Strony

środa, 3 sierpnia 2011

Pożegnanie

Wszedłem do budynku szpitala i skierowałem swoje kroki w kierunku jednego z oddziałów. Drogę znałem już właściwie na pamięć, przychodziłem tutaj dzień w dzień, wciąż w to samo miejsce, wciąż do tej samej osoby, uzbrojony jak zwykle w torbę pełną owoców, wymuszony uśmiech i serce sparaliżowane strachem.
-Dzień dobry- przywitałem się z pozorną wesołością z jedną z dobrze znanych mi pielęgniarek.- Co z nim?- zapytałem. Zawsze wolałem dowiedzieć się wcześniej.
-Dzień dobry- uśmiechnęła się do mnie w odpowiedzi. Jej uśmiech był szczery, ale zawsze kryło się w nim coś innego, jakaś nutka litości, może nawet współczucia.- Dobrze się czuje, myślę, że humor też ma całkiem niezły... Czeka na pana od rana. Strasznie się niecierpliwi.
-Tak, wiem- zaśmiałem się cicho.- Trochę się spóźniłem.
Uśmiechnęła się do mnie raz jeszcze, dokładnie tak samo i odeszła. Zatrzymałem się na chwilę przy drzwiach jego sali. Zawsze potrzebowałem kilkunastu sekund, żeby doprowadzić się do porządku, przywołać na twarz pogodny uśmiech, zastanowić się nad tym, co mu powiedzieć... Miałem nadzieję, że pielęgniarka się nie myliła i naprawdę czuł się dobrze. Gdy było inaczej, strasznie ciężko było się z nim porozumieć.
Wziąłem głębszy oddech, po czym zapukałem cicho i wszedłem do sali.
-Cześć, Peter- przywitałem się z nim natychmiast, uśmiechając się do niego.
-Cześć, Luca...- jego twarz rozjaśniła się wyraźnie na mój widok.- Co tak długo?
-Trochę zaspałem- wyjaśniłem, sięgając po krzesło stojące przy ścianie i stawiając je obok łóżka mężczyzny. Mimowolnie zmierzyłem go uważnym spojrzeniem. Wyglądał fatalnie, już na pierwszy rzut oka widać było, że nie jest z nim dobrze. Zawsze starałem się udawać, że tego nie widzę i właściwie udało mi się już przyzwyczaić do tego, jak bardzo się zmienił. Gdy mówił coś na temat swojego wyglądu, natychmiast zaprzeczałem, jakoby jakkolwiek znacząco się zmienił, ale to było kłamstwo. Najwyraźniej widziałem to wtedy, gdy przeglądałem nasze wspólne zdjęcia, zrobione jeszcze zaledwie rok czy półtora temu. Pewnie, gdyby odwiedził go teraz ktoś, kto nie widział go tyle czasu, w ogóle by go nie poznał. Peter zawsze był przystojny, wysportowany i uśmiechnięty. Teraz przypominał ledwie nędzną kopię samego siebie, z przerzedzonymi włosami, bladą, wyniszczoną twarzą i wychudzonym ciałem.- Przyniosłem ci coś- dodałem, siląc się na entuzjazm i unosząc reklamówkę.
-Och, pomarańcze!- wykrzyknął z udawaną radością.- Jak cudownie! Połóż je obok tamtych, które kupiłeś mi wczoraj i przedwczoraj!- dodał ironicznie, wskazując dłonią na szafkę nocną, na której stała miska wypełniona owocami. Na niektórych z nich zaczęły się już pojawiać ciemne plamy.
-Peter...- spojrzałem na niego z niepokojem, odkładając reklamówkę na bok.- Nic nie jesz?
-A dziwisz mi się...?- parsknął z politowaniem, unosząc kąciki ust w niechętnym uśmiechu.- Od kilku dni rzygam, chyba niczym więcej, jak tylko swoimi wnętrznościami... Poza tym wciskają we mnie to szpitalne żarcie. Uwierz mi na słowo, że nie ma w tym nic przyjemnego.
Jego ton był lekceważący, niemalże żartobliwy. Często zachowywał się w ten sposób, jakby naprawdę nie obchodziła go jego choroba. Może mógłbym w to uwierzyć, gdybym nie widział go tutaj co dnia, nie obserwował jego kryzysów i chwil załamania. Ale widziałem je wszystkie. Co do jednej.
Peter leżał w tym szpitalu już od pół roku i nic nie wskazywało na to, by jego stan się polepszał, a wprost przeciwnie. Lekarze nie ukrywali, że jest z nim źle. Zresztą, ja sam doskonale zdawałem sobie z tego sprawę. Ale mimo tego wszystkiego wierzyłem, że wszystko będzie dobrze, że jeszcze się poprawi. Nie brałem nawet pod uwagę tego, że mogłoby być inaczej. Nie chciałem się nad tym zastanawiać.
-Jak się czujesz?- zapytałem, wpatrując się w niego z uwagą.
-Jak zdychający pies.
-Peter! Nie mów tak!
-A jak mam mówić...?- rzucił drwiąco, unosząc brew.- Ile mi jeszcze zostało, Luca...? Jak sądzisz? Kilka miesięcy? Kilka tygodni? Kilka dni? Dobrze wiesz, że to nieuniknione.
-Nieprawda- zaprotestowałem natychmiast. Nie cierpiałem, gdy mówił podobne rzeczy, nie chciałem tego słuchać. Bez względu na to, jaki miał do tego stosunek, ja miałem nadzieję graniczącą wprost z pewnością, że z tego wyjdzie. Nie wyobrażałem sobie żadnego innego scenariusza, niezależnie od tego, jak wiele prognoz słyszałem.- Wszystko będzie dobrze- dodałem po chwili.
-Nie chrzań, Luca!- warknął natychmiast w odpowiedzi.- Nawet lekarze nie próbują mi wciskać tego gównianego tekstu, więc ty też sobie daruj, z łaski swojej.
Zagryzłem nerwowo wargę, odwracając wzrok. Poczułem, jak coś ściska mnie za gardło i już nie byłem w stanie powiedzieć niczego więcej. Zbyt często nasze rozmowy przybierały taki obrót, szczególnie ostatnimi czasy. Miałem świadomość tego, że wbrew swojej usilnej wierze, że wszystko będzie dobrze, nie byłem w stanie go do tego w żaden sposób przekonać, nie potrafiłem sprawić, że on również dopuści do siebie myśl, że wszystko może skończyć się zupełnie inaczej, niż sądzi.
Chwyciłem go za dłoń, w jakimś odruchu, wodząc wzrokiem wzdłuż jakiegoś pęknięcia na ścianie i starając się opanować łzy, które cisnęły mi się do oczu.
-Dobra, Luca, dosyć tych czułości...- parsknął cichutko, ale ja ścisnąłem jego rękę jeszcze mocniej.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Chcesz mi coś powiedzieć...?- zapytał niepewnie.
Przymknąłem na chwilę powieki. Chciałem. I to już od dawna, ale nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja, a teraz o takowej w ogóle nie mogło być mowy. Przeczesałem nerwowo włosy palcami, walcząc z samym sobą, czy wyrzucić z siebie słowa, które ciążyły na mnie już od dłuższego czasu. Chciałem znaleźć jakieś ładne wyjaśnienie, coś w rodzaju usprawiedliwienia albo sposobu na dobre zaprezentowanie się w jego oczach... Ale nic nie przychodziło mi do głowy. Nic prócz banalnego:
-Kocham cię.
Te słowa wyszły z moich ust jakby wbrew mojej woli. Powiedziałem je tak cicho, że ledwie sam je usłyszałem. Poczułem, jak zalewa mnie fala zażenowania i wstydu. Nie byłem w stanie spojrzeć na jego twarz, bałem się jego reakcji.
-Tak wiem, ja ciebie też...- zaśmiał się lekko w odpowiedzi, wyswabadzając dłoń z mojego uścisku i kładąc ją na moim ramieniu, jakby w geście pocieszenia.- Ale jeszcze nie umieram, więc poczekaj z takimi wyznaniami, co? Dziwnie się czuję.
-Nie jak przyjaciela- zaznaczyłem, zdając sobie sprawę z tego, że mógł nie zrozumieć moich słów tak, jak powinien.
-Wiem, wiem...- usłyszałem, jak potwierdza po raz wtóry i przez chwilę, ledwie sekundę, miałem naiwną nadzieję, że może rzeczywiście już się tego domyślał i dalsza część rozmowy nie będzie taka straszna, jak podejrzewałem.- Jak brata- dodał jednak, a cała nadzieja ze mnie wyparowała.- Chociaż wiesz, że ja nie cierpię swojego brata, więc naprawdę nie wiem, co jest takiego szczególnego w tych uczuciach, co nie zmienia faktu, że jesteś moim najlepszym przyjacielem, więc...
-Peter- przerwałem mu, nie będąc w stanie dłużej tego słuchać.- Nie- zaprotestowałem w końcu, po dłuższej chwili, niemalże czując na sobie jego zdziwione spojrzenie.- Nie jak brata.
-Więc jak...?- rzucił bez zrozumienia.
Milczałem. Setki razy wyobrażałem sobie, jak mogłaby wyglądać taka rozmowa, ale teraz sam już nie wiedziałem, co mówić i jak się zachowywać. Czekałem na jego kolejne słowa jak na wyrok, modląc się w duchu, by nie był dla mnie tak okrutny, jak się spodziewałem.
-Co ty chcesz mi powiedzieć, Luca...?- zapytał nagle, a w jego głosie dało się słyszeć osłupienie. Tym razem wiedział.
Otworzyłem usta, chcąc to jakoś wyjaśnić, ale zamiast potoku słów wydobyło się z nich jedynie nerwowe chrząknięcie. Najchętniej zniknąłbym mu teraz z oczu. Jego dłoń na moim ramieniu ciążyła potwornie. Chciałbym zareagować inaczej, pospiesznie to odwołać, zaśmiać sie, wytłumaczyć żartem, ale już czułem, że to nie przyniosłoby rezultatu. Za dobrze mnie znał.
-Jesteś gejem...?- rzucił, zdumiony. Mimo wyraźnego zaskoczenia, w jego głosie nie słychać było gniewu, wydawał się raczej stosunkowo spokojny, co nieco mnie uspokoiło. Spodziewałem się, że zareaguje zupełnie inaczej.
-Tak mi się wydaje- potwierdziłem, spłoszony.
-I kochasz się we mnie...?
Skinąłem głową.
Kolejne minuty upłynęły w zupełnym milczeniu. Nadal nie potrafiłem na niego spojrzeć.
-Od jak dawna wiesz?- zapytał w końcu, nadal najwyraźniej nie do końca przyjmując to do świadomości.
-Odkąd skończyliśmy liceum...- wyjaśniłem ostrożnie. Jego spokój nieco mnie onieśmielił. Przeniosłem na niego pełne niepewności spojrzenie. On też wpatrywał się we mnie ze zmarszczonymi brwiami, jakby jeszcze niedowierzając.- Już wtedy zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, że... Że to coś więcej niż przyjaźń. Przynajmniej dla mnie.
-Sześć lat...?
-Tak- potwierdziłem, nie będąc w stanie zrozumieć, dlaczego na jego twarz wstąpił nagle grymas poirytowania.
-Wiesz, od sześciu lat i mówisz mi to dopiero w takim momencie?!- wrzasnął wściekle, a ja aż podskoczyłem, wpatrując się w niego z zaskoczeniem.- Kurwa mać!- zaklął donośnie, łupnąwszy dłonią w łóżko.
-Peter...
-Wynoś się!- syknął ostro.
-Ale...
-Wynocha!- krzyknął po raz kolejny, strącając gwałtownym ruchem miskę z owocami, która roztrzaskała się z głośnym hukiem na posadzce.
Wstałem i wycofałem się powoli z pomieszczenia.
Już wiedziałem, że popełniłem błąd.

