Strony

sobota, 17 września 2011

Rozdział 2

by: Deirdre

To był letni, ciepły wieczór, a mimo tego, w gęstniejącym na zewnątrz mroku, ciężko było cokolwiek dostrzec. Amir nigdy wcześniej nie przeżył czegoś podobnego, nigdy czegoś podobnego nie doświadczył ani nie zobaczył. Niebo, które w jednej chwili zaszło czarnymi chmurami, uginające się pod ciężarem niewyczuwalnego wiatru drzewa i to uczucie, uczucie lęku i niezrozumiałej paniki, które przeszyło go boleśnie na wylot... Amir uważał siebie za człowieka, którego wyjątkowo trudno było przestraszyć, ale nawet on nie mógł pozostać wobec czegoś takiego obojętny. Pod pozorną maską spokoju, ukrywał przerażenie i nawet teraz, będąc w komnacie wuja, nie mógł się powstrzymać od wyglądania przez jej okrągłe okna i wpatrywania się w niebo.
Wokół panowała absolutna, niczym niezmącona cisza. Trudno było chyba nawet dosłyszeć z daleka jakiś ludzki głos. Amir miał wrażenie, że wszyscy, podobnie jak on, zamarli w oczekiwaniu na to, co się dalej stanie, niepewni i zlęknieni. Gdy szedł przez miasto, widział ludzi, szepczących do siebie z przerażeniem i ze strachem wpatrujących się w niebo, i prostych wieśniaków, i wielkich panów. I jedni, i drudzy, zdawali się być mocno wyprowadzeni z równowagi i równie zdezorientowani. Nawet kapłani, zazwyczaj z dużą chęcią wykorzystujący każdy kataklizm i poważniejsze zdarzenie, tłumacząc to interwencją bogów i skarżąc się na skąpego wobec datków na ich posługę króla, tym razem nie mieli tak wiele do powiedzenia. Pozamykali się wszyscy w swoich wielkich świątyniach, ale, co Amir odkrył bez szczególnego zdziwienia, nie zajęli się modlitwą ani błaganiem bogów o wybaczanie za uczynki niewiernego ludu, co robili w takich sytuacjach zazwyczaj, wyjątkowo głośno i  ceremonialnie, a zaczęli chaotycznie przeliczać swoje majątki, pakować się, a niektórzy nawet twierdzili, wszem i wobec, oświecił ich ten czy inny bóg, który nakazał im oddalenie się do miejsca, w którym niebo będzie czystsze, a życie spokojniejsze. Nie było jednak nikogo, kto mógłby opuścić miasto, chyba, że o własnych siłach. Amir nie był w stanie znaleźć nawet kogoś, kto dowiózłby go do zamku wuja, nie mówiąc o dłuższych wyprawach. Ludzie albo gromadzili się na ulicach, z lękiem spoglądając do góry, albo chowali się w swoich domach, modlili się o łaskę do bogów i czekali na to, co miało nadejść. Sęk w tym, że nikt właściwie nie wiedział, co miało się zdarzyć. Amir bardzo często podchodził do różnego rodzaju spraw sceptycznie, gdy duchowni po raz kolejny ogłaszali ludności, że jeżeli ci się nie poprawią, dojdzie do jakiegoś strasznego zdarzenia (co rzeczywiście zazwyczaj się sprawdzało, bo nie wiedzieć czemu, mówili o tym za każdym razem w porze, w której zazwyczaj wylewały rzeki), Amir śmiał się z tego głośno i lekceważył to. Teraz jednak nie mógł się pozbyć tego uporczywego przeczucia, że coś jest nie tak, coś jest nie w porządku, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdy wszedł do zamku wuja, dostrzegł jego służbę, przyklejoną do szyb, równie milczącą i niepewną. Nikt chyba nie miał wątpliwości, że stali się świadkiem czegoś wielkiego, czegoś, co wciąż pozostawało zagadką.
-Czułeś to...?- zapytał w jakimś odruchu szeptem, jakby każde głośniejsze słowo miało naruszać ten idealny i jakże nienaturalny stan ciszy, spoglądając na swojego wuja z uwagą. Może czuł się tak strasznie zdezorientowany, również przez jego postawę. Był przyzwyczajony do tego, że Ludwik zawsze był spokojny i ten spokój czynił samego Amira dużo bardziej pewnym. A nawet, gdy wuj nie był tak opanowany, od razu działał, by zapobiec skutkom zdarzeń, których nie udało mu się wcześniej przewidzieć. Ale teraz było inaczej. Ludwik stał nieopodal Amira, zupełnie zamyślony, niemrawy, kompletnie osowiały i pierwszy raz wydawał się mężczyźnie tak strasznie bezradny. Wuj nie powiedział nic, co mogłoby go uspokoić, nie wyszedł do ludzi, by wyjaśnić im całą tę sytuację, nie zrobił zupełnie niczego. Paradoksalnie, sprawiał wrażenie jeszcze bardziej zaniepokojonego niż Amir.
-Tak...- potwierdził, najwyraźniej doskonale wiedząc, o co mu chodzi.
-Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego...- stwierdził Amir, wciąż nie odrywając od Ludwika badawczego spojrzenia. Miał dziwne przeczucie, że wuj nie mówi mu o czymś, co wie, ale za każdym razem, gdy się nad tym zastanawiał, dochodził do wniosku, że Ludwik nie ma raczej ponad ludzkich zdolności i nie może nic wiedzieć o tego rodzaju zdarzeniach- Jakby... Jakby coś przeszyło mnie na wskroś... Coś lodowatego... Albo aż parzącego z gorąca... Sam nie wiem. Na początku sądziłem, że to ten... Ten pies...- był tak poruszony, że wyjątkowo zapomniał się skrzywić niechętnie przy tym określeniu- … próbuje mnie jakoś podejść, ale później spojrzałem na niego, i on wydawał się przerażony, i wtedy pomyślałem...
-... pomyślałeś, że to bogowie pokarali cię za ten pojedynek...?- Ludwik uniósł kącik ust w pobłażliwym uśmiechu, ale wyraz niepokoju nadal nie znikał z jego twarzy.
-Tak... Coś w tym rodzaju...- potwierdził Amir, uśmiechając się blado. W tamtej chwili nie wydawało mu się to równie absurdalne. Już nawet nie pamiętał, co dokładnie powiedzieli sobie w momencie zakończenia pojedynku. On i Hadrin poszli w jednym kierunku, psy czmychnęły w drugim i tyle tego wszystkiego było- Widziałeś kiedyś coś podobnego...?
-Nie...- odparł cicho Ludwik.
-Ludzie mówią... Mówią, że to koniec świata- Amir rzucił te słowa w tonie pewnego rodzaju pobłażliwości, ale musiałby skłamać sam przed sobą, gdyby stwierdził, że nie przyszło mu to wcześniej na myśl. Nie odrywał od twarzy wuja uważnego spojrzenia, jakby to z niej chciał wyczytać odpowiedź na swoje wątpliwości, ale ten wciąż wpatrywał się przed siebie z zamyśleniem.
-Może...- odparł spokojnie, ku zdumieniu mężczyzny.
Amir uniósł brwi, zaskoczony.
-Mówisz poważnie...?- zapytał z niedowierzaniem. Wuj, jego racjonalny do bólu wuj, wuj będący zawsze człowiekiem pragmatycznym i trzeźwo myślącym, nawet w sytuacjach, gdy innym puszczały nerwy i zwodziła wyobraźnia, teraz mówił coś takiego z całkowitą powagą- Chcesz powiedzieć, że... Że to bogowie... Bogowie chcą dać nam znak, że zbliża się koniec...?- dopytał.
-Wątpię. Jeżeli ktokolwiek doprowadzi kiedyś do końca świata, czy też końca ludzkości, na pewno nie będą to bogowie, ale sami ludzie...- Amir zmarszczył brwi. Coraz mniej cokolwiek z tego rozumiał- Zobacz...
Amir przeniósł wzrok z powrotem w kierunku okna. Pomiędzy ciemnymi chmurami pojawił się wreszcie przesmyk światła, który stawał się powoli coraz większy, rozdzierając stopniowo mrok.
-Rozjaśnia się- zauważył z uśmiechem.
-Tak... Pewnie wkrótce rozjaśni się całkowicie...
Amir spojrzał na wuja ze zdumieniem, ale nim zdążył o coś zapytać, w pomieszczeniu pojawił się sługa. Młody, niepozorny chłopaczek, przemknął przez królewską komnatę i podszedł do władcy, po czym stanął na palcach i szepnął mu coś do ucha tak cicho i szybko, że Amir nie był w stanie ani tego usłyszeć, ani choćby wywnioskować czegoś z ruchu jego warg. Ludwik zresztą doskonale wyszkolił swoją służbę, i o ile arystokraci spoglądali na niego raczej nieufnie i niechętnie, słudzy darzyli go niesamowitym wprost szacunkiem i wręcz sympatią. Niejednokrotnie zdarzało się, że to, czego władca nie dosłyszał na własne uszy, bo było mówione za jego plecami, docierało do niego natychmiast właśnie dzięki wszechobecnym sprzątaczkom, czy spełniającym chwilowe zachcianki i grymasy szlachty młodzieńcom.
-Niech wejdzie- szepnął Ludwik, w odpowiedzi na jego słowa. Amir dostrzegł, że na twarzy wuja pojawił się dziwny cień.
Służący skinął pospiesznie głową, na Amira łypnął cokolwiek nieufnie, a następnie wyszedł z pomieszczenia. Mężczyzna westchnął głęboko, pewien, że pojawił się tutaj zapewne jeden z przedstawicieli królewskiej rady, chcąc omówić zaistniałą sytuację albo inny bardziej doczesny i naglący problem. Jednak gdy tylko drzwi otworzyły się na oścież, przekonał się, że nie miał racji. Do pomieszczenia wszedł starszy mężczyzna, zgarbiony, oparty na prowizorycznej lasce, z długimi, śnieżnobiałymi włosami, spośród których wyłaniała się para dwóch, tego samego koloru, psich uszu. Ogona nie miał, przyodziany był jedynie w lnianą szatę, która jeszcze bardziej podkreślała nienaturalną, chorowitą niemal wątłość jego ciała.
Amir doskonale wiedział, kim był ten starzec. Widział go może ledwie kilka razy w ciągu całego swojego życia, ale słyszał już o nim to i owo. Był przywódcą potomków wilków, czyli całej tej psiej bandy, oni jednak nie nazywali go ani królem, ani władcą, ale raczej ojcem czy bratem. Lat miał mniej więcej tyle, ile Ludwik, chociaż prezentował się od niego znacznie gorzej, Amir znał dużo sprawniejszych i lepiej wyglądających siedemdziesięciolatków, ale, cóż za pech, psy nie miały zbyt długiego żywota, dlatego był on jednym z ich najstarszych przedstawicieli.
-Witaj, Ludwiku...- starzec ukłonił się na tyle, na ile był w stanie.
Amir spoglądał na niego z nieskrywaną pogardą. Zawsze kiedy go widział, mając jednocześnie w wyobraźni obraz Ludwika, dochodził do wniosku, że potomkowie wilków nie mogli po prostu lepiej wybrać swojego przywódcy. Oczywiście lepiej dla ludzi. Ludwik był prawdziwym królem, nikt nawet nie śmiał zanegować jego władzy, dobrze się trzymał, miał charyzmę, ogromną wiedzę i był lubiany przez społeczeństwo, wystarczyło, że powiedział chociażby słowo, a lud za nim podążał. Nawet arystokracja nie chciała wchodzić z nim jawnie w konflikt, bo dobrze wiedziała, że i tak poniosłaby klęskę. A on...? Głupi stary, wyleniały pies, wyglądał jak pierwszy lepszy żebrak, mówił z trudem, jąkając się i zacinając, spuszczał wzrok, gdy ktoś patrzył mu prosto w oczy i kładł uszy po sobie. Gdyby miał jeszcze ogon, pewnie podkuliłby go pod siebie ze strachu. Doprawdy więc, czy Amir nie miał racji mówiąc, że te psy muszą być nie tylko dziwne i przez tę dziwność groźne, ale też nie całkiem sprawne umysłowo...? Skoro wybierały na swego przewodnika kogoś, kto ani dobrze się nie prezentował, ani nie sprawiał wrażenia kogoś, kto potrafiłby umiejętnie i szybko podejmować ważne decyzje?
-Czego tu chcesz...?- rzucił niepohamowanie Amir, a Ludwik spojrzał na niego surowo.
Mężczyzna umilkł więc posłusznie, wyjątkowo niezadowolony. Nie cierpiał dyplomacji w wykonaniu swojego wuja i jego dziwacznych skłonności, które zawsze pchały go ku największym dziwadłom i niedoróbkom natury. Ludwik był po prostu zbyt litościwy i skłonny do ustępstw, wolał kompromisy od otwartej walki, czego z kolei Amir nie mógł pojąć ani przeboleć. Uznawał on, że jeżeli ktoś nie jest w stanie stawić rzeczywistego oporu, powinien się od razu poddać, oddać swoje ziemie, a samemu żyć na terytorium przyszłego zwierzchnika i cieszyć się tym, że udało mu się uniknąć krwawej wojny.
-Witaj, młodzieńcze...- starzec skłonił się tym razem Amirowi, bez cienia zdenerwowania czy poruszenia jego słowami- Ludwiku...- zwrócił się ponownie do władcy- Czy moglibyśmy... Czy moglibyśmy porozmawiać teraz...? Tutaj...? Na osobności...?
-Co takiego?- warknął z poirytowaniem Amir- Nie ma mowy! Wuj nie ma przede mną żadnych tajemnic, jeżeli kiedykolwiek...
-Amirze...- Ludwik spojrzał na niego łagodnie, acz zarazem stanowczo, a mężczyzna już wiedział, jakie zaraz usłyszy słowa- Zostaw nas samych, proszę. Jeżeli usłyszę coś wartościowego, nie omieszkam ci tego przekazać.
Mężczyzna nachmurzył się wyraźnie, ale nie śmiał zaprotestować i nie spełnić polecenia swojego wuja i zarazem władcy. Skinął więc niechętnie głową, rzucając staruchowi ostatnie, groźne spojrzenie i ruszył w stronę drzwi.
