Strony

środa, 17 sierpnia 2011

§ 10 § [YFM]

Absalom przebudził się z samego rana. Mortalisa już przy nim nie było, krzątał się cicho po pomieszczeniu, przygotowując śniadanie. Chłopak podniósł się do pozycji siedzącej, wodząc za nim niepewnym spojrzeniem. Wspomnienie wczorajszego snu wciąż tkwiło mocno w jego głowie i nie dawało o sobie zapomnieć. Absalom czuł niepokój, który wzmagał się w nim jeszcze, na samą myśl o tym, że mężczyzna dziś wyrusza. A co jeżeli...? Zagryzł nerwowo wargę, nie będąc w stanie powstrzymać się od wyobrażenia sobie sytuacji, w której Mortalisowi stanie się coś złego. Zostanie poważnie ranny albo... Nie, nie, to tylko sen, zwykły sen... Ale czy ktokolwiek na jego miejscu nie potraktowałby tego jako znaku, że coś może się zdarzyć? Wyprawy mężczyzny zawsze go niepokoiły, ale teraz czuł wręcz narastającą panikę.
-Zjesz coś...?- mruknął Mortalis, nawet na niego nie spoglądając. Nakrywszy do stołu, pościelił łóżko Absaloma.
Chłopak milczał. A gdyby go jakoś przekonać...? Gdyby namówić go do tego, by został, chociażby ten jeden raz...? Nawet, jeżeli ten sen nie znaczył niczego, jeżeli był jedynie wynikiem wyobrażeń i lęków Absaloma, czy nie lepiej byłoby tego po prostu nie sprawdzać...?
-Śniło mi się coś potwornego- odezwał się w końcu cicho.
Czekał chwilę, ale Mortalis nie zadał mu żadnego pytania, zupełnie tak, jakby w ogóle nie dosłyszał jego słów. Zresztą, Absalom wcale nie powinien się temu dziwić. Nigdy się o nic nie dopytywał.
-Śniło mi się, że zginąłeś- szepnął, a jego słowa przeraziły go jeszcze bardziej niż to, co rozegrało się w jego śnie. Przymknął powieki i poczuł zbierające się pod nimi łzy. Z trudem je opanował, starając się uspokoić. Gdy ponownie przeniósł wzrok na mężczyznę, ten jedynie zerknął na niego ukradkiem, po czym rzucił:
-Zjedz coś przynajmniej przed wyjściem. Ostatnio mało jesz.
Absalom aż parsknął gorzko na jego słowa. Przecież przed chwilą powiedział mu coś takiego...! Czy Mortalis naprawdę się tym nie przejmował, nie obchodziło go to? Właściwie, dlaczego miałoby...? To była jedynie senna mara, podobna do wielu innych, jakie go nawiedzały. Nie mógł jednak nic poradzić na to, że tylko ta wzbudza w nim tak straszliwy lęk i niepokój, że był gotów błagać mężczyznę, by ten nie ruszał się z domu, przynajmniej nie dziś, nie w najbliższym czasie... Wyszedłby na kompletnego histeryka. Może był histerykiem, który wierzył we własne sny jak w najprawdziwsze proroctwo?
-Nigdzie dziś nie wychodzę- odpowiedział, kapitulując w duchu i podnosząc się z łóżka. Nakrył je za sobą i usiadł do stołu, ale nie tknął ani kęsa z tego, co przygotował dla niego mężczyzna- Kiedy...?- zaczął jedynie, bo dalsza część pytania nie przeszła mu przez zaciśnięte gardło.
-Wkrótce- odparł Mortalis, doskonale wiedząc, o co mu chodzi.
Absalom poczuł, jak coś ściska boleśnie jego serce. Odwrócił wzrok.
-Postaram się wrócić szybko- powiedział jeszcze Mortalis, zanim zniknął w swoim pomieszczeniu.
Absalom nie poruszył się ani o centymetr. Chociaż zazwyczaj trudno było uzyskać od mężczyzny podobne zapewnienie, nie wzbudziło ono w nim nawet odrobiny otuchy. Natrętne pytanie zdawało się nieustannie krążyć po jego głowie, nie dając mu spokoju i nie pozwalając skupić się na niczym innym.
A co jeśli nie?
A co jeśli nie...?

