Strony

sobota, 10 września 2011

Rozdział 1

Trupiarnia, bo tak okoliczni mieszkańcy i stali bywalcy nazywali to miejsce, była niewielką karczmą znajdującą się na obrzeżach miasta. Jej prawdziwej nazwy nikt już zresztą nie pamiętał, a nowa przylgnęła do niej tak dawno i pasowała na tyle dobrze, że nikt nie chciał tego zmieniać, nawet sam właściciel. Podobno niegdyś, właśnie w tym miejscu, rozegrał się największy pojedynek pomiędzy wodzami dwóch przeciwnych armii, które czekały, gotowe na przyjęcie rozkazów, ale że ich generałowie wyrżnęli się wzajemnie po kilku głębszych, wojna rozeszła się po kościach. Od tamtej pory Trupiarnia zaczęła cieszyć się wyjątkową sławą, a jej historia została wzbogacona licznymi legendami i anegdotami, których prawdziwość trudno było ocenić. Ta niewielka karczemka stała się jednak idealnym symbolem jedności, pokoju i równości, o czym z wielką pasją opowiadali politycy, klnąc jednocześnie w duchu na swoich oponentów. Przychodzili tutaj niemalże wszyscy, mieszkańcy okolicznych wiosek i miast, bez względu na wiek, narodowość, przynależność kulturową, wyznawanych bogów, reprezentowaną ideologię czy nawet status społeczny. Bywali tutaj więc wielce zamożni szlachcice. I ci, głoszący potrzebę zjednoczenia, walki za swoją ojczyznę, kultywowania tradycji i ci, którzy liczyli tylko i wyłącznie na własny zysk, żądni nowych zdobyczy i bogactwa, usprawiedliwiając to nieustannym ględzeniem o wolności, która, nie wiedzieć czemu, miała przysługiwać jedynie tym ludziom, którzy urodzili się wolni, a więc według nich, nim samym. Obie te grupy patrzyły na siebie wilkiem, siadały z dala od siebie, początkowo jeszcze dyplomatycznie milczące, jednak po dwóch kuflach nerwy puszczały i panowie zaczynali głośno się ze sobą kłócić, po czterech najczęściej wyzywali się na pojedynek, a po sześciu padali sobie w ramiona, płakali rzewnie wspominając dawne dzieje wspólnych przodków i czkając nieustannie, zamawiając kolejne porcje alkoholu. Przychodziła tu też szlachta uboga, która, mimo iż zmuszona zamieszkiwać u krewnych, a nawet pracować, co oczywiście było wyjątkową hańbą, zawsze znajdowała czas i pieniądze, żeby się napić, nawet, jeżeli nie miała ich na to, by kupić sobie mniej dziurawe buty. Pojawiało się też tutaj bogate mieszczaństwo, które na szlachciców spoglądało z pogardą, krytykowało głośno ich brak wykształcenia i naciąganie faktów historycznych, przeklinając jednocześnie swoich bogów, że nie dane im było urodzić się jednym z tych "skretyniałych arystokratów". Bywali tu też inni mieszczanie, a co za tym idzie, przedstawiciele przeróżnych profesji. Począwszy od robotników, upijających się na umór, poprzez rzemieślników narzekających na skąpstwo handlarzy, handlarzy krytykujących brak zdolności rzemieślników, samotnego poetę, który każdego wieczora siedział w kącie i nucił coś smętnie pod nosem, wpatrując się rozwodnionym wzrokiem w jakiś punkt przed sobą, kończąc na złodziejach. Ci ostatni mieli szczególne upodobania do przytulania się do ludzi, szczególnie szlachciców. Jako jedyni wychodzili też z tego miejsca niemalże trzeźwi, a mimo to uśmiechnięci, bo z pełnymi kieszeniami. Najliczniejszą grupą odwiedzającą to miejsce byli jednak chłopi, wyrażający donośnie swoją niechęć i nienawiść względem ich ciemiężycieli, którzy siedzieli ledwie kilka stolików dalej, słuchając tego, zdawać by się mogło, ze stoickim wręcz spokojem. Ale to było miejsce, w którym dziać się mogło wszystko i chociaż nie raz zdawało się, że pan i jego chłop wypili za dużo i dali sobie po pysku, na drugi dzień wracali obaj do pracy, zupełnie tak jak zwykle, jakby niczego nie pamiętali. Cóż, rzeczywiście mogli nie pamiętać.
Amir wszedł do wnętrza karczmy, zajmując miejsce przy kontuarze, obok mężczyzny o ciemniejszej karnacji i mało przyjemnie pachnącego jegomościa, który jednak po kilku chwilach został wyprowadzony przez współtowarzyszy. Amir był młodym, ledwie dwudziestoparoletnim mężczyzną, cechującym się wyjątkową urodą, jasną skórą, twarzą o bardzo łagodnych rysach, z błękitnymi oczyma, prostym nosem i ładnie wykrojonymi ustami. Włosy miał gęste, bursztynowe, splecione w luźną kitkę. Dziwić więc mogło, że mimo tego, iż zdecydowana większość jego rówieśników, dawno założyła rodzinę, on sam jeszcze tego nie zrobił, a ponieważ stronił od kobiet, postrzegany był jako człowiek wyjątkowo cnotliwy i całkowicie oddany swemu zadaniu. Amir był reprezentantem arystokracji. Najwyższej arystokrakcji, jaka istniała w jego mieście, arystokracji związanej z osobą samego władcy, który był jego wujem. Sam Amir zresztą postrzegany był często w kategoriach przyszłego dziedzica, ale mimo sympatii społeczeństwa, nie cieszył się szczególną przychylnością reszty szlachty. Zresztą, jego wuj mawiał często, że ci podobno widzą w nim coś groźnego albo nieobliczalnego. Amir nie czuł jednak rozczarowania tym faktem, wprost przeciwnie. Polityka nieszczególnie go interesowała, szczególnie ta, w której wmawiano się tym, których się nienawidzi, że się ich kocha i odwrotnie. Z nim było inaczej. Jeżeli kogoś nienawidził, to z całych sił, a jeżeli kochał... Właściwie to nie kochał niczego konkretnego.
-Co ci podać, chłopcze...?- zapytał umęczonym głosem Kaen, zwracając się do niego w taki sposób jak wtedy, gdy ten przychodził tu po raz pierwszy, mając ledwie piętnaście lat. Był to właściciel karczmy, człowiek wiecznie sprawiający wrażenie przemęczonego i zdenerwowanego, wyraźnie nie do końca pasujący do tego miejsca i często poirytowany licznymi kłótniami i zamieszkami.
-Nalej mi do pełna.
-Robi się.
Już po chwili przed Amirem wylądował kufel pełen piwa. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, odrobinę zniecierpliwiony. Zazwyczaj to nie on był tym, który się spóźniał. Jego wzrok padł na osobnika siedzącego tuż przy oknie. Nie był jedynym tu obecnym, który zwrócił na niego uwagę. Pozostali bywalcy również zerkali w tamtą stronę spode łba, komentując coś od czasu do czasu. Amir uśmiechnął się pogardliwie. Poczuł w sobie ukłucie niechęci, takie samo, jakie czuł za każdym razem, gdy spotykał tego rodzaju istoty.