-Gdyby coś było nie tak, zawołaj mnie- rzucił jeszcze, zupełnie tak, jakby ten bogom ducha winny, niepozorny starzec miał się rzucić na Ludwika i zatłuc go tym nieszczęsnym kijem, na którym się opierał. Amir zamknął drzwi, ale natychmiast przylgnął do nich, mając nadzieję, że usłyszy choć skrawek z tego, o czym będą rozmawiać. Jedynym, co usłyszał, były jednak słowa wuja:
-... Wybacz mu, Canisie, jest bardzo impulsywny... Przejdźmy tutaj, będzie spokojniej...
Wyglądało na to, że obaj weszli do którejś z bocznych komnat. Amir fuknął coś pod nosem, niezadowolony. Czemu ktoś taki odwiedza Ludwika...? Pomijając już fakt, że potomkowie wilków nie mieli w zwyczaju składania oficjalnych wizyt władcom poszczególnych miast i miasteczek, ten starzec chyba tym bardziej nie miał tu czego szukać. Może i w teorii żyli ze sobą w stosunkach w miarę dobrych i pokojowych, ale chyba żaden z tych psów nie mógł liczyć na to, że ludzie zechcą z nimi współpracować czy pomagać im w ich problemach. Czegokolwiek by nie chciał, Amir już miał na ten temat swoje zdanie i ta wizyta wcale mu się nie podobała.
Rozmowa Ludwika z Canisem nie trwała jednak długo. Już po kilkunastu minutach, Ludwik zawołał Amira z powrotem do siebie, ale gdy ten wszedł do pomieszczenia, starca już w nim nie było.
-Gdzie on jest...?- zapytał niepewnie.
-Już wyszedł. Usiądź, proszę.
Amir spojrzał na wuja, zdezorientowany całą tą sytuacją. Przysiadł na kanapie, nie odrywając od krążącego wokół Ludwika uważnego wzroku. Mężczyzna wydawał się być jeszcze bardziej rozstrojony i nieswój, niż wcześniej. Milczał długo, chodząc powoli po pokoju, jakby zastanawiał się nad tym, co dokładnie powinien powiedzieć swojemu siostrzeńcowi.
-I co?- ponaglił go w pewnym momencie Amir, nie mogąc już wytrzymać- O czym rozmawialiście...?- wuj nadal milczał. Mężczyzna westchnął ciężko, zniecierpliwiony i odwrócił wzrok w kierunku okna. Oświetlające pokój świece wydawały się być już zbędne. Ciemne chmury rozpraszały się powoli i znikały. Wszystko wracało do normy- Rozmawialiście o tym...?
-Tak- potwierdził spokojnie Ludwik.
-Ach, tak!- prychnął głośno Amir- Pewnie przyszedł oskarżyć o to nas, tak?! Głupi, zabobonny starzec, wykorzysta wszystko, żeby tylko udowodnić nam, że...
-Nie- przerwał mu po prostu wuj, nie wyjaśniając jednak niczego.
-Nie...?- mężczyzna umilkł na chwilę, po czym zastanowił się i dodał wrogo- A więc to ich wina, tak?!
Ludwik pokręcił głową i stwierdził po raz kolejny:
-Nie.
Amir miał wrażenie, że tego dnia nie rozumie zupełnie nic, a zachowanie wuja stało na szczycie całej listy dziwactw, jakie go dziś spotkały. Nie odzywał się więc już więcej, na wpół poirytowany i zniecierpliwiony, na wpół zaniepokojony. Co się właściwie działo? Przecież wszystko stopniowo wracało do normy, może nawet ludzie, przeżywszy już pierwszy szok, wracali do pracy i zaniedbanych wcześniej obowiązków. Nie wydarzyło się nic strasznego, nic godnego uwagi. Amir był gotów pomyśleć, że to, czego sam był świadkiem, nie mogło być zapewne niczym innym, jak tylko pomyłką bogów albo działaniem natury, na które człowiek i tak nie ma wpływu. Więc gdyby nie był tu teraz z wujem, zapewne wcześniejsze lęki i niepokoje odeszłyby od niego w tej właśnie chwili i już nie w głowie byłoby mu zastanawianie się nad końcem świata, a zająłby się tym, czym zajmował się zazwyczaj.
-Amirze...- zwrócił się do niego wreszcie wuj- Wiesz, jak wyglądał początek naszej historii na tych ziemiach i nasze spotkanie z nimi...?
-Mhm...- mruknął mężczyzna, niezadowolony z faktu, że ich rozmowa zaczyna powoli schodzić na tematy, o których, mimo wszystko, pojęcie miał dość niewielkie. Ludwik spoglądał na niego z wyraźnym wyczekiwaniem. Amir jęknął głucho w duchu, po czym zaczął wyjątkowo niepewnie- My... Przybyliśmy tutaj... Oni już tu byli... No więc zajęliśmy część ziem i była wojna, a później kolejna... I...- wuj wpatrywał się w niego z wyraźnym politowaniem- No i... Och, do czego właściwie zmierzasz, co?- zapytał otwarcie.
-Co wiesz o bitwie, po której raz na zawsze utracili panowanie na tych ziemiach?
Amir poczuł nagle niepohamowaną chęć, by wyskoczyć przez okno i oszczędzić sobie tej męki. Cóż go obchodziła jakaś tam bitwa, która rozgrywała się kilkaset lat temu?
-No cóż... Mieli jeszcze dość liczną armię... Prawie tak liczną jak nasza....- stwierdził, chociaż nie był do końca pewien, czy mówi o tym zdarzeniu, czy jednak o innym. Tyle było w końcu tych wojen w ich historii! Wuj jednak mu nie przerywał, więc kontynuował, nadal bardzo ostrożnie- Ale wewnątrz wybuchł poważny konflikt, spora część zbuntowała się przeciwko dowódcy, który najpierw zabił inicjatorów protestu, a później, gdy ten nadal nie wygasł, wielu pozostałych żołnierzy. W dodatku część zdezerterowała, a później nagła choroba zdziesiątkowała jego oddziały.
-A mimo to zwyciężył.
Amir zmarszczył brwi.
-Pytasz mnie o tę legendę...?
Wuj skinął głową.
-Według tej legendy...- zaznaczył więc, bo szczerze mówiąc, mało wierzył w te wszystkie bajeczne zdarzenia, które znajdowały miejsce w ich historii. Ktoś, kto czytałby dawne kroniki, doprawdy musiałby pomyśleć, że jego przodkowie żyli w jakimś kompletnie innym, zaczarowanym świecie, gdzie na każdym rogu spotykali jakąś magiczną istotę albo inne dziwadło. Teraz jedynymi dziwadłami, jakie można było powszechnie spotkać, byli potomkowie wilków, więc Amirowi daleko było do uznawania wierzeń prymitywnego ludu za coś obowiązującego i prawdziwego- Ten dowódca, nie chcąc przegrać, przywołał jakiegoś demona... A ten demon umożliwił mu zwycięstwo. Ale później dowódca odwrócił się od swoich ludzi, stał się dla nich tyranem, który dzięki swym niezwykłym zdolnościom, siał wszędzie postrach i terror, doprowadzając w końcu do sytuacji, w której wszystkie okoliczne ludy i plemiona musiały stanąć ze sobą ramię w ramię i stoczyć szlachetną walkę w imię dobra...- zakończył z przesadną patetycznością, gestykulując przy tym energicznie.
-Rzeczywiście- potwierdził wuj, jakby nie dosłyszał drwiny w jego głosie- Tak właśnie było.
-Według legendy.
-A teraz ten demon narodził się ponownie.
Amir w pierwszej chwili sądził, że się przesłyszał, ale gdy raz jeszcze odtworzył w głowie słowa wuja, a później spojrzał na jego twarz i zobaczył malującą się na niej absolutną powagę... Nie wytrzymał. Parsknął śmiechem.
-Chyba żartujesz- stwierdził, mając nadzieję, że tak rzeczywiście było. Bo alternatywą dla „chyba żartujesz”, stało się nagle „chyba oszalałeś”, o co nigdy by Ludwika nie podejrzewał, ale po tym twierdzeniu zaczynał poważnie wątpić w to, czy ten jest rzeczywiście zdrowy na umyśle- Ten... Psi staruch opowiedział ci takie bzdury, tak...?
-Obawiam się, że to prawda- odparł z pełną stanowczością mężczyzna, wzbudzając w swoim siostrzeńcu już nie tyle rozbawienie, co autentyczny lęk. Lęk o stan psychiczny swojego wuja, który nigdy wcześniej nie był skory do wierzenia kapłanom, że kolejny wylew rzeki albo nieurodzaj jest wynikiem działania sił nadprzyrodzonych, a teraz, ni z tego ni z owego, wierzył, że niebo się zachmurzyło, bo narodził się jakiś demon- Nasi przodkowie opisywali podobne zdarzenia, niedawno przed tym, jak Fortis zaczął pertraktować z demonem. Pisali o nieprzeniknionych ciemnościach, głosie wydobywającym się z podziemi i uczuciu lęku, które narodziło się nagle w każdym mieszkańcu tych ziem.
Amir zmarszczył brwi, po czym raz jeszcze zerknął sceptycznie w kierunku okna. Te nieprzeniknione ciemności zdążyły już dawno ustąpić przedzierającym się przez nie promieniom słońca, głosów żadnych nie słyszał, pomijając ten dziwaczny pisk, który nie trwał jednak zbyt długo, a uczucie strachu... No cóż, może się zdarzyć, nawet komuś tak odważnemu jak on. I pomyśleć, że choć jeszcze kilkanaście minut temu, gotów był dyskutować i myśleć poważnie o końcu świata, teraz, to wszystko, czego był świadkiem, wydawało mu się nagle błahe i nieistotne.
-Nie ufasz mi, Amirze?- zapytał spokojnie Ludwik, spoglądając na niego bez cienia pretensji.
-Ufam ci- odparł zdecydowanie mężczyzna- Ale nie rozumiem...- przyznał. Gdyby nie miał do swojego wuja zaufania, nawet nie starałby się zrozumieć.
-Myślę, że stanęliśmy przed bardzo poważnym problemem, na który nie byliśmy wcześniej przygotowani... Mało kto będzie w stanie zrozumieć, po tylu latach spokoju. Ale to, o czym ci powiedziałem, jest faktem. I jeżeli nie potrafisz sobie wytłumaczyć tego w taki sposób, by stało się to dla ciebie racjonalne, po prostu uwierz w moje słowa. Wiesz dobrze, że nigdy bym cię nie oszukał.
Amir wiedział, chociaż wcale nie ułatwiało mu to przyjęcia faktu istnienia jakiegoś demona, a już co więcej, jego powrotu, do świadomości. Wydawało mu się to absurdalne, abstrakcyjne i zupełnie nierealne. Bo skąd niby ktokolwiek miałby to wiedzieć? Chwila mroku, chwila strachu, coś dziwnego i już wszyscy wpadali w panikę, tracili zdrowy rozsądek i bredzili o końcu świata. Skąd wiadomo, czy ten staruch, bo to przecież on musiał nagadać takich bzdur wujowi, nie był najzwyczajniej w świecie szalony albo na tyle wyrachowany, by wciągnąć ich w jakąś wewnętrzną gierkę.
-Pomyśl, Amirze. Dlaczego wtedy zwyciężyli?
-Dobra taktyka. Albo oszustwo.
Oczywiście w przypadku psów nie było mowy o dobrej taktyce, więc musieli oni oszukiwać. Dobrą taktykę mogli mieć tylko i wyłącznie ludzie, a nawet, jeżeli oszukiwali, to to oszustwo wchodziło w skład dobrej taktyki właśnie.
Wuj uśmiechnął się pobłażliwie.
-To nie zawsze jest takie proste.
Amir nachmurzył się nieco, ledwie powstrzymując się od uwagi, że wymyślenie dobrej taktyki jest z pewnością trudniejsze niż wzięcie sobie za pomocnika jakiegoś wysłannika piekieł. Właściwie, to patrząc z tej perspektywy, niemal zaczynał wierzyć w tą mało wiarygodną historyjkę. W końcu potomków wilków nie było stać na uczciwą walkę.
-Więc co teraz będzie?- zapytał, mimo tego, że istnienie demona i jego działalność była dla niego niczym innym, jak tylko wymysłem starczego, schorowanego umysłu, w który, nie wiedzieć czemu, wierzył także Ludwik- Ten demon znowu się tu pojawi? Zrobi nam coś? Zemści się? Jest w ogóle w stanie zrobić cokolwiek? I kto do tego doprowadził, co...? Znowu oni?
-Nie potrafię odpowiedzieć na twoje pytania- przyznał otwarcie władca. Amir uśmiechnął się pod nosem znacząco. Czemu się temu nie dziwił?- Ale zrobi to Canis. Jutro przybędzie tu ze swoimi ludźmi na naradę.
-C... Co?!- wykrzyknął z niedowierzaniem Amir- Jak to... Jak to na naradę...? Oni...? W naszym zamku?!
-Sytuacja kryzysowa wymaga, by dwa ludy zaczęły ze sobą współpracować, dokładnie tak jak wtedy. Mam nadzieję, że chociaż w takich warunkach, jesteś w stanie zapomnieć o swoich uprzedzeniach i działać na rzecz wspólnoty.
Amir nie odpowiedział, ale już sam grymas widniejący na jego twarzy, mógł świadczyć o tym, że ani mu w głowie udawanie, że potomkowie wilków są jego dobrymi przyjaciółmi.
-Dobrze- stwierdził wuj, chociaż jego siostrzeniec wciąż miał niewesołą minę- Pójdę powiadomić radę, a ty porozmawiaj z Hadrinem. Chciałbym, żebyśmy stawili się jutro w komplecie. Sytuacja tego wymaga.
-I co ja mam mu powiedzieć, co?- parsknął z pobłażaniem Amir- Że jakiś wyleniały pies przyszedł tutaj i stwierdził, że zagraża nam pradawny demon...?
-Najlepiej nie mów nic- odpowiedział Ludwik bez szczególnych emocji, opuszczając pomieszczenie.
-Doskonały pomysł...- skwitował drwiąco Amir, chociaż wuj nie mógł go już słyszeć.
Wszystko było tak absurdalne i nieprawdopodobne, że miał ochotę najzwyczajniej w świecie, po prostu się obudzić.

