Strony

sobota, 20 sierpnia 2011

8. Johnny ma kompleksy

Johnny pojawił się przy Rodney Street nieco spóźniony. Miał, co prawda, dużo czasu, żeby przyszykować się do ranki, ale rano zgadał się z Benny'm, później znowu coś obejrzał, zadzwonił do Carla, zadzwonił do Rose... W końcu, gdy zaczął się wreszcie ubierać i szykować, było już dość późno, a „ubieranie się i szykowanie” w wykonaniu Johnny'ego było procesem wyjątkowo długotrwałym. Musiał wybrać odpowiednie rzeczy, wszystko dopasować, później zadbać o to, by nie wyglądał jak ktoś, kto ostatnie dwie godziny spędził przy szafie i przed lustrem (a tak właśnie było), słowem – och, rany, ile miał roboty!
Linda czekała na niego na miejscu.
-Mówiłam ci już, że kobiecie nie należy kazać czekać zbyt długo, prawda...?- zapytała z rozbawieniem, nie wyglądając bynajmniej na zdenerwowaną. Johnny spojrzał na nią z zachwytem i przez chwilę nie mógł oderwać od niej wzroku. Wyglądała prześlicznie w niebieskiej, kończącej się nieco przed kolanem sukience, rajstopach i czarnych butach. Elegancko, ale bez przesady. Na pierwszy rzut oka widać było, że wygląda inaczej, niż na co dzień, ale jednocześnie cała jej osoba nie zdawała się krzyczeć: „Błagam, błagam, zaproś mnie znowu! Jestem absolutnie zdesperowana!”.
-Drobne problemy z samochodem- wytłumaczył się zręcznie Johnny, uśmiechając się lekko. Podał jej ramię i ruszyli do przodu.
-Jak szarmancko- zaśmiała się Linda, wolną dłonią odgarniając pasemko jasnych włosów za ucho.
-To co? Gdzie ta restauracja?
-Restauracja?- parsknęła Linda, unosząc brew, po czym uśmiechnęła się odrobinę pobłażliwie- To właściwie kawiarnia, ale domyślam się, że dla was, facetów, to żadna różnica... Restauracja czy kawiarnia, sukienka czy tunika, buty na obcasie czy na koturnie...- wymieniła, po czym machnęła dłonią, kręcąc głową.
-Uwierz mi, że w życiu nie pomyliłbym sukienki z tuniką- zapewnił ją gorąco Johnny, a ona zachichotała.
-Więc jesteś wyjątkiem. Chodź, to tutaj.
Skręcili do niewielkiego, ładnie urządzonego lokalu i zajęli miejsce przy oknie. Johnny doszedł do wniosku, że byli naprawdę świetnie dopasowani i wyglądali ze sobą doskonale. Prawie jak królewska para... Nawet mogliby się tak czuć, zważywszy na fakt, że Linda budziła spore zainteresowanie mężczyzn i chłopców, obecnych w pomieszczeniu, a Johnny przykuwał wzrok dziewcząt. Cóż zresztą się dziwić. Z niewiadomych przyczyn, w głowie Johnny'ego zawitała wątpliwość, na które z nich wolałby spoglądać Keith. Ta myśl rozbawiła go tak bardzo, że zaśmiał się na głos.
-Troszkę tandetnie, prawda?- najwyraźniej tak Linda odebrała ten nagły wybuch radości- Ale lody mają pierwszorzędne...
-Czym mogę służyć?- zapytała kelnerka, która pojawiła się przy ich stoliku prawie natychmiast, nie zauważając pary, która weszła chwilę przed nimi i siedziała w rogu. Chłopak wyglądał na nieco poirytowanego tym faktem.
-Poprosimy kartę- odparła Linda, uśmiechając się ładnie, a dziewczyna skinęła głową i w błyskawicznym tempie przyniosła im menu, czekając przy stoliku na zamówienie.
Johnny'ego znowu uderzyła myśl, że Linda wygląda wyjątkowo ślicznie i bardzo wyróżnia się na tle pozostałych, obecnych tutaj dziewcząt. Kelnerka zaczesała pasemko włosów za ucho w jakimś pełnym skrępowania geście, a na jej twarzy pojawił się rumieniec. Wciąż uśmiechała się jednak pogodnie. Jasnowłosa przeniosła na nią wzrok i rzuciła:
-Zawołamy panią, gdy się na coś zdecydujemy, dobrze?
-Oczywiście- dziewczyna raz jeszcze błysnęła zębami w promiennym uśmiechu i wróciła za ladę, nadal nie zauważając parki siedzącej w kącie.
Johnny spoglądał w ich kierunku nieco rozbawiony, zaglądając co jakiś czas do menu. Po dłuższej chwili, tamten chłopak wstał w końcu i ruszył do lady, po czym doskoczył do kelnerki i zaczął coś do niej burczeć. Dziewczyna, która z nim przyszła, dostrzegła spojrzenie Johnny'ego i najpierw spłonęła rumieńcem, a później uśmiechnęła się do niego leciutko. Johnny odwzajemnił ten uśmiech, czując się trochę jak król, wyłaniający się ze swojej karety i łaskawie machający drobnomieszczaństwu. Nie da się ukryć, że wnętrze lokalu i obecni w nim ludzie interesowali go bardziej od menu. Stolik za nimi siedziała inna para, pogrążona w jakiejś mało ciekawej rozmowie, a przy ścianie miejsce zajmowała jakaś ciemnowłosa dziewczyna, czytająca książkę i popijająca leniwie kawę. Natychmiast skojarzyła mu się z Keithem. Niezainteresowana niczym dookoła, sprawiała wrażenie skupionej na nauce i zupełnie oderwanej od rzeczywistości. Może gdyby Keith rzeczywiście miał dziewczynę, to byłaby właśnie taka osoba? Podobna do niego, trochę dziwaczna, trochę aspołeczna? Ta myśl wzbudzała w nim niewytłumaczalny niepokój.
-No, no... Jesteśmy tu od dwóch minut, a ty już rozglądasz się za innymi...- zaśmiała się Linda, wyraźnie rozbawiona, po czym dodała prowokująco- Mam się czuć zagrożona...?
-Ależ skąd...- Johnny z ochotą wdał się w jej małą grę, uśmiechając się lekko- Nie musisz się martwić, twoja pozycja jest na razie zupełnie niezagrożona...
-Na razie?- dziewczyna uniosła brew w pytającym geście- Mam się zacząć obawiać...?
-Jeśli o mnie nie zapomnisz, to nie masz czego- odparł szatyn, nie przestając się uśmiechać.
-To nie ja zaliczyłam wpadkę z numerem telefonu i spóźnieniem na pierwszą randkę- parsknęła z rozbawieniem Linda- Ale rozumiem, że mam dużą konkurencję... Akurat o tym w szkole jest dostatecznie głośno.
Johnny jedynie wzruszył ramionami w geście bezradności. Ach, cóż on miał na to poradzić... Był po prostu diabelnie popularny, diabelnie przystojny i diabelnie atrakcyjny dla dziewcząt. A taka mieszanka zawsze budziła powszechne zainteresowanie. Nic więc dziwnego, że tu i ówdzie chodziły o nim różnego rodzaju plotki, zresztą dosyć pochlebne, których bynajmniej nie zamierzał dementować, a wprost przeciwnie – czasem sam jeszcze nieco je ubarwiał, dla lepszego efektu.
Oczywiście było też wąskie grono jego niezadowolonych, byłych, zazdrosnych dziewcząt, które szeptały coś o nim po kątach. Najczęściej o tym, że jest zarozumiałym i wpatrzonym w siebie narcyzem, bez głębszych uczuć i jakichkolwiek wartości. Ale w to nikt przy zdrowych zmysłach oczywiście by nie uwierzył. Ach, co robi z ludźmi zazdrość...
Johnny pamiętał, że na jednej z lekcji w szkole prowadzili dyskusję na temat arystokracji i niższych klas. Nauczyciel tłumaczył im, że arystokracja wierzyła w to, że urodziła się lepsza i przez to ma prawo do przywilejów, co na pierwszy rzut oka wydawało się kompletną bzdurą, ale gdy Johnny zaczął nad tym myśleć... I myśleć, i myśleć, a tak długie myślenie nie zdarzało mu się zbyt często i było procesem wysoce wyczerpującym... W końcu doszedł do wniosku, że ci ludzie mieli przecież rację! On też był pewnego rodzaju przedstawicielem współczesnej arystokracji. Pewni ludzie po prostu rodzili się z predyspozycjami i warunkami, których innym brakowało! I tak on urodził się przystojny, bogaty, w dodatku wyjątkowo czarujący, więc szybko stał się popularny i lubiany... Pewnie w przyszłości będzie sprawował dobrze płatny, a jednocześnie niezbyt zajmujący zawód (może będzie sławnym aktorem albo gwiazdą muzyczną!), będzie miał masę dziewcząt dookoła i jeszcze więcej pieniędzy. Już teraz widać było, że jest bardziej zauważalny niż inni.
Parka siedząca za nimi zaczęła zamawiać.
