Strony

sobota, 29 października 2011

Dzień dobry :)

Rozdział jest troszeczkę długi, mam nadzieję, że przy nim nie uśniecie :). Zabieram się za pisanie Gabriela (wiem, że dużo osób czeka na to opowiadanie), mam na to cały tydzień, więc żywię nadzieję, że wreszcie mi się uda, bo pomysł jest, ale zawsze brakuje w pewnym momencie weny albo wpadam w inny nastrój i nie mam ochoty tego pisać. Gdybyście mieli jeszcze jakieś propozycje, na następne tygodnie, piszcie :).
Może pojawią się awaryjnie właśnie zamiast Gabriela XD



Enjoy.

Rozdział 5 [Chaos]

Amir usłyszał nieznośne brzęczenie i poruszył się z cichym pomrukiem, machając na oślep dłonią. Skrzydlaty intruz nie dawał jednak za wygraną i nie pozwolił mu pospać ani chwili dłużej. Mężczyzna niechętnie uchylił powieki i odgonił od siebie wyjątkowo dużego komara (na szczęście nie człekokształtnego), który zapewne już zdążył posilić się jego krwią. Amir ziewnął szeroko, zerkając na śpiącego obok niego mężczyznę i uświadomił sobie, że chyba miał stać na czatach. Tak się przynajmniej umówili, przespał połowę nocy, gdy to Nadim czuwał, a później się z nim zamienił. Przynajmniej teoretycznie, bo był strasznie senny, a u boku potomka wilków spało się znacznie przyjemniej, z racji tego, że chłód nocy nie dokuczał mu aż tak bardzo. Podniósł się powoli na nogi i ruszył przed siebie, by je rozprostować, słysząc jednocześnie, jak jego towarzysz budzi się ze snu.
-Ruszamy...?- usłyszał jego pytanie i uśmiechnął się pobłażliwie.
-Ależ skąd... Zostajemy w tym cudownym miejscu...- zaironizował, zrzucając z siebie kolejnego nieznośnego insekta. Błądzili w tym lesie już od dwóch dni. Coraz bardziej wątpił w zapewnienia Nadima, który twierdził, że zdaje sobie sprawę z tego, gdzie są. Amir dawno już stracił rozeznanie. Każde drzewo wyglądało dla niego dokładnie tak samo. Znowu więc to Nadim był przewodnikiem, ale jak do tej pory nie udało mu się ich stąd wyprowadzić.
-Może małe śniadanie...?- zaproponował mężczyzna, rozglądając się dookoła, a Amir posłał mu mordercze spojrzenie. Był okropnie głodny. Marzył o jakimś normalnym posiłku, choćby kromce chleba. Przez te dwa dni wędrówki, żywił się leśnymi owocami, o których miał niewielkie pojęcie, więc musiał zdać się na wiedzę swojego towarzysza. Te nie były jednak zbyt sycące. Tak czy inaczej, niekomfortowa świadomość, że jest zdany na łaskę lub niełaskę potomka wilków, powstrzymywała go od wszczynania awantur i wchodzenia w niepotrzebne dyskusje, więc ich relacje chwilowo uległy nieznacznej poprawie.
-Surowe...?- mruknął z politowaniem.
Nadim uśmiechnął się lekko, wzruszając ramionami.
-Dobre i to- stwierdził.
-Chyba dla ciebie- odparł z cieniem irytacji Amir, który nie był przyzwyczajony do podobnych rewelacji kulinarnych, jakie widział w wykonaniu Nadima. Z dwojga złego, wolał już owoce.
-W którym kierunku wyruszamy?- zapytał spokojnie potomek wilków, wstając.
-Nie wiem...- odpowiedział mężczyzna, czując kolejny przypływ frustracji. Dwa dni. Dwa przeklęte dni wędrówki, bez żadnego śladu, znaku, niczego. Ścisnął mimowolnie fiolkę z fragmentem kryształu. Znowu zaczynał przekonywać się co do tego, że cała ta historia nie jest niczym więcej, jak tylko głupim wymysłem czy legendą, a ostatnie zdarzenie ledwie przypadkiem albo podstępem Nadima. Nie potrafił sobie jednak wytłumaczyć, w jaki sposób potomek wilków mógłby wywołać taki efekt. Ale kto wie...? Znając podstępną naturę tych psów, mogli wymyślić wszystko. Kto wie, czy nie jest to jakiś idiotyczny żart, czy nie kpią sobie teraz za jego plecami, a może jeszcze gorzej, może wywabili go z królestwa tylko po to, by wszcząć wojnę i skorzystać na jego nieobecności...? Po chwili zastanowienia doszedł jednak do wniosku, że jego obecność właściwie niewiele zmieniała, nie był w końcu niepokonanym herosem, a jeżeli spojrzeć na liczebność armii wuja i jej wyszkolenie, a liczebność tych zwierząt, którzy może i sprawnie posługiwali się bronią, ale przecież byli zupełnie nieokrzesani i niezgrani, nie mieliby najmniejszych szans w takim starciu. A jeśli ściągnęli go tutaj po to, by zamordować go jako następcę Ludwika... Nie dało się ukryć, że Nadim miał multum doskonałych okazji by wykonać ewentualny zamach, nie mówiąc już o tym, że dla królestwa i tak nie miałoby to kolosalnego znaczenia- To w końcu ty jesteś specjalistą od intuicji...- zadrwił- No i twój wuj wymyślił sobie całą tę historyjkę o kryształach... Może szepnął ci coś na ucho...
-Tłumaczyłem ci już, że nic nie wiem- odpowiedział spokojnie Nadim, ruszając do przodu, a Amir podążył tuż za nim, nie chcąc stracić go z oczu- Canis zresztą też nie. Gdyby wiedział, gdzie znajduje się kryształ, na pewno by nam powiedział.
-Wątpię, by ten staruch wiedział cokolwiek...- prychnął z irytacją Amir, po czym mruknął niechętnie pod nosem- Stary, głupi pies...
-Nie nazywaj go w ten sposób- głos potomka wilków rzadko pobrzmiewał równie ostro i zdecydowanie- Canis jest bardzo mądry.
-Jest przede wszystkim stary. A ludziom na starość odbija, stają się ekscentryczni i dziwaczni... Nic dziwnego, że wyimaginował sobie jakiegoś legendarnego demona...