Nazajutrz ponownie pojawiłem się w szpitalu. Tym razem zamiast zwyczajowej kiści winogron i kilku pomarańczy miałem ze sobą bukiet czerwonych róż. Kolejny idiotyczny pomysł, który zrealizowałem, zanim zdążyłem się nad nim dobrze zastanowić. Nawet nie miałem pojęcia, jak zareaguje. Chciałem go przeprosić. Dziwiłem się samemu sobie, co też mi przyszło do głowy, co mi odbiło. Przecież wcale nie szedłem do niego wtedy z zamiarem wyznania mu miłości, wszystko potoczyło się samo... I tak miał już dużo na głowie, nie musiałem denerwować go jeszcze bardziej.
-Panie Lucas...?- usłyszałem czyjś głos i dopiero po chwili zorientowałem się, że stoi przy mnie ta pielęgniarka. Uśmiechnęła się do mnie lekko.- Wszystko w porządku?
-Tak, tak- odparłem chaotycznie, skinąwszy głową.- Trochę się zamyśliłem.
-To kwiaty na przeprosiny...?- zapytała, a ja spojrzałem na nią z zaskoczeniem.- Pokłóciliście się wczoraj, prawda?
-Skąd pani wie?- rzuciłem, zdumiony.
-Zawsze kiedy się kłócicie jest strasznie opryskliwy i nieprzyjemny- wyjaśniła kobieta.
-Jest... Jest na mnie wściekły, prawda?
-Wczoraj wydawał się być, ale myślę, że tak naprawdę na pana czeka- odpowiedziała spokojnie.- To bardzo smutne... To taki młody człowiek. Proszę nie zrozumieć mnie źle- dodała natychmiast, a ja spojrzałem na nią bez zrozumienia.- Tylko... Chodzi o to, że w tym miejscu jest wielu bardzo samotnych, opuszczonych ludzi. Ale to zazwyczaj są osoby starsze. Wydawało mi się, że chłopaka w jego wieku będzie odwiedzać rodzina, znajomi... A przychodzi tylko pan. Zawsze mnie to dziwiło.
-Cóż... Nie był zbyt... Nie był zbyt miły dla ludzi ze swojego otoczenia- odparłem, uśmiechając się niepewnie.- Z rodziną  się pokłócił, znajomych też nie miał zbyt wielu... Tak wyszło.
-Dobrze, że ma przynajmniej pana.
-Tak... O ile będzie chciał mnie widzieć- dodałem, uśmiechając się smutno.
Kobieta zaśmiała się lekko.
-O to proszę się nie martwić... To naprawdę była aż tak poważna kłótnia...?
-Trochę poważniejsza niż zwykle- szepnąłem spłoszony.- Do widzenia.
-Do widzenia.
Ruszyłem wzdłuż korytarza, zastanawiając się nad tym. Peter zawsze cieszył się dużym zainteresowaniem, ale paradoksalnie, nie miał zbyt wielu dobrych przyjaciół. Zawsze był osobą, która miała swoje zdanie i wyrażała je bez względu na to, czy ktoś chciał go słuchać. Łatwiej było mu znaleźć sobie zaciekłych wrogów, niż wiernych kumpli. Pewnie wiele osób życzyło mu po cichu losu, jaki go spotkał. Ale wbrew temu wszystkiemu, to właśnie chyba właśnie to tak bardzo mnie do niego przyciągało. Ta stanowczość, pewność siebie... Ja byłem zupełnie nieporadny, niezdecydowany. Potrzebowałem kogoś takiego i on też na pewien sposób mnie potrzebował. A teraz, zupełnie niespodziewanie, role się odwróciły. Bo teraz to on potrzebował pomocy i nie dawał sobie rady, a ja powinienem wykazać się pewnego rodzaju zaradnością. Ale chyba nie potrafiłem.
Zapukałem do drzwi jego sali i wszedłem do środka. Leżał na boku, odwrócony do mnie plecami. Zerknął na mnie przez ramię gdy wszedłem i uśmiechnął się drwiąco.
-Kwiaty...?- parsknął z politowaniem, gdy ja siadałem przy jego łóżku i starałem się ułożyć w głowie jakieś logiczne wyjaśnienie, przeprosiny.- Jak dla jakiejś dziewczyny...? Wiesz, kogo mi to przypomniało? Twoją biedną Mariettę... Pamiętasz ją w ogóle...? Pierwsza i jedyna dziewczyna, z jaką cię widziałem... Byłeś wtedy taki idiotycznie nieporadny i niezdecydowany... A ona leciała na ciebie, to było widać na pierwszy rzut oka... Wystarczyło tylko skorzystać z okazji, ale ty z nią zerwałeś, bez żadnej przyczyny... Zawsze zastanawiałem się, dlaczego- dodał po chwili w zamyśleniu, po czym dokończył znacząco.- Teraz już wiem.
-Wstawię je później do wazonu- szepnąłem, kładąc je na szafce.
-Wszyscy mnie zostawili...- kontynuował mężczyzna, nie zważając zupełnie na moje słowa, wciąż odwrócony do mnie plecami.- Wszyscy. Rodzina, kumple, znajomi... Wydawało mi się, że mam wszystko, a nie miałem zupełnie nic. Nic, oprócz ciebie. Ty jeden zostałeś. Sądziłem, że to tylko pozory, że zaraz mnie opuścisz, jak cała reszta, ale tak nie było... Myślałem sobie: mam naprawdę dobrego przyjaciela. Najlepszego, jaki mógł się trafić komuś takiemu jak ja, może nawet za dobrego... A to wszystko było kłamstwem.
-Nie!- zaprotestowałem natychmiast.- Jestem twoim przyjacielem- zapewniłem go, czując, że znowu zbiera mi się na płacz. Nie chciałem go tracić.- To, co wczoraj powiedziałem, niczego nie zmienia.
-Raczej zmienia wszystko- odparł.
Zacisnąłem wargi, przez dłuższą chwilę nie odzywając się wcale, po czym wydusiłem z siebie jedynie krótkie:
-Przepraszam.
-Kurwa, Luca!- zirytował się mężczyzna, natychmiast odwracając się w moją stronę i spoglądając na mnie tak, że miałem ochotę zapaść się nad ziemię.- Przestań mnie do licha ciężkiego przepraszać! Po prostu... Po prostu... Cholera!- warknął zdenerwowany.- Po prostu mówisz mi to troszeczkę w nieodpowiednim momencie, nie uważasz...? Bo ja nie mam masy czasu. Moje życie zmierza tylko w jednym kierunku i to z prędkością światła... Ja umieram, Luca- dodał stanowczo, a mną coś wstrząsnęło.- I nie mam żadnej alternatywy, ani czasu do zastanawiania się nad tym, czy jednak wolę chłopców, czy dziewczynki... Bo w mojej sytuacji to nie ma żadnego znaczenia, rozumiesz?
-Nie umrzesz- zaprotestowałem jedynie z trudem, wilgotnym od łez głosem.
Prychnął pobłażliwie.
-Mam do ciebie żal, Luca- odezwał się po krótkiej chwili, a ja spojrzałem na niego pytająco.- Gdybyś powiedział mi to chociaż trochę wcześniej... Może nie od razu, bo byłem rzeczywiście trochę narwany... Ale później się zmieniłem. Miałeś szansę powiedzieć mi to w trochę przyjemniejszych okolicznościach i lepszym czasie, ale tego nie zrobiłeś. Dlaczego?
-Bałem się.
-Czego?
-Tego, że cię stracę- wyjaśniłem, speszony.
-Och, Luca...- zaśmiał się głośno, kręcąc z niedowierzaniem głową.- Los bywa strasznie ironiczny, nie sądzisz...? Nie mówiłeś mi tego, bo bałeś się, że mnie stracisz, ale teraz stracisz mnie tak czy inaczej, więc możesz powiedzieć to śmiało... Tak, tak, życie jest strasznie przewrotne... Pewnie będzie mi tego brakowało...
Nie powiedziałem niczego więcej. Nie odtrącił mnie, a ja nie czułem ani krztyny ulgi. Ciężar w moim sercu nie zelżał ani trochę. To wszystko zdawało się zupełnie nie mieć sensu.
-Pocałuj mnie...- usłyszałem jego szept i spojrzałem na niego zaskoczony.
Spoglądał na mnie z jakąś dziwaczną determinacją, stanowczością. Zawahałem się przez chwilę, po czym pokręciłem przecząco głową.
-Nie... To nie jest najlepszy pomysł- stwierdziłem. Nie miałem pojęcia, czy robi to z litości dla mnie, czy to jedynie eksperyment, ale tak czy inaczej, nie czułem się z tym zbyt dobrze.
-Daj spokój, Luca, myłem zęby, nie zapoznasz się z resztkami mojego śniadania...- zaśmiał się cicho, przewracając oczyma i przysuwając się do mnie nieco.- Pocałuj mnie- powtórzył, nie odrywając ode mnie przenikliwego spojrzenia.
-Po co...?
-Chcę coś sprawdzić. Zrób to.
Westchnąłem głęboko, wyraźnie zestresowany, po czym nachyliłem się w jego kierunku. Nasze usta złączyły się ze sobą na dłuższą chwilę. Obaj zamarliśmy w bezruchu, jakby żadne z nas nie chciało podjąć się kolejnego kroku. Bałem się jego reakcji, a on mojej najwyraźniej oczekiwał. W końcu musnąłem jego usta. Odwzajemnił to muśnięcie, by zaraz objąć mnie ramieniem i uczynić nasz pocałunek głębszym i bardziej namiętnym. Smakowałem jego wargi, z sekundy na sekundę, całując go coraz zachłanniej i mocniej.
W końcu nasze wargi oderwał się od siebie. Peter odsunął się, spoglądając na mnie z uwagą.
-Idź już- powiedział nagle, a ja wbiłem w niego pełne lęku spojrzenie.
-Zrobiłem coś nie tak...?- zapytałem niepewnie.
-Idź już- powtórzył tylko. Starałem się wyczuć w jego głosie jakieś emocje, ale nie było w nim czuć gniewu. Sprawiał raczej wrażenie zamyślonego.- Muszę coś przemyśleć- dodał po chwili.
Podniosłem się z miejsca i ruszyłem do drzwi. Zatrzymałem się jeszcze na chwilę w progu i rzuciłem:
-Jutro też przyjdę.
-Wiem, Luca...- odparł cicho, wpatrując się nieruchomo przed siebie.- Wiem...