-Poproszę ten... truskawkowy pucharek lodów- zadecydowała dziewczyna, uśmiechając się do kelnerki, a jej towarzysz wybuchnął nagłym śmiechem. Johnny spojrzał w jego kierunku, nieco zdziwiony. Jego dziewczyna także.
-Co cię tak rozbawiło?- warknęła, wyraźnie rozgniewana.
-Nic...- odparł tamten, wzruszywszy ramionami- Po prostu sądziłem, że jesteś na tej twojej diecie i w ogóle...
-A sądzisz, że potrzebuję diety?!
-Nie, ale... Wy dziewczyny jesteście takie...
-No jakie?!
Johnny odwrócił się z powrotem w kierunku Lindy, uśmiechając się w duchu z politowaniem, słysząc próby załagodzenia tego sporu przez biednego nieszczęśnika. Takich rzeczy się po prostu nie mówi i wie o tym każdy podrywacz jego pokroju. To było takie... absolutnie w stylu Benny'ego, któremu zdarzały się czasem jeszcze gorsze wpadki. Może dlatego Maicy zachowywała się ostatnio tak dziwnie...? Może coś ją naprawdę rozzłościło?
Chociaż to właściwie nie stanowiło żadnego wyjaśnienia. Najlepsze w Maicy było właśnie to, że zawsze miała do siebie dystans. Johnny nie raz słyszał, jak Benny mówi coś, na co pewnie inna dziewczyna zareagowałaby oburzeniem, a ona tylko uśmiechała się z pobłażaniem albo kręciła głową, powtarzając pełne politowania: „Och, Benny, Benny...”. Nawet gdy zdarzało mu się przesadzić, posyłała mu jedynie karcące spojrzenie albo rzucała jakiś komentarz i sprawa natychmiast się kończyła. Nic dziwnego, że do tej pory stanowili raczej wzór perfekcyjnej pary, mimo swoich drobnych sporów i kłótni, które zawsze potrafili łagodzić i które rzadko wynosili na zewnątrz. Więc co się działo z Maicy...?
Ta sprawa zajmowała Johnny'ego coraz bardziej.
Linda uśmiechnęła się pod nosem z politowaniem, w reakcji na usłyszaną wcześniej wymianę zdań, po czym podniosła wzrok na Johnny'ego i rzuciła:
-Mam nadzieję, że ja mogę sobie zamówić lody...?
-Nie mam nic przeciwko- zaśmiał się chłopak- Myślę, że śmiało możesz sobie zamówić podwójną porcję... Wątpię, żeby twojej figurze coś zaszkodziło.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, przywołując do siebie gestem dłoni kelnerkę, po czym złożyła zamówienie. Johnny poprosił dokładnie o to samo i już po chwili pojawiły się przed nimi dwa pucharki czekoladowych lodów.
-Wiesz, Johnny...- zaczęła Linda, biorąc w waflową rurkę i obracając ją powoli w palcach- Mam nadzieję, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie... Nie mam w zwyczaju prosić się o randki, więc było mi okropnie wstyd cię zapraszać...
-Wstyd?- Johnny pokręcił głową. Szczerze wątpił w to, by Linda rzeczywiście czegokolwiek się wstydziła, ale nie to zamierzał powiedzieć- Żyjemy w końcu w dwudziestym pierwszym wieku, ładne dziewczyny nie muszą się wstydzić faktu, że same zapraszają na randkę... nieco nieśmiałych mężczyzn.
-Nieśmiałych?- powtórzyła z niedowierzaniem blondynka, po czym wybuchnęła śmiechem- Dobra, Johnny, może ja nie należę do najbardziej wstydliwych, ale ty i nieśmiałość to oksymoron. Tak czy inaczej, jestem przyzwyczajona do faktu, że to raczej chłopacy zabiegają o takie rzeczy... Więc wolałabym, żebyś następnym razem ty wykazał się inicjatywą... O ile nie chcesz, żebym ci uciekła- dodała prowokująco, zanurzając łyżeczkę w pucharku lodów.
Johnny uśmiechnął się lekko.
-Linda...- zaczął w końcu po dłuższej chwili milczenia, czując, że nie jest to zbyt dobry temat na tego rodzaju spotkanie, ale nie mógł się powstrzymać- Słuchaj... Jeżeli chodzi o Benny'ego i Maicy...
-Chyba nie będziemy o tym rozmawiać?- zapytała jasnowłosa, nieco ostrym tonem.
-Chodzi mi o to, że oni naprawdę są... do tej pory byli... super parą. Nie chciałbym, żeby się rozstali.
Linda westchnęła głęboko.
-Ja też nie- odpowiedziała spokojnie- Słuchaj, Johnny, nie zrozum mnie źle, ja naprawdę strasznie lubię Benny'ego. Uważam, że to miły chłopak, ale nie może tak traktować Maicy! Zupełnie nie sprawdza się w swojej roli!
-Przecież jest jej chłopakiem- bąknął szatyn, nie bardzo wiedząc o co chodzi.
-No właśnie- odparła blondynka, spoglądając na niego znacząco.
Johnny nadal nie rozumiał.
-Co szczególnego trzeba robić, żeby sprawdzać się w roli chłopaka?- zapytał bezmyślnie i dopiero po chwili dotarło do niego, że było to prawdopodobnie błąd w stylu siedzącego za nim nieszczęśliwca, który nadal próbował uspokoić poirytowaną wybrankę. Zreflektował się szybko- To znaczy rozumiem, że ona potrzebuje ciepła, bliskości, rozmów- … banał, banał, banał...- … ale są już ze sobą tyle czasu. Mogłaby mu o pewnych sprawach powiedzieć otwarcie, wydawało mi się, że zawsze tak robiła. Wtedy Benny wiedziałby przynajmniej na czym stoi i co ma właściwie robić.
Linda poruszyła się niespokojnie na krześle, nie odpowiadając.
-A co do tego wieczoru... Linda, Benny naprawdę z nami był!- zapewnił ją gorąco, ale ona tylko spojrzała na niego sceptycznie- Wiem, że Eric zamotał całą tą sprawę, ale sam się z nami umówił, a później nas olał... A Benny przyszedł. Siedzieliśmy w trójkę, razem z Carlem i piliśmy, gadając o głupotach... Nie było z nami żadnych dziewczyn.
-Johnny...
-Przysięgam na wszystkie świętości!
-Johnny, ja nie wierzę, w twoje świętości i wątpię, żebyś jakiekolwiek miał- odparła dziewczyna z cieniem rozbawienia, ale już po chwili spoważniała i dodała- Posłuchaj... To nie jest moja sprawa, nie chcę się do tego mieszać, bo wiem, że Maicy by sobie tego nie życzyła. Też uważam, że powinni się pogodzić, ale uważam także, że to wszystko wina Benny'ego. I nie tłumacz go w tak banalny sposób, proszę cię. Wiem, że to twój kumpel i wiem, że będziesz go bronił do upadłego, choćby robił najbardziej idiotyczne i podłe rzeczy... Ja pewnie zrobiłabym to samo, gdyby chodziło o Maicy.
Johnny milczał przez chwilę, zastanawiając się nad jej słowami. No tak... Pewnie gdyby Benny rzeczywiście kogoś miał, w życiu by go nie wydał i wcale nie był pewien, czy uznałby to za coś złego. Cóż, on nie był ekspertem w sprawach moralności. Ale znał dobrze swojego kumpla i wiedział, że ten nigdy nie zrobiłby tego Maicy ani żadnej innej dziewczynie, on po prostu taki nie był. To mogło być w stylu Johnny'ego, który bezmyślnie mógł postąpić w taki sposób, nie zastanawiając się nad konsekwencjami albo w stylu Erica, który po prostu był draniem, ale Benny? Nie, to absolutnie do niego nie pasowało!
Ale... Dopiero teraz dotarł do niego pełny sens słów dziewczyny.
-Więc może o to chodzi...?- zapytał, spoglądając na nią przenikliwie. Linda posłała mu pytające spojrzenie- Może to Maicy kogoś ma...?
-Słucham?!- obruszyła się wyraźnie.
-No przecież powiedziałaś, że w takim wypadku byś jej broniła... A poza tym wiem, że ten, kto sam gra na dwa fronty, najłatwiej podejrzewa o to innych...
-Maicy na dwa fronty?! Nigdy w życiu!- odparła stanowczo dziewczyna, kręcąc głową w taki sposób, jakby samo to przypuszczenie wydało się jej być obelgą- Ona taka nie jest!
-No, tak...- Johnny westchnął teatralnie i pokiwał głową- Zapowiedziałaś, że będziesz jej bronić...
-Johnny, nie bądź draniem, dobrze wiesz, co miałam na myśli!- blondynka wyglądała na mocno poirytowaną- A poza tym... No dobrze, niech będzie! Przysięgam na wszystkie świętości, że nie ma nikogo na boku. Zadowolony?
-Twoje świętości są podobne do moich, Lindo, i przez to równie mało wiarygodne- parsknął z rozbawieniem szatyn.
Linda uspokoiła się nieco, po czym westchnęła i stwierdziła:
-Dobra, koniec tego, bo naprawdę się pokłócimy, a to nie byłby najlepszy scenariusz na pierwszą randkę... Po prostu zejdźmy z tego tematu.
I tak się też stało.