Nie było dobrze. Absalom odzywał się jeszcze mniej, niż przez te kilka miesięcy, a Mortalis był bardziej mrukliwy i niechętny do prowadzenia rozmów niż zwykle. Napięcie wisiało w powietrzu i Absalom miał wrażenie, że wystarczy jedynie słowo, czy nieprzemyślana uwaga, by zdenerwować mężczyznę albo samemu wybuchnąć. Ale jak długo to miało właściwie trwać? Te wyprawy, zlecenia... Przecież Mortalis nie miał już dwudziestu lat. Czy w ogóle przewidywał, że nastąpi moment, w którym będzie musiał z tym skończyć, przestać? A może myślał o tym w innych kategoriach. Może po prostu sądził, że któregoś dnia coś będzie w końcu pójdzie nie tak. Absalom wzdrygnął się na samą myśl. I po co to wszystko? Dla jakiegoś wyższego celu? Czy można naprawdę czerpać satysfakcję z czyjejś śmierci?
Koło południa Mortalis zaczął się pakować. Absalom siedział w bezruchu, nawet nie starając się udawać, że interesuje go to bardziej niż cokolwiek innego. Wodził za nim pełnym zaniepokojenia wzrokiem, oczekując chyba po cichu, że mężczyzna w końcu się odezwie, ale najwyraźniej Mortalis również nie zamierzał być tym, który pierwszy zacznie rozmowę. Zniknął na chwilę w swojej pracowni, a gdy wyszedł, miał już ze sobą jakiś tobołek.
-Nie idź- szepnął ledwie słyszalnie Absalom.
Był pewien, że Mortalis doskonale go zrozumiał, ale najwyraźniej postanowił go zignorować, bo nawet na niego nie spojrzał, zupełnie tak jak tego ranka.
Absalom poczuł się zupełnie bezradny. Nie miał na niego żadnego wpływu, najmniejszego. Wydawało mu się, jak szaleńcowi, że Mortalis może rzeczywiście się z nim liczyć, a tymczasem on wciąż traktował go jak kapryśne dziecko, które nie wie, czego chce. Ale to akurat Absalom wiedział doskonale. Chciał jego, zawsze, tutaj, przy sobie. Bez tych wszystkich pożegnań, wielkich powrotów i pełnego lęku wyczekiwania. Dlaczego mężczyzna nie mógł tego zrozumieć...?
Nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło. Jeszcze ledwie kilka sekund wcześniej czuł się tak, jakby odeszły od niego wszystkie siły, a zaraz, jakby wbrew temu uczuciu, poderwał się gwałtownie z miejsca i wyrwał Mortalisowi tobołek z ręki, odsuwając się.
-Nie pójdziesz!- to już nie była prośba. Zauważył, że brwi Mortalisa uniosły się w wyrazie zdumienia. Najwyraźniej w ogóle się tego nie spodziewał- Nie pójdziesz, słyszysz?!- powtórzył panicznie, skrywając tobołek za plecami- Nie wiem, dlaczego to robisz, ale nie musisz tego robić! Nie musisz!
-Już o tym rozmawialiśmy- uciął chłodno Mortalis- To moja praca.
-Nie!- zaprotestował chłopak, kręcąc gwałtownie głową i cofając się jeszcze- Ludzie pracują, żeby mieć pieniądze... Albo żeby komuś pomóc! Ale ty nikomu nie pomagasz i masz się za co utrzymać! To nie jest praca! Nie musisz tego robić!- powtórzył raz jeszcze.
-Nie masz pojęcia o tym, co muszę, a czego nie. To moja sprawa. Oddaj moje rzeczy.
Nie mógł znieść, gdy mężczyzna zachowywał się w ten sposób. Gdy go od siebie odpychał, gdy budował wokół siebie ścianę nie do przebicia, złożoną z argumentów w stylu: „to moja sprawa” albo „nie masz o tym pojęcia”. Może i rzeczywiście Absalom nie miał o niczym pojęcia. Może to rzeczywiście była sprawa Mortalisa. Ale wydawało mu się, że są ze sobą na tyle blisko, by ich prywatne sprawy, stały się wspólnymi sprawami.