Szykowałem się do wyjścia, jak co rano, szukając z poirytowaniem portfela. Nie miałem pojęcia, gdzie go zostawiłem. Sprawdzałem chaotycznie każde pomieszczenie, karcąc się w duchu za to, że nie zadałem sobie trudu, żeby zająć się tym wcześniej. Chociaż i tak szanse, że zdążę na autobus, były dość marne. Usłyszałem dzwonek do drzwi, ale nie przestałem szukać. To nie mógł być nikt ważny, pewnie jakiś akwizytor, listonosz albo natchniony krzewiciel wiary. Nie miałem na to czasu. Dźwięk dzwonka rozległ się jednak ponownie. Sapnąłem z poirytowaniem.
-Moment!- krzyknąłem, raz jeszcze sprawdzając szuflady biurka. Mógłbym przysiąc, że tam je właśnie chowałem...
I znowu to samo. Ktoś, kto czekał przed drzwiami musiał być diabelnie namolny i niecierpliwy.
-Chwila!- rzuciłem po raz kolejny, ale gdy dzwonek rozbrzmiał po raz czwarty, nie wytrzymałem i podszedłem do drzwi, otwierając je na oścież. Osłupiałem. Takiego gościa się nie spodziewałem- Peter...- szepnąłem, w pierwszej sekundzie tak zaskoczony, że nie stać mnie było na nic innego.- Co ty tu robisz?- zapytałem w końcu, z tego wszystkiego nawet nie wpuszczając go do środka.
-Odwiedzam przyjaciela- odparł, wzruszywszy ramionami w taki sposób, jakby rzeczywiście nie było w tym nic szczególnie zaskakującego.- A co? Nie wolno mi?
-Dlaczego nie jesteś w szpitalu?- zapytałem z paniką.
-Bo jestem tutaj. Nie mogę być przecież w dwóch miejscach na raz, nie...? Mogę wejść?
-Peter!- jęknąłem głucho, przepuszczając go w drzwiach i patrząc na niego z zatroskaniem.- Musisz natychmiast wracać do szpitala!
-Po co...?- mruknął.
-Nie zadawaj głupich pytań! Poczekaj chwilę, znajdę portfel i cię odwiozę... Co ci strzeliło do głowy...- rzuciłem bez zrozumienia, chcąc odejść, ale on chwycił mnie mocno za nadgarstek, zatrzymując przy sobie.
-Daj spokój, Luca...- odparł pojednawczo.- To tylko jeden dzień.
-Jeden dzień?!- prychnąłem z niedowierzaniem, kręcąc głową.- Peter! Nie możesz przerywać kuracji! Nawet na jeden dzień!
-Daj spokój, dobrze wiesz, że i tak mi to nie pomaga...- stwierdził, uśmiechając się lekko.- Nawet lekarz nie oponował przed tym... jednodniowym urlopem. Chciałem wreszcie zobaczyć twoje nowe mieszkanie. Ładnie się tu urządziłeś, wiesz...?
-Nie zmieniaj tematu- rzuciłem ostrzegawczo, wciąż nie odrywając od niego uważnego spojrzenia. Bałem się, że coś się zaraz wydarzy albo jego stan się pogorszy. On wyglądał jednak trochę lepiej niż wczoraj. Przynajmniej takie miałem wrażenie, może przez to, że zamiast szpitalnej piżamy, miał na sobie koszulę i dżinsy. Ubrania wisiały na nim tak, jakby pożyczył je od kogoś znacznie większego, ale ja wiedziałem, że należały do niego.- Musisz tam wrócić.
-I wrócę- stwierdził stanowczo.- Ale później. Dziś chcę być z tobą. Chyba nie proszę cię o zbyt wiele...?
-Peter...
-Jeden dzień z twojego cennego życia, Luca... Jesteś w stanie dać mi chociaż tyle?- uniósł pytająco brew, a ja parsknąłem cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową. Drań. Że też uciekał się do tak podłego szantażu, żeby mnie do tego przekonać.
-Jeden dzień...?- powtórzyłem, wpatrując się w niego podejrzliwie.
-Jeden!- zapewnił mnie, kładąc sobie w teatralnym geście dłoń na sercu.- Przysięgam.
-A później wrócisz do szpitala...?- dopytałem się na wszelki wypadek.
-Bez wahania.
-... Dobrze. Dobrze, niech tak będzie- zgodziłem się po chwili, walcząc jednak wciąż jeszcze z samym sobą.
Peter uśmiechnął się do mnie łagodnie.
-To będzie nasze pożegnanie.

