Strony

sobota, 24 września 2011

Dobry wieczór

Przepraszam, że tak długo i w przepraszam za jakoś rozdziału, która nie jest, lekko mówiąc, najwyższa. Informuję was, że w wypadku pisania "Chaosu", rozdział będzie się ukazywał raz w tygodniu, a nie dwa razy. A że teraz akurat piszę rozdział trzeci, kolejnej publikacji spodziewajcie się w sobotę.

Enjoy.

§ 12 § [YFM]

Minęło już tyle czasu. Georgina była bliska rozwiązania, ostatnimi czasy trudniej było ją spotkać, bo nie wychodziła już prawie z domu. Edalis nieustannie rozprawiał radośnie o swoim przyszłym wnuku lub wnuczce, chociaż zaznaczał za każdym razem, że jest niemalże pewien tego pierwszego. Zmieniła się jedna z karczmarek, wschodnie skrzydło gospody pozostawało w remoncie, a w środku miasta wybudowano piękną, kamienną fontannę. Może gdyby nie te wszystkie zmiany, Absalom nawet nie zdawałby sobie sprawy z upływu czasu, bo w jego życiu wszystko pozostawało dokładnie takie samo. Wciąż nie pozbył uciążliwych myśli, które dręczyły go nieustannie, raz sprawiając wrażenie niebezpiecznych wręcz dziwactw, to znów wydając mu się ledwie niewinnymi marami. Bał się, że któregoś dnia się zdradzi. Bał się, a zarazem podświadomie czuł czasami, że gdyby Mortalis wiedział, łatwiej byłoby mu to zrozumieć, dowiedzieć się, czym jest to nietypowe uczucie, czym są te sny, te myśli, doprowadzające go do szaleństwa, na przemian wprawiające go w stan otępienia i niezrozumiałej euforii.
I znowu z okna gospody Edalisa obserwował spacerujące pary, ale już mniej tęsknie niż kiedyś. Teraz instynktownie szukał pośród nich czegoś więcej, chociaż sam jeszcze nie wiedział czego.
-... oby wdał się w nią... to taka śliczna dziewczyna! Ale jeżeli to będzie chłopak... A to będzie chłopak, chłopcze, czuję to... To właściwie powinien mieć coś z ojca... Ale co to za ojciec! Moja Georgina jest bardziej męska niż on! Ach, gdyby ktokolwiek mnie słuchał zawczasu...
-Widziałem coś... coś dziwnego...- rzucił w zamyśleniu Absalom, nie przyjmując do świadomości ani słowa z tego, co powiedział przed chwilą mężczyzna. Edalis spojrzał na niego pytająco- Dwóch... Dwóch mężczyzn... Szli miastem i...- zawahał się wyraźnie- I trzymali się za ręce- dodał po chwili, pąsowiejąc. Czuł się zażenowany, zawstydzony, miał nadzieję, że to kłamstwo go nie zdradzi.
-Ach...- Edalis pokiwał głową ze zrozumieniem i machnął lekceważąco dłonią- To normalne...
Absalom podniósł na niego wzrok, wpatrując się w niego zdumiony, a w jego sercu przez chwilę zagościło coś na kształt ulgi. Nie na długo.
-To znaczy to wcale nie jest normalne- sprostował natychmiast Edalis, wprowadzając go w stan zupełnego rozstrojenia i jeszcze większej niepewności- Ale wiesz, chłopcze... My mężczyźni... Mamy pewne potrzeby...- mężczyzna odkaszlnął znacząco- A że młode chłystki często zaciągają się do armii... A jak mówię, mają swoje potrzeby... Nie ma kobitek i... No, chłopcze, nie trudno się domyślić, prawda? I podobno niektórym tak zostaje. Ale to rzeczywiście dziwne, raczej się z tym nie obnoszą... Gdzie ich widziałeś?
-Nie wiem... Nie wiem, nie pamiętam- spłoszył się natychmiast Absalom, odwracając wzrok w kierunku okna i zaczesując nerwowym gestem pasemko włosów za ucho.
Ulga zniknęła. Jej miejsce zajął lęk i niezrozumienie. On przecież nie był w wojsku. Nie był odizolowany od świata, wbrew temu, co mówił Edalis. Bywał w mieście. Czasem widział, jak panny spoglądają na niego z nieśmiałym uśmiechem, ale udawał, że tego nie widzi. Zawsze był za młody, za młody na to, żeby się tym zajmować, zawsze mu się wydawało, że ma czas, zupełnie tak, jakby wyobrażał sobie, że ta odpowiednia spadnie nagle z nieba albo będzie potrzebowała pomocy niczym księżniczka uwięziona w wysokiej wieży, a on, bohater, pojawi się przy niej i niespodziewanie okaże się, że to właśnie ona. Ale zawsze, ilekroć o tym myślał, zaraz nachodziła go refleksja, że dziewczyna byłaby jedynie niepotrzebnym obciążeniem dla Mortalisa, a bez niego nie wyobrażał sobie przecież funkcjonowania. A teraz był już odpowiednio dojrzały i coraz częściej Edalis wypominał mu, że w tym wieku powinien szukać już sobie wybranki, a on... A on miał swojego wybranka. Chciało mu się śmiać na samą myśl, ale to był gorzki śmiech, w którym kryło się przerażenie i niepewność.
Ciężko było chyba o większe dziwactwo. Ale to nie był przecież jedynie jakiś etap, nie moment, nie chwila. Te sny, te myśli, ciągnęły się za nim stanowczo zbyt długo i stopniowo traciły swoją pierwotną niewinność. Czy gdyby powiedział o tym Mortalisowi, zareagowałby tak samo? A może byłby zdenerwowany? Zrozumiał by, czy jednak uznałby to za coś niezdrowego. A może to było niezdrowe. Absalom nie mógł przestać tego roztrząsać. Mamił się złudzeniami i karmił wspomnieniami. Każdą myślą, którą mu poświęcił, każdą chwilą, w której byli razem, w której czuł, że są sobie bliscy, bliscy inaczej. Rozpamiętywał jego słowa, uśmiechał się do siebie z dziecinnym rozmarzeniem, czując w sobie przyjemne ciepło. A moment później znowu wracały do niego smętne obrazy, szorstkie zachowanie mężczyzny, jego pobłażliwość, świadomość, że w oczach Mortalisa nie jest nikim szczególnie wartym uwagi, niczym więcej, jak tylko tym dzieckiem, znalezionym przed kilkunastoma laty.
-Ile to już dni...?- Edalis upił łyk herbaty i zerknął uważnie na chłopaka.
-Dwadzieścia trzy...- szepnął Absalom bez chwili zastanowienia. Odruchowo już odliczał kolejne doby, z każdą czując się coraz bardziej zmęczony, wytrącony z równowagi i stęskniony. W ostatnich dniach zupełnie opadł z sił, tak bardzo, że nawet nie zajmował się szczególnie domem, ani sprzątaniem, ani zakupami. Wychodził rano, zatrzymywał się w karczmie Edalisa, siedział tam do popołudnia, wracał i nagle okazywało się, że zastała go noc, a on nie potrafił sobie przypomnieć, co właściwie konkretnego robił. Bez Mortalisa zachowywał się jak ślepiec, wyrzucony na jakimś pustkowiu, który nie ma pojęcia dokąd iść, ani po co iść, nie widzi ani celu, ani drogi.
-Ech, tam, chłopcze! Potrafił znikać na kilka miesięcy, co tam dwadzieścia dni!- zaśmiał się głośno Edalis i oparł się o stół, z trudem podnosząc się z miejsca. Mebel skrzypnął głośno pod wpływem jego ciężaru. Mężczyzna ruszył powoli do przodu, zatrzymując się jeszcze na chwilę przy Absalomie- Mówię ci chłopcze, daję słowo, że dzień śmierci tego... Chociaż nie, ja właściwie pewnie nie dożyję jego śmierci. Czasami gotów jestem uwierzyć w te bajeczki na temat jego cudnego wdzianka... Ale to nie żadne czary-mary, to po prostu szczęście. Szczęście i rozum, a tego drugiego, mimo całego jego dziwactwa, nie mogę mu przecież odmówić. Chociaż gdybyś ty mnie nie odwiedzał, pewnie dawno pomyślałbym, że zdechł. Słowo daję, sto lat go tu nie było! Wielki pan, trzeba mu listownie donosić, komu powinien uciąć łeb, już nawet targować się nie chce, a kaprysi jak panna na wydaniu...- wymamrotał Edalis, kręcąc potępiająco głową, po czym raz jeszcze uśmiechnął się do zdezorientowanego chłopaka i ruszył powolnym, posuwistym krokiem w stronę lady.
Absalom czekał na niego jeszcze przez kilkanaście minut, ale w końcu zostawił jedynie niedopitą herbatę i wyszedł bez pożegnania. Snuł się po mieście jak cień, obszedł kilka razy fontannę, obserwując bawiące się wokół niej dzieci, a później skręcił w wąską uliczkę pomiędzy domostwami. Słyszał dobiegające z otwartych okien odgłosy sporów i kłótni, śmiechy i rozmowy i czuł się tak, jakby nagle trafił do zupełnie innego świata. Miasto, wielkie miasto, pełne ludzi, z których każdy był zupełnie inny, każdy miał swoje własne sprawy i sprawki, ale mimo tego wszystkiego, każdy z nich żył w jakiejś wspólnocie. Wspólnocie, która choć czasem objawiała się pełnym zazdrości donosem na sąsiada albo mało przyjemną uwagą rzuconą za plecami, sprawiała jednak wrażenie dobrze zorganizowanej i mimo wszystko, na pewien sposób, nawet sympatycznej. Absalom czuł się tu źle, źle reagował na hałas, na tłok, na krzyczących ludzi, codzienne sprzeczki i sytuacje, które były przecież zupełnie naturalne. I ta wspólnota też taka była. Wspólnota ludzi, istniejących obok siebie, których losy były ze sobą nierozerwalnie związane. I mimo wszelkich trudności wynikających z kłopotliwego współżycia, nie licząc jednostek, ta wspólnota działała jednak w imię jakiegoś wyższego dobra, dobra całości. To, co do tej pory wydawało się Absalomowi uciążliwe, nagle zaczęło się w jego oczach jawić jako pewnego rodzaju szlachetność, niemalże bohaterstwo. Bohaterem zdawała mu się i kobieta, pracująca ciężko na swoim polu, by zapewnić żywność swojemu potomstwu, i kupiec, nieustannie oszukujący i tłumaczący się brakiem umiejętności w rachowaniu, który jednak dostarczał mieszkańcom miasta potrzebnych im rzeczy, i żebrak, który od zawsze siedział dokładnie w tym samym miejscu, stanowiąc niejako część obrazu tego świata i chociaż plotki głosiły, że dorobił się już na tym całkiem sporego majątku, nieustannie tak samo poruszał Absaloma, który nie szczędził mu kilku drobniaków. I ci wszyscy ludzie, kobiety, mężczyźni, dzieci, zdawali się działać w imię czegoś wyższego, ważniejszego. A Absalom... Absalom miał Mortalisa, który był dla niego właściwie całym światem, sensem wszystkiego. Wszystko, co robił, robił dla niego albo ze względu na niego. Poczuł w sobie po raz kolejny pustkę, teraz wynikającą z zupełnie innej przyczyny, ze świadomości, że może powinien żyć tutaj, pomiędzy tymi ludźmi, pomóc im jakoś, zrobić cokolwiek, by żyło im się lepiej. Zawstydził się na samą tą myśl, jakby oznaczała ona zdradę jego dotychczasowego trybu życia. Może Edalis miał rację, może rzeczywiście tkwiło w nim coś na kształt tęsknoty, tęsknoty za tym wszystkim, za życiem, które gwarantowało coś więcej prócz oczekiwania i wspólnej samotności, ale i tak zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest w stanie tych rzeczy ze sobą pogodzić. Nie mógł być szczęśliwy pośród mieszkańców miasta, nie mając obok siebie Mortalisa. A będąc z Mortalisem, musiał się pogodzić z tym, że nigdy nie będzie czuł się do końca spełniony, nigdy nie będzie miał świadomości, że uczestniczy w czymś istotnym, że komuś naprawdę pomaga, że jest coś w stanie zmienić i rzeczywiście to robi.
Aż przystanął, zaskoczony swoimi własnymi myślami. Zaśmiał się cicho, kręcąc głową. Ach, ależ mu się trafiły młodzieńcze dylematy...
Gdy zawrócił, zaczynało się już ściemniać. Przeszedł przez lasy i gdy tylko znalazł się w pobliżu swojego maleńkiego domu, nie, ich maleńkiego domu, poczuł w sobie coś tak niesamowitego, że aż nie mógł się nadziwić, że jeszcze chwilę temu naprawdę zastanawiał się nad przeniesieniem się do miasta, tego hałaśliwego, rozgadanego, wiecznie mającego problemy miasta. Tu było cicho, spokojnie, swojsko... Teraz ta cisza zdawała się kontrastować z hałasem na rynku jeszcze bardziej niż zwykle. Absalom wszedł do domu, wciąż uśmiechając się do siebie leciutko rozbawiony. Pierwszy raz od tych kilku dni, jego ponure jeszcze chwilę temu rozmyślania, wprawiły go, właściwie, w dobry nastrój.
Nucąc coś cicho, przeszedł kilka kroków i w tym momencie dostrzegł na podłodze plamkę krwi. Zatrzymał się, zdumiony. Kawałek dalej znajdowała się kolejna, następna, dużo większa, tuż przy drzwiach prowadzących do pracowni Mortalisa. Absalom podszedł do nich niepewnie. Dostrzegł szkarłatny ślad także na klamce.
-Mortalis...?- zapytał cicho- To ty...?
-Tak- padła zza drzwi ledwie słyszalna odpowiedź.
Absalom oparł dłoń na klamce i zagryzł nerwowo wargę.
-Wszystko w porządku...?
-Tak.
-Na pewno...? Zauważyłem krew...- rzucił zaniepokojony.
-W porządku. Zostaw mnie, Absa.
-Dobrze- zgodził się Absalom, nie odsuwając się jednak od drzwi. Słowa mężczyzny wcale go nie uspokoiły. Wracał już czasem ranny, mniej lub bardziej, ale nigdy wcześniej Absalom nie znalazł śladów krwi ani niczego takiego. Miał ochotę zapukać i raz jeszcze zapytać, czy czuje się dobrze, ale ostatecznie po prostu nacisnął klamkę i zajrzał niepewnie do środka.
To, co zobaczył, zupełnie go przeraziło. Mortalis siedział na podłodze, rozebrany do połowy, z rozległymi ranami na klatce piersiowej, które usiłował nieudolnie, samodzielnie opatrzyć.
-Mortalis!- chłopak doskoczył do niego natychmiast, zabierając bandaże z jego dłoni. Mężczyzna spojrzał na niego ledwie przytomnie. Obok niego leżała przesiąknięta krwią koszula. Absalom pierwszy raz widział go w takim stanie- Daj... Daj, zrobię to...- rzucił gorączkowo, drżącymi dłońmi, szybko obwiązując ranę i usiłując zatamować krwawienie- Co się stało...?- szepnął przejęty, ale nie uzyskał odpowiedzi. Mortalis pochylił się lekko do przodu, a jego twarz zakryły włosy- Mortalis!- Absalom spojrzał na niego z lękiem, nie będąc pewnym, czy w ogóle jest on świadom tego, co się wokół niego dzieje- Mortalis!
-Zostaw mnie, Absa- szepnął raz jeszcze mężczyzna, usiłując odsunąć chłopaka od siebie.
-Nie ma mowy!- zaprotestował gwałtownie chłopak- Chodź... Chodź, proszę...- chwycił go w pasie, podnosząc do pionu. Mortalis oparł się na nim całym ciężarem ciała, a Absalom zachwiał się lekko, ale udało mu się go podtrzymać i przyprowadzić do pokoju. Usadził go na swoim łóżku, bo było bliżej- Połóż się- polecił chaotycznie, chwytając za poduszki i podkładając je pod głowę mężczyzny.
Mortalis mruknął coś zupełnie niewyraźnie, przymykając powieki. Oddech miał płytki i nierówny, sprawiał wrażenie, jakby spał. Absalom dotknął dłonią jego rozpalonego czoła. Zapalił jedną ze świec, oświetlając nieco pomieszczenie, a następnie przysiadł na brzegu łóżka, nie wiedząc zupełnie, jak powinien się zachować. Mortalis nigdy wcześniej nie wymagał jego opieki, nie pod tym względem, nigdy też nie był równie bezradny i wymagający pomocy. Absalom zupełnie stracił głowę. Nie wiedział, jak powinien mu pomóc. Był słaby, kompletnie bezradny, zdezorientowany. Ścisnął dłoń Mortalisa, czując narastającą panikę. Jak bardzo chciałby mieć teraz w pobliżu kogokolwiek, kto byłby mu w stanie pomóc. W pierwszym odruchu chciał biec do miasta, do Edalisa, pytać go o jakiegoś uzdrowiciela, medyka... Ale bał się zostawić mężczyznę samego, bał się, że coś mu się stanie pod jego nieobecność. Chłopak poczuł, jak łzy napływają mu do oczu. Potrzebował dłuższej chwili, żeby wziąć się w garść, ale w końcu podniósł się i chwycił za misę wody, po czym zamoczył w niej chustę, by zrobić okłady.
Usiadł ponownie u boku mężczyzny i czuwał.