-Nie puszczę cię- w głosie chłopaka pobrzmiewała autentyczna desperacja. Mężczyzna podszedł do niego o kilka kroków, więc ten cofnął się aż pod samą ścianę, nie dając za wygraną- Zostań, proszę. Chociaż ten jeden raz! Nawet nie masz pojęcia, co widziałem w moim śnie...- zaczął, łamiącym się głosem- Nawet nie wiesz, jak strasznie było widzieć cię... Widzieć cię takiego... Proszę... Ja nie chcę, żeby coś ci się stało.
-Absa, do licha!- mężczyzna zirytował się wyraźnie- To sen. Nic więcej, jak tylko głupi, naiwny sen- Absalom już otwierał usta, by coś odpowiedzieć, ale Mortalis kontynuował- Może w twoich baśniach każdy sen traktuje się jako przepowiednie, ale życie to nie jest bajka i pogódź się z tym.
-Więc możesz mi przysiąc, że nic ci się nie stanie?- rzucił chłopak, doskonale wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
-Dobrze wiesz, że nie mogę!- Mortalis prawie nigdy nie dawał się wytrącić z równowagi. Rzadko można było zobaczyć go w takim stanie- Nie jestem w stanie odpowiadać za nikogo innego, prócz samego siebie, nie mam wpływu na ludzi w moim otoczeniu ani na niefortunne zrządzenie losu! Myślisz, że ten kupiec, którego znalazłeś wiedział, że tak skończy?- zaironizował- Myślisz, że mu się to przyśniło? Że ktoś go poinformował, że zginie? Że los, bogowie albo cokolwiek w tym stylu, zechciało go ostrzec zawczasu...?- prychnął z politowaniem, kręcąc głową- Nie wiedział, że spotka go coś takiego.
-Może nie wiedział, że spotka kogoś takiego jak ty- wypalił Absalom, zanim zdążył się nad tym zastanowić.
Przez twarz mężczyzny przemknął ledwie zauważalny cień.
-Może- odpowiedział jednak spokojnie- Oddaj moje rzeczy, Absa.
-Bo to bez różnicy, prawda?- kontynuował gorzko chłopak, jakby nie dosłyszał jego słów- Zabić kogoś albo nie? To musi być bez znaczenia dla kogoś takiego jak ty. Dziwię się, że nie zabiłeś mnie.
-Absa. Moje rzeczy.
-Więc je sobie weź!- warknął wściekle- W końcu potrafisz to robić, prawda? Pozbywać się niewygodnych ludzi. A ja chyba jestem dla ciebie wyjątkowo niewygodny. Aż dziwię się, że nie zabiłeś mnie tamtego dnia, gdy mnie znalazłeś! Co ci za różnica! Jedno dziecko w tą czy w tamtą...
-Absa...- syknął ostrzegawczo Mortalis.
-A co, może nie mam racji?! Co sprawiło, że się nade mną zlitowałeś, co?! Nagle zrobiło ci się mnie żal?! Dopadły cię wyrzuty sumienia?! Zaczęli cię obchodzić inni ludzie?!
Mortalis słuchał jego oskarżeń w milczeniu, zupełnie nieruchomo. Dopiero, gdy chłopak przerwał, by wziąć głęboki oddech, mężczyzna rzucił raz jeszcze szorstko:
-Oddaj moje rzeczy.
-Nie- odmówił po raz kolejny chłopak- Weź je.
-Absa, nie żartuję.
-Ja też nie- odpowiedział stanowczo Absalom, spoglądając mu w oczy z dziwaczną determinacją.
Mortalis wpatrywał się w niego jeszcze przez chwilę, jakby się wahał, po czym ostatecznie podszedł do niego. Absalom skulił się przy ścianie, naiwnie usiłując ukryć za sobą tobołek, ale mężczyzna był dużo silniejszy. Chwycił go mocno za dłoń, a gdy ten usiłował się wyswobodzić, wykręcił ją lekko. Chłopak syknął z bólu, puszczając rzeczy mężczyzny. Mortalis wziął je i odsunął się od niego natychmiast, nie mówiąc już ani słowa.
Absalom potarł obolały nadgarstek, spoglądając na mężczyznę pełnym goryczy wzrokiem.
-Co zrobię, jeżeli coś ci się stanie?- zapytał jeszcze.
Mężczyzna zatrzymał się na chwilę przy drzwiach.
-Wiesz, gdzie są pieniądze- odpowiedział tylko.
-Więc chodzi tylko o pieniądze?!- wykrzyknął chłopak.
Mortalis spojrzał na niego przez ramię.
-Tak- odparł szorstko, wychodząc.

