Strony

sobota, 3 września 2011

9. Johnny jest gejem [Wyzwanie]

 Johnny miał straszny sen. Śniło mu się, że obudził się rano i nim zdążył się jakkolwiek przygotować, usłyszał dzwonek do drzwi. Pewien, że to Rose zapomniała kluczy i nie może się dostać do środka, zszedł na dół i otworzył drzwi. Ku swemu przerażeniu dostrzegł jednak cały tłum  ludzi, same znajome twarze, z klasy i ze szkoły... Był tam też Benny i Carl, a nawet ten drań Eric. To właśnie on wysunął się na przód, spojrzał na Johnny'ego i nim ten zdążył powiedzieć choćby słowo, zaczął się głośno śmiać. Już po chwili zawtórowali mu wszyscy jego towarzysze, nawet przyjaciele szatyna. Johnny odwrócił się i błyskawicznie pobiegł schodami na górę. Biegł i biegł bez końca, słysząc wciąż ten nieprzyjemny śmiech i czując się tak zażenowany, jak jeszcze nigdy w życiu. Wreszcie udało mu się dotrzeć na piętro. Zamknął się w łazience i już miał zacząć się przebierać, gdy... Spojrzał do lustra i dostrzegł, że jest całkowicie łysy! Aż zapłakał, zrozpaczony, zupełnie nie wierząc w to, co widzi. Słyszał czyjeś kroki na schodach i coraz głośniejszy śmiech. Nie czekając więc dłużej, wyskoczył przez okno, które jakimś magicznym sposobem pojawiło się w jego łazience (a którego wcześniej tam nie było) i wylądował bezpiecznie na ziemi, a następnie zaczął uciekać. Miasto było zupełnie opustoszałe, a on nie miał pojęcia, do kogo może zwrócić się o pomoc. I nagle go oświeciło. Keith! Tak, Keith na pewno mu pomoże! Pełen nadziei ruszył w kierunku kamienicy, w której ten mieszkał, ale gdy tam dotarł, zobaczył coś absolutnie paraliżującego. Keith stał oparty o ścianę, całując jakąś dziewczynę, która najpierw nie przypominała Johnny'emu zupełnie nikogo, ale gdy podszedł do niej bliżej... Okazała się Lindą! Blondynka odkleiła się na chwilę od ciemnowłosego i zerknęła na Johnny'ego pogardliwie, po czym mruknęła lekceważąco do swojego partnera: „Zobacz, Keith... I pomyśleć, że ktoś tak żałosny próbował mnie poderwać...”. Keith spojrzał na Johnny'ego w dokładnie taki sam sposób i odparł z drwiącym uśmiechem: „Ta... Mnie też...”, a następnie znowu pochwycił Lindę w swoje ramiona i zaczął ją mocno całować. Szatyn aż nie mógł w to uwierzyć. Krzyczał i krzyczał, błagając ich, żeby coś zrobili, a tymczasem śmiechy zdawały się być coraz bliższe i bliższe, i...
-Wstawaj, Johnny, spóźnisz się do szkoły!-... i Rose swoim silnym szarpnięciem uwolniła go raz na zawsze i od drwiących śmiechów, i od łysej głowy i od – co jeszcze bardziej przerażające – wizji Keitha i Lindy splecionych ze sobą w miłosnym uścisku.
Szatyn podniósł się szybko do pozycji siedzącej, rozglądając dookoła nieco zdezorientowany. W pierwszym odruchu dotknął swojej głowy i gdy natrafił na swoje idealne, miękkie włosy, prawie się wzruszył. Westchnął głęboko, wyraźnie poruszony i wciąż mocno zdezorientowany, po czym szepnął, opadając na poduszki:
-Och, Rose... Śniło mi się coś potwornego.
-Tak, słyszałam...- odparła kąśliwie Rose, spoglądając na niego z politowaniem.
-Krzyczałem?- zdumiał się Johnny.
-Och, tak, tak... „Keith, Linda, Linda, Keith”! Słowo daję, zanim tutaj przyszłam, byłam pewna, że odbywa się tu jakaś orgia...
-Bardzo zabawne Rose...- skomentował jej słowa szatyn, biorąc kolejny głęboki oddech. Dawno już nie śniło mu się coś tak dziwacznego i tak przerażającego zarazem. Ale czego innego miał się spodziewać, skoro przez pół nocy myślał o tym, czy naprawdę ma kompleksy i czy ktoś taki jak on w ogóle MOŻE mieć kompleksy. Chyba słowa Keitha podziałały na niego o wiele mocniej, niż mógł przypuszczać.
-Wstawaj Johnny, jest już po siódmej- upomniała go Rose. Na te słowa chłopak zerwał się błyskawicznie z łóżka i pognał do łazienki.
No ładnie. Albo budzik mu nie zadzwonił, albo z tego wszystkiego w ogóle go nie usłyszał. I w dodatku nie mógł się spóźnić, bo jego pierwszą lekcją była matematyka, co samo w sobie dawało mu motywację, by być na czas i nie stać się głównym obiektem niechęci pani Stevens, a w dodatku dziś był dzień sprawdzianu. Sprawdzianu z matematyki i sprawdzianu z tego, czego rzeczywiście zdążył nauczyć się z Keithem, chociaż właściwie nie to było najważniejsze. Johnny musiał dopilnować i tego, by napisać ten sprawdzian na tyle dobrze, by chłopaka rozczarować i tego, by nie przesadzić i nie dostać zbyt dobrej oceny, pokazując tym samym, że nie potrzebuje jego pomocy... Ha, ha, dobra, dobra, to ostatnie akurat nie stanowiło wielkiego problemu. Johnny na samą myśl o tym, że mógłby dostać piątkę z matematyki, zaśmiał się głośno, kręcąc z niedowierzaniem głową i wrócił do szykowania się. Tego dnia, mimo że czasu miał mniej niż zwykle, ubrał się i uczesał z jeszcze większą dokładnością niż zazwyczaj. Żaden kosmyk nie mógł zaburzać ładu jego perfekcyjnie ułożonych włosów, na koszuli nie mogło być najdrobniejszego nawet zagniecenia, dżinsy musiały leżeć na nim idealnie i nawet dobrze już wiedział, że ubierze dziś swoje nowe buty i lepszą, skórzaną kurtkę, w której wyglądał trochę jak znany aktor albo gwiazda rocka. Podobny zestaw ubierał na siebie, co uświadomił sobie z lekkim zdumieniem, właściwie tylko wtedy, gdy chciał na kimś zrobić szczególne wrażenie albo coś mu nie wychodziło i zamierzał przynajmniej zachować dobrą prezencję. Z racji tego, że do obecnej sytuacji pasowały właściwie obie opcje, nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia i jakieś dziesięć minut przed planowanym wyjściem, zszedł na dół i zabrał się za przygotowane przez Rose na śniadanie rogaliki.
A że mówił przy tym dużo mniej niż zwykle, nawet Rose przyglądała mu się litościwie i mruczała pod nosem coś na kształt:
-Ach, ta młodzież...- kręcąc przy tym głową, wyraźnie bez zrozumienia.
-Rose...?- zaczął nagle Johnny, zerkając na kobietę pytająco- Sądzisz, że ja... Że ja mógłbym mieć... kompleksy?- te ostatnie słowo wymówił tak cicho, jakby ktoś miał siedzieć pod stołem i tylko czekać na takie wyznania, by przekonać się, że cudowny, boski Johnny ma jednak pewne słabości. Ale oczywiście nie miał. Tylko pytał. Hipotetycznie.
-Johnny, co ty wygadujesz za głupoty!- obruszyła się Rose, prychając głośno. Była tak poruszona, że aż przerwała na chwilę zwyczajowe krzątanie się po kuchni, by spojrzeć na niego z uwagą i jakby nieco podejrzliwie-Jesteś przecież przystojnym chłopakiem! Kawał faceta z ciebie, czemu miałbyś mieć kompleksy? Zresztą... Co to w ogóle za kompleksy. W naszych czasach tego nie było i ludzie żyli spokojnie. A teraz? A teraz telewizja, internety i z każdej strony wmawiają człowiekowi, że są jakieś kompleksy, no to w końcu zaczyna je mieć! A później się dziwić, że te nastolatki takie dziwaczne, to się głodzą, to narkotyzują, to znów popełniają samobójstwa...- Rose zatrzymała się na chwilę przy tej kwestii i zmarszczyła brwi- Nie chcesz popełnić samobójstwa, co, Johnny?
Szatyn zaśmiał się lekko z rozbawieniem.
-Nie, Rose- odparł, uśmiechając się szeroko- W tym tygodniu mam akurat lepsze zajęcia...
-No i bardzo dobrze! Żeby taki ładny chłopak myślał o tym, czy ma kompleksy! Chociaż wiesz, Johnny, w moich czasach to i tak byś się podobał dziewczynom, bez tych wszystkich udziwnień, a teraz...- machnęła dłonią i westchnęła w wyrazie absolutnego potępienia- Te ubrania, malowanie, kto to widział, kto to widział! Jeszcze trochę i zaczniecie się depilować albo co!
Johnny zachichotał, podnosząc się z miejsca. Chwycił za torbę ze swoim drugim śniadaniem, po czym musnął Rose w policzek i rzucił wesoło:
-Pa, Rose!
… Wolał nie wyjaśniać, że depilacja mężczyzn nie jest wynalazkiem szczególnie świeżym.