-Przepraszam- usłyszał głos młodszego brata i oderwał się od obserwowania swojego wcześniejszego obiektu. Hadrin usiadł na miejscu obok niego, odgarniając z czoła pasma jasnych włosów i wzdychając głęboko- Tyle pracy, tyle pracy... Wybacz, zupełnie straciłem poczucie czasu...
Amir uśmiechnął się pobłażliwie. Uśmiechał się tak często, spoglądając na swojego brata, który wydawał mu się być zawsze człowiekiem strasznie bezbronnym, zapewne przez swoją wątłą sylwetkę. Ich drogi rozeszły się w pewnym miejscu, ale nadal pozostawali w dobrych relacjach.
-Dla niego to samo- rzucił do właściciela Amir, ale ten zaprotestował stanowczo i odparł:
-Nie, nie! Nie, ja muszę... Bardzo muszę iść niedługo...- wymamrotał nieskładnie, oglądając się za siebie i z lekkim obrzydzeniem obserwując efekty problemów żołądkowych jakiegoś pana. Spojrzał z powrotem na Amira- Rozmawiałem z Ludwikiem. Chciałby się z tobą dzisiaj zobaczyć.
-To coś poważnego...?
-Nie sądzę... Mówił, że ma ci coś do powiedzenia. Mówię ci, wszyscy ostatnio mają masę na głowie... Tyle problemów, tyle problemów! Nawet po zeszłorocznej suszy nie było aż tak strasznie, ale teraz... Rolnicy cały czas się buntują i buntują, jak na złość, akurat teraz, kiedy wschód na nas dybie...
-Niech dybie- odparł Amir, wzruszając obojętnie ramionami- Nie zaatakują.
Hadrin zerknął na niego bez wiary.
-Zawsze tak się mówi, zawsze uspokajają, a później... Ach! Konflikt gotowy!- szepnął, wzdychając po raz wtóry, na co Amir uśmiechnął się raz jeszcze w wyrazie politowania, bo nie żyli już w czasach wielkich wojen, a ledwie małych potyczek, w których zresztą jego braciszek, jako przykładny urzędas i przyszły władca, wcale nie brał udziału- A teraz sytuacja jest wyjątkowo napięta... Sam rozumiesz, te wszystkie spory, nie ta ziemia, nie ta religia i nawet władca nie ten... Każdemu się coś nie podoba!
Wzrok Amira raz jeszcze, mimowolnie powędrował do jegomościa siedzącego przy oknie, przestając na chwilę słuchać narzekania brata.
-Co za tupet...- mruknął pod nosem z wyraźną niechęcią.
-O co chodzi?
-Oni chyba wciskają się już wszędzie, gdzie tylko mogą...
Hadrin również spojrzał w tamtą stronę i pokiwał głową, wykrzywiając wargi w pełnym pogardy grymasie. Amir aż za dobrze wiedział, że ich poglądy w tej kwestii nie różnią się ani na jotę. Z tym, że Hadrin ujawniał się z nimi raczej nieczęsto, bo ich wuj był wyjątkowo wyczulony na wszelkiego rodzaju przejawy otwartej wrogości, nawet względem tego rodzaju istot, które, rzecz jasna, na tę wrogość w pełni zasługiwały. Chociażby przez to, że w ogóle były.
Bo przy oknie siedział przedstawiciel rasy, która nawet w takim miejscu, pełnym różnych dziwnych i zupełnie innych od siebie ludzi, budziła duże kontrowersje. Może dlatego, że ten w ogóle nie był człowiekiem. A czym był? Dobre pytanie. Oni sami nazywali siebie potomkami wilków, chociaż Amir określiłby ich raczej mianem wyleniałych psów. Wyglądali wszyscy bardzo podobnie, pozornie nie różnili się od ludzi, nie licząc ogona, psich uszu i czegoś w rodzaju delikatnej sierści, pokrywającej niekiedy ich skórę. Byli przedstawicielami pradawnej cywilizacji, która podobno istniała jeszcze nim zaistnieli ludzie – tak przynajmniej twierdzili. Faktem jest, że setki lat temu, to oni panowali nad całym kontynentem, nim dotarli na niego ludzie. Późniejsze czasy są czasami nieustanych wojen i walk o granicę, wolność czy pokój. Ale ta pradawna cywilizacja, liczyła dziś ledwie kilka tysięcy osobników, z czego w najbliższej osadzie zamieszkiwało może tysiąc istot. I chociaż pozornie, z ich miastem łączyły ich relacje pokojowe, a może czasem nawet sojusznicze... I chociaż przedstawiciele obu kultur lubili mówić o tym, jak wzajemnie się uwielbiają, szanują i doceniają, pomiędzy ludźmi a tymi przeklętymi psami nieustannie toczyły się walki. Czemu Amir wcale się nie dziwił. Nie cierpiał ich. Nie cierpiał ich zarozumialstwa, traktowania ludzi jak barbarzyńców, którzy siłą wtargnęli w ich życie, nie cierpiał ich wyniosłości, uważania się za lepszych i w ogóle ich inności pod każdym jednym względem.
Nie miał pojęcia, dlaczego nie zagarnęli ich ziem całkowicie kilkanaście lat temu, gdy mieli ku temu dogodną okazję. Wychodził z założenia, że należy jak najszybciej zrobić z nimi porządek.
-Ktoś powinien z tym w końcu zrobić porządek- stwierdził stanowczo Hardin.
-No właśnie- parsknął Amir, spoglądając na niego znacząco- Z tego co wiem, to ty zajmujesz się sprawami teoretycznymi, a poza tym jako przyszły władca...
Hardin spłonął rumieńcem.
-Nie opowiadaj takich rzeczy- szepnął speszony, odkaszlnąwszy nerwowo- Nic jeszcze nie jest ustalone, a to ty jesteś pierwszy w kolejce, więc...
-Dobrze wiesz, że Ludwik mnie nie wybierze- odpowiedział Amir, unosząc brew. Tą kwestię mieli już chyba przedyskutowaną i chociaż wuj nigdy nie powiedział mu tego otwarcie, nietrudno było to wywnioskować- Nie mam przecież do ciebie pretensji... Właściwie nie uśmiechałoby mi się całodniowe grzanie tyłka przed biurkiem, więc...- wzruszył bezradnie ramionami- Ty i Ludwik macie do tego większe predyspozycje.
Hadrin nie odpowiedział, wyraźnie skrępowany.
-Ożenisz się wtedy...?- zagadnął go Amir- Z tą swoją panną...?
-Z... Z nią...? Nie, oczywiście, że nie!- zaprotestował Hadrin, kręcąc zdecydowanie głową- Sam rozumiesz... To przecież wieśniaczka... Ludzie źle na to patrzą, a już sam jej stan... Dobrze wiesz, że kobiety mają dużo mniejsze predyspozycje umysłowe, a kobieta ze wsi... Nie umie czytać, pisać... To zła kandydatka.
-Za to musi umieć inne rzeczy, skoro tak często ją odwiedzasz- odparł Amir z nutą kąśliwości, uśmiechając się drwiąco. Jego brat spąsowiał po raz kolejny, nie odpowiadając.
W tym momencie do karczmy wszedł inny przedstawiciel, o jakże szlachetnego, wilczego rodu, doprowadzając Amira niemalże do białej gorączki. A to dopiero! Jeszcze rok temu ciężko było się na któregoś natknąć, tak skutecznie się chowali, a nawet jeżeli akurat się ich spotykało, szybko odchodzili, nie chcąc żadnej zwady, a teraz...! Skrzywił się mimowolnie. Brakowało im wszystkim ogłady i chociażby odrobiny pokory. Mniejsze państwo musi uznać dominację większego, nie ma innej możliwości.