O, Stwórco, jak strasznie nie cierpiał samotnych wieczorów! Absalom westchnął cichutko, chodząc w kółko po pomieszczeniu i nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. Jego myśli cały czas zaprzątała kłótnia z Mortalisem i sam już nie wiedział, czy jest bezgranicznie wściekły na niego, czy ma wyrzuty do samego siebie, że w ogóle zaczął z nim o tym rozmawiać. Nigdy wcześniej nie doszło pomiędzy nimi do takiego sporu! Spojrzał na swoją rękę i potarł lekko sine okolice nadgarstka. Niepotrzebnie go sprowokował, zdawał sobie z tego sprawę. Mortalis nigdy nie karcił go cieleśnie, nawet, gdy ten był jeszcze dzieckiem, teraz też nie chciał mu zrobić niczego takiego. Ale dlaczego musiał być taki uparty?!
O, Stwórco, o Stwórco, o Stwórco! Frustracja Absaloma zdawała się sięgać zenitu. Może to Mortalis ma rację? Ma prawo robić ze swoim życiem co tylko zechce, nie jest przecież od niego zależny, wprost przeciwnie. Może więc Absalom po prostu powinien ustawić się w roli dozgonnie wdzięcznego i udawać, że każdą jego decyzję i każde działanie przyjmuje bez najmniejszych emocji? Tak właśnie zrobi! Gdy Mortalis wróci, on będzie się tylko uśmiechał, sprzątał, odpowiadał na jego pytania i w ogóle nie szukał z nim kontaktu! Podświadomie mając, niestety, nadzieję, że mężczyzna zechce szukać kontaktu z nim, ale mimo wszystko... Planował coś podobnego już setki razy i nigdy mu nie wychodziło.
I nadal nie wiedział – co się z nim właściwie dzieje? Najpierw nie odzywał się do mężczyzny przez długie tygodnie, tęsknił za nim jak szaleniec, a na jego widok, miał ochotę się ukryć, zniknąć z jego oczu, śniły mu się te wszystkie dziwaczne rzeczy i bał się w ogóle do niego zbliżyć, jednocześnie nie oddalając się zbyt daleko. I jeszcze ten sen o jego śmierci... Cóż, właściwie patrząc na to z tej perspektywy, może rzeczywiście nie był niczym więcej, jak wytworem jego wyobraźni. W końcu żaden z pozostałych snów się nie spełnił. Ledwie chłopak o tym pomyślał, a dopadło go jakieś uczucie żalu, a chwilę później wściekłość na samego siebie. Mortalis był teraz gdzieś daleko, nie miał pojęcia, co się z nim działo, mogło mu się stać coś złego, a on myślał o takich... takich dziwactwach.
-Co jest ze mną nie tak?- westchnął ciężko, jakby oczekiwał, że nagle rozstąpi się nad nim sklepienie i jakiś głos z nieba zechce mu udzielić odpowiedzi. Nic takiego jednak nie nastąpiło, więc jeszcze bardziej rozdrażniony i zdezorientowany, zaczął powoli gasić kolejne świece, przygotowując się do snu.
Przerwał jednak, gdy usłyszał jakiś głos dochodzący z zewnątrz. Przez chwilę wydawało mu się nawet, że to krzyk jakiegoś człowieka, więc przystanął na chwilę w milczeniu, ale nie słysząc nic więcej, wzruszył tylko ramionami. Czasami zdarzało się, że odgłosy natury zdawały się brzmieć jak coś zupełnie innego. Szczególnie taką porą i w taką pogodę. Pewnie nie było to nic więcej, jak tylko szum wiatru.
Nie roztrząsając tego więcej, położył się do łóżka, myślami wciąż będąc przy Mortalisie. Nie wiedział nawet, ile dokładnie czasu minęło, dziesięć, może piętnaście minut, gdy po raz kolejny usłyszał czyjś krzyk, dużo wyraźniej niż wcześniej. Zerwał się z łóżka, nie mając pojęcia, co się dzieje. Nie potrafił nawet rozszyfrować słów, jakie do niego dotarły, ale krzyki się ponowiły, a ten człowiek zdawał się być coraz bliżej jego domu.
-Pomocy! Pomocy!
Serce zaczęło bić mu z przerażenia. Co się właściwie działo...?
Ktoś zaczął łomotać gwałtownie do jego drzwi. Natychmiast podszedł do nich, ale nie wiedzieć czemu, pierwsze skojarzenie, jakie przyszło mu do głowy, związane było z jego ostatnim snem. Otworzył drzwi. Człowiek stojący przed nimi, wszedł do środka z taką siłą i szybkością, że prawie staranował go w przejściu.
-Pomocy, pomocy!- krzyczał wciąż przerażony, rozglądając się dookoła zbłąkanym wzrokiem.
Absalom spojrzał na niego z przerażeniem. Mężczyzna był cały we krwi. Na jego twarzy znajdowało się wiele drobnych zadrapań i ran. Chłopak dopiero po chwili zauważył, że jest ranny w rękę, z której obficie leciała krew.
-Proszę tu usiąść- rzucił, próbując usadzić go na łóżku Mortalisa, ale mężczyzna odsunął się od niego gwałtownie, wpatrując się w niego z paniką.
-Nie... Nie, nie!- pokręcił głową i rozpłakał się, unikając dłoni chłopaka- Proszę mi pomóc, błagam, proszę mi pomóc, on mnie tu znajdzie...