-Co robiliście?- zapytał Benny z wyraźnym zainteresowaniem, siadając a krześle i spoglądając wyczekująco na Johnny'ego.
-Nic- odparł niewinnie szatyn, rozkładając się wygodniej na łóżku przyjaciela i obserwując cienie, jakie rzucał na ścianę wiszący nad nim żyrandol- Byliśmy na lodach.
-Szybko.
-Dobrze wiesz, o co mi chodzi- zaśmiał się chłopak, widząc lekki uśmieszek na twarzy towarzysza. Z niemałą ulgą odnotował fakt, że Benny wyglądał całkiem nieźle, a przynajmniej dużo lepiej niż wtedy, gdy widział go po raz ostatni. Nic jednak nie wskazywało na to, by sytuacja z Maicy się poprawiła. Gdyby tak było, Benny'ego trudno byłoby pewnie zastać w domu, a ten wyglądał tak, jakby nie wychodził z niego od kilku dni, co było zresztą zgodne ze stanem faktycznym. Johnny wahał się przez chwilę, czy nie dopytać o to, jak ma się sytuacja, ale ostatecznie postanowił sobie darować i kontynuował wcześniejszy wątek- Tylko się całowaliśmy. Trochę.
-Brzmi jak przyzwoita randka- odparł z rozbawieniem Benny- Najbardziej przyzwoita w twoim wykonaniu o jakiej słyszałem.
-No wiesz... Linda jest przyzwoitą dziewczyną- zachichotał szatyn.
-Ale ty jesteś nieprzyzwoitym chłopakiem- zauważył jego przyjaciel.
-No cóż...- Johnny westchnął jedynie, rozkładając ręce w geście teatralnej bezradności- Dobrze wiesz, jak to ze mną jest, Benny... Linda jest naprawdę super, może by coś z tego wyszło... Ale ja nie lubię wiązać się na długo. Właściwie to mi to nie wychodzi. To nie dla mnie.
Benny spochmurniał wyraźnie.
-Pewnie tak- odparł ponuro i zdawać by się mogło, że dobry humor opuścił go w jednej chwili. Johnny po raz kolejny już przymierzał się, by zapytać o Maicy, ale w tym momencie usłyszeli wołanie mamy Benny'ego i ten podniósł się niechętnie z miejsca, wzdychając z irytacją- Znowu to samo!- mruknął grobowo, kręcąc z niedowierzaniem głową- Odkąd wzięła sobie wolne, jest zupełnie nieznośna... Zaraz przyjdę- dodał, opuszczając pomieszczenie.
Johnny powiódł za nim nieco zaniepokojonym spojrzeniem. Biedny Benny. Sama myśl o tym, że mógłby się rozstać z Maicy, wydawała się chłopakowi strasznie dziwna, prawie absurdalna. Byli ze sobą już tyle czasu, bez żadnych poważnych problemów, żadnych zgrzytów i spięć, że szatyn nie brał pod uwagi możliwości, że ich kłótnie, które jeszcze ledwie kilka dni temu wydawały mu się być drobnymi sprzeczkami, skończą się w taki sposób. To, co się ostatnio z nimi działo, wychodziło zupełnie poza granice zrozumienia Johnny'go. Sam już nie wiedział, co o tym wszystkim sądzić. Czy to Benny zgodnie z twierdzeniem Lindy „nie sprawdzał się” w swojej roli, czy robił coś nie tak? Ale nic na to nie wskazywało, a już z pewnością jej nie zdradzał, co wydawało się Johnny'emu wymysłem co najmniej abstrakcyjnym. Więc wszystko wskazywało na to, że to Maicy się zmieniła. Nagle. Z dnia na dzień. Z normalnej, wesołej, wyluzowanej dziewczyny, która zawsze dobrze się z nimi dogadywała, w niesympatyczną, drażliwą pannę, od której lepiej było trzymać się na kilometr. Ale dlaczego...?
Usłyszał dźwięk nadchodzącego sms-a i odruchowo wyjął telefon z kieszeni. Gdy zerknął na wyświetlacz, prawie upuścił go z wrażenia. Keith. Keith napisał do niego sms-a! Ta informacja była dla niego tak wstrząsająca i zaskakująca, że prawie zapomniał o jego odczytaniu!
„Jak ci idzie nauka?”
Johnny dopiero w tym momencie przypomniał sobie o jutrzejszym sprawdzianie. Wczoraj był zajęty z Keithem, później jego głowę zaprzątał ten dziwny telefon, a dziś szykował się na randkę i jakoś zupełnie o tym zapomniał... A chyba rzeczywiście powinien się trochę przygotować. Kolejna zła ocena z pewnością nie poprawiłaby jego sytuacji.
„Na razie jestem u Benny'ego, ale obiecuję, że zabiorę się za to, jak tylko wrócę :). A co u ciebie?”
Na wargach szatyna widniał uśmieszek pełen satysfakcji. Pytanie o sprawdzian, czy nie, bariera została przekroczona! Keith pierwszy go zagadnął, niezależnie od tego w jakiej formie, a to znaczyło, że jest na dobrej drodze!
Do czego...?
… Nie miał pojęcia.
„Nic ciekawego”.
Odpowiedź Keitha była wyjątkowo krótka i zapewne miała służyć zakończeniu ich rozmowy, ale tak szybko Johnny odpuszczać nie zamierzał.
„Szkoda ;). Myślałem, że pisanie ze mną należy do ciekawych zajęć...”
Benny wszedł do pokoju i usiadł z powrotem na swoim miejscu, marudząc:
-Znowu to samo! Benny to, Benny tamto, Benny dobrze się czujesz...? Słowo daję, jako psycholog powinna wiedzieć, że nie należy tak maltretować swoich dzieci! To pewnie tak powstają ci wszyscy seryjni zabójcy i psychole! Od przeczulonych matek-psycholożek!
-Mhm...- odmruknął jedynie Johnny, nie do końca rozumiejąc, co jego przyjaciel właściwie mówi, bo akurat był zajęty odczytywaniem kolejnej wiadomości od Keitha:
„Na pewno ciekawszych niż oglądanie filmów”
Szatyn parsknął śmiechem, po czym zagryzł figlarnie wargę. Benny zerknął na niego odrobinę zdumiony, ale nic nie powiedział.
„Obiecuję, ze w poniedziałek wybiorę nam coś znacznie lepszego :)”
-Ale randka chyba się udała, co?- dopytał Benny, chcąc zapewne przerwać panującą pomiędzy nimi ciszę.
-Co...?- zapytał Johnny, odrobinę zdezorientowany, po czym gdy wreszcie dotarł do niego sens wypowiedzi przyjaciela, pokiwał gorliwie głową- A, tak... Randka. Jasne, jasne. Było fajnie.
-Wiem, że ty i tak najmniej zwracasz na to uwagę, ale dobrze jest od czasu do czasu pogadać o czymś z dziewczynami, nie...? A z Lindą chyba da się porządnie pogadać, co...?
„Czy ja już na stałe awansowałem z twojego korepetytora na męczennika dręczonego kiepskim kinem?”
Szatyn po raz kolejny zaśmiał się głośno, kręcąc z rozbawieniem głową.
-Johnny...?- ponaglił go blondyn, unosząc pytająco brew.
-No?
-Dobrze ci się gada z Lindą?
-Z Lindą...?- Johnny potrzebował dłuższej chwili, by zrozumieć, że jego przyjaciel nie pyta o Keitha. Linda, Linda, Linda. Dziewczyna z którą był na randce. No tak, Linda. Gadanie z Lindą. Właściwie o czym gadali...? Nawet nie pamiętał. Doprawdy, jego proces kojarzenia przebiegał w tym momencie dosyć dziwnym torem- Jasne.
-Widzę...- skwitował jego przyjaciel, uśmiechając się znacząco pod nosem- Chyba zrobiła na tobie duże wrażenie.
