowujesz się tak, jakbyś naprawdę się w nim bujał! Gapisz się w ten telefon, jakby pisała do ciebie pani z ostatniej rozkładówki, a nie jakimś tam Keith! Ten zakład jest najgłupszą rzeczą o jakiej w życiu słyszałem! Nie mogę uwierzyć, że dałeś się tak łatwo podpuścić Ericowi!
-Przesadzasz. Mówiłem ci już, że Keith jest...
-... tak, jest cudowny!- dokończył sarkastycznie Benny- Błagam cię, Johnny, przestań gadać takie rzeczy, bo to brzmi strasznie dziwnie.
Szatyn zawahał się przez chwilę, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście powinien rozmawiać z Benny'm na ten temat, ale w końcu zaczął:
-Wiesz, wczoraj wieczorem dzwoniłem do Keitha...
-Nie chcę wiedzieć- przerwał mu grobowo przyjaciel.
-Daj spokój, Benny. Dzwoniłem do niego i odebrała jakaś dziewczyna.
Benny spoglądał na niego z uniesioną brwią.
-I...?- zapytał po chwili.
-No... Więc... Keith ma chyba dziewczynę- stwierdził niepewnie szatyn, czując się z tą myślą wyjątkowo nieswojo. Nie wiedział, dlaczego ta sytuacja go niepokoi, w końcu powinno być zupełnie na odwrót. Gdyby tak rzeczywiście było, cały ten zakład mógłby pójść w odstawkę i spotykaliby się jak zwykli kumple, a Johnny stopniowo włączałby go do paczki.
-A nie przyszło ci do głowy, że to jego siostra...?- zapytał z politowaniem Benny.
-On nie ma rodzeństwa. Pytałem go o to.
-No to kuzynka... Bo ja wiem... Sąsiadka... Zresztą, może i ma dziewczynę- zgodził się po chwili zastanowienia blondyn- Chociaż nie wygląda na takiego... Nigdy go z żadną nie widziałem, nie licząc nieudolnych prób podboju Lindy, ale ja nie przyglądam mu się tak uważnie jak ty...- mruknął kąśliwie- Tyle razy się z nim widywałeś i nie zdążyłeś go spytać czy kogoś ma?
-A jak niby miałem to zrobić?- Johnny parsknął śmiechem i pokręcił głową- „Hej, Keith, jestem ciekaw, czy kogoś masz...? Bo wiesz, ja jestem zainteresowany...”
-Przestań, Johnny, to obrzydliwe- burknął niechętnie jego przyjaciel- Podobno jesteś w tych sprawach mistrzem, jakoś z dziewczynami dawałeś sobie radę.
-Ale to nie jest dziewczyna- i właśnie w tym tkwił problem.
-I właśnie w tym tkwi problem!- Benny zdawał się czytać mu w myślach- Gdyby to była dziewczyna, uznałbym, że przesadzasz, ale w gruncie rzeczy doszedłbym do wniosku, że to po prostu wyjątkowo durny i nieprzemyślany zakład. Ale to nie jest dziewczyna i mój najlepszy kumpel celowo robi z siebie geja.
Johnny patrzył na to zupełnie inaczej. Gdyby Keith był dziewczyną, pewnie byłby nieco „prostszy” w obsłudze. Tak przynajmniej myślał. A gdyby nie... Cóż. Wtedy byłby bardzo dziwną, nietypową dziewczyną, która mogłaby być jego dobrym kumplem. Tak samo jak Keith teraz. I pewnie dobrze by mu się z nią gadało i chętnie by się z nią spotykał... częściej. Ale wyłącznie na stopie koleżeńskiej! Chociaż właściwie... Stop, stop! Keith jest chłopakiem. Koniec tematu.
-Chodzi o to, że... No wiesz... Ja się tego nawet nie spodziewałem- przyznał Johnny, wzdychając głęboko- Jakoś nie brałem pod uwagę faktu, że mógłby kogoś mieć. A to chyba coś poważniejszego... W końcu była u niego... Albo on był u niej.
-A co powiedziała?
-No... Odebrała. Ja zapytałem, czy mogę prosić Keitha, ona powiedziała, że nie, ktoś ją zawołał i na tym rozmowa się skończyła.
-Swoją drogą ciekawe, z kim taki Keith musi się umawiać, nie...?- mruknął Benny w zamyśleniu.
-No.
-To musi być jakaś... No wiesz... Dziewczyna podobna do niego. Kujonka albo co. Ewentualnie desperatka. Pewnie nie najpiękniejsza. Wiesz, jak to jest...
-A Travis? Wiesz, jak wygląda, a ta jego dziewczyna...- Johnny zaśmiał się lekko, kręcąc z niedowierzaniem głową- Przepiękna. Wydawało mi się, że to jakiś żart jak ich razem zobaczyłem, ale są ze sobą już długo.
-No... Zawsze zastanawiałem się, jak to jest, że tacy faceci mogą mieć takie dziewczyny.
Przez chwilę obaj milczeli, jakby zastanawiali się głęboko nad tą kwestią, ale najwyraźniej żaden z nich nie doszedł do jej rozwiązania, więc w końcu odezwał się Benny:
-Co zamierzasz zrobić, jeżeli on rzeczywiście kogoś ma...?
Johnny pomyślał o tym przez moment i wzruszył bezradnie ramionami.
-Nic- odparł zgodnie z prawdą- Odpuszczę sobie. Zakład zakładem, ale to już by była przesada.
-Fakt. Rujnowanie komuś związku dla jakiegoś głupiego wyzwania jest idiotyzmem. Zresztą, samo to wyzwanie jest idiotyzmem.
-Ale to nie musiała być jego dziewczyna- zauważył Johnny- Mogła być... Kuzynka, jak mówiłeś. Albo jakaś inna krewna. Albo ktoś, kto mu się podoba albo komu on się podoba, ale bez wzajemności... Może jakaś nachalna dziewczyna...
Przyjaciel Johnny'ego spoglądał na niego z wyrazem politowania na twarzy.
-Zaprosiłbyś swoją natrętną wielbicielkę do domu...?
-Nie.
-A poszedłbyś do niej?
-Nie.
-Więc sprawa rozwiązana- skwitował Benny, jakby był już w stu procentach przekonany do swojej tezy- Owszem, to może być ktoś z jego rodziny, ale to byłby trochę dziwaczny zbieg okoliczności, nie sądzisz...?
-Mhm...- szepnął Johnny. Nie pojmował, dlaczego to mu się tak strasznie nie podobało. Jeżeli Keith miał dziewczynę, to wyzwanie przestawało być ważne, bo nigdy nie przeginali aż do tego stopnia. Poza tym... To by oznaczało, że nie jest gejem, więc działania Johnny'ego tym bardziej byłyby kompletnie pozbawione sensu. A jednak chłopak, zamiast czuć z tego powodu ulgę czy radość, czuł się po prostu lekko zagubiony i zaniepokojony- Co z Maicy?- zapytał w końcu, spoglądając na swojego przyjaciela z uwagą.
-Mówiłem ci, żebyś mi o niej nie przypominał, tak?- westchnął głęboko Benny, odwracając nerwowo wzrok i zagryzając wargę- Nic- odpowiedział po dłuższej chwili- Zupełnie nic. I sądzę, że dalej też już nic nie będzie.