Mężczyzna, który wszedł do karczmy, był wysoki i smukły, zresztą jak oni wszyscy. Miał ciemne, dłuższe, kręcone włosy, spod których wyłaniały się charakterystyczne wilcze (psie) uszy, złote oczy, lekko zadarty nos i wąskie usta. Spod jego płaszcza wysunął się czarny, postrzępiony ogon. Skórę miał idealnie gładką, w przeciwieństwie do swojego pobratymca, siedzącego przy oknie. Przemknął się zwinnie, z iście kocią gracją pomiędzy dwoma kotłującymi się przed wejściem jegomościami i zajął miejsce obok Amira, zwolnione chwilę wcześniej.
-Dzień dobry- przywitał się uprzejmie z Kaenem. Hadrin odkaszlnął znacząco, zerkając na swojego brata. Wargi Amira ułożyły się mimowolnie w pełen pogardy grymas.
-Dobry...- mruknął Kaen, rozglądając się z wyraźnym niepokojem. Amir i Hadrin nie byli jedynymi, którzy na wejście mężczyzny zareagowali w taki sposób. Z głębi sali dało się słyszeć jakieś okrzyki i przekleństwa, które przybysz zdawał się jednak zupełnie ignorować- Co podać?
-Poproszę...
-To nie wodopój dla zwierząt- przerwał mu lodowato Amir, nawet na niego nie spoglądając, utkwiwszy chłodny wzrok w jakimś punkcie przed sobą. Co się działo z tym światem...! Że też ktoś taki śmiał w ogóle się tutaj pojawić, śmiał się do niego przysiąść, zachowywać się tak, jakby był tu mile widziany... Och, tak, świat schodził na psy. Dosłownie.
Przybysz nie zwrócił na niego uwagi.
Kaen westchnął ciężko, wyraźnie strapiony faktem, że szykuje mu się tutaj kolejny konflikt.
-Piwo?- zapytał.
-Tak.
-Nie słyszałeś, co do ciebie powiedziałem?- rzucił ostro Amir, tym razem spoglądając wprost na siedzącego obok siebie mężczyznę.
Prawie zatrząsł się z wściekłości, gdy ten nawet nie odwrócił się w jego kierunku i obojętnym tonem stwierdził:
-Na brzęczące muchy nie należy zwracać uwagi...
Hadrin odkaszlnął po raz kolejny, tym razem jakby ostrzegawczo.
-Tak?- Amir uśmiechnął się drwiąco- A głośno szczekające psy należy uciszyć...
-Proszę!- wykrzyknął nieco panicznie Kaen, stawiając kufel piwa przed przybyszem, wyraźnie spanikowany- Podać coś jeszcze...?
-Może smycz...?
Przybysz dopiero w tym momencie spojrzał na niego i odpowiedział spokojnie:
-Nie szukam kłopotów.
Amir parsknął z politowaniem.
-Więc co tu robisz?
-To samo, co ty- odparł mężczyzna, wyraźnie starając się złagodzić sytuację, ale jeżeli Amir upatrzył sobie w kimś wroga, ciężko było mu się opanować. A w obecnej sytuacji, wrogiem był dla niego każdy dwunożny stwór, odstający choć trochę wyglądem od normalnych ludzi.
-Więc szukasz kłopotów- stwierdził zdecydowanie.
-Amir...- Hadrin stuknął go lekko w ramię. Nawet, jeżeli ich niechęć do tego rodzaju istot była równie mocna, Hadrin zawsze wykazywał się dużo większym spokojem i, jak sam twierdził, zdrowym rozsądkiem. Amir nazywał to po prostu tchórzostwem. Zresztą, wcale się temu nie dziwił. Gdyby wyglądał równie wątle jak swój braciszek, też bałby się szepnąć choćby słowo.
Przybysz nie odpowiadał. Już na pierwszy rzut oka widać było, że zapewne najchętniej by stąd wyszedł, ale nie ruszał się z miejsca, popijając powoli piwo i jednocześnie strzygąc nerwowo uszami, co dało Amirowi poczucie satysfakcji. Uśmiechnął się do siebie lekko, po czym rzucił obojętnie:
-W gruncie rzeczy zwierzętom nie należy dawać tych samych przywilejów co ludziom... Podobno oduczają się wtedy pokory i zaczynają zachowywać się tak, jakby były im równe...
W tym momencie poczuł mocne uderzenie w twarz. Długie paznokcie rozcięły skórę na jego policzku. Zamrugał zaskoczony. Nie zdążył nawet poczuć bólu, dotknął jedynie uderzonego miejsca, a następnie spojrzał na własną dłoń, na której znajdowały się ślady krwi. Przeklęty kundel stał już na nogach, wpatrując się w niego ostro. Amir rzucił się na niego natychmiast, przewracając go i kotłując się z nim na podłodze.
-Amir!- krzyknął przerażony Hadrin, odsuwając się nieco, jakby w obawie, że i on zostanie włączony w tą bójkę, a kilku siedzących nieopodal jegomościów zaczęło głośno dopingować walczących.
Kaen wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
-Nie...- jęknął głucho, skrywając twarz w dłoniach i kręcąc z niedowierzaniem głową- Nie znowu...
Amir był jeszcze tak oszołomiony faktem, że to... to coś... ośmieliło się w ogóle podnieść na niego rękę, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co się wokół niego dzieje. Ogarnęła go wściekłość, z jego ust wydobywały się jedynie przekleństwa. Najpierw to on górował nad tym mężczyzną, później ten przewrócił go na posadzkę i usiał na jego biodrach, usiłując skrępować jego dłonie, co mu się nie udało, bo Amir po raz kolejny skutecznie przydusił go do podłogi, by zaraz oberwać raz jeszcze w twarz. W tym momencie jacyś ludzie, na tyle trzeźwi, by jeszcze stać, rozdzielili ich od siebie z dużym trudem.
-Zabiję cię! Zabiję!- wrzeszczał Amir, podtrzymywany jeszcze przez brata.
Tamten mężczyzna uspokoił się wyraźnie i przestał wyrywać, chociaż wciąż wpatrywał się w niego z jawną wrogością.
-Dosyć!- zaprotestował Kaen, wbiegając pomiędzy nich prędko- Wyjść...!- krzyknął, ale gdy zerknął na Amira, a później na tego drugiego, rzucił tylko do niego- Wyjdź, panie, proszę.
Potomek wilków prychnął głośno, mierząc Amira pogardliwym spojrzeniem, po czym posłusznie opuścił karczmę. Kaen westchnął ciężko, zabierając się za sprzątanie resztek kufla, który został zrzucony przez mężczyzn podczas szamotaniny, a Hadrin usadził swojego brata z powrotem na jego miejscu i podał mu chustkę, by ten wytarł zakrwawiony policzek i wargę. Amir był jednak tak wściekły i poruszony, że nawet nie zwracał na to uwagi.
-Jak on... Jak on śmiał...!- syknął oburzony. Ach, gdyby miał ze sobą miecz! Gdyby dali im jeszcze chwilę, to by go zabił! Jak psa! Dosłownie.
-Daj spokój, Amir.
Jegomość siedzący przy oknie, wyczuł chyba, że wszyscy przypatrują mu się z jeszcze większą niechęcią, bo rozejrzał się nieco zdezorientowany, po czym podkulił ogon i nachylił się nad swoim piwem tak nisko, jakby zamierzał się w nim utopić.
Kolejny psi osobnik wleciał do karczmy.
-No...!- rzucił ostrzegawczo Kaen- Gdzie mi tu...!
Ale ten jedynie wcisnął Amirowi w dłonie skrawek papieru i czmychnął.
Mężczyzna odczytał wiadomość.
-I bardzo dobrze...- mruknął, uśmiechając się do siebie.