-Kto pana znajdzie...?- zapytał bez zrozumienia Absalom- Ktoś pana goni...?
Mężczyzna zaczął się trząść, płacząc coraz głośniej. Absalom szybko podszedł do drzwi i zamknął je, a następnie zaryglował na wszelki wypadek. Nie miał pojęcia, co się właściwie dzieje. Ktoś był w lesie...? Ktoś go napadł...?
-Proszę pana... Proszę usiąść- powtórzył raz jeszcze łagodnie- Opatrzę pana rany.
-Nie, nie! On tu przyjdzie! Przyjdzie!
-Zaryglowałem drzwi. Nikt tu nie przyjdzie- usiłował go przekonać Absalom, ale człowiek wciąż miotał się przerażony, nie dając mu się dotknąć- Co się stało...?
-Bestia... Bestia!- wykrzyknął mężczyzna, wciąż drżąc spazmatycznie- Wędrowaliśmy... Bestia! Ta bestia!
-Proszę usiąść, strasznie pan krwawi- spróbował po raz kolejny Absalom, zdając sobie sprawę z tego, że w tym stanie mężczyzna pewnie nie wie do końca, co mówi- Opatrzę panu ranę. Proszę pana...?- dotknął delikatnie jego ramienia. Człowiek wzdrygnął się, spoglądając na niego z przerażeniem, ale tym razem pozwolił usadzić się na łóżku Mortalisa. Gwałtownie łapał powietrze, wpatrując się w jakiś punkt przed sobą i kiwając się lekko.
Absalom podszedł na chwilę do okna, wyglądając na zewnątrz, ale w ciemności nie mógł niczego dostrzec. Milczał przez chwilę, starając się wsłuchać w różnego rodzaju odgłosy. Nie słyszał jednak niczyich kroków, nikt inny nie zdawał się być w pobliżu domu. Przeszedł do pracowni Mortalisa. Otworzył niewielką szafeczkę w której zawsze znajdowały się opatrunki i przeszedł do sypialni. Usiadł u boku trzęsącego się mężczyzny i rozpiął jego koszulę, chcąc zdjąć ją z rannej ręki. Dopiero, gdy udało mu się ją zsunąć i zobaczył ogromne ślady zębów odbite w skórze i wygryziony kawałek ciała, zamarł na chwilę, po czym odlał część wody do niewielkiej miseczki i zaczął przemywać jego ranę.
-Co pana zaatakowało...?- zapytał niepewnie.
-W-Wędrowaliśmy... Wędrowaliśmy z tamtej osady...- zaczął drżącym głosem mężczyzna, nieco spokojniej niż wcześniej- Ja jestem... Jestem robotnikiem.... Pracowaliśmy tam razem z moimi dwoma towarzyszami, ale mieszkamy tutaj... I... Wracaliśmy razem... Nagle... Nagle usłyszeliśmy coś dziwnego... W-Wydwało nam się... Wydawało nam się, że to mogą być bandyci... Ten las nie jest bezpieczny... Więc... Więc ja i Arton postanowiliśmy się ukryć... Schowaliśmy się w krzakach i chcieliśmy czekać aż sobie pójdą, ale Simon poszedł dalej... Słyszałem tylko, jak zaczął krzyczeć i wołać mnie po imieniu... A później... A później coś zbliżyło się do nas nagle... Tak szybko... Tak strasznie szybko...- odetchnął płytko- Zaczęliśmy uciekać, a później ta bestia... Ta bestia zaatakowała mnie. Wyrwałem się, a ona pobiegła za Artonem. J-Ja... Ja słyszałem później jej kroki... I chrapliwy oddech... Wydawało mi się, że mnie goni... Przybiegłem tutaj...- przymknął powieki i przełknął ślinę.
-Co to było?- powtórzył raz jeszcze Absalom- Ta... „bestia”. To było jakieś zwierzę?
-Potwór! Potwór, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem!
Absalom zaczął opatrywać ranę mężczyzny.
-Czasem ludzie, którzy nie znają dobrze wszystkich zwierząt, patrzą na nie i nazywają je potworami- stwierdził łagodnie- Tymczasem te zwierzęta zapewne patrzą na nich i myślą dokładnie to samo.
Gdy był mały, tak właśnie Mortalis wyjaśniał mu istnienie tych wszystkich historii o potężnych, morskich potworach, smokach, kryjących się w lesie strzygach i innych, przerażających istotach.
-Nie, to nie było zwierzę!- zaprotestował mężczyzna, kręcąc gwałtownie głową- Ja nieczęsto bywam w tym lesie, ale... Ale nie widziałem nigdy wcześniej czegoś podobnego... To było wielkie... Ogromne... Dopadło nas szybciej, nim zdążyliśmy się w ogóle zorientować, że jest w pobliżu... I ten oddech... Nie, to nie było żadne zwierzę...
Absalom milczał. Aż sam zastanawiał się, co to mogło być. Przypomniał sobie tego biednego kupca. Jeżeli to było zwierzę, jakie zwierzę mogłoby zrobić coś podobnego i bez problemu poradzić sobie z trzema dorosłymi mężczyznami...? A jeżeli nie... Jeżeli nie, to co to właściwie było?
Skończył opatrywać mężczyznę i przyniósł mu rzeczy Mortalisa, by ten mógł się przebrać z przesiąkniętych krwią ubrań.
-Niech pan się tutaj prześpi- uśmiechnął się lekko, wskazując na łóżko mężczyzny- Jutro rano zabiorę pana do miasta. Mieszka tam mój przyjaciel, na pewno zna jakiegoś medyka, który mógłby pana obejrzeć.
