Strony

niedziela, 28 sierpnia 2011

22. Bierność [Sunrise]

Przez cały dzień chodziłem rozkojarzony. Słuchałem nieustannych ostrzeżeń Jenny, krytycznych komentarzy Jacka i sceptycznych uwag Katy, nie biorąc w tym jednak udziału. Nie zamierzałem mówić żadnemu z nich, o czym rozmawiałem z Ricky'm. Nadal wierzyłem w to, że może uda mi się jednak z nim porozmawiać i będę na tyle stanowczy, że wreszcie się ode mnie odczepi, chociaż non stop dopadały mnie wątpliwości. Nie miałem jednak zbyt wielu innych opcji do wyboru. Gdybym powiedział moim przyjaciołom, usłyszałbym znowu o tym, że powinienem iść na policję, czego nie zrobię. Zresztą, co oni właściwie mogą? Z kolei Amadeusz, który może dużo, i tak nie załatwi tej sprawy. On jest demonem, demonem, na litość boską. Gdyby wszyscy go widzieli, może po prostu poszedłby do Ricky'ego ze mną i jakoś mnie wsparł, ale jego po prostu nie ma, przynajmniej dla całej reszty społeczeństwa, spośród którego ja jeden, musiałem się akurat okazać tą jednostką wybraną, na które spadają wszystkie nieszczęścia i katastrofy, łącznie z towarzystwem istoty niszczącej wszystko wokół siebie, co było akurat katastrofą dość przyjemną. Wiem, że Amadeusz pewnie miałby inne sposoby, żeby załatwić tą sprawę, ale nie chcę nic na ten temat wiedzieć. Zresztą... Do licha! Jestem w końcu facetem, tak? Dlaczego cały czas zastanawiam się nad tym, kto właściwie mógłby mi pomóc, skoro równie dobrze dam sobie radę sam?
Wróciłem do domu od razu po szkole, nie mając szczególnej ochoty ani na rozmowy, ani na żadne czułości, co zresztą ostatnimi czasy w naszym „związku” nie było niczym nowym, więc Amadeusz zaczął marudzić, że pewnie obraziłem się na niego za to, że on się na mnie obraził za coś, za co właściwie obrażać się nie powinien. Nie do końca rozumiejąc głębię tego wniosku, po prostu przeszedłem do swojej sypialni i zacząłem szykować się do wyjścia. Przebrałem się w inne rzeczy, najpierw w jakąś koszulkę, którą chwilę później z siebie zdjąłem, później w koszulę, która też nie pasowała. Dopiero po kilkudziesięciu minutach takich przebieranek, uświadomiłem sobie, że robię coś zupełnie idiotycznego. Szykuję się tak dokładnie, jak na randkę. Tylko, że na żadną randkę nie idę, a spotykam się z moim byłym chłopakiem, który zdecydowanie nie ma już szansy na awans na chłopaka obecnego. Więc po co...?