-Nic dziwnego, że twój wuj mu uwierzył, skoro są w tym samym wieku- odparł Nadim, oglądając się na niego pobłażliwie i pokręcił głową z głębokim westchnieniem- Naprawdę nie zauważyłeś, z jaką łatwością przychodzi ci osądzanie innych, mimo tego, że w twoim otoczeniu są takie same osoby...?
-Naprawdę nie zauważyłeś różnicy pomiędzy Ludwikiem a Canisem...?- Amir zaśmiał się cicho pod nosem i zapatrzył się przez chwilę w plecy swojego towarzysza, zapominając o tym, by patrzeć pod nogi, przez co potknął się o jakiś korzeń, co niemalże zakończyłoby się dla niego bliskim spotkaniem z ziemią- Cholera...- zaklął z irytacją. Zaczynał szczerze nienawidzić lasów- Mój wuj, mimo swojego wieku, nie tak zresztą zaawansowanego, trzyma się nadal doskonale, zarówno pod względem fizycznym jak i umysłowym, co widać na pierwszy rzut oka... Na pierwszy rzut oka widać też, że z twoim jest zupełnie inaczej- dodał, uśmiechając się złośliwie, właściwie do samego siebie, bo jego towarzysz tego znaczącego uśmiechu dostrzec już nie mógł- Nic dziwnego, że pogrążacie się na każdym kroku, skoro rządzi wami ktoś, kto ledwie trzyma się na nogach, jest chory, niedołężny, niesprawny fizycznie i pewnie umysłowo również...
-Mylisz się...- odpowiedział gładko Nadim, tym razem bez szczególnego poruszenia- Nie lekceważ Canisa. Ma ogromną wiedzę, taką, o jakiej wy ludzie możecie tylko marzyć.
Amir zaśmiał się drwiąco.
-Oczywiście...- skwitował słowa towarzysza z kwaśnym uśmiechem- Kiedy kończą wam się argumenty, poprzestajecie na takich właśnie frazesach...
-Na jakich frazesach?- zapytał bez zrozumienia Nadim, zwalniając na chwilę, by mężczyzna mógł zrównać się z nim krokiem.
-Wielka wiedza, wiedza tajemna, magia, sekrety...- szepnął konspiracyjnie Amir, po czym zaśmiał się ponownie- Szkoda tylko, że gdy zapyta się was, o co wam tak naprawdę chodzi, nie potraficie tego w żaden sposób wyjaśnić.
-Może nie zdajesz sobie sprawy, ale wiedza tajemna, nazywa się w ten sposób nie dla zasady, ale właśnie z tego powodu, że nie jest ujawniana każdemu, kto tylko zechce o nią zapytać- zaironizował Nadim, uśmiechając się pobłażliwie.
-Może nie zdajesz sobie sprawy, ale gdybyście mniej o niej gadali, to na pewno pytających też byłoby mniej i wtedy wasza „wiedza tajemna” byłaby jeszcze bardziej tajemna niż dotychczas- pokusił się o spostrzeżenie Amir, uśmiechając się do potomka wilków równie uroczo.
Ten sprawiał wrażenie, jakby miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale w końcu westchnął jedynie i machnął dłonią, milcząc, co mężczyzna uznał za swój niewątpliwy sukces, zważywszy na fakt, że to zazwyczaj on tracił cierpliwość wobec głębokich wynurzeń i refleksyjnych odpowiedzi swojego towarzysza.
Dalsza droga upłynęła im już w zupełnej ciszy, bez żadnych rozmów. Po dwóch godzinach błądzenia, a przynajmniej tak widział to Amir, udało im się wreszcie wyjść z lasu, za co miał niemalże ochotę dziękować każdej nadprzyrodzonej istocie, istniejącej lub nie, jednocześnie za nic nie chcąc przyznać przed sobą, że chociażby w najmniejszej części mogłaby to być zasługa potomka wilków. Jakiś czas później, dostrzegli jakiegoś mężczyznę, który ciągnął za sobą niezbyt posłusznego konia. Amir obejrzał się za nim z zaciekawieniem, dochodząc jednak do wniosku, że spotkanie kogoś w tym miejscu mogło być po prostu przypadkiem. Dalej jednak zauważyli kilka kobiet, siedzących nad stawem i bawiące się w płyciźnie dzieci, a później jakichś chłopów, zajmujących się obrabianiem ziemi. A to mogło oznaczać tylko jedno.
-Tu gdzieś musi być wioska...- rzucił niezwykle odkrywczo Nadim.
I rzeczywiście, nie musieli wędrować długo, by ich oczom ukazały się pierwsze chatki, zbudowane z drewna i słomy. Szli dalej. Domów było coraz więcej, niektóre z nich były raczej niewielkie i słabej konstrukcji, inne znowu całkiem pokaźne, przypominające czasem nawet nie tyle domostwa, co jakieś budynki użyteczności publicznej. Mijający ich ludzie, spoglądali na nich, raz z zaciekawieniem, innym razem znów raczej wrogo. Amir zdawał sobie sprawę z tego, że to jego charakterystyczny towarzysz budzi tyle sensacji, a nie on. Wioska była całkiem duża, wątpił, by wszyscy ci ludzie znali się wzajemnie, zapewne gdyby był tutaj sam, nikt nie zwróciłby na niego szczególnej uwagi. Dzieci pokazywały sobie Nadima palcami, śmiejąc się głośno albo chowając za matczyną suknię, zlęknione i pełne niezrozumienia. Przechodnie albo oglądali się za nimi, albo wręcz zatrzymywali na chwilę, śledząc ich surowym wzrokiem, jakby obawiali się, że przybysze zrobią zaraz coś niewłaściwego, zechcą coś ukraść albo kogoś napaść. Trudno było winić ich za te przypuszczenia, skoro obaj po kilku dniach wędrówki w lesie, nie wyglądali zapewne na przyzwoitych mieszkańców. Amir miał skołtunione włosy, ubranie podziurawione i poszarpane, na jego twarzy i rękach widniały zadrapania. Nadim wyglądał niewiele lepiej.
-Powinniśmy znaleźć sobie miejsce na nocleg. Poszukajmy jakiejś gospody- rzucił Nadim, niespecjalnie przejmując się spojrzeniami czy komentarzami, nie zawsze przychylnymi. Amir aż uśmiechnął się do siebie z satysfakcją. Och, nie miał wątpliwości, kto wprawił tego psa w tego rodzaju hart ducha... Jego rodacy!