Johnny pojawił się w szkole jakieś dziesięć minut przed rozpoczęciem lekcji. Przywitał się jak zwykle z kilkoma osobami, wymienił czarujące uśmiechy z rozanielonymi dziewczętami, które spoglądały na niego nieśmiało gdzieś z kąta i chichotały, wziął część zeszytów ze swojej szafki i skierował się niekoniecznie radosnym krokiem w kierunku sali od matematyki.
-Hej- przywitał się z Carlem- Gdzie Benny?
-Z Maicy- odparł chłopak, chociaż odpowiedź mogłaby się wydawać oczywista- Ale sądząc po tym, co mówiła Agatha, to nie był najlepszy pomysł. Maicy prędzej urwie mu głowę...
Johnny uśmiechnął się jedynie niepewnie i wzruszył bezradnie ramionami, po czym odruchowo rozejrzał się dookoła. Jego wzrok natrafił na Keitha, który jak zwykle stał samotnie, opierając się o ścianę i spoglądając w posadzkę. Parsknął cichutko, rozbawiony. Nic dziwnego, że Keith zawsze kojarzył mu się z kimś strasznie nieśmiałym, rzeczywiście na pierwszy rzut oka sprawiał takie wrażenie. Szatyn przeprosił Carla i podszedł do chłopaka, uśmiechając się szeroko.
-Cześć.
Brunet podniósł wzrok i spojrzał na niego odrobinę zdumiony.
-Och... Cześć- mruknął w odpowiedzi, pozornie bez entuzjazmu, ale na jego wargach również pojawił się lekko zauważalny uśmiech.
-Jak tam nastrój przed sprawdzianem?
-Chyba ja powinienem o to zapytać, prawda?- chłopak uniósł brew i pokiwał głową z politowaniem- Nie jest źle. A jak ty się czujesz?
-W porządku. Hm... Keith...- Johnny odkaszlnął nieco skrępowany, drapiąc się po głowie. Powiedzmy, że zdawał sobie sprawę z tego, że wczorajszego wieczora nie zachował się... mówiąc najłagodniej... zbyt normalnie- Przepraszam za wczoraj, zachowywałem się jak kompletny idiota.
-Nie ma sprawy- odparł ciemnowłosy, po czym jak zwykle z rozbrajającą szczerością dodał- Miałem wystarczająco dużo czasu, by się przyzwyczaić.
Johnny zaśmiał się radośnie, już otwierając usta, by coś odpowiedzieć, ale w tym momencie nagle pojawił się obok nich Benny, sprawiając wrażenie wyjątkowo rozzłoszczonego i warknął:
-Dobra, którego z was mam zabić?!
Keith spojrzał na niego bez zrozumienia. Blondyn również zerknął na niego i zaczerwienił się lekko, dodając prędko:
-Sorry. Myślałem, że gadasz z Carlem- szepnął w ramach wyjaśnienia do Johnny'ego.
-To może ja już pójdę...- odkaszlnął cicho Keith, po czym wyminął Benny'ego i odszedł w przeciwnym kierunku.
-O co chodzi?- zapytał Johnny, chcąc skoncentrować wzrok na twarzy przyjaciela, ale mimowolnie oglądał się co jakiś czas przez ramię, obserwując ciemnowłosego, który zatrzymał się przy ścianie, kilka metrów dalej i zwyczajowo oparł się o nią plecami, sprawiając wrażenie jeszcze bardziej niepewnego i osamotnionego niż wcześniej. Szatyn westchnął głęboko w duchu. Biedny Keith. Może trzeba było skorzystać z okazji i zapoznać go z resztą paczki?
-Gdzie jest Carl?- burknął jedynie w odpowiedzi blondyn, wyraźnie poirytowany, po czym dostrzegł chłopaka i warknął- Ej, Carl!- przywołując go do siebie jednocześnie ruchem dłoni.
-Co jest?
-Może wy mi powiecie „co jest”- prychnął Benny, mierząc ich obu wyjątkowo nieprzychylnym spojrzeniem. Johnny uniósł brwi, wpatrując się w niego bez zrozumienia. Blondyn westchnął ciężko, po czym zaczął- Podchodzę sobie do Maicy, mam ochotę z nią pogadać, naszykowałem sobie już cały nudny monolog, a ona co mi na to? „Miałeś wystarczająco dużo czasu na wyjaśnienia”. Myślę sobie: „zaraz ją zabiję”, ale staram się jeszcze uspokoić i przypominam, że miała ze mną porozmawiać w szkole. A ona na to: „porozmawiaj ze swoją nową dziewczyną”. Więc ja już kompletnie zgłupiałem i pytam ją stanowczo, acz uprzejmie zarazem, jak należy pytać osoby nie całkiem zdrowe umysłowo, o czym ona właściwie mówi. A ona wyjeżdża z tym dniem, gdy nie odbierałem telefonów, a później darłem się pijany pod jej domem. I mówi mi, że nie odbierałem bo z kimś byłem. Więc mówię: „tak! Byłem z kimś! Z kumplami”! A ona mi na to, że Linda i Agatha z wami rozmawiały i wiedzieliście jaka jest sytuacja, więc ja też wiedziałem, więc gdybym chciał, to na pewno wyjaśniłbym to odpowiednio wcześniej, a skoro nie wyjaśniłem, to to musiała być jakaś poważna sprawa... Więc próbuję jej wszystko wyjaśnić, a ona nic. Stoi tam ze łzami w oczach i tylko odpowiada jakimiś półsłówkami. W ogóle nie chciała mnie słuchać! A później przyszła Linda i Agatha, i zaczęły ją pocieszać, patrząc na mnie tak, jakbym zrobił jej jakąś potworną krzywdę... Więc sobie poszedłem. Więc pytam teraz, którego z was, mam za to zabić?
Johnny potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć wywód przyjaciela. A później jeszcze dłuższej, żeby zastanowić się nad odpowiedzią. Carl zerknął na niego odrobinę bezradnie, najwyraźniej też nie wiedząc, jak się zachować.