-Dlaczego?- przeraził się Johnny- Ale wy chyba... Chyba jesteście jeszcze parą, tak?
-Bo ja wiem...? Jak długo ludzie muszą się do siebie nie odzywać, by uznać, że już ze sobą nie są?- zapytał blondyn z jakąś desperacją w głosie, zupełnie tak, jakby nie rozmawiali ze sobą co najmniej kilka miesięcy, a nie ledwie kilka dni- Tak długo do niej dzwoniłem, pisałem do niej sms-y... Odpisała raptem na jednego. Chcesz wiedzieć jak?- Johnny skinął głową. Jego przyjaciel sięgnął po swoją komórkę i odczytał dziwnym głosem- „Jeżeli chcesz ze mną porozmawiać, rozmawiaj ze mną twarzą w twarz, jak prawdziwy mężczyzna, a nie jak tchórz”. Potrafisz to w ogóle zrozumieć?- zapytał z goryczą- Przyszedłem wtedy do niej – nie wpuściła mnie. A teraz, nagle stwierdziła, że mam z nią rozmawiać w cztery oczy. Wysłałem jej więc sms-a z pytaniem, gdzie i kiedy możemy się spotkać, ale już nie odpowiedziała. Ja też nie zamierzam. Nie będę z siebie robił kretyna, skoro jej nie zależy.
-Ale tobie zależy- zauważył cicho Johnny.
-No i?- prychnął głośno chłopak, podnosząc się szybko z miejsca i zaczął krążyć nerwowo po pokoju- Nic na to nie poradzę, jak jedna strona w związku ma takie nastawienie, nic z tego dalej nie będzie, nie...? Poza tym... Mówiłeś, że związki na dłużej nie są dla ciebie. Może dla mnie też nie są. Może nie są dla nikogo. Dla żadnego faceta. Może tylko dziewczyny nami manipulują i robią sobie z nami co zechcą... No co?- zapytał, widząc zapewne zaniepokojenie widniejące na twarzy szatyna. Uśmiechnął się szeroko- Ja sobie poradzę. Nie chce mnie? Trudno. Nie będę się przecież załamywał jak jakiś kretyn. Mam masę rzeczy do roboty, mogę sobie w każdej chwili znaleźć kogoś innego, niech się tylko jasno określi. Dla mnie to żaden problem.
-Benny... Brzmisz jak przedstawiciel frontu obrony mężczyzn- zauważył chłopak, mocno zaszokowany jego słowami.
-A żebyś wiedział!- odparł blondyn z niezrozumiałym entuzjazmem, wciąż chodząc dookoła- One i tak zawsze mówią, że są pokrzywdzone. I mówią, że my się w ogóle nie staramy. Więc niech tak będzie. Ja się już nie będę starał. I zobaczymy, co wtedy powie. A ja będę miał więcej czasu dla siebie. No i dla was.
-Super- stwierdził Johnny, uśmiechając się lekko.
-Tak, super- potwierdził Benny, chociaż jego chwilowa radość zgasła wyraźnie. Westchnął głęboko i raz jeszcze okrążył pomieszczenie, po czym podszedł do okna i oparł się dłońmi o parapet wyglądając strasznie smętnie i ponuro. Mina Johnny'ego zrzedła natychmiast. Chyba słowa Benny'ego nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Wstał z łóżka i podszedł do niego powoli, nie wiedząc, jak się zachować.
-Tęsknisz za nią, co?- szepnął niepewnie.
-No.
-Nie martw się- spróbował go pocieszyć, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że efekty były mierne- Spotkacie się w szkole i pogadacie twarzą w twarz, tak jak chciała.
-No właśnie...- mruknął blondyn, wpatrując się nieruchomo w okno- A co zrobię, jak ze mną zerwie...?
Johnny milczał.
Nie miał pojęcia.

Johnny Bradley wrócił do domu koło osiemnastej, w nastroju, mówiąc ogólnie, raczej średnim. Nie dało się ukryć, że sprawa Benny'ego ciążyła mu coraz bardziej i miał wrażenie, że jego przyjaciel nieprędko wróci do normy. Mimo tego, że gdy się spotkali, ten wyglądał całkiem dobrze, gdy Johnny wychodził, przypominał już raczej kupkę nieszczęścia. Mamrotał coś ponuro od czasu do czasu i zdecydowanie stracił ochotę na rozmowę. Szatyn nawet starał się go wyciągnąć gdzieś na miasto, ale Benny zbolałym tonem oświadczył, że nie ma ochoty wychodzić i nie chce spotkać Maicy, jakby rzeczywiście prawdopodobieństwo, że spotka ją gdzieś przypadkowo na ulicy, w miejscowości mającej kilkaset tysięcy mieszkańców była aż tak wysoka. Ale z drugiej strony, ten dzień Johnny zdecydowanie mógł zaliczyć do udanych. Najpierw randka z Lindą, a później te sms-y od Keitha... To przypomniało mu, że powinien wziąć się do nauki.
Przebrał się więc w jakieś luźniejsze ubrania i wziął książki, a następnie przeszedł do salonu.
„Zabieram się do nauki :)” - poinformował Keitha, niemalże entuzjastycznie.
I rzeczywiście, przez kilkanaście pierwszych zadań, czuł w sobie entuzjazm, a może nawet zapał i szło mu całkiem nieźle. Ale matematyka bardzo szybko go znużyła i już niedługo, bardziej od liczenia konkretnych przykładów, zajmowało szatyna liczenie własnych ziewnięć.
„Nauka sam na sam ze sobą nie jest tak fajna :(„ - napisał, po czym włączył telewizor, mając nadzieję, że może da się jednak połączyć przyjemne z pożytecznym.
„Mnie jakoś wychodzi” - odpowiedział Keith. Johnny przerzucił kilka kolejnych kanałów, ale nie znalazł nic interesującego. Pod tym jednym względem nie cierpiał weekendów, w telewizji leciały jakieś nudnawe filmy albo powtórki z całego tygodnia. Zazwyczaj nie musiał się tym martwić, bo albo był na jakiejś imprezie albo się do takowej szykował, ale teraz... No cóż. Biorąc pod uwagę formę Benny'ego pewnie nieprędko uda się im razem coś zorganizować, nie mówiąc już o wypadzie na miasto. Johnny raz jeszcze przeczytał sms-a od Keitha i pojawiła się w nim iskierka nadziei na to, że może ten wieczór uda mu się jednak spędzić w czyimś towarzystwie.
„Tak? :) Więc też się teraz uczysz?”
Keith chyba wyczuł w tym coś w rodzaju podstępu, bo odpisanie na tego sms-a zajęło mu dość długo, mimo że odpowiedź była wyjątkowo krótka:
„Tak”
Johnny uśmiechnął się do siebie szeroko. Super. Teraz należało to tylko dobrze rozegrać.
„Więc może wpadłbyś do mnie? :) Razem zawsze raźniej, a poza tym nie wszystko rozumiem”
No właśnie. Sprawne zaproszenie i wzięcie na litość, ha! Nie ma lepszego sposobu!
„Jest już dosyć późno”.
„Przyjadę po ciebie”
- zaoferował się natychmiast szatyn, nie widząc w tym najmniejszego problemu.