-A czym za ten nocleg zapłacimy, co...? Oddamy w naturze?- zaironizował mężczyzna, unosząc pytająco brew- Nie mamy pieniędzy, ani niczego, co moglibyśmy dać w zamian. A w łaskawą gościnę dobrotliwego gospodarza nie uwierzę, wybacz, ale uczę się na swoich błędach...
-Odpracujemy to- stwierdził potomek wilków tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
-Niby w jaki sposób?- zdumiał się Amir.
-To całkiem normalna praktyka- towarzysz spojrzał na niego znacząco, jakby chciał dać mu do zrozumienia, że on, zwykły, nękany zewsząd obelgami pies zna się na życiu lepiej niż syn króla.- Może gospodarz będzie potrzebował kogoś do pomocy, będzie miał akurat wolny pokój... Z ludźmi da się jakoś dogadać. Z niektórymi- zaznaczył natychmiast, co by nie było niepotrzebnych wątpliwości.
-Jasne...- odparł Amir z kwaśnym uśmiechem. Już sobie wyobrażał, jak bardzo entuzjastycznie ci wszyscy ludzie zareagują na ofertę pomocy od jakiegoś podejrzanego, uszatego stwora i jego towarzysza, który wyglądał trochę jak lokalni żebracy. Co było niezwykłą ironią, biorąc pod uwagę fakt, że miał zostać prędzej czy później następcą tronu w jednym z bardziej liczących się królestw.
Tak czy inaczej, znalezienie gospody wydawało się rozsądnym pomysłem. Amir doszedł bowiem właśnie do wniosku, że towarzystwo dzikich zwierząt, nie jest tak groźne jak towarzystwo ludzi, wcale nie bardziej okrzesanych.
-Jest i gospoda...- zauważył Nadim, zatrzymując się przy drewnianym budynku. Był całkiem duży, chociaż trudno było go porównywać z ich znaleziskiem w lesie. Na szyldzie przed wejściem widniał łeb świni ze zwisającymi, ociekającymi krwią gałkami ocznymi, a w czubek jej głowy głęboko wbity był nóż.
Nadim i Amir spojrzeli na siebie i zgodzili się ze sobą w milczeniu. Bardzo przytulne miejsce.
-Cóż... Przynajmniej to nie jest ludzka głowa...- zaśmiał się serdecznie potomek wilków.
-Ani nie psia- odparł już mniej serdecznie Amir.
-Więc chodźmy.
-Czekaj, czekaj!- mężczyzna zatrzymał go przy sobie. Nadim spojrzał na niego pytająco- Może nie zauważyłeś, ale okoliczni mieszkańcy nie reagują na ciebie z jakimś wielkim entuzjazmem, więc gdybyś mógł trzymać się troszeczkę z tyłu, gdy będę załatwiał tę sprawę... To na pewno wiele ułatwi- podsumował znacząco.
-Po co?- nie rozumiał Nadim- Przecież gospodarz prędzej czy później będzie musiał mnie zobaczyć, chyba lepiej, żeby wiedział z kim ma do czynienia...
-Nie. Zdecydowanie lepiej, żeby nie wiedział.
-Więc co zrobisz, gdy się zgodzi? Oświadczysz, że przypadkowo masz ze sobą jeszcze jednego, nietypowego towarzysza...?
-Nie- odparł zdecydowanie Amir, kręcąc głową- Zapytam, czy można trzymać zwierzęta- stwierdził, uśmiechając się złośliwie i nie czekając na ripostę towarzysza, wszedł do wnętrza gospody.
Rozbrzmiał wiszący u drzwi dzwonek, który miał zapewne poinformować gospodarza o czyimś przybyciu, właściciela jednak na sali nie było. Znajdował się tam jedynie jakiś mężczyzna, drzemiący z głową wspartą na stole, tuż obok pustego kufla. Amir rozejrzał się dookoła podejrzliwie. Powiedzmy, że ich ostatnia przygoda zmieniła diametralnie jego nastawienie do tego rodzaju miejsc. Wnętrze jednak, wbrew nieco naturalistycznemu rysunkowi z szyldu, wyglądało rzeczywiście dość przytulnie. Gospoda była ciepła, uporządkowana, ładnie urządzona. Przy ścianie stało kilka niewielkich, drewnianych stolików, cały środek sali był wolny, a na jej drugim końcu znajdował się drewniany kontuar.
-Dzień dobry...- rzucił ostrożnie Amir. Nadim stanął tuż za nim i zajrzał ciekawie do wnętrza- Idź stąd- mruknął do niego mężczyzna, wchodząc głębiej- Dzień dobry!- powtórzył już głośniej.
-Tak, tak, idę, idę...!- rozległo się wołanie z zaplecza i już po chwili jego oczom ukazał się zdyszany, niski, krępy, łysiejący mężczyzna, w zakrwawionym ubraniu i dużym nożu w prawej dłoni. Amir cofnął się odruchowo- Czym mogę służyć?- zapytał jegomość, uśmiechając się doń sympatycznie, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że wygląda dosyć przerażająco.
-Ehm... Chciałem zapytać, czy ma pan jakieś wolne pokoje?- zapytał Amir, wciąż stojąc bardzo blisko drzwi, tak na wszelki wypadek.
-Nie, drogi panie, strasznie mi przykro- odpowiedział tamten, kręcąc głową- Mamy tylko cztery pomieszczenia, niezbyt duże, zawsze pustki, a teraz jak na złość wszystko zajęte! Ale może zostanie pan na herbatę albo ciepły posiłek...?
-Nie... Może nie...- stwierdził zdecydowanie Amir, raz jeszcze mierząc mężczyznę pełnym niepokoju spojrzeniem.
-Czy mógłby pan nam powiedzieć, czy gdzieś w pobliżu znajduje się inna gospoda?- zapytał Nadim, stając obok swojego towarzysza.
I wtedy gospodarz oniemiał. Spoglądał na potomka wilków wzrokiem wyrażającym coś na kształt niedowierzania i jednocześnie uwielbienia. Usta miał szeroko otwarte ze zdziwienia, oczy zresztą także, co w połączeniu z jego wyglądem i strojem, nadało mu jeszcze bardziej szaleńczego wyrazu.
-O, drogi panie...- szepnął niemalże omdlały, chwytając się wolną dłonią za łysinę, po czym ruszył z radosnym uśmiechem w ich kierunku, wywołując u Amira i Nadima popłoch. Obaj cofnęli się do drzwi w tym samym momencie, blokując sobie wzajemnie drogę wyjścia- Przepraszam! Przepraszam!- rzucił gospodarz, zdając sobie chyba wreszcie sprawę z tego, że wygląda dość niecodziennie. Nóż odłożył na stolik, zdjął z siebie poplamiony fartuch i dopiero wtedy podszedł do nich i chwycił potomka wilków za dłoń, potrząsając nią gwałtownie- Ahim, panie. Jestem właścicielem tej gospody. Tak strasznie miło jest mi pana powitać w moich skromnych progach!