-Dziękuję...- szepnął ten człowiek, spoglądając na niego z wdzięcznością. Położył się na łóżku, rozglądając się dookoła, tym razem dużo spokojniej- To bardzo mały domek... Nawet nie sądziłem, że ktoś może mieszkać w tym lesie... Mieszkasz sam...?
-Nie.
-Z ojcem...?
Absalom pokręcił głową, uśmiechając się z nutą rozbawienia. Chociaż pewnie Mortalis mógłby nim być... Ta myśl sprawiła, że mina zrzedła mu nieco i poczuł się nieswojo. Może cały jego problem wziął się stąd, że nie traktował w ten sposób mężczyzny, a powinien...?
-Z narzeczoną...?
Absalom zachichotał.
-Z towarzyszem- odpowiedział, przypominając sobie, jak ten człowiek określał swoich przyjaciół.
-Gdzie teraz jest...?- zapytał niepewnie mężczyzna- Nie rozgniewa się, gdy mnie tu zobaczy...?
-Nie, raczej nie... Może na początku, ale to w gruncie rzeczy... To w gruncie rzeczy bardzo dobry człowiek- stwierdził, uśmiechając się delikatnie. Wierzył w te słowa mocniej niż w cokolwiek innego, wbrew temu wszystkiemu, co o nim wiedział- Ale jest daleko, a dziś pewnie nie wróci.
-Miejmy nadzieję...- szepnął mężczyzna- To coś nadal tam jest.
-Tak...- potwierdził w zamyśleniu chłopak. Mortalis chyba poradziłby sobie ze zwierzęciem. Jeżeli to było zwierzę... Westchnął głęboko, mocno zaniepokojony. Gdyby nie ten przeklęty sen...
-A gdzie on właściwie jest?- zapytał mężczyzna.
-Jest... Jest...- chłopak odkaszlnął, wyraźnie zakłopotany- Nie wiem... Nie wiem dokładnie. Pracuje.
-Jest robotnikiem, tak jak ja...? Jeżeli tak, może pracował ze mną... Budowaliśmy spichlerz... Było tam dużo ludzi. Pewnie już skończył...
-Nie, zajmuje się czymś innym...- odpowiedział Absalom.
-Rozumiem... Zastępuje panu ojca...?
Chłopak spojrzał na niego odrobinę zdziwiony.
-Nie... Tak... To znaczy...- zawahał się wyraźnie- Przyjął mnie do siebie po śmierci rodziców- odparł, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
-Ach, tak...- odszepnął w zamyśleniu mężczyzna- Macie ze sobą dobry kontakt...?
-Tak. Bardzo dobry.
Mężczyzna westchnął ciężko.
-To dobrze... Ja się ożeniłem... Strasznie późno, w młodości nie to było mi w głowie...- przymknął powieki, a Absalom spojrzał na niego z zainteresowaniem- Ona ma syna, a on mnie nie znosi... Nie dogadujemy się ze sobą ani trochę. Nastawia matkę przeciwko mnie. Sam już nie wiem, co mam robić...
-Ja też nie wiem... Dobrej nocy- szepnął miękko Absalom, gasząc ostatnią świecę i wchodząc do łóżka.
Może gdyby... Gdyby Mortalis kazał mu traktować siebie jako ojca albo Absalom sam go tak postrzegał, mieliby podobne problemy. Może nieustannie by się ze sobą spierali, chłopak wymykałby się niepostrzeżenie na spotkania z dziewczętami, jak to robiło wielu innych w jego wieku i łamałby wszystkie zasady... Tylko żadnych zasad właściwie nie było, a przynajmniej żadnych na tyle oczywistych, by móc je świadomie przekroczyć. Mógł robić co tylko zechciał. A do miasta nie miał się po co wymykać. Dziewczyn też nie chciał. I może to właśnie był główny powód jego dziwactwa. Edalis zwykł mawiać: „dzieciak nie ma ojca, matki też nie ma, jeszcze wyrośnie na dziwadło”. I wyrósł.
Och, Stwórco... Absalom przewrócił się na drugi bok, wszystkimi myślami koncentrując się na jutrzejszym dniu. Zaprowadzi tego człowieka do Edalisa, a ten ściągnie kogoś, kto sprawdzi, czy wszystko z nim w porządku. Z tym mężczyzną, a nie z Absalomem, bo Absalomowi chyba nic już nie mogło pomóc. Później poprosi go, żeby Edalis pozwolił mu zanocować w gospodzie, o ile ten będzie musiał jeszcze wypoczywać, a sam wróci tutaj. I może rozejrzy się po lesie... Chociażby po to, by znaleźć towarzyszy mężczyzny.
Wkrótce zasnął.
W środku nocy obudził go jakiś hałas. Przetarł oczy i podniósł się do pozycji siedzącej, spoglądając na stojące naprzeciwko siebie łóżko. Było puste. Rozejrzał się dookoła, mocno zdezorientowany.
-Proszę pana...?- rzucił.
Dopiero teraz dostrzegł, że drzwi od pracowni Mortalisa były otwarte na oścież. Absalom podniósł się prędko i wszedł do pomieszczenia. Zapalił świece.
-Proszę pa...- umilkł, gdy zorientował się, że w pomieszczeniu nikogo nie ma. Czyżby wyszedł...? Chłopak zmarszczył brwi, stojąc przez chwilę w miejscu.
Nagle poczuł, jak coś kapnęło na jego ramię. Odruchowo dotknął tego miejsca i poczuł coś nieprzyjemnego i lepkiego. Skrzywił się z obrzydzeniem, podnosząc wzrok do góry.
Zamarł.