Nie, raczej nie. Zobaczymy się jutro” - odpisał jednak Keith, a Johnny westchnął głęboko.
-No trudno...- szepnął do samego siebie z wyraźnym rozczarowaniem, po czym wrócił do rozwiązywania przykładów, jednym okiem oglądając jakiś mało ambitny remake westernu. Nauka go nudziła. W końcu postanowił sobie zrobić przerwę, odłożył długopis i położył się wygodnie na kanapie, gapiąc się bezmyślnie w telewizor, ledwie zdając sobie sprawę z tego, co dzieje się na ekranie. Co jakiś czas zerkał na telefon, jakby zastanawiał się, czy by do kogoś nie zadzwonić, ale jakoś popularnemu i wyjątkowo lubianemu Johnny'emu Bradleyowi, nikt konkretny nie przychodził do głowy. Jak zwykle w takich sytuacjach, jego szerokie środowisko szkolnych kumpli i znajomych, zaczęło ograniczać się do Benny'ego, Carla i... Keitha.
„Dziwne” - pomyślał Johnny, czując, że jego powieki robią się coraz cięższe. Chyba nigdy do tej pory nie polubił kogoś aż tak bardzo, po tak krótkim czasie.
W końcu przymknął powieki i ściszył odrobinę telewizor, wsłuchując się jedynie w mało interesujące monologi szarżującego na pustyni kowboja, aż w końcu, nim zdążył się zorientować, zasnął.
W pewnym momencie obudził go dźwięk telefonu. Poderwał się i mocno zaspanym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu, nieco zdezorientowany, po czym udało mu się w końcu zlokalizować swoją komórkę. Wziął ją ze stolika i mrużąc oczy, odczytał sms-a:
„Przyjedź po mnie”.
Od Keitha. Coś w nim drgnęło radośnie. Zerwał się natychmiast tak jak stał (czy może raczej leżał) i pognał na dół, zakładając jedynie po drodze buty i zatrzymując się na chwilę, by zamknąć drzwi. Zbiegając po schodach udało mu się jeszcze napisać krótkie: „jadę”. Na dworze lało, a on nie wziął ze sobą żadnej kurtki. Odnalazł więc prędko samochód i wsiadł do środka, pozwalając sobie jeszcze na senne ziewnięcie, po czym przetarł oczy i usiłując skoncentrować się na drodze, ruszył.
Osiedlowe uliczki były zupełnie opustoszałe. Johnny zatrzymał się przy tej samej kamienicy, do której odwiózł wtedy ciemnowłosego. Keitha jeszcze nie było. Szatyn oparł się o kierownicę i nieco zmęczonym wzrokiem zaczął wpatrywać się w wejście do budynku, oczekując nadejścia chłopaka. Dopiero po kilkunastu minutach usłyszał pukanie i podniósł się, by dostrzec przy samochodzie Keitha. Spojrzał na niego z zaskoczeniem, otwierając drzwiczki.
-Keith... Jak ty...?- bąknął, mocno zdezorientowany, spoglądając to na wejście do kamienicy, to na chłopaka.
-Mogę wejść?- zapytał ciemnowłosy, a Johnny pokiwał głową. Brunet usiadł na miejscu obok niego, ocierając twarz z kropelek deszczu. Włosy też miał mokre.
-Wszystko okej?- upewnił się Johnny.
-Jasne- potwierdził Keith, po czym spojrzał na niego i... wybuchnął nagle głośnym śmiechem.
-Co jest...?- Johnny spojrzał na niego zdezorientowany, nie za bardo wiedząc, o co chodzi. Dopiero, gdy przyjrzał się sobie uważniej w lusterku, zrozumiał natychmiast.
-Boże...- jęknął speszony. Jego włosy! Jego cudowne, idealnie ułożone włosy! Sterczały teraz w najdziwniejszych kierunkach i wyglądały po prostu idiotycznie. Johnny zawstydził się tak bardzo, że miał ochotę zapaść się pod ziemię- Boże, Boże, Boże... Keith, nie patrz na mnie- rzucił błagalnie, a brunet spojrzał na niego zaskoczony.
-Daj spokój...- mruknął, opanowując wyraźnie rozbawiony uśmieszek- Nie jest aż tak źle...
-Nie patrz na mnie!- powtórzył raz jeszcze Johnny, w bezsensowny sposób usiłując zasłonić się ręką, po czym dał sobie z tym spokój i ruszył, niemalże zrozpaczony.
-Johnny, naprawdę nie jest...
-Keith nie patrz na mnie!
-A ty patrz na drogę, bo nas zabijesz!- warknął na niego chłopak, dostrzegając zapewne, że Johnny raz zerka na swoje odbicie, po czym niemalże z boleścią odwraca wzrok i kręci głową, nie mogąc aż uwierzyć, że rzeczywiście wyszedł w takim stanie z domu. Tak się spieszył, że zupełnie zapomniał sprawdzić, jak wygląda! Boże, dobrze, że w takim stanie widzi go tylko Keith! A może aż Keith! Sam już nie wiedział.
Dojechali na miejsce. Johnny ruszył do swojego mieszkania tak szybko, że ciemnowłosy musiał biec, by dotrzymać mu kroku. Wszedł do środka i rzucił jedynie piskliwe:
-Rozgość się, Keith.
A następnie pognał schodami do swojej sypialni, a następnie do łazienki. Jak mógł sobie pozwolić na taką wpadkę...! Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło! Jeszcze gdyby wyglądał jakoś normalnie, tak jak każdego ranka, ale przez żel i spanie na kanapie, jego włosy wykręciło dziwacznie i pewnie gdyby widział przed sobą kogoś innego, a nie własne odbicie, sam by się z tego śmiał.
Drzwi od łazienki otworzyły się i pojawił się w niej brunet.
-Keith!- jęknął przerażony Johnny- Wyjdź, proszę cię!
-Rany, przecież to tylko włosy...- zauważył chłopak, unosząc brew w pełnym politowania geście- Dlaczego tak strasznie panikujesz...?
-Nie panikuję, tylko... Tylko... Och, po prostu muszę się tym zająć, okej?- wyjaśnił, uśmiechając się nerwowo- Nie lubię wyglądać... Źle.
-Nie wyglądasz źle, tylko śmiesznie- sprostował Keith, co bynajmniej nie pocieszyło Johnny'ego, a wprost przeciwnie, doprowadziło go do jęku rozpaczy- A poza tym, musisz mieć straszne kompleksy, skoro przejmujesz się takimi rzeczami.
To nieco Johnny'ego otrzeźwiło.
-Ja...?- zapytał, mocno zaskoczony, po czym parsknął z niedowierzaniem- Kompleksy...?
O, co to, to nie! Ktoś taki jak on nie mógłby mieć kompleksów! Kompleksy mieli ludzie brzydcy, źle ubrani, źle uczesani i ogólnie wyglądający źle, ale Johnny... Johnny był idealny! Co prawda czasem musiał się o tę idealność długo starać, ale co z tego! Liczył się efekt! Dbanie o siebie nie wynika z kompleksów! Dbanie o siebie jest po prostu... Doskonaleniem idealności! Cokolwiek by to znaczyło.
-No tak- Keith wzruszył ramionami, nie odrywając od niego badawczego spojrzenia- Nigdy wcześniej nie widziałem chłopaka, który przejmowałby się tym, że ma zniszczoną fryzurę... A przynajmniej ja się tym nie przejmuję, bo takich kompleksów nie mam.