-Jak myślisz, co się właściwie stało...?- zagadnął go Hadrin, gdy zmierzali na naradę, wyraźnie zaniepokojony.
Amir wzruszył ramionami, nie bardzo wiedząc, czy uspokoić brata, że to TYLKO jakiś demon, czy zmartwić go jeszcze bardziej faktem, że to AŻ jakiś demon. A może po prostu stwierdzić, że wuj robi sobie z nich żarty albo próbuje ich sprawdzić. Niestety, jak na razie, nic na to nie wskazywało. Amir całą noc spędził na rozmyślaniach, ale nie wyszło z nich nic konstruktywnego. Przyjęcie do faktu istnienia jakiejś nadprzyrodzonej istoty (uznawał istnienie bogów, a jak na niego, to i tak było zbyt wiele) przychodziło mu z wyjątkowym trudem. Gdyby powiedział mu to ktokolwiek inny, wyśmiałby go i nie zawracałby sobie tym głowy, ale wuj był dla niego autorytetem i znał go na tyle dobrze, by wiedzieć, że ten nie uwierzyłby w taką banalną historyjkę, gdyby nie kryło się za tym coś większego. A może to był jakiś zabieg polityczny...?
-Wuj ci nie mówił?- dopytywał się wciąż uporczywie brat Amira. Na jego twarzy widniał wyraz takiego zatroskania, jakby wraz z informacją o niespodziewanej naradzie, zwaliły się na niego wszystkie problemy tego świata.
-Nic a nic.
-Na pewno...? Bogowie, to musi być coś pilnego... I coś ważnego, to na pewno, to na pewno... Przecież zawsze dawał nam znać wcześniej, przez gońców... Może szykuje się nowa wojna...?
-Nic mi o tym nie wiadomo- powtórzył raz jeszcze Amir, przyjmując wcześniejszą radę wuja i nie zamierzając ani słowem napomknąć o pradawnym demonie, który na kilka godzin zafundował im „nieprzeniknione ciemności” i nic poza tym. Hadrin jednak uspokoił się chyba na słowa brata. Miał świadomość tego, że Ludwik często mówi mu więcej, niż innym, więc zapewne doszedł z ulgą do wniosku, że gdyby chodziło o coś ważnego, Amir też miałby o tym jakieś pojęcie.
-W każdym razie, nie powinien chyba zwoływać narad aż tak nagle, jeśli to nic istotnego, oczywiście... Część rady była bardzo zdenerwowana... Wuj oderwał ich niespodziewanie od codziennych zajęć...
-No tak...- odparł z przekąsem Amir, kiwając głową z udawanym zrozumieniem- Mają w końcu tyle do roboty... Muszą posiać zboże, przekopać ziemię, naprawić dach...
Hadrin zachichotał i zdzielił go w bok, po czym ogarnął Amira ramieniem i weszli razem do pokaźnej sali, w której zazwyczaj obradowali. Ledwie jednak młodszy brat dostrzegł nietypowych gości, siedzących po przeciwnej stronie, zatrzymał się gwałtownie i rozejrzał, wyraźnie zaszokowany całą sytuacją.
-Och...- Amira nie było stać na bardziej wiarygodne zdumienie, ale Hadrin był tak zdziwiony, że zdawał się tego nie dostrzegać.
-Co oni tu robią...?- szepnął, zdezorientowany.
W tym momencie, drugimi drzwiami, do sali wkroczyli także arystokraci. I sądząc po ich reakcji, Hadrin nie był jedynym niedoinformowanym w całym tym towarzystwie. Słychać było pełne zdumienia okrzyki i stawiane głośno pytania, czasem mało przyjemne. Szlachta zasiadła na swoim zwyczajowym miejscu, wymieniając ze sobą komentarze:
-A oni tu czego...?
-Są wszędzie! Dosłownie wszędzie!
-Rozumiem idee jedności, ale to chyba przesada...
-... są wszędzie!
-Kiedy człowiek zaczyna się bratać z psem, tworzy się poważny problem...
-... wszędzie!
Zaś naprzeciwko szanownej rady, w przeciwnej kolumnie zasiedli potomkowie wilków, spośród których Amir rozpoznał jedynie sekundanta w swoim pojedynku, który siedział w pierwszym rzędzie, obserwując wszystko z niewesołą miną. Ale jeszcze bardziej zdumiał się, gdy dostrzegł Canisa, a u jego boku tego nieszczęsnego psa, z którym toczył wówczas pojedynek. Wydawało się, że i on go dostrzegł, ale obaj najwyraźniej woleli udawać, że jednak się nie widzą. Hadrin zajął swoje miejsce w radzie i spuścił wzrok, czując się nieco niepewny. Amir starał się kontrolować sytuację, i raz po raz, to spoglądał na pogrążoną w gorącej, a jednocześnie jednogłośnej dyskusji radę, by zaraz rzucić podejrzliwe spojrzenie w kierunku potomków wilków. Cóż za uroczy zbieg okoliczności! Znalazł się w sali pełnej ludzi (i zwierząt), których autentycznie nie cierpiał.
Gdy jednak do sali wkroczył Ludwik, wszelkie dyskusje ucichły niemalże natychmiast. Król ruszył spokojnym, niespiesznym krokiem w kierunku Canisa, który dokuśtykał do środka sali wraz ze swym młodszym towarzyszem. Widząc to, Amir dołączył natychmiast do swojego wuja.
-Witaj, Canisie...- przywitał starucha Ludwik, skinąwszy mu lekko głową. Amir nie silił się na tego rodzaju uprzejmości.
-Witaj Ludwiku...- odszepnął w odpowiedzi Canis, strudzonym głosem- To nasi najlepsi wojownicy, którzy przybyli tutaj ze mną, by poświadczyć, że nie mamy wobec was ani wrogich, ani podstępnych zamiarów. A to...- oparł dłoń na ramieniu towarzyszącego mu mężczyzny- To Nadim. Syn mojego zmarłego w tajemniczych okolicznościach brata.
-Świetnie- skwitował Amir, jak zwykle nie mogąc się powstrzymać od niezabrania głosu. Niewiele osób w towarzystwie wuja mogło sobie pozwolić na równie śmiałe zachowanie- A ja nazywam się Amir i jestem siostrzeńcem tego tutaj oto, w tajemniczych okolicznościach wciąż żywego króla.
Wśród arystokracji pojawiło się pewne poruszenie.
-Och, a to jest właśnie nasza rada- dodał więc Amir, po czym dodał, już półszeptem, tak, by jedynie wuj był w stanie go dosłyszeć- Ale mówiąc szczerze, nie wiem, po co tu oni...
Ludwik uśmiechnął się lekko.
Uszy Nadima drgnęły wyraźnie, a jego wzrok spoczął na Amirze.
-Szanowny królu...- dotarł do nich od strony rady piskliwy głos. Amir odwrócił się w tamtym kierunku, unosząc brew. Właścicielem głosu był główny przewodniczący rady, człowiek malutki posturą, niezbyt okazały, dla którego specjalnie wnoszono wyższe krzesło, z którego nie podnosił się nawet, gdy wchodził władca, bo siedząc na nim i tak sprawiał wrażenie wyższego. Mężczyzna słabo widział, nie rozstawał się ze swoją lupą, pod którą oglądał dokładnie noszone ze sobą papiery i był jednym z najbardziej irytujących i fałszywych osobników, jakich Amir spotkał na swojej drodze- I ty, nasz wielce szanowny gościu...- jego ton był przesłodzony, a uśmiech nieszczery- Chcielibyśmy poznać przyczyny, dla których zostaliśmy tutaj zaproszeni i spotkaliśmy się w tym... dość nietypowym składzie... Czy był jakiś szczególny powód, by nas niepokoić...?
-Owszem, Fryderyku- odparł Ludwik. Amir wprost nie mógł pojąć, jak może on być tak opanowany, mając na co dzień do czynienia z takimi ludźmi- Mów proszę, Canisie.
Amir i jego wuj odsunęli się nieco, pozwalając przejść Canisowi dalej i stanąć naprzeciw arystokracji. Nadim stał kilka kroków za nim. Staruch milczał przez dłuższą chwilę, wzbudzając w części członków rady wyraźne zniecierpliwienie, a u pozostałych coś na kształt satysfakcji, wyrażającej się w jakże znaczących uśmieszkach.
-Panowie...- zaczął w końcu drżącym głosem- Obawiam się, że nie przychodzę tutaj z dobrą wiadomością... I... I muszę was niepokoić, chociaż pewnie zaniepokoiły was już ostatnie zdarzenia... Przykro mi wracać do tej niechlubnej części naszej przeszłości, ale niestety muszę. Demon, który został przywołany niegdyś przez jednego z naszych przodków, zapewniając nam zwycięstwo w bitwie, narodził się na nowo.
Cisza. A zaraz po tej ciszy, pojedyncze śmiechy, które przerodziły się po chwili w istną salwę. Amir spojrzał w kierunku wojowników, którzy zachowali absolutną powagę, a słowa ich przywódcy nawet nie zdawały się w nich budzić cienia wątpliwości.
-Świetny pomysł- mruknął szeptem do wuja Amir- Oświeciło cię nagle i doszedłeś do wniosku, że łatwiej przyjdzie im uwierzyć w słowa jakiegoś zwierzaka, a nie własnego króla...?
-Prędzej czy później i tak będą musieli w to uwierzyć- odpowiedział stanowczo Ludwik.
-O ile to prawda- zaznaczył mężczyzna.
-Widzisz...?- wuj uśmiechnął się pobłażliwie- Ty usłyszałeś to ode mnie, a i tak nie uwierzyłeś.
-Bo usłyszałeś to od tego starca, a jemu wierzyć nie muszę.
-Powinno ci wystarczyć to, że ja mu wierzę.
Amir już otworzył usta, by odpowiedzieć, ale ostatecznie umilkł, nie znajdując odpowiedniego argumentu. Czego jak czego, ale nadmiernego zaufania, nie mógł wujowi zarzucić. Jeżeli już komuś ufał, to był to człowiek tego godzien i mocno sprawdzony. No właśnie. Człowiek.
-Szanowny panie...- przewodniczący rady wysunął się nieco, wpatrując się w starca ze zmrużonymi oczyma i uśmiechając się pobłażliwie- Nie chcesz nam chyba mówić o jakiś potworze, czyż nie...?
-Nie, panie- szepnął w odpowiedzi Canis- O demonie. Wiem, że... Że wy... Wy, drodzy państwo, żyjecie już w świecie, który wyklucza istnienie wszystkiego, co niewidzialne i nienamacalne, ale to nie zmienia istoty rzeczy. Ten demon wybudził się z długiego snu, w jaki zapadł po naszej ostatniej, wspólnej walce. I jak wtedy, tak i teraz... Teraz też będziemy musieli sobie wzajemnie pomóc, by go powstrzymać. Jeżeli tego nie zrobimy, nic już nie będzie takie samo jak wcześniej.
-Banialuki!- krzyknął któryś z członków rady.
-Mówiłem, że tak będzie- syknął sekundant, siedzący w pierwszym rzędzie, na tyle głośno, by wszyscy go usłyszeli- Naiwni głupcy.
-Szanowny panie...- uśmiech przewodniczącego poszerzył się jeszcze i teraz nawet jego głos zdawał się pobrzmiewać politowaniem- Owszem, my żyjemy już w świecie, w którym... zwykłe słowo nie starcza i potrzeba czegoś więcej... A zatem... Gdzie są dowody na istnienie tego... demona...?
-Obawiam się, panie, że gdy dostaniesz dowód, którego oczekujesz, będzie już za późno na jakąkolwiek reakcję.
Przewodniczący uniósł brew, nie przestając się uśmiechać. Amir zerknął na swojego wuja, zastanawiając się nad tym, czy ten w ogóle wejdzie i zainterweniuje. Sam nie wiedział, co byłoby gorsze. Fakt, że zaprosił tutaj te dziwadła, opowiadające historyjki o demonach, czy to, gdyby przyznał się, że w nie wierzy. Tak czy inaczej, na razie sytuacja wyglądała dość nieszczególnie. Canis nie miał daru przekonywania. Nawet opowiadanie tych bajeczek szło mu raczej kiepsko.
-A więc, szanowny panie, jeżeli mogę uprzejmie spytać... Na czym opierasz swoje stwierdzenie o powrocie demona, skoro nie ma ku temu żadnych przesłanek...?
-Przesłanek było bardzo wiele, panie...- odpowiedział starzec z wyraźnym zmęczeniem- To, co zdarzyło się wczorajszego dnia, potwierdziło nasze wcześniejsze obawy i domysły. Wiem też, panie...- dodał, widząc, że mężczyzna już otwiera usta- … że gotów jesteś wymienić mi inne sytuacje podobne tamtej, ale żadna nie może się jej równać. Wy, ludzie, mieszkacie blisko swoich zamków i twierdz, dla was najważniejsze jest słowo i dowód, dla nas, obcujących z naturą, której wy wyparliście się niemalże całkowicie, to słuchanie jej głosu jest najistotniejsze. I dlatego... dlatego niejednokrotnie szybciej dowiadujemy się o tym, co się dzieje... Zajmujemy się też magią. Potrafimy odczytać właściwie pewne sygnały i odróżnić je od naturalnych zjawisk.