-Czemu mi o tym nie powiedzieliście, do diabła?!- ponaglił ich jasnowłosy.
-Bo... No widzisz, Benny... Gadałem o tym z Lindą...- przyznał szatyn, drapiąc się po głowie, nieco skrępowany- Ale wydawało mi się, że to jakieś zupełne brednie i jej przejdzie... Nie chciałem cię martwić.
-Bo to są zupełne brednie! Ale przecież mogłeś mnie chociaż uprzedzić, że zrobi mi taką aferę! Boże, stałem tam jak ten baran i słuchałem tego wszystkiego, totalnie otumaniony! Czemu w ogóle nie wyjaśniłeś jej tego, że byłem z wami?!
-Wyjaśnialiśmy!- pospieszył z zapewnieniem Carl, kiwając gorliwie głową- Tylko... Tylko sprawa się trochę skomplikowała...- dodał, rumieniąc się ze wstydu- Trochę przeze mnie... No i one nie chciały nam uwierzyć...
-Raczej przez Erica- sprostował stanowczo Johnny.
Blondyn zmarszczył brwi.
-Jak to przez Erica?- zapytał zdumiony.
-Bo Eric powiedział, że cię z nami nie było.
-Co?- Benny aż parsknął śmiechem z niedowierzania, po czym pokręcił głową- Przecież to Erica z nami nie było!
-On twierdzi, że to właśnie powiedział- wtrącił nieśmiało Carl.
-Ale Linda mówi, że usłyszała od niego coś zupełnie innego, a on jakoś nie spieszył się z wyjaśnieniami- burknął w odpowiedzi szatyn, odrobinę niezadowolony z faktu, że Carl najwyraźniej postawił się chwilowo w roli obrońcy Erica. Kto jak kto, ale on na pewno na obronę nie zasługiwał. I raczej trudno było go nazwać słabo rozgarniętym, więc doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co mówi i jaki efekt to wywoła. Drań, drań, po stokroć drań- A poza tym, sam wiesz, jaki jest Eric. Lubi robić wszystkim na złość. A Linda nie jest głupia, nie przekręciłaby jego słów w tak ważnej sprawie.
Benny milczał przez dłuższą chwilę, wyraźnie przygnębiony.
-Dobra...- westchnął w końcu, machnąwszy obojętnie dłonią- Mniejsza z tym...
-Mniejsza z tym?- powtórzył z niedowierzaniem Johnny- Zamierzasz to zostawić bez żadnej reakcji...?
-Jasne, że nie. Pogadam z Maicy znowu, ale jak się trochę uspokoi.
-Pytałem o Erica- sprostował chłopak.
-Daj spokój, Johnny... I tak nie dojdziemy do tego, kto ma racje.
-Ale chyba gdyby mówił prawdę, nie miałby problemu z tym, żeby wyjaśnić to Lindzie!
-I jak to sobie wyobrażasz?- parsknął z politowaniem Benny, unosząc brew w pytającym geście- Przecież gdyby spróbował to odkręcić, byłoby jeszcze gorzej. Maicy i reszta natychmiast pomyślałyby sobie, że go do tego przekonaliśmy, a to tym bardziej utwierdziłoby je w przekonaniu, że mam coś na sumieniu... Serio, Johnny, daj spokój. Wyjaśnię sobie to z nim później.
Szatyn zacisnął wargi, powstrzymując się z trudem od kontynuowania tej dyskusji. Irytowało go to, że Ericowi po raz kolejny się upiekło. Olewał ich, nie przychodził na umówione spotkania, był wredny, złośliwy, a jeszcze dodatkowo nieustannie kopał pod nimi dołki. Przecież już nie raz Benny zarzekał się, że jeżeli „raz jeszcze wytnie taki numer”, to wywalą go z paczki. Tymczasem wyglądało na to, że chłopak może sobie pozwolić na największe świństwo i i tak nie spotka się z żadnymi słowami krytyki. Johnny westchnął ciężko, wyraźnie strapiony.
W tym momencie pojawiła się pani Stevens, która wpuściła ich do klasy, dając kres wszelkim rozmowom i kłótniom, które było słychać na korytarzu. Wszyscy potulnie zajęli swoje miejsca, poza delikwentami, którzy jak zawsze podczas prac klasowych i sprawdzianów rozpoczęli wędrówki w poszukiwaniu najdogodniejszej ławki i oczywiście najlepiej przygotowanego towarzysza. Nic jednak nie umknęło spojrzeniu pani Stevens, która sprawnie przywróciła nieudolnych wędrowców na ich miejsca i rzuciła:
-Wyciągnijcie tylko długopisy.
-Co?!- oburzył się Benny, zdecydowanie głośniej niż powinien- Znowu niezapowiedziany sprawdzian?!
Johnny jęknął głucho w duchu. O rany... Zapomniał. Totalnie zapomniał.
-Z tego, co wiem, informowałam o tym na poprzedniej lekcji, więc jak najbardziej zapowiedziany...- odparła spokojnie pani Stevens, spoglądając na jasnowłosego z politowaniem- Ale nie wiem, jak wygląda przepływ informacji pomiędzy panem, a panem Bradleyem.
-Super- syknął do Johnny'ego Benny- Jest coś jeszcze, czego mi nie powiedziałeś? Możesz to zrobić teraz, wal śmiało i tak już chyba nie mogę się bardziej pogrążyć.
-Przepraszam- szepnął szatyn z autentyczną skruchą. Chyba pierwszy raz zdarzyło mu się coś podobnego. To, co mówiła Linda, wolał zostawić dla siebie, ale jakim cudem nie pisnął Benny'emu słowem o sprawdzianie? Przecież sam doskonale o nim pamiętał, pisał o tym z Keithem, uczył się... Był strasznie rozkojarzony- Wypadło mi to z głowy. Wydawało mi się, że Carl cię uprzedził...
-Widać jemu też wypadło z głowy- odburknął naburmuszony blondyn.
Pani Stevens zaczęła rozdawać prace.