Westchnąłem ciężko, przysiadając na brzegu łóżka i w końcu wciągając na siebie koszulkę, którą przymierzyłem jako pierwszą. Co ja właściwie wyrabiałem? Nie chodziło mi przecież o to, żeby do niego wrócić, nigdy w życiu. Ja po prostu... Chciałem chyba wyglądać... Dobrze. Przekonująco. Żeby mu pokazać, że właściwie jest mi zupełnie obojętny i świetnie sobie radzę. Co do tej pory wydawało mi się prawdą nie do podważenia, ale zastanawiając się nad własną reakcją na jego wczorajszy telefon, zaczynałem dochodzić do zupełnie innych wniosków. Dlaczego nie mogłem mu się postawić ani być na tyle stanowczym, żeby dał sobie spokój?
-Ładnie się ubrałeś- ocenił Amadeusz, pojawiając się gdzieś przy mnie i spoglądając na mnie z lekkim uśmieszkiem.
-Tak?- mruknąłem tylko, jakbym rzeczywiście nie zauważył faktu, że przetrząsnąłem przed chwilą pół szafy. Zauważyłem, że demon zerknął z niechęcią na ubrania, które wciąż zalegały łóżko, jakby był zazdrosny.
Mina nieco mu zrzedła.
-A z kim idziesz?- zapytał podejrzliwie, chociaż silił się wyraźnie na obojętny ton.
-Z...- zacząłem, chcąc odruchowo wymienić imiona moich przyjaciół, ale umilkłem po zastanowieniu. Wiecie, bycie partnerem demona jest czasami wysoce niekomfortowe. Co, jeżeli powiem mu, że idę z nimi, jeżeli on gdzieś na nich natrafi? Wtedy dopiero zrobi się awantura.
-Z...?- ponaglił mnie, unosząc brew.
-A od kiedy cię to interesuje?- parsknąłem cichutko, starając się zamaskować swoje napięcie. Nie cierpię go okłamywać.
-A od kiedy ci to przeszkadza?- nie dawał za wygraną demon.
-Od kiedy ciebie to interesuje.
Amadeusz zaśmiał się lekko, po czym objął mnie ciasno, opierając głowę na moim ramieniu i westchnął:
-Och, Josh, Josh... Jeszcze nie tak dawno BŁAGAŁEŚ mnie, żebym za tobą chodził, a teraz...
-Hm...- zerknąłem w sufit, udając zamyślenie, po czym przeniosłem spojrzenie na demona- Czy to przypadkiem nie było wtedy, kiedy ktoś swoimi doskonałymi pomysłami ściągnął mi na kark demona...?
Amadeusz odkaszlnął dyplomatycznie.
-Nieistotne- stwierdził, odsuwając się nieco, ku mojej uldze dając sobie jednak spokój z dalszymi pytaniami- Baw się dobrze- dodał jeszcze, muskając krótko mój policzek, po czym szepnął uwodzicielsko- Bo gdy wrócisz będziemy bawić się jeszcze lepiej...
-Jasne- uciąłem stosunkowo chłodno. Zorientowałem się dopiero, gdy spojrzał na mnie z zaskoczeniem, wyraźnie zdezorientowany- To znaczy... To znaczy, tak, super- uśmiechnąłem się niepewnie i niezbyt przekonująco- Nie mogę się doczekać.
-Ta...- mruknął ponuro Amadeusz- Widzę.