To była ciężka noc. Absalom nie zmrużył oka, nieustannie krzątał się po pomieszczeniu, zmieniał okłady i sprawdzał, czy opatrunki mężczyzny nie przesiąknęły krwią, przez co nie pozwalał zasnąć także Mortalisowi. Ten wydawał się być jednak ledwie przytomny, co jakiś czas otwierał oczy, rozglądał się po pomieszczeniu, jakby nie wiedział, co się wokół niego dzieje i mamrotał coś nieskładnie albo miotał się niespokojnie. Absalom starał się jak mógł skoncentrować wyłącznie na pomocy mężczyźnie, ale nie potrafił wyzbyć się targających nim emocji ani czarnych myśli, które nieustannie do niego powracały. Przecież to w końcu musiało się zdarzyć. Biorąc pod uwagę tryb życia Mortalisa, jego zajęcie, taka sytuacja była wręcz nieunikniona. A gdyby nie znajdował się wystarczająco blisko domu? A gdyby zasłabł w drodze, z daleka od wszystkich, gdyby opadł z sił... Nie chciał sobie tego wyobrażać, ale nie potrafił przestać. Nie mógł być spokojny, nie wiedział, jak poważne są obrażenia mężczyzny ani nie umiał się nimi profesjonalnie zająć.
Gdy zaczynało świtać, gorączka Mortalisa wyraźnie spadła i mężczyzna zapadł w sen. Absalom również przysnął w końcu, wyczerpany, siedząc przy stole, z głową opartą na jego blacie. Obudził się po niecałej godzinie i natychmiast podszedł do łóżka mężczyzny.
-Mortalis...- szepnął z ulgą, widząc, że ten jest już przytomny. Mężczyzna spojrzał na niego, nie odpowiadając ani słowem- Co się stało?- zapytał chłopak, po czym zdał sobie sprawę z tego, że to nie jest odpowiedni temat na tę chwilę i dodał- Przepraszam... Nie ruszaj się, dobrze?- szepnął, dostrzegając, że Mortalis usiłuje się podnieść- Zaraz zmienię ci opatrunki.
Przeszedł do bocznego pomieszczenia i wyjął z jednej z szafek bandaże. Usłyszał skrzypnięcie łóżka dobiegające z sypialni. Gdy do niej wrócił, zobaczył, że mężczyzna siedział już na posłaniu i starał się wstać.
-Nie rób tego- rzucił natychmiast, podchodząc do niego i usiłując go powstrzymać, ale Mortalis odsunął go od siebie stanowczo i w końcu udało mu się stanąć na nogach, chociaż już na pierwszy rzut oka widać było, że jest bardzo wyczerpany. Ruszył powoli do przodu. Na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Zgiął się lekko, chwytając za obandażowane miejsce, po czym doszedł wreszcie do przeciwnej ściany i oparł się o nią całym ciężarem ciała- Mortalis! Co ty wyrabiasz...?- Absalom znowu ruszył w jego kierunku, usiłując mu pomóc, ale mężczyzna nie chciał nawet ruszyć się z miejsca.
-Zostaw mnie, Absa- odpowiedział tylko, zupełnie tak jak wcześniej.
-Przecież jesteś ranny!
-Czuję się dobrze.
-Bzdura!- żachnął się chłopak, aż nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Chociaż chyba nie mógł oczekiwać od mężczyzny uległości pod tym względem- Musisz wrócić do łóżka i odpoczywać, bo inaczej będzie się źle goiło!
-Wszystko ze mną w porządku- powtórzył raz jeszcze Mortalis, doprowadzając Absaloma do stanu bliskiego desperacji.
-Nie możesz się ruszyć.
-Zostaw mnie, Absa.
Chłopak raz jeszcze starał się go poprowadzić w kierunku łóżka, ale mężczyzna nadal mu się opierał. Absalom odsunął się nieco, nie zamierzając jednak kapitulować.
-I co teraz?- zapytał, wpatrując się w niego bez zrozumienia.
-Z czym...?- rzucił w odpowiedzi mężczyzna, jakby naprawdę nie rozumiał.
-Zobacz na siebie, ledwie się ruszasz! Wróć do łóżka, zrobisz sobie krzywdę!
-Daj mi spokój, Absa...- odpowiedział Mortalis z wyraźną niechęcią- Dam sobie radę sam.
Chłopak aż parsknął z niedowierzaniem. Czy on naprawdę nie widział, w jakim jest stanie? A może widział, ale to do niego nie miał zaufania. Mortalis, jakby na dowód swoich wcześniejszych słów, wyprostował się i przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym zachwiał się gwałtownie i gdyby nie szybka reakcja Absaloma, z pewnością by upadł.
-Wracasz do łóżka- zadecydował chłopak ze stanowczością, jaką rzadko dało się słyszeć w jego głosie. Mortalis zaprotestował po raz kolejny, ale tym razem nie miał już tyle siły, by oprzeć się Absalomowi, co jeszcze bardziej świadczyło o jego złym stanie. Chłopak doprowadził go z powrotem do łóżka i usadził na nim, po czym usiadł obok i zdjął z niego wczorajsze opatrunki. Część przylepiła się do ciała, razem z zaschniętą krwią, ale Mortalis nawet nie drgnął, gdy Absalom je odrywał.
-Absa, pospiesz się...- rzucił z niezrozumiałym zniecierpliwieniem, gdy chłopak zabierał się za delikatne przemywanie jego ran.
-Boli cię?- zmartwił się Absalom.
-Nie. Po prostu się pospiesz.
Chłopak zacisnął wargi, nie przerywając jednak swojego zajęcia i nadal wykonywał je z równą dokładnością. Mortalis sprawiał wrażenie wytrąconego z równowagi i opryskliwego, a to kontrastowało z jego zwyczajowym spokojem, wręcz nienaturalnym spokojem.
-Powinien cię zobaczyć medyk- stwierdził niepewnie chłopak, zaczynając na powrót obwiązywać jego rany bandażami- Nie wiem, czy... czy robię wszystko jak należy... Jeżeli chcesz, pójdę po Edalisa i...
-Nie. Dobrze wiesz, że nikt nie powinien tu przychodzić.
Absalom aż parsknął z niedowierzaniem.
-Przecież potrzebujesz pomocy.
-Przecież jestem mordercą...- mężczyzna spojrzał na niego pobłażliwie.
-Nie każdy cię rozpoznaje.
-I wolę żeby tak zostało.
Absalom zagryzł nerwowo wargę, starając się uspokoić emocje. Skończył opatrywać Mortalisa, który chwilę potem, jakby w wyrazie kapitulacji, położył się, chociaż już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że nie czuje się komfortowo. Absalom z trudem przywołał uśmiech na twarz.
-Nie byłem ostatnio na zakupach, więc nie ma w domu zbyt wiele, ale zaraz postaram się coś znaleźć.
-Nie jestem głodny.
Mina Absaloma zrzedła.
-Ale... Przecież od wczoraj...
Mortalis odwrócił twarz w kierunku okna i rzucił:
-Zostaw mnie, Absa.
Absalom westchnął głęboko. Zastanawiał się, ile jeszcze razy usłyszy to zdanie.

sobota, 17 września 2011

Dobry wieczór :)

Wybaczcie, że tak długo, i tak dalej, ale ten rozdział naprawdę zabrał mi dużo czasu i energii. No i ogólnie jest jak jest, następnym rozdziałem będzie zapewne (?) Sunrise, później... eee... Nie wiem, ale w przyszłym tygodniu oszczędzę wam i sobie pisania mojego nowego opowiadania :D. Poza tym dodałam świetny rysunek Deirdre, której bardzo dziękuję :)

Ach, i jeszcze... Trochę miałam problemy z kopiowaniem (może za duża ilość stron...?) więc gdyby były jakieś błędy to krzyczcie. 

Enjoy, enjoy.