Johnny obejrzał się do tyłu i spojrzał na Keitha. Chłopak też na niego patrzył. Szatyn uśmiechnął się do niego blado, obracając się z powrotem przodem do tablicy. Jak zwykle w takich sytuacjach poczuł tremę, chociaż jeszcze ledwie chwilę temu wydawało mu się, że wszystko jest jak najbardziej w porządku. Szelest kartek, które uczniowie obracali w swoich dłoniach, spoglądając na nie nerwowo, zupełnie wytrącał go z równowagi. Widział kątem oka, jak ktoś odwraca się ukradkiem do tyłu, usiłując gorączkowo uzyskać jakieś wskazówki, ktoś inny niezbyt sprawnie usiłuje wspomóc się telefonem komórkowym ukrytym w piórniku, a dziewczyna siedząca dwie ławkę przed nim, odsłania lekko spódnicę, by lepiej widzieć ukrytą w rajstopach ściągę.
Wreszcie dostał sprawdzian.
-Powodzenia.
Słowa pani Stevens, mimo tego, że były skierowane do całej klasy, Johnny odebrał tak, jakby odnosiły się do niego i były niemalże drwiącą zapowiedzią jego absolutnej porażki. Zerknął kątem oka na Benny'ego, który ze zmarszczonymi brwiami zaczął podpisywać się na górze kartki. Jego śladem zrobił dokładnie to samo, tak chaotycznie, że w pierwszej chwili zaczął podpisywać się jego nazwiskiem. Pani Stevens teoretycznie krążyła po całej klasie, ale nie dało się ukryć, że szczególnym upodobaniem darzyła jedynie jej pewne rejony, szczególnie w pobliżu ławek tych, którzy mówiąc łagodnie, nie byli zbyt dobrzy z matematyki i zdążyli dać się jej we znaki. Johnny, niestety, był jednym z nich.
Nagle usłyszał jakiś hałas i kroki, z pewnością nie pani Stevens, ale nim zdążył się odwrócić poczuł, jak ktoś stuka go w ramię. Spojrzał w górę, zaskoczony.
-Zamień się ze mną miejscem- szepnął Keith, stojąc tuż przy nim.
Benny spojrzał na niego zdumiony. Johnny był zupełnie wytrącony z równowagi, ale uznał, że to nie jest najlepsza pora, by pytać, więc po prostu zrobił to, o co prosił go chłopak i usiadł na jego miejscu, w tylnej ławce. Pani Stevens zerknęła na Keitha bez zadowolenia, ale ku zdumieniu szatyna, nie skomentowała tego w żaden sposób.
Dopiero po chwili szatyn zrozumiał, co chłopak miał na celu. Tutaj, z tyłu, bez otoczenia innych uczniów, natrętnego szumu długopisów i towarzystwa pani Stevens, wszystko wydawało mu się dużo prostsze, niż jeszcze przed chwilą. Aż zdziwił go fakt, jak bardzo nauczyciel może wytrącać go z równowagi. Zabrał się za rozwiązywanie zadań, czując, że idzie mu to wyjątkowo dobrze i szybko. Uśmiechnął się do siebie, przerywając na chwilę po kilku przykładach i spoglądając na ławkę, w której siedział Keith. Brunet pisał coś szybko, z zacięciem, a Benny zaglądał mu przez ramię ze zmarszczonymi brwiami i wyrazem niezrozumienia. Szatyn zachichotał w duchu. No cóż. Wyglądało na to, że obaj skorzystają z tej zamiany. Pani Stevens dostrzegła jego spojrzenie i skierowała swoje kroki na tyły klasy. Johnny odkaszlnął skrępowany, wbijając wzrok z powrotem w kartkę, ale gdy nauczycielka znalazła się blisko niego... Zadanie, które jeszcze przed chwilą rozumiał, teraz wydawało mu się strasznie skomplikowane i wręcz nie do zrobienia. Obecność pani Stevens działała na niego zupełnie dekoncentrująco i sprawiała, że nie mógł uporządkować myśli. Wydawało mu się, że jeżeli chociażby odważy się spojrzeć gdzieś w bok, zostanie natychmiast posądzony o ściąganie.
-Przepraszam- usłyszał w pewnym momencie głos Keitha i dopiero wówczas odważył się podnieść wzrok- Proszę pani... Moja praca... Proszę zobaczyć...
Pani Stevens podeszła do ławki chłopaka i nachyliła się nad nim.
-Och... Tak to jest zostawiać prace na wierzchu...- stwierdziła po chwili- Poczekaj chwilę, mam tu gdzieś jeszcze inne kopie...- odeszła w kierunku biurka, przeszukując szuflady.
Johnny powrócił do pisania i ku swojemu zdumieniu, udało mu się rozwiązać prawie wszystkie zadania. Pani Stevens tymczasem przez pierwsze kilka minut usiłowała odnaleźć pozostałe sprawdziany, a później doszła do wniosku, że Keith powinien wyjąć jednak swoją kartkę i przepisać brakujące zadania od swojego sąsiada. Szatyn nie do końca wiedział, co się dzieje. Gdy zadzwonił dzwonek, z dumą oddał swój sprawdzian razem z pozostałymi uczniami, po raz pierwszy nie musząc zostawać chwili na przerwie. Tym razem w klasie został jedynie Keith, który potrzebował najwyraźniej więcej czasu na skończenie pracy.
-I jak ci poszło?- zagadnął pogodnie Benny'ego, gdy tylko opuścili klasę.
-Widziałeś, co zrobił ten Keith?!- wykrzyknął z niedowierzaniem blondyn, ignorując jego pytanie.
-No... Miał chyba kiepską kopię, nie?
-Nie- odparł stanowczo chłopak- Wszystko było jak najbardziej w porządku. Pisał, pisał, aż tu nagle odwrócił kartkę i zamazał chyba z połowę strony! Długopisem! Rozumiesz to?! A później zawołał Stevens! Po co on to właściwie zrobił?
Johnny uśmiechnął się lekko pod nosem.
On doskonale wiedział.