Gdy dotarłem do kamienicy Ricky'ego i dojrzałem go w jej drzwiach, poczułem się tak, jakby coś się we mnie zapaliło. Tak bardzo, że w pierwszej chwili miałem ochotę przyłożyć mu bez słowa i odejść. Ale gdy tylko znalazłem się tuż przy nim – mój gniew natychmiast minął, zastąpiony przez coś zupełnie innego. Byłem jakiś otępiały, zdezorientowany. Zapomniałem zupełnie o tym, co zamierzałem mu powiedzieć, moja stanowczość i pewność siebie gdzieś uleciały, a ja po prostu stałem nieruchomo i na niego patrzyłem, jakby zupełnie mi odbiło.
-Cześć, Josh- powiedział, a jego głos brzmiał tak beztrosko i spokojnie, że aż mną to wstrząsnęło. Patrzyłem na niego i wprost nie mogłem uwierzyć w to, że jeszcze niedawno twierdziłem, że jestem w nim zakochany. Teraz wydawał mi się obrzydliwy, nie wzbudzał we mnie nic prócz wstrętu- Już myślałem, że nie przyjdziesz. Chodźmy do mnie.
-Nie, dziękuję- odparłem tylko, mając jednak bolesną świadomość, że brzmię raczej jak spłoszona nastolatka niż ktoś, kto chciał raz na zawsze skończyć z tym przeklętym szantażystą.
Rick zaśmiał się głośno.
-Co jest, Josh? Chyba się mnie nie boisz...?- zakpił.
-A co?- odparłem chłodno, przez chwilę mając w sobie tyle odwagi, by spojrzeć mu w oczy- Grożenie w miejscach publicznych jest mniej komfortowe? Wydawało mi się, że lubisz ryzyko.
Ricky nie przestawał się uśmiechać. Chciałem sobie wmówić, że to tylko pozory, ale moje słowa chyba rzeczywiście nie wywarły na nim specjalnego wrażenia.
-Nie chcę gadać w takim miejscu- odpowiedział, wzruszając ramionami, po czym wszedł do wnętrza budynku. Bezmyślnie ruszyłem za nim, schodząc po schodach na dół, do czegoś na kształt przedsionka piwnicy. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie ja jestem tym, który chce z nim usilnie nawiązać kontakt i nie powinienem się godzić na takie rzeczy. Rozejrzałem się dookoła, odrobinę zaniepokojony- Nie martw się, Josh, nie zabiję cię przecież- zaśmiał się niepohamowanie- To co? Jak nasze interesy?
-Nie mamy ze sobą żadnych interesów.
-Serio?- udał zdumienie- Wydawało mi się, że wczoraj doszliśmy do innych wniosków.
-Nie dostaniesz ode mnie żadnych pieniędzy- odparłem, starając się zachować spokój- I nie zbliżaj się do mnie więcej, bo to może się dla ciebie źle skończyć.
Tym razem prawie zatrząsł się ze śmiechu.
-Proszę cię- parsknął z politowaniem, przewracając oczyma- Widzisz, sęk w tym, że ja nie chcę być dla ciebie złośliwy, Josh. Ani szczególnie uciążliwy. Po prostu zmarnowałem na ciebie dużo czasu, a ty... Nie przyniosłeś zysków. A teraz mam w dodatku spore problemy, więc...- wzruszył ramionami, uśmiechając się niewinnie- Chcę dostać to, co mi się należy.
-Więc mam dla ciebie przykrą wiadomość, bo nie wydaje mi się, żebym obiecywał ci cokolwiek przed naszym związkiem- uciąłem lodowato- I skąd właściwie... Skąd właściwie wiedziałeś, że pójdę na coś takiego?- zapytałem, bez zrozumienia. Ostatnio zastanawiałem się nad tym szczególnie mocno. Przecież to nie mógł być przypadek.
-To przecież widać- odpowiedział, a ja poczułem w sobie jakieś ukłucie- Zresztą... Mam dobre rozeznanie. Gej, mało towarzyski, z bogatymi rodzicami, jak dla mnie wystarczy. Jak widzisz, nie jestem zbyt wymagający- uśmiechnął się złośliwie.
W tym momencie żałowałem, że ja nie byłem.
-Nie będę się powtarzał, wyjaśniałem ci już, że nie dostaję od rodziców dużo. Zresztą, nawet, gdyby tak było, nie jestem ci nic winien- dodałem, zagryzając nerwowo wargę- Więc... Daj spokój mnie i moim przyjaciołom. Jeżeli tego nie zrobisz... Jeżeli tego nie zrobisz, sam będziesz miał kłopoty- dokończyłem po chwili, nieco pewniejszym tonem- Nie stać mnie na to, żeby bawić się w takie rzeczy.