„Daj spokój, filmy które wybieram nie mogą być aż takie złe! :D” - odpisał Johnny, nie przestając się do siebie cieszyć.
-To coś innego... niż... no wiesz, z innymi dziewczynami?
-Mhm...
-Myślisz, że może się skończyć czymś poważniejszym...?
-Jasne.
-Serio?- zdumiał się Benny.
„Zależy, co przez to rozumiesz” - odpisał Keith, a Johnny uśmiechnął się figlarnie, zupełnie zapominając o tym, że jego przyjaciel przed chwilą coś do niego powiedział. Zresztą, jakoś nie mógł sobie przypomnieć, co takiego.
-Johnny...- Benny przysunął się do niego krzesłem i patrząc na niego z pełną powagą zaczął- Wiesz, co powinieneś zrobić...?
-No...?- zapytał nieprzytomnie chłopak, odpisując.
-Wziąć rakietę i wysadzić się w kosmos. Mogę ci pożyczyć kostium astronauty. Co ty na to?
-Okej.
-Okej?
-Tak- potwierdził Johnny, wzruszając ramionami.
„Jeszcze zobaczysz, jak zaprezentuję ci coś z mojego ulubionego repertuaru :D”.
-Super- stwierdził blondyn, uśmiechając się pobłażliwie- A skąd weźmiemy rakietę...?
„Już się boję”.
Szatyn uśmiechnął się do siebie znowu.
-Johnny...?
-Hm?- spojrzał na przyjaciela pytająco, odkładając na chwilę telefon.
-Skąd weźmiemy rakietę?- powtórzył raz jeszcze Benny ze śmiertelną powagą, a Johnny zmarszczył brwi, zastanawiając się, jaki etap rozmowy przeoczył.
-Rakietę?- zapytał zdumiony.
-Tak, rakietę.
-Po co nam rakieta?- rzucił szatyn bez zrozumienia.
-Jak to po co?- zdziwił się z kolei Benny- Żeby wystrzelić się w kosmos!
-Co...?
Blondyn westchnął głęboko z politowaniem i pokręcił głową.
-Nic... Zupełnie nic. O czym piszecie?- zainteresował się.
-A... O... Filmach... Szkole...- odparł wymijająco Johnny, zdecydowanie woląc nie wdawać się w szczegóły.
-Ciekawe tematy...- parsknął Benny, unosząc brew- Sądziłem, że stosujesz lepsze metody podrywu.
-Jeszcze za wcześnie na zbyt otwarte działanie.
-Jak to?- zdziwił się blondyn.
-No... Po prostu- odparł Johnny, wzruszając ramionami- Dopiero zaczynamy... W sensie... Ja zaczynam... Nie mogę przesadzić, bo się spłoszy.
-Wątpię- odpowiedział z pełnym przekonaniem jego przyjaciel. Szatyn spojrzał na niego pytająco- Zaproponuj po prostu kolejną randkę i tyle. Najwyraźniej przez sms-y idzie ci gorzej niż w rzeczywistości.
-Randkę?- Johnny skrzywił się lekko, po czym parsknął śmiechem- Daj spokój, Benny. Nie umawiamy się na randki, tylko na spotkania.
-Spotkania...?
-No, tak. Przecież gdybym nazwał to randką, w ogóle byśmy się nie spotkali. Muszę być bardziej... no wiesz... sprytny. Tego wymaga sytuacja.
-Wiesz, co, Johnny, nie mam bladego pojęcia, o co ci chodzi, ale moim zdaniem, Linda traktuje to jak randki. W stu procentach- stwierdził Benny, najwyraźniej nieco zabłąkany. Niemniej zdezorientowany poczuł się Johnny, gdy usłyszał słowa przyjaciela.
-Linda...?- zapytał zdziwiony.
Benny przewrócił oczyma i parsknął z politowaniem.
-Tak...- potwierdził pobłażliwie- Linda. Ta śliczna blondynka z którą się umówiłeś, ale rozumiem, że możesz już nie pamiętać... W końcu twoje życie towarzyskie jest bardzo...
-Benny, ale ja piszę z Keithem- przerwał mu szatyn, nadal patrząc na niego bez większego zrozumienia. I już w tym momencie poczuł, że popełnił błąd, przyznając się do tego. Benny umilkł natychmiast, po czym zacisnął usta w wąską linijkę, jakby chcąc dać mu do zrozumienia, że nie zamierza się na ten temat wypowiadać. Po chwili wydał z siebie coś na kształt prychnięcia, które zapewne miało sygnalizować jego absolutne potępienie dla tej sprawy. Ale gdy i to nie doprowadziło do żadnej reakcji Johnny'ego, wybuchnął:
-Rany, nie mam ochoty na to patrzeć! Ty już nawet zachowujesz się tak, jakbyś naprawdę się w nim bujał! Gapisz się w ten telefon, jakby pisała do ciebie pani z ostatniej rozkładówki, a nie jakimś tam Keith! Ten zakład jest najgłupszą rzeczą o jakiej w życiu słyszałem! Nie mogę uwierzyć, że dałeś się tak łatwo podpuścić Ericowi!
-Przesadzasz. Mówiłem ci już, że Keith jest...
-... tak, jest cudowny!- dokończył sarkastycznie Benny- Błagam cię, Johnny, przestań gadać takie rzeczy, bo to brzmi strasznie dziwnie.
Szatyn zawahał się przez chwilę, nie będąc pewnym, czy rzeczywiście powinien rozmawiać z Benny'm na ten temat, ale w końcu zaczął:
-Wiesz, wczoraj wieczorem dzwoniłem do Keitha...
-Nie chcę wiedzieć- przerwał mu grobowo przyjaciel.
-Daj spokój, Benny. Dzwoniłem do niego i odebrała jakaś dziewczyna.
Benny spoglądał na niego z uniesioną brwią.
-I...?- zapytał po chwili.
-No... Więc... Keith ma chyba dziewczynę- stwierdził niepewnie szatyn, czując się z tą myślą wyjątkowo nieswojo. Nie wiedział, dlaczego ta sytuacja go niepokoi, w końcu powinno być zupełnie na odwrót. Gdyby tak rzeczywiście było, cały ten zakład mógłby pójść w odstawkę i spotykaliby się jak zwykli kumple, a Johnny stopniowo włączałby go do paczki.
-A nie przyszło ci do głowy, że to jego siostra...?- zapytał z politowaniem Benny.
-On nie ma rodzeństwa. Pytałem go o to.
-No to kuzynka... Bo ja wiem... Sąsiadka... Zresztą, może i ma dziewczynę- zgodził się po chwili zastanowienia blondyn- Chociaż nie wygląda na takiego... Nigdy go z żadną nie widziałem, nie licząc nieudolnych prób podboju Lindy, ale ja nie przyglądam mu się tak uważnie jak ty...- mruknął kąśliwie- Tyle razy się z nim widywałeś i nie zdążyłeś go spytać czy kogoś ma?
-A jak niby miałem to zrobić?- Johnny parsknął śmiechem i pokręcił głową- „Hej, Keith, jestem ciekaw, czy kogoś masz...? Bo wiesz, ja jestem zainteresowany...”
-Przestań, Johnny, to obrzydliwe- burknął niechętnie jego przyjaciel- Podobno jesteś w tych sprawach mistrzem, jakoś z dziewczynami dawałeś sobie radę.
-Ale to nie jest dziewczyna- i właśnie w tym tkwił problem.
-I właśnie w tym tkwi problem!- Benny zdawał się czytać mu w myślach- Gdyby to była dziewczyna, uznałbym, że przesadzasz, ale w gruncie rzeczy doszedłbym do wniosku, że to po prostu wyjątkowo durny i nieprzemyślany zakład. Ale to nie jest dziewczyna i mój najlepszy kumpel celowo robi z siebie geja.