Johnny przez cały dzień usiłował porozmawiać z Keitehm, ale to wcale nie było takie proste, jakie się mogło wydawać. Na drugiej przerwie Benny oświadczył, że nie ma ochoty przebywać w towarzystwie, a nawet patrzeć na swoją dziewczynę i dlatego wyszli na dwór. Kolejną przerwę też spędzili na dworze, ale tym razem Maicy również tam była. Benny doszedł po prostu do wniosku, że zaprezentuje jej, jak bardzo jest mu obojętne to, co wyprawia i włóczyli się smętnie to tu to tam, od czasu do czasu napotykając dziewczyny, na co jasnowłosy natychmiast zmieniał swój wyraz twarzy, uśmiechał się wymuszenie i zaczynał z Johnny'm jakiś temat, chociaż urywał go, gdy te tylko znikały z ich pola widzenia. W ogóle był bardzo małomówny. Wzdychał jedynie głęboko i marudził coś od czasu do czasu, najwyraźniej po raz kolejny wpadając w nieco depresyjny nastrój. Na przerwie obiadowej Keith siedział na swoim miejscu, a Johnny jedynie rzucał co jakiś czas w jego stronę tęskne spojrzenia, prowadząc jednocześnie jakąś niezbyt interesującą rozmowę z Lindą, która się do nich przysiadła.
Po ostatniej lekcji ruszył powolnym krokiem w stronę parkingu, chcąc tam zaczekać na Keitha. Nie udało mu się go złapać pod klasą, bo ten został na chwilę dłużej, by porozmawiać o czymś z nauczycielem.
-Hej- szatyn zatrzymał się, słysząc głos Lindy, która podeszła i stanęła przed nim, uśmiechając się pogodnie- Wszystko gra?
-Jasne- odparł radośnie Johnny. O ile przez większość dnia czuł się raczej dość osowiały i znudzony, teraz, mając świadomość tego, że zaraz spotka się z Keithem i wreszcie mu podziękuje, czuł, jak wracają do niego siły- Coś się stało?
-Nie, nie...- Linda uśmiechnęła się jedynie i wzruszyła ramionami, zaczesując pasemko włosów za ucho- Tak sobie pomyślałam, może byśmy się razem spotkali? No wiesz, w jakiejś kawiarni albo coś... Tym razem z twojej inicjatywy- dodała z cieniem rozbawienia, chociaż w jej głosie dało się też usłyszeć coś na kształt pretensji.
-Nie ma problemu. Zadzwonię do ciebie i umówimy się na któryś dzień, okej?
-Super.
-Eee... A gdzie Maicy?- zapytał niepewnie Johnny.
-Strasznie się spieszyła i nie mogła mnie podwieźć...- odpowiedziała dziewczyna, spuszczając wzrok- Nie wiem, co mam teraz zrobić... Chyba pójdę na autobus... Skoro nie ma nikogo kto...
-Keith!- wykrzyknął radośnie Johnny na sam widok chłopaka i pognał błyskawicznie w jego kierunku, nie zwracając już uwagi na nic i nikogo innego. Brunet wbił w niego pełne zaskoczenia spojrzenie, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Johnny uściskał go z taką siłą, że niemalże uniósł go lekko nad ziemią- Keith, jesteś świetny, naprawdę świetny! Bardzo, bardzo, bardzo ci dziękuję!
-Za co...?- burknął niepewnie chłopak, ale zamiast odpowiedzi, szatyn zaśmiał się radośnie i uściskał go po raz kolejny, nie zważając na pełen protestu jęk, po czym wydobył kluczyki od samochodu z kieszeni i rzucił:
-Chodź.
Obaj ruszyli w kierunku samochodu. Ciemnowłosy obejrzał się za siebie, po czym mruknął:
-Ktoś chyba na ciebie czeka.
Dopiero w tym momencie Johnny odwrócił się, przypominając sobie o Lindzie, która stała nieopodal, spoglądając w jego kierunku z wyraźnym rozczarowaniem. Chłopak jednak nawet tego nie dostrzegł. Zresztą, pewnie w swoim roztargnieniu i podekscytowaniu nie dostrzegłby nawet stada bizonów przebiegającego przez ulicę. A nawet gdyby je dostrzegł – pewnie nie zauważyłby w tym niczego dziwnego.
Wsiedli do samochodu i ruszyli.
-Mam nadzieję, że wam nie przeszkodziłem- odezwał się Keith.
-Hm?- zdumiał się Johnny, nie rozumiejąc.
-Tobie i Lindzie.
-Aaa... Nie, nie!- chłopak zaśmiał się nieco nerwowo i pokręcił głową- Dziś się nie umawialiśmy. To znaczy w ogóle się nie umawiamy- sprostował gwałtownie, gdy tylko zdał sobie sprawę ze swojej pomyłki. Zerknął ukradkiem na Keitha, który nie wydawał się być jednak poruszony żadną z usłyszanych przez siebie informacji. Uśmiechnął się więc i rzucił- Dzięki, Keith. To było bardzo miłe z twojej strony.
-To było idiotyczne- uciął ciemnowłosy, spoglądając w szybę.
-Nie! Genialne, serio!- zachwycał się Johnny, ciągle nie mogąc uwierzyć w to, że chłopak zrobił dla niego coś takiego. To było... Wyjątkowo miłe. Na samą myśl o tym czuł się dziwnie podbudowany i pogodny. Keith chyba naprawdę traktował go jak dobrego kumpla. Przecież takich rzeczy nie robi się dla byle kogo, prawda...?- Ja w życiu nie wpadłbym na coś podobnego! Zresztą... Mnie by pewnie nie uwierzyła- zaśmiał się.
-Nic dziwnego. Mnie ufa. I nie daję jej powodów, by było inaczej- odpowiedział spokojnie brunet, spoglądając jednak na Johnny'ego w taki sposób, że ten przez chwilę zaniemówił.
-N-No...- bąknął w końcu.
No cóż. Johnny'emu też ufało wielu ludzi. Na przykład... Na przykład Benny. I Carl. I... I... Linda... Chyba. No i pewnie znalazłoby się jeszcze kilka osób. Przecież nie był kłamcą ani oszustem! Był tylko... graczem. Niewinnym graczem, stawiającym na szali cudze emocje i uczucia...
Dojechali na miejsce i Johnny otworzył mieszkanie, a następnie wpuścił Keitha do środka. Tym razem, wyjątkowo, zamiast do kuchni czy salonu, szatyn poprowadził go do swojej sypialni i ułożył się wygodnie na łóżku, wzdychając głęboko.
-Mówię ci, Keith...- zaczął po raz kolejny, dokładnie tak samo, jak kilka razy podczas ich podróży. Oczy błyszczały mu niesamowicie z ekscytacji i wydawał się być dużo swobodniejszy niż zwykle, co dodawało mu niesamowitego uroku. Pewnie gdyby zdawał sobie z tego sprawę i zobaczyłby siebie teraz w lustrze, zakochałby się sam w sobie- Czuję, że poszło mi świetnie. Ten sprawdzian wydawał mi się nawet łatwy.
-Może zanim ogłosisz się nowym matematycznym geniuszem, poczekasz na to, aż zobaczysz swoją ocenę, co...?- mruknął chłopak, jak zwykle wyjątkowo sceptycznie, nie gasząc jednak swymi słowami entuzjazmu Johnny'ego, który rósł z każdą chwilą. Ciemnowłosy rozejrzał się dookoła, jakby spłoszony i nieco przytłoczony pomieszczeniem, w którym się znalazł- Rozumiem, że nie chcesz ze mną dyskutować o rozwiązaniach?