-Więc wyzwał cię na pojedynek...?- zapytał powoli Ludwik, zerkając na niego spoza stosu papierów. Był jego wujem i władcą tego miasta. Nigdy nie miał żony, a co za tym idzie, nie doczekał się też dzieci, a przynajmniej nikt nic o tym oficjalnie nie wiedział, więc pewnie dlatego traktował swoich siostrzeńców jak własnych synów i to właśnie w nich upatrywał się swych następców. Amir zawsze odczuwał do niego duży szacunek, podziwiał go. Ludwik miał już koło pięćdziesięciu lat, ale mimo swojego wieku, wciąż był bardzo sprawny, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Sylwetkę miał równie smukłą i wątłą, jak Hadrin, ale jego Amir na pewno nie nazwałby tchórzem. Wuj był dosyć dziwny. Całe dnie spędzał nad rachunkami, sprawdzał wszystkich urzędników, ufał w stu procentach mało któremu ze swoich ludzi, dlatego wszystko analizował raz jeszcze sam. Miał ogromną wiedzę i doświadczenie, całkowicie poświęcał się państwu, nie mając właściwie żadnego życia rodzinnego, nie licząc kontaktów z siostrzeńcami. Ludwik był bardzo dobrym władcą, często podejmował decyzje kontrowersyjne i budzące sprzeciw niektórych arystokratów, a mimo to, te zawsze przynosiły dobre skutki, czasem nawet większe od oczekiwanych. Amir zawsze widział w nim pewnego rodzaju wzór, ale nawet nie starał się mu dorównać. Szczególnie, że Ludwik był idealistą, reprezentującym ideologię, która była dla Amira zupełnie obca i właściwie niezrozumiała- Nie będę nawet pytał, czy się zgodziłeś, bo gdybyś chociaż raz postąpił racjonalnie, oznaczałoby to zapewne koniec świata...
Amir parsknął cicho, usadawiając się wygodnie na miękkiej kanapie wuja.
-Odrzucenie wyzwania byłoby oznaką tchórzostwa.
-Raczej zdrowych zmysłów- sprostował Ludwik, wzdychając ciężko i przecierając skronie- Jeszcze tego brakuje, żeby mojego najzdolniejszego siostrzeńca zabito w jakiejś podrzędnej bijatyce...
-Też coś!- obruszył się Amir, traktując te słowa niemalże jak obelgę. Był szkolony w walce przez najlepszych z najlepszych, miałby przegrać z jakimś kundlem...?- To nie ja będę tym zabijanym, zapewniam cię.
Ludwik oderwał się od rozliczeń i spojrzał na niego surowo.
-Chcesz go zabić?
-Cóż...- Amir odkaszlnął cicho. Wzrok wuja przeszywał go na wskroś- Nie- dodał więc po chwili namysłu- Nie chcę. Co nie zmienia faktu, że dam mu nauczkę, na jaką zasługuje...- … na jaką oni wszyscy zasługują, dodał w myślach, świadom tego, że wuj nie lubi tego rodzaju uogólnień i „nieusprawiedliwionej” niechęci- Może utnę mu ten jego dziwaczny ogon...
Ludwik łupnął dłońmi w stół z taką siłą, że Amir aż podskoczył. Za każdym razem dziwiło go niezmiernie, że tak drobny i niepozorny człowiek, jest w stanie jednym gestem zupełnie wytrącić go z równowagi.
Mężczyzna wstał i podszedł do niego powolnym krokiem.
-Dlaczego mówisz takie rzeczy?- zapytał bez zrozumienia, surowym głosem- Podobne czyny my, jak sam twierdzisz, ludzie cywilizowani, nazywamy okrucieństwem. Nie ma gorszego upokorzenia dla nich niż coś takiego.
Amir zmarszczył brwi.
-Dlaczego?
Ludwik prychnął z irytacją.
-No tak, ty i twoje lekcje historii! Nie wiesz, jak nasi przodkowie próbowali ich przez całe wieki uczłowieczać? Więc dowiedz się wreszcie i przestań opowiadać takie bzdury! Doprawdy, Amirze! Jak na wyćwiczonego wojownika masz naprawdę niewielkie pojęcie o dziejach własnych przodków.
-A dlaczego miałbym mieć większe?- mruknął niechętnie Amir. Historia potwornie go nudziła.
-Bo historia, mój drogi, jest czymś znacznie więcej, niż treścią zapisków i ksiąg. Historia jest najlepszym źródłem wiedzy, dzięki któremu możesz inspirować się i dochodzić do sukcesów, ucząc się jednocześnie na cudzych porażkach.
Amir przewrócił dyskretnie oczyma. Wuj nie pierwszy raz robił mu tego rodzaju wykład, ale on nie czuł szczególnej potrzeby, żeby zgłębiać wiedzę. To było nudne, bezsensowne. Dla niego liczyło się działanie, ta właśnie chwila, a nie to, co zrobiono sto czy dwieście lat temu. Nie wiedział, dlaczego ma czuć się odpowiedzialny za zbrodnie swoich przodków i nie wiedział, dlaczego z tak błahego powodu ma uznawać czy akceptować tych odmieńców. Historia tworzy się tu i teraz, a tu i teraz, potomkowie wilków, kimkolwiek w rzeczywistości byli, stanowili powszechny obiekt niechęci, a ta niechęć na pewno miała jakieś racjonalne uzasadnienie.
-O co ci chodzi, Ludwiku...?- zapytał, unosząc brew- Czyjej historii mam się uczyć? Naszej? Czy tych dziwaków? Bo chociaż teoretycznie mówią o tym samym, są zupełnie inne... Nawet inne osady w naszym otoczeniu, inaczej interpretują różne fakty... Dlaczego więc mam traktować którekolwiek z tych źródeł za wystarczająco wiarygodne, by zawracać tym sobie głowę...?
Wuj rzadko tracił do niego cierpliwość, ale zazwyczaj w tego rodzaju rozmowach, opuszczał go zwyczajowy spokój i dawał się ponosić emocjom. Dokładnie, jak tym razem.
-Historia nigdy nie będzie obiektywna, dopóki będzie spisywana przez narody, które same w niej uczestniczą. Ale to wcale nie znaczy, że nie jest prawdziwa. Między postrzeganiem świata w inny sposób, a zafałszowaniem, jest duża różnica.
Ta odpowiedź była dla Amira zupełnie niezrozumiała.
-Posłuchaj, Ludwiku...- zaczął łagodnie- Ty masz swoje zdanie, a ja swoje. Sam mówiłeś, że młodsi zawsze robią wszystko na przekór, więc... Myślę, że mam prawo do osobistych uprzedzeń.