Nadim spoglądał na niego zupełnie oniemiały, najwyraźniej nie rozumiejąc, o co chodzi. Tym bardziej, że gospodarz wciąż nie puszczał jego dłoni i patrzył na niego z takim poruszeniem, jakby co najmniej odnalazł właśnie górę złota.
-Witaj... panie...- wydukał w końcu- Nazywam się Nadim.
-Nadim! Co za imię!- zachwycał się mężczyzna, wciąż uśmiechnięty od ucha do ucha- Pan jest potomkiem wilków, prawda...?- Nadim pokiwał niemrawo głową- Ach, co za pytanie! Oczywiście, że pan jest! Proszę mi wybaczyć radość, pierwszy raz widzę kogoś takiego, ach, co za cudowne doświadczenie!- zaśmiał się wesoło i dopiero w tym momencie przestał potrząsać dłonią potomka wilków i puścił ją- Ina! Lila! Chodźcie no tutaj! Zobaczcie, kto do nas przyszedł!
-Przepraszam, panie...- zaczął Amir, nieco zniecierpliwiony- Czy może nam pan wskazać gdzie w pobliżu jest gospoda...?
-Ależ panowie, jaka gospoda, zostajecie tutaj!- stwierdził gospodarz z pełnym przekonaniem, jakby jeszcze przed chwilą nie twierdził, że nie ma wolnych miejsc. Po schodach, na dół, zbiegły dwie kilkunastoletnie dziewczyny, zapewne córki gospodarza, bardzo zresztą do niego podobne- Zobaczcie!- zwrócił się do nich pogodnie Ahim- Potomek wilków! I drugi pan- dodał jeszcze, widząc zapewne, że Amir zaczyna się coraz bardziej irytować- Widziałyście kiedyś potomka wilków?- zapytał, a one jedynie pokręciły głową, spuszczając wstydliwie wzrok- Kana! Kana!- wołał znowu, ale minęła dłuższa chwila, a odzewu nie było- Poczekajcie z naszymi nowymi gośćmi- zwrócił się z prośbą do córek, raz jeszcze uśmiechnął do Nadima i znowu uścisnął jego dłoń, a następnie udał się na zaplecze.
-Co to znowu za dziwactwo...?- mruknął półgłosem Amir.
Nadim wzruszył ramionami, uśmiechając się lekko do wyraźnie skrępowanych dziewcząt, stojących naprzeciwko nich.
Po kilku minutach z zaplecza znowu wyszedł gospodarz, a w ślad za nim zapewne jego żona, kobieta o głowę od niego wyższa, równie duża, o ostrych rysach twarzy, ciemnych włosach, splątanych w gruby warkocz. Zmierzyła obu przybyszów obojętnym spojrzeniem i zareagowała na ich obecność równie obojętnym machnięciem dłonią, zamierzając zapewne wrócić do swoich zajęć, ale mąż ją zatrzymał.
-Zobacz, zobacz!- powtarzał radośnie, niczym małe dziecko, które dostało jakąś ciekawą zabawkę- To nasi nowi goście, będą u nas nocować!
-Gdzie nocować, nie ma miejsc!- mruknęła kobieta, patrząc na mężczyznę w taki sposób, że zaczęła teraz przypominać bardziej jego matkę niż partnerkę.
-Ale miejsce się znajdzie!- zapewnił swoich gości Ahim, niezrażony słowami żony- Prawda, że się znajdzie...?- zwrócił się do niej z nadzieją.
-Nie ma miejsc!
-Ale ta szlachcianka... Ta szlachcianka, Kaniu moja... Sama mówiłaś, że cały czas sprawia problemy...
-Przecież zapłaciła!- krzyknęła na niego kobieta, a ten aż skulił się w sobie- Pieniądze wydane, z czego jej teraz zwrócę?!
-Panie... Jest mały problem...- zwrócił się do gospodarza Nadim, wyraźnie skrępowany. Córki mężczyzny, wykorzystując zamieszanie, czmychnęły prędko na górę- My... Nie mamy pieniędzy- przyznał ostrożnie.
-O, właśnie!- rzuciła kobieta, kiwając głową- Nie mają pieniędzy! Cóż ci na to poradzę! Gdzie im dasz miejsce do spania!
-A choćby i w stajni!- odparł gospodarz- Bo my tu mamy zaraz stajnię, panowie- zwrócił się do mężczyzn- Ale koni tam już nie ma, świnie tam czasem tylko trzymamy, jak nam przywiozą... Ale zaraz je stamtąd wezmę i miejsce będzie jak znalazł... No, niezbyt wygodne, ale panowie, naprawdę, zostańcie tu u nas, my o was zadbamy!- zaoferował się błagalnie mężczyzna, jakby jego nowi goście byli wielce majętni, a nie jakby pojawili się tutaj bez niczego.
-A świnie gdzie będziesz trzymał, stary głupcze!- skarciła go żona, spoglądając na niego srogo.
-A chodźmy i w izbie!
-W izbie! Świnie w izbie! Ja ci dam zaraz świnie w izbie!
-Panowie, chodźcie, chodźcie- gospodarz nie zważając na protest żony, poprowadził ich do jednego ze stołów i usadził przy nim- Zaraz wam podamy jakiś dobry obiad! Kaniu!
-Jeszcze czego- warknęła gniewnie Kana, znikając na zapleczu.
-Kobieto!- wrzasnął za nią maleńki Ahim- Czy ty wiesz, kto to jest?! Wybaczcie mi bardzo panowie, zaraz z nią sobie pomówię- oświadczył gorliwie, po czym uścisnął serdecznie osłupiałego Nadima i rzucił z radością- Doprawdy, panie! Dzień w którym do nas zawitałeś, jest najszczęśliwszym dniem w moim życiu!- zaśmiał się wesoło, po czym dodał z satysfakcją- A on się tak chwalił, że miał u siebie elfa...! Ha! Cóż mu po elfie, skoro ja mam teraz potomka wilków! O tak, teraz to spali się z zazdrości!- i dalej śmiejąc się głośno, pobiegł na zaplecze.
Amir mlasnął, zniesmaczony.