Johnny patrzył na to zupełnie inaczej. Gdyby Keith był dziewczyną, pewnie byłby nieco „prostszy” w obsłudze. Tak przynajmniej myślał. A gdyby nie... Cóż. Wtedy byłby bardzo dziwną, nietypową dziewczyną, która mogłaby być jego dobrym kumplem. Tak samo jak Keith teraz. I pewnie dobrze by mu się z nią gadało i chętnie by się z nią spotykał... częściej. Ale wyłącznie na stopie koleżeńskiej! Chociaż właściwie... Stop, stop! Keith jest chłopakiem. Koniec tematu.
-Chodzi o to, że... No wiesz... Ja się tego nawet nie spodziewałem- przyznał Johnny, wzdychając głęboko- Jakoś nie brałem pod uwagę faktu, że mógłby kogoś mieć. A to chyba coś poważniejszego... W końcu była u niego... Albo on był u niej.
-A co powiedziała?
-No... Odebrała. Ja zapytałem, czy mogę prosić Keitha, ona powiedziała, że nie, ktoś ją zawołał i na tym rozmowa się skończyła.
-Swoją drogą ciekawe, z kim taki Keith musi się umawiać, nie...?- mruknął Benny w zamyśleniu.
-No.
-To musi być jakaś... No wiesz... Dziewczyna podobna do niego. Kujonka albo co. Ewentualnie desperatka. Pewnie nie najpiękniejsza. Wiesz, jak to jest...
-A Travis? Wiesz, jak wygląda, a ta jego dziewczyna...- Johnny zaśmiał się lekko, kręcąc z niedowierzaniem głową- Przepiękna. Wydawało mi się, że to jakiś żart jak ich razem zobaczyłem, ale są ze sobą już długo.
-No... Zawsze zastanawiałem się, jak to jest, że tacy faceci mogą mieć takie dziewczyny.
Przez chwilę obaj milczeli, jakby zastanawiali się głęboko nad tą kwestią, ale najwyraźniej żaden z nich nie doszedł do jej rozwiązania, więc w końcu odezwał się Benny:
-Co zamierzasz zrobić, jeżeli on rzeczywiście kogoś ma...?
Johnny pomyślał o tym przez moment i wzruszył bezradnie ramionami.
-Nic- odparł zgodnie z prawdą- Odpuszczę sobie. Zakład zakładem, ale to już by była przesada.
-Fakt. Rujnowanie komuś związku dla jakiegoś głupiego wyzwania jest idiotyzmem. Zresztą, samo to wyzwanie jest idiotyzmem.
-Ale to nie musiała być jego dziewczyna- zauważył Johnny- Mogła być... Kuzynka, jak mówiłeś. Albo jakaś inna krewna. Albo ktoś, kto mu się podoba albo komu on się podoba, ale bez wzajemności... Może jakaś nachalna dziewczyna...
Przyjaciel Johnny'ego spoglądał na niego z wyrazem politowania na twarzy.
-Zaprosiłbyś swoją natrętną wielbicielkę do domu...?
-Nie.
-A poszedłbyś do niej?
-Nie.
-Więc sprawa rozwiązana- skwitował Benny, jakby był już w stu procentach przekonany do swojej tezy- Owszem, to może być ktoś z jego rodziny, ale to byłby trochę dziwaczny zbieg okoliczności, nie sądzisz...?
-Mhm...- szepnął Johnny. Nie pojmował, dlaczego to mu się tak strasznie nie podobało. Jeżeli Keith miał dziewczynę, to wyzwanie przestawało być ważne, bo nigdy nie przeginali aż do tego stopnia. Poza tym... To by oznaczało, że nie jest gejem, więc działania Johnny'ego tym bardziej byłyby kompletnie pozbawione sensu. A jednak chłopak, zamiast czuć z tego powodu ulgę czy radość, czuł się po prostu lekko zagubiony i zaniepokojony- Co z Maicy?- zapytał w końcu, spoglądając na swojego przyjaciela z uwagą.
-Mówiłem ci, żebyś mi o niej nie przypominał, tak?- westchnął głęboko Benny, odwracając nerwowo wzrok i zagryzając wargę- Nic- odpowiedział po dłuższej chwili- Zupełnie nic. I sądzę, że dalej też już nic nie będzie.
-Dlaczego?- przeraził się Johnny- Ale wy chyba... Chyba jesteście jeszcze parą, tak?
-Bo ja wiem...? Jak długo ludzie muszą się do siebie nie odzywać, by uznać, że już ze sobą nie są?- zapytał blondyn z jakąś desperacją w głosie, zupełnie tak, jakby nie rozmawiali ze sobą co najmniej kilka miesięcy, a nie ledwie kilka dni- Tak długo do niej dzwoniłem, pisałem do niej sms-y... Odpisała raptem na jednego. Chcesz wiedzieć jak?- Johnny skinął głową. Jego przyjaciel sięgnął po swoją komórkę i odczytał dziwnym głosem- „Jeżeli chcesz ze mną porozmawiać, rozmawiaj ze mną twarzą w twarz, jak prawdziwy mężczyzna, a nie jak tchórz”. Potrafisz to w ogóle zrozumieć?- zapytał z goryczą- Przyszedłem wtedy do niej – nie wpuściła mnie. A teraz, nagle stwierdziła, że mam z nią rozmawiać w cztery oczy. Wysłałem jej więc sms-a z pytaniem, gdzie i kiedy możemy się spotkać, ale już nie odpowiedziała. Ja też nie zamierzam. Nie będę z siebie robił kretyna, skoro jej nie zależy.
-Ale tobie zależy- zauważył cicho Johnny.
-No i?- prychnął głośno chłopak, podnosząc się szybko z miejsca i zaczął krążyć nerwowo po pokoju- Nic na to nie poradzę, jak jedna strona w związku ma takie nastawienie, nic z tego dalej nie będzie, nie...? Poza tym... Mówiłeś, że związki na dłużej nie są dla ciebie. Może dla mnie też nie są. Może nie są dla nikogo. Dla żadnego faceta. Może tylko dziewczyny nami manipulują i robią sobie z nami co zechcą... No co?- zapytał, widząc zapewne zaniepokojenie widniejące na twarzy szatyna. Uśmiechnął się szeroko- Ja sobie poradzę. Nie chce mnie? Trudno. Nie będę się przecież załamywał jak jakiś kretyn. Mam masę rzeczy do roboty, mogę sobie w każdej chwili znaleźć kogoś innego, niech się tylko jasno określi. Dla mnie to żaden problem.
-Benny... Brzmisz jak przedstawiciel frontu obrony mężczyzn- zauważył chłopak, mocno zaszokowany jego słowami.
-A żebyś wiedział!- odparł blondyn z niezrozumiałym entuzjazmem, wciąż chodząc dookoła- One i tak zawsze mówią, że są pokrzywdzone. I mówią, że my się w ogóle nie staramy. Więc niech tak będzie. Ja się już nie będę starał. I zobaczymy, co wtedy powie. A ja będę miał więcej czasu dla siebie. No i dla was.
-Super- stwierdził Johnny, uśmiechając się lekko.
-Tak, super- potwierdził Benny, chociaż jego chwilowa radość zgasła wyraźnie. Westchnął głęboko i raz jeszcze okrążył pomieszczenie, po czym podszedł do okna i oparł się dłońmi o parapet wyglądając strasznie smętnie i ponuro. Mina Johnny'ego zrzedła natychmiast. Chyba słowa Benny'ego nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Wstał z łóżka i podszedł do niego powoli, nie wiedząc, jak się zachować.
-Tęsknisz za nią, co?- szepnął niepewnie.
-No.
-Nie martw się- spróbował go pocieszyć, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że efekty były mierne- Spotkacie się w szkole i pogadacie twarzą w twarz, tak jak chciała.
-No właśnie...- mruknął blondyn, wpatrując się nieruchomo w okno- A co zrobię, jak ze mną zerwie...?
Johnny milczał.
Nie miał pojęcia.