-Nie myślisz, nie myślisz wcale i w tym właśnie problem!- stwierdził z gniewem wuj, zaczynając krążyć po pomieszczeniu- Bo gdybyś zaczął myśleć, rozumiałbyś, jak strasznie naiwne są twoje własne słowa! Boję się momentu, gdy starsi ustąpią miejsca takim młodszym... pełnym niewiedzy i nieuzasadnionych obaw, lęków bez pokrycia... I nie, nie masz prawa do osobistych uprzedzeń. I ja nie mam do nich prawa. Bo kiedy włada się krajem, uprzedzenia trzeba odłożyć na bok, podobnie jak wszelkie idiotyczne obawy, i trzeba rozważać nie to, co dobre dla nas samych, ale to, co dobre dla ogółu. A ludzie nie potrzebują kolejnej wojny, która zawsze jest dla nich tragedią. Nie potrzebują też nieustannego podsycania konfliktu, który bazuje na niczym więcej, jak tylko ich własnej niewiedzy i braku doświadczenia. Ludzie powinni się rozwijać, uczyć! A współistnienie i obcowanie z inną kulturą, inną cywilizacją, otwiera umysł. Twój jest wciąż zamknięty.
-Ale co to ma ze mną wspólnego?!- wybuchnął Amir, kręcąc głową- Mów takie rzeczy do Hadrina, to on cię zastąpi!
Ludwik przystanął na chwilę i spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Hadrin...?- dopytał niepewnie- On miałby mnie zastąpić...? Nie, nie...- szepnął cicho, podchodząc do okna, wyraźnie zamyślony. Amir wpatrywał się w niego mocno zdezorientowany- Hadrin jest... Jest bardzo dobrze wykształconym, ambitnym mężczyzną, ale...
-To chyba dobrze?- wtrącił Amir.
-... ale nie nadaje się na władcę- dokończył Ludwik, a mężczyzna zdumiał się jeszcze bardziej- Brak mu stanowczości, odwagi. To stanowisko wymaga asertywności, której on nie ma. Zbyt łatwo ulega wpływom, a poza tym... Poza tym brak mu tego czegoś, co sprawia, że ludzie podążają za władcą. Brak mu charyzmy. W przeciwieństwie do ciebie. Ludzie cię cenią, Amirze.
Amir spoglądał na swojego wuja z niepokojem. Czy on chciał...? Przecież to niemożliwe! Do tej pory, za każdym razem gdy rozmawiali, ten przyrównywał go do Hadrina, jako do wzoru godnego naśladowania, często go karcił, pouczał... Amir sądził, że w ten sposób wuj chce go uprzedzić, że jego następcą będzie Hadrin i on wcale nie miał nic przeciwko! Nawet sam Hadrin myślał pewnie dokładnie to samo. Teraz, kiedy pojawiło się w nim podejrzenie, że to jego Ludwik zamierza wytypować na swojego zastępcę, poczuł się tak, jakby ktoś usiłował zamknąć go w klatce.
-Mnie...?- uśmiechnął się wymuszenie- Na pewno nie twoi koledzy w złocie- stwierdził, mając na myśli arystokratów, którzy zawsze patrzyli na niego wilkiem i nie sprzyjali mu zbytnio.
-I dobrze. Mnie też nie lubią. Jeżeli arystokracja nie lubi władzy, to znak, że wszystko w państwie dzieje się dobrze.
-No dobrze... A jak to się ma do moich uprzedzeń?- odkaszlnął nerwowo Amir, chcąc szybko zmienić temat. Chyba nie był jeszcze gotów na rewelacje w stylu przygotowań do objęcia tronu. Nie chciał tego. O bogowie, jak strasznie tego nie chciał! Sama myśl o tym wzbudzała w nim panikę.
Ludwik westchnął głęboko.
-Nadal nie rozumiesz, prawda...?- szepnął strapiony- Każda istota, która ma serce i rozum... Człowiek, czy też nie... Ma prawo do wolności, do wybierania własnej wiary, własnych przekonań... Nie można nikomu narzucić ideologii ani zmusić go do wyznawania bogów, których nie akceptują, bo i tak zakończy się to porażką. Różnorodność jest czymś dobrym. Daje bowiem możliwość wyboru, a co za tym idzie, rozwija i kształtuje osobowość. Jeżeli uważasz inaczej, zachowaj to dla siebie. Nie rozumiem, dlaczego w dzisiejszych czasach, po takich doświadczeniach, wojnach i konfliktach, nadal brak zrozumienia i wiedzy spotyka się z większą akceptacją niż tolerancja, która nagle staje się powodem do wstydu. Zapamiętaj raz jeszcze, Amirze. Każda istota ma prawo wyboru. Wyboru swojego sposobu życia, swojego boga, swojej żony. Ma prawo decydować, gdzie mieszka i ile będzie miał dzieci. I nikt, żaden pojedynczy człowiek, nawet całe państwo, nie ma prawa w to ingerować. Nigdy.
Amir milczał przez dłuższą chwilę.
-Więc dlaczego ty nie ułożyłeś sobie życia, co?- zapytał w końcu.
Ludwik wzruszył ramionami w zamyśleniu.
-To nie dotyczy władcy- odpowiedział spokojnie- Władza wydaje się wielu ludziom czymś wyjątkowo atrakcyjnym... Ale jest w gruncie rzeczy wyjątkowo ciężkim obowiązkiem. Władca nie ma prawa do prywatnego życia. Każde małżeństwo powinno być małżeństwem politycznym, bo jeżeli takim nie jest... Staje się bezsensowną ceremonią, ku uciesze jednostki, a ma przecież służyć całemu państwu. Ja nie widziałem potrzeby się żenić, ale gdyby taka się pojawiła, zrobiłbym to. Władca powinien przede wszystkim mieć dużą intuicję, zmysł, który pozwoliłby mu ocenić społeczne nastroje i oczekiwania... Powinien mieć pewien specyficzny rodzaj wrażliwości. Do tej pory wydawało mi się, że ty go posiadasz. Teraz nie jestem pewien.
Amir z chwili na chwilę czuł się coraz bardziej zaniepokojony. Co to wszystko miało znaczyć...? On miałby zostać...? Przecież... Przecież wyobrażał sobie siebie najwyżej jako dowódcę gwardii przybocznej, ewentualnie w przyszłości generała, w razie wojny dowódcę wojska. Do tego nadawał się najlepiej. Nie dla niego zarządzanie państwem, bogate, nudne ceremonie, ludowe święta i „wrażliwość” społeczna.
-Chyba się nie rozumiemy...- zaczął w końcu niepewnie- Nie chcesz chyba... Nie chcesz chyba, żebym to ja cię kiedyś zastąpił, prawda...?
Ludwik spojrzał na niego z uwagą.
-Sądziłem, że to oczywiste- stwierdził.
Widać nie tak bardzo.
Amir parsknął cicho.
-Nie chcę być władcą- stwierdził zdecydowanie.
Ludwik skinął głową, jakby ze zrozumieniem, po czym szepnął w zamyśleniu:
-Decyzja nie należy do ciebie. Ja też nie chciałem.