-Całkiem miły człowiek- stwierdził z niemałym zaskoczeniem Nadim.
-O, tak...- rzucił ironicznie mężczyzna, uśmiechając się drwiąco- Pewnie chciałbyś, żeby wszyscy byli dla ciebie równie mili...
-Nie... Raczej nie...- odparł zdecydowanie Nadim, akurat w momencie, gdy gospodarz ponownie pojawił się w sali.
-Proszę, drodzy panowie- powiedział, kładąc przed nimi zwinnie dwa talerze z ziemniakami i jakimś mięsem.
Na ten widok Amir zareagował jeszcze bardziej entuzjastycznie niż gospodarz na widok Nadima (o ile to w ogóle było możliwe) i natychmiast przestał żałować, że się tutaj pojawili. Od tak dawna nie jadł normalnego posiłku...! Rzucił się niemalże na talerz i nawet towarzystwo Ahima, który dosiadł się do nich i począł zadręczać jego towarzysza pytaniami nie przeszkadzało mu wcale. A Ahim pytań miał wiele. Pytał o to, skąd Nadim przybył, a czy tam jest ich wielu, a ilu dokładnie, a gdzie, a dlaczego tak daleko, a jak wyglądają ich dzieci, ich żony, budynki, co jedzą, co piją, gdzie się bawią, jak się bawią, z kim, dlaczego...! Pytań było tyle, że biedny Nadim nie miał nawet okazji zabrać się do jedzenia z zakłopotaniem udzielając odpowiedzi, do których znowu gospodarz znajdował kilka pytań. Potomek wilków rzucał co jakiś czas swojemu towarzyszowi błagalne spojrzenie, jakby liczył, że ten wybawi go z opresji, ale Amir tylko uśmiechał się do niego wyjątkowo złośliwie znad swojej malejącej z każdą chwilą porcji. Gospodarz nie ograniczał się jedynie do pytań. Każdemu, kto choćby na chwilę zajrzał do gospody, zaraz pokazywał Nadima, przedstawiał, opowiadał... Nawet biednego, śpiącego człowieka z końca sali obudził, żeby mu obwieścić, jakiego wspaniałego ma gościa, chociaż tamten wydawał się być tak mało trzeźwy, że zapewne nie zdumiałby go nawet widok samego diabła, więc tylko pokiwał głową i poszedł spać dalej.
-Panowie, koniecznie musicie być z nami wieczorem!- przekonywał gospodarz, chociaż jasnym było, że chodzi mu tylko i wyłącznie o Nadima- Nocą mamy tutaj zabawy, najlepsze zabawy w całym mieście, naprawdę, panie, muzyka, śpiew, tańce...! Przyjdzie masa ludzi! A jak was zobaczą, och, jestem pewien, to będą o tym mówić jeszcze przed długie tygodnie i przez długie tygodnie będą tu przychodzić! Co za cudowny dzień!- westchnął podekscytowany.
-Nie, dziękuję- odparł zdecydowanie Amir- Jestem troszeczkę zmęczony... Ale jestem pewien, że mój towarzysz będzie zainteresowany...- dodał z szerokim uśmiechem.
-Och, żałuj panie!- zaśmiał się Ahim- Przychodzą do nas najpiękniejsze dziewczęta, zabawa jest przednia, muzyka doskonała, jedzenie jeszcze lepsze... Wino leje się strumieniami...
I o ile wszystkie poprzednie argumenty zupełnie do Amira nie trafiały, oto wreszcie usłyszał informację na tyle ciekawą, że obiecał obecność. Tego rodzaju tańce i zabawy nieszczególnie go interesowały, ale na pewno nie odmówiłby sobie czegoś mocniejszego. Towarzystwo Nadima w tym właśnie przypadku okazało się więc niezwykle opłacalne.
I rzeczywiście, gdy nadszedł wieczór, miejscowi ludzie zaczęli powoli się schodzić. Z początku gospodarz stał jeszcze przy wejściu, pobierając od przychodzących jakąś niewielką, zdawać by się mogło, ledwie symboliczną opłatę, ale gdy do gospody przyszedł skrzypek, który ustawił się w kącie i zaczął grać, zrezygnował z tego i wraz zresztą ruszył do zabawy, przerwanej jednak szybko przez karcące spojrzenie żony, która wyszła na chwilę z zaplecza i kazała mu wrócić do pracy. Nieszczęśliwy Ahim stanął więc za kontuarem, obsługując towarzystwo, które jeszcze dość niechętnie rwało się do tańca, ale Amir zdawał sobie sprawę z tego, że to kwestia trzeźwości.
-Moje córki...!- zawołał przejęty gospodarz, widząc, jak dziewczęta schodzą na dół, ubrane w bufiaste sukienki, ładnie uczesane, zaczerwienione ze wstydu. Zatrzymały się tuż przy schodach, spoglądając niepewnie w kierunku ojca, który zapewne nakazał im przyjście tutaj- Prawda, że piękne mam córki...?- zwrócił się znacząco w kierunku Nadima, jakby już oczekiwał od niego deklaracji małżeńskiej- Zatańcz z nimi, szanowny panie, zobacz, jak stoją same z tyłu...
Amir uśmiechnął się z rozbawieniem, zadowolony jednocześnie z faktu, że to nie on typowany był na przyszłego zięcia Ahima. Nadim jednak nie wydawał się tą prośbą poirytowany, a wprost przeciwnie.
-Pozwolisz, że na chwilę odejdę?- zwrócił się z pytaniem do Amira, niczym przykładny kawaler do swojej nowej pannicy.
-A czy ja jestem twoją życiową partnerką, psie...?- parsknął pobłażliwie mężczyzna, spoglądając na niego pytająco.
-Nie. Po prostu nie chcę, żebyś poczuł się samotnie- wyjaśnił spokojnie potomek wilków.
-A ja chcę, nawet bardzo chcę, poczuć się wreszcie samotnie- odparł zgodnie z prawdą Amir, wpatrując się w niego z politowaniem- Od kilku dni nie marzę o niczym innym. Więc nie krępuj się i tańcz, jeżeli chcesz.
-A ty nie chcesz...?
Amir spojrzał na niego zniecierpliwiony.
-Nie, psie- odpowiedział stanowczo- Gdybym chciał, to bym tańczył.
-Więc będziesz siedział tu cały wieczór i pił...?- parsknął cicho Nadim.
-Dokładnie tak. Rozgryzłeś mnie.