Rozdział 2

by: Deirdre

To był letni, ciepły wieczór, a mimo tego, w gęstniejącym na zewnątrz mroku, ciężko było cokolwiek dostrzec. Amir nigdy wcześniej nie przeżył czegoś podobnego, nigdy czegoś podobnego nie doświadczył ani nie zobaczył. Niebo, które w jednej chwili zaszło czarnymi chmurami, uginające się pod ciężarem niewyczuwalnego wiatru drzewa i to uczucie, uczucie lęku i niezrozumiałej paniki, które przeszyło go boleśnie na wylot... Amir uważał siebie za człowieka, którego wyjątkowo trudno było przestraszyć, ale nawet on nie mógł pozostać wobec czegoś takiego obojętny. Pod pozorną maską spokoju, ukrywał przerażenie i nawet teraz, będąc w komnacie wuja, nie mógł się powstrzymać od wyglądania przez jej okrągłe okna i wpatrywania się w niebo.
Wokół panowała absolutna, niczym niezmącona cisza. Trudno było chyba nawet dosłyszeć z daleka jakiś ludzki głos. Amir miał wrażenie, że wszyscy, podobnie jak on, zamarli w oczekiwaniu na to, co się dalej stanie, niepewni i zlęknieni. Gdy szedł przez miasto, widział ludzi, szepczących do siebie z przerażeniem i ze strachem wpatrujących się w niebo, i prostych wieśniaków, i wielkich panów. I jedni, i drudzy, zdawali się być mocno wyprowadzeni z równowagi i równie zdezorientowani. Nawet kapłani, zazwyczaj z dużą chęcią wykorzystujący każdy kataklizm i poważniejsze zdarzenie, tłumacząc to interwencją bogów i skarżąc się na skąpego wobec datków na ich posługę króla, tym razem nie mieli tak wiele do powiedzenia. Pozamykali się wszyscy w swoich wielkich świątyniach, ale, co Amir odkrył bez szczególnego zdziwienia, nie zajęli się modlitwą ani błaganiem bogów o wybaczanie za uczynki niewiernego ludu, co robili w takich sytuacjach zazwyczaj, wyjątkowo głośno i  ceremonialnie, a zaczęli chaotycznie przeliczać swoje majątki, pakować się, a niektórzy nawet twierdzili, wszem i wobec, oświecił ich ten czy inny bóg, który nakazał im oddalenie się do miejsca, w którym niebo będzie czystsze, a życie spokojniejsze. Nie było jednak nikogo, kto mógłby opuścić miasto, chyba, że o własnych siłach. Amir nie był w stanie znaleźć nawet kogoś, kto dowiózłby go do zamku wuja, nie mówiąc o dłuższych wyprawach. Ludzie albo gromadzili się na ulicach, z lękiem spoglądając do góry, albo chowali się w swoich domach, modlili się o łaskę do bogów i czekali na to, co miało nadejść. Sęk w tym, że nikt właściwie nie wiedział, co miało się zdarzyć. Amir bardzo często podchodził do różnego rodzaju spraw sceptycznie, gdy duchowni po raz kolejny ogłaszali ludności, że jeżeli ci się nie poprawią, dojdzie do jakiegoś strasznego zdarzenia (co rzeczywiście zazwyczaj się sprawdzało, bo nie wiedzieć czemu, mówili o tym za każdym razem w porze, w której zazwyczaj wylewały rzeki), Amir śmiał się z tego głośno i lekceważył to. Teraz jednak nie mógł się pozbyć tego uporczywego przeczucia, że coś jest nie tak, coś jest nie w porządku, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdy wszedł do zamku wuja, dostrzegł jego służbę, przyklejoną do szyb, równie milczącą i niepewną. Nikt chyba nie miał wątpliwości, że stali się świadkiem czegoś wielkiego, czegoś, co wciąż pozostawało zagadką.
-Czułeś to...?- zapytał w jakimś odruchu szeptem, jakby każde głośniejsze słowo miało naruszać ten idealny i jakże nienaturalny stan ciszy, spoglądając na swojego wuja z uwagą. Może czuł się tak strasznie zdezorientowany, również przez jego postawę. Był przyzwyczajony do tego, że Ludwik zawsze był spokojny i ten spokój czynił samego Amira dużo bardziej pewnym. A nawet, gdy wuj nie był tak opanowany, od razu działał, by zapobiec skutkom zdarzeń, których nie udało mu się wcześniej przewidzieć. Ale teraz było inaczej. Ludwik stał nieopodal Amira, zupełnie zamyślony, niemrawy, kompletnie osowiały i pierwszy raz wydawał się mężczyźnie tak strasznie bezradny. Wuj nie powiedział nic, co mogłoby go uspokoić, nie wyszedł do ludzi, by wyjaśnić im całą tę sytuację, nie zrobił zupełnie niczego. Paradoksalnie, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zaniepokojonego niż Amir.
-Tak...- potwierdził, najwyraźniej doskonale wiedząc, o co mu chodzi.
-Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego...- stwierdził Amir, wciąż nie odrywając od Ludwika badawczego spojrzenia. Miał dziwne przeczucie, że wuj nie mówi mu o czymś, co wie, ale za każdym razem, gdy się nad tym zastanawiał, dochodził do wniosku, że Ludwik nie ma raczej ponad ludzkich zdolności i nie może nic wiedzieć o tego rodzaju zdarzeniach- Jakby... Jakby coś przeszyło mnie na wskroś... Coś lodowatego... Albo aż parzącego z gorąca... Sam nie wiem. Na początku sądziłem, że to ten... Ten pies...- był tak poruszony, że wyjątkowo zapomniał się skrzywić niechętnie przy tym określeniu- … próbuje mnie jakoś podejść, ale później spojrzałem na niego, i on wydawał się przerażony, i wtedy pomyślałem...
-... pomyślałeś, że to bogowie pokarali cię za ten pojedynek...?- Ludwik uniósł kącik ust w pobłażliwym uśmiechu, ale wyraz niepokoju nadal nie znikał z jego twarzy.
-Tak... Coś w tym rodzaju...- potwierdził Amir, uśmiechając się blado. W tamtej chwili nie wydawało mu się to równie absurdalne. Już nawet nie pamiętał, co dokładnie powiedzieli sobie w momencie zakończenia pojedynku. On i Hadrin poszli w jednym kierunku, psy czmychnęły w drugim i tyle tego wszystkiego było- Widziałeś kiedyś coś podobnego...?
-Nie...- odparł cicho Ludwik.
-Ludzie mówią... Mówią, że to koniec świata- Amir rzucił te słowa w tonie pewnego rodzaju pobłażliwości, ale musiałby skłamać sam przed sobą, gdyby stwierdził, że nie przyszło mu to wcześniej na myśl. Nie odrywał od twarzy wuja uważnego spojrzenia, jakby to z niej chciał wyczytać odpowiedź na swoje wątpliwości, ale ten wciąż wpatrywał się przed siebie z zamyśleniem.
-Może...- odparł spokojnie, ku zdumieniu mężczyzny.
Amir uniósł brwi, zaskoczony.
-Mówisz poważnie...?- zapytał z niedowierzaniem. Wuj, jego racjonalny do bólu wuj, wuj będący zawsze człowiekiem pragmatycznym i trzeźwo myślącym, nawet w sytuacjach, gdy innym puszczały nerwy i zwodziła wyobraźnia, teraz mówił coś takiego z całkowitą powagą- Chcesz powiedzieć, że... Że to bogowie... Bogowie chcą dać nam znak, że zbliża się koniec...?- dopytał.
-Wątpię. Jeżeli ktokolwiek doprowadzi kiedyś do końca świata, czy też końca ludzkości, na pewno nie będą to bogowie, ale sami ludzie...- Amir zmarszczył brwi. Coraz mniej cokolwiek z tego rozumiał- Zobacz...
Amir przeniósł wzrok z powrotem w kierunku okna. Pomiędzy ciemnymi chmurami pojawił się wreszcie przesmyk światła, który stawał się powoli coraz większy, rozdzierając stopniowo mrok.
-Rozjaśnia się- zauważył z uśmiechem.
-Tak... Pewnie wkrótce rozjaśni się całkowicie...
Amir spojrzał na wuja ze zdumieniem, ale nim zdążył o coś zapytać, w pomieszczeniu pojawił się sługa. Młody, niepozorny chłopaczek, przemknął przez królewską komnatę i podszedł do władcy, po czym stanął na palcach i szepnął mu coś do ucha tak cicho i szybko, że Amir nie był w stanie ani tego usłyszeć, ani choćby wywnioskować czegoś z ruchu jego warg. Ludwik zresztą doskonale wyszkolił swoją służbę, i o ile arystokraci spoglądali na niego raczej nieufnie i niechętnie, słudzy darzyli go niesamowitym wprost szacunkiem i wręcz sympatią. Niejednokrotnie zdarzało się, że to, czego władca nie dosłyszał na własne uszy, bo było mówione za jego plecami, docierało do niego natychmiast właśnie dzięki wszechobecnym sprzątaczkom, czy spełniającym chwilowe zachcianki i grymasy szlachty młodzieńcom.
-Niech wejdzie- szepnął Ludwik, w odpowiedzi na jego słowa. Amir dostrzegł, że na twarzy wuja pojawił się dziwny cień.
Służący skinął pospiesznie głową, na Amira łypnął cokolwiek nieufnie, a następnie wyszedł z pomieszczenia. Mężczyzna westchnął głęboko, pewien, że pojawił się tutaj zapewne jeden z przedstawicieli królewskiej rady, chcąc omówić zaistniałą sytuację albo inny bardziej doczesny i naglący problem. Jednak gdy tylko drzwi otworzyły się na oścież, przekonał się, że nie miał racji. Do pomieszczenia wszedł starszy mężczyzna, zgarbiony, oparty na prowizorycznej lasce, z długimi, śnieżnobiałymi włosami, spośród których wyłaniała się para dwóch, tego samego koloru, psich uszu. Ogona nie miał, przyodziany był jedynie w lnianą szatę, która jeszcze bardziej podkreślała nienaturalną, chorowitą niemal wątłość jego ciała.
Amir doskonale wiedział, kim był ten starzec. Widział go może ledwie kilka razy w ciągu całego swojego życia, ale słyszał już o nim to i owo. Był przywódcą potomków wilków, czyli całej tej psiej bandy, oni jednak nie nazywali go ani królem, ani władcą, ale raczej ojcem czy bratem. Lat miał mniej więcej tyle, ile Ludwik, chociaż prezentował się od niego znacznie gorzej, Amir znał dużo sprawniejszych i lepiej wyglądających siedemdziesięciolatków, ale, cóż za pech, psy nie miały zbyt długiego żywota, dlatego był on jednym z ich najstarszych przedstawicieli.
-Witaj, Ludwiku...- starzec ukłonił się na tyle, na ile był w stanie.
Amir spoglądał na niego z nieskrywaną pogardą. Zawsze kiedy go widział, mając jednocześnie w wyobraźni obraz Ludwika, dochodził do wniosku, że potomkowie wilków nie mogli po prostu lepiej wybrać swojego przywódcy. Oczywiście lepiej dla ludzi. Ludwik był prawdziwym królem, nikt nawet nie śmiał zanegować jego władzy, dobrze się trzymał, miał charyzmę, ogromną wiedzę i był lubiany przez społeczeństwo, wystarczyło, że powiedział chociażby słowo, a lud za nim podążał. Nawet arystokracja nie chciała wchodzić z nim jawnie w konflikt, bo dobrze wiedziała, że i tak poniosłaby klęskę. A on...? Głupi stary, wyleniały pies, wyglądał jak pierwszy lepszy żebrak, mówił z trudem, jąkając się i zacinając, spuszczał wzrok, gdy ktoś patrzył mu prosto w oczy i kładł uszy po sobie. Gdyby miał jeszcze ogon, pewnie podkuliłby go pod siebie ze strachu. Doprawdy więc, czy Amir nie miał racji mówiąc, że te psy muszą być nie tylko dziwne i przez tę dziwność groźne, ale też nie całkiem sprawne umysłowo...? Skoro wybierały na swego przewodnika kogoś, kto ani dobrze się nie prezentował, ani nie sprawiał wrażenia kogoś, kto potrafiłby umiejętnie i szybko podejmować ważne decyzje?
-Czego tu chcesz...?- rzucił niepohamowanie Amir, a Ludwik spojrzał na niego surowo.
Mężczyzna umilkł więc posłusznie, wyjątkowo niezadowolony. Nie cierpiał dyplomacji w wykonaniu swojego wuja i jego dziwacznych skłonności, które zawsze pchały go ku największym dziwadłom i niedoróbkom natury. Ludwik był po prostu zbyt litościwy i skłonny do ustępstw, wolał kompromisy od otwartej walki, czego z kolei Amir nie mógł pojąć ani przeboleć. Uznawał on, że jeżeli ktoś nie jest w stanie stawić rzeczywistego oporu, powinien się od razu poddać, oddać swoje ziemie, a samemu żyć na terytorium przyszłego zwierzchnika i cieszyć się tym, że udało mu się uniknąć krwawej wojny.
-Witaj, młodzieńcze...- starzec skłonił się tym razem Amirowi, bez cienia zdenerwowania czy poruszenia jego słowami- Ludwiku...- zwrócił się ponownie do władcy- Czy moglibyśmy... Czy moglibyśmy porozmawiać teraz...? Tutaj...? Na osobności...?
-Co takiego?- warknął z poirytowaniem Amir- Nie ma mowy! Wuj nie ma przede mną żadnych tajemnic, jeżeli kiedykolwiek...
-Amirze...- Ludwik spojrzał na niego łagodnie, acz zarazem stanowczo, a mężczyzna już wiedział, jakie zaraz usłyszy słowa- Zostaw nas samych, proszę. Jeżeli usłyszę coś wartościowego, nie omieszkam ci tego przekazać.
Mężczyzna nachmurzył się wyraźnie, ale nie śmiał zaprotestować i nie spełnić polecenia swojego wuja i zarazem władcy. Skinął więc niechętnie głową, rzucając staruchowi ostatnie, groźne spojrzenie i ruszył w stronę drzwi.
-Gdyby coś było nie tak, zawołaj mnie- rzucił jeszcze, zupełnie tak, jakby ten bogom ducha winny, niepozorny starzec miał się rzucić na Ludwika i zatłuc go tym nieszczęsnym kijem, na którym się opierał. Amir zamknął drzwi, ale natychmiast przylgnął do nich, mając nadzieję, że usłyszy choć skrawek z tego, o czym będą rozmawiać. Jedynym, co usłyszał, były jednak słowa wuja:
-... Wybacz mu, Canisie, jest bardzo impulsywny... Przejdźmy tutaj, będzie spokojniej...
Wyglądało na to, że obaj weszli do którejś z bocznych komnat. Amir fuknął coś pod nosem, niezadowolony. Czemu ktoś taki odwiedza Ludwika...? Pomijając już fakt, że potomkowie wilków nie mieli w zwyczaju składania oficjalnych wizyt władcom poszczególnych miast i miasteczek, ten starzec chyba tym bardziej nie miał tu czego szukać. Może i w teorii żyli ze sobą w stosunkach w miarę dobrych i pokojowych, ale chyba żaden z tych psów nie mógł liczyć na to, że ludzie zechcą z nimi współpracować czy pomagać im w ich problemach. Czegokolwiek by nie chciał, Amir już miał na ten temat swoje zdanie i ta wizyta wcale mu się nie podobała.
Rozmowa Ludwika z Canisem nie trwała jednak długo. Już po kilkunastu minutach, Ludwik zawołał Amira z powrotem do siebie, ale gdy ten wszedł do pomieszczenia, starca już w nim nie było.
-Gdzie on jest...?- zapytał niepewnie.
-Już wyszedł. Usiądź, proszę.
Amir spojrzał na wuja, zdezorientowany całą tą sytuacją. Przysiadł na kanapie, nie odrywając od krążącego wokół Ludwika uważnego wzroku. Mężczyzna wydawał się być jeszcze bardziej rozstrojony i nieswój, niż wcześniej. Milczał długo, chodząc powoli po pokoju, jakby zastanawiał się nad tym, co dokładnie powinien powiedzieć swojemu siostrzeńcowi.
-I co?- ponaglił go w pewnym momencie Amir, nie mogąc już wytrzymać- O czym rozmawialiście...?- wuj nadal milczał. Mężczyzna westchnął ciężko, zniecierpliwiony i odwrócił wzrok w kierunku okna. Oświetlające pokój świece wydawały się być już zbędne. Ciemne chmury rozpraszały się powoli i znikały. Wszystko wracało do normy- Rozmawialiście o tym...?
-Tak- potwierdził spokojnie Ludwik.
-Ach, tak!- prychnął głośno Amir- Pewnie przyszedł oskarżyć o to nas, tak?! Głupi, zabobonny starzec, wykorzysta wszystko, żeby tylko udowodnić nam, że...
-Nie- przerwał mu po prostu wuj, nie wyjaśniając jednak niczego.
-Nie...?- mężczyzna umilkł na chwilę, po czym zastanowił się i dodał wrogo- A więc to ich wina, tak?!
Ludwik pokręcił głową i stwierdził po raz kolejny:
-Nie.
Amir miał wrażenie, że tego dnia nie rozumie zupełnie nic, a zachowanie wuja stało na szczycie całej listy dziwactw, jakie go dziś spotkały. Nie odzywał się więc już więcej, na wpół poirytowany i zniecierpliwiony, na wpół zaniepokojony. Co się właściwie działo? Przecież wszystko stopniowo wracało do normy, może nawet ludzie, przeżywszy już pierwszy szok, wracali do pracy i zaniedbanych wcześniej obowiązków. Nie wydarzyło się nic strasznego, nic godnego uwagi. Amir był gotów pomyśleć, że to, czego sam był świadkiem, nie mogło być zapewne niczym innym, jak tylko pomyłką bogów albo działaniem natury, na które człowiek i tak nie ma wpływu. Więc gdyby nie był tu teraz z wujem, zapewne wcześniejsze lęki i niepokoje odeszłyby od niego w tej właśnie chwili i już nie w głowie byłoby mu zastanawianie się nad końcem świata, a zająłby się tym, czym zajmował się zazwyczaj.
-Amirze...- zwrócił się do niego wreszcie wuj- Wiesz, jak wyglądał początek naszej historii na tych ziemiach i nasze spotkanie z nimi...?
-Mhm...- mruknął mężczyzna, niezadowolony z faktu, że ich rozmowa zaczyna powoli schodzić na tematy, o których, mimo wszystko, pojęcie miał dość niewielkie. Ludwik spoglądał na niego z wyraźnym wyczekiwaniem. Amir jęknął głucho w duchu, po czym zaczął wyjątkowo niepewnie- My... Przybyliśmy tutaj... Oni już tu byli... No więc zajęliśmy część ziem i była wojna, a później kolejna... I...- wuj wpatrywał się w niego z wyraźnym politowaniem- No i... Och, do czego właściwie zmierzasz, co?- zapytał otwarcie.
-Co wiesz o bitwie, po której raz na zawsze utracili panowanie na tych ziemiach?
Amir poczuł nagle niepohamowaną chęć, by wyskoczyć przez okno i oszczędzić sobie tej męki. Cóż go obchodziła jakaś tam bitwa, która rozgrywała się kilkaset lat temu?
-No cóż... Mieli jeszcze dość liczną armię... Prawie tak liczną jak nasza....- stwierdził, chociaż nie był do końca pewien, czy mówi o tym zdarzeniu, czy jednak o innym. Tyle było w końcu tych wojen w ich historii! Wuj jednak mu nie przerywał, więc kontynuował, nadal bardzo ostrożnie- Ale wewnątrz wybuchł poważny konflikt, spora część zbuntowała się przeciwko dowódcy, który najpierw zabił inicjatorów protestu, a później, gdy ten nadal nie wygasł, wielu pozostałych żołnierzy. W dodatku część zdezerterowała, a później nagła choroba zdziesiątkowała jego oddziały.
-A mimo to zwyciężył.
Amir zmarszczył brwi.
-Pytasz mnie o tę legendę...?
Wuj skinął głową.
-Według tej legendy...- zaznaczył więc, bo szczerze mówiąc, mało wierzył w te wszystkie bajeczne zdarzenia, które znajdowały miejsce w ich historii. Ktoś, kto czytałby dawne kroniki, doprawdy musiałby pomyśleć, że jego przodkowie żyli w jakimś kompletnie innym, zaczarowanym świecie, gdzie na każdym rogu spotykali jakąś magiczną istotę albo inne dziwadło. Teraz jedynymi dziwadłami, jakie można było powszechnie spotkać, byli potomkowie wilków, więc Amirowi daleko było do uznawania wierzeń prymitywnego ludu za coś obowiązującego i prawdziwego- Ten dowódca, nie chcąc przegrać, przywołał jakiegoś demona... A ten demon umożliwił mu zwycięstwo. Ale później dowódca odwrócił się od swoich ludzi, stał się dla nich tyranem, który dzięki swym niezwykłym zdolnościom, siał wszędzie postrach i terror, doprowadzając w końcu do sytuacji, w której wszystkie okoliczne ludy i plemiona musiały stanąć ze sobą ramię w ramię i stoczyć szlachetną walkę w imię dobra...- zakończył z przesadną patetycznością, gestykulując przy tym energicznie.
-Rzeczywiście- potwierdził wuj, jakby nie dosłyszał drwiny w jego głosie- Tak właśnie było.
-Według legendy.
-A teraz ten demon narodził się ponownie.
Amir w pierwszej chwili sądził, że się przesłyszał, ale gdy raz jeszcze odtworzył w głowie słowa wuja, a później spojrzał na jego twarz i zobaczył malującą się na niej absolutną powagę... Nie wytrzymał. Parsknął śmiechem.
-Chyba żartujesz- stwierdził, mając nadzieję, że tak rzeczywiście było. Bo alternatywą dla „chyba żartujesz”, stało się nagle „chyba oszalałeś”, o co nigdy by Ludwika nie podejrzewał, ale po tym twierdzeniu zaczynał poważnie wątpić w to, czy ten jest rzeczywiście zdrowy na umyśle- Ten... Psi staruch opowiedział ci takie bzdury, tak...?
-Obawiam się, że to prawda- odparł z pełną stanowczością mężczyzna, wzbudzając w swoim siostrzeńcu już nie tyle rozbawienie, co autentyczny lęk. Lęk o stan psychiczny swojego wuja, który nigdy wcześniej nie był skory do wierzenia kapłanom, że kolejny wylew rzeki albo nieurodzaj jest wynikiem działania sił nadprzyrodzonych, a teraz, ni z tego ni z owego, wierzył, że niebo się zachmurzyło, bo narodził się jakiś demon- Nasi przodkowie opisywali podobne zdarzenia, niedawno przed tym, jak Fortis zaczął pertraktować z demonem. Pisali o nieprzeniknionych ciemnościach, głosie wydobywającym się z podziemi i uczuciu lęku, które narodziło się nagle w każdym mieszkańcu tych ziem.
Amir zmarszczył brwi, po czym raz jeszcze zerknął sceptycznie w kierunku okna. Te nieprzeniknione ciemności zdążyły już dawno ustąpić przedzierającym się przez nie promieniom słońca, głosów żadnych nie słyszał, pomijając ten dziwaczny pisk, który nie trwał jednak zbyt długo, a uczucie strachu... No cóż, może się zdarzyć, nawet komuś tak odważnemu jak on. I pomyśleć, że choć jeszcze kilkanaście minut temu, gotów był dyskutować i myśleć poważnie o końcu świata, teraz, to wszystko, czego był świadkiem, wydawało mu się nagle błahe i nieistotne.
-Nie ufasz mi, Amirze?- zapytał spokojnie Ludwik, spoglądając na niego bez cienia pretensji.
-Ufam ci- odparł zdecydowanie mężczyzna- Ale nie rozumiem...- przyznał. Gdyby nie miał do swojego wuja zaufania, nawet nie starałby się zrozumieć.
-Myślę, że stanęliśmy przed bardzo poważnym problemem, na który nie byliśmy wcześniej przygotowani... Mało kto będzie w stanie zrozumieć, po tylu latach spokoju. Ale to, o czym ci powiedziałem, jest faktem. I jeżeli nie potrafisz sobie wytłumaczyć tego w taki sposób, by stało się to dla ciebie racjonalne, po prostu uwierz w moje słowa. Wiesz dobrze, że nigdy bym cię nie oszukał.
Amir wiedział, chociaż wcale nie ułatwiało mu to przyjęcia faktu istnienia jakiegoś demona, a już co więcej, jego powrotu, do świadomości. Wydawało mu się to absurdalne, abstrakcyjne i zupełnie nierealne. Bo skąd niby ktokolwiek miałby to wiedzieć? Chwila mroku, chwila strachu, coś dziwnego i już wszyscy wpadali w panikę, tracili zdrowy rozsądek i bredzili o końcu świata. Skąd wiadomo, czy ten staruch, bo to przecież on musiał nagadać takich bzdur wujowi, nie był najzwyczajniej w świecie szalony albo na tyle wyrachowany, by wciągnąć ich w jakąś wewnętrzną gierkę.
-Pomyśl, Amirze. Dlaczego wtedy zwyciężyli?
-Dobra taktyka. Albo oszustwo.
Oczywiście w przypadku psów nie było mowy o dobrej taktyce, więc musieli oni oszukiwać. Dobrą taktykę mogli mieć tylko i wyłącznie ludzie, a nawet, jeżeli oszukiwali, to to oszustwo wchodziło w skład dobrej taktyki właśnie.
Wuj uśmiechnął się pobłażliwie.
-To nie zawsze jest takie proste.
Amir nachmurzył się nieco, ledwie powstrzymując się od uwagi, że wymyślenie dobrej taktyki jest z pewnością trudniejsze niż wzięcie sobie za pomocnika jakiegoś wysłannika piekieł. Właściwie, to patrząc z tej perspektywy, niemal zaczynał wierzyć w tą mało wiarygodną historyjkę. W końcu potomków wilków nie było stać na uczciwą walkę.
-Więc co teraz będzie?- zapytał, mimo tego, że istnienie demona i jego działalność była dla niego niczym innym, jak tylko wymysłem starczego, schorowanego umysłu, w który, nie wiedzieć czemu, wierzył także Ludwik- Ten demon znowu się tu pojawi? Zrobi nam coś? Zemści się? Jest w ogóle w stanie zrobić cokolwiek? I kto do tego doprowadził, co...? Znowu oni?
-Nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania- przyznał otwarcie władca. Amir uśmiechnął się pod nosem znacząco. Czemu się temu nie dziwił?- Ale zrobi to Canis. Jutro przybędzie tu ze swoimi ludźmi na naradę.
-C... Co?!- wykrzyknął z niedowierzaniem Amir- Jak to... Jak to na naradę...? Oni...? W naszym zamku?!
-Sytuacja kryzysowa wymaga, by dwa ludy zaczęły ze sobą współpracować, dokładnie tak jak wtedy. Mam nadzieję, że chociaż w takich warunkach, jesteś w stanie zapomnieć o swoich uprzedzeniach i działać na rzecz wspólnoty.
Amir nie odpowiedział, ale już sam grymas widniejący na jego twarzy, mógł świadczyć o tym, że ani mu w głowie udawanie, że potomkowie wilków są jego dobrymi przyjaciółmi.
-Dobrze- stwierdził wuj, chociaż jego siostrzeniec wciąż miał niewesołą minę- Pójdę powiadomić radę, a ty porozmawiaj z Hadrinem. Chciałbym, żebyśmy stawili się jutro w komplecie. Sytuacja tego wymaga.
-I co ja mam mu powiedzieć, co?- parsknął z pobłażaniem Amir- Że jakiś wyleniały pies przyszedł tutaj i stwierdził, że zagraża nam pradawny demon...?
-Najlepiej nie mów nic- odpowiedział Ludwik bez szczególnych emocji, opuszczając pomieszczenie.
-Doskonały pomysł...- skwitował drwiąco Amir, chociaż wuj nie mógł go już słyszeć.
Wszystko było tak absurdalne i nieprawdopodobne, że miał ochotę najzwyczajniej w świecie, po prostu się obudzić.