-Nasi kapłani również zajmują się magią!- krzyknął członek rady siedzący tuż za przewodniczącym- Wystarczy dać im złoto, a tu pac...! I nie ma! To dopiero sztuczka!
Rada wybuchnęła gromkim śmiechem. Starzec nie wydawał się być rozgniewany, ani nawet zrezygnowany. Na jego twarzy malował się ten sam wyraz zatroskania i smutku, co zwykle.
-Świetnie mu idzie- szepnął Amir do swojego wuja, uśmiechając się drwiąco.
Zauważył, że wojownicy, siedzący po przeciwnej stronie sali, są całkowicie poważni i skupieni, a z każdą chwilą, sprawiali wrażenie coraz bardziej poirytowanych i wściekłych. Amir miał wrażenie, że jeżeli nie nastąpi żadne cudowne objawienie, dojdzie tu zaraz do rękoczynów, na co on na pewno zareagowałby ochoczo, aczkolwiek brał pod uwagę, że mając za wsparcie lokalną arystokrację, w ostateczności mógłby ten pojedynek przegrać.
-Ależ szanowny panie...- zaczął ponownie przewodniczący, jako jedyny powstrzymując się od chichotu, ale wciąż uśmiechając się w swój zwyczajowy, mało szczery sposób- Gdzież zatem jest ten wasz demon...? I czemu właściwie mamy się go obawiać, skoro szczytem jego możliwości było doprowadzenie do zaćmienia słońca, które nasi uczeni są w stanie bez problemu przewidzieć...? Poza tym... jak właściwie zamierzacie go zabić?
Na twarzy Nadima pojawił się cień zniecierpliwienia i irytacji, ale jego wuj wciąż wydawał się być spokojnym.
-Nie da się go zabić, panie- na te słowa w radzie po raz kolejny rozległy się pojedyncze chichoty i mało przyjemne uwagi, które mimo iż wypowiadane dosyć cicho, dały się słyszeć dość wyraźnie- To istota, której żywot nie ma ani końca, ani początku, nie może więc zostać ostatecznie unicestwiona. Można ją jednak skutecznie powstrzymać na dłuższy czas. Raz nam się udało, tym razem też się uda, o ile będziemy działać wspólnie, w zgodzie. Demon, sam w sobie, nie jest w stanie zagrozić nam bezpośrednio... Prawdziwą potęgę stanowią dla niego żywe istoty. Żywi się ich słabością, naiwnością i lękiem, a takich ludzi jest zbyt wielu, by wierzyć, że nie uda mu się na nich trafić...
Amir nie wytrzymał.
-Ludzi?- warknął, podchodząc o kilka kroków do przodu- Dobre sobie, psie! To wyście go przywołali!
Na te słowa i w radzie, i wśród wojowników, pojawiło się mocne poruszenie.
-Racja! Święta racja!- wrzeszczał znany ze swej rubaszności szlachcic- Zabobonne psy! Zrzucą na nas całą winę, za wszystko! Wasz demon, wasza sprawa!
-Teraz chcą pomocy, pewnie pieniędzy i wojska! Nic wam do naszych pieniędzy i wojska! Na co dzień nic więcej, jak tylko kłamstwa, tylko bzdury i oskarżenia, cuchnące psy, włóczą się wszędzie, roszczą sobie prawo do każdego drzewa i każdego skrawka trawy! Precz z wami!
-Wynocha stąd!
-Prymitywy i barbarzyńcy!
Sekundant w pojedynku Amira, podniósł się z miejsca tak gwałtownie, że musiało to najwyraźniej zrobić wrażenie na członkach rady, którzy umilkli na chwilę.
-Bracie...- szepnął ostrzegawczo starzec.
-Dosyć tego!- krzyknął gniewnie szatyn, po czym wydobył z siebie dźwięk przypominający warczenie wściekłego psa- Sami napadali na nasze ziemie, zabijali naszych, a teraz nazywają nas barbarzyńcami!- twarz miał pobladłą ze złości, a dłonie zaciśnięte w pięści- A kim oni są?! Wasza kultura, wasza wielka cywilizacja, opiera się na krwi tych, o których wolelibyście nie pamiętać!
-Ależ szanowny panie!- rzucił z oburzeniem przewodniczący- Licz się ze słowami! Jesteście w naszym zamku, a zamiast mówić do rzeczy, przyprowadzacie tutaj jakiegoś starca, który ma nie całkiem po kolei w głowie i usiłujecie nam wmówić...
Reszta jego słów utonęła w głośnym ryku i warknięciach, które wydobyły się z ust wojowników. Wszyscy, jak jeden, powstali, spoglądając w kierunku rady groźnie.
-To ty licz się ze słowami, człowieku...- syknął gniewnie sekundant- Albo nie wyjdziesz stąd w jednym kawałku!
Przewodniczący aż skulił się na te słowa, ale nie zakończyło to bynajmniej sporu, który rozgorzał na nowo, z jeszcze większą siłą.
-Widzicie?!- wrzasnął któryś z szlachciców- A nie mówiłem?! Barbarzyńcy! Nasi chłopi mają więcej ogłady od nich!
-Ach, tak, człowieku?! Chodź tu, skoroś taki odważny, osobiście zapoznam cię ze swoją ogładą!
-Barbarzyńcy!
-Mordercy!
-Psy!
-Zbrodniarze i złodzieje!
I tak oto spotkały się ze sobą dwa światy. Świat ludzi i potomków wilków. Świat pragmatyczny, logiczny ze światem wierzeń, magii i legend. Świat w którym liczył się majątek i pozycja ze światem, w którym nic takiego nie miało znaczenia. Świat absurdów i świat abstrakcji. I oba te światy zetknęły się ze sobą i zdawać by się mogło, że najchętniej wyrżnęłyby się wzajemnie, co zdaniem Amira, powinny zrobić już dawno, oszczędzając sobie trudów związanych z ciężką koegzystencją.
Kłótnia trwała i trwała, obie strony przerzucały się najróżniejszymi argumentami i epitetami, które w pewnym momencie, z uwagi na panujący chaos, trudno było od siebie odróżnić i gdyby oponenci nie siedzieli po przeciwnych końcach sali, zapewne niełatwo byłoby odgadnąć w tym rozgardiaszu, kto właściwie opowiada się za jaką opcją. Wszyscy, dosłownie wszyscy zdawali się wzajemnie przekrzykiwać i zagłuszać, przedstawiając swoje racje i przekonania. Jedynie ten starzec i jego towarzysz, pozostali spokojni, choć Nadim wyglądał, jakby zamierzał włączyć się do tego sporu. Amir zresztą też chętnie by to zrobił, gdyby nie spojrzenie wuja, które skutecznie powstrzymywało go od powiedzenia chociażby słowa. Zresztą sam Ludwik, nie wtrącał się, ani nawet nie starał się uspokoić towarzystwa i choć Amir na początku się temu dziwił – okazało się to być taktyką dobrą, bo towarzystwo po kilkunastu minutach wrzasków i okrzyków, ochrypło i uciszyło się samo.
Dopiero wtedy Ludwik zabrał głos.
-Drodzy panowie...- powiedział- Czy to przystoi ludziom na waszym stanowisku i poziomie, by zachowywać się jak temperamentni młodzieńcy albo chłopi, którym tak często zarzucacie brak ogłady...? Czy to przystoi, by król, niczym opiekun niesfornych dzieci, zajmował się waszym uciszaniem...? Proponuję uspokoić emocje i wrócić do właściwej dyskusji albo uznam panów za osoby absolutnie niekompetentne i w przyszłości będziecie mogli państwo radzić co najwyżej swoim ziemianom, jak mają uprawiać pole.
-Ależ królu!- przewodniczący z nadmiaru przeżyć zapomniał nawet o zwyczajowym „szanowny”, w czym wyrażało się zapewne jego poruszenie- Zarzucasz nam niekompetencję, a sam zapraszasz tu tych... tych...- potomkowie wilków, co prawda, zasiedli z powrotem na swoich miejscach, ale wciąż spoglądali w kierunku rady wrogo, co zachęciło zapewne przewodniczącego do znalezienia łagodniejszego określenia- tych... tych osobników... I każesz nam słuchać opowiastek o demonach!
-Bardzo proszę o wybaczenie...- Canis skłonił się pokornie- Nie chciałem urazić żadnego z panów, ani żadnego z ludzi, użyłem niewłaściwego określenia... Ale proszę mi wierzyć, że żadne z wypowiedzianych przeze mnie słów, nie było nieprawdą.
-Ach, tak, szanowny panie? Więc mamy uwierzyć, że...
-Dosyć- warknął głośno Amir.
Wszystkie oczy natychmiast zwróciły się w jego kierunku. Przewodniczący umilkł i zamarł w bezruchu, z dłonią wzniesioną w jakimś dziwacznym, groteskowym geście, najwyraźniej oczekując na słowa królewskiego siostrzeńca.
-Jeżeli chcecie pomocy, otrzymacie ją- rzucił obojętnie mężczyzna. Daleki był od uwierzenia w słowa starucha, ale nie chciał tutaj spędzić całego dnia na omawianiu czyichś durnych wymysłów, a poza tym... Jeżeli to była prawda... w co oczywiście nie wierzył... Ale jeżeli tak było, nie zaszkodziło tego sprawdzić- Osobiście poprowadzę nasz oddział w kierunku tego... czegoś. Czyli konkretnie gdzie...?- dopytał po chwili niepewnie, bo ta kwestia chyba jeszcze nie była do końca wyjaśniona.
Canis spuścił wstydliwie wzrok i odpowiedział cicho:
-Nie wiem, panie.
Amir aż parsknął z niedowierzaniem.
-Więc jak właściwie mamy go pokonać...?
-Tego też jeszcze nie wiem.
Spora część rady na powrót zaczęła wymieniać ze sobą głośne uwagi i śmiać się drwiąco na przemian. Przewodniczący jednak oburzył się wyraźnie zupełnie inną kwestią i rzucił głośno:
-Szanowny Amirze! A czy ty wiesz, ile taki oddział kosztuje?! To nie są takie proste sprawy, nie na umysł wojownika, o nie! To jest ekonomia, Amirze, ekonomia! Złoto i wojsko, wojsko i złoto, wszystko cenne, wszystkiego może zabraknąć w razie potrzeby!
-Obawiam się, panie, że tym razem, gdy nadejdzie potrzeba, ani złoto, ani wojsko cię nie uratują- szepnął strapiony Canis, ponownie wywołując głośno demonstrowane rozbawienie u części arystokratów.
-Nieważne- stwierdził niechętnie Amir- Mówcie, czego potrzebujecie i co właściwie mamy zrobić, a my się tym zajmiemy.
-Słucham?- Nadim prychnął głośno i pokręcił głową- Nie ma mowy. Nie zostawimy naszego losu w rękach ludzi, nie ma niczego, co udałoby się wam przez te wszystkie lata zrobić tak, jak należy.
-Ach, tak...?- Amir uśmiechnął się drwiąco, podchodząc bliżej mężczyzny- Za to wam udało się zrobić wiele rzeczy! Jak na przykład... Hm... No cóż... Pomyślmy... Ach, tak! Przywołaliście jakiegoś demona, który zagraża nam podobno aż do tej pory! Gratulacje!
-Nie zrobiliśmy tego wspólnie, Fortis też by tego nie zrobił, gdyby nie musiał! Bronił się przed waszymi najazdami i mordami!
-Oczywiście... Co nie zmienia faktu, że wasze działanie nie pozwala wam, niestety, na stawianie się w roli ofiar. Możecie za to śmiało ustawić się w rzędzie okrutników i oprawców.
-Okrutników i oprawców?! Grabiliście nasze ziemie, mordowaliście nasze dzieci, a teraz...
-No tak, bo wy przecież nie robiliście dokładnie tego samego...
-Mieliśmy pozostać bierni wobec takich czynów?
-Owszem...- Amir nie przestawał uśmiechać się złośliwie- To dawałoby wam prawo do miana świętych, na które teraz nie zasługujecie. Zresztą, nigdy dotąd nie słyszałem o świętych psach...
Celowa prowokacja Amira przyniosła oczekiwany skutek. Nadim rzucił się na niego, na co ten był przygotowany. Chwycili się obaj za ramiona, przepychając się wzajemnie i usiłując przewrócić. Ludwik jednak zareagował szybko, odciągając siostrzeńca od potomka wilków z dużym trudem. Nadim uspokoił się wówczas i odsunął nieco, posyłając przepraszające spojrzenie swojemu wujowi.
-Jeżeli tak to ma wyglądać, jesteśmy zgubieni...- szepnął z rozżaleniem Canis, po czym bez dalszych wyjaśnień, odwrócił się i ruszył w kierunku drzwi.
-Wuju!
-A czego się spodziewałeś, co, starcze?- syknął gniewnie Amir- Przychodzisz tutaj i opowiadasz jakieś farmazony! Oczekiwałeś, że wszyscy rzucimy się sobie w ramiona i zapomnimy o przeszłości?!
Nie uzyskał już odpowiedzi. Potomkowie wilków opuścili salę w ślad za swoim przywódcą. W radzie rozgorzała dyskusja pełna drwiących uwag, śmiechów i pobłażliwych komentarzy.
Amir spojrzał na swojego wuja bez zrozumienia. Nadal nie wiedział, czemu to wszystko miało służyć.
Ludwik milczał, spoglądając gdzieś w bok. Był rozczarowany.