Johnny Bradley wrócił do domu koło osiemnastej, w nastroju, mówiąc ogólnie, raczej średnim. Nie dało się ukryć, że sprawa Benny'ego ciążyła mu coraz bardziej i miał wrażenie, że jego przyjaciel nieprędko wróci do normy. Mimo tego, że gdy się spotkali, ten wyglądał całkiem dobrze, gdy Johnny wychodził, przypominał już raczej kupkę nieszczęścia. Mamrotał coś ponuro od czasu do czasu i zdecydowanie stracił ochotę na rozmowę. Szatyn nawet starał się go wyciągnąć gdzieś na miasto, ale Benny zbolałym tonem oświadczył, że nie ma ochoty wychodzić i nie chce spotkać Maicy, jakby rzeczywiście prawdopodobieństwo, że spotka ją gdzieś przypadkowo na ulicy, w miejscowości mającej kilkaset tysięcy mieszkańców była aż tak wysoka. Ale z drugiej strony, ten dzień Johnny zdecydowanie mógł zaliczyć do udanych. Najpierw randka z Lindą, a później te sms-y od Keitha... To przypomniało mu, że powinien wziąć się do nauki.
Przebrał się więc w jakieś luźniejsze ubrania i wziął książki, a następnie przeszedł do salonu.
„Zabieram się do nauki :)” - poinformował Keitha, niemalże entuzjastycznie.
I rzeczywiście, przez kilkanaście pierwszych zadań, czuł w sobie entuzjazm, a może nawet zapał i szło mu całkiem nieźle. Ale matematyka bardzo szybko go znużyła i już niedługo, bardziej od liczenia konkretnych przykładów, zajmowało szatyna liczenie własnych ziewnięć.
„Nauka sam na sam ze sobą nie jest tak fajna :(„ - napisał, po czym włączył telewizor, mając nadzieję, że może da się jednak połączyć przyjemne z pożytecznym.
„Mnie jakoś wychodzi” - odpowiedział Keith. Johnny przerzucił kilka kolejnych kanałów, ale nie znalazł nic interesującego. Pod tym jednym względem nie cierpiał weekendów, w telewizji leciały jakieś nudnawe filmy albo powtórki z całego tygodnia. Zazwyczaj nie musiał się tym martwić, bo albo był na jakiejś imprezie albo się do takowej szykował, ale teraz... No cóż. Biorąc pod uwagę formę Benny'ego pewnie nieprędko uda się im razem coś zorganizować, nie mówiąc już o wypadzie na miasto. Johnny raz jeszcze przeczytał sms-a od Keitha i pojawiła się w nim iskierka nadziei na to, że może ten wieczór uda mu się jednak spędzić w czyimś towarzystwie.
„Tak? :) Więc też się teraz uczysz?”
Keith chyba wyczuł w tym coś w rodzaju podstępu, bo odpisanie na tego sms-a zajęło mu dość długo, mimo że odpowiedź była wyjątkowo krótka:
„Tak”
Johnny uśmiechnął się do siebie szeroko. Super. Teraz należało to tylko dobrze rozegrać.
„Więc może wpadłbyś do mnie? :) Razem zawsze raźniej, a poza tym nie wszystko rozumiem”
No właśnie. Sprawne zaproszenie i wzięcie na litość, ha! Nie ma lepszego sposobu!
„Jest już dosyć późno”.
„Przyjadę po ciebie”
- zaoferował się natychmiast szatyn, nie widząc w tym najmniejszego problemu.
Nie, raczej nie. Zobaczymy się jutro” - odpisał jednak Keith, a Johnny westchnął głęboko.
-No trudno...- szepnął do samego siebie z wyraźnym rozczarowaniem, po czym wrócił do rozwiązywania przykładów, jednym okiem oglądając jakiś mało ambitny remake westernu. Nauka go nudziła. W końcu postanowił sobie zrobić przerwę, odłożył długopis i położył się wygodnie na kanapie, gapiąc się bezmyślnie w telewizor, ledwie zdając sobie sprawę z tego, co dzieje się na ekranie. Co jakiś czas zerkał na telefon, jakby zastanawiał się, czy by do kogoś nie zadzwonić, ale jakoś popularnemu i wyjątkowo lubianemu Johnny'emu Bradleyowi, nikt konkretny nie przychodził do głowy. Jak zwykle w takich sytuacjach, jego szerokie środowisko szkolnych kumpli i znajomych, zaczęło ograniczać się do Benny'ego, Carla i... Keitha.
„Dziwne” - pomyślał Johnny, czując, że jego powieki robią się coraz cięższe. Chyba nigdy do tej pory nie polubił kogoś aż tak bardzo, po tak krótkim czasie.
W końcu przymknął powieki i ściszył odrobinę telewizor, wsłuchując się jedynie w mało interesujące monologi szarżującego na pustyni kowboja, aż w końcu, nim zdążył się zorientować, zasnął.
W pewnym momencie obudził go dźwięk telefonu. Poderwał się i mocno zaspanym wzrokiem rozejrzał się po pomieszczeniu, nieco zdezorientowany, po czym udało mu się w końcu zlokalizować swoją komórkę. Wziął ją ze stolika i mrużąc oczy, odczytał sms-a:
„Przyjedź po mnie”.
Od Keitha. Coś w nim drgnęło radośnie. Zerwał się natychmiast tak jak stał (czy może raczej leżał) i pognał na dół, zakładając jedynie po drodze buty i zatrzymując się na chwilę, by zamknąć drzwi. Zbiegając po schodach udało mu się jeszcze napisać krótkie: „jadę”. Na dworze lało, a on nie wziął ze sobą żadnej kurtki. Odnalazł więc prędko samochód i wsiadł do środka, pozwalając sobie jeszcze na senne ziewnięcie, po czym przetarł oczy i usiłując skoncentrować się na drodze, ruszył.
Osiedlowe uliczki były zupełnie opustoszałe. Johnny zatrzymał się przy tej samej kamienicy, do której odwiózł wtedy ciemnowłosego. Keitha jeszcze nie było. Szatyn oparł się o kierownicę i nieco zmęczonym wzrokiem zaczął wpatrywać się w wejście do budynku, oczekując nadejścia chłopaka. Dopiero po kilkunastu minutach usłyszał pukanie i podniósł się, by dostrzec przy samochodzie Keitha. Spojrzał na niego z zaskoczeniem, otwierając drzwiczki.
-Keith... Jak ty...?- bąknął, mocno zdezorientowany, spoglądając to na wejście do kamienicy, to na chłopaka.
-Mogę wejść?- zapytał ciemnowłosy, a Johnny pokiwał głową. Brunet usiadł na miejscu obok niego, ocierając twarz z kropelek deszczu. Włosy też miał mokre.
-Wszystko okej?- upewnił się Johnny.
-Jasne- potwierdził Keith, po czym spojrzał na niego i... wybuchnął nagle głośnym śmiechem.
-Co jest...?- Johnny spojrzał na niego zdezorientowany, nie za bardo wiedząc, o co chodzi. Dopiero, gdy przyjrzał się sobie uważniej w lusterku, zrozumiał natychmiast.
-Boże...- jęknął speszony. Jego włosy! Jego cudowne, idealnie ułożone włosy! Sterczały teraz w najdziwniejszych kierunkach i wyglądały po prostu idiotycznie. Johnny zawstydził się tak bardzo, że miał ochotę zapaść się pod ziemię- Boże, Boże, Boże... Keith, nie patrz na mnie- rzucił błagalnie, a brunet spojrzał na niego zaskoczony.
-Daj spokój...- mruknął, opanowując wyraźnie rozbawiony uśmieszek- Nie jest aż tak źle...
-Nie patrz na mnie!- powtórzył raz jeszcze Johnny, w bezsensowny sposób usiłując zasłonić się ręką, po czym dał sobie z tym spokój i ruszył, niemalże zrozpaczony.
-Johnny, naprawdę nie jest...
-Keith nie patrz na mnie!
-A ty patrz na drogę, bo nas zabijesz!- warknął na niego chłopak, dostrzegając zapewne, że Johnny raz zerka na swoje odbicie, po czym niemalże z boleścią odwraca wzrok i kręci głową, nie mogąc aż uwierzyć, że rzeczywiście wyszedł w takim stanie z domu. Tak się spieszył, że zupełnie zapomniał sprawdzić, jak wygląda! Boże, dobrze, że w takim stanie widzi go tylko Keith! A może aż Keith! Sam już nie wiedział.