-Jak myślisz, co się właściwie stało...?- zagadnął go Hadrin, gdy zmierzali na naradę, wyraźnie zaniepokojony.
Amir wzruszył ramionami, nie bardzo wiedząc, czy uspokoić brata, że to TYLKO jakiś demon, czy zmartwić go jeszcze bardziej faktem, że to AŻ jakiś demon. A może po prostu stwierdzić, że wuj robi sobie z nich żarty albo próbuje ich sprawdzić. Niestety, jak na razie, nic na to nie wskazywało. Amir całą noc spędził na rozmyślaniach, ale nie wyszło z nich nic konstruktywnego. Przyjęcie do faktu istnienia jakiejś nadprzyrodzonej istoty (uznawał istnienie bogów, a jak na niego, to i tak było zbyt wiele) przychodziło mu z wyjątkowym trudem. Gdyby powiedział mu to ktokolwiek inny, wyśmiałby go i nie zawracałby sobie tym głowy, ale wuj był dla niego autorytetem i znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że ten nie uwierzyłby w taką banalną historyjkę, gdyby nie kryło się za tym coś większego. A może to był jakiś zabieg polityczny...?
-Wuj ci nie mówił?- dopytywał się wciąż uporczywie brat Amira. Na jego twarzy widniał wyraz takiego zatroskania, jakby wraz z informacją o niespodziewanej naradzie, zwaliły się na niego wszystkie problemy tego świata.
-Nic a nic.
-Na pewno...? Bogowie, to musi być coś pilnego... I coś ważnego, to na pewno, to na pewno... Przecież zawsze dawał nam znać wcześniej, przez gońców... Może szykuje się nowa wojna...?
-Nic mi o tym nie wiadomo- powtórzył raz jeszcze Amir, przyjmując wcześniejszą radę wuja i nie zamierzając ani słowem napomknąć o pradawnym demonie, który na kilka godzin zafundował im „nieprzeniknione ciemności” i nic poza tym. Hadrin jednak uspokoił się chyba na słowa brata. Miał świadomość tego, że Ludwik często mówi mu więcej, niż innym, więc zapewne doszedł z ulgą do wniosku, że gdyby chodziło o coś ważnego, Amir też miałby o tym jakieś pojęcie.
-W każdym razie, nie powinien chyba zwoływać narad aż tak nagle, jeśli to nic istotnego, oczywiście... Część rady była bardzo zdenerwowana... Wuj oderwał ich niespodziewanie od codziennych zajęć...
-No tak...- odparł z przekąsem Amir, kiwając głową z udawanym zrozumieniem- Mają w końcu tyle do roboty... Muszą posiać zboże, przekopać ziemię, naprawić dach...
Hadrin zachichotał i zdzielił go w bok, po czym ogarnął Amira ramieniem i weszli razem do pokaźnej sali, w której zazwyczaj obradowali. Ledwie jednak młodszy brat dostrzegł nietypowych gości, siedzących po przeciwnej stronie, zatrzymał się gwałtownie i rozejrzał, wyraźnie zaszokowany całą sytuacją.
-Och...- Amira nie było stać na bardziej wiarygodne zdumienie, ale Hadrin był tak zdziwiony, że zdawał się tego nie dostrzegać.
-Co oni tu robią...?- szepnął, zdezorientowany.
W tym momencie, drugimi drzwiami, do sali wkroczyli także arystokraci. I sądząc po ich reakcji, Hadrin nie był jedynym niedoinformowanym w całym tym towarzystwie. Słychać było pełne zdumienia okrzyki i stawiane głośno pytania, czasem mało przyjemne. Szlachta zasiadła na swoim zwyczajowym miejscu, wymieniając ze sobą komentarze:
-A oni tu czego...?
-Są wszędzie! Dosłownie wszędzie!
-Rozumiem idee jedności, ale to chyba przesada...
-... są wszędzie!
-Kiedy człowiek zaczyna się bratać z psem, tworzy się poważny problem...
-... wszędzie!
Zaś naprzeciwko szanownej rady, w przeciwnej kolumnie zasiedli potomkowie wilków, spośród których Amir rozpoznał jedynie sekundanta w swoim pojedynku, który siedział w pierwszym rzędzie, obserwując wszystko z niewesołą miną. Ale jeszcze bardziej zdumiał się, gdy dostrzegł Canisa, a u jego boku tego nieszczęsnego psa, z którym toczył wówczas pojedynek. Wydawało się, że i on go dostrzegł, ale obaj najwyraźniej woleli udawać, że jednak się nie widzą. Hadrin zajął swoje miejsce w radzie i spuścił wzrok, czując się nieco niepewny. Amir starał się kontrolować sytuację, i raz po raz, to spoglądał na pogrążoną w gorącej, a jednocześnie jednogłośnej dyskusji radę, by zaraz rzucić podejrzliwe spojrzenie w kierunku potomków wilków. Cóż za uroczy zbieg okoliczności! Znalazł się w sali pełnej ludzi (i zwierząt), których autentycznie nie cierpiał.
Gdy jednak do sali wkroczył Ludwik, wszelkie dyskusje ucichły niemalże natychmiast. Król ruszył spokojnym, niespiesznym krokiem w kierunku Canisa, który dokuśtykał do środka sali wraz ze swym młodszym towarzyszem. Widząc to, Amir dołączył natychmiast do swojego wuja.
-Witaj, Canisie...- przywitał starucha Ludwik, skinąwszy mu lekko głową. Amir nie silił się na tego rodzaju uprzejmości.
-Witaj Ludwiku...- odszepnął w odpowiedzi Canis, strudzonym głosem- To nasi najlepsi wojownicy, którzy przybyli tutaj ze mną, by poświadczyć, że nie mamy wobec was ani wrogich, ani podstępnych zamiarów. A to...- oparł dłoń na ramieniu towarzyszącego mu mężczyzny- To Nadim. Syn mojego zmarłego w tajemniczych okolicznościach brata.
-Świetnie- skwitował Amir, jak zwykle nie mogąc się powstrzymać od niezabrania głosu. Niewiele osób w towarzystwie wuja mogło sobie pozwolić na równie śmiałe zachowanie- A ja nazywam się Amir i jestem siostrzeńcem tego tutaj oto, w tajemniczych okolicznościach wciąż żywego króla.
Wśród arystokracji pojawiło się pewne poruszenie.
-Och, a to jest właśnie nasza rada- dodał więc Amir, po czym dodał, już półszeptem, tak, by jedynie wuj był w stanie go dosłyszeć- Ale mówiąc szczerze, nie wiem, po co tu oni...
Ludwik uśmiechnął się lekko.
Uszy Nadima drgnęły wyraźnie, a jego wzrok spoczął na Amirze.
-Szanowny królu...- dotarł do nich od strony rady piskliwy głos. Amir odwrócił się w tamtym kierunku, unosząc brew. Właścicielem głosu był główny przewodniczący rady, człowiek malutki posturą, niezbyt okazały, dla którego specjalnie wnoszono wyższe krzesło, z którego nie podnosił się nawet, gdy wchodził władca, bo siedząc na nim i tak sprawiał wrażenie wyższego. Mężczyzna słabo widział, nie rozstawał się ze swoją lupą, pod którą oglądał dokładnie noszone ze sobą papiery i był jednym z najbardziej irytujących i fałszywych osobników, jakich Amir spotkał na swojej drodze- I ty, nasz wielce szanowny gościu...- jego ton był przesłodzony, a uśmiech nieszczery- Chcielibyśmy poznać przyczyny, dla których zostaliśmy tutaj zaproszeni i spotkaliśmy się w tym... dość nietypowym składzie... Czy był jakiś szczególny powód, by nas niepokoić...?
-Owszem, Fryderyku- odparł Ludwik. Amir wprost nie mógł pojąć, jak może on być tak opanowany, mając na co dzień do czynienia z takimi ludźmi- Mów proszę, Canisie.
Amir i jego wuj odsunęli się nieco, pozwalając przejść Canisowi dalej i stanąć naprzeciw arystokracji. Nadim stał kilka kroków za nim. Staruch milczał przez dłuższą chwilę, wzbudzając w części członków rady wyraźne zniecierpliwienie, a u pozostałych coś na kształt satysfakcji, wyrażającej się w jakże znaczących uśmieszkach.
-Panowie...- zaczął w końcu drżącym głosem- Obawiam się, że nie przychodzę tutaj z dobrą wiadomością... I... I muszę was niepokoić, chociaż pewnie zaniepokoiły was już ostatnie zdarzenia... Przykro mi wracać do tej niechlubnej części naszej przeszłości, ale niestety muszę. Demon, który został przywołany niegdyś przez jednego z naszych przodków, zapewniając nam zwycięstwo w bitwie, narodził się na nowo.
Cisza. A zaraz po tej ciszy, pojedyncze śmiechy, które przerodziły się po chwili w istną salwę. Amir spojrzał w kierunku wojowników, którzy zachowali absolutną powagę, a słowa ich przywódcy nawet nie zdawały się w nich budzić cienia wątpliwości.
-Świetny pomysł- mruknął szeptem do wuja Amir- Oświeciło cię nagle i doszedłeś do wniosku, że łatwiej przyjdzie im uwierzyć w słowa jakiegoś zwierzaka, a nie własnego króla...?
-Prędzej czy później i tak będą musieli w to uwierzyć- odpowiedział stanowczo Ludwik.
-O ile to prawda- zaznaczył mężczyzna.
-Widzisz...?- wuj uśmiechnął się pobłażliwie- Ty usłyszałeś to ode mnie, a i tak nie uwierzyłeś.
-Bo usłyszałeś to od tego starca, a jemu wierzyć nie muszę.
-Powinno ci wystarczyć to, że ja mu wierzę.
Amir już otworzył usta, by odpowiedzieć, ale ostatecznie umilkł, nie znajdując odpowiedniego argumentu. Czego jak czego, ale nadmiernego zaufania, nie mógł wujowi zarzucić. Jeżeli już komuś ufał, to był to człowiek tego godzien i mocno sprawdzony. No właśnie. Człowiek.
-Szanowny panie...- przewodniczący rady wysunął się nieco, wpatrując się w starca ze zmrużonymi oczyma i uśmiechając się pobłażliwie- Nie chcesz nam chyba mówić o jakiś potworze, czyż nie...?
-Nie, panie- szepnął w odpowiedzi Canis- O demonie. Wiem, że... Że wy... Wy, drodzy państwo, żyjecie już w świecie, który wyklucza istnienie wszystkiego, co niewidzialne i nienamacalne, ale to nie zmienia istoty rzeczy. Ten demon wybudził się z długiego snu, w jaki zapadł po naszej ostatniej, wspólnej walce. I jak wtedy, tak i teraz... Teraz też będziemy musieli sobie wzajemnie pomóc, by go powstrzymać. Jeżeli tego nie zrobimy, nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.
-Banialuki!- krzyknął któryś z członków rady.
-Mówiłem, że tak będzie- syknął sekundant, siedzący w pierwszym rzędzie, na tyle głośno, by wszyscy go usłyszeli- Naiwni głupcy.
-Szanowny panie...- uśmiech przewodniczącego poszerzył się jeszcze i teraz nawet jego głos zdawał się pobrzmiewać politowaniem- Owszem, my żyjemy już w świecie, w którym... zwykłe słowo nie starcza i potrzeba czegoś więcej... A zatem... Gdzie są dowody na istnienie tego... demona...?
-Obawiam się, panie, że gdy dostaniesz dowód, którego oczekujesz, będzie już za późno na jakąkolwiek reakcję.
Przewodniczący uniósł brew, nie przestając się uśmiechać. Amir zerknął na swojego wuja, zastanawiając się nad tym, czy ten w ogóle wejdzie i zainterweniuje. Sam nie wiedział, co byłoby gorsze. Fakt, że zaprosił tutaj te dziwadła, opowiadające historyjki o demonach, czy to, gdyby przyznał się, że w nie wierzy. Tak czy inaczej, na razie sytuacja wyglądała dość nieszczególnie. Canis nie miał daru przekonywania. Nawet opowiadanie tych bajeczek szło mu raczej kiepsko.
-A więc, szanowny panie, jeżeli mogę uprzejmie spytać... Na czym opierasz swoje stwierdzenie o powrocie demona, skoro nie ma ku temu żadnych przesłanek...?
-Przesłanek było bardzo wiele, panie...- odpowiedział starzec z wyraźnym zmęczeniem- To, co zdarzyło się wczorajszego dnia, potwierdziło nasze wcześniejsze obawy i domysły. Wiem też, panie...- dodał, widząc, że mężczyzna już otwiera usta- … że gotów jesteś wymienić mi inne sytuacje podobne tamtej, ale żadna nie może się jej równać. Wy, ludzie, mieszkacie blisko swoich zamków i twierdz, dla was najważniejsze jest słowo i dowód, dla nas, obcujących z naturą, której wy wyparliście się niemalże całkowicie, to słuchanie jej głosu jest najistotniejsze. I dlatego... dlatego niejednokrotnie szybciej dowiadujemy się o tym, co się dzieje... Zajmujemy się też magią. Potrafimy odczytać właściwie pewne sygnały i odróżnić je od naturalnych zjawisk.
-Nasi kapłani również zajmują się magią!- krzyknął członek rady siedzący tuż za przewodniczącym- Wystarczy dać im złoto, a tu pac...! I nie ma! To dopiero sztuczka!
Rada wybuchnęła gromkim śmiechem. Starzec nie wydawał się być rozgniewany, ani nawet zrezygnowany. Na jego twarzy malował się ten sam wyraz zatroskania i smutku, co zwykle.
-Świetnie mu idzie- szepnął Amir do swojego wuja, uśmiechając się drwiąco.
Zauważył, że wojownicy, siedzący po przeciwnej stronie sali, są całkowicie poważni i skupieni, a z każdą chwilą, sprawiali wrażenie coraz bardziej poirytowanych i wściekłych. Amir miał wrażenie, że jeżeli nie nastąpi żadne cudowne objawienie, dojdzie tu zaraz do rękoczynów, na co on na pewno zareagowałby ochoczo, aczkolwiek brał pod uwagę, że mając za wsparcie lokalną arystokrację, w ostateczności mógłby ten pojedynek przegrać.
-Ależ szanowny panie...- zaczął ponownie przewodniczący, jako jedyny powstrzymując się od chichotu, ale wciąż uśmiechając się w swój zwyczajowy, mało szczery sposób- Gdzież zatem jest ten wasz demon...? I czemu właściwie mamy się go obawiać, skoro szczytem jego możliwości było doprowadzenie do zaćmienia słońca, które nasi uczeni są w stanie bez problemu przewidzieć...? Poza tym... jak właściwie zamierzacie go zabić?
Na twarzy Nadima pojawił się cień zniecierpliwienia i irytacji, ale jego wuj wciąż wydawał się być spokojnym.
-Nie da się go zabić, panie- na te słowa w radzie po raz kolejny rozległy się pojedyncze chichoty i mało przyjemne uwagi, które mimo iż wypowiadane dosyć cicho, dały się słyszeć dość wyraźnie- To istota, której żywot nie ma ani końca, ani początku, nie może więc zostać ostatecznie unicestwiona. Można ją jednak skutecznie powstrzymać na dłuższy czas. Raz nam się udało, tym razem też się uda, o ile będziemy działać wspólnie, w zgodzie. Demon, sam w sobie, nie jest w stanie zagrozić nam bezpośrednio... Prawdziwą potęgę stanowią dla niego żywe istoty. Żywi się ich słabością, naiwnością i lękiem, a takich ludzi jest zbyt wielu, by wierzyć, że nie uda mu się na nich trafić...
Amir nie wytrzymał.
-Ludzi?- warknął, podchodząc o kilka kroków do przodu- Dobre sobie, psie! To wyście go przywołali!
Na te słowa i w radzie, i wśród wojowników, pojawiło się mocne poruszenie.
-Racja! Święta racja!- wrzeszczał znany ze swej rubaszności szlachcic- Zabobonne psy! Zrzucą na nas całą winę, za wszystko! Wasz demon, wasza sprawa!
-Teraz chcą pomocy, pewnie pieniędzy i wojska! Nic wam do naszych pieniędzy i wojska! Na co dzień nic więcej, jak tylko kłamstwa, tylko bzdury i oskarżenia, cuchnące psy, włóczą się wszędzie, roszczą sobie prawo do każdego drzewa i każdego skrawka trawy! Precz z wami!
-Wynocha stąd!
-Prymitywy i barbarzyńcy!
Sekundant w pojedynku Amira, podniósł się z miejsca tak gwałtownie, że musiało to najwyraźniej zrobić wrażenie na członkach rady, którzy umilkli na chwilę.
-Bracie...- szepnął ostrzegawczo starzec.
-Dosyć tego!- krzyknął gniewnie szatyn, po czym wydobył z siebie dźwięk przypominający warczenie wściekłego psa- Sami napadali na nasze ziemie, zabijali naszych, a teraz nazywają nas barbarzyńcami!- twarz miał pobladłą ze złości, a dłonie zaciśnięte w pięści- A kim oni są?! Wasza kultura, wasza wielka cywilizacja, opiera się na krwi tych, o których wolelibyście nie pamiętać!
-Ależ szanowny panie!- rzucił z oburzeniem przewodniczący- Licz się ze słowami! Jesteście w naszym zamku, a zamiast mówić do rzeczy, przyprowadzacie tutaj jakiegoś starca, który ma nie całkiem po kolei w głowie i usiłujecie nam wmówić...
Reszta jego słów utonęła w głośnym ryku i warknięciach, które wydobyły się z ust wojowników. Wszyscy, jak jeden, powstali, spoglądając w kierunku rady groźnie.
-To ty licz się ze słowami, człowieku...- syknął gniewnie sekundant- Albo nie wyjdziesz stąd w jednym kawałku!
Przewodniczący aż skulił się na te słowa, ale nie zakończyło to bynajmniej sporu, który rozgorzał na nowo, z jeszcze większą siłą.
-Widzicie?!- wrzasnął któryś z szlachciców- A nie mówiłem?! Barbarzyńcy! Nasi chłopi mają więcej ogłady od nich!
-Ach, tak, człowieku?! Chodź tu, skoroś taki odważny, osobiście zapoznam cię ze swoją ogładą!
-Barbarzyńcy!
-Mordercy!
-Psy!
-Zbrodniarze i złodzieje!
I tak oto spotkały się ze sobą dwa światy. Świat ludzi i potomków wilków. Świat pragmatyczny, logiczny ze światem wierzeń, magii i legend. Świat w którym liczył się majątek i pozycja ze światem, w którym nic takiego nie miało znaczenia. Świat absurdów i świat abstrakcji. I oba te światy zetknęły się ze sobą i zdawać by się mogło, że najchętniej wyrżnęłyby się wzajemnie, co zdaniem Amira, powinny zrobić już dawno, oszczędzając sobie trudów związanych z ciężką koegzystencją.
Kłótnia trwała i trwała, obie strony przerzucały się najróżniejszymi argumentami i epitetami, które w pewnym momencie, z uwagi na panujący chaos, trudno było od siebie odróżnić i gdyby oponenci nie siedzieli po przeciwnych końcach sali, zapewne niełatwo byłoby odgadnąć w tym rozgardiaszu, kto właściwie opowiada się za jaką opcją. Wszyscy, dosłownie wszyscy zdawali się wzajemnie przekrzykiwać i zagłuszać, przedstawiając swoje racje i przekonania. Jedynie ten starzec i jego towarzysz, pozostali spokojni, choć Nadim wyglądał, jakby zamierzał włączyć się do tego sporu. Amir zresztą też chętnie by to zrobił, gdyby nie spojrzenie wuja, które skutecznie powstrzymywało go od powiedzenia chociażby słowa. Zresztą sam Ludwik, nie wtrącał się, ani nawet nie starał się uspokoić towarzystwa i choć Amir na początku się temu dziwił – okazało się to być taktyką dobrą, bo towarzystwo po kilkunastu minutach wrzasków i okrzyków, ochrypło i uciszyło się samo.
Dopiero wtedy Ludwik zabrał głos.
-Drodzy panowie...- powiedział- Czy to przystoi ludziom na waszym stanowisku i poziomie, by zachowywać się jak temperamentni młodzieńcy albo chłopi, którym tak często zarzucacie brak ogłady...? Czy to przystoi, by król, niczym opiekun niesfornych dzieci, zajmował się waszym uciszaniem...? Proponuję uspokoić emocje i wrócić do właściwej dyskusji albo uznam panów za osoby absolutnie niekompetentne i w przyszłości będziecie mogli państwo radzić co najwyżej swoim ziemianom, jak mają uprawiać pole.
-Ależ królu!- przewodniczący z nadmiaru przeżyć zapomniał nawet o zwyczajowym „szanowny”, w czym wyrażało się zapewne jego poruszenie- Zarzucasz nam niekompetencję, a sam zapraszasz tu tych... tych...- potomkowie wilków, co prawda, zasiedli z powrotem na swoich miejscach, ale wciąż spoglądali w kierunku rady wrogo, co zachęciło zapewne przewodniczącego do znalezienia łagodniejszego określenia- tych... tych osobników... I każesz nam słuchać opowiastek o demonach!
-Bardzo proszę o wybaczenie...- Canis skłonił się pokornie- Nie chciałem urazić żadnego z panów, ani żadnego z ludzi, użyłem niewłaściwego określenia... Ale proszę mi wierzyć, że żadne z wypowiedzianych przeze mnie słów, nie było nieprawdą.
-Ach, tak, szanowny panie? Więc mamy uwierzyć, że...
-Dosyć- warknął głośno Amir.
Wszystkie oczy natychmiast zwróciły się w jego kierunku. Przewodniczący umilkł i zamarł w bezruchu, z dłonią wzniesioną w jakimś dziwacznym, groteskowym geście, najwyraźniej oczekując na słowa królewskiego siostrzeńca.
-Jeżeli chcecie pomocy, otrzymacie ją- rzucił obojętnie mężczyzna. Daleki był od uwierzenia w słowa starucha, ale nie chciał tutaj spędzić całego dnia na omawianiu czyichś durnych wymysłów, a poza tym... Jeżeli to była prawda... w co oczywiście nie wierzył... Ale jeżeli tak było, nie zaszkodziło tego sprawdzić- Osobiście poprowadzę nasz oddział w kierunku tego... czegoś. Czyli konkretnie gdzie...?- dopytał po chwili niepewnie, bo ta kwestia chyba jeszcze nie była do końca wyjaśniona.
Canis spuścił wstydliwie wzrok i odpowiedział cicho:
-Nie wiem, panie.
Amir aż parsknął z niedowierzaniem.
-Więc jak właściwie mamy go pokonać...?
-Tego też jeszcze nie wiem.
Spora część rady na powrót zaczęła wymieniać ze sobą głośne uwagi i śmiać się drwiąco na przemian. Przewodniczący jednak oburzył się wyraźnie zupełnie inną kwestią i rzucił głośno:
-Szanowny Amirze! A czy ty wiesz, ile taki oddział kosztuje?! To nie są takie proste sprawy, nie na umysł wojownika, o nie! To jest ekonomia, Amirze, ekonomia! Złoto i wojsko, wojsko i złoto, wszystko cenne, wszystkiego może zabraknąć w razie potrzeby!
-Obawiam się, panie, że tym razem, gdy nadejdzie potrzeba, ani złoto, ani wojsko cię nie uratują- szepnął strapiony Canis, ponownie wywołując głośno demonstrowane rozbawienie u części arystokratów.
-Nieważne- stwierdził niechętnie Amir- Mówcie, czego potrzebujecie i co właściwie mamy zrobić, a my się tym zajmiemy.
-Słucham?- Nadim prychnął głośno i pokręcił głową- Nie ma mowy. Nie zostawimy naszego losu w rękach ludzi, nie ma niczego, co udałoby się wam przez te wszystkie lata zrobić tak, jak należy.
-Ach, tak...?- Amir uśmiechnął się drwiąco, podchodząc bliżej mężczyzny- Za to wam udało się zrobić wiele rzeczy! Jak na przykład... Hm... No cóż... Pomyślmy... Ach, tak! Przywołaliście jakiegoś demona, który zagraża nam podobno aż do tej pory! Gratulacje!
-Nie zrobiliśmy tego wspólnie, Fortis też by tego nie zrobił, gdyby nie musiał! Bronił się przed waszymi najazdami i mordami!
-Oczywiście... Co nie zmienia faktu, że wasze działanie nie pozwala wam, niestety, na stawianie się w roli ofiar. Możecie za to śmiało ustawić się w rzędzie okrutników i oprawców.
-Okrutników i oprawców?! Grabiliście nasze ziemie, mordowaliście nasze dzieci, a teraz...
-No tak, bo wy przecież nie robiliście dokładnie tego samego...
-Mieliśmy pozostać bierni wobec takich czynów?
-Owszem...- Amir nie przestawał uśmiechać się złośliwie- To dawałoby wam prawo do miana świętych, na które teraz nie zasługujecie. Zresztą, nigdy dotąd nie słyszałem o świętych psach...
Celowa prowokacja Amira przyniosła oczekiwany skutek. Nadim rzucił się na niego, na co ten był przygotowany. Chwycili się obaj za ramiona, przepychając się wzajemnie i usiłując przewrócić. Ludwik jednak zareagował szybko, odciągając siostrzeńca od potomka wilków z dużym trudem. Nadim uspokoił się wówczas i odsunął nieco, posyłając przepraszające spojrzenie swojemu wujowi.
-Jeżeli tak to ma wyglądać, jesteśmy zgubieni...- szepnął z rozżaleniem Canis, po czym bez dalszych wyjaśnień, odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.
-Wuju!
-A czego się spodziewałeś, co, starcze?- syknął gniewnie Amir- Przychodzisz tutaj i opowiadasz jakieś farmazony! Oczekiwałeś, że wszyscy rzucimy się sobie w ramiona i zapomnimy o przeszłości?!
Nie uzyskał już odpowiedzi. Potomkowie wilków opuścili salę w ślad za swoim przywódcą. W radzie rozgorzała dyskusja pełna drwiących uwag, śmiechów i pobłażliwych komentarzy.
Amir spojrzał na swojego wuja bez zrozumienia. Nadal nie wiedział, czemu to wszystko miało służyć.
Ludwik milczał, spoglądając gdzieś w bok. Był rozczarowany.