Wyjechaliśmy razem. To on wybrał miejsce, gdzieś na obrzeżach miasta. Ja zupełnie nie znałem tej okolicy i nie widziałem w niej niczego szczególnie urokliwego. Zatrzymaliśmy się obok lasu, nad jakimś jeziorem, swoją drogą strasznie zanieczyszczonym. Wokół nas też walało się pełno różnych śmieci. Szczerze mówiąc, wyobrażałem sobie, że wybierze nieco przyjemniejsze miejsce, ale tego nie skomentowałem. Przynajmniej byliśmy tu sami. Całkowicie sami.
-Peter...- zacząłem w końcu, nie mogąc się powstrzymać.- Hm... Dlaczego przyjechaliśmy akurat tutaj?
-Nie poznajesz?- zapytał, zdumiony.
-A powinienem...?- uniosłem pytająco brew, wyjmując z plecaka koc i rozkładając go na ziemi, po czym usadowiłem się na nim, a mężczyzna wylądował tuż obok mnie.
-Wiesz, co, Luca...? Jak na zakochanego romantyka masz strasznie kiepską pamięć...- skwitował z ironicznym uśmieszkiem, a ja spojrzałem na niego bez zrozumienia.- Nadal nie kojarzysz? Tutaj spotkaliśmy się po raz pierwszy. Kolonia pierwszoklasistów, dzieciaki z podstawówki, zabawa w podchody i spanie w namiotach...
-Rzeczywiście...- przyznałem, zdumiony faktem, że mogłem tego nie pamiętać. Znaliśmy się od tak dawna, że nigdy nawet nie zadawałem sobie trudu zastanawiania się nad tym, ile to już trwało. A on pamiętał... Spojrzałem na niego niemalże z niedowierzaniem.
-No co?- zaśmiał się lekko, unosząc brwi.- Leżę całymi dniami w szpitalu i naprawdę nie mam zbyt wielu rzeczy do roboty, więc nie dziw się, że myślę nad różnymi głupotami... Trochę się tu zmieniło, nie sądzisz?
-Trochę. Jak się czujesz?- wiedziałem, że to pytanie go drażni, szczególnie, że odkąd wyjechaliśmy z domu zadałem mu je tylko jakieś sto razy.
-Cudownie- parsknął z politowaniem, przewracając oczyma i ułożył się wygodniej na posłaniu.- No co się tak patrzysz, Luca? Jestem w doskonałej formie! Mógłbym bez trudu przebiec się stąd... do tamtego drzewa- dokończył, wskazując jakiś wyschnięty pień, kilkadziesiąt metrów od nas.- No dobrze, może nie przebiec, ale mógłbym się przejść- sprostował, widząc moje pełne powątpiewania spojrzenie.- Może rzeczywiście nie jest tak dobrze jak kiedyś, ale daję radę.
-Mhm...- odmruknąłem jedynie, zabierając się za wypakowywanie jedzenia, ale on chwycił mnie za nadgarstki i rzucił:
-Chcesz teraz jeść?
-A co ty chcesz robić?- zapytałem, zdumiony.
-Jak to co? Całować się. Przecież to nasza randka.
-Randka...?- powtórzyłem, oszołomiony, a on zaśmiał się niepohamowanie, po czym objął mnie ciasno i bez cienia wahania wpił się w moje wargi. Nie miałem nawet szansy, żeby się wyswobodzić. Jak na kogoś, kto z trudem dawał sobie radę z przejściem kilkuset metrów, miał zadziwiającą siłę. Albo to ja zrobiłem się nagle strasznie słaby.
Dziwne uczucie. Całować go. Wyobrażałem sobie to chyba tysiące razy, ale nie da się ukryć, że w tych wyobrażeniach byłem nieco bardziej aktywny. Było inaczej, niż wczoraj. Pewnie dlatego, że tym razem to on całkowicie przyjął inicjatywę, co troszeczkę mnie ośmieliło i po chwili całym sobą włączyłem się w ten pocałunek, starając się nie zastanawiać nad tym, czy dobrze sobie z tym radzę. On całował doskonale.
W pewnym momencie położył się i pociągnął mnie na siebie, powracając do moich warg natychmiast, nim zdążyłem z siebie wydusić chociażby słowo. Mimo tego, że wiedziałem, że nie ma tu nikogo oprócz nas, czułem się skrępowany. A gdy zaczął rozpinać moją koszulę, zaczerwieniłem się wyraźnie i odsunąłem się nieco.
-Co robisz?- zapytałem niepewnie.
-Jak to co?- mruknął po raz kolejny, spoglądając na mnie bez zrozumienia.- To randka.
-Pierwsza- zauważyłem, nieco piskliwym głosem, ale nie odepchnąłem jego dłoni, które dokończyły dzieła i zsunęły koszulę z moich ramion.
-I ostatnia- uśmiechnął się do mnie, dotykając mojego rozporka.- Nie chcesz ze mną być...?
-Będziemy jeszcze mieli okazję- odparłem z przekonaniem, ale on jedynie przewrócił oczyma i prychnął z nutą zniecierpliwienia, po czym bez dalszych pytań, zajął się pozbawianiem mnie reszty garderoby. Ułatwiłem mu to, podnosząc się odrobinę, a następnie drżącymi dłońmi zacząłem rozbierać jego. Chyba na pierwszy rzut oka widać było, że mam z tym niemałe problemy, więc w pewnym momencie zlitował się nade mną i sam bez najmniejszych oporów rozebrał się do naga. Wpatrywałem się w jego ciało, czując, że pieką mnie policzki. Zachichotał, widząc moje zażenowanie.
-Co ty? W życiu nie widziałeś nagiego mężczyzny...?
-Przymknij się, Peter- burknąłem, tym razem samemu całując go mocno. Zdecydowanie wolałem, gdy nie odzywał się w takich sytuacjach.
Ścisnął mnie mocno udami, ocierając się o mnie jednocześnie i pogłębiając nasz pocałunek. Westchnąłem cichutko w jego wargi, wodząc dłonią wzdłuż jego klatki piersiowej. Już po chwili przeniosłem wargi na jego szyję, składając na niej delikatne pocałunki i pieszcząc ją subtelnie.
-Dosyć, Luca...- usłyszałem po chwili głos Petera i spojrzałem na niego bez zrozumienia.- Darujmy sobie grę wstępną, co...? Zaczynaj.
-C-Co... Co "zaczynaj"...?- odkaszlnąłem odrobinę nerwowo. Nie da się ukryć, że sądziłem iż przy grze wstępnej zostaniemy.
-Weź mnie- odparł otwarcie.
-Będziemy potrzebowali nawilżacza.
-Czego?- zdumiał się.
-Czegoś... Czegoś do... Ekhem... Po prostu nie można tak... Na "sucho"- stwierdziłem, zarumieniony ze wstydu.
-Daruj sobie, Luca...- parsknął śmiechem, wciąż nie wypuszczając mnie z uścisku, po czym musnął lekko moje wargi.- Przecież i tak się rozsypuję, nic mi się nie stanie, serio... Zrób to- dodał z naciskiem, spoglądając na mnie uważnie.
Zwilżyłem wargi językiem, a on rozluźnił się wyraźnie, wpatrując się we mnie z rozbawionym uśmieszkiem. Rzeczywiście, musiałem wyglądać idiotycznie, patrząc się na niego nieruchomo i zastanawiając się nad tym, czy mam to wreszcie zrobić, czy nie. Całe moje ciało zdawało się niemalże tego ode mnie żądać. Chciałem jego bliskości, ale do diabła... Wszystko potoczyło się tak szybko! Przecież wczoraj w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, że zrobi coś podobnego!
-Luca, zawiesiłeś się czy jak...?- rzucił z nutą niecierpliwości w głosie.
Chwyciłem jego nogi pod kolanami, unosząc je lekko, po czym nacelowałem na jego wejście i pchnąłem powoli.
-Kurwa, Luca!- wrzasnął, zaciskając paznokcie na moich ramionach. Zacisnął powieki i syknął głośno.- Boli jak diabli! Luca, głuchy jesteś?! Wyłaź! Ale już!
-Przecież ci mówiłem- jęknąłem, odsuwając się od niego i wpatrując się w niego niepewnie.
-Ale nie mówiłeś, że będzie aż tak bolało!
-Nie wiedziałem!
-Dobra... Dobra, nieważne...- odetchnął głęboko, przecierając twarz i uspokajając się nieco.- Zaraz coś wymyślę...
-Możemy z tym trochę poczekać- zauważyłem, nie da się ukryć, nieco przerażony całą sytuacją. Moja męskość wyraźnie domagała się czegoś zupełnie odmiennego, ale przecież można to było załatwić inaczej.
-Naprawdę nie masz tego całego "nawilżacza"?- dopytał, rozglądając się dookoła, jakby te rosły na drzewach.
-Nie- odparłem, parskając cicho.- Wybacz, ale nie sądziłem, że przyjechaliśmy tutaj...- urwałem, po czym odkaszlnąłem znacząco i dopiero w tym momencie coś sobie przypomniałem.- Ale mam masło- stwierdziłem, iście odkrywczo.
-Masło?- powtórzył, marszcząc brwi.- Po jakie licho nam masło?
-No... Przy tej temperaturze pewnie jest dosyć...
-Nie kończ!- rzucił ostrzegawczo, kręcąc głową.- Ty chyba nie chcesz...?
-Nie. To ty chcesz.
-Ale nie z masłem!
-Nie mam nic innego!
Peter prychnął donośnie, wyraźnie niezadowolony z takiego obrotu sytuacji, ale rzeczywiście po chwili wahania, przewrócił się na brzuch i wypiął w moją stronę, co wyglądało dosyć zabawnie.
-Pospiesz się, Luca...- ponaglił mnie, z wyraźną irytacją, dostrzegając chyba uśmieszek błąkający się na moich ustach.- Powoli tracę ochotę...- dodał, co zabrzmiało niemalże jak groźba, więc nie czekając dłużej, sięgnąłem do plecaka i po chwili wydobyłem z niego paczuszkę, prawie całkowicie roztopioną. Zanurzyłem w niej palce, a następnie zacząłem delikatnie nawilżać okolice jego zaczerwienionego wejścia.- Super...- skwitował mrukliwie moje poczynania, a gdy wsunąłem w niego palce, jęknął cichutko, chociaż trudno było stwierdzić, że był to jęk pełen przyjemności.- Zabawa z masłem i odbytem, naprawdę zapowiada się wprost doskonale... Naprawdę nie wiem, co ludzie widzą w tym... Cholera!- krzyknął nagle, jeszcze bardziej wyciągając się w moim kierunku. Spojrzałem na niego zdumiony.- Rób mi tak jeszcze.
-Tak?
-Nie tak! Tak jak robiłeś! Tak... O tak...- westchnął głęboko, gdy moje palce po raz wtóry natrafiły na czuły punkt w jego wnętrzu. Zagryzł wargi, poruszając lekko biodrami.
Przygotowywałem go jeszcze przez chwilę, wsłuchując się w jego miarowe pojękiwania, po czym wyjąłem z niego palce i wsadziłem coś zupełnie innego.
-Wiesz, co, Luca...?- jęknął głucho, zerkając na mnie przez ramię.- Od środka wydaje się większy niż wygląda...
-Zamknij się, Peter!- uciszyłem go ponownie, czerwieniejąc natychmiast.
Wsparłem dłonie na jego biodrach i zacząłem się w nim poruszać. Jęknął przeciągle, zaciskając dłonie na kocu i wtórując moim ruchom. Przyspieszyłem nieco, a następnie chwyciłem jedną dłonią za jego męskość i zacząłem pieścić ją rytmicznie, składając na jego plecach krótkie pocałunki. Wzdychałem głośno raz po raz, czując, że jestem bliski spełnienia. Doszliśmy prawie w tym samym momencie. Peter opadł bezwładnie na koc, a ja wylądowałem na nim, obejmując go ciasno ramionami.
No i mam swój pierwszy raz. Z mężczyzną, o którym zawsze marzyłem. I jest bardzo dobrze, chociaż tak dziwacznie, że aż sam nie mogę uwierzyć, że to wszystko zdarzyło się naprawdę.
-Złaź, Luca... Miażdżysz mi coś bardzo cennego...
Zaśmiałem się cicho, przesuwając się na miejsce obok, a on przewrócił się na plecy i zwrócił twarz w moją stronę, wpatrując się we mnie z uwagą.
-Wiesz, co...?- rzucił po chwili, tonem godnym filozofa.- Seks z mężczyznami prawie nie różni się od seksu z kobietami...
-Prawie?- powtórzyłem z rozbawieniem.
-No wiesz... Żadna dziewczyna nie brała mnie od tyłu- zachichotał, po czym zagryzł wargę w figlarnym uśmiechu, wciąż nie odrywając ode mnie spojrzenia.- To była najlepsza randka, na jakiej do tej pory byłem- stwierdził.- Mimo przygody z masłem, o której wolę zapomnieć...
-Będą jeszcze lepsze- zapewniłem go, chwytając jego dłoń i składając na niej lekki pocałunek.
-Luca, nie oszukujmy się...- odparł, ściskając mocniej moją rękę. Posłałem mu spłoszone spojrzenie, po czym odwróciłem wzrok. Dobrze wiedziałem, co zamierza mi powiedzieć, ale nie chciałem tego słuchać.- Ja nie mam za dużo czasu. Naprawdę żałuję, że nie powiedziałeś mi wcześniej. Myślę, że mógłbym się nawet w tobie zakochać. I może stałbyś się tym, czego nigdy nie miałem...
-Czyli...?- dopytałem niepewnie.
-Sensem mojego życia?- zaśmiał się, wyraźnie rozbawiony, ale mnie wcale nie było do śmiechu.
Pokręciłem jedynie głową, nie będąc już w stanie opanować łez, które od dłuższej chwili cisnęły mi się do oczu. Odwróciłem twarz, ale on zdążył to już zauważyć. Przyciągnął mnie do siebie natychmiast.
-Ej, Luca...- szepnął, dotykając mojej twarzy i łagodnym ruchem ścierając z niej łzy.- Czego beczysz, co? Przecież to, co powiedziałem było miłe...
-Nie umrzesz, Peter- pisnąłem jedynie.
-Obawiam się, że nie ty o tym decydujesz. Dobrze wiesz, że lekarze nie dają mi żadnych szans.
-Nieprawda!- zaprotestowałem gwałtownie, podnosząc się do pozycji siedzącej.- A nawet jeśli... Są takie przypadki! Cała masa!- dodałem z pełnym przekonaniem, uśmiechając się do niego.- Czytałem o tym!
-Tak, tak...- parsknął z politowaniem, przewracając oczyma.- Cudowne ozdrowienia i tym podobne pierdoły, Luca, proszę...
-Wcale nie! Nie chodzi o żadne kwestie związane z wiarą, to po prostu... Po prostu ludzie muszą do końca ufać, że wszystko będzie dobrze i tak naprawdę się dzieje! Przecież nic nie jest jeszcze przesądzone, Peter, wszystko może się zmienić!- nie wiem, po co to mówiłem. Nie byłem nawet pewien, czy naprawdę przekonuje jego, czy raczej samego siebie. Bo on patrzył na mnie z pobłażliwym uśmiechem, ale w jego spojrzeniu trudno było doszukiwać się chociażby krztyny wiary w to, co mówię. A ja bardzo chciałem w to wierzyć. Bardziej niż w cokolwiek innego.
-Zapomnijmy o tym na razie, dobrze?- zaproponował pojednawczo, obejmując mnie ciasno ramieniem.- To moja ostatnia randka, nie mam ochoty gadać o śmierci...- dodał, chociaż samo słowo "ostatnia" sprawiło, że zadrżałem.- Jeśli rzeczywiście wyzdrowieję, to obiecuję ci, że będę miał dla ciebie tyle czasu, ile ty miałeś dla mnie. I na pewno się w tobie zakocham- dokończył, śmiejąc się lekko.
... Nie wierzył.
-W porządku- uśmiechnąłem się niepewnie w odpowiedzi.
Nadal sądziłem, że to może być prawda.