Johnny przyjrzał się Keithowi z uwagą i doszedł do wniosku, że chyba powinien je mieć. Keith był... No cóż. Te okulary... Niedopasowane i non stop spadające mu z nosa. I te niedbałe ubrania. I nieułożone włosy. I w ogóle do jego wyglądu pasowało mnóstwo przymiotników zaczynających się od słowa „nie”. Gdyby Johnny był nim, bałby się wyjść z domu.
-Ja nie mam kompleksów- stwierdził zdecydowanie, kręcąc głową i śmiejąc się nieco udawanie- Ja po prostu... Nie lubię jak ktoś mnie ogląda, gdy jestem... No... Nie lubię wyglądać źle- dokończył niepewnie.
-Dlaczego?- zapytał bez zrozumienia chłopak.
Johnny zastanowił się chwilę.
-... Bo... Bo boję się, że ludzie będą się ze mnie śmiali- odpowiedział w końcu i jego własne słowa zaskoczyły go aż tak bardzo, że przez chwilę nie mógł uwierzyć, że doszedł do takiego wniosku. Śmiali się?! Z niego?! Niemożliwe! Przecież ludzie go lubili! Szanowali! Nikt nie odważyłby się z niego naśmiewać! Chociaż... Czy nie zdobył swojego szacunku właśnie tym, że nie dawał nigdy innym powodów do drwin? Może gdyby Keith inaczej się ubierał i inaczej wyglądał, wszyscy też by go lubili. I może stałby się członkiem ich paczki. Ale Keith wyglądał jak wyglądał i dlatego był nazywany kujonem, a nie inteligentnym, przystojnym sportowcem, jak Eric. Dlatego cieszył się opinią odludka, a nie kogoś, kto ma po prostu wąskie, wyrafinowane grono znajomych, jak wyżej wymieniony. Bycie lubianym sprawia, że ludzie automatycznie są postrzegani inaczej, ale na to też trzeba sobie zapracować!
-A czy to właśnie nie nazywa się kompleksami...?- dopytał Keith, unosząc pytająco brew.
Johnny wzruszył bezradnie ramionami. Sam już nie wiedział.
-Chodź- ciemnowłosy wyciągnął w jego kierunku dłoń i uśmiechnął się zachęcająco- Zobacz, ja już się przyzwyczaiłem do tego, jak wyglądasz i jakoś mnie to dłużej nie bawi. Zostaw swoje kompleksy dla swoich zakompleksionych kumpli, a ze mną po prostu chodź się pouczyć, co...? Bo do tego chyba nie wymaga się szczególnego wizerunku.
Johnny zawahał się odrobinę, po czym również uśmiechnął się lekko i złapał Keitha za dłoń, ruszając do przodu. Po reakcji chłopaka, który spojrzał na niego zdumiony i cofnął rękę, poznał, że zapewne nie o to mu chodziło. Szatyn spłoszył się mocno, po raz drugi tego dnia, nie mając pojęcia, co mu właściwie odbiło, bo z pewnością tego nie planował.
-Idziemy...?- odkaszlnął tylko brunet i bez czekania na odpowiedź chłopaka, ruszył na dół, do salonu. Johnny powlókł się w ślad za nim, starając się zebrać w sobie i odzyskać resztki odwagi, która wyparowała z niego przed chwilą. Keith działał na niego doprawdy zaskakująco.
Nie wracali już więcej ani do tematu kompleksów, ani do wyglądu Johnny'ego, któremu udało się w końcu zapomnieć o tym, że wygląda nieco mniej wyjściowo niż zwykle i po prostu skupił się na rozmowach z Keithem i jego wyjaśnieniach. Działania, które szatyn zdążył zrobić sam prawie w godzinę, zrobili wspólnie w dużo szybszym czasie i zaczęli kolejne. Szło im bardzo sprawnie. Dopiero w pewnym momencie, myśli Johnny'ego znowu poszybowały z dala od matematyki i zaczął:
-Ej, Keith... Masz kogoś?
Ciemnowłosy spojrzał na niego z zaskoczeniem i z wrażenia aż wypuścił długopis z dłoni.
-C... Co?- bąknął jedynie, schylając się pod stół, by po niego sięgnąć. Gdy się spod niego wynurzył, jego twarz była czerwona jak piwonia.
-No... Pytam, czy kogoś masz- powtórzył raz jeszcze szatyn, spoglądając na niego z uwagą.
-Co to za pytanie?- obruszył się brunet.
-Zwyczajne- zaśmiał się lekko Johnny, rozbawiony jego wyraźnym zażenowaniem- Dużo ze sobą gadamy, a jakoś nie miałem okazji spytać. Masz dziewczynę?
-Nie. Nie mam- mruknął jedynie w odpowiedzi Keith, a gdy chłopak już otwierał usta, by coś dodać, przerwał mu- Możemy wrócić do matematyki? Wolałbym zostawić pogadanki o moim prywatnym życiu na inny czas... Na przykład na nasze oglądanie filmów.
-Trzymam cię za słowo- zachichotał Johnny, czując, że wstępuje w niego jakaś niespodziewana ulga. A więc jednak! Keith był wolny. A wyzwanie nadal aktualne. Cóż za radość!
Spędzili ze sobą jeszcze jakąś godzinę, po czym w końcu ciemnowłosy stwierdził, że będzie wracał do domu.
-Odwiozę cię- zaoferował się natychmiast Johnny, zrywając się z miejsca.
-Nie, dzięki- zaoponował zwyczajowo chłopak- Wolę dotrzeć do domu w jednym kawałku, a ty już prawie śpisz- parsknął z rozbawieniem, a szatyn po cichu przyznał mu rację. Ten dzień strasznie go wymęczył- Do zobaczenia jutro.
-Więc znajdziesz dla mnie czas po szkole?- Johnny wyszczerzył się radośnie.
-Zobaczymy- uciął Keith, co trudno było potraktować jako obietnicę, ale wszystko, co nie było całkowitą odmową, szatyn przyjmował pozytywnie- To cześć.
-Cześć- pożegnał się z ciemnowłosym Johnny, zamykając za nim drzwi.
Westchnął głęboko, uśmiechając się do siebie.
Cóż to był za dzień...

czwartek, 18 sierpnia 2011

Szablon : D

No więc zapomniałam o tym zupełnie przy ostatniej publikacji (cała ja), ale jedna z czytelniczek, którą serdecznie pozdrawiam, zrobiła taki szablon, o, o -> klik . I moje pytanie do was jest następujące i dość oczywiste - lepszy niż ten? Mnie się bardzo podoba, ale wolałam zapytać was o zdanie, więc macie szansę je wyrazić xD. Zawsze można coś dorobić, czy poprawic, więc jeśli macie jakieś "ale" - piszcie.

środa, 17 sierpnia 2011

Dobry wieczór : )

Po dłuższej przerwie znowu zapraszam do lektury : P. Proszę mnie nie bić za rozdział, zdaję sobie sprawę z tego, że nie zasłużył sobie na szóstkę. Anyway, zabieram się za Johnny'ego. Trzymajcie za mnie kciuki.

Enjoy.