-Jak sobie chcesz- potomek wilków uśmiechnął się tylko i wstał, po czym ruszył w kierunku córek gospodarza.
Zbierało się coraz więcej ludzi. Muzyka zdawała się być coraz głośniejsza, wiele osób odeszło od stołów, Amir został sam przy kontuarze, cała reszta poszła tańczyć.
-Dolewaj sobie w razie potrzeby, szanowny panie- powiedział wesoło Ahim, stawiając na ladzie butelkę wina, a sam dołączy do bawiącego się tłumu.
Amir, zgodnie z poleceniem gospodarza, dolewał sobie kilkukrotnie. Obracał się co jakiś czas i spoglądał za siebie, obserwując sytuację na sali. Skrzypek wciąż grał jakąś skoczną melodię, chociaż jego gra była mocno nieprzyjemna dla uszu, ale po którymś kieliszku Amir przestał zwracać na to uwagę. Nadim, z początku tańczył razem z córkami gospodarza, to z jedną, to z drugą, teraz jednak otaczał go znacznie większy tłumek, nie tylko wymieniających się z dziewczętami kobiet w różnym wieku, ale nawet mężczyzn, którzy wypytywali go o coś, spoglądali na niego ciekawie, śmiali się i klaskali dłonie. Wśród tych mężczyzn znajdował się też oczywiście sam gospodarz, uradowany jak dziecko i zarumieniony z emocji, opowiadał coś stojącym wokół niego, wyraźnie podekscytowany. Stojący obok matki chłopiec, usiłował chwycić tańczącego Nadima za ogon, co stanowiło dość zabawny obrazek. Całe to towarzystwo, wydawało się takie radosne i beztroskie, przyciągało spojrzenia i wywoływało różnego rodzaju komentarze.
W sali byli też jednak inni ludzie. Niektórzy siedzieli przy stolikach albo bawili się gdzieś dalej. Jedni zdawali się być zaciekawieni potomkiem wilków, ale krępowali się albo nie czuli potrzeby, by do niego podchodzić. Inni znowu byli na to zupełnie obojętni, jakby jego obecność nie czyniła im żadnej szczególnej różnicy, tańczyli lub rozmawiali ze sobą, jak gdyby nigdy nic, uradowani i upojeni alkoholem. Była też trzecia grupa, najmniej liczna, ale i w jakiś dziwny sposób najbardziej zauważalna i wyróżniająca się spośród tych wszystkich ludzi. Mężczyźni i kobiety, siedzący w oddali nieruchomo niczym posągi, milczący albo wymieniający ze sobą po cichu jakieś uwagi, nie trudno było się domyślić, że niezbyt przychylne. Na ich twarzy malował się wyraz irytacji albo wręcz niechęci, patrzyli w kierunku Nadima wrogo, uśmiechali się drwiąco pod nosem, wykrzywiali wargi w grymasie pogardy. Niektórzy z nich ostentacyjnie opuścili gospodę na samym początku, ale reszta została, chociaż trudno było powiedzieć, co właściwie tu robią, skoro ani nie bawili się z pozostałymi, ani nawet nic nie pili.
Amir patrząc na nich odnosił jedynie negatywne wrażenie. Aż zaczął zastanawiać się, czy nie wygląda dokładnie tak samo jak oni. Czy nie wyglądał tak za każdym razem, gdy z równą niechęcią reagował na widok podobnych Nadimowi. Czy nie wyglądałby tak, gdyby nie przywędrował tutaj razem z nim, ale był jednym z tych mieszkańców. Nigdy wcześniej nie patrzył na to w ten sposób, z tej perspektywy. Z niemałym zdumieniem dostrzegł, że ci będący blisko Nadima, uradowani, szczęśliwi, weseli, sprawiali dużo lepsze wrażenie niż tamci ponurzy, z zaciętymi, gniewnymi minami. Czy była jakaś granica niechęci, której przekroczenie stanowiłoby już nie tyle racjonalną, uzasadnioną kwestię, co raczej istny fanatyzm...?
Usiadł obok niego jakiś mężczyzna, stary, ubrany w poszarpany płaszcz. Nalał sobie hojnie do swojego kieliszka i podążył za wzrokiem Amira, również spoglądając w kierunku bawiącej się grupy. Amir odwrócił się znowu w kierunku kontuaru, udając, że nie budzi w nim to szczególnego zainteresowania.
-Dobry wieczór...- przywitał się z nim ten człowiek.
-Witam- odparł Amir z pozornym spokojem, chociaż ktoś, kto dobrze go znał, już mógłby wyczuć w jego głosie cień irytacji. Nie lubił być zagadywany przez nieznanych mu ludzi.
-Widział pan to...?- nie trudno było zgadnąć, jaki temat zechce poruszyć ten starzec. Amir raz jeszcze zerknął ukradkiem w kierunku Nadima, po czym skinął głową. Na twarzy człowieka wymalował się gniewny grymas- Nie mogę uwierzyć...- szepnął poruszony- Te zwierzęta... Tutaj... Pośród ludzi! Pozwalają sobie już na wszystko! O nie, nie! My im pozwoliliśmy!- stwierdził z pełnym przekonaniem- Tak, panie, to nasza wina! Chcemy ich cywilizować, uczyć ich dzieci, rozmawiać z nimi... Ale to przecież jak rozmowa z bydłem! Oni nic nie rozumieją!
-Zgadzam się...- mruknął w odpowiedzi Amir. Nie potrafił pojąć, dlaczego słowa mężczyzny po raz wtóry wzbudziły w nim irytację, mimo tego, że sam myślał przecież dokładnie to samo. Potomkowie wilków nigdy nie żyli i nie będą żyli z ludźmi w całkowitej zgodzie, nie należało się oszukiwać. Było pomiędzy nimi zbyt wiele różnic, zbyt znaczących, by dało się je tak po prostu ominąć, zlekceważyć. Pewnych barier nie da się przekroczyć i on o tym wiedział. Szkoda, że ani Ludwik, ani pozostali, którzy tak łatwo rzucali się do ich obrony tego nie dostrzegali.