-Peter, co się dzieje?- wpadłem do sali szpitalnej, natychmiast podchodząc do jego łóżka i wpatrując się w niego z lękiem. Z trudem oddychał. Był bardzo blady, wyglądał niemalże na kogoś skrajnie przemęczonego. Wpatrywał się we mnie spod półprzymkniętych powiek, w taki sposób, że w pierwszej chwili miałem wrażenie, że jest nieprzytomny.
-A co się ma dziać...?- rzucił, uśmiechając się z nutką rozbawienia.- Coś taki przerażony, co, Luca...?
-Lekarz powiedział, że źle się czujesz. To przez nasz wczorajszy wyjazd, prawda?- zapytałem, nie odrywając od niego zaniepokojonego spojrzenia.- To przez to źle się poczułeś. Wiedziałem, że...
-Nie chrzań, Luca!- przerwał mi, prychając donośnie.- Dobrze wiesz, co się ze mną dzieje, nie udawaj, że naprawdę wierzysz w to, że złapałem nagle jakieś potworne przeziębienie, pieprząc się z tobą nad jeziorem!- odetchnął głębiej, po czym dodał już spokojniej.- Otwórz szufladę. Mam coś dla ciebie.
-Dla mnie...?- zdziwiłem się, podchodząc do szafki nocnej i uchylając górną szufladę. Wyjąłem z niej kopertę z moim nazwiskiem i zajrzałem do środka.- Pieniądze?- zapytałem, bez zrozumienia, po czym pokręciłem głową.- Nie potrzebuję ich- stwierdziłem, ale nim zdążyłem odłożyć je na miejsce, wychylił się i chwycił mnie mocno za dłoń, przyciągając mnie do siebie.
-Weźmiesz je- odpowiedział z pełną stanowczością.- I tak nie jestem w stanie dać ci niczego innego, a ty wydałeś na mnie dużo więcej, więc... Jedź gdzieś, Luca- powiedział, a ja aż parsknąłem cicho, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.
-Co takiego...?- przez chwilę miałem wrażenie, że się przesłyszałem.
-Weź te pieniądze i jedź gdzieś- powtórzył bez cienia emocji.- Na tydzień, dwa... Kiedy wrócisz, będzie już po wszystkim. Nie chcę, żebyś przy tym był.
-O czym ty mówisz, Peter...?- zapytałem tak, jakbym nie wiedział, chociaż doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, co ma na myśli.
-Wiesz, o czym mówię, Luca- skwitował dobitnie.
-Nie umrzesz- zaprotestowałem, zupełnie tak jak zwykle, ze swoim naiwnym przekonaniem, a może już tylko nikłą nadzieją.- Wszystko będzie dobrze, wyleczą cię.
-Przestań- skrzywił się lekko, jakby moje słowa wzbudzały w nim coś na kształt irytacji.- Nie chcę już tego słuchać. Robisz sobie krzywdę, myśląc w ten sposób i właśnie dlatego sądzę, że nie powinno cię przy tym być. Wyjedź, Luca. Tak będzie najlepiej dla ciebie.
Wpatrywałem się w niego przez chwilę w milczeniu, starając się znaleźć jakieś słowa, argumenty, które mogłyby do niego przemówić, które mogłyby zabrzmieć wiarygodnie, racjonalnie... Moja słabość ujawniła się jednak szybciej, niż sądziłem. Załkałem niepohamowanie, siadając na brzegu łóżka i wtulając się w niego. Objął mnie delikatnie, nie mówiąc ani słowa, nie pocieszając mnie w żaden sposób ani nie przekonując. A ja wciąż płakałem. Płakałem, wyrzucając z siebie cały ten ciężar, jaki na mnie spoczywał, wyrzucając wszystkie swoje wątpliwości, lęki, niepewność...
Tego dnia byliśmy ze sobą bardzo długo.
-Obiecaj, że wyjedziesz, Luca- poprosił mnie w pewnym momencie.- To wszystko, czego od ciebie chcę. Obiecaj, że już tu nie wrócisz. To dla ciebie za dużo.
-Nie mogę...- szepnąłem, kręcąc głową.
-Musisz. Nie jesteś już w stanie mi pomóc. A ja chcę chociaż raz pomóc tobie- uśmiechnął się do mnie, po czym złożył na moim czole czuły pocałunek.- Znajdź sobie kogoś fajnego, co? Kogoś, kogo też bym polubił.
-Przestań.
-Luca... Obiecaj- powtórzył raz jeszcze z naciskiem, a ja spojrzałem na niego, z całej siły chcąc po raz kolejny zaprotestować, ale w końcu, jakby wbrew samemu sobie, skinąłem głową.
-Dobrze- odparłem mechanicznie.
-Przysięgasz, że wyjedziesz?- zapytał jeszcze, najwyraźniej nie do końca wierząc w moje słowa.- Przysięgasz na wszystko?
-Przysięgam- potwierdziłem, przymykając powieki.
Czułem, jak obejmuje mnie jeszcze mocniej, kołysząc delikatnie w swoich ramionach.
Nie wierzyłem, że będę w stanie to zrobić.