§ 10 § [YFM]

Absalom przebudził się z samego rana. Mortalisa już przy nim nie było, krzątał się cicho po pomieszczeniu, przygotowując śniadanie. Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej, wodząc za nim niepewnym spojrzeniem. Wspomnienie wczorajszego snu wciąż tkwiło mocno w jego głowie i nie dawało o sobie zapomnieć. Absalom czuł niepokój, który wzmagał się w nim jeszcze, na samą myśl o tym, że mężczyzna dziś wyrusza. A co jeżeli...? Zagryzł nerwowo wargę, nie będąc w stanie powstrzymać się od wyobrażenia sobie sytuacji, w której Mortalisowi stanie się coś złego. Zostanie poważnie ranny albo... Nie, nie, to tylko sen, zwykły sen... Ale czy ktokolwiek na jego miejscu nie potraktowałby tego jako znaku, że coś może się zdarzyć? Wyprawy mężczyzny zawsze go niepokoiły, ale teraz czuł wręcz narastającą panikę.
-Zjesz coś...?- mruknął Mortalis, nawet na niego nie spoglądając. Nakrywszy do stołu, pościelił łóżko Absaloma.
Chłopak milczał. A gdyby go jakoś przekonać...? Gdyby namówić go do tego, by został, chociażby ten jeden raz...? Nawet, jeżeli ten sen nie znaczył niczego, jeżeli był jedynie wynikiem wyobrażeń i lęków Absaloma, czy nie lepiej byłoby tego po prostu nie sprawdzać...?
-Śniło mi się coś potwornego- odezwał się w końcu cicho.
Czekał chwilę, ale Mortalis nie zadał mu żadnego pytania, zupełnie tak, jakby w ogóle nie dosłyszał jego słów. Zresztą, Absalom wcale nie powinien się temu dziwić. Nigdy się o nic nie dopytywał.
-Śniło mi się, że zginąłeś- szepnął, a jego słowa przeraziły go jeszcze bardziej niż to, co rozegrało się w jego śnie. Przymknął powieki i poczuł zbierające się pod nimi łzy. Z trudem je opanował, starając się uspokoić. Gdy ponownie przeniósł wzrok na mężczyznę, ten jedynie zerknął na niego ukradkiem, po czym rzucił:
-Zjedz coś przynajmniej przed wyjściem. Ostatnio mało jesz.
Absalom aż parsknął gorzko na jego słowa. Przecież przed chwilą powiedział mu coś takiego...! Czy Mortalis naprawdę się tym nie przejmował, nie obchodziło go to? Właściwie, dlaczego miałoby...? To była jedynie senna mara, podobna do wielu innych, jakie go nawiedzały. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że tylko ta wzbudza w nim tak straszliwy lęk i niepokój, że był gotów błagać mężczyznę, by ten nie ruszał się z domu, przynajmniej nie dziś, nie w najbliższym czasie... Wyszedłby na kompletnego histeryka. Może był histerykiem, który wierzył we własne sny jak w najprawdziwsze proroctwo?
-Nigdzie dziś nie wychodzę- odpowiedział, kapitulując w duchu i podnosząc się z łóżka. Nakrył je za sobą i usiadł do stołu, ale nie tknął ani kęsa z tego, co przygotował dla niego mężczyzna- Kiedy...?- zaczął jedynie, bo dalsza część pytania nie przeszła mu przez zaciśnięte gardło.
-Wkrótce- odparł Mortalis, doskonale wiedząc, o co mu chodzi.
Absalom poczuł, jak coś ściska boleśnie jego serce. Odwrócił wzrok.
-Postaram się wrócić szybko- powiedział jeszcze Mortalis, zanim zniknął w swoim pomieszczeniu.
Absalom nie poruszył się ani o centymetr. Chociaż zazwyczaj trudno było uzyskać od mężczyzny podobne zapewnienie, nie wzbudziło ono w nim nawet odrobiny otuchy. Natrętne pytanie zdawało się nieustannie krążyć po jego głowie, nie dając mu spokoju i nie pozwalając skupić się na niczym innym.
A co jeśli nie?
A co jeśli nie...?

Nie było dobrze. Absalom odzywał się jeszcze mniej, niż przez te kilka miesięcy, a Mortalis był bardziej mrukliwy i niechętny do prowadzenia rozmów niż zwykle. Napięcie wisiało w powietrzu i Absalom miał wrażenie, że wystarczy jedynie słowo, czy nieprzemyślana uwaga, by zdenerwować mężczyznę albo samemu wybuchnąć. Ale jak długo to miało właściwie trwać? Te wyprawy, zlecenia... Przecież Mortalis nie miał już dwudziestu lat. Czy w ogóle przewidywał, że nastąpi moment, w którym będzie musiał z tym skończyć, przestać? A może myślał o tym w innych kategoriach. Może po prostu sądził, że któregoś dnia coś będzie w końcu pójdzie nie tak. Absalom wzdrygnął się na samą myśl. I po co to wszystko? Dla jakiegoś wyższego celu? Czy można naprawdę czerpać satysfakcję z czyjejś śmierci?
Koło południa Mortalis zaczął się pakować. Absalom siedział w bezruchu, nawet nie starając się udawać, że interesuje go to bardziej niż cokolwiek innego. Wodził za nim pełnym zaniepokojenia wzrokiem, oczekując chyba po cichu, że mężczyzna w końcu się odezwie, ale najwyraźniej Mortalis również nie zamierzał być tym, który pierwszy zacznie rozmowę. Zniknął na chwilę w swojej pracowni, a gdy wyszedł, miał już ze sobą jakiś tobołek.
-Nie idź- szepnął ledwie słyszalnie Absalom.
Był pewien, że Mortalis doskonale go zrozumiał, ale najwyraźniej postanowił go zignorować, bo nawet na niego nie spojrzał, zupełnie tak jak tego ranka.
Absalom poczuł się zupełnie bezradny. Nie miał na niego żadnego wpływu, najmniejszego. Wydawało mu się, jak szaleńcowi, że Mortalis może rzeczywiście się z nim liczyć, a tymczasem on wciąż traktował go jak kapryśne dziecko, które nie wie, czego chce. Ale to akurat Absalom wiedział doskonale. Chciał jego, zawsze, tutaj, przy sobie. Bez tych wszystkich pożegnań, wielkich powrotów i pełnego lęku wyczekiwania. Dlaczego mężczyzna nie mógł tego zrozumieć...?
Nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło. Jeszcze ledwie kilka sekund wcześniej czuł się tak, jakby odeszły od niego wszystkie siły, a zaraz, jakby wbrew temu uczuciu, poderwał się gwałtownie z miejsca i wyrwał Mortalisowi tobołek z ręki, odsuwając się.
-Nie pójdziesz!- to już nie była prośba. Zauważył, że brwi Mortalisa uniosły się w wyrazie zdumienia. Najwyraźniej w ogóle się tego nie spodziewał- Nie pójdziesz, słyszysz?!- powtórzył panicznie, skrywając tobołek za plecami- Nie wiem, dlaczego to robisz, ale nie musisz tego robić! Nie musisz!
-Już o tym rozmawialiśmy- uciął chłodno Mortalis- To moja praca.