Przez otwarte okno, do pomieszczenia raz po raz przenikały podmuchy przyjemnie chłodnego powietrza. Noc była spokojna i niezbyt gorąca, a mimo to, Amir nie mógł zmrużyć oka. Leżał nieruchomo na plecach, wpatrując się w sufit, podczas gdy w jego głowie kłębiły się setki przeróżnych myśli, bardziej racjonalnych i zupełnie nieprawdopodobnych, dziwacznych wyobrażeń i wizji. Czuł się tak, jakby ktoś nagle kazał mu odejść od tego wszystkiego, czego uczono go przez lata i zupełnie zmienić swoją mentalność, postrzeganie świata. Miał uwierzyć w istnienie demona. Jakiegoś demona, jakiejś istoty, której nigdy nie widział, nikt właściwie nie wie, gdzie ona jest i do tej pory nie zrobiła nic, co czyniłoby ją prawdziwie przerażającą. Kto przy zdrowych zmysłach mógłby uwierzyć w taką bajeczkę? Ale z drugiej strony, czy Ludwika można było oskarżyć o szaleństwo albo łatwowierność? Cóż więc musiało kierować jego wujem, skoro po raz pierwszy, jego czyny wydawały się być zupełnie pozbawione sensu, a jego wiara w słowa starca naiwna? Amir chciał wierzyć, że to jakaś skomplikowana taktyka, ale nic na to nie wskazywało. Z drugiej strony sądził, że to może być podstęp potomków wilków, którzy chcą w ten sposób wywabić z kraju sporą część armii, a następnie zaatakować, ale im dłużej się nad tym zastanawiał, tym mniej wydawało mu się to wszystko prawdopodobne. A co, jeżeli ten demon rzeczywiście istniał? Jeżeli wuj miał powód, by wierzyć staruchowi, a psi staruch mówił prawdę? Ale czy Amir był filozofem, by stawiać sobie takie pytania i rozważać, rozważać je w nieskończoność? Był wojownikiem. I jako wojownik zobligowany był do spełniania rozkazów, a nie ich wydawania, nawiasem mówiąc, o czym powinien subtelnie wspomnieć wujowi, gdy ten po raz kolejny poinformuje go o swoich dziwacznych planach względem niego. Więc, jeżeli każą mu gdzieś iść i walczyć z czymś, niezależnie od tego, czy to coś w ogóle istniało, pójdzie i to zrobi. A kwestię oceny całej tej sytuacji wolał zostawić Ludwikowi, ewentualnie radzie, chociaż do swojego wuja miał zdecydowanie większe zaufanie niż do tej bandy leniwych arystokratów.
Ale tym razem to wuj robił coś, czego Amir zupełnie nie potrafił zaakceptować.
Nie mogąc już wytrzymać bezczynnego leżenia i zastanawiania się nad sprawami, których i tak nie rozumiał, mężczyzna podniósł się i wyszedł cicho ze swojej sypialni. Przeszedł kilka kroków korytarzem, po czym zajrzał do komnaty swojego brata. Hadrin spał, oddychał spokojnie i miarowo, najwyraźniej nie dręczony żadnymi wątpliwościami ani uporczywymi myślami. Amir westchnął głęboko, opuszczając pomieszczenie. Czy był jedynym, w tym wielkim zamku, który nie mógł zasnąć?
Ruszył do przodu, ciemnym korytarzem i w pewnym momencie dostrzegł blade światło świec wydobywające się przez lekko uchylone drzwi. Wszedł cichutko do pustej sypialni wuja i rozejrzał się dookoła. Okno prowadzące na balkon było otwarte. Amir przeszedł przez nie i znalazł się obok Ludwika, który wpatrywał się z zamyśleniem w gwiazdy. Jego siostrzeniec bez słowa usiadł na szerokim, kamiennym łuku i spojrzał w niebo. Cisza i spokój. Maleńki, wąski półksiężyc, otoczony pięknymi gwiazdami. Nic szczególnego. Nic przerażającego. Nic, co dawałoby mu jakiekolwiek prawo, by myśleć, że coś może się zmienić.
-Przeszłość potrafi do nas wracać w najmniej spodziewanym momencie- odezwał się cicho Ludwik.
Amir spojrzał na swego wuja z uwagą.
-Naprawdę wierzysz w tego demona?- zapytał.
Ludwik zerknął na niego i uśmiechnął się lekko.
-Ty podobno nie wierzysz, a i tak nie możesz spać- zauważył.
-Po prostu nie jestem zmęczony- burknął Amir- Co on ci właściwie powiedział, co...?
Tego popołudnia wuj i Canis spotkali się ponownie, sami. Ludwik wyszedł z tego spotkania, ale nie powiedział nic konkretnego, poinformował ich jedynie o kolejnej naradzie.
-Mówiłem ci już, że spotkamy się tutaj jutro... właściwie już dziś... ale już bez rady- zaznaczył Ludwik- Tylko Canis, jego ludzie, ty, Hadrin i ja.
-Dlaczego bez rady?- nie rozumiał mężczyzna.
-Sam mówiłeś, że nie są nam do niczego potrzebni.
Amir zdziwił się mocno. Wuj musiał przecież uzyskać zgodę rady na wszelkie militarne zabiegi, na formowanie oddziału, wysłanie go, finansowanie... Jak zamierzał to wszystko ominąć? A może wcale nie zamierzał?
-Nie mówisz mi o czymś, prawda?- zapytał poważnie Amir.
Ludwik nie odpowiedział, co właściwie stanowiło najlepszą odpowiedź.
-Dlaczego?- drążył dalej mężczyzna- O co chodzi? Nie wyślesz tam oddziału naszego wojska?
-To może nie być potrzebne.
Amir parsknął cicho.
-Ostatnimi czasy w ogóle cię nie rozumiem- przyznał.
Ludwik spojrzał na niego ciepło i uśmiechnął się w jakiś dziwny, smutny sposób. Dotknął lekko jego dłoni.
-Idź spać- rzucił miękko- Jutro czeka nas obu ciężki dzień.
Uśmiechnął się do niego raz jeszcze i wrócił do swojej sypialni. Amir powiódł za nim pełnym niepewności spojrzeniem.
To był drugi z kolei, najdziwniejszy dzień w jego życiu. Aż bał się pomyśleć, co czeka go nazajutrz.

-Członkowie rady nie będą zadowoleni, gdy się dowiedzą, że spotykamy się z nimi na osobności- stwierdził Hadrin, najwyraźniej sam zadowolony także nie będąc. Zresztą wczoraj, gdy Amir z nim rozmawiał, ten po raz pierwszy pokusił się o otwartą krytykę Ludwika, do czego nigdy wcześniej się nie posuwał, zazwyczaj popierając jego politykę, a nawet, jeżeli jej nie popierał, nie wiedział o tym nikt, poza nim samym.
-Najwyraźniej Ludwik liczy, że się nie dowiedzą- odpowiedział Amir, zerkając na brata znacząco.
-Ach... No tak...- zreflektował się natychmiast Hadrin i skinął głową- Oczywiście. Co nie zmienia faktu, że gdyby się dowiedzieli...
-Pomówimy o tym, gdy tak się stanie, dobrze?- westchnął z cieniem zniecierpliwienia mężczyzna. Może i miał masę wątpliwości, wraz z tą najbardziej istotną – dotyczącą samego sensu dyskutowania o czymś, czego istnienia nie był pewien, a wręcz w nie wątpił, ale tak czy inaczej, Ludwik na pewno przygotował wszystko tak, jak należy.
-Sądzisz, że wuj naprawdę wierzy w tego demona...?
-Na to wygląda...- mruknął w odpowiedzi Amir, przyspieszając nieco kroku. Skoro nawet jego tchórzliwy braciszek, zazwyczaj traktujący słowa Ludwika jak świętość w to wątpił, naprawdę nie było dobrze.
-Czy nie sądzisz, że...- Hadrin zawahał się wyraźnie, po czym odkaszlnął nerwowo. Amir zatrzymał się na chwilę i spojrzał na brata pytająco. Ten sprawiał wrażenie, jakby miał poważne wątpliwości, czy cokolwiek mówić, ale w końcu, po dłuższej chwili, zaczął raz jeszcze niepewnie- Czy nie sądzisz, że Ludwik... może nie być już... równie... sprawny, co wcześniej?
Amir zmarszczył brwi.
-W jakim sensie...?
-Sam rozumiesz...- szepnął Hadrin, zaczesując pasemko jasnych włosów za ucho, wyraźnie skrępowany- Wierzy w te brednie o demonach i... I traktuje to na poważnie, chociaż nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien... Więc może on... Może on nie czuje się dobrze. Ludzie na starość dziwaczeją często i nie są już tacy jak kiedyś. Być może...
-Nie- przerwał mu Amir, nieco ostrzej niż zamierzał- Ludwik ma się dobrze. Nie opowiadaj o nim takich rzeczy, to bzdura. Jeżeli w coś wierzy, to najwyraźniej ma powód, a jeżeli nie wierzy, to ma interesy. Co by to nie było, naszą rolą jest być mu posłusznymi, a nie negować jego sprawność umysłową.
Hadrin spuścił wzrok i zaczerwienił się z zawstydzenia.
-Przepraszam- szepnął ze skruchą, ruszając do przodu- Masz rację, masz całkowitą rację...
Amir westchnął głęboko w duchu, zrównując się z nim krokiem. A więc Hadrin chciał przedwczesnej władzy, a on chciał wolności. W efekcie jego brat nie otrzyma władzy ani wcześniej ani nawet później, a on nie będzie miał swojej wymarzonej wolności przez decyzję jednego człowieka, który z niezrozumiałych dla niego przyczyn, doszedł do wniosku, że głową państwa powinien zostać ktoś tak nierozważny, lekkomyślny i zniechęcony do wszelkiej dyplomacji jak Amir. I to właściwie wydawało się mężczyźnie kwestią dużo bardziej nieracjonalną niż wiara Ludwika w jakąś potężną, nadprzyrodzoną istotę, która z niewiadomych powodów, miałaby koncentrować swoje zainteresowanie, akurat na nich.
Obaj weszli do maleńkiej sali, której jedynym wyposażeniem był nieduży stół i podstawione do niego krzesła. Wewnątrz czekał już Ludwik oraz Canis wraz ze swoim bratankiem. Ten pierwszy podniósł się z trudem na widok Amira i rzucił cicho:
-Witaj, szlachetny Amirze.
Mężczyzna poczuł się tak zaskoczony tym powitaniem, że przystanął na chwilę, nie do końca wiedząc, co się dzieje, po czym niezbyt uprzejmie, zajął po prostu miejsce obok wuja, nie czując się w obowiązku, by odpowiadać. Hadrin z kolei przywitał się skinieniem głowy z wszystkimi obecnymi i usiadł z lewej strony Ludwika.
-Więc? Co mamy zrobić, żeby go zabić?- zapytał otwarcie Amir, nie mając ochoty na wsłuchiwanie się w rozwlekłe historyjki i wyjaśnienia. Może i rzeczywiście, jego prosty, wojowniczy umysł, nie pojmował pewnych kwestii, ale znacznie wolał usłyszeć jasne polecenie zamiast mglistych opisów, które nie miały dla niego sensu.
-Spokojnie, Amirze...- rzucił Ludwik- Myślę, że powinniśmy mieć pełny obraz sytuacji.
Amir westchnął głęboko, nieco niezadowolony i usadowił się wygodniej, przygotowując się na wysłuchanie zapewne długiej i niezbyt prawdopodobnej opowiastki. On nie potrzebował pełnego obrazu sytuacji. Wystarczyło, żeby ktoś mu powiedział, że ma iść w takie miejsce, zrobić to i to, a w dodatku wrócić przed zmrokiem, i tak właśnie by uczynił. Przecież, jeżeli ten demon rzeczywiście istniał i im zagrażał, byli w stanie wojny. A w stanie wojny, mądre głowy powinny głowić się nad planami, a cała reszta te plany realizować. Ale nie, zamiast tego siedzieli tutaj teraz w niezbyt doborowym towarzystwie i wysłuchiwali jakiś bzdur.
-Gdy Fortis, nasz przodek, przywołał demona, dostał coś w zamian...- zaczął powoli Canis.
-Tak, to już wiemy- przerwał mu Amir z cieniem zniecierpliwienia- Od niego jakąś tam moc, a od was władzę... Dobrze jest się układać z tyranami...
-Amirze!
-... dostał od niego coś, co było przypieczętowaniem ich przymierza...- kontynuował spokojnie Canis- Coś w rodzaju amuletu, kryształ, który gwarantował Fortisowi stałą łączność z demonem i dawał mu jego siłę, a demonowi pozwalał czerpać moc Fortisa, dzięki czemu obaj stali się tak potężni, jak nigdy wcześniej. Po śmierci Fortisa, gdy nasi przodkowie znaleźli amulet, usiłowali go całkowicie zniszczyć, ale udało im się jedynie rozbić go na trzynaście fragmentów. Te części rozwieźli i ukryli, nie chcąc dopuścić do podobnego zdarzenia w przyszłości. Jeżeli uda nam się je odnaleźć, uda nam się też powstrzymać demona.
Wśród obecnych panowała cisza. Hadrin sprawiał wrażenie, jakby miał nadzieję, że to po prostu przykry dowcip ze strony Ludwika, że w ogóle tutaj są, ale Ludwik słuchał wszystkiego w skupieniu. Amir miał szczerą ochotę wyjść i poprosić, żeby go zawołano, gdy wreszcie uda im się przejść do jakiś konkretów.
-Więc co?- rzucił w końcu dostrzegając, że nikt inny nie przymierza się do zabrania w tej sprawie głosu- Mamy szukać jakichś kawałków kryształu...?
-Tak.
-Gdzie?
-Przykro mi... Nie wiem.
Amir westchnął głęboko.
-No to się zaczyna- stwierdził teatralnym szeptem, po czym dodał już normalnym tonem- Zróbmy tak starcze, wyjątkowo zacznijmy od tego, co wiesz. Bo wydaje mi się, że wtedy ta dyskusja potrwa znacznie krócej.
-Za pomocą tego kryształu, Fortis mógł w pewien sposób kontrolować demona- dodał cicho Canis- Więc jeżeli uda nam się znaleźć jego fragmenty i połączyć je w jedną całość, zwyciężymy...
-Zaraz, zaraz, chyba czegoś nie rozumiem... Znalezienie amuletu, który kontroluje i wzmacnia tego demona ma nam pomóc? Niby w jaki sposób?
Canis zmieszał się wyraźnie.
-Ja... Nie jestem do końca pewien...- przyznał w końcu, a Amir zerknął znacząco na swojego wuja- Ale bardzo możliwe, że uda nam się go wówczas uśpić na kolejne setki lat.
-Bardzo możliwe czy pewne?
-Tylko bardzo możliwe...- szepnął niepewnie Canis, spuszczając wzrok- Ale to jedyna szansa, jaką dla nas widzę. A jeżeli wszystko pójdzie jak należy, ocalimy nasze ziemie od zła na kolejne lata. Ponownie zniszczymy kryształ i ponownie ukryjemy jego fragmenty, a nasze życie wróci do normy.
-Zaraz, zaraz, zaraz... Po co to niszczyć i ukrywać, skoro ktoś kilkaset lat później ma tego szukać...?- zapytał bez zrozumienia Amir, unosząc brew w geście politowania.
-Ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał wykorzystać zawartą w tym potęgę i użyć jej do własnych celów.
Amir uśmiechnął się drwiąco.
-Brak zaufania do własnych członków?
-Raczej do ludzi- odparł chłodno Nadim.
-Nie ciebie pytałem, psie.
Ludwik i Canis wymienili ze sobą nieco zaniepokojone spojrzenia.
-No to co?- zapytał w końcu Amir, zerkając to na wuja, to na starucha- Mamy teraz zaangażować naszych wszystkich ludzi w poszukiwanie jakichś fragmentów jakiegoś amuletu, co do którego istnienia nawet nie jesteśmy pewni...?
-Co do tego akurat jesteśmy pewni, Amirze...- odpowiedział spokojnie starzec, po czym położył na stole jakieś zawiniątko ze skóry, a następnie zdjął ją powoli, a oczom wszystkich obecnych ukazał się nietypowego kształtu, bardzo równo wyciosany, niezbyt dużych rozmiarów, podłużny kamień.
Amir zmarszczył brwi i wziął go w dłoń, czując się tak, jakby ktoś robił sobie z niego żarty. Kamień nie różnił się szczególnie od pozostałych, na kryształ nie wyglądał tym bardziej.
-To...?- zapytał z rozbawieniem mężczyzna- Mamy szukać tego...?
-Tak.
-Mamy szukać tego, chociaż nawet nie wiemy, gdzie...?
-Wszędzie tam, gdzie dotarł Fortis.
Amir zaśmiał się głośno.
-Och, to świetnie, ulżyło mi! Czyli na całym kontynencie, czy troszeczkę się ograniczył...? Jak ty to sobie wyobrażasz, co, starcze...? Że wyślemy całe nasze wojsko i każemy im szukać kamieni? Gdzie? Pod ziemią? Na ziemi? Na lądzie, w wodzie? Gdzie mamy szukać i jaki w tym sens?
Ludwik odkaszlnął znacząco. Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Wojsko nie będzie potrzebne- stwierdził wuj.
-No jasne...- zaironizował Amir, przewracając oczyma- Wyślijmy dwóch ludzi z łopatami, pewnie w ciągu najbliższego tysiąclecia jakoś sobie poradzą!
-My wierzymy w symbolikę, szlachetny Amirze- odezwał się Canis, wpatrując się w mężczyznę z taką uwagą i szacunkiem, że ten poczuł się wręcz zaniepokojony- Według nas i naszych wierzeń, nic nie dzieje się bez przyczyny. Długo szukałem odpowiedzi na swoje pytanie, ale znalazłem je. Dzień twojego urodzenia... I dzień urodzenia Nadima...- dodał, a jego bratanek spojrzał na niego zdumiony- Wypada dokładnie siedemset lat po jego upadku.
-Ach, no tak...- Amir pokiwał głową z udawanym zrozumieniem- I kto ci o tym powiedział, co, starcze? Wróżki? Bo chyba nasi przodkowie nie byli tak łaskawi zapisywać i datować wszystkiego, a nawet jeśli, mało co z tego się zachowało, więc... A poza tym, pewnie tego samego dnia urodziło się co najmniej stu innych ludzi i stu... No dobrze, góra dziesięciu waszych, więc...
-Nie- przerwał mu Ludwik- Byłeś jedynym, który się wtedy urodził.
-Mhm...- bo chłopi tak ochoczo biegli zapisać każde swoje dziecię do rejestru obywateli! A szlachta swoich bękartów- A nawet jeśli, to jakie to ma znaczenie? Jesteśmy jego reinkarnacją...?
-Jesteście wybrani- stwierdził Canis, tonem dużo bardziej stanowczym niż zwykle.
-No tak... Mogłem się domyślić...
-O czym ty mówisz, wuju...?- zapytał Nadim z niezrozumieniem. Najwyraźniej stary pies nie zechciał podzielić się z młodym psem swoimi rewelacjami. Kto wie, może nawet młody pies był na tyle zdrowy na umyśle, by w nie nie uwierzyć.
-I ty Nadimie, i ty Amirze... Musicie odszukać fragmenty kryształu. Razem.
-Dobry żart- mruknął Amir, spoglądając na młodego kundla pogardliwie.
-Wiem, że to może wyglądać dziwnie... Wiem, że nie jest to dla was sytuacja komfortowa...- mówił Canis- Ale to jedyne, co możemy zrobić. Ten fragment kryształu, poprowadzi was we właściwym kierunku. Zaufajcie mi.
-I mnie- dodał natychmiast Ludwik, widząc już pełne politowania spojrzenie siostrzeńca. Amir spojrzał na niego zrezygnowany, nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć. Jak wuj mógł swoim autorytetem popierać takie wierutne bzdury...? Nie pojmował tego. A zresztą, może wcale nie musiał.
-Świetnie- stwierdził, ściskając kamień mocniej w dłoni i podnosząc się z miejsca- Niech więc tak będzie. Ale dam sobie radę sam, bardzo dziękuję za towarzystwo. Bo to chyba nie jest warunek konieczny, prawda...?
-Nie zostawię naszego losu w rękach człowieka!- warknął natychmiast Nadim, podnosząc się gwałtownie z miejsca.
-A ja w rękach psa- odparł gniewnie Amir.
-A więc wszystko jasne- podsumował Ludwik, wzdychając głęboko- Ile mają czasu na przygotowania...?
-Im szybciej wyruszą, tym lepiej.
-Słucham?!- tym razem odezwał się Hadrin, pierwszy raz od rozpoczęcia rozmowy. Spojrzał z niezrozumieniem na wuja- Naprawdę chcesz mu na to pozwolić?!
-Hadrinie...
-Przecież to bzdury! Brednie!- krzyknął głośno, a Amir spojrzał na niego zaskoczony. Jego cichy, zazwyczaj absolutnie pokorny brat, pierwszy raz wykazał się odrobiną stanowczości- Nie widzisz, co oni robią?! Chcą wywabić stąd jednego z twoich dziedziców, samego, a ty w to wierzysz! Jak możesz?! Wyślij kogokolwiek innego, ale nie jego! To jakiś spisek, musisz to dostrzegać, dlaczego się na to zgadzasz?!
-Jeszcze nie jesteś w stanie zrozumieć, Hadrinie i obyś nie musiał- szepnął cicho wuj, patrząc na niego łagodnym wzrokiem.
-Nie rozumiem, jak można powierzyć swojemu siostrzeńcowi tak idiotyczne zadanie! Daj mu oddział wojska, jakieś wsparcie, cokolwiek! Jeżeli tego nie zrobisz, oni to wykorzystają!
-Uwierz mi na słowo, młodzieńcze, wolałbym poświęcić własne życie i życie moich ludzi, niż dopuścić się zdrady i chociażby skrzywdzić twojego brata...- szepnął Canis ze smutkiem.
-Dodatkowa liczba ludzi, wzbudzałaby jedynie podejrzenia i wszystko komplikowała- dodał Ludwik, zachowując spokój- A im mniej osób wie, tym lepiej. Nigdy do końca nie wiadomo, kto jest godzien zaufania. A ciebie, Amirze, jestem pewien- zwrócił się na powrót do drugiego siostrzeńca.
Amir skinął głową. I on był pewien Ludwika, i ta pewność właśnie kazała mu wierzyć w to, że mimo licznych wątpliwości, wszystkie te zdarzenia maja jakiś sens.
-Wyruszymy jutro- rozsądził.