Coś nagle przebudziło mnie w środku nocy. To był jakiś hałas, huk, którego źródła nie potrafiłem w żaden sposób zlokalizować. Podniosłem się do pozycji siedzącej i rozejrzałem dookoła, nieco zdezorientowany, starając się dotrzeć, co takiego mogło się zdarzyć. Dopiero w tym momencie zdałem sobie sprawę, że ktoś jest w mojej sypialni. Widziałem czyjąś sylwetkę, tuż przy drzwiach i znieruchomiałem, sparaliżowany strachem, nie mając pojęcia, co się dzieje. Odetchnąłem płytko, cały w nerwach i dopiero w tym momencie dostrzegłem, kto to taki.
-Peter!- wykrzyknąłem, jeszcze bardziej oszołomiony niż chwilę temu i przerażony jak diabli.
-Cześć, Luca- przywitał się ze mną, uśmiechając się pogodnie. Był ubrany dokładnie tak samo, jak tego dnia, gdy razem wyjeżdżaliśmy, ale tym razem ubrania leżały na nim idealnie, a on sam wyglądał dużo zdrowiej, prawie jak na tych zdjęciach, które wciąż miałem w pamięci.
-Co ty tu robisz...?- zapytałem osłupiały, odgarniając włosy z twarzy i spoglądając na niego bez zrozumienia.- Dlaczego nie jesteś w szpitalu?
-Przyszedłem się z tobą pożegnać- odparł, wciąż nie przestając się do mnie uśmiechać.
Przez chwilę nie potrafiłem pojąć, co takiego ma na myśli, dopiero po dłuższym momencie, dotarł do mnie sens jego słów. Zawahałem się przez chwilę.
-Peter, ja... Ja nie wyjadę- stwierdziłem, pierwszy raz z równą stanowczością i pewnością.- Przepraszam- dodałem prędko.- Przemyślałem to dobrze i doszedłem do wniosku, że to nie jest dobry pomysł.
-Wiem- przerwał mi łagodnie, bez cienia zdenerwowania czy irytacji.- To ja wyjeżdżam.
-Jak to "wyjeżdżasz"? Dokąd?
-Nie wiem- wzruszył ramionami, odrobinę bezradnie.- Ale słyszałem, że to miłe miejsce.
-To jakieś... Jakieś senatorium? Inny szpital?- dopytywałem, nadal nie mając pojęcia, o czym on właściwie mówi.
-Mam nadzieję, że nie- zachichotał, rozbawiony.- Nie martw się o mnie, Luca. Zawsze jesteś taki zmartwiony.
-Jadę z tobą- stwierdziłem, podrywając się z łóżka, gotów w tym momencie zacząć się pakować i wyjechać z nim choćby w tej chwili, ale on rzucił:
-Nie, Luca...
-Dlaczego...?
-Wrócę po ciebie- odpowiedział, śmiejąc się lekko.- Wrócę, jeśli to miejsce będzie tak fajne, jak słyszałem i zabiorę cię ze sobą. Ale teraz muszę jechać sam.
-W... W porządku...- zgodziłem się, siadając na brzegu łóżka, mocno oszołomiony.
-Dobranoc, Luca- szepnął, uśmiechając się delikatnie.
-Dobranoc, Peter...- odpowiedziałem, obserwując, jak odwraca się i wychodzi.
Poczułem na sercu dziwną lekkość.