-Chociaż pan...- rzucił starzec, jakby z ulgą- Słowo daję, sądziłem już, że nasz świat jest zgubiony przez głupców i szaleńców, którzy wolą się z nimi cackać zamiast rozwiązać sprawę jednorazowo... A przecież moglibyśmy rozwiązać tą sprawę jednorazowo- dodał znacząco. Rozejrzał się dookoła płochliwie, jakby ktokolwiek miał ich podsłuchiwać, po czym kontynuował już znacznie pewniejszym tonem- Każde państwo powinno funkcjonować osobno. Nie pozwalamy sobie na to, by jedno królestwo, jedno miasto czy osada ingerowały w sprawy drugiego, ale oni... Oni przenikają do nas od środka, knują, spiskują, a my im na to pozwalamy, zachęcamy- szeptał niczym opętany- A oni mieszkają pośród nas, rozmawiają z nami, mają kontakt z naszymi dziećmi... Dziwadła! Nawet nie starają się do nas upodobnić... O, pamiętam ja, panie, czasy, gdy to bydło spotkać można było rzadko, gdy kłaniało się w pas, gdy widziało człowieka, gdy uciekało nawet całymi rodzinami, gdy tylko poczuło zagrożenie... To były czasy!
-Racja...- potwierdził znowu Amir, w zamyśleniu. Ten człowiek brzmiał dla niego niczym szaleniec, skoncentrowany tylko na własnej wizji, nie widzący niczego ponadto, co sam chciał widzieć. Ale nadal nie potrafił dostrzec w jego myśleniu żadnego błędu, żadnej nieprawidłowości. W gruncie rzeczy miał przecież rację. Przeplatanie się dwóch cywilizacji, szczególnie tak odległych, nie zaowocuje niczym dobrym. Zawsze ktoś chce rządzić, ktoś chce być na szczycie, ktoś chce dominować. Teraz dominowali ludzie, bo było ich więcej, ale kto wie? Kto wie, czy za kilka lat te zwierzęta nie uknują jakiegoś spisku, nie przetrącą głów swoim wcześniejszym dobroczyńcą, nie zbuntują się, nie zechcą sobie ich wszystkich podporządkować...? Ślepi głupcy, tak ślepi, że nie potrafili dostrzec pomiędzy nimi różnic, nie dostrzegą także widma niebezpieczeństwa i zbliżającej się klęski. Ludzie muszą się przecież bronić, bo jeżeli nie będą się bronić, w końcu zostaną z niczym, nie zawsze bowiem bywa tak, że ten silniejszy i bardziej liczny zwycięża.
-Panie, oni śmią nas pouczać, oskarżać o okrucieństwo, ludobójstwo!- mówił dalej starzec, mocno przejęty- Panie!- zaśmiał się głośno, kręcąc głową- Przecież to takie dziwactwo, jakby zarzynana świnia krytykowała naszą moralność! To nie są w końcu ludzie, to są zwierzęta! Kiedy nasi przodkowie przybywali na te ziemie, oni siedzieli jeszcze na drzewach! Zresztą, nadal na nich siedzą!- parsknął, machnąwszy dłonią- Sam powiedz, panie, czy został po nich jakiś dobytek, jakieś miasta, bogactwa, cokolwiek...? Nie! Nadal żyją w tych swoich lasach! Ucywilizowali się trochę pod naszym wpływem, ale sami byli na to zbyt głupi! Czy to nie wystarczający powód, by uznać ich za gorszych?!
-Tak... Tak, ma pan rację...- rzucił głucho Amir, wpatrzony w jakiś punkt przed sobą. Ile razy sam powtarzał te same słowa, wierząc w nie święcie, przekonany o ich prawdziwości. Bo czy choć jedno z nich było kłamstwem? A jednak pobrzmiewały w jego uszach wrogo i nieprzyjemnie, fałszywie, zupełnie bez sensu. Traktować te zwierzęta jak ludzi, gdy nie były ludźmi? Traktować ich jak równie inteligentnych, skoro ich inteligencja ograniczała się do frazesów, legend i baśni, którymi otaczali się z każdej strony? Traktować ich jako zasługujących na szacunek, skoro sami nigdy nie mieli w sobie ni krztyny szacunku dla ludzi, widząc w nich jedynie morderców i okrutników, mimo tego, że przez wieki robili dokładnie to samo?
-O... Zobacz pan!- warknął nieprzyjemnie, znowu spoglądając w kierunku Nadima, który tańczył z dwoma wieśniaczkami- Jak wokół niego tańcują, jak szaleją! To dopiero czasy, gdy im większe dziwactwo tym większym cieszy się zainteresowaniem! Głupie dziewuchy!- mruknął pogardliwie- Łażą za tym, a później... Rodzą mieszańców, których nie chcą ani oni, ani tym bardziej my! Nic dziwnego, małe, uszate diablęta... Tak, tak, panie... Tak, tak...- powtarzał chaotycznie, kiwając gorliwie głową- Ale bogowie są jednak sprawiedliwi...- dodał, uśmiechając się z ulgą- Podobno te diablęta umierają jeszcze w matczynym łonie albo rodzą się martwe czy zdeformowane... To jest właśnie kara dla kobiety, która wzięła sobie takiego...!
-To rzeczywiście sprawiedliwość, panie...- tym razem głos Amira przesiąknięty był drwiną, czego jednak siedzący obok niego mężczyzna zdawał się nie dosłyszeć. Ten starzec, który równie dobrze, może w innych okolicznościach mógłby zostać przez niego uznany za racjonalnego, logicznie myślącego człowieka, teraz wydawał mu się obrzydliwy, odpychający, wręcz godzien potępienia. Jego słowa wywoływały w Amirze rosnącą irytację i niechęć, skierowaną tym razem nie tyle przeciwko potomkom wilków, co przeciwko temu właśnie człowiekowi. Patrząc na niego, na jego zacietrzewienie, słuchając jego słów, nasiąkniętych nienawiścią niczym najgorszą trucizną, zaczynał częściowo zdawać sobie sprawę z tego, co tłumaczył mu od tak długiego czasu wuj.
-A jakże! Panie, z nimi należy postępować w sposób jasny...- starzec teraz dopiero upił łyk trunku, nie można było więc usprawiedliwiać jego zachowania ani słów odurzeniem- Mieszkałem ja kiedyś w pewnym królestwie... Tam najpierw rządził staruszek, człowiek poczciwy, ale głupi. Pozwalał na osiedlanie się tych zwierząt, nawet nie tyle na obrzeżach, co w samych miastach! Dawał im domy i ziemie! Błogosławił ich dzieci! Ludzie się dziwili, cóż to za szaleństwa przychodzą staruchowi do głowy. Ale umarł, na szczęście szybko, i władzę po nim przejął jego wnuk, bardzo młodziutki. To był władca...!- westchnął z podziwem- Zwierzęta kazał schwytać i pozabijać! Tych, którzy się poukrywali i tak w końcu odnalazł, a ci, którzy im pomagali, skończyli dokładnie tak samo!