-Nie!- zaprotestował chłopak, kręcąc gwałtownie głową i cofając się jeszcze- Ludzie pracują, żeby mieć pieniądze... Albo żeby komuś pomóc! Ale ty nikomu nie pomagasz i masz się za co utrzymać! To nie jest praca! Nie musisz tego robić!- powtórzył raz jeszcze.
-Nie masz pojęcia o tym, co muszę, a czego nie. To moja sprawa. Oddaj moje rzeczy.
Nie mógł znieść, gdy mężczyzna zachowywał się w ten sposób. Gdy go od siebie odpychał, gdy budował wokół siebie ścianę nie do przebicia, złożoną z argumentów w stylu: „to moja sprawa” albo „nie masz o tym pojęcia”. Może i rzeczywiście Absalom nie miał o niczym pojęcia. Może to rzeczywiście była sprawa Mortalisa. Ale wydawało mu się, że są ze sobą na tyle blisko, by ich prywatne sprawy, stały się wspólnymi sprawami.
-Nie puszczę cię- w głosie chłopaka pobrzmiewała autentyczna desperacja. Mężczyzna podszedł do niego o kilka kroków, więc ten cofnął się aż pod samą ścianę, nie dając za wygraną- Zostań, proszę. Chociaż ten jeden raz! Nawet nie masz pojęcia, co widziałem w moim śnie...- zaczął, łamiącym się głosem- Nawet nie wiesz, jak strasznie było widzieć cię... Widzieć cię takiego... Proszę... Ja nie chcę, żeby coś ci się stało.
-Absa, do licha!- mężczyzna zirytował się wyraźnie- To sen. Nic więcej, jak tylko głupi, naiwny sen- Absalom już otwierał usta, by coś odpowiedzieć, ale Mortalis kontynuował- Może w twoich baśniach każdy sen traktuje się jako przepowiednie, ale życie to nie jest bajka i pogódź się z tym.
-Więc możesz mi przysiąc, że nic ci się nie stanie?- rzucił chłopak, doskonale wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
-Dobrze wiesz, że nie mogę!- Mortalis prawie nigdy nie dawał się wytrącić z równowagi. Rzadko można było zobaczyć go w takim stanie- Nie jestem w stanie odpowiadać za nikogo innego, prócz samego siebie, nie mam wpływu na ludzi w moim otoczeniu ani na niefortunne zrządzenie losu! Myślisz, że ten kupiec, którego znalazłeś wiedział, że tak skończy?- zaironizował- Myślisz, że mu się to przyśniło? Że ktoś go poinformował, że zginie? Że los, bogowie albo cokolwiek w tym stylu, zechciało go ostrzec zawczasu...?- prychnął z politowaniem, kręcąc głową- Nie wiedział, że spotka go coś takiego.
-Może nie wiedział, że spotka kogoś takiego jak ty- wypalił Absalom, zanim zdążył się nad tym zastanowić.
Przez twarz mężczyzny przemknął ledwie zauważalny cień.
-Może- odpowiedział jednak spokojnie- Oddaj moje rzeczy, Absa.
-Bo to bez różnicy, prawda?- kontynuował gorzko chłopak, jakby nie dosłyszał jego słów- Zabić kogoś albo nie? To musi być bez znaczenia dla kogoś takiego jak ty. Dziwię się, że nie zabiłeś mnie.
-Absa. Moje rzeczy.
-Więc je sobie weź!- warknął wściekle- W końcu potrafisz to robić, prawda? Pozbywać się niewygodnych ludzi. A ja chyba jestem dla ciebie wyjątkowo niewygodny. Aż dziwię się, że nie zabiłeś mnie tamtego dnia, gdy mnie znalazłeś! Co ci za różnica! Jedno dziecko w tą czy w tamtą...
-Absa...- syknął ostrzegawczo Mortalis.
-A co, może nie mam racji?! Co sprawiło, że się nade mną zlitowałeś, co?! Nagle zrobiło ci się mnie żal?! Dopadły cię wyrzuty sumienia?! Zaczęli cię obchodzić inni ludzie?!
Mortalis słuchał jego oskarżeń w milczeniu, zupełnie nieruchomo. Dopiero, gdy chłopak przerwał, by wziąć głęboki oddech, mężczyzna rzucił raz jeszcze szorstko:
-Oddaj moje rzeczy.
-Nie- odmówił po raz kolejny chłopak- Weź je.
-Absa, nie żartuję.
-Ja też nie- odpowiedział stanowczo Absalom, spoglądając mu w oczy z dziwaczną determinacją.
Mortalis wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę, jakby się wahał, po czym ostatecznie podszedł do niego. Absalom skulił się przy ścianie, naiwnie usiłując ukryć za sobą tobołek, ale mężczyzna był dużo silniejszy. Chwycił go mocno za dłoń, a gdy ten usiłował się wyswobodzić, wykręcił ją lekko. Chłopak syknął z bólu, puszczając rzeczy mężczyzny. Mortalis wziął je i odsunął się od niego natychmiast, nie mówiąc już ani słowa.
Absalom potarł obolały nadgarstek, spoglądając na mężczyznę pełnym goryczy wzrokiem.
-Co zrobię, jeżeli coś ci się stanie?- zapytał jeszcze.
Mężczyzna zatrzymał się na chwilę przy drzwiach.
-Wiesz, gdzie są pieniądze- odpowiedział tylko.
-Więc chodzi tylko o pieniądze?!- wykrzyknął chłopak.
Mortalis spojrzał na niego przez ramię.
-Tak- odparł szorstko, wychodząc.

O, Stwórco, jak strasznie nie cierpiał samotnych wieczorów! Absalom westchnął cichutko, chodząc w kółko po pomieszczeniu i nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Jego myśli cały czas zaprzątała kłótnia z Mortalisem i sam już nie wiedział, czy jest bezgranicznie wściekły na niego, czy ma wyrzuty do samego siebie, że w ogóle zaczął z nim o tym rozmawiać. Nigdy wcześniej nie doszło pomiędzy nimi do takiego sporu! Spojrzał na swoją rękę i potarł lekko sine okolice nadgarstka. Niepotrzebnie go sprowokował, zdawał sobie z tego sprawę. Mortalis nigdy nie karcił go cieleśnie, nawet, gdy ten był jeszcze dzieckiem, teraz też nie chciał mu zrobić niczego takiego. Ale dlaczego musiał być taki uparty?!
O, Stwórco, o Stwórco, o Stwórco! Frustracja Absaloma zdawała się sięgać zenitu. Może to Mortalis ma rację? Ma prawo robić ze swoim życiem co tylko zechce, nie jest przecież od niego zależny, wprost przeciwnie. Może więc Absalom po prostu powinien ustawić się w roli dozgonnie wdzięcznego i udawać, że każdą jego decyzję i każde działanie przyjmuje bez najmniejszych emocji? Tak właśnie zrobi! Gdy Mortalis wróci, on będzie się tylko uśmiechał, sprzątał, odpowiadał na jego pytania i w ogóle nie szukał z nim kontaktu! Podświadomie mając, niestety, nadzieję, że mężczyzna zechce szukać kontaktu z nim, ale mimo wszystko... Planował coś podobnego już setki razy i nigdy mu nie wychodziło.