Poranek był piękny, ciepły i przyjemny. Amir wraz z wujem i bratem, czekał już na skraju lasu, gotów do wędrówki, wyposażony w tobołek z jedzeniem, broń, z którą nie rozstawał się zresztą nigdy i inne potrzebne narzędzia. Wdychał głęboko orzeźwiające powietrze i rozglądał się dookoła, zafascynowany okolicą. Nawet na nim, wychowującym się od dziecka w mieście i będącym dalekim od zachwycania się naturą, las po poranku robił duże wrażenie. Czuł się całkowicie spokojny, odprężony, mimo tego, że ta noc również była dla niego nieprzespaną. Wcześniejsze wątpliwości nie minęły, ale zostały częściowo zastąpione przez chęć przygody, ciekawość. Amir nie wiedział, jak w ogóle będzie wyglądała ta podróż. Mieli po prostu oddalić się z miasta, a później ruszyć przed siebie. Nie wiedział też, jak mieli szukać fragmentów kryształu. Nie wiedział, czy w ogóle będą tego jakiekolwiek efekty, ale kto wie...? Może ta wyprawa da mu jednak coś wartościowego, a już na pewno pozwoli wujowi trochę od niego odpocząć i pobyć przez dłuższy czas z Hadrinem. I może odrobinę zmienić zdanie na niektóre tematy...
Zza drzew wyłonił się Nadim, tym razem jednak nie towarzyszył mu Canis, ale sekundant w ich pojedynku. Mężczyzna również wyposażony był w pakunki i tobołki, przez ramię przewieszony miał kołczan pełen strzał, na widok którego Amir uśmiechnął się z politowaniem. No tak... Łucznik. Szybko jednak przypomniał sobie umiejętności tego psa i doszedł do wniosku, że w razie czego, ten mógłby mu nawet pomóc. Oczywiście, wykluczając wielce prawdopodobną możliwość, że wcześniej się wzajemnie pozabijają. Co też nie byłoby takie złe.
-Witaj, człowieku- przywitał się z sekundant, uśmiechając się kwaśno.
-Witaj, psie- odparł równie uroczo i sympatycznie Amir- To chyba czas ruszać...- dodał odrobinę niepewnie, zerkając przez ramię na wuja. Nie wiedział, jak powinien się zachować, pierwszy raz opuszczał miasto na nieokreślony czas.
-Czekaj...- Hadrin chwycił go za łokieć, odwracając w swoim kierunku. Amir spojrzał na niego zdumiony. Brat zechciał go, co prawda, odprowadzić, ale od wczoraj, gdy ten zdecydował się, że wyrusza, nie odezwał się do niego ani słowem. Amir sądził, że jest na niego wściekły- Nie zamierzasz się pożegnać...?
Mężczyzna zaśmiał się lekko, ściskając serdecznie brata.
-Uważaj na siebie...- szepnął mu do ucha Hadrin, zerkając z wyraźną nieufnością w kierunku Nadima, który również żegnał się ze swoim towarzyszem- I na niego też. Na niego szczególnie- dodał znacząco- Wiesz, że oni... Oni zawsze coś wymyślą... Więc uważaj... Uważaj po prostu...- dokończył nieskładnie, wyraźnie tłumiąc łzy.
Amir stuknął go po nosie i zagryzł wargi w rozbawionym uśmiechu. Głupi, mały braciszek, jak zwykle przerażony, jakby w tę noc go oświeciło i naprawdę wierzył, że zagraża mu jakiś pradawny demon. Albo mniej pradawny pies.
-To ty na siebie uważaj i nie ładuj się w tarapaty, bo nie będę mógł cię obronić... Wrócę tak szybko, jak tylko będę mógł- obiecał, przyciskając go do siebie po raz ostatni, po czym stanął przed wujem- Do zobaczenia- uśmiechnął się do niego niepewnie. Wiedział, że i tak najbardziej będzie brakowało mu ich wieczornych rozmów, czasem spokojnych dyskusji, a czasem ostrych polemik, ale mimo wszystko.
Ludwik, zazwyczaj nie wykazujący zbyt wielu ludzkich odruchów, a już na pewno daleki od wszelakich przejawów czułości, patrzył na niego przez chwilę, wyraźnie wzruszony, więc już sam widok wydawał się Amirowi dziwny. Jeszcze dziwniej poczuł się, gdy krewny przytulił go, nie mówiąc przy tym ani słowa, nie udzielając rad, nie dając żadnych wskazówek, po prostu będąc przy nim. Po kilku chwilach odsunął się od niego.
-Do zobaczenia.
-Ej, człowieku...- rzucił w jego stronę sekundant z cieniem zniecierpliwienia- Nie będziemy na ciebie czekać cały dzień. Chcesz się jeszcze do kogoś poprzytulać, czy mam się czuć bezpieczny...?
-Nie ruszam zwierząt- odparł złośliwie Amir i obaj raz jeszcze wymienili jakże przyjazne uśmiechy, a następnie spojrzał na swojego nowego towarzysza i mruknął niechętnie- Ruszamy.
-Do szybkiego zobaczenia, bracie!- rzucił jeszcze z rozbawieniem sekundant, do swojego rodaka, na co ten odpowiedział uśmiechem.
Nadim ruszył do przodu, zrównując się krokiem z Amirem. Żaden z nich nie czuł się najwyraźniej w obowiązku, by powiedzieć do siebie choćby słowo.
To był bardzo piękny poranek.

sobota, 10 września 2011

Dobry wieczór

Więc pojawiło się nowe opowiadanie, jak widzicie. Zapowiadałam to już wcześniej, chociaż wtedy chciałam dodać coś innego, ale pod wpływem ślicznego rysunku mojej bety, narysowanym, co prawda, z innej okazji, dostałam inspiracji i tak jakoś wyszło.

Enjoy.