Johnny zachichotał, klepiąc miejsce obok siebie.
-Siadaj, Keith.
Ciemnowłosy przysiadł posłusznie, nie przestając się rozglądać. Johnny podziękował w duchu za to, że Rose uprzątnęła ten cały bałagan, który zrobił tu rano i nie miał się czego wstydzić. Przynajmniej na razie. W obecności Keitha bardzo często czuł się zażenowany. Niepewny i zażenowany.
Tym razem jednak to brunet zdawał się tak czuć. Johnny wpatrywał się w niego badawczo. Naszła go jakaś dziwna, zupełnie irracjonalna myśl. Pomyślał o swoim wyzwaniu, a później zastanawiał się nad tym... jakby to było pocałować chłopaka. A raczej Keitha. Tak, właśnie Keitha. Czułby wstręt? Obrzydzenie? Jak bardzo może się to różnić od całowania z dziewczyną?
-Ej, Keith...- zaczął w końcu, chcąc odtrącić od siebie dziwaczne domysły, przez które czuł się coraz bardziej nieswojo- Nie chciałeś nigdy czegoś zmienić?- brunet spojrzał na niego przez ramię- No wiesz... W swoim wyglądzie. Żebyś był bardziej...
-Bardziej...?- ponaglił go chłopak, unosząc pytająco brew.
-No bo przecież jesteś całkiem przystojny- stwierdził zgodnie z prawdą Johnny. Było to zresztą jego kolejne, niesamowite odkrycie, jakiego dokonał w ciągu tych ostatnich kilku dni. A przecież jeszcze tak niedawno, gdy spoglądał na Keitha, nasuwało mu się jedynie jedno, mogące opisać go słowo – przeciętny. Teraz wydawał mu się na pewien sposób urodziwy, może nawet atrakcyjny. Teoretycznie, oczywiście- Mógłbyś nosić szkła kontaktowe i... I czesać się jakoś inaczej... I jakoś inaczej ubierać no i...
-Dlaczego?- przerwał mu Keith, wpatrując się w niego bez krztyny zrozumienia.
-No wiesz... Mógłbyś się trochę zmienić.
-Dla kogo?
-Dla samego siebie.
-Po co?
Johnny milczał. Nie chciał w tym momencie wypowiedzieć słów, które akurat przyszły mu do głowy.
Żebyś był fajny, Keith.
Żebyś mógł się z nami pokazywać.
Żebyś mógł dołączyć do naszej paczki.
Zdawał sobie sprawę z tego, że to brzmi banalnie. Zaczął się zastanawiać nad tym, dlaczego on tak bardzo o siebie dba. Pozornie odpowiedź wydawała się prosta – uwielbiał się! I uwielbiał to, jak wyglądał i to, jak ludzie na niego patrzyli, jak zwracał ich uwagę, jak bardzo go lubili, szanowali, słuchali... Ale w rzeczywistości...
-Takim ludziom jest lepiej- stwierdził w końcu cicho. Przecież doszedł do tego już wczoraj. Przecież już wczoraj zaczął rozumieć, że chociażby Keith i Eric, mimo licznych podobieństw w usposobieniu, stylu bycia, a nawet inteligencji, bo akurat tego jednego temu draniowi odmówić nie mógł, nigdy nie będą postrzegani taki samo. Mimo tego, że Keith jest sto razy bardziej sympatyczny, miły i w ogóle lepszy pod każdym względem. I pewnie bardziej pasowałby do ich paczki od tego antypatycznego dupka- No wiesz... Nawet przy znalezieniu pracy i tak dalej... Jasne, umiejętności też na pewno są ważne, a ty jesteś mądry i w ogóle, ale teraz patrzy się głównie na wygląd...
-Nie sądzę- odparł spokojnie Keith, nie sprawiając wrażenia ani urażonego, ani jakkolwiek dotkniętego tym, co usłyszał- Ty masz potrzebę wyglądania doskonale w każdej okazji, nie wiem dlaczego, nie rozumiem, ale to twoja sprawa. I pewnie masz rację, gdybym chciał szukać pracy w pewnego rodzaju branżach, nie miałbym najmniejszych szans, w przeciwieństwie do ciebie. Ty mógłbyś zostać... Aktorem... Albo kimś, kto pełni jakieś funkcje reprezentacyjne, czy po prostu jest znany z tego, że jest znany. Bez różnicy. Ale ja mam trochę inne ambicje. Zajmę się pewnie czymś związanym z informatyką, matematyką, nie jestem jeszcze do końca pewien... Nie w każdym środowisku liczy się wygląd.
-Pewnie nie. Ale przecież to na pewno nie zaszkodzi. Bycie mądrym i przystojnym jest chyba jeszcze lepsze, prawda?
-Wprost przeciwnie- parsknął cicho chłopak, kręcąc przecząco głową- Tacy ludzie mają najgorzej, bo trudno im się wpasować. Wśród tych, którym zależy na wyglądzie, zawsze będą uchodzić za dziwaków, przez innych, będą postrzegani przez pryzmat swojej urody i przez to traktowani niejednokrotnie lekceważąco. Chociaż to pewnie dotyczy raczej kobiet, co nie zmienia faktu, że takim osobom jest w życiu trudniej.
Johnny westchnął głęboko, zastanawiając się nad słowami chłopaka. Och, tak... Znał aż za dobrze ten ciężar... Bycie tak pięknym i inteligentnym czasem go przytłaczało.
-Keith... Masz może jakąś tajemnicę... Taką o której nikomu wcześniej nie mówiłeś...?- zapytał nagle szatyn, podnosząc się lekko na łokciach i spoglądając na siedzącego przy nim chłopaka z uwagą. Wpadł mu do głowy pewien pomysł.
-C... Co?- Keith poruszył się niespokojnie.
-No bo... Ja mam taką tajemnicę- powiedział Johnny, spoglądając na niego z wymuszoną, niemalże wypracowaną powagą- Widzisz, Keith, ja... Ja jestem gejem.
Szatyn przyglądał się badawczo twarzy ciemnowłosego, która najpierw pozostawała zupełnie nieruchoma, jakby nie dotarły do niego wypowiedziane przez Johnny'ego słowa, ale już po chwili wstąpił na nią wyraz absolutnego zaskoczenia. Chłopak zamrugał z niedowierzaniem i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz zamknął je ponownie i odkaszlnął, wyraźnie skrępowany. Szatyn zauważył też, że jakby odruchowo, odsunął się od niego nieco. Dopiero w tym momencie Johnny poczuł się wyjątkowo niepewnie. Na jego twarz wpełznął rumieniec i gdyby był on rzeczywiście efektem jego aktorskiej gry, powinien za to dostać Oscara. Ale szatyn naprawdę poczuł się strasznie głupio. Bał się tego, co odpowie Keith i bał się, że może zostać przez niego najzwyczajniej w świecie odtrącony.
-Keith...?- zapytał w końcu niepewnie.
-No...?
-I... Co powiesz...?- rzucił nieśmiało, czując, że policzki pieką go coraz mocniej.
-A... A co... Co mam powiedzieć?- Johnny chyba pierwszy raz słyszał od Keitha podobne pytanie. Zazwyczaj ten nie miał z tym żadnego problemu.
-Przeszkadza ci to...?