Rick stał przez chwilę nieruchomo w miejscu, przyglądając mi się z uwagą. Jego uśmiech nieco zanikł, ale nadal nie sprawiał wrażenia kogoś, kto skapitulował, wprost przeciwnie.
-Możesz mnie spłacać na raty- zaproponował nagle, uśmiechając się drwiąco, a ja spojrzałem na niego z niedowierzaniem- No nie mów, że ukochanego synka rodziców nie będzie na to stać? Może ty nie masz ochoty na zabawę, Josh, ale ja mam odpowiednio dużo wolnego czasu. Zresztą, dzięki tobie. I jestem wystarczająco zmotywowany. Więc... No cóż, ujmę to w ten sposób. Prędzej czy później przekonam cię do tego, że jednak nie warto ze mną walczyć. A wiesz, że potrafię być przekonujący- dodał, uśmiechając się znacząco.
Stałem przez chwilę nieruchomo, nic nie mówiąc, zresztą nie do końca dotarł do mnie sens jego ostatnich słów. Po prostu nie mogłem uwierzyć w to, że jeszcze niedawno widziałem w nim sympatycznego, oddanego mi całkowicie chłopaka. Kiedy ze sobą byliśmy nawet się nie kłóciliśmy. W ogóle nie rozmawialiśmy o pieniądzach. Czy to możliwe, żeby nie dawał mi żadnych znaków? Czy może to ja byłem tak ślepy, że nie dostrzegałem w jego zachowaniu niczego podejrzanego? Amadeusz od początku miał rację. I może gdybym go posłuchał i od razu zerwał z tym dupkiem bez wtrącania się w jego sprawy, nie miałbym teraz takich problemów.
-Ja już skończyłem ten temat- odparłem, mając zamiar dalej iść w zaparte- Powiedziałem ci, co miałem powiedzieć i tyle. Niczego ode mnie nie dostaniesz. Jeżeli nie potrafisz się z tym pogodzić, rób co chcesz. Ale pamiętaj, że nie jesteś bezkarny.
-I to wszystko, co masz do powiedzenia?- rzucił, unosząc pytająco brew i przypatrując mi się z rozbawieniem.
-Tak.
-Więc po co tu właściwie przyszedłeś, co...?- zapytał, podchodząc do mnie powoli i zagradzając mi drogę wyjścia. Spojrzałem na niego bez zrozumienia- Bo chyba musiałeś mieć jakiś powód. Może się stęskniłeś...?
-Chciałem ci powiedzieć, że nic z tego nie będzie.
-Powiedziałeś mi to przecież przez telefon- zauważył, stając tuż przede mną. Poczułem się nieswojo. Nie odrywał ode mnie badawczego spojrzenia ani na chwilę. Przez moment wydawało mi się, że zamierza mnie uderzyć, dokładnie jak wtedy, w klubie, więc cofnąłem się o kilka kroków, ale uderzyłem plecami w ścianę- Wiesz, możemy się też umówić inaczej...- dodał, przysuwając się do mnie ponownie- Dług można spłacać na różne sposoby.
-Co takiego...?- zapytałem, nie będąc pewnym, czy dobrze go rozumiem.
-Zawsze było nam ze sobą dobrze- odpowiedział i nim zdążyłem jakkolwiek zareagować, przyciągnął mnie do siebie, po czym wpił się mocno w moje wargi, całując mnie nachalnie i napastliwie. Odepchnąłem go, ale niezbyt stanowczo. Chwycił mnie za nadgarstki, unieruchamiając mi dłonie i powrócił do moich warg. Przez chwilę jakby zupełnie mnie zamurowało, kompletnie straciłem świadomość i nawet nie drgnąłem. Dopiero w momencie, gdy poczułem, jak rozpina mi rozporek, dotarło do mnie, co się właściwie dzieje. Wyswobodziłem dłonie i odepchnąłem go raz jeszcze, po czym uderzyłem mocno w twarz.
Zatoczył się i jęknął z bólu, zasłaniając się dłońmi.
Zapiąłem szybko spodnie i wybiegłem z budynku, nadal mocno oszołomiony.
Dopiero na zewnątrz dotarło do mnie, że zareagowałem za późno, że powinienem to zrobić jakoś inaczej, ostrzej, dać mu jasno do zrozumienia, że ma się ode mnie odczepić...
… Ale tego nie zrobiłem.
Dlaczego, mimo tego wszystkiego, reagowałem na niego w taki sposób?