Przez otwarte okno, do pomieszczenia raz po raz przenikały podmuchy przyjemnie chłodnego powietrza. Noc była spokojna i niezbyt gorąca, a mimo to, Amir nie mógł zmrużyć oka. Leżał nieruchomo na plecach, wpatrując się w sufit, podczas gdy w jego głowie kłębiły się setki przeróżnych myśli, bardziej racjonalnych i zupełnie nieprawdopodobnych, dziwacznych wyobrażeń i wizji. Czuł się tak, jakby ktoś nagle kazał mu odejść od tego wszystkiego, czego uczono go przez lata i zupełnie zmienić swoją mentalność, postrzeganie świata. Miał uwierzyć w istnienie demona. Jakiegoś demona, jakiejś istoty, której nigdy nie widział, nikt właściwie nie wie, gdzie ona jest i do tej pory nie zrobiła nic, co czyniłoby ją prawdziwie przerażającą. Kto przy zdrowych zmysłach mógłby uwierzyć w taką bajeczkę? Ale z drugiej strony, czy Ludwika można było oskarżyć o szaleństwo albo łatwowierność? Cóż więc musiało kierować jego wujem, skoro po raz pierwszy, jego czyny wydawały się być zupełnie pozbawione sensu, a jego wiara w słowa starca naiwna? Amir chciał wierzyć, że to jakaś skomplikowana taktyka, ale nic na to nie wskazywało. Z drugiej strony sądził, że to może być podstęp potomków wilków, którzy chcą w ten sposób wywabić z kraju sporą część armii, a następnie zaatakować, ale im dłużej się nad tym zastanawiał, tym mniej wydawało mu się to wszystko prawdopodobne. A co, jeżeli ten demon rzeczywiście istniał? Jeżeli wuj miał powód, by wierzyć staruchowi, a psi staruch mówił prawdę? Ale czy Amir był filozofem, by stawiać sobie takie pytania i rozważać, rozważać je w nieskończoność? Był wojownikiem. I jako wojownik zobligowany był do spełniania rozkazów, a nie ich wydawania, nawiasem mówiąc, o czym powinien subtelnie wspomnieć wujowi, gdy ten po raz kolejny poinformuje go o swoich dziwacznych planach względem niego. Więc, jeżeli każą mu gdzieś iść i walczyć z czymś, niezależnie od tego, czy to coś w ogóle istniało, pójdzie i to zrobi. A kwestię oceny całej tej sytuacji wolał zostawić Ludwikowi, ewentualnie radzie, chociaż do swojego wuja miał zdecydowanie większe zaufanie niż do tej bandy leniwych arystokratów.
Ale tym razem to wuj robił coś, czego Amir zupełnie nie potrafił zaakceptować.
Nie mogąc już wytrzymać bezczynnego leżenia i zastanawiania się nad sprawami, których i tak nie rozumiał, mężczyzna podniósł się i wyszedł cicho ze swojej sypialni. Przeszedł kilka kroków korytarzem, po czym zajrzał do komnaty swojego brata. Hadrin spał, oddychał spokojnie i miarowo, najwyraźniej nie dręczony żadnymi wątpliwościami ani uporczywymi myślami. Amir westchnął głęboko, opuszczając pomieszczenie. Czy był jedynym, w tym wielkim zamku, który nie mógł zasnąć?
Ruszył do przodu, ciemnym korytarzem i w pewnym momencie dostrzegł blade światło świec wydobywające się przez lekko uchylone drzwi. Wszedł cichutko do pustej sypialni wuja i rozejrzał się dookoła. Okno prowadzące na balkon było otwarte. Amir przeszedł przez nie i znalazł się obok Ludwika, który wpatrywał się z zamyśleniem w gwiazdy. Jego siostrzeniec bez słowa usiadł na szerokim, kamiennym łuku i spojrzał w niebo. Cisza i spokój. Maleńki, wąski półksiężyc, otoczony pięknymi gwiazdami. Nic szczególnego. Nic przerażającego. Nic, co dawałoby mu jakiekolwiek prawo, by myśleć, że coś może się zmienić.
-Przeszłość potrafi do nas wracać w najmniej spodziewanym momencie- odezwał się cicho Ludwik.
Amir spojrzał na swego wuja z uwagą.
-Naprawdę wierzysz w tego demona?- zapytał.
Ludwik zerknął na niego i uśmiechnął się lekko.
-Ty podobno nie wierzysz, a i tak nie możesz spać- zauważył.
-Po prostu nie jestem zmęczony- burknął Amir- Co on ci właściwie powiedział, co...?
Tego popołudnia wuj i Canis spotkali się ponownie, sami. Ludwik wyszedł z tego spotkania, ale nie powiedział nic konkretnego, poinformował ich jedynie o kolejnej naradzie.
-Mówiłem ci już, że spotkamy się tutaj jutro... właściwie już dziś... ale już bez rady- zaznaczył Ludwik- Tylko Canis, jego ludzie, ty, Hadrin i ja.
-Dlaczego bez rady?- nie rozumiał mężczyzna.
-Sam mówiłeś, że nie są nam do niczego potrzebni.
Amir zdziwił się mocno. Wuj musiał przecież uzyskać zgodę rady na wszelkie militarne zabiegi, na formowanie oddziału, wysłanie go, finansowanie... Jak zamierzał to wszystko ominąć? A może wcale nie zamierzał?
-Nie mówisz mi o czymś, prawda?- zapytał poważnie Amir.
Ludwik nie odpowiedział, co właściwie stanowiło najlepszą odpowiedź.
-Dlaczego?- drążył dalej mężczyzna- O co chodzi? Nie wyślesz tam oddziału naszego wojska?
-To może nie być potrzebne.
Amir parsknął cicho.
-Ostatnimi czasy w ogóle cię nie rozumiem- przyznał.
Ludwik spojrzał na niego ciepło i uśmiechnął się w jakiś dziwny, smutny sposób. Dotknął lekko jego dłoni.
-Idź spać- rzucił miękko- Jutro czeka nas obu ciężki dzień.
Uśmiechnął się do niego raz jeszcze i wrócił do swojej sypialni. Amir powiódł za nim pełnym niepewności spojrzeniem.
To był drugi z kolei, najdziwniejszy dzień w jego życiu. Aż bał się pomyśleć, co czeka go nazajutrz.