Obudziłem się z samego rana, od razu przypominając sobie to, co zdarzyło się tej nocy. Już z pierwszą swoją myślą uświadomiłem sobie, jak strasznie absurdalne i nieprawdopodobne było to zdarzenie. Sen... Tylko sen. Parsknąłem cicho, kręcąc głową w geście politowania dla samego siebie i zerknąłem na zegarek.
-Cholera...- mruknąłem, zrywając się z miejsca.
I znowu zaspałem. Peter pewnie już na mnie czeka.
Chociaż nie... Przecież powiedziałem mu, że wyjadę. Musiałem się z tego szybko wykręcić, to absolutnie nie wchodziło w grę. Ubrałem się szybko i wyszedłem, biorąc ze sobą te pieniądze, które wręczył mi wczoraj. W głowie cały czas miałem mój dzisiejszy sen. Dziwne. Peter nigdy wcześniej mi się nie śnił, a przynajmniej nic takiego nie pamiętałem.
W szpitalu pojawiłem się jakieś pół godziny później.
I znowu skierowałem swoje kroki w kierunku dobrze znanej mi sali, idąc tym samym korytarzem, co zwykle, jak zwykle do tej samej osoby. Ale coś jednak było inaczej. Co? Nie wiedziałem.
Jak zwykle spotkałem na swojej drodze tą pielęgniarkę.
-Dzień dobry- uśmiechnąłem się do niej radośnie, ale ona się nie uśmiechała.
Poczułem w sobie jakieś ukłucie, coś na kształt paraliżującego strachu, który zrealizował się w jej słowach, wypowiedzianych szeptem:
-Odszedł tej nocy.