I nadal nie wiedział – co się z nim właściwie dzieje? Najpierw nie odzywał się do mężczyzny przez długie tygodnie, tęsknił za nim jak szaleniec, a na jego widok, miał ochotę się ukryć, zniknąć z jego oczu, śniły mu się te wszystkie dziwaczne rzeczy i bał się w ogóle do niego zbliżyć, jednocześnie nie oddalając się zbyt daleko. I jeszcze ten sen o jego śmierci... Cóż, właściwie patrząc na to z tej perspektywy, może rzeczywiście nie był niczym więcej, jak wytworem jego wyobraźni. W końcu żaden z pozostałych snów się nie spełnił. Ledwie chłopak o tym pomyślał, a dopadło go jakieś uczucie żalu, a chwilę później wściekłość na samego siebie. Mortalis był teraz gdzieś daleko, nie miał pojęcia, co się z nim działo, mogło mu się stać coś złego, a on myślał o takich... takich dziwactwach.
-Co jest ze mną nie tak?- westchnął ciężko, jakby oczekiwał, że nagle rozstąpi się nad nim sklepienie i jakiś głos z nieba zechce mu udzielić odpowiedzi. Nic takiego jednak nie nastąpiło, więc jeszcze bardziej rozdrażniony i zdezorientowany, zaczął powoli gasić kolejne świece, przygotowując się do snu.
Przerwał jednak, gdy usłyszał jakiś głos dochodzący z zewnątrz. Przez chwilę wydawało mu się nawet, że to krzyk jakiegoś człowieka, więc przystanął na chwilę w milczeniu, ale nie słysząc nic więcej, wzruszył tylko ramionami. Czasami zdarzało się, że odgłosy natury zdawały się brzmieć jak coś zupełnie innego. Szczególnie taką porą i w taką pogodę. Pewnie nie było to nic więcej, jak tylko szum wiatru.
Nie roztrząsając tego więcej, położył się do łóżka, myślami wciąż będąc przy Mortalisie. Nie wiedział nawet, ile dokładnie czasu minęło, dziesięć, może piętnaście minut, gdy po raz kolejny usłyszał czyjś krzyk, dużo wyraźniej niż wcześniej. Zerwał się z łóżka, nie mając pojęcia, co się dzieje. Nie potrafił nawet rozszyfrować słów, jakie do niego dotarły, ale krzyki się ponowiły, a ten człowiek zdawał się być coraz bliżej jego domu.
-Pomocy! Pomocy!
Serce zaczęło bić mu z przerażenia. Co się właściwie działo...?
Ktoś zaczął łomotać gwałtownie do jego drzwi. Natychmiast podszedł do nich, ale nie wiedzieć czemu, pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mu do głowy, związane było z jego ostatnim snem. Otworzył drzwi. Człowiek stojący przed nimi, wszedł do środka z taką siłą i szybkością, że prawie staranował go w przejściu.
-Pomocy, pomocy!- krzyczał wciąż przerażony, rozglądając się dookoła zbłąkanym wzrokiem.
Absalom spojrzał na niego z przerażeniem. Mężczyzna był cały we krwi. Na jego twarzy znajdowało się wiele drobnych zadrapań i ran. Chłopak dopiero po chwili zauważył, że jest ranny w rękę, z której obficie leciała krew.
-Proszę tu usiąść- rzucił, próbując usadzić go na łóżku Mortalisa, ale mężczyzna odsunął się od niego gwałtownie, wpatrując się w niego z paniką.
-Nie... Nie, nie!- pokręcił głową i rozpłakał się, unikając dłoni chłopaka- Proszę mi pomóc, błagam, proszę mi pomóc, on mnie tu znajdzie...
-Kto pana znajdzie...?- zapytał bez zrozumienia Absalom- Ktoś pana goni...?
Mężczyzna zaczął się trząść, płacząc coraz głośniej. Absalom szybko podszedł do drzwi i zamknął je, a następnie zaryglował na wszelki wypadek. Nie miał pojęcia, co się właściwie dzieje. Ktoś był w lesie...? Ktoś go napadł...?
-Proszę pana... Proszę usiąść- powtórzył raz jeszcze łagodnie- Opatrzę pana rany.
-Nie, nie! On tu przyjdzie! Przyjdzie!
-Zaryglowałem drzwi. Nikt tu nie przyjdzie- usiłował go przekonać Absalom, ale człowiek wciąż miotał się przerażony, nie dając mu się dotknąć- Co się stało...?
-Bestia... Bestia!- wykrzyknął mężczyzna, wciąż drżąc spazmatycznie- Wędrowaliśmy... Bestia! Ta bestia!
-Proszę usiąść, strasznie pan krwawi- spróbował po raz kolejny Absalom, zdając sobie sprawę z tego, że w tym stanie mężczyzna pewnie nie wie do końca, co mówi- Opatrzę panu ranę. Proszę pana...?- dotknął delikatnie jego ramienia. Człowiek wzdrygnął się, spoglądając na niego z przerażeniem, ale tym razem pozwolił usadzić się na łóżku Mortalisa. Gwałtownie łapał powietrze, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą i kiwając się lekko.
Absalom podszedł na chwilę do okna, wyglądając na zewnątrz, ale w ciemności nie mógł niczego dostrzec. Milczał przez chwilę, starając się wsłuchać w różnego rodzaju odgłosy. Nie słyszał jednak niczyich kroków, nikt inny nie zdawał się być w pobliżu domu. Przeszedł do pracowni Mortalisa. Otworzył niewielką szafeczkę w której zawsze znajdowały się opatrunki i przeszedł do sypialni. Usiadł u boku trzęsącego się mężczyzny i rozpiął jego koszulę, chcąc zdjąć ją z rannej ręki. Dopiero, gdy udało mu się ją zsunąć i zobaczył ogromne ślady zębów odbite w skórze i wygryziony kawałek ciała, zamarł na chwilę, po czym odlał część wody do niewielkiej miseczki i zaczął przemywać jego ranę.
-Co pana zaatakowało...?- zapytał niepewnie.
-W-Wędrowaliśmy... Wędrowaliśmy z tamtej osady...- zaczął drżącym głosem mężczyzna, nieco spokojniej niż wcześniej- Ja jestem... Jestem robotnikiem.... Pracowaliśmy tam razem z moimi dwoma towarzyszami, ale mieszkamy tutaj... I... Wracaliśmy razem... Nagle... Nagle usłyszeliśmy coś dziwnego... W-Wydwało nam się... Wydawało nam się, że to mogą być bandyci... Ten las nie jest bezpieczny... Więc... Więc ja i Arton postanowiliśmy się ukryć... Schowaliśmy się w krzakach i chcieliśmy czekać aż sobie pójdą, ale Simon poszedł dalej... Słyszałem tylko, jak zaczął krzyczeć i wołać mnie po imieniu... A później... A później coś zbliżyło się do nas nagle... Tak szybko... Tak strasznie szybko...- odetchnął płytko- Zaczęliśmy uciekać, a później ta bestia... Ta bestia zaatakowała mnie. Wyrwałem się, a ona pobiegła za Artonem. J-Ja... Ja słyszałem później jej kroki... I chrapliwy oddech... Wydawało mi się, że mnie goni... Przybiegłem tutaj...- przymknął powieki i przełknął ślinę.
-Co to było?- powtórzył raz jeszcze Absalom- Ta... „bestia”. To było jakieś zwierzę?
-Potwór! Potwór, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem!