Dojechali na miejsce. Johnny ruszył do swojego mieszkania tak szybko, że ciemnowłosy musiał biec, by dotrzymać mu kroku. Wszedł do środka i rzucił jedynie piskliwe:
-Rozgość się, Keith.
A następnie pognał schodami do swojej sypialni, a następnie do łazienki. Jak mógł sobie pozwolić na taką wpadkę...! Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło! Jeszcze gdyby wyglądał jakoś normalnie, tak jak każdego ranka, ale przez żel i spanie na kanapie, jego włosy wykręciło dziwacznie i pewnie gdyby widział przed sobą kogoś innego, a nie własne odbicie, sam by się z tego śmiał.
Drzwi od łazienki otworzyły się i pojawił się w niej brunet.
-Keith!- jęknął przerażony Johnny- Wyjdź, proszę cię!
-Rany, przecież to tylko włosy...- zauważył chłopak, unosząc brew w pełnym politowania geście- Dlaczego tak strasznie panikujesz...?
-Nie panikuję, tylko... Tylko... Och, po prostu muszę się tym zająć, okej?- wyjaśnił, uśmiechając się nerwowo- Nie lubię wyglądać... Źle.
-Nie wyglądasz źle, tylko śmiesznie- sprostował Keith, co bynajmniej nie pocieszyło Johnny'ego, a wprost przeciwnie, doprowadziło go do jęku rozpaczy- A poza tym, musisz mieć straszne kompleksy, skoro przejmujesz się takimi rzeczami.
To nieco Johnny'ego otrzeźwiło.
-Ja...?- zapytał, mocno zaskoczony, po czym parsknął z niedowierzaniem- Kompleksy...?
O, co to, to nie! Ktoś taki jak on nie mógłby mieć kompleksów! Kompleksy mieli ludzie brzydcy, źle ubrani, źle uczesani i ogólnie wyglądający źle, ale Johnny... Johnny był idealny! Co prawda czasem musiał się o tę idealność długo starać, ale co z tego! Liczył się efekt! Dbanie o siebie nie wynika z kompleksów! Dbanie o siebie jest po prostu... Doskonaleniem idealności! Cokolwiek by to znaczyło.
-No tak- Keith wzruszył ramionami, nie odrywając od niego badawczego spojrzenia- Nigdy wcześniej nie widziałem chłopaka, który przejmowałby się tym, że ma zniszczoną fryzurę... A przynajmniej ja się tym nie przejmuję, bo takich kompleksów nie mam.
Johnny przyjrzał się Keithowi z uwagą i doszedł do wniosku, że chyba powinien je mieć. Keith był... No cóż. Te okulary... Niedopasowane i non stop spadające mu z nosa. I te niedbałe ubrania. I nieułożone włosy. I w ogóle do jego wyglądu pasowało mnóstwo przymiotników zaczynających się od słowa „nie”. Gdyby Johnny był nim, bałby się wyjść z domu.
-Ja nie mam kompleksów- stwierdził zdecydowanie, kręcąc głową i śmiejąc się nieco udawanie- Ja po prostu... Nie lubię jak ktoś mnie ogląda, gdy jestem... No... Nie lubię wyglądać źle- dokończył niepewnie.
-Dlaczego?- zapytał bez zrozumienia chłopak.
Johnny zastanowił się chwilę.
-... Bo... Bo boję się, że ludzie będą się ze mnie śmiali- odpowiedział w końcu i jego własne słowa zaskoczyły go aż tak bardzo, że przez chwilę nie mógł uwierzyć, że doszedł do takiego wniosku. Śmiali się?! Z niego?! Niemożliwe! Przecież ludzie go lubili! Szanowali! Nikt nie odważyłby się z niego naśmiewać! Chociaż... Czy nie zdobył swojego szacunku właśnie tym, że nie dawał nigdy innym powodów do drwin? Może gdyby Keith inaczej się ubierał i inaczej wyglądał, wszyscy też by go lubili. I może stałby się członkiem ich paczki. Ale Keith wyglądał jak wyglądał i dlatego był nazywany kujonem, a nie inteligentnym, przystojnym sportowcem, jak Eric. Dlatego cieszył się opinią odludka, a nie kogoś, kto ma po prostu wąskie, wyrafinowane grono znajomych, jak wyżej wymieniony. Bycie lubianym sprawia, że ludzie automatycznie są postrzegani inaczej, ale na to też trzeba sobie zapracować!
-A czy to właśnie nie nazywa się kompleksami...?- dopytał Keith, unosząc pytająco brew.
Johnny wzruszył bezradnie ramionami. Sam już nie wiedział.
-Chodź- ciemnowłosy wyciągnął w jego kierunku dłoń i uśmiechnął się zachęcająco- Zobacz, ja już się przyzwyczaiłem do tego, jak wyglądasz i jakoś mnie to dłużej nie bawi. Zostaw swoje kompleksy dla swoich zakompleksionych kumpli, a ze mną po prostu chodź się pouczyć, co...? Bo do tego chyba nie wymaga się szczególnego wizerunku.
Johnny zawahał się odrobinę, po czym również uśmiechnął się lekko i złapał Keitha za dłoń, ruszając do przodu. Po reakcji chłopaka, który spojrzał na niego zdumiony i cofnął rękę, poznał, że zapewne nie o to mu chodziło. Szatyn spłoszył się mocno, po raz drugi tego dnia, nie mając pojęcia, co mu właściwie odbiło, bo z pewnością tego nie planował.
-Idziemy...?- odkaszlnął tylko brunet i bez czekania na odpowiedź chłopaka, ruszył na dół, do salonu. Johnny powlókł się w ślad za nim, starając się zebrać w sobie i odzyskać resztki odwagi, która wyparowała z niego przed chwilą. Keith działał na niego doprawdy zaskakująco.
Nie wracali już więcej ani do tematu kompleksów, ani do wyglądu Johnny'ego, któremu udało się w końcu zapomnieć o tym, że wygląda nieco mniej wyjściowo niż zwykle i po prostu skupił się na rozmowach z Keithem i jego wyjaśnieniach. Działania, które szatyn zdążył zrobić sam prawie w godzinę, zrobili wspólnie w dużo szybszym czasie i zaczęli kolejne. Szło im bardzo sprawnie. Dopiero w pewnym momencie, myśli Johnny'ego znowu poszybowały z dala od matematyki i zaczął:
-Ej, Keith... Masz kogoś?
Ciemnowłosy spojrzał na niego z zaskoczeniem i z wrażenia aż wypuścił długopis z dłoni.
-C... Co?- bąknął jedynie, schylając się pod stół, by po niego sięgnąć. Gdy się spod niego wynurzył, jego twarz była czerwona jak piwonia.
-No... Pytam, czy kogoś masz- powtórzył raz jeszcze szatyn, spoglądając na niego z uwagą.
-Co to za pytanie?- obruszył się brunet.
-Zwyczajne- zaśmiał się lekko Johnny, rozbawiony jego wyraźnym zażenowaniem- Dużo ze sobą gadamy, a jakoś nie miałem okazji spytać. Masz dziewczynę?
-Nie. Nie mam- mruknął jedynie w odpowiedzi Keith, a gdy chłopak już otwierał usta, by coś dodać, przerwał mu- Możemy wrócić do matematyki? Wolałbym zostawić pogadanki o moim prywatnym życiu na inny czas... Na przykład na nasze oglądanie filmów.
-Trzymam cię za słowo- zachichotał Johnny, czując, że wstępuje w niego jakaś niespodziewana ulga. A więc jednak! Keith był wolny. A wyzwanie nadal aktualne. Cóż za radość!
Spędzili ze sobą jeszcze jakąś godzinę, po czym w końcu ciemnowłosy stwierdził, że będzie wracał do domu.
-Odwiozę cię- zaoferował się natychmiast Johnny, zrywając się z miejsca.
-Nie, dzięki- zaoponował zwyczajowo chłopak- Wolę dotrzeć do domu w jednym kawałku, a ty już prawie śpisz- parsknął z rozbawieniem, a szatyn po cichu przyznał mu rację. Ten dzień strasznie go wymęczył- Do zobaczenia jutro.
-Więc znajdziesz dla mnie czas po szkole?- Johnny wyszczerzył się radośnie.
-Zobaczymy- uciął Keith, co trudno było potraktować jako obietnicę, ale wszystko, co nie było całkowitą odmową, szatyn przyjmował pozytywnie- To cześć.
-Cześć- pożegnał się z ciemnowłosym Johnny, zamykając za nim drzwi.
Westchnął głęboko, uśmiechając się do siebie.
Cóż to był za dzień...