Dopiero po tym pytaniu, chłopak spojrzał na niego jakoś inaczej, może nawet łaskawie. Milczał jeszcze przez chwilę, jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, po czym uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.
-Nie- odpowiedział dużo spokojniej, niż jeszcze przed chwilą- Nie.
Johnny aż odetchnął głęboko z ulgą. Na samą myśl, że mógłby usłyszeć od niego inne słowa, poczuł bolesne ukłucie. Uśmiechnął się, wciąż jeszcze trochę blado i podniósł  do pozycji siedzącej. Czekał, aż Keith coś powie. Ciemnowłosy zerkał na niego ukradkiem, chyba nie do końca wiedząc, jak ma się zachować. Rwał nerwowo jakąś nitkę wystającą z własnej bluzy i również poczerwieniał na twarzy. Zresztą, chyba nie było mu się co dziwić. Johnny spróbował sobie wyobrazić w tym momencie, że któryś z jego dobrych przyjaciół, na przykład Benny, wyznaje mu coś podobnego. Na pewno nadal strasznie by go lubił, ale na początku czułby się dziwnie ze świadomością, że mógłby się stać obiektem jego adoracji. A pewnie od razu pomyślałby, że tak właśnie się stało, bo przecież jego wrodzona skromność nie pozwoliłaby mu na nic innego. A może Keith też tak pomyślał...? Chwila! Przecież miał tak pomyśleć! Przecież to właśnie miał na celu! To w końcu tego dotyczyło wyzwanie!
-Hm... Napijemy się kawy?- zaproponował w końcu Keith, ciągle patrząc gdzieś w swoje kolana.
-Jasne- Johnny uśmiechnął się, z ulgą przyjmując fakt, że chłopak nie pożegnał się z nim prędko i nie uciekł od razu.
Zeszli razem do kuchni. W niemalże całkowitym milczeniu, przerywając jedynie od czasu do czasu nerwowym pochrząkiwaniem Keitha i odkaszlnięciami Johnny'ego, szatyn zaparzył kawę i usiadł przy stole, naprzeciwko ciemnowłosego. Jeszcze przez kilka minut ciężko im było nawiązać normalną rozmowę, ale w końcu wszystko potoczyło się tak jak zwykle. Johnny zaczął coś opowiadać, wyjaśniać... Najpierw o Lindzie, później zszedł też na temat swoich przyjaciół, a nawet ich prywatnych relacji.
-Naprawdę nie wiem, co się dzieje z Maicy- mówił. Nie miał bladego pojęcia, dlaczego dyskutował z Keithem o takich sprawach. Przecież chłopak nie miał z tym nic wspólnego. A mimo to, czuł się tak, jakby ten rzeczywiście mógł mu coś poradzić, czy pomóc- Zawsze była taka miła, a teraz... Sam nie wiem... Nie rozmawiałem z nią, ale z tego co mówi Benny... Czasem rzeczywiście przesadza, ale nie aż tak... Dzieje się z nią coś strasznie dziwnego. A nie ma powodu się denerwować.
-Skąd wiesz?
-Benny jest dobrym chłopakiem.
-Może ona uważa inaczej.
-Może...- szepnął w zamyśleniu szatyn. Jeżeli tak myślała, to absolutnie niesłusznie- Powiedziała, że nie sprawdza się w swojej roli.
-Może tak jest.
-Nie!- zaprotestował Johnny, kręcąc gwałtownie głową- Naprawdę nie! To ona sobie wymyśla, że ją zdradza, robi mu awantury... Nie rozumiem, do tej pory nigdy się tak nie zachowywała.
-Więc niech się z nią rozstanie.
-C... Co? Ale... To jest dobry związek.
-Chyba niezbyt dobry, skoro stale się kłócą- zauważył Keith, wzruszywszy ramionami- A jeżeli tak jest, ludzie nie powinni się ze sobą męczyć, nie sądzisz?
Johnny zastanowił się chwilę.
-Nie- odpowiedział w końcu, kręcąc głową w stanowczym proteście- Czasami ludzie się kłócą, nawet bardzo, ale to wcale nie znaczy, że się nie kochają albo nie chcą ze sobą być. Po prostu mają jakieś własne problemy, z którymi nie potrafią sobie poradzić i czasem zachowują się nie tak jak trzeba. Ale przez takie kryzysy też trzeba jakoś przechodzić.
Keith parsknął cicho.
-Co?- zdumiał się szatyn.
-Nic. Czasami mówisz całkiem mądre rzeczy.
-Nie mów, że cię to zaskoczyło!- zaśmiał się Johnny, stuknąwszy go lekko w ramię.
Rozmawiali dalej. O wszystkim, a właściwie to Johnny mówił o wszystkim. O sobie, o innych, o wszystkim, co go bezpośrednio dotyczyło. A ponadto o tym, czego nie mógł powiedzieć właściwie nikomu innemu, nawet Benny'emu. I tym sposobem temat w końcu zszedł na Erica.
-Mówią, że się na niego zawziąłem, ale to nieprawda- stwierdził z pełnym przekonaniem Johnny- Zawsze robił mi na złość, ale nie zwracałem na to większej uwagi, bo bywał też całkiem fajny, ale... Ale teraz! To, co zrobił Benny'emu! To było okropne! Gadanie, że to pomyłka, że Linda go źle zrozumiała... Nieprawda. Gdybym ja popełnił taką gafę, zrobiłbym wszystko, żeby jakoś to naprawić, ale on... Nie! Oczywiście! Nawet nie chciał ze mną rozmawiać! Zachowuje się jak zarozumiały dupek i chyba taki właśnie jest! I najgorsze jest to, że nikt inny tego nie widzi! Carl go broni, a Benny... Benny też zawsze stawiał się po jego stronie, nawet, jak nas olewał i zachowywał się jak kompletny kretyn... Przepraszam- dodał po chwili skrępowany, dostrzegając, że Keith chyba zaczyna się już troszeczkę gubić- Pewnie nie powinienem cię męczyć takimi sprawami.
-Nie, nie...- odparł uprzejmie brunet- Ale uważam, że nie jestem odpowiednią osobą do takich rozmów. Powinieneś to załatwić z kimś innym.
Szatyn zaśmiał się gorzko.
-Myślisz, że nie próbowałem...? Benny chyba będzie go bronił do czasu, aż zrobi coś naprawdę podłego.
-Nie mówiłem o Benny'm. Pogadaj z Ericiem.
-Co?- zdumiał się szatyn.
Keith wzruszył ramionami.
-To chyba do niego masz jakieś pretensje. Więc to z nim powinieneś to wyjaśnić.
Johnny zastanowił się chwilę. W pierwszej chwili uznał, że Eric po prostu jak zwykle go oleje, zignoruje albo wyśmieje, jak miał w zwyczaju, ale może Keith miał rację...? Gdyby poważnie powiedzieli sobie, z czym tak naprawdę mają problem, wszystko mogłoby wyglądać inaczej. A przynajmniej Johnny wiedziałby na czym stoi, bo chociaż sam mógł wymienić tysiąc powodów, dla których nie przepadał za chłopakiem, to szczerze mówiąc nie miał pojęcia, czym tak naprawdę podpadł jemu.
-Może najwyższy czas się dowiedzieć, o co naprawdę chodzi- stwierdził Keith, zupełnie tak, jakby czytał mu w myślach.
Johnny uśmiechnął się do niego lekko.
To wszystko wymknęło się spod jego kontroli i zmierzało w naprawdę dziwacznym kierunku.