-Coś się stało...?- zapytał niepewnie Hadrin, który zazwyczaj rzadko mogąc dotrzymać bratu kroku, teraz sam musiał przystawać co jakiś czas i czekać, aż ten do niego dojdzie.
Amir pokręcił głową, przygnębiony. Słowa wuja zupełnie go rozbroiły, nie miał pojęcia, co teraz zrobić. Jeszcze kilka lat temu, gdy wszyscy typowali go na przyszłego króla, nie interesował się tym tak bardzo. A jak tylko dorósł, doradcy Ludwika, zaczęli zachwycać się Hadrinem, wuj stał się wobec niego bardzo wymagający, często krytykował jego działania i nic nie wskazywało na to, by w ogóle rozważał jego kandydaturę. A teraz...! Aż nie mógł w to uwierzyć! Zawsze sądził, że Ludwik postępuje po prostu racjonalnie, nie zwraca uwagi na „prawa pierworodnych” i tego rodzaju idiotyzmy... Przecież Hadrin nadawał się idealnie! Był inteligentny, wykształcony, lubił siedzenie przed biurkiem, nadawał się do całodniowego myślenia i wydawania poleceń. A Amir... Amir był po prostu... Po prostu wojownikiem! To interesowało go najbardziej, a nie zastanawianie się nad kaprysami wymagającego ludu. Co go to w ogóle obchodziło? Też mu robota, bycie królem. Każdy wylew rzeki, każdy kataklizm, nieurodzaj i już... wszyscy niezadowoleni! Przeklinają swoich władców, jakby byli bogami, bogów natomiast prosząc o interwencję, zamiast wybrać wariant odwrotny.
-Chyba się nie boisz, co...?- rzucił prowokująco Hadrin, a Amir spojrzał na niego z politowaniem i parsknął śmiechem, po czym zdzielił go w ramię. Biedny braciszek aż zachwiał się na nogach, z trudem utrzymując równowagę.
-Nie...- odparł w zamyśleniu Amir, chociaż w rzeczywistości bał się jak diabli. Bał się tego, że zostanie królem. Nie życzył Ludwikowi śmierci, bynajmniej, ale wuj nie był przecież pierwszej młodości... A choćby żył jeszcze pół wieku, prędzej czy później i tak przyjdzie na niego pora. A może jakoś wpłynąć na zmianę jego zdania...? Przekonać go do Hadrina? No bo dlaczego nie Hadrin? Owszem, bywał nieco uległy, ale właściwie co w tym złego? Był młodszy, ale ledwie o dwa lata, to żadna poważna różnica.
Och, bogowie, Hadrin... Ciekawe, jak on zareaguje na tą informację. Amir zagryzł wargę. Nie zamierzał mu o tym mówić. Jego brat, pewnie dokładnie tak samo, jak on, żył dotąd w fałszywym przekonaniu. Tylko Amirowi wydawało się, że został zwolniony z uciążliwego obowiązku, a Hadrin sądził, że on zostanie władcą. A teraz... Wuj miał wyjątkowe skłonności do komplikowania życia swoim najbliższym, łącznie z sobą samym.
Wyszli z lasu i znaleźli się na okrągłej polanie. Tamten nieszczęsny pchlarz już na nich czekał, razem ze swoim towarzyszem, podobnym sobie, nieco niższym, z jasnobrązowymi włosami. Obaj spoglądali na nich z uwagą i wymieniali ze sobą po cichu komentarze.
-Jesteś pewien, że dasz sobie radę...?- w Hadrina jak zwykle wstąpiły wątpliwości.
-A kiedykolwiek nie dałem?- westchnął Amir, zerkając na brata z cieniem irytacji.
-Wybacz... Wyglądają trochę... przerażająco.
-Raczej śmiesznie.
-Witajcie, o jakże szlachetni ludzie...- przywitał się z nimi głośno towarzysz bójkowicza z karczmy, kłaniając się im groteskowo i uśmiechając się z drwiną, po czym rzucił teatralnym szeptem do stojącego obok mężczyzny- Zobacz... Mamy aż dwóch naraz... Będzie zabawa...
Hadrin aż pobladł ze strachu.
-J... Ja... Ja jestem tylko sekundantem...- wyjąkał przerażony.
-Ja też...- szatyn uśmiechnął się do niego szeroko, ukazując nienaturalnie duże kły.
Hadrin odkaszlnął nerwowo, w jakimś odruchu wycofując się nieco za swojego brata.
-Dosyć gadania- mruknął Amir, mierząc swojego przeciwnika uważnym spojrzeniem. Od razu rzuciło mu się w oczy, że ciemnowłosy trzymał w swoich dłoniach łuk. Uniósł brew i uśmiechnął się z politowaniem- Łucznik...?
-Owszem... Ale z mieczem daję sobie radę równie dobrze- odpowiedział spokojnie mężczyzna, odkładając broń i kołczan na trawę i biorąc od swego towarzysza ostrze.
-Lepiej, żebyś miał rację. Lepiej dla ciebie.