Od pół godziny leżeliśmy z Amadeuszem obok w siebie, w lekkim uścisku. Demon raz po raz poruszał się niespokojnie, najwyraźniej oczekując czegoś więcej, a ja udawałem, że wcale tego nie dostrzegam. Zdecydowanie nie miałem ochoty na nic, co wykraczałoby poza zwykłe przytulanie. Ciągle myślałem o tym kretynie. I już nawet nie chodziło o ten cały szantaż, o jego groźby, o to, co mógł zrobić, i tak dalej, ale... Dlaczego ja tak na niego reagowałem? Miał rację, po co właściwie tam polazłem? Po co w ogóle do niego dzwoniłem, czemu się nie rozłączyłem, gdy powiedział, o co mu chodzi, czemu się z nim umówiłem i wreszcie czemu do niego przyszedłem? Może gdybym się w to nie włączył, dałby sobie spokój. Jenna zmieniłaby numer, a on zauważyłby, że nie ma u mnie czego szukać i tyle. Ale nie. Ja musiałem wykazać niezwykle odważną postawę i pokazać, jak bardzo jestem teraz stanowczy i pewny siebie! Bo mając obok siebie Amadeusza jestem, ale gdy go nie ma albo nie może mi pomóc, czuję się kompletnie bezradny i zagubiony. I czemu mam się dziwić, że Jenna od razu uznała, że jestem w tym związkiem pasywem...?
Amadeusz zaczął coś mruczeć pod nosem, miotając się z chwili na chwilę coraz mocniej i ocierając się o mnie. Uwierzcie mi, bywa czasem diabelnie irytujący. Ale takie są zalety życia z istotą, która nigdy się nie męczy i ma permanentną ochotę na seks.
-Amadeusz...?- zacząłem w pewnym momencie niepewnie.
-Tak?- poderwał się natychmiast z miejsca, wpatrując się we mnie z niecierpliwym wyczekiwaniem.
-Uważasz, że jestem...- zawahałem się przez chwilę, po czym dokończyłem- Uważasz, że jestem zbyt mało... Zbyt mało stanowczy...?
Amadeusz jęknął głucho, najwyraźniej rozczarowany.
-Że co?- burknął ponuro, opadając na miejsce obok mnie, najwyraźniej niespecjalnie zainteresowany tą kwestią.
-No wiesz... Że jestem zbyt mało twardy.
Na to nieuważne stwierdzenie, oczy mu zabłysły. Podniósł się nieco i nachylił się nade mną, po czym szepnął zmysłowo:
-Och, Josh, Josh... Już ja dopilnuję, żebyś był odpowiednio twardy...- stwierdził z lubieżnym uśmieszkiem, naciskając na moją męskość.
Sapnąłem z poirytowaniem, odpychając jego dłoń. Spojrzał na mnie wyraźnie zdezorientowany.
-Pytam o to, czy uważasz, że nie jestem wystarczająco pewny siebie. Może nie potrafię stanąć na wysokości zadania...?
-Och, Josh, Josh...- mruknął uwodzicielsko po raz kolejny, siadając okrakiem na moich biodrach i zwilżając wargi językiem- Gwarantuję ci, że ze mną na górze, każdy...
-Amadeusz, na litość boską, złaź ze mnie!- warknąłem z poirytowaniem, odpychając go z taką siłą, że wylądował na posadzce. Spojrzał na mnie takim wzrokiem, że przez chwilę miałem wyrzuty sumienia. Przynajmniej do momentu, aż uświadomiłem sobie, że przecież i tak go to nie bolało- Zupełnie mnie nie słuchasz- zauważyłem, siląc się na cierpliwość. Demon podniósł się z miejsca, wpatrując się we mnie gniewnie- Pytam cię... Bez żadnych podtekstów seksualnych- zaznaczyłem natychmiast- Czy sądzisz, że jestem zbyt... uległy?
-Oj, Josh...- Amadeusz westchnął ciężko, siadając obok mnie- Ja tam lubię, jak jesteś uległy...
-Czyli to prawda?- zapytałem z niepokojem.
-No... Nie wiem... To znaczy... No...- demon najwyraźniej nie wiedział, co ma odpowiedzieć- No dobrze, może jesteś troszeczkę... łagodnie nastawiony do świata...- to określenie jakoś nieszczególnie mnie pocieszyło- Ale to przecież nic złego. Ja cię takiego lubię.
-Mhm... Ale ty nie jesteś jedyną osobą z którą się spotykam- mruknąłem posępnie.
-Jestem pewien, że Jenna, Jack i Katy też cię takim lubią.
Westchnąłem głęboko.
-Ale Jenna, Jack i Katy też nie są jedynymi ludźmi z jakimi się spotykam.
Amadeusz spojrzał na mnie z niedowierzaniem, po czym parsknął śmiechem.
-Ta... Jasne, Josh. Bardzo zabawne.
Zacisnąłem zęby, z trudem powstrzymując się od rzucenia jakiejś uszczypliwości. Ostatecznie warknąłem tylko:
-Jak na demona, który może być wszędzie, jesteś dość słabo poinformowany.
A następnie wyszedłem do łazienki.
… Nie ma to jak zasiać ziarno wątpliwości.