-Członkowie rady nie będą zadowoleni, gdy się dowiedzą, że spotykamy się z nimi na osobności- stwierdził Hadrin, najwyraźniej sam zadowolony także nie będąc. Zresztą wczoraj, gdy Amir z nim rozmawiał, ten po raz pierwszy pokusił się o otwartą krytykę Ludwika, do czego nigdy wcześniej się nie posuwał, zazwyczaj popierając jego politykę, a nawet, jeżeli jej nie popierał, nie wiedział o tym nikt, poza nim samym.
-Najwyraźniej Ludwik liczy, że się nie dowiedzą- odpowiedział Amir, zerkając na brata znacząco.
-Ach... No tak...- zreflektował się natychmiast Hadrin i skinął głową- Oczywiście. Co nie zmienia faktu, że gdyby się dowiedzieli...
-Pomówimy o tym, gdy tak się stanie, dobrze?- westchnął z cieniem zniecierpliwienia mężczyzna. Może i miał masę wątpliwości, wraz z tą najbardziej istotną – dotyczącą samego sensu dyskutowania o czymś, czego istnienia nie był pewien, a wręcz w nie wątpił, ale tak czy inaczej, Ludwik na pewno przygotował wszystko tak, jak należy.
-Sądzisz, że wuj naprawdę wierzy w tego demona...?
-Na to wygląda...- mruknął w odpowiedzi Amir, przyspieszając nieco kroku. Skoro nawet jego tchórzliwy braciszek, zazwyczaj traktujący słowa Ludwika jak świętość w to wątpił, naprawdę nie było dobrze.
-Czy nie sądzisz, że...- Hadrin zawahał się wyraźnie, po czym odkaszlnął nerwowo. Amir zatrzymał się na chwilę i spojrzał na brata pytająco. Ten sprawiał wrażenie, jakby miał poważne wątpliwości, czy cokolwiek mówić, ale w końcu, po dłuższej chwili, zaczął raz jeszcze niepewnie- Czy nie sądzisz, że Ludwik... może nie być już... równie... sprawny, co wcześniej?
Amir zmarszczył brwi.
-W jakim sensie...?
-Sam rozumiesz...- szepnął Hadrin, zaczesując pasemko jasnych włosów za ucho, wyraźnie skrępowany- Wierzy w te brednie o demonach i... I traktuje to na poważnie, chociaż nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien... Więc może on... Może on nie czuje się dobrze. Ludzie na starość dziwaczeją często i nie są już tacy jak kiedyś. Być może...
-Nie- przerwał mu Amir, nieco ostrzej niż zamierzał- Ludwik ma się dobrze. Nie opowiadaj o nim takich rzeczy, to bzdura. Jeżeli w coś wierzy, to najwyraźniej ma powód, a jeżeli nie wierzy, to ma interesy. Co by to nie było, naszą rolą jest być mu posłusznymi, a nie negować jego sprawność umysłową.
Hadrin spuścił wzrok i zaczerwienił się z zawstydzenia.
-Przepraszam- szepnął ze skruchą, ruszając do przodu- Masz rację, masz całkowitą rację...
Amir westchnął głęboko w duchu, zrównując się z nim krokiem. A więc Hadrin chciał przedwczesnej władzy, a on chciał wolności. W efekcie jego brat nie otrzyma władzy ani wcześniej ani nawet później, a on nie będzie miał swojej wymarzonej wolności przez decyzję jednego człowieka, który z niezrozumiałych dla niego przyczyn, doszedł do wniosku, że głową państwa powinien zostać ktoś tak nierozważny, lekkomyślny i zniechęcony do wszelkiej dyplomacji jak Amir. I to właściwie wydawało się mężczyźnie kwestią dużo bardziej nieracjonalną niż wiara Ludwika w jakąś potężną, nadprzyrodzoną istotę, która z niewiadomych powodów, miałaby koncentrować swoje zainteresowanie, akurat na nich.
Obaj weszli do maleńkiej sali, której jedynym wyposażeniem był nieduży stół i podstawione do niego krzesła. Wewnątrz czekał już Ludwik oraz Canis wraz ze swoim bratankiem. Ten pierwszy podniósł się z trudem na widok Amira i rzucił cicho:
-Witaj, szlachetny Amirze.
Mężczyzna poczuł się tak zaskoczony tym powitaniem, że przystanął na chwilę, nie do końca wiedząc, co się dzieje, po czym niezbyt uprzejmie, zajął po prostu miejsce obok wuja, nie czując się w obowiązku, by odpowiadać. Hadrin z kolei przywitał się skinieniem głowy z wszystkimi obecnymi i usiadł z lewej strony Ludwika.
-Więc? Co mamy zrobić, żeby go zabić?- zapytał otwarcie Amir, nie mając ochoty na wsłuchiwanie się w rozwlekłe historyjki i wyjaśnienia. Może i rzeczywiście, jego prosty, wojowniczy umysł, nie pojmował pewnych kwestii, ale znacznie wolał usłyszeć jasne polecenie zamiast mglistych opisów, które nie miały dla niego sensu.
-Spokojnie, Amirze...- rzucił Ludwik- Myślę, że powinniśmy mieć pełny obraz sytuacji.
Amir westchnął głęboko, nieco niezadowolony i usadowił się wygodniej, przygotowując się na wysłuchanie zapewne długiej i niezbyt prawdopodobnej opowiastki. On nie potrzebował pełnego obrazu sytuacji. Wystarczyło, żeby ktoś mu powiedział, że ma iść w takie miejsce, zrobić to i to, a w dodatku wrócić przed zmrokiem, i tak właśnie by uczynił. Przecież, jeżeli ten demon rzeczywiście istniał i im zagrażał, byli w stanie wojny. A w stanie wojny, mądre głowy powinny głowić się nad planami, a cała reszta te plany realizować. Ale nie, zamiast tego siedzieli tutaj teraz w niezbyt doborowym towarzystwie i wysłuchiwali jakiś bzdur.
-Gdy Fortis, nasz przodek, przywołał demona, dostał coś w zamian...- zaczął powoli Canis.
-Tak, to już wiemy- przerwał mu Amir z cieniem zniecierpliwienia- Od niego jakąś tam moc, a od was władzę... Dobrze jest się układać z tyranami...
-Amirze!
-... dostał od niego coś, co było przypieczętowaniem ich przymierza...- kontynuował spokojnie Canis- Coś w rodzaju amuletu, kryształ, który gwarantował Fortisowi stałą łączność z demonem i dawał mu jego siłę, a demonowi pozwalał czerpać moc Fortisa, dzięki czemu obaj stali się tak potężni, jak nigdy wcześniej. Po śmierci Fortisa, gdy nasi przodkowie znaleźli amulet, usiłowali go całkowicie zniszczyć, ale udało im się jedynie rozbić go na trzynaście fragmentów. Te części rozwieźli i ukryli, nie chcąc dopuścić do podobnego zdarzenia w przyszłości. Jeżeli uda nam się je odnaleźć, uda nam się też powstrzymać demona.
Wśród obecnych panowała cisza. Hadrin sprawiał wrażenie, jakby miał nadzieję, że to po prostu przykry dowcip ze strony Ludwika, że w ogóle tutaj są, ale Ludwik słuchał wszystkiego w skupieniu. Amir miał szczerą ochotę wyjść i poprosić, żeby go zawołano, gdy wreszcie uda im się przejść do jakiś konkretów.
-Więc co?- rzucił w końcu dostrzegając, że nikt inny nie przymierza się do zabrania w tej sprawie głosu- Mamy szukać jakichś kawałków kryształu...?
-Tak.
-Gdzie?
-Przykro mi... Nie wiem.
Amir westchnął głęboko.
-No to się zaczyna- stwierdził teatralnym szeptem, po czym dodał już normalnym tonem- Zróbmy tak starcze, wyjątkowo zacznijmy od tego, co wiesz. Bo wydaje mi się, że wtedy ta dyskusja potrwa znacznie krócej.
-Za pomocą tego kryształu, Fortis mógł w pewien sposób kontrolować demona- dodał cicho Canis- Więc jeżeli uda nam się znaleźć jego fragmenty i połączyć je w jedną całość, zwyciężymy...
-Zaraz, zaraz, chyba czegoś nie rozumiem... Znalezienie amuletu, który kontroluje i wzmacnia tego demona ma nam pomóc? Niby w jaki sposób?
Canis zmieszał się wyraźnie.
-Ja... Nie jestem do końca pewien...- przyznał w końcu, a Amir zerknął znacząco na swojego wuja- Ale bardzo możliwe, że uda nam się go wówczas uśpić na kolejne setki lat.
-Bardzo możliwe czy pewne?
-Tylko bardzo możliwe...- szepnął niepewnie Canis, spuszczając wzrok- Ale to jedyna szansa, jaką dla nas widzę. A jeżeli wszystko pójdzie jak należy, ocalimy nasze ziemie od zła na kolejne lata. Ponownie zniszczymy kryształ i ponownie ukryjemy jego fragmenty, a nasze życie wróci do normy.
-Zaraz, zaraz, zaraz... Po co to niszczyć i ukrywać, skoro ktoś kilkaset lat później ma tego szukać...?- zapytał bez zrozumienia Amir, unosząc brew w geście politowania.
-Ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał wykorzystać zawartą w tym potęgę i użyć jej do własnych celów.
Amir uśmiechnął się drwiąco.
-Brak zaufania do własnych członków?
-Raczej do ludzi- odparł chłodno Nadim.
-Nie ciebie pytałem, psie.
Ludwik i Canis wymienili ze sobą nieco zaniepokojone spojrzenia.
-No to co?- zapytał w końcu Amir, zerkając to na wuja, to na starucha- Mamy teraz zaangażować naszych wszystkich ludzi w poszukiwanie jakichś fragmentów jakiegoś amuletu, co do którego istnienia nawet nie jesteśmy pewni...?
-Co do tego akurat jesteśmy pewni, Amirze...- odpowiedział spokojnie starzec, po czym położył na stole jakieś zawiniątko ze skóry, a następnie zdjął ją powoli, a oczom wszystkich obecnych ukazał się nietypowego kształtu, bardzo równo wyciosany, niezbyt dużych rozmiarów, podłużny kamień.
Amir zmarszczył brwi i wziął go w dłoń, czując się tak, jakby ktoś robił sobie z niego żarty. Kamień nie różnił się szczególnie od pozostałych, na kryształ nie wyglądał tym bardziej.
-To...?- zapytał z rozbawieniem mężczyzna- Mamy szukać tego...?
-Tak.
-Mamy szukać tego, chociaż nawet nie wiemy, gdzie...?
-Wszędzie tam, gdzie dotarł Fortis.
Amir zaśmiał się głośno.
-Och, to świetnie, ulżyło mi! Czyli na całym kontynencie, czy troszeczkę się ograniczył...? Jak ty to sobie wyobrażasz, co, starcze...? Że wyślemy całe nasze wojsko i każemy im szukać kamieni? Gdzie? Pod ziemią? Na ziemi? Na lądzie, w wodzie? Gdzie mamy szukać i jaki w tym sens?
Ludwik odkaszlnął znacząco. Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Wojsko nie będzie potrzebne- stwierdził wuj.
-No jasne...- zaironizował Amir, przewracając oczyma- Wyślijmy dwóch ludzi z łopatami, pewnie w ciągu najbliższego tysiąclecia jakoś sobie poradzą!
-My wierzymy w symbolikę, szlachetny Amirze- odezwał się Canis, wpatrując się w mężczyznę z taką uwagą i szacunkiem, że ten poczuł się wręcz zaniepokojony- Według nas i naszych wierzeń, nic nie dzieje się bez przyczyny. Długo szukałem odpowiedzi na swoje pytanie, ale znalazłem je. Dzień twojego urodzenia... I dzień urodzenia Nadima...- dodał, a jego bratanek spojrzał na niego zdumiony- Wypada dokładnie siedemset lat po jego upadku.
-Ach, no tak...- Amir pokiwał głową z udawanym zrozumieniem- I kto ci o tym powiedział, co, starcze? Wróżki? Bo chyba nasi przodkowie nie byli tak łaskawi zapisywać i datować wszystkiego, a nawet jeśli, mało co z tego się zachowało, więc... A poza tym, pewnie tego samego dnia urodziło się co najmniej stu innych ludzi i stu... No dobrze, góra dziesięciu waszych, więc...
-Nie- przerwał mu Ludwik- Byłeś jedynym, który się wtedy urodził.
-Mhm...- bo chłopi tak ochoczo biegli zapisać każde swoje dziecię do rejestru obywateli! A szlachta swoich bękartów- A nawet jeśli, to jakie to ma znaczenie? Jesteśmy jego reinkarnacją...?
-Jesteście wybrani- stwierdził Canis, tonem dużo bardziej stanowczym niż zwykle.
-No tak... Mogłem się domyślić...
-O czym ty mówisz, wuju...?- zapytał Nadim z niezrozumieniem. Najwyraźniej stary pies nie zechciał podzielić się z młodym psem swoimi rewelacjami. Kto wie, może nawet młody pies był na tyle zdrowy na umyśle, by w nie nie uwierzyć.
-I ty Nadimie, i ty Amirze... Musicie odszukać fragmenty kryształu. Razem.
-Dobry żart- mruknął Amir, spoglądając na młodego kundla pogardliwie.
-Wiem, że to może wyglądać dziwnie... Wiem, że nie jest to dla was sytuacja komfortowa...- mówił Canis- Ale to jedyne, co możemy zrobić. Ten fragment kryształu, poprowadzi was we właściwym kierunku. Zaufajcie mi.
-I mnie- dodał natychmiast Ludwik, widząc już pełne politowania spojrzenie siostrzeńca. Amir spojrzał na niego zrezygnowany, nie do końca wiedząc, co odpowiedzieć. Jak wuj mógł swoim autorytetem popierać takie wierutne bzdury...? Nie pojmował tego. A zresztą, może wcale nie musiał.
-Świetnie- stwierdził, ściskając kamień mocniej w dłoni i podnosząc się z miejsca- Niech więc tak będzie. Ale dam sobie radę sam, bardzo dziękuję za towarzystwo. Bo to chyba nie jest warunek konieczny, prawda...?
-Nie zostawię naszego losu w rękach człowieka!- warknął natychmiast Nadim, podnosząc się gwałtownie z miejsca.
-A ja w rękach psa- odparł gniewnie Amir.
-A więc wszystko jasne- podsumował Ludwik, wzdychając głęboko- Ile mają czasu na przygotowania...?
-Im szybciej wyruszą, tym lepiej.
-Słucham?!- tym razem odezwał się Hadrin, pierwszy raz od rozpoczęcia rozmowy. Spojrzał z niezrozumieniem na wuja- Naprawdę chcesz mu na to pozwolić?!
-Hadrinie...
-Przecież to bzdury! Brednie!- krzyknął głośno, a Amir spojrzał na niego zaskoczony. Jego cichy, zazwyczaj absolutnie pokorny brat, pierwszy raz wykazał się odrobiną stanowczości- Nie widzisz, co oni robią?! Chcą wywabić stąd jednego z twoich dziedziców, samego, a ty w to wierzysz! Jak możesz?! Wyślij kogokolwiek innego, ale nie jego! To jakiś spisek, musisz to dostrzegać, dlaczego się na to zgadzasz?!
-Jeszcze nie jesteś w stanie zrozumieć, Hadrinie i obyś nie musiał- szepnął cicho wuj, patrząc na niego łagodnym wzrokiem.
-Nie rozumiem, jak można powierzyć swojemu siostrzeńcowi tak idiotyczne zadanie! Daj mu oddział wojska, jakieś wsparcie, cokolwiek! Jeżeli tego nie zrobisz, oni to wykorzystają!
-Uwierz mi na słowo, młodzieńcze, wolałbym poświęcić własne życie i życie moich ludzi, niż dopuścić się zdrady i chociażby skrzywdzić twojego brata...- szepnął Canis ze smutkiem.
-Dodatkowa liczba ludzi, wzbudzałaby jedynie podejrzenia i wszystko komplikowała- dodał Ludwik, zachowując spokój- A im mniej osób wie, tym lepiej. Nigdy do końca nie wiadomo, kto jest godzien zaufania. A ciebie, Amirze, jestem pewien- zwrócił się na powrót do drugiego siostrzeńca.
Amir skinął głową. I on był pewien Ludwika, i ta pewność właśnie kazała mu wierzyć w to, że mimo licznych wątpliwości, wszystkie te zdarzenia maja jakiś sens.
-Wyruszymy jutro- rozsądził.