-Żadnych sztuczek- warknął sekundant przeciwnika Amira- Znam wasze ludzkie podstępy... Walka na miecze i nic więcej, jeżeli spróbujesz czegokolwiek innego, ja wkroczę do akcji... A tego byś nie chciał- uśmiechnął się nieprzyjemnie.
-Dwóch na jednego? Nie ma problemu- stwierdził bez cienia lęku Amir, a szatyn sprawiał wrażenie, jakby zamierzał przyjąć tę propozycję, ale towarzysz spojrzał na niego surowo- A poza tym... Nasze, ludzkie podstępy? A jaką mam pewność, że gdzieś w tym lesie nie siedzą wasi pobratymcy, żeby w razie czego ruszyć wam na pomoc...?
-Jak śmiesz!- warknął złowrogo sekundant, ruszając do przodu, ale ciemnowłosy zatrzymał go przy sobie.
-Jesteśmy tu sami- stwierdził.
-Doskonale- skwitował jego towarzysz, po czym podszedł do Hadrina i ogarnął go ramieniem, odchodząc z nim na bok- Chodź, człowieku...- rzucił do niego pobłażliwie, widząc chyba, że mężczyzna sprawia wrażenie, jakby miał zaraz omdleć- Musimy znaleźć sobie dobre miejsce...
-Ej, ty, psie... Tknij mojego brata, a obetnę ci to coś, co wystaje ci ze spodni...- zwrócił się do niego Amir, celując w jego stronę mieczem.
Szatyn uśmiechnął się lekko.
-Nie kuś, nie kuś...
Hadrin odetchnął płytko.
-Lepiej skoncentruj się na mnie- stwierdził przeciwnik Amira.
-Z miłą chęcią...
Obaj odeszli od siebie o kilka metrów, po czym chwycili za broń i ruszyli na siebie. Ich ostrza skrzyżowały się ze sobą. Rozpoczął się pojedynek.
Potomek wilków był od Amira szybszy i nieco zwinniejszy, ale nie dorównywał mu siłą. W efekcie ich walka była bardzo wyrównana i dynamiczna, ale niezwykle długa. Gdy jeden z nich wyprowadzał doskonały cios, drugi, równie doskonale, odpierał atak. Nawet obserwatorzy po kilkudziesięciu minutach, przestali oglądać starcie niecierpliwie. Sekundant przeciwnika Amira rozsiadł się na trawie, przyglądając się walczącym z wyraźnym znudzeniem, a Hadrin, chociaż najwyraźniej starał się udawać zainteresowanie, co jakiś czas sprawiał wrażenie, jakby przysypiał. Sam Amir był zdumiony umiejętnościami swojego przeciwnika. Z chwili na chwilę obaj byli coraz bardziej wyczerpani, ale najwyraźniej żadnemu z nich ani przyszło do głowy się poddawać. W pewnym momencie odrzucili miecze obaj, jak na zawołanie i po prostu rzucili się na siebie z pięściami, zupełnie jak wtedy, w karczmie.
Sekundant przeciwnika Amira zdał sobie z tego sprawę dopiero po kilku minutach i poderwał się z miejsca, jakby chcąc zaprotestować, ale ostatecznie widząc starcie, jedynie machnął obojętnie dłonią i opadł z powrotem na trawę. Nawet Hadrin zrezygnował ze swojej wypracowanej na stanowiskach urzędniczych, postawy skupienia i usiadł obok potomka wilków, zapominając na chwilę o swoich obawach. Wyglądało na to, że jeżeli walka potrwałaby jeszcze trochę, panowie mogliby ze sobą nawet nawiązać dyskusję.
W tym momencie z oddali rozległ się donośny huk. I Amir, i jego przeciwnik, zamarli na chwilę w bezruchu, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Obaj spojrzeli na siebie najpierw ze zdumieniem, później oskarżycielsko, jakby obaj doszukiwali się w tym podstępu przeciwnika, ale nim któryś z nich zdążył się odezwać, usłyszeli tak potworny dźwięk, że obaj zatkali uszy. Amir syknął głośno, rozglądając się bez zrozumienia dookoła. Zupełnie nie mógł zlokalizować źródła tego potwornego odgłosu, który przypominał przeciągły, piskliwy wrzask. Zauważył, że jego brat i potomek wilków również zatykają uszy, krzywiąc się.
Po chwili wszystko ucichło. Amir słyszał jedynie swój własny, płytki oddech i czuł nerwowe ruchy przeciwnika, który wciąż tkwił nieruchomo w jego ramionach, dokładnie w takiej pozycji, w jakiej się wtedy zatrzymali. I nagle stało się coś zupełnie niezrozumiałego. Okoliczne drzewa wygięły się gwałtownie w łuk, jakby pod wpływem mocnego wiatru, chociaż powietrze było spokojne. I w tym momencie Amir poczuł coś dziwnego. Jakby coś przez niego przeszło, wywołując w nim nagle uczucie niewyjaśnionej paniki, lęku i niepokoju. Spojrzał na twarz swojego towarzysza. Potomek wilków wydawał się być równie osłupiały i przerażony.
Niebo w jedną chwilę zaszło czarnymi chmurami.
Zapadła ciemność.