Rozdział 1

Trupiarnia, bo tak okoliczni mieszkańcy i stali bywalcy nazywali to miejsce, była niewielką karczmą znajdującą się na obrzeżach miasta. Jej prawdziwej nazwy nikt już zresztą nie pamiętał, a nowa przylgnęła do niej tak dawno i pasowała na tyle dobrze, że nikt nie chciał tego zmieniać, nawet sam właściciel. Podobno niegdyś, właśnie w tym miejscu, rozegrał się największy pojedynek pomiędzy wodzami dwóch przeciwnych armii, które czekały, gotowe na przyjęcie rozkazów, ale że ich generałowie wyrżnęli się wzajemnie po kilku głębszych, wojna rozeszła się po kościach. Od tamtej pory Trupiarnia zaczęła cieszyć się wyjątkową sławą, a jej historia została wzbogacona licznymi legendami i anegdotami, których prawdziwość trudno było ocenić. Ta niewielka karczemka stała się jednak idealnym symbolem jedności, pokoju i równości, o czym z wielką pasją opowiadali politycy, klnąc jednocześnie w duchu na swoich oponentów. Przychodzili tutaj niemalże wszyscy, mieszkańcy okolicznych wiosek i miast, bez względu na wiek, narodowość, przynależność kulturową, wyznawanych bogów, reprezentowaną ideologię czy nawet status społeczny. Bywali tutaj więc wielce zamożni szlachcice. I ci, głoszący potrzebę zjednoczenia, walki za swoją ojczyznę, kultywowania tradycji i ci, którzy liczyli tylko i wyłącznie na własny zysk, żądni nowych zdobyczy i bogactwa, usprawiedliwiając to nieustannym ględzeniem o wolności, która, nie wiedzieć czemu, miała przysługiwać jedynie tym ludziom, którzy urodzili się wolni, a więc według nich, nim samym. Obie te grupy patrzyły na siebie wilkiem, siadały z dala od siebie, początkowo jeszcze dyplomatycznie milczące, jednak po dwóch kuflach nerwy puszczały i panowie zaczynali głośno się ze sobą kłócić, po czterech najczęściej wyzywali się na pojedynek, a po sześciu padali sobie w ramiona, płakali rzewnie wspominając dawne dzieje wspólnych przodków i czkając nieustannie, zamawiając kolejne porcje alkoholu. Przychodziła tu też szlachta uboga, która, mimo iż zmuszona zamieszkiwać u krewnych, a nawet pracować, co oczywiście było wyjątkową hańbą, zawsze znajdowała czas i pieniądze, żeby się napić, nawet, jeżeli nie miała ich na to, by kupić sobie mniej dziurawe buty. Pojawiało się też tutaj bogate mieszczaństwo, które na szlachciców spoglądało z pogardą, krytykowało głośno ich brak wykształcenia i naciąganie faktów historycznych, przeklinając jednocześnie swoich bogów, że nie dane im było urodzić się jednym z tych "skretyniałych arystokratów". Bywali tu też inni mieszczanie, a co za tym idzie, przedstawiciele przeróżnych profesji. Począwszy od robotników, upijających się na umór, poprzez rzemieślników narzekających na skąpstwo handlarzy, handlarzy krytykujących brak zdolności rzemieślników, samotnego poetę, który każdego wieczora siedział w kącie i nucił coś smętnie pod nosem, wpatrując się rozwodnionym wzrokiem w jakiś punkt przed sobą, kończąc na złodziejach. Ci ostatni mieli szczególne upodobania do przytulania się do ludzi, szczególnie szlachciców. Jako jedyni wychodzili też z tego miejsca niemalże trzeźwi, a mimo to uśmiechnięci, bo z pełnymi kieszeniami. Najliczniejszą grupą odwiedzającą to miejsce byli jednak chłopi, wyrażający donośnie swoją niechęć i nienawiść względem ich ciemiężycieli, którzy siedzieli ledwie kilka stolików dalej, słuchając tego, zdawać by się mogło, ze stoickim wręcz spokojem. Ale to było miejsce, w którym dziać się mogło wszystko i chociaż nie raz zdawało się, że pan i jego chłop wypili za dużo i dali sobie po pysku, na drugi dzień wracali obaj do pracy, zupełnie tak jak zwykle, jakby niczego nie pamiętali. Cóż, rzeczywiście mogli nie pamiętać.
Amir wszedł do wnętrza karczmy, zajmując miejsce przy kontuarze, obok mężczyzny o ciemniejszej karnacji i mało przyjemnie pachnącego jegomościa, który jednak po kilku chwilach został wyprowadzony przez współtowarzyszy. Amir był młodym, ledwie dwudziestoparoletnim mężczyzną, cechującym się wyjątkową urodą, jasną skórą, twarzą o bardzo łagodnych rysach, z błękitnymi oczyma, prostym nosem i ładnie wykrojonymi ustami. Włosy miał gęste, bursztynowe, splecione w luźną kitkę. Dziwić więc mogło, że mimo tego, iż zdecydowana większość jego rówieśników, dawno założyła rodzinę, on sam jeszcze tego nie zrobił, a ponieważ stronił od kobiet, postrzegany był jako człowiek wyjątkowo cnotliwy i całkowicie oddany swemu zadaniu. Amir był reprezentantem arystokracji. Najwyższej arystokrakcji, jaka istniała w jego mieście, arystokracji związanej z osobą samego władcy, który był jego wujem. Sam Amir zresztą postrzegany był często w kategoriach przyszłego dziedzica, ale mimo sympatii społeczeństwa, nie cieszył się szczególną przychylnością reszty szlachty. Zresztą, jego wuj mawiał często, że ci podobno widzą w nim coś groźnego albo nieobliczalnego. Amir nie czuł jednak rozczarowania tym faktem, wprost przeciwnie. Polityka nieszczególnie go interesowała, szczególnie ta, w której wmawiano się tym, których się nienawidzi, że się ich kocha i odwrotnie. Z nim było inaczej. Jeżeli kogoś nienawidził, to z całych sił, a jeżeli kochał... Właściwie to nie kochał niczego konkretnego.
-Co ci podać, chłopcze...?- zapytał umęczonym głosem Kaen, zwracając się do niego w taki sposób jak wtedy, gdy ten przychodził tu po raz pierwszy, mając ledwie piętnaście lat. Był to właściciel karczmy, człowiek wiecznie sprawiający wrażenie przemęczonego i zdenerwowanego, wyraźnie nie do końca pasujący do tego miejsca i często poirytowany licznymi kłótniami i zamieszkami.
-Nalej mi do pełna.
-Robi się.
Już po chwili przed Amirem wylądował kufel pełen piwa. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, odrobinę zniecierpliwiony. Zazwyczaj to nie on był tym, który się spóźniał. Jego wzrok padł na osobnika siedzącego tuż przy oknie. Nie był jedynym tu obecnym, który zwrócił na niego uwagę. Pozostali bywalcy również zerkali w tamtą stronę spode łba, komentując coś od czasu do czasu. Amir uśmiechnął się pogardliwie. Poczuł w sobie ukłucie niechęci, takie samo, jakie czuł za każdym razem, gdy spotykał tego rodzaju istoty.
-Przepraszam- usłyszał głos młodszego brata i oderwał się od obserwowania swojego wcześniejszego obiektu. Hadrin usiadł na miejscu obok niego, odgarniając z czoła pasma jasnych włosów i wzdychając głęboko- Tyle pracy, tyle pracy... Wybacz, zupełnie straciłem poczucie czasu...
Amir uśmiechnął się pobłażliwie. Uśmiechał się tak często, spoglądając na swojego brata, który wydawał mu się być zawsze człowiekiem strasznie bezbronnym, zapewne przez swoją wątłą sylwetkę. Ich drogi rozeszły się w pewnym miejscu, ale nadal pozostawali w dobrych relacjach.
-Dla niego to samo- rzucił do właściciela Amir, ale ten zaprotestował stanowczo i odparł:
-Nie, nie! Nie, ja muszę... Bardzo muszę iść niedługo...- wymamrotał nieskładnie, oglądając się za siebie i z lekkim obrzydzeniem obserwując efekty problemów żołądkowych jakiegoś pana. Spojrzał z powrotem na Amira- Rozmawiałem z Ludwikiem. Chciałby się z tobą dzisiaj zobaczyć.
-To coś poważnego...?
-Nie sądzę... Mówił, że ma ci coś do powiedzenia. Mówię ci, wszyscy ostatnio mają masę na głowie... Tyle problemów, tyle problemów! Nawet po zeszłorocznej suszy nie było aż tak strasznie, ale teraz... Rolnicy cały czas się buntują i buntują, jak na złość, akurat teraz, kiedy wschód na nas dybie...
-Niech dybie- odparł Amir, wzruszając obojętnie ramionami- Nie zaatakują.
Hadrin zerknął na niego bez wiary.
-Zawsze tak się mówi, zawsze uspokajają, a później... Ach! Konflikt gotowy!- szepnął, wzdychając po raz wtóry, na co Amir uśmiechnął się raz jeszcze w wyrazie politowania, bo nie żyli już w czasach wielkich wojen, a ledwie małych potyczek, w których zresztą jego braciszek, jako przykładny urzędas i przyszły władca, wcale nie brał udziału- A teraz sytuacja jest wyjątkowo napięta... Sam rozumiesz, te wszystkie spory, nie ta ziemia, nie ta religia i nawet władca nie ten... Każdemu się coś nie podoba!
Wzrok Amira raz jeszcze, mimowolnie powędrował do jegomościa siedzącego przy oknie, przestając na chwilę słuchać narzekania brata.
-Co za tupet...- mruknął pod nosem z wyraźną niechęcią.
-O co chodzi?
-Oni chyba wciskają się już wszędzie, gdzie tylko mogą...
Hadrin również spojrzał w tamtą stronę i pokiwał głową, wykrzywiając wargi w pełnym pogardy grymasie. Amir aż za dobrze wiedział, że ich poglądy w tej kwestii nie różnią się ani na jotę. Z tym, że Hadrin ujawniał się z nimi raczej nieczęsto, bo ich wuj był wyjątkowo wyczulony na wszelkiego rodzaju przejawy otwartej wrogości, nawet względem tego rodzaju istot, które, rzecz jasna, na tę wrogość w pełni zasługiwały. Chociażby przez to, że w ogóle były.
Bo przy oknie siedział przedstawiciel rasy, która nawet w takim miejscu, pełnym różnych dziwnych i zupełnie innych od siebie ludzi, budziła duże kontrowersje. Może dlatego, że ten w ogóle nie był człowiekiem. A czym był? Dobre pytanie. Oni sami nazywali siebie potomkami wilków, chociaż Amir określiłby ich raczej mianem wyleniałych psów. Wyglądali wszyscy bardzo podobnie, pozornie nie różnili się od ludzi, nie licząc ogona, psich uszu i czegoś w rodzaju delikatnej sierści, pokrywającej niekiedy ich skórę. Byli przedstawicielami pradawnej cywilizacji, która podobno istniała jeszcze nim zaistnieli ludzie – tak przynajmniej twierdzili. Faktem jest, że setki lat temu, to oni panowali nad całym kontynentem, nim dotarli na niego ludzie. Późniejsze czasy są czasami nieustanych wojen i walk o granicę, wolność czy pokój. Ale ta pradawna cywilizacja, liczyła dziś ledwie kilka tysięcy osobników, z czego w najbliższej osadzie zamieszkiwało może tysiąc istot. I chociaż pozornie, z ich miastem łączyły ich relacje pokojowe, a może czasem nawet sojusznicze... I chociaż przedstawiciele obu kultur lubili mówić o tym, jak wzajemnie się uwielbiają, szanują i doceniają, pomiędzy ludźmi a tymi przeklętymi psami nieustannie toczyły się walki. Czemu Amir wcale się nie dziwił. Nie cierpiał ich. Nie cierpiał ich zarozumialstwa, traktowania ludzi jak barbarzyńców, którzy siłą wtargnęli w ich życie, nie cierpiał ich wyniosłości, uważania się za lepszych i w ogóle ich inności pod każdym jednym względem.
Nie miał pojęcia, dlaczego nie zagarnęli ich ziem całkowicie kilkanaście lat temu, gdy mieli ku temu dogodną okazję. Wychodził z założenia, że należy jak najszybciej zrobić z nimi porządek.
-Ktoś powinien z tym w końcu zrobić porządek- stwierdził stanowczo Hardin.
-No właśnie- parsknął Amir, spoglądając na niego znacząco- Z tego co wiem, to ty zajmujesz się sprawami teoretycznymi, a poza tym jako przyszły władca...
Hardin spłonął rumieńcem.
-Nie opowiadaj takich rzeczy- szepnął speszony, odkaszlnąwszy nerwowo- Nic jeszcze nie jest ustalone, a to ty jesteś pierwszy w kolejce, więc...
-Dobrze wiesz, że Ludwik mnie nie wybierze- odpowiedział Amir, unosząc brew. Tą kwestię mieli już chyba przedyskutowaną i chociaż wuj nigdy nie powiedział mu tego otwarcie, nietrudno było to wywnioskować- Nie mam przecież do ciebie pretensji... Właściwie nie uśmiechałoby mi się całodniowe grzanie tyłka przed biurkiem, więc...- wzruszył bezradnie ramionami- Ty i Ludwik macie do tego większe predyspozycje.
Hadrin nie odpowiedział, wyraźnie skrępowany.
-Ożenisz się wtedy...?- zagadnął go Amir- Z tą swoją panną...?
-Z... Z nią...? Nie, oczywiście, że nie!- zaprotestował Hadrin, kręcąc zdecydowanie głową- Sam rozumiesz... To przecież wieśniaczka... Ludzie źle na to patrzą, a już sam jej stan... Dobrze wiesz, że kobiety mają dużo mniejsze predyspozycje umysłowe, a kobieta ze wsi... Nie umie czytać, pisać... To zła kandydatka.
-Za to musi umieć inne rzeczy, skoro tak często ją odwiedzasz- odparł Amir z nutą kąśliwości, uśmiechając się drwiąco. Jego brat spąsowiał po raz kolejny, nie odpowiadając.
W tym momencie do karczmy wszedł inny przedstawiciel, o jakże szlachetnego, wilczego rodu, doprowadzając Amira niemalże do białej gorączki. A to dopiero! Jeszcze rok temu ciężko było się na któregoś natknąć, tak skutecznie się chowali, a nawet jeżeli akurat się ich spotykało, szybko odchodzili, nie chcąc żadnej zwady, a teraz...! Skrzywił się mimowolnie. Brakowało im wszystkim ogłady i chociażby odrobiny pokory. Mniejsze państwo musi uznać dominację większego, nie ma innej możliwości.
Mężczyzna, który wszedł do karczmy, był wysoki i smukły, zresztą jak oni wszyscy. Miał ciemne, dłuższe, kręcone włosy, spod których wyłaniały się charakterystyczne wilcze (psie) uszy, złote oczy, lekko zadarty nos i wąskie usta. Spod jego płaszcza wysunął się czarny, postrzępiony ogon. Skórę miał idealnie gładką, w przeciwieństwie do swojego pobratymca, siedzącego przy oknie. Przemknął się zwinnie, z iście kocią gracją pomiędzy dwoma kotłującymi się przed wejściem jegomościami i zajął miejsce obok Amira, zwolnione chwilę wcześniej.
-Dzień dobry- przywitał się uprzejmie z Kaenem. Hadrin odkaszlnął znacząco, zerkając na swojego brata. Wargi Amira ułożyły się mimowolnie w pełen pogardy grymas.
-Dobry...- mruknął Kaen, rozglądając się z wyraźnym niepokojem. Amir i Hadrin nie byli jedynymi, którzy na wejście mężczyzny zareagowali w taki sposób. Z głębi sali dało się słyszeć jakieś okrzyki i przekleństwa, które przybysz zdawał się jednak zupełnie ignorować- Co podać?
-Poproszę...
-To nie wodopój dla zwierząt- przerwał mu lodowato Amir, nawet na niego nie spoglądając, utkwiwszy chłodny wzrok w jakimś punkcie przed sobą. Co się działo z tym światem...! Że też ktoś taki śmiał w ogóle się tutaj pojawić, śmiał się do niego przysiąść, zachowywać się tak, jakby był tu mile widziany... Och, tak, świat schodził na psy. Dosłownie.
Przybysz nie zwrócił na niego uwagi.
Kaen westchnął ciężko, wyraźnie strapiony faktem, że szykuje mu się tutaj kolejny konflikt.
-Piwo?- zapytał.
-Tak.
-Nie słyszałeś, co do ciebie powiedziałem?- rzucił ostro Amir, tym razem spoglądając wprost na siedzącego obok siebie mężczyznę.
Prawie zatrząsł się z wściekłości, gdy ten nawet nie odwrócił się w jego kierunku i obojętnym tonem stwierdził:
-Na brzęczące muchy nie należy zwracać uwagi...
Hadrin odkaszlnął po raz kolejny, tym razem jakby ostrzegawczo.
-Tak?- Amir uśmiechnął się drwiąco- A głośno szczekające psy należy uciszyć...
-Proszę!- wykrzyknął nieco panicznie Kaen, stawiając kufel piwa przed przybyszem, wyraźnie spanikowany- Podać coś jeszcze...?
-Może smycz...?
Przybysz dopiero w tym momencie spojrzał na niego i odpowiedział spokojnie:
-Nie szukam kłopotów.
Amir parsknął z politowaniem.
-Więc co tu robisz?
-To samo, co ty- odparł mężczyzna, wyraźnie starając się złagodzić sytuację, ale jeżeli Amir upatrzył sobie w kimś wroga, ciężko było mu się opanować. A w obecnej sytuacji, wrogiem był dla niego każdy dwunożny stwór, odstający choć trochę wyglądem od normalnych ludzi.
-Więc szukasz kłopotów- stwierdził zdecydowanie.
-Amir...- Hadrin stuknął go lekko w ramię. Nawet, jeżeli ich niechęć do tego rodzaju istot była równie mocna, Hadrin zawsze wykazywał się dużo większym spokojem i, jak sam twierdził, zdrowym rozsądkiem. Amir nazywał to po prostu tchórzostwem. Zresztą, wcale się temu nie dziwił. Gdyby wyglądał równie wątle jak swój braciszek, też bałby się szepnąć choćby słowo.
Przybysz nie odpowiadał. Już na pierwszy rzut oka widać było, że zapewne najchętniej by stąd wyszedł, ale nie ruszał się z miejsca, popijając powoli piwo i jednocześnie strzygąc nerwowo uszami, co dało Amirowi poczucie satysfakcji. Uśmiechnął się do siebie lekko, po czym rzucił obojętnie:
-W gruncie rzeczy zwierzętom nie należy dawać tych samych przywilejów co ludziom... Podobno oduczają się wtedy pokory i zaczynają zachowywać się tak, jakby były im równe...
W tym momencie poczuł mocne uderzenie w twarz. Długie paznokcie rozcięły skórę na jego policzku. Zamrugał zaskoczony. Nie zdążył nawet poczuć bólu, dotknął jedynie uderzonego miejsca, a następnie spojrzał na własną dłoń, na której znajdowały się ślady krwi. Przeklęty kundel stał już na nogach, wpatrując się w niego ostro. Amir rzucił się na niego natychmiast, przewracając go i kotłując się z nim na podłodze.
-Amir!- krzyknął przerażony Hadrin, odsuwając się nieco, jakby w obawie, że i on zostanie włączony w tą bójkę, a kilku siedzących nieopodal jegomościów zaczęło głośno dopingować walczących.
Kaen wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
-Nie...- jęknął głucho, skrywając twarz w dłoniach i kręcąc z niedowierzaniem głową- Nie znowu...
Amir był jeszcze tak oszołomiony faktem, że to... to coś... ośmieliło się w ogóle podnieść na niego rękę, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. Ogarnęła go wściekłość, z jego ust wydobywały się jedynie przekleństwa. Najpierw to on górował nad tym mężczyzną, później ten przewrócił go na posadzkę i usiał na jego biodrach, usiłując skrępować jego dłonie, co mu się nie udało, bo Amir po raz kolejny skutecznie przydusił go do podłogi, by zaraz oberwać raz jeszcze w twarz. W tym momencie jacyś ludzie, na tyle trzeźwi, by jeszcze stać, rozdzielili ich od siebie z dużym trudem.
-Zabiję cię! Zabiję!- wrzeszczał Amir, podtrzymywany jeszcze przez brata.
Tamten mężczyzna uspokoił się wyraźnie i przestał wyrywać, chociaż wciąż wpatrywał się w niego z jawną wrogością.
-Dosyć!- zaprotestował Kaen, wbiegając pomiędzy nich prędko- Wyjść...!- krzyknął, ale gdy zerknął na Amira, a później na tego drugiego, rzucił tylko do niego- Wyjdź, panie, proszę.
Potomek wilków prychnął głośno, mierząc Amira pogardliwym spojrzeniem, po czym posłusznie opuścił karczmę. Kaen westchnął ciężko, zabierając się za sprzątanie resztek kufla, który został zrzucony przez mężczyzn podczas szamotaniny, a Hadrin usadził swojego brata z powrotem na jego miejscu i podał mu chustkę, by ten wytarł zakrwawiony policzek i wargę. Amir był jednak tak wściekły i poruszony, że nawet nie zwracał na to uwagi.
-Jak on... Jak on śmiał...!- syknął oburzony. Ach, gdyby miał ze sobą miecz! Gdyby dali im jeszcze chwilę, to by go zabił! Jak psa! Dosłownie.
-Daj spokój, Amir.
Jegomość siedzący przy oknie, wyczuł chyba, że wszyscy przypatrują mu się z jeszcze większą niechęcią, bo rozejrzał się nieco zdezorientowany, po czym podkulił ogon i nachylił się nad swoim piwem tak nisko, jakby zamierzał się w nim utopić.
Kolejny psi osobnik wleciał do karczmy.
-No...!- rzucił ostrzegawczo Kaen- Gdzie mi tu...!
Ale ten jedynie wcisnął Amirowi w dłonie skrawek papieru i czmychnął.
Mężczyzna odczytał wiadomość.
-I bardzo dobrze...- mruknął, uśmiechając się do siebie.