17 komentarzy:

  1. Anonimowy9:29 AM

    Już się nie mogłem doczekać kolejnego rozdziału, więc cieszę się niezmiernie, szczególnie że to ,,wyzwanie,,:)

    Zachowanie Keitha było co najmniej dziwne, nie wiem czemu... ale jak zwykle, mam swoje podejrzenia;) Przecierz Johnny się przed nim otwiera, mówi mu takie żeczy a on... on nawet się nie odezwie, biedny Johnny:(

    Nie mogłemsię powstrzymać od śmiechu, jak przeczytałem poranny dialog Johnnego i Rose, niby zwykła normalna kobieta a jak coś powie to... klękajcie narody:D

    Nie wiem co jeszcze mam napisać, bo to było po prostu doskonałe, jak to czytałem to nawet raz nie mrugnąłem byłem tak, pochłonęty czytaniem rozdziału:)
    Z pozdrowieniami i podzękownaiami:
    S.S

    P.S
    Bóg stworzył wiele wsapaniałych żeczy, słońce, ziemię, wodę, powietrze, rośliny, zwierzęta... ale z całą pewnością ty jesteś z tego wszystkiego najlepsza:*

    OdpowiedzUsuń
  2. powaliło mnie jak Rose na wstępie obwieściła "myślałam, że tu jest jakaś orgia" XD
    Keith przyjął tę informację niezwykle spokojnie xD sądziłam, że zaraz zwieje i Johnny będzie go gonił xD
    wielka szkoda, że straciłaś zapał do tego opowiadania... jest na prawdę genialne i będzie mi go trochę szkoda ; ; mam nadzieję, że wena do niego szybko Ci powróci ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy7:09 PM

    Myślałam, że po rozmowie o "orientacji seksualnej" Johnnego, jednak między nim i Keithem wywiąże się coś bardziej... em... no nie wiem, coś bardziej ostrzejszego...? xD No ale, wracając. Odcinek świetny, i dołączam się do S.S, jesteś najlepsza. ;) Czekam na następną notkę, i mam skrytą nadzieję, że będzie to You Found Me, jak już wspominałaś. Czekam ;*

    Pozdrawiam, Spiritt.

    OdpowiedzUsuń
  4. Jaka szkoda że straciłaś wenę do tego opowiadania bo jest genialne. Strasznie lubię Keitha i to co zrobił dla Jonnego :) Przez cały rozdział miałam takiego banana na twarzy że siostra się zapytała, czy aby na pewno czegoś się nie nawdychałam.
    Nie mogę się doczekać kontynuacji! Życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy8:21 PM

    To było super!Poprawiłaś mi bardzo humor. Jesteś boska! Mam nadzieję, że szybko odzyskasz zapał do tego opowiadania.Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy2:19 AM

    Jak przeczytałam tytuł tego rozdziału, pomyślałam sobie "O Boże, to już! Już się pocałują!". Ale to co Johnny powiedział jest bardziej szokujące, naprawdę. Trzy razy czytałam to zdanie, zanim dotarło do mnie, że on naprawdę 'przyznał się' do bycia gejem.

    Proszę Cię z całego serca, jako wielbicielka tego opowiadania, przemyśl jeszcze raz to, co napisałaś na wstępie i napisz kolejny rozdział wcześniej niż za sto lat. Każ nam czekać choć połowę krócej. Błagam, nie przestawaj tego pisać.
    Trzymam za Ciebie mocno kciuki. Żeby już nic co napisałaś nie było w stanie Cię zrazić do dalszego pisania, ale tylko motywowało i sprawiało, że czujesz się zadowolona, bo udało Ci się coś skończyć. To musi być kapitalne uczucie, gdy kończy się pisać kolejny rozdział czegoś tak niesamowitego. A co dopiero całe opowiadanie!

    Jeśli kolejny rozdział byłby z You Found Me, to byłaby wprost wymarzona kolejka - Johnny, teraz to... Ale co napiszesz i tak będzie wspaniale.

    Dobranoc ;)

    J.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak przeczytałam notkę wstępną, to myślałam, że padnę. Kocham to opowiadanie. K-O-C-H-A-M, więc swoistą tragedią będzie długie czekanie na kolejny rozdział! Och, koszmarna informacja. Mam nadzieję, że jednak wena w cudowny sposób wróci.

    Wracając do samego rozdziału:
    Sam początek mnie powalił. Rose jest genialna.
    I jeszcze ta sytuacja ze sprawdzianem... Mmm.

    Sypialnia - wooo-hooo! Cudne "wyznanie". Ale spodziewałam się pocałunku, chociaż takiego delikatnego muśnięcia, czegokolwiek... Moja cierpliwość znów umiera, kładzie się na ziemi, płaszczy i błaga o litość. :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy11:54 AM

    oo nie, nie wytrzymam tych stu lat! Te opowiadanie jest moim ulubionym na równi z LPoH i lubię tak wyczekiwać aż coś się stanie w Johnnym, i nie przeszkadza, że nie było buziaka, wtedy bardziej chce mi się czytać i czekać aż coś się stanie :D

    OdpowiedzUsuń
  9. To wyznanie było świetne x3 Miałam tylko nadzieję, że Keith też powie coś Johnny'emu, ale z drugiej strony jakby się tak stało, to nie byłby już ten sam skryty Keith ;p
    Weny/a życzę ;D

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy12:31 AM

    Mój świat umarł, Bo nie lubisz Johnny'ego. Ale wierzę, że moja cierpliwość będzie wynagrodzona. D.

    OdpowiedzUsuń
  11. Johnny poszedł na całość udając przed Keithem, że jest gejem. Coś czuję, że to nie skończy się dobrze. O tak rozmowa z Ericiem jak najbardziej jest potrzebna. Jestem tak strasznie tego chłopka. I chce wiedzieć o co mu chodzi.

    Smutno, że straciłaś chęć na pisanie Wyzwania, ale liczę, ze szybko ona wróci. :D

    OdpowiedzUsuń
  12. nie porzucaj WYZWANIA! nie rób mi tego! nie mogę się doczekać co będzie dalej!a czekając poczytam inne opowiadania:)

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy10:04 AM

    Uhahaha,powalil mnie Johny tym swoim klamliwym wyznaniem,ze jest gejem. Keith jest taki mily,lubie go,chociaz oczywiscie Johny is number 1! Piszesz tak lekko i prosto,ze wprost nie moge sie nadziwic twoim stylem. Z niecierpliwoscia czekam na kontynuacje ^^
    ~Sarahmi

    OdpowiedzUsuń
  14. Anonimowy11:40 PM

    Oh..Kocham tego chłopaka..Oczywiście czytaj tutaj:Keith.Jakos o wile bardziej go lubię niż Johnego,a tak poza tym ...Jestem nastawiona na jakiś ciekawy rozwój akcji na temat intrygujących nieodebranych przez Keitha rozmów przychodzących.Musi być jakaś intryga...i Tajemnica.Ja bym z niego zrobiła męską dziwkę..XD Tak wiem jestem fajna.Albo jakiegoś zabójce..Nie,zdecydowanie dziwka pasuje o wile bardziej..XD Strasznie spodobało mi się to opowiadanie,prosze nie opuszczaj go:D

    OdpowiedzUsuń
  15. Anonimowy1:12 PM

    dodaj ciąg dalszy :(

    OdpowiedzUsuń
  16. Anonimowy11:28 PM

    Chcemy ciągu dalszego !!

    OdpowiedzUsuń
  17. Anonimowy8:37 PM

    Na początku dość krytycznie podchodziłam do tego opowiadania, ale jak tylko zaczęłam czytać to od razu się wciągnęłam. Świetne :D

    Proszę napisz ciąg dalszy :)

    OdpowiedzUsuń