21 komentarzy:

  1. to jest.. inne.. Inne niż pozostałe Twoje prace... Jest dobre... Jest ciekawe i.. cholera jasna weny życzę bo nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału! xD Trafia w moje klimaty ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. uuu mroczne si-fi ! Zaćmienie słońca z falą uderzeniową? xD Ciekawi mnie paring jaki tu będzie ^ ^ Amir i wilczek? <3 Zaczęło się ciekawie. Czekam na next, jak zawsze;D

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy9:31 AM

    Już się nie mogłem doczekać nowego opowiedania, strasznie się czieszę, że je dodałaś:)
    Podoba mi się tym brdziej, że jest takie niecodzienne. Pierwszy rozdział był świetny i już się nie mogę doczekać drugiego, a żeby cię już nie zanudzać, powiem po prostu ŻYCZĘ CI DUŻO WENY:*
    Pozdrawiam:
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaczyna się ciekawie :) Podoba m się z jaką dokładnością opisujesz wydarzenia. Życzę weny i mam nadzieję, że niedługo pojawi się następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy1:26 PM

    Podoba mi się to... :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy1:59 PM

    jejku prosze dodaj nastepny rozdzial jak najszybciej. strasznie mnie zaciekawilo :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Podoba mi się to nowe opowiadanie. Ciekawa jestem następnego rozdziału. Chyba rodzi się konkurencja dla mojego ulubionego You found me :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawe, ciekawe... jednocześnie inne i podobne do twoich poprzednich opowiadań :]
    Czekam na więcej! Weny!

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy7:05 PM

    Humanoidy, klimatyczna sceneria, naprawdę dobrze się to zapowiada! Może nawet to opowiadanie będzie jednym z moich ulubionych...
    Podziwiam Cię za to, że masz tu tyle przeróżnych historii i każda z nich jest dopracowana i niesamowita! Plus every-me...
    :)

    OdpowiedzUsuń
  10. mi się podoba jak wszystko co piszesz xD A charakterek Amira po prostu przyciąga jak magnes. Ogólnie fabuła zapowiada się ciekawie i ogólnie świat, który tu budujesz :)

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy1:53 PM

    No i znów kończysz w takim momencie...! ;c Ale cóż. Pozostaje mi wyłącznie czekać na ciąg dalszy. Bardzo cieszę się, że postanowiłaś zacząć nowe opowiadanie. Więc, jak zwykle (chyba to już będzie moją tradycją xD), życzę Ci dużo, dużo weny. :33

    Pozdrawiam, Spiritt.

    OdpowiedzUsuń
  12. Auuuuu! <--- wilczy zew xD kolejne swietne opowiadanie na twoim blogu. No normalnie cie kocham. Kiedy ciag dalszy?^^

    Mam pytanko droga autorko... Mogłabym skrobnąc portret Wilka?^^ Bo moja wena szaleje ale mimo wszystko wole spytac ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Oczywiście, że możesz, droga czytelniczko :D. Będzie mi bardzo miło :).

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziekujemy (ja i mój Wen)^^ Jak skończę to wyśle ci linka ;*

    OdpowiedzUsuń
  15. Ha skończylam! *triumfuje* ;P w oryginale wyglada totalnie lepiej, ale na razie nie da rady nic z tym zrobic.

    http://deirdre96.deviantart.com/art/Wilk-258379241

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo mi się podoba, prześliczny ^^ Mogłabym go dodać przy kolejnej notce?

    OdpowiedzUsuń
  17. Dziękuje^^
    Pewnie że możesz. Bedę zaszczycona *klania sie* xD

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja jestem zaszczycona i również bardzo dziękuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. jej, tez powinnam cos dla ciebie narysowac, by wyrazic swe uwielbienie... xDDD a co bedzie w te sobote?? Moze Absa? (dzis xD)

    OdpowiedzUsuń
  20. Nieee, będzie drugi rozdział tego, dlatego tak długo mi szło :P. A po tym chyba będzie Sunrise, ale pewna nie jestem xD.

    OdpowiedzUsuń
  21. Kolejne świetnie się zapowiadające opowiadanie :33

    OdpowiedzUsuń