21 komentarzy:

  1. Anonimowy9:49 PM

    Ja to mam jednak wyczucie. Piętnaście minut po opublikowaniu, niesamowite.
    Strasznie interesująco się kończy i jestem ciekawa, co to za potwór. No i... Johnny. Nareszcie. D.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:02 PM

    To opowiadanie zrobiło się trochę przerażające o.o (ale w pozytywnym sensie!)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeny, to opowiadanie z rozdziału na rozdział coraz bardziej mnie wciąga. Jest świetne, tak jak w każdym z Twoich tekstów są jakieś niedopowiedzenia i tajemnice. Tu wielką tajemnicą jest Mortalis, chodząca zagadka normalnie ;).
    Absa mnie czasem rozczula, uwielbiam go ;D. A jak się miło zdziwiłam, gdy próbował postawić na swoim. Tak w ogóle to miałam nadzieję, że Mortalis posłucha. Pokazałby chłopakowi, że obchodzi go jego zdanie... chociaż pewnie obchodzi. Jestem tylko ciekawa,
    Jak, ja się pytam, można kończyć w takim momencie? To powinno być zakazane D:
    Ale swoją drogą, ciekawe co to za 'potwór'. No i masz, teraz całą noc spędzę na zastanawianiu się.
    A co do Johnnego, nawet nie wiesz jak się cieszę!
    Mnóstwa weny życzę, abyśmy mogli już przy następnej publikacji zobaczyć Johnnego, bo chyba się za nim stęskniłam ;).

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy11:32 PM

    mam ciarki .__.

    Szat.

    OdpowiedzUsuń
  5. oh gash, będzie draaaaaaaama *c*

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak można przerwać w takim momencie? No jak? Toż to się nie godzi! Nie dość, że napięcie mnie rozpierało przez cały okres czytania, to teraz ciekawość bezlitośnie mnie pożre, drwiąc sobie ze mnie niepohamowanie. Ach, nieładnie!
    Ale to dobrze, jakby nie patrzeć - z każdym rozdziałem rośnie mój apetyt na ów opowiadanie. Życzę Weny, kochana! <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy6:54 AM

    Masz rację to nie było na szóstkę! To było na 7 nie 8!:)
    Zgadzam się jak mogłaś skończyć w takim momecie, ja się cały dzień będę zastanawiał, co to za potwór i czemu zawsze pojawia się zawsze, gdy Absa nie mam obrońcy, a może to właśnie jest... A nieważne pewnie i tak nie mam racji. Absalom wydoroślał, nadal jest trochę dziecinny, ale ale zaskoczyło mnie to, że był w stanie postawić się Mortalisowi, bez skutecznie ale... no liczą się chęci.
    Widać, że Absa wziął sobie do serca nauki Mortalisa, mam na myśli to jak powiedział temu robotnikowi, że ,,czasem ludzie nie znają wszystkich zwierząt, patrzą na nie i nazywają je potworami...,,
    A swoją drogą, to Absa świetnie zają się tym rootnikiem, opatrzył go, dał świeże ubranie i uspokoił.
    Teraz wystarczy poczekać na kolejny rozdział i wyjąsnienie zagdki, mam nadzieję, że szybko się ukaże.
    Pozdrawiam:
    S.S
    P.S
    Przepraszam, że ten komentarz taki nieuporządkowany, ale o siódmej rano ledwo co widzę na oczy i tak się cieszę, że udało mi się przeczytać ten rozdział:D

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy8:40 AM

    Uwielbiam to opowiadanie .!!! Jest moje najulubieńsze ;pp Tylko BARDZO nie lubię, gdy kończą się w takich momentach ... ;( Teraz przez najbliższy tydzień będę rozmyślała kto lub co złapało Abse za rękę ... ughhh już ciekawość mnie zżera ...
    Pozdrawiam i DUŻO weny życzę ;))
    Sachiko