Poranek był piękny, ciepły i przyjemny. Amir wraz z wujem i bratem, czekał już na skraju lasu, gotów do wędrówki, wyposażony w tobołek z jedzeniem, broń, z którą nie rozstawał się zresztą nigdy i inne potrzebne narzędzia. Wdychał głęboko orzeźwiające powietrze i rozglądał się dookoła, zafascynowany okolicą. Nawet na nim, wychowującym się od dziecka w mieście i będącym dalekim od zachwycania się naturą, las po poranku robił duże wrażenie. Czuł się całkowicie spokojny, odprężony, mimo tego, że ta noc również była dla niego nieprzespaną. Wcześniejsze wątpliwości nie minęły, ale zostały częściowo zastąpione przez chęć przygody, ciekawość. Amir nie wiedział, jak w ogóle będzie wyglądała ta podróż. Mieli po prostu oddalić się z miasta, a później ruszyć przed siebie. Nie wiedział też, jak mieli szukać fragmentów kryształu. Nie wiedział, czy w ogóle będą tego jakiekolwiek efekty, ale kto wie...? Może ta wyprawa da mu jednak coś wartościowego, a już na pewno pozwoli wujowi trochę od niego odpocząć i pobyć przez dłuższy czas z Hadrinem. I może odrobinę zmienić zdanie na niektóre tematy...
Zza drzew wyłonił się Nadim, tym razem jednak nie towarzyszył mu Canis, ale sekundant w ich pojedynku. Mężczyzna również wyposażony był w pakunki i tobołki, przez ramię przewieszony miał kołczan pełen strzał, na widok którego Amir uśmiechnął się z politowaniem. No tak... Łucznik. Szybko jednak przypomniał sobie umiejętności tego psa i doszedł do wniosku, że w razie czego, ten mógłby mu nawet pomóc. Oczywiście, wykluczając wielce prawdopodobną możliwość, że wcześniej się wzajemnie pozabijają. Co też nie byłoby takie złe.
-Witaj, człowieku- przywitał się z sekundant, uśmiechając się kwaśno.
-Witaj, psie- odparł równie uroczo i sympatycznie Amir- To chyba czas ruszać...- dodał odrobinę niepewnie, zerkając przez ramię na wuja. Nie wiedział, jak powinien się zachować, pierwszy raz opuszczał miasto na nieokreślony czas.
-Czekaj...- Hadrin chwycił go za łokieć, odwracając w swoim kierunku. Amir spojrzał na niego zdumiony. Brat zechciał go, co prawda, odprowadzić, ale od wczoraj, gdy ten zdecydował się, że wyrusza, nie odezwał się do niego ani słowem. Amir sądził, że jest na niego wściekły- Nie zamierzasz się pożegnać...?
Mężczyzna zaśmiał się lekko, ściskając serdecznie brata.
-Uważaj na siebie...- szepnął mu do ucha Hadrin, zerkając z wyraźną nieufnością w kierunku Nadima, który również żegnał się ze swoim towarzyszem- I na niego też. Na niego szczególnie- dodał znacząco- Wiesz, że oni... Oni zawsze coś wymyślą... Więc uważaj... Uważaj po prostu...- dokończył nieskładnie, wyraźnie tłumiąc łzy.
Amir stuknął go po nosie i zagryzł wargi w rozbawionym uśmiechu. Głupi, mały braciszek, jak zwykle przerażony, jakby w tę noc go oświeciło i naprawdę wierzył, że zagraża mu jakiś pradawny demon. Albo mniej pradawny pies.
-To ty na siebie uważaj i nie ładuj się w tarapaty, bo nie będę mógł cię obronić... Wrócę tak szybko, jak tylko będę mógł- obiecał, przyciskając go do siebie po raz ostatni, po czym stanął przed wujem- Do zobaczenia- uśmiechnął się do niego niepewnie. Wiedział, że i tak najbardziej będzie brakowało mu ich wieczornych rozmów, czasem spokojnych dyskusji, a czasem ostrych polemik, ale mimo wszystko.
Ludwik, zazwyczaj nie wykazujący zbyt wielu ludzkich odruchów, a już na pewno daleki od wszelakich przejawów czułości, patrzył na niego przez chwilę, wyraźnie wzruszony, więc już sam widok wydawał się Amirowi dziwny. Jeszcze dziwniej poczuł się, gdy krewny przytulił go, nie mówiąc przy tym ani słowa, nie udzielając rad, nie dając żadnych wskazówek, po prostu będąc przy nim. Po kilku chwilach odsunął się od niego.
-Do zobaczenia.
-Ej, człowieku...- rzucił w jego stronę sekundant z cieniem zniecierpliwienia- Nie będziemy na ciebie czekać cały dzień. Chcesz się jeszcze do kogoś poprzytulać, czy mam się czuć bezpieczny...?
-Nie ruszam zwierząt- odparł złośliwie Amir i obaj raz jeszcze wymienili jakże przyjazne uśmiechy, a następnie spojrzał na swojego nowego towarzysza i mruknął niechętnie- Ruszamy.
-Do szybkiego zobaczenia, bracie!- rzucił jeszcze z rozbawieniem sekundant, do swojego rodaka, na co ten odpowiedział uśmiechem.
Nadim ruszył do przodu, zrównując się krokiem z Amirem. Żaden z nich nie czuł się najwyraźniej w obowiązku, by powiedzieć do siebie choćby słowo.
To był bardzo piękny poranek.