15 komentarzy:

  1. Anonimowy10:19 PM

    oo raaany, ale fajny rozdział! taak, inteligentniej tego nie skomentuje, bo mam taki zaciesz, że nie myślę. Przepraaszam, Silencio, myślisz że masz mało inteligentne..czytaczki? sorry, kreatywne słownictwo. Rozdział FAN-TA-STY-CZNY!

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy10:34 PM

    Mi też strasznie się podobał ten rozdział! Proszę, dodaj szybko nowy rozdział Johnnego, jak ja lubię to opowiadanie! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy1:59 AM

    Wchodząc teraz na Twojego bloga, nie miałam nawet najmniejszej nadziei, że spotka mnie tak ogromne szczęście pod postacią kolejnego "Johnny'ego"! A tu taka niespodzianka! Jestem Ci tak wdzięczna za poprawienie humoru po tak podłym dniu. Nawet nie wiesz, jak wiele potrafisz zmienić w czyimś życiu;)
    Czekam z taką niecierpliwością, że serce zaraz mi pęknie ;D
    Powodzenia w pisaniu!
    J.

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy3:14 AM

    jaki długi rozdział! Widzę, że wena dopisała ^^ ihihi a miałam nadzieję na lekkiego kissa, ale to jeszcze za wcześnie o 1 ep pewnie :D Nooo... Dobra akcja z rakietą xD keep doing, baby! :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy9:08 AM

    Wstaje rano, myślę kolejny nudny dzień, włączam komputer, naciskam w ulubinych ,,By Silencio,, i od razu dzień staje się lepszy, bo jest kolejny rozdział i to Johnnego:D.Strasznie się cieszę, że to akurat Wyzwanie, bo to jedno z moich ulubionych opowiadań.
    Nie mogłem uwieżyć gdy to przeczytałem, to nierealne, niecodzienne, nienormalne i niedouwierzenia... Johnny się nie uczesał:D A tak wgl. to świetny rozdział i czekam na następny:)
    Pozdrawiam:
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  6. Narcyz z kompleksami. Wow...
    Rozdział fantastyczny, naprawdę nie mogę się doczekać koleinego, bo "Wyzwanie" jest jednym z moich ulubionych opowiadań. Johnny i jego inligencja.
    Na samym początku tylko trafiła Ci sie jedna literówka: zamiast "randka" napisałaś "ranka". Ale to tylko taki szczegół. I jeszcze taka moja mała schiza: w dialogach myślniki zawsze i wszędzie oddziela się spacją. Ale jeśli to wina programu (bo wiem, że niektóre są wredne) to się nie czepiam.
    Wena i pomysłów :)

    OdpowiedzUsuń
  7. O ~~ dziękuję za serduszko :D.

    Maeva - to nie wina programu. Tak zaczęłam pisać i tak już skończę :P. Nie podoba mi się to oddzielanie spacjami myślników w dialogach, tym bardziej, że trudno je odróżnić od odniesienia, które często oznacza się tak samo - o tak właśnie :P. Wiem, że niektórym to przeszkadza, ale będziecie to musieli przeboleć :D. To z kolei taka moja mała schiza.

    OdpowiedzUsuń
  8. jeeju jak ja kocham tego Johnnego xD jest genialny normalnie xD A ten fragment jak sms'ował z Keithem u Bennego i te ich niedomówienia - myslałam, że wybuchnę ze śmiechu xD No i ta akcja jak złapał Keitha za rękę *-* prawie spadłam z krzesła xD

    OdpowiedzUsuń
  9. Johnny, Johnny, Johnny! Moje ukochane opowiadanie. Normalnie och, ach, ech.
    Złapał go za rękę - myślałam, że padnę. Szkoda, że Keith się speszył. xD
    A jeszcze to pytanie, czy kogoś ma! Zrobił się czerwony, no! Jako superjasnowidzka wróżę im coś ciekawego, o! <3 A przynajmniej się o to modlę..
    Nie mogę się doczekać kontynuacji. Pewnie zanim nastąpi, to zdążę umrzeć dziesięć razy. Z ciekawości. ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zapomniałam po przeczytaniu zostawić komentarz :/

    Pewnie, że się zabujał. Najchętniej to by z Keithem przebywał cały czas. I ta ulga, że chłopak nie ma dziewczyny... Johnny możesz okłamywać samego siebie, ale nie mnie.
    To Johnny ma kompleksy? Słodkie to było, jak zobaczył swój wygląd, a potem w łazience, gdy źle zrozumiał gest Keitha i wziął go za rękę. Tracisz głowę chłopie i dobrze. :D
    Linda odwal się od Johnnyego.
    Kocham to opowiadanie i mam nadzieję, że szybko pojawi się kolejna część. :D

    Weny, weny, weny :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy3:10 PM

    Uwielbiam prawie wszystkie Twoje dzieła, poza jednym o Edmundzie (nie Twoja wina ;)) po prostu nie lubię czytać o duchach) ;))
    A tak swoją drogą to kiedy będzie Theodore albo Sunrise bo dawno nie było nowych notek w tych opowiadaniach ;pp
    Dużo weny życzę ;)
    Sachiko

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy8:10 PM

    ah, Johnny. ah, Johnny. warto było czekać. A tera inteligentniej: poprzez pokazanie Johnny'emu, że lubi go takim, jakim jest i nie musi niczego przed nim udawać, Keith nieświadomie go do siebie przekonał. Szybsze tempo akcji jest wręcz konieczne.
    A ja Edmunda bym chętnie przeczytała (uwaga o tempie akcji ta sama). Chociaż z drugiej strony im dłużej się czeka tym lepiej smakuje. D.

    OdpowiedzUsuń
  13. jeju ja już nawet nie pamiętam o czym był Edmund xD Ale Sunrise i Theodore bym z przyjemnością łyknęła ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy10:50 PM

    jaaa... czemu muszę iść jutro do pracy, potem do lekarza i dopiero do domciu to przeczytać? to niefajne jest :(
    ciem urlop na czytanie opowiadań!

    ejrotsih

    OdpowiedzUsuń