14 komentarzy:

  1. Anonimowy8:58 PM

    Acha,nie jestem z siebie wydusić nic konstruktywnego. Ryczę jak bóbr przez ciebie. To było takie piękne! ;___;

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy9:21 PM

    Siedzialam sobie na fotelu. Nudzilam sie. Nagle przypomnialam sobie ze przeciez dzisiaj sroda! Trzeba spr czy silencio cos napisala! Wchodze wiec tutaj nowy one shot. Pomyslalam: ok, niech bedzie, chociaz czekam na amadeusza. "Jedyny" byl zajebisty wiec ten tez bedzie. Skonczylam czytac. Placze, a moja mama sie pyta co mi jest. A ja na to: silencio jak zwykle pazernie ukradla moje serducho! Moja mama patrzy na mnie jak na wariatke i o nic wiecej nie pyta. A ty slonce pisz wiecej. Jestes swietna ;)
    Ophelia

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy9:47 PM

    W każdym jednym zdaniu było tyle emocji, smutek, radość, żal, to było po prostu wspaniałe, czytałem jak w transie nie mogąc oderwać oczu od tekstu. Najbardziej podobała mi się część nad jeziorem ( nie, nie ta konkretna część o której myślicie
    :D, tylko tak ogulnie ta ich randka ).
    To było piękne, tak piękne, że choć przez łzy nie w moich oczach, ledwo co piszę ten komentarz, to i tak się uśmiecham. Tylko ty potrafisz w ten niesamowity sposób, zrobić smutny happy end :):(, jesteś wspaniała:*
    Pozdrowienia i weny życzenia przesyła twój fan
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy12:16 AM

    straszne ... potworne ... dołujące ...
    przeciorało mnie tam i z powrotem po najciemniejszych zakamarkach duszy ...
    i wypłynęło kroplami smutku i buntu ...
    PIĘKNE ... poruszające ... zmuszające do poznania każdej litery aż do końca i potem od początku z nadzieją, że może pisze coś innego ... że może wyczytam coś innego ... i znów ... znów ... i znów ... i ...

    ...
    Masz na sumieniu paczkę papierosów i sporą część rolki papierowego ręczniczka i załzawioną klawiaturę :)
    pozdrawiam
    mrk

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobra... Ryczę sobie i ryczę i ryczę... I skończyć nie mogę... ;__;
    Uch, cudne...!

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy11:45 PM

    O rany. Drugi raz się nie dałam (pamiętam to opowiadanie, w którym też jeden umiera. wtedy prawie rozpadłam się na kawałki.) i jest dobrze. czekam na coś innego (wiesz na co.).

    a, i pamiętaj: nigdy nie pisz z przymusu, nie wymyślaj dalszego ciągu na siłę. pisanie ma ci dawać przyjemność i satysfakcję. myślę, że i tak każdy zaczeka, bo twoje opowiadania są tego warte.

    do następnej notki. D.

    PS. ah, paczka papierosów!!! ... a ja siedzę o suchym pysku.

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy7:49 PM

    Ja nie mogę. Takie słodko-gorzkie historie są... Nie wiem. Niesamowite. Tak cholernie przygnębiające. Z tego co widzę, nie tylko we mnie wzbudziłaś tak silne emocje, że łzy same płyną z oczu.
    Łzy czytelników. I to nie pierwszy raz. To jest chyba ogromny sukces dla Autora, czyż nie?
    Moje gratulacje.
    Cierpliwie czekam na kolejne rozdziały. Nie zawsze przecież musisz mieć natchnienie do pisania i każdy powinien to doskonale zrozumieć.
    Jesteś najlepsza.
    J.

    OdpowiedzUsuń
  8. Głupio tak płakać w McDonalddzie nad iPodem i roztopionym lodem. Piękne, naprawdę piękne. Szkoda tlko, że od razu wiadomo było co się stanie z Peterem... Nie dałoby się zrobić z tego czegoś dłuższego, ale żeby Peter przeżył <--- Nadzieja głupiej XDD

    OdpowiedzUsuń
  9. ja nie mogę... poruszyła mnie ta historia, a to nie często się zdarza. :)
    To jest świetne. Z jednej strony smutne, a z drugiej z humorem :) Prawie się popłakałam, ale to chyba dobrze. :))

    pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy11:56 PM

    Płaczę jak bóbr i nie jestem w stanie inaczej wypowiedzieć się na temat tego opowiadania, jak tylko stwierdzić, że jest cholernie smutne, dołujące a zarazem piękne i takie... realne?
    [Delilah]

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy11:21 PM

    Czy to normalne płakać nad opowiadaniem?
    Odpowiem sobie na to pytanie... : Nad tym owszem .
    Dlaczego ? :(
    Wiedziałam ,że Peter umrze , ale aż do końca była nutka nadziei, że przeżyje.
    Szkoda Luci... stracić coś co , okrutny los dał mu bardzo niedawno. :(
    Ehh... Okrutna śmierci, jak ty kochasz swe poczucie humoru ;(
    Życzę mnóstwa weny , my fair lady :*

    Czekoladowy Mello

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy11:09 AM

    Cudowne. I takie smutne. Piękne i pełne tragedii :<
    Miałam ochotę rzucać się po podłodze i płakać, jakby to mój ukochany właśnie umarł. Tylko ty potrafisz tak poruszyć, silencio <3

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy6:08 PM

    Od początku podejrzewałam co się stanie z Peterem, jednak ciągle miałam nadzieje, że chłopak przeżyje, cudownie ozdrowieje. Liczyłam na ten happy end, ale niestety takie rzeczy się zdarzają.
    Jak zawsze, piszesz cudownie. Kocham twój styl pisania, chociaż twoje opowiadanie bardzo mnie wzruszają i nakłaniją do refleksji.


    Good

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy7:15 PM

    Wiem, że znowu to napisze alee... taak... Tego opowiadania także całego nie przeczytałam. Nauczona doświadczeniem luknęłam na koniec. I co zobaczyłam? Wiedziałam, że tak właśnie będzie... Dlaczego Ty mi to robisz? Dlaczego kończysz takie piękne opowiadania śmiercią? Czym ja sobie na to zasłużyłam? Albo raczej czym sobie nie zasłużyłam na szczęśliwe zakończenie? Ta straszna gula w moim gardle, powstrzymująca mnie przed totalnym rozklejeniem - jak ja tego nienawidzę. Co nie zmienia faktu, że naprawdę lubię Twoje opowiadania. Na pewno jeszcze wrócę do tej historyjki. Wrócę jak będę chciała się wypłakać, ale jak na razie wolę się cieszyć tym moim życiem, i śmiać.
    Zuza

    OdpowiedzUsuń