16 komentarzy:

  1. Serio, o ile nie lubię całych tych łaków, tak to opowiadanie bardzo mi się podoba. Z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg.
    Wena i pomysłów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Skojarzyło mi się z takim filmem z dziecinstwa. Ale nie przejmuj się żaden plagiat. Super pomysł i już nie mogę się doczekać tych kłótni, sprzeczek, nienawistnych iskier z oczu itd. Powieść drogi... To jest to! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak! Wysłać ich w podróż! Razem. Samych we dwoje.*zaciesz* Jesteś genialna^^Z niecierpliwością czekam na cd.

    No i co ja mam więcej pisać?;p Oby cie Wen nie opuszczał i grzecznie współpracował! ;]

    OdpowiedzUsuń
  4. Ah i dziękuję za dodanie mojego rysunku, wzmiankę o mnie itd. ;* Czuje się zaszczycona ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. No właśnie, co do tego serialu to się Sagala nazywał xD Czy w poszukiwaniu Sagalii? Taki niebieski kamyk , bardzo ładny był xD Ale do rzeczy, zaskoczyłaś mnie. Reinkarnacje? Ulalala xD Charakter Amira troszkę mnie wkurza... Jakim cudem będzie parą z wilczkiem? Chyba musi trochę z tonu spuścić... Well... Trzymam za niego kciukasy, bo to opowiadanie zapowiada się na... dość długie xD

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:25 AM

    To opowiadanie jest jakieś... inne od pozostałych twoich opowiadań, ale mi się bardzo podoba i nie mogę się doczekać następnego rozdziału:)
    Pozdrawiam i życzę ci dużo weny:
    S.S

    OdpowiedzUsuń
  7. Długi rozdział ale wciągający :) Podziwiam, że (z mojego punktu widzenia) tak szybko piszesz tak długie rozdziały :)
    Sam pomysł rozrzuconych fragmentów kryształu po świecie dość banalny i często spotykany , ale mi to nie przeszkadza bo czuję, że przedstawisz to w bardzo ciekawy sposób.
    Jestem ciekawa jak nasi panowie się dogadają. Trochę mnie przeraża, że pewnie trochę poczekamy aż między nimi coś zaiskrzy ale wazne żeby stało się to porządnie.
    Pisz kochana bo to Twój żywioł :)

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  8. waa dłuugie.. musiałam czytać na dwie części bo w sobotę miałam mało czasu xD
    wracając do tekstu:
    opowiadanie zapowiada się coraz ciekawiej i w moim klimacie ^^ kocham fantasy (dlatego wielbię Sunrise xD)a to... demony *-* psołaki *-* czy jak to tam nazwać XD Amir jest strasznie narwanym rasistą xD jest ciekawa ile razy w następnym rozdziale rzucą się sobie do gardeł .__.
    weny ^^

    OdpowiedzUsuń
  9. Anonimowy5:46 PM

    No, a ja inteligentna, powinnam się teraz uczyć do testu, ale oczywiście, po krótkiej nieobecności, nie mogłam się powstrzymać przed przeczytaniem. :3 No więc... zaczyna się! Już lubię Nadima. :)) A, tak jak już wyżej wspomniano, Amir to rasista. XD Ale trudno, i tak go uwielbiam. ;)

    Życzę weny!

    Pozdrawiam, Spiritt.

    OdpowiedzUsuń
  10. Całkiem ciekawe opowiadanie, choć takowych klimatów nie lubię. Nie wiedzieć czemu - urzekłaś mnie całokształtem, więc gratuluję. Z początku w ogóle nie zamierzałam tego czytać, jednak jakiś czas temu przysiadłam i od razu mnie wciągnęło. Tak więc - podoba mi się.
    Jednak marzy mi się AFY, Gabriel, LPoH.. A to pierwsze w szczególności. <3

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy6:46 PM

    Klimat dość ciekawy, jednak przepadam za opowiadaniami nieco bardziej realistycznymi. Jednak postarałaś się na tyle, że i to przypadło mi do gustu.
    Oczywiście przyłączam się do prośby o AFY. Dawno tego nie było, a mój apetyt urósł do tych rozmiarów, że aż musiałem pozostawić po sobie komentarz. :)

    Natan.

    OdpowiedzUsuń
  12. Anonimowy9:42 PM

    Szczerze: marzy mi sie Johnny ale jestem cierpliwa. A to jest ciekawe, bo miłość przez nienawiść jest zawsze bardzo silna i płomienna a to lubię. D.

    OdpowiedzUsuń
  13. Anonimowy10:55 AM

    Uwilebiam!!Ehh..Ludzie w tym opowiadaniu strasznie mnie irytują. Przyłażą i zabijają a potem całą winę zrzucają na psołaki.Pewnie!Idioci!XD

    OdpowiedzUsuń
  14. Zaczęłam czytać i nie mogę się oderwać. Stworzony przez Ciebie Amir jest taki autentyczny, żywy. Jakby istniał naprawdę. Poza tym, ten jego... jakby to nazwać? Przyjmijmy, że rasizm dodaje dodatkowy pieprzyk na jego przyszłe stosunki (zwykłe ludzie, nie tylko TE :D), z Nadimem.
    Aż się cieszę, ze wstrzymywałam się z czytaniem i mam teraz tyle rozdziałów przed sobą. Czuję się, jakbym czytała książkę. :D

    OdpowiedzUsuń