-Więc wyzwał cię na pojedynek...?- zapytał powoli Ludwik, zerkając na niego spoza stosu papierów. Był jego wujem i władcą tego miasta. Nigdy nie miał żony, a co za tym idzie, nie doczekał się też dzieci, a przynajmniej nikt nic o tym oficjalnie nie wiedział, więc pewnie dlatego traktował swoich siostrzeńców jak własnych synów i to właśnie w nich upatrywał się swych następców. Amir zawsze odczuwał do niego duży szacunek, podziwiał go. Ludwik miał już koło pięćdziesięciu lat, ale mimo swojego wieku, wciąż był bardzo sprawny, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Sylwetkę miał równie smukłą i wątłą, jak Hadrin, ale jego Amir na pewno nie nazwałby tchórzem. Wuj był dosyć dziwny. Całe dnie spędzał nad rachunkami, sprawdzał wszystkich urzędników, ufał w stu procentach mało któremu ze swoich ludzi, dlatego wszystko analizował raz jeszcze sam. Miał ogromną wiedzę i doświadczenie, całkowicie poświęcał się państwu, nie mając właściwie żadnego życia rodzinnego, nie licząc kontaktów z siostrzeńcami. Ludwik był bardzo dobrym władcą, często podejmował decyzje kontrowersyjne i budzące sprzeciw niektórych arystokratów, a mimo to, te zawsze przynosiły dobre skutki, czasem nawet większe od oczekiwanych. Amir zawsze widział w nim pewnego rodzaju wzór, ale nawet nie starał się mu dorównać. Szczególnie, że Ludwik był idealistą, reprezentującym ideologię, która była dla Amira zupełnie obca i właściwie niezrozumiała- Nie będę nawet pytał, czy się zgodziłeś, bo gdybyś chociaż raz postąpił racjonalnie, oznaczałoby to zapewne koniec świata...
Amir parsknął cicho, usadawiając się wygodnie na miękkiej kanapie wuja.
-Odrzucenie wyzwania byłoby oznaką tchórzostwa.
-Raczej zdrowych zmysłów- sprostował Ludwik, wzdychając ciężko i przecierając skronie- Jeszcze tego brakuje, żeby mojego najzdolniejszego siostrzeńca zabito w jakiejś podrzędnej bijatyce...
-Też coś!- obruszył się Amir, traktując te słowa niemalże jak obelgę. Był szkolony w walce przez najlepszych z najlepszych, miałby przegrać z jakimś kundlem...?- To nie ja będę tym zabijanym, zapewniam cię.
Ludwik oderwał się od rozliczeń i spojrzał na niego surowo.
-Chcesz go zabić?
-Cóż...- Amir odkaszlnął cicho. Wzrok wuja przeszywał go na wskroś- Nie- dodał więc po chwili namysłu- Nie chcę. Co nie zmienia faktu, że dam mu nauczkę, na jaką zasługuje...- … na jaką oni wszyscy zasługują, dodał w myślach, świadom tego, że wuj nie lubi tego rodzaju uogólnień i „nieusprawiedliwionej” niechęci- Może utnę mu ten jego dziwaczny ogon...
Ludwik łupnął dłońmi w stół z taką siłą, że Amir aż podskoczył. Za każdym razem dziwiło go niezmiernie, że tak drobny i niepozorny człowiek, jest w stanie jednym gestem zupełnie wytrącić go z równowagi.
Mężczyzna wstał i podszedł do niego powolnym krokiem.
-Dlaczego mówisz takie rzeczy?- zapytał bez zrozumienia, surowym głosem- Podobne czyny my, jak sam twierdzisz, ludzie cywilizowani, nazywamy okrucieństwem. Nie ma gorszego upokorzenia dla nich niż coś takiego.
Amir zmarszczył brwi.
-Dlaczego?
Ludwik prychnął z irytacją.
-No tak, ty i twoje lekcje historii! Nie wiesz, jak nasi przodkowie próbowali ich przez całe wieki uczłowieczać? Więc dowiedz się wreszcie i przestań opowiadać takie bzdury! Doprawdy, Amirze! Jak na wyćwiczonego wojownika masz naprawdę niewielkie pojęcie o dziejach własnych przodków.
-A dlaczego miałbym mieć większe?- mruknął niechętnie Amir. Historia potwornie go nudziła.
-Bo historia, mój drogi, jest czymś znacznie więcej, niż treścią zapisków i ksiąg. Historia jest najlepszym źródłem wiedzy, dzięki któremu możesz inspirować się i dochodzić do sukcesów, ucząc się jednocześnie na cudzych porażkach.
Amir przewrócił dyskretnie oczyma. Wuj nie pierwszy raz robił mu tego rodzaju wykład, ale on nie czuł szczególnej potrzeby, żeby zgłębiać wiedzę. To było nudne, bezsensowne. Dla niego liczyło się działanie, ta właśnie chwila, a nie to, co zrobiono sto czy dwieście lat temu. Nie wiedział, dlaczego ma czuć się odpowiedzialny za zbrodnie swoich przodków i nie wiedział, dlaczego z tak błahego powodu ma uznawać czy akceptować tych odmieńców. Historia tworzy się tu i teraz, a tu i teraz, potomkowie wilków, kimkolwiek w rzeczywistości byli, stanowili powszechny obiekt niechęci, a ta niechęć na pewno miała jakieś racjonalne uzasadnienie.
-O co ci chodzi, Ludwiku...?- zapytał, unosząc brew- Czyjej historii mam się uczyć? Naszej? Czy tych dziwaków? Bo chociaż teoretycznie mówią o tym samym, są zupełnie inne... Nawet inne osady w naszym otoczeniu, inaczej interpretują różne fakty... Dlaczego więc mam traktować którekolwiek z tych źródeł za wystarczająco wiarygodne, by zawracać tym sobie głowę...?
Wuj rzadko tracił do niego cierpliwość, ale zazwyczaj w tego rodzaju rozmowach, opuszczał go zwyczajowy spokój i dawał się ponosić emocjom. Dokładnie, jak tym razem.
-Historia nigdy nie będzie obiektywna, dopóki będzie spisywana przez narody, które same w niej uczestniczą. Ale to wcale nie znaczy, że nie jest prawdziwa. Między postrzeganiem świata w inny sposób, a zafałszowaniem, jest duża różnica.
Ta odpowiedź była dla Amira zupełnie niezrozumiała.
-Posłuchaj, Ludwiku...- zaczął łagodnie- Ty masz swoje zdanie, a ja swoje. Sam mówiłeś, że młodsi zawsze robią wszystko na przekór, więc... Myślę, że mam prawo do osobistych uprzedzeń.
-Nie myślisz, nie myślisz wcale i w tym właśnie problem!- stwierdził z gniewem wuj, zaczynając krążyć po pomieszczeniu- Bo gdybyś zaczął myśleć, rozumiałbyś, jak strasznie naiwne są twoje własne słowa! Boję się momentu, gdy starsi ustąpią miejsca takim młodszym... pełnym niewiedzy i nieuzasadnionych obaw, lęków bez pokrycia... I nie, nie masz prawa do osobistych uprzedzeń. I ja nie mam do nich prawa. Bo kiedy włada się krajem, uprzedzenia trzeba odłożyć na bok, podobnie jak wszelkie idiotyczne obawy, i trzeba rozważać nie to, co dobre dla nas samych, ale to, co dobre dla ogółu. A ludzie nie potrzebują kolejnej wojny, która zawsze jest dla nich tragedią. Nie potrzebują też nieustannego podsycania konfliktu, który bazuje na niczym więcej, jak tylko ich własnej niewiedzy i braku doświadczenia. Ludzie powinni się rozwijać, uczyć! A współistnienie i obcowanie z inną kulturą, inną cywilizacją, otwiera umysł. Twój jest wciąż zamknięty.
-Ale co to ma ze mną wspólnego?!- wybuchnął Amir, kręcąc głową- Mów takie rzeczy do Hadrina, to on cię zastąpi!
Ludwik przystanął na chwilę i spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Hadrin...?- dopytał niepewnie- On miałby mnie zastąpić...? Nie, nie...- szepnął cicho, podchodząc do okna, wyraźnie zamyślony. Amir wpatrywał się w niego mocno zdezorientowany- Hadrin jest... Jest bardzo dobrze wykształconym, ambitnym mężczyzną, ale...
-To chyba dobrze?- wtrącił Amir.
-... ale nie nadaje się na władcę- dokończył Ludwik, a mężczyzna zdumiał się jeszcze bardziej- Brak mu stanowczości, odwagi. To stanowisko wymaga asertywności, której on nie ma. Zbyt łatwo ulega wpływom, a poza tym... Poza tym brak mu tego czegoś, co sprawia, że ludzie podążają za władcą. Brak mu charyzmy. W przeciwieństwie do ciebie. Ludzie cię cenią, Amirze.
Amir spoglądał na swojego wuja z niepokojem. Czy on chciał...? Przecież to niemożliwe! Do tej pory, za każdym razem gdy rozmawiali, ten przyrównywał go do Hadrina, jako do wzoru godnego naśladowania, często go karcił, pouczał... Amir sądził, że w ten sposób wuj chce go uprzedzić, że jego następcą będzie Hadrin i on wcale nie miał nic przeciwko! Nawet sam Hadrin myślał pewnie dokładnie to samo. Teraz, kiedy pojawiło się w nim podejrzenie, że to jego Ludwik zamierza wytypować na swojego zastępcę, poczuł się tak, jakby ktoś usiłował zamknąć go w klatce.
-Mnie...?- uśmiechnął się wymuszenie- Na pewno nie twoi koledzy w złocie- stwierdził, mając na myśli arystokratów, którzy zawsze patrzyli na niego wilkiem i nie sprzyjali mu zbytnio.
-I dobrze. Mnie też nie lubią. Jeżeli arystokracja nie lubi władzy, to znak, że wszystko w państwie dzieje się dobrze.
-No dobrze... A jak to się ma do moich uprzedzeń?- odkaszlnął nerwowo Amir, chcąc szybko zmienić temat. Chyba nie był jeszcze gotów na rewelacje w stylu przygotowań do objęcia tronu. Nie chciał tego. O bogowie, jak strasznie tego nie chciał! Sama myśl o tym wzbudzała w nim panikę.
Ludwik westchnął głęboko.
-Nadal nie rozumiesz, prawda...?- szepnął strapiony- Każda istota, która ma serce i rozum... Człowiek, czy też nie... Ma prawo do wolności, do wybierania własnej wiary, własnych przekonań... Nie można nikomu narzucić ideologii ani zmusić go do wyznawania bogów, których nie akceptują, bo i tak zakończy się to porażką. Różnorodność jest czymś dobrym. Daje bowiem możliwość wyboru, a co za tym idzie, rozwija i kształtuje osobowość. Jeżeli uważasz inaczej, zachowaj to dla siebie. Nie rozumiem, dlaczego w dzisiejszych czasach, po takich doświadczeniach, wojnach i konfliktach, nadal brak zrozumienia i wiedzy spotyka się z większą akceptacją niż tolerancja, która nagle staje się powodem do wstydu. Zapamiętaj raz jeszcze, Amirze. Każda istota ma prawo wyboru. Wyboru swojego sposobu życia, swojego boga, swojej żony. Ma prawo decydować, gdzie mieszka i ile będzie miał dzieci. I nikt, żaden pojedynczy człowiek, nawet całe państwo, nie ma prawa w to ingerować. Nigdy.
Amir milczał przez dłuższą chwilę.
-Więc dlaczego ty nie ułożyłeś sobie życia, co?- zapytał w końcu.
Ludwik wzruszył ramionami w zamyśleniu.
-To nie dotyczy władcy- odpowiedział spokojnie- Władza wydaje się wielu ludziom czymś wyjątkowo atrakcyjnym... Ale jest w gruncie rzeczy wyjątkowo ciężkim obowiązkiem. Władca nie ma prawa do prywatnego życia. Każde małżeństwo powinno być małżeństwem politycznym, bo jeżeli takim nie jest... Staje się bezsensowną ceremonią, ku uciesze jednostki, a ma przecież służyć całemu państwu. Ja nie widziałem potrzeby się żenić, ale gdyby taka się pojawiła, zrobiłbym to. Władca powinien przede wszystkim mieć dużą intuicję, zmysł, który pozwoliłby mu ocenić społeczne nastroje i oczekiwania... Powinien mieć pewien specyficzny rodzaj wrażliwości. Do tej pory wydawało mi się, że ty go posiadasz. Teraz nie jestem pewien.
Amir z chwili na chwilę czuł się coraz bardziej zaniepokojony. Co to wszystko miało znaczyć...? On miałby zostać...? Przecież... Przecież wyobrażał sobie siebie najwyżej jako dowódcę gwardii przybocznej, ewentualnie w przyszłości generała, w razie wojny dowódcę wojska. Do tego nadawał się najlepiej. Nie dla niego zarządzanie państwem, bogate, nudne ceremonie, ludowe święta i „wrażliwość” społeczna.
-Chyba się nie rozumiemy...- zaczął w końcu niepewnie- Nie chcesz chyba... Nie chcesz chyba, żebym to ja cię kiedyś zastąpił, prawda...?
Ludwik spojrzał na niego z uwagą.
-Sądziłem, że to oczywiste- stwierdził.
Widać nie tak bardzo.
Amir parsknął cicho.
-Nie chcę być władcą- stwierdził zdecydowanie.
Ludwik skinął głową, jakby ze zrozumieniem, po czym szepnął w zamyśleniu:
-Decyzja nie należy do ciebie. Ja też nie chciałem.

-Coś się stało...?- zapytał niepewnie Hadrin, który zazwyczaj rzadko mogąc dotrzymać bratu kroku, teraz sam musiał przystawać co jakiś czas i czekać, aż ten do niego dojdzie.
Amir pokręcił głową, przygnębiony. Słowa wuja zupełnie go rozbroiły, nie miał pojęcia, co teraz zrobić. Jeszcze kilka lat temu, gdy wszyscy typowali go na przyszłego króla, nie interesował się tym tak bardzo. A jak tylko dorósł, doradcy Ludwika, zaczęli zachwycać się Hadrinem, wuj stał się wobec niego bardzo wymagający, często krytykował jego działania i nic nie wskazywało na to, by w ogóle rozważał jego kandydaturę. A teraz...! Aż nie mógł w to uwierzyć! Zawsze sądził, że Ludwik postępuje po prostu racjonalnie, nie zwraca uwagi na „prawa pierworodnych” i tego rodzaju idiotyzmy... Przecież Hadrin nadawał się idealnie! Był inteligentny, wykształcony, lubił siedzenie przed biurkiem, nadawał się do całodniowego myślenia i wydawania poleceń. A Amir... Amir był po prostu... Po prostu wojownikiem! To interesowało go najbardziej, a nie zastanawianie się nad kaprysami wymagającego ludu. Co go to w ogóle obchodziło? Też mu robota, bycie królem. Każdy wylew rzeki, każdy kataklizm, nieurodzaj i już... wszyscy niezadowoleni! Przeklinają swoich władców, jakby byli bogami, bogów natomiast prosząc o interwencję, zamiast wybrać wariant odwrotny.
-Chyba się nie boisz, co...?- rzucił prowokująco Hadrin, a Amir spojrzał na niego z politowaniem i parsknął śmiechem, po czym zdzielił go w ramię. Biedny braciszek aż zachwiał się na nogach, z trudem utrzymując równowagę.
-Nie...- odparł w zamyśleniu Amir, chociaż w rzeczywistości bał się jak diabli. Bał się tego, że zostanie królem. Nie życzył Ludwikowi śmierci, bynajmniej, ale wuj nie był przecież pierwszej młodości... A choćby żył jeszcze pół wieku, prędzej czy później i tak przyjdzie na niego pora. A może jakoś wpłynąć na zmianę jego zdania...? Przekonać go do Hadrina? No bo dlaczego nie Hadrin? Owszem, bywał nieco uległy, ale właściwie co w tym złego? Był młodszy, ale ledwie o dwa lata, to żadna poważna różnica.
Och, bogowie, Hadrin... Ciekawe, jak on zareaguje na tą informację. Amir zagryzł wargę. Nie zamierzał mu o tym mówić. Jego brat, pewnie dokładnie tak samo, jak on, żył dotąd w fałszywym przekonaniu. Tylko Amirowi wydawało się, że został zwolniony z uciążliwego obowiązku, a Hadrin sądził, że on zostanie władcą. A teraz... Wuj miał wyjątkowe skłonności do komplikowania życia swoim najbliższym, łącznie z sobą samym.
Wyszli z lasu i znaleźli się na okrągłej polanie. Tamten nieszczęsny pchlarz już na nich czekał, razem ze swoim towarzyszem, podobnym sobie, nieco niższym, z jasnobrązowymi włosami. Obaj spoglądali na nich z uwagą i wymieniali ze sobą po cichu komentarze.
-Jesteś pewien, że dasz sobie radę...?- w Hadrina jak zwykle wstąpiły wątpliwości.
-A kiedykolwiek nie dałem?- westchnął Amir, zerkając na brata z cieniem irytacji.
-Wybacz... Wyglądają trochę... przerażająco.
-Raczej śmiesznie.
-Witajcie, o jakże szlachetni ludzie...- przywitał się z nimi głośno towarzysz bójkowicza z karczmy, kłaniając się im groteskowo i uśmiechając się z drwiną, po czym rzucił teatralnym szeptem do stojącego obok mężczyzny- Zobacz... Mamy aż dwóch naraz... Będzie zabawa...
Hadrin aż pobladł ze strachu.
-J... Ja... Ja jestem tylko sekundantem...- wyjąkał przerażony.
-Ja też...- szatyn uśmiechnął się do niego szeroko, ukazując nienaturalnie duże kły.
Hadrin odkaszlnął nerwowo, w jakimś odruchu wycofując się nieco za swojego brata.
-Dosyć gadania- mruknął Amir, mierząc swojego przeciwnika uważnym spojrzeniem. Od razu rzuciło mu się w oczy, że ciemnowłosy trzymał w swoich dłoniach łuk. Uniósł brew i uśmiechnął się z politowaniem- Łucznik...?
-Owszem... Ale z mieczem daję sobie radę równie dobrze- odpowiedział spokojnie mężczyzna, odkładając broń i kołczan na trawę i biorąc od swego towarzysza ostrze.
-Lepiej, żebyś miał rację. Lepiej dla ciebie.
-Żadnych sztuczek- warknął sekundant przeciwnika Amira- Znam wasze ludzkie podstępy... Walka na miecze i nic więcej, jeżeli spróbujesz czegokolwiek innego, ja wkroczę do akcji... A tego byś nie chciał- uśmiechnął się nieprzyjemnie.
-Dwóch na jednego? Nie ma problemu- stwierdził bez cienia lęku Amir, a szatyn sprawiał wrażenie, jakby zamierzał przyjąć tę propozycję, ale towarzysz spojrzał na niego surowo- A poza tym... Nasze, ludzkie podstępy? A jaką mam pewność, że gdzieś w tym lesie nie siedzą wasi pobratymcy, żeby w razie czego ruszyć wam na pomoc...?
-Jak śmiesz!- warknął złowrogo sekundant, ruszając do przodu, ale ciemnowłosy zatrzymał go przy sobie.
-Jesteśmy tu sami- stwierdził.
-Doskonale- skwitował jego towarzysz, po czym podszedł do Hadrina i ogarnął go ramieniem, odchodząc z nim na bok- Chodź, człowieku...- rzucił do niego pobłażliwie, widząc chyba, że mężczyzna sprawia wrażenie, jakby miał zaraz omdleć- Musimy znaleźć sobie dobre miejsce...
-Ej, ty, psie... Tknij mojego brata, a obetnę ci to coś, co wystaje ci ze spodni...- zwrócił się do niego Amir, celując w jego stronę mieczem.
Szatyn uśmiechnął się lekko.
-Nie kuś, nie kuś...
Hadrin odetchnął płytko.
-Lepiej skoncentruj się na mnie- stwierdził przeciwnik Amira.
-Z miłą chęcią...
Obaj odeszli od siebie o kilka metrów, po czym chwycili za broń i ruszyli na siebie. Ich ostrza skrzyżowały się ze sobą. Rozpoczął się pojedynek.
Potomek wilków był od Amira szybszy i nieco zwinniejszy, ale nie dorównywał mu siłą. W efekcie ich walka była bardzo wyrównana i dynamiczna, ale niezwykle długa. Gdy jeden z nich wyprowadzał doskonały cios, drugi, równie doskonale, odpierał atak. Nawet obserwatorzy po kilkudziesięciu minutach, przestali oglądać starcie niecierpliwie. Sekundant przeciwnika Amira rozsiadł się na trawie, przyglądając się walczącym z wyraźnym znudzeniem, a Hadrin, chociaż najwyraźniej starał się udawać zainteresowanie, co jakiś czas sprawiał wrażenie, jakby przysypiał. Sam Amir był zdumiony umiejętnościami swojego przeciwnika. Z chwili na chwilę obaj byli coraz bardziej wyczerpani, ale najwyraźniej żadnemu z nich ani przyszło do głowy się poddawać. W pewnym momencie odrzucili miecze obaj, jak na zawołanie i po prostu rzucili się na siebie z pięściami, zupełnie jak wtedy, w karczmie.
Sekundant przeciwnika Amira zdał sobie z tego sprawę dopiero po kilku minutach i poderwał się z miejsca, jakby chcąc zaprotestować, ale ostatecznie widząc starcie, jedynie machnął obojętnie dłonią i opadł z powrotem na trawę. Nawet Hadrin zrezygnował ze swojej wypracowanej na stanowiskach urzędniczych, postawy skupienia i usiadł obok potomka wilków, zapominając na chwilę o swoich obawach. Wyglądało na to, że jeżeli walka potrwałaby jeszcze trochę, panowie mogliby ze sobą nawet nawiązać dyskusję.
W tym momencie z oddali rozległ się donośny huk. I Amir, i jego przeciwnik, zamarli na chwilę w bezruchu, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Obaj spojrzeli na siebie najpierw ze zdumieniem, później oskarżycielsko, jakby obaj doszukiwali się w tym podstępu przeciwnika, ale nim któryś z nich zdążył się odezwać, usłyszeli tak potworny dźwięk, że obaj zatkali uszy. Amir syknął głośno, rozglądając się bez zrozumienia dookoła. Zupełnie nie mógł zlokalizować źródła tego potwornego odgłosu, który przypominał przeciągły, piskliwy wrzask. Zauważył, że jego brat i potomek wilków również zatykają uszy, krzywiąc się.
Po chwili wszystko ucichło. Amir słyszał jedynie swój własny, płytki oddech i czuł nerwowe ruchy przeciwnika, który wciąż tkwił nieruchomo w jego ramionach, dokładnie w takiej pozycji, w jakiej się wtedy zatrzymali. I nagle stało się coś zupełnie niezrozumiałego. Okoliczne drzewa wygięły się gwałtownie w łuk, jakby pod wpływem mocnego wiatru, chociaż powietrze było spokojne. I w tym momencie Amir poczuł coś dziwnego. Jakby coś przez niego przeszło, wywołując w nim nagle uczucie niewyjaśnionej paniki, lęku i niepokoju. Spojrzał na twarz swojego towarzysza. Potomek wilków wydawał się być równie osłupiały i przerażony.
Niebo w jedną chwilę zaszło czarnymi chmurami.
Zapadła ciemność.