Absalom zaczął opatrywać ranę mężczyzny.
-Czasem ludzie, którzy nie znają dobrze wszystkich zwierząt, patrzą na nie i nazywają je potworami- stwierdził łagodnie- Tymczasem te zwierzęta zapewne patrzą na nich i myślą dokładnie to samo.
Gdy był mały, tak właśnie Mortalis wyjaśniał mu istnienie tych wszystkich historii o potężnych, morskich potworach, smokach, kryjących się w lesie strzygach i innych, przerażających istotach.
-Nie, to nie było zwierzę!- zaprotestował mężczyzna, kręcąc gwałtownie głową- Ja nieczęsto bywam w tym lesie, ale... Ale nie widziałem nigdy wcześniej czegoś podobnego... To było wielkie... Ogromne... Dopadło nas szybciej, nim zdążyliśmy się w ogóle zorientować, że jest w pobliżu... I ten oddech... Nie, to nie było żadne zwierzę...
Absalom milczał. Aż sam zastanawiał się, co to mogło być. Przypomniał sobie tego biednego kupca. Jeżeli to było zwierzę, jakie zwierzę mogłoby zrobić coś podobnego i bez problemu poradzić sobie z trzema dorosłymi mężczyznami...? A jeżeli nie... Jeżeli nie, to co to właściwie było?
Skończył opatrywać mężczyznę i przyniósł mu rzeczy Mortalisa, by ten mógł się przebrać z przesiąkniętych krwią ubrań.
-Niech pan się tutaj prześpi- uśmiechnął się lekko, wskazując na łóżko mężczyzny- Jutro rano zabiorę pana do miasta. Mieszka tam mój przyjaciel, na pewno zna jakiegoś medyka, który mógłby pana obejrzeć.
-Dziękuję...- szepnął ten człowiek, spoglądając na niego z wdzięcznością. Położył się na łóżku, rozglądając się dookoła, tym razem dużo spokojniej- To bardzo mały domek... Nawet nie sądziłem, że ktoś może mieszkać w tym lesie... Mieszkasz sam...?
-Nie.
-Z ojcem...?
Absalom pokręcił głową, uśmiechając się z nutą rozbawienia. Chociaż pewnie Mortalis mógłby nim być... Ta myśl sprawiła, że mina zrzedła mu nieco i poczuł się nieswojo. Może cały jego problem wziął się stąd, że nie traktował w ten sposób mężczyzny, a powinien...?
-Z narzeczoną...?
Absalom zachichotał.
-Z towarzyszem- odpowiedział, przypominając sobie, jak ten człowiek określał swoich przyjaciół.
-Gdzie teraz jest...?- zapytał niepewnie mężczyzna- Nie rozgniewa się, gdy mnie tu zobaczy...?
-Nie, raczej nie... Może na początku, ale to w gruncie rzeczy... To w gruncie rzeczy bardzo dobry człowiek- stwierdził, uśmiechając się delikatnie. Wierzył w te słowa mocniej niż w cokolwiek innego, wbrew temu wszystkiemu, co o nim wiedział- Ale jest daleko, a dziś pewnie nie wróci.
-Miejmy nadzieję...- szepnął mężczyzna- To coś nadal tam jest.
-Tak...- potwierdził w zamyśleniu chłopak. Mortalis chyba poradziłby sobie ze zwierzęciem. Jeżeli to było zwierzę... Westchnął głęboko, mocno zaniepokojony. Gdyby nie ten przeklęty sen...
-A gdzie on właściwie jest?- zapytał mężczyzna.
-Jest... Jest...- chłopak odkaszlnął, wyraźnie zakłopotany- Nie wiem... Nie wiem dokładnie. Pracuje.
-Jest robotnikiem, tak jak ja...? Jeżeli tak, może pracował ze mną... Budowaliśmy spichlerz... Było tam dużo ludzi. Pewnie już skończył...
-Nie, zajmuje się czymś innym...- odpowiedział Absalom.
-Rozumiem... Zastępuje panu ojca...?
Chłopak spojrzał na niego odrobinę zdziwiony.
-Nie... Tak... To znaczy...- zawahał się wyraźnie- Przyjął mnie do siebie po śmierci rodziców- odparł, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
-Ach, tak...- odszepnął w zamyśleniu mężczyzna- Macie ze sobą dobry kontakt...?
-Tak. Bardzo dobry.
Mężczyzna westchnął ciężko.
-To dobrze... Ja się ożeniłem... Strasznie późno, w młodości nie to było mi w głowie...- przymknął powieki, a Absalom spojrzał na niego z zainteresowaniem- Ona ma syna, a on mnie nie znosi... Nie dogadujemy się ze sobą ani trochę. Nastawia matkę przeciwko mnie. Sam już nie wiem, co mam robić...
-Ja też nie wiem... Dobrej nocy- szepnął miękko Absalom, gasząc ostatnią świecę i wchodząc do łóżka.
Może gdyby... Gdyby Mortalis kazał mu traktować siebie jako ojca albo Absalom sam go tak postrzegał, mieliby podobne problemy. Może nieustannie by się ze sobą spierali, chłopak wymykałby się niepostrzeżenie na spotkania z dziewczętami, jak to robiło wielu innych w jego wieku i łamałby wszystkie zasady... Tylko żadnych zasad właściwie nie było, a przynajmniej żadnych na tyle oczywistych, by móc je świadomie przekroczyć. Mógł robić co tylko zechciał. A do miasta nie miał się po co wymykać. Dziewczyn też nie chciał. I może to właśnie był główny powód jego dziwactwa. Edalis zwykł mawiać: „dzieciak nie ma ojca, matki też nie ma, jeszcze wyrośnie na dziwadło”. I wyrósł.
Och, Stwórco... Absalom przewrócił się na drugi bok, wszystkimi myślami koncentrując się na jutrzejszym dniu. Zaprowadzi tego człowieka do Edalisa, a ten ściągnie kogoś, kto sprawdzi, czy wszystko z nim w porządku. Z tym mężczyzną, a nie z Absalomem, bo Absalomowi chyba nic już nie mogło pomóc. Później poprosi go, żeby Edalis pozwolił mu zanocować w gospodzie, o ile ten będzie musiał jeszcze wypoczywać, a sam wróci tutaj. I może rozejrzy się po lesie... Chociażby po to, by znaleźć towarzyszy mężczyzny.
Wkrótce zasnął.
W środku nocy obudził go jakiś hałas. Przetarł oczy i podniósł się do pozycji siedzącej, spoglądając na stojące naprzeciwko siebie łóżko. Było puste. Rozejrzał się dookoła, mocno zdezorientowany.
-Proszę pana...?- rzucił.
Dopiero teraz dostrzegł, że drzwi od pracowni Mortalisa były otwarte na oścież. Absalom podniósł się prędko i wszedł do pomieszczenia. Zapalił świece.
-Proszę pa...- umilkł, gdy zorientował się, że w pomieszczeniu nikogo nie ma. Czyżby wyszedł...? Chłopak zmarszczył brwi, stojąc przez chwilę w miejscu.
Nagle poczuł, jak coś kapnęło na jego ramię. Odruchowo dotknął tego miejsca i poczuł coś nieprzyjemnego i lepkiego. Skrzywił się z obrzydzeniem, podnosząc wzrok do góry.
Zamarł.