    OdpowiedzUsuń
  9. ...
    łał .-. rozwaliłaś mnie na kawałki, Silencio
    nie mogę się doczekać co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten potwór to chyba nie... Mortalis? To by wyjaśniało dlaczego wciąż znika, a może on na niego poluje? Zadałaś teraz duża zagadkę do odgadnięcia. :D
    Notka była super i do tego skończyła się w takim momencie. Czyżby ten facet wisiał gdzieś na suficie zamordowany?
    Bardzo podobało mi się, jak Abasa nie chciał pozwolić Mortalisowi odejść. :D

    OdpowiedzUsuń
  11. ten przez chwilę myślałam, że Mortalis może być tą bestią ale jakoś mi to nie pasuje do ogółu xD
    coś krótko było xD ale zakończenie wbija i nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału :)

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy12:55 AM

    Brrrrr... Teraz nie mogę na sufit spojrzeć. Nienawidzę takich motywów. Jestem przewrażliwiona.

    OdpowiedzUsuń
  13. Od czego by tu... Ach tak.
    Czytuję Twojego bloga już dość długo. Nigdy jakoś nie miałam weny, by napisać komentarz. Teraz zresztą też nie mam, ale...
    No więc. Bardzo lubię Twoje opowiadania. Zwłaszcz YFM, Johnnego i Sunrise. Masz pomysły, trzymasz w napięciu, czyli jest naprawdę świetnie.
    A wracając do notki: naprawdę świetny rozdział. Oczywiście będę teraz z niecierpliwością oczekiwać dalszego ciągu wydarzeń.
    Pozostaje mi tylko życzyć wena i pomysłów.

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy5:34 PM

    oh oh oh ;D .... Wampir!!! xDDDDD

    OdpowiedzUsuń
  15. Maeva - dziękuję bardzo, że się odezwałaś :). Strasznie mi miło ^^.

    OdpowiedzUsuń
  16. jeju pod koniec z przejęcia aż adhd dostałam jakiegoś .__. opowiadanie dopiero nabiera tempa xD krew *w*

    OdpowiedzUsuń
  17. Wiem że pewnie się powtarzam...
    ale tak nie można! Przerywanie opowiadania w takim momencie powinno być karalne :D
    Mam nadzieję, że nic poważnego nie stanie się naszym bohaterom... ewentualnie Mortalis może przybyć na ratunek :P Oczywiście czekam z niecierpliwością na więcej... najbardziej zależy mi na YFM i
    Księciu więc trzymam kciuki za twoją wenę,
    lub wena... jak kto woli :P

    OdpowiedzUsuń
  18. Aaa... i jeszcze ten moment gdy Absa nie chce puścić Mortalisa na wyprawę... po prostu cudowny!!!

    OdpowiedzUsuń
  19. Anonimowy3:23 PM

    "You found me" też uwielbiam! :D Więc jakoś przeżyłam brak "Księćia" ;)
    Masz świetny styl pisania ;D Absa jak chce to potrafi być dość stanowczy ;D Uroczy chłopiec :D

    Czekam na kolejne części opowiadań, o Pani :D

    Lacrima

    OdpowiedzUsuń
  20. Akemi4:49 PM

    Ja nie mogę! Miałam tyle rozdziałów do nadrobienia, a ten ostatni musiał zakończyć się w takim momencie....Specjalnie to zrobiłaś, niedobra Ty! XD
    Rany, co to mogło być... Faceta to "coś" powiesiło, albo... eee... to coś lata i... właśnie wisi nad Absalomem... Bo... Rany, Mortalis nie wygląda na bestię, prawda?...?

    OdpowiedzUsuń
  21. Anonimowy11:16 PM

    Nie no, toż to oburzające! Żeby w takim momencie...!

    Masz kolejne genialne, naprawdę niesamowite opowiadanie na swoim koncie. Długo nie mogłam się zabrać za przeczytanie jego, ale teraz wiem, co traciłam. Na szczęście nie bezpowrotnie.;]

    Wiesz co mnie najbardziej zachwyca w tym opowiadaniu? Twoja umiejętność przedstawienia takiej... nieświadomości Absaloma. No i kreowanie postaci - od wyglądu począwszy, na stylu mówienia skończywszy. No ale to drugie zauważyłam już przy wcześniejszych opowiadaniach. Naprawdę - czytasz i widzisz człowieka, jego minę ubiór, zachowanie - i wiesz, że jest niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. Naprawdę. Niech żałują wszyscy ci, którzy kiedykolwiek weszli na Twojego bloga i nie zaczęli czytać. A tym, którym w ogóle nie dane było zobaczyć Twojego bloga, naprawdę współczuję. Jesteś niesamowita!

    Pozdrawiam Cię serdecznie.
    J.

    OdpowiedzUsuń