9 komentarzy:

  1. dobra dobra.. mówiłam już, że kocham to opowiadanie i jest najlepsze, ze wszystkich jakie publikujesz? nie? to teraz to mówię. Ubóstwiam Amadeusza!! *-* ten napaleniec mnie czasami rozbraja xD we wszystkim doszukuje się podtekstów .__. jestem ciekawa co sobie pomyślał jak mu Josh z tym ostatnim tekstem wyskoczył xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeżu, mój kochany Josh okazuje się idiotą. To co robi Amadeuszowi... po prostu jest dowód egoizmu i niebranie pod uwagę naszego demona. Jak potem będzie się dziwił z konsekwencji swoich czynów, to wstanę i — choć nie wiem jak — dam mu w pysk.
    Ricky to urodzony materiał na perfidnego manipulatora, a propozycja płacenia w naturze od razu śmierdzi próbą ponownego rozkochania protagonisty. Choć ma ciekawe idee, to liczę, że nasz demon kiedyś zwali mu fortepian na głowę — najlepiej, jak obejrzy kreskówki i uzna to za najlepszy sposób uciszenia natrętów!
    ...za dużo gorącej czekolady.

    Od siebie, na koniec: ♥ (A jak dasz mi "Wyzwanie", mogę Cię zgwałcić plemnikiem miłości!)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy9:23 PM

    HA .... Josh, a no baka xD Debil... biedny amadeusz, teraz będzie nadopiekuńczy xD

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie wiem, może to przez to, że mam słaby humor, ale rozdział wydaje się być jakiś taki... słaby? Nie, może nie słaby, ale jakoś tak... Kurczę, za duży niedosyt, za mała euforia. Ale, ale - nigdy tak nie czułam podczas czytania Twych dzieł, więc spokojna główka, po prostu coś mi się mózg przegrzał! ^^

    Och, a za Wyzwanie będę po stokroć wdzięczna! <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy12:17 AM

    Oj, niedobrze. Z dwóch powodów: Josh rozwala sobie związek wręcz po mistrzowsku kombinując jakieś bezsensowne schadzki z ex a do tego wszyscy Twoi czytelnicy oszaleli na punkcie Wyzwania! Ah, a jakże cudownie to dla mnie, bo przecież uwielbiam Wyzwanie. Do następnej notki. D.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy1:13 PM

    Od dawna czytam Twoje opowiadania, ale po raz pierwszy odważyłam się skomentować. ;) Kocham Twój styl i to nie jest przesada. Zawsze wchodzę już dzień wcześniej, żeby upewnić się, czy to na prawdę jutro jest ten czas! Zawsze najbardziej czekam na naszego Księżulka i Absalom' a. ;) Przeczytałam całe "Every Me". To było takie piękne...!:3 Od jakiegoś roku, zaczęłam sama pisać, miałam już dwa blogi, lecz nigdy nie udało mi się dokończyć żadnej historii... Za dużo problemów w życiu... Ale co do opowiadań. Ostatnio założyłam bloga, którego mam zamiar doprowadzić do końca. Chciałabym poznać Twoją opinię na temat mojego stylu pisania. Jeśli nie masz czasu lub chęci, nic się nie stało.
    Z góry bardzo dziękuję. ;)
    I z niecierpliwością czekam na następną notkę. <3
    Pozdrawiam, Spiritt.

    Moje gg, w razie czego: 8619670
    http://an-deiner-seite-spiritt.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy12:06 PM

    Dziękuję ci za to że, jesteś:D
    Uwielbiam to opowiadanie i już się nie mogłem go doczekać, wchodzę na twojego bloga, a tu jest napisane wyraźnie ,,Sunrise,, uśmichnąłem się w ekran laptopa i zabrałem się za czytanie.
    Wracając do rozdziału, Josh ma poważne kłopoty ale nie powinien się wyżywać na Amadeuszu, to przecież nie jest wina tego uroczego, wiecznie chętnego demona:) Mam nadzieję że, Josh szybko upora się ze swoimi problemami i będzie mógł poświęcić więcej czasu Amadeuszowi;)
    Pozdawiam i życzę weny:
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  8. Już się wystraszyłam, że Ricky zgwałci Josha, albo temu się odda. No jest uległy, ale co z tego, byle nie ulegał swojemu byłemu. Amadeuszowi może wszędzie i o każdej porze. :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Widzę, że sprawy coraz bardziej się komplikują. Szczerze moje ulubione opowiadania to Książę, Wyzwanie i Drag Queen oczywiście;p
    Twój blog poprawia mi humor za każdym razem kiedy tylko go odwiedzam, a jest to już jakieś dwa lata (Taa, w końcu wyszłam z ukrycia;D) czyli jeszcze czasy "Every me", kiedy na lekcjach w szkole tajniacko chowało się telefon do piórnika i z bananem na gębie czytało się Desmonda ;p

    OdpowiedzUsuń