Amir wykrzywił wargi w gorzkim uśmiechu.
-Czyżbyś bał się, że skończysz podobnie, panie, skoro odszedłeś z tego cudownego miejsca...?- rzucił z ironią.
-Ha, ha, a skąd...- starzec zaśmiał się serdecznie, kręcąc głową- Dusza wędrowca nie pozwoliła mi zatrzymać się tam na dłużej...
-Szkoda- skwitował lodowato mężczyzna, nie mając już ochoty na kontynuowanie tej rozmowy.
-To prawda, ale liczę na to, że uda mi się tam jeszcze kiedyś wrócić...- starzec zdawał się w ogóle nie wyczuwać niechęci Amira, i wciąż mówił nieprzerwanie- Z tymi zwierzętami należy zrobić porządek, a im szybciej się to uda, tym lepiej dla nas wszystkich... Ja już jestem stary, panie, nie to co ty... A przecież można by... Nawet teraz...- szeptał, wpatrując się w niego uporczywie- Iść tam i pokazać tym ludziom, jak należy się zachowywać... Bo oni nie staną w jego obronie, nie, nie, panie, nie, nie... Wystarczy im pokazać, jak można skończyć, będąc przychylnym tym zwierzętom i zapamiętają sobie na całe życie... A ty, panie... Ty musisz być zapewne wojownikiem...- stwierdził, przenosząc wzrok na jego miecz- Więc czemu wojownik taki jak ty, siedzi tu spokojnie, podczas gdy dawno już powinien spełnić swój obowiązek i pozbyć się tego stworzenia...?
-Bo jeszcze nie zwariował- odparł Amir tonem, który mógłby zamrozić.
-Ale o czym mówisz, panie?- nie rozumiał starzec- To wieśniacy, zwykli mieszkańcy, niczego nie zrobią... To tylko ciekawość, mój panie, nic więcej, trzeba im tylko pokazać, jak należy się wobec nich zachowywać, a tych, którzy nie pojmą od razu trochę postraszyć i w końcu też się nauczą...
-Mówię o tym... panie...- słowo to wybrzmiało wyjątkowo pogardliwie- … że nie jestem odpowiednią osobą do spełniania tego rodzaju zachcianek... Obawiam się, że jeżeli chce się pan pozbyć tego psa, będzie się pan musiał zwrócić z uprzejmą prośbą do swojego ukochanego króla... Albo pozbyć się go samemu...- dodał z pobłażliwym uśmiechem.
-A-Ależ, panie...!- człowiek spojrzał na niego osłupiały.
-Dosyć już tych bredni- warknął gniewnie Amir, po czym podniósł się z miejsca i ruszył do wyjścia.
Przepchnął się przez stojących mu na drodze ludzi i znalazł się wreszcie na zewnątrz. Odetchnął świeżym powietrzem i udał się za potrzebą. Czuł się sfrustrowany i nawet szumiący mu w głowie alkohol nie był w stanie powstrzymać uciążliwych myśli, które wzbudzały w nim wątpliwości i zdawały się podważać wszystko to, co do tej pory wydawało mu się być prawdą.
-Bogowie...- westchnął smętnie, wracając do gospody. Wrócił na swoje miejsce, przy kontuarze, z ulgą odnotowując fakt, że uciążliwego, fanatycznego jegomościa już tam nie ma. Dolał sobie wina i obejrzał się w kierunku Nadima i...
I dostrzegł tamtego starca nieopodal niego, tuż przy tłumie bawiących się wokół ludzi. Wstał, zaniepokojony i ruszył w tamtym kierunku. W ogóle mu się to nie podobało. Starzec usiłował się przepchnąć przez śmiejące się głośno, tańcujące w grupie kobiety.
-Nadim!- krzyknął ostrzegawczo mężczyzna, ale wśród grającej głośno muzyki i szmerów rozmów, potomek wilków nie miał nawet szans go dosłyszeć. On również śmiał się radośnie i bawił, nawet nie spodziewając się niebezpieczeństwa- Odejść, odejść!- warknął wściekle Amir, rozpychając się dookoła i podbiegając do starucha, który był już coraz bliżej. Błysnęło ostrze noża- Nadim! Nadim!- wrzasnął panicznie, ale dopadł starca, nim cokolwiek zdążyło się wydarzyć i powalił go na podłogę.
-Co...?- rzucił tamten zdumiony, jęknąwszy głucho. Amir wyrwał mu nóż z dłoni, przyciskając go do posadzki.
-Co ty u diabła wyrabiasz, stary idioto?!- warknął gniewnie, nie pozwalając mu się oswobodzić.
-Puść! Puśćże, jesteś jednym z nich...!- wymamrotał ten człowiek niczym oszalały- To jest nasz obowiązek, trzeba się ratować...!
-Owszem, trzeba... Przed takimi jak ty.
-Przecież dobrze wiesz, jacy oni są, panie, przecież widzisz!- mówił niemalże ze łzami w oczach- A teraz oskarżasz mnie o to, że robię to, do czego ty nie masz odwagi...?
-Nie myl odwagi z wariactwem- stwierdził sucho Amir, wstając.
-A ty tego zwierzęcia z nami!
-Jeszcze słowo na jego temat, starcze, a nie wyjdziesz stąd w jednym kawałku!- warknął groźnie mężczyzna, chwytając tego człowieka za koszulę i ciągnąc do góry. I wszystko zapewne byłoby w jak najlepszym w porządku, gdyby nie to, że chwilę przed tym, nim wypowiedział te słowa, muzyka ucichła i oczy wszystkich zebranych zwróciły się w stronę kłócących. Nadim spoglądał na niego zdumiony. Amir odkaszlnął zażenowany, nie do końca wiedząc, jak się zachować.
-Ach, tam! Alkohol uderza do głowy!- zaśmiał się radośnie gospodarz, wybawiając go z problemu i dał znak skrzypkowi, by zaczął znowu grać.
Ludzie powrócili do zabawy. Potomek wilków podszedł do niego jednak i szepnął niepewnie:
-Co się stało...?
I w tym momencie zdarzyło się to, co wydawało się być zupełnie niemożliwym. Amir poczuł, jak fiolka z fragmentem kryształu wysuwa się spod jego koszuli i unosi lekko. Chwycił ją odruchowo, czując, jak drży w jego dłoni. Starzec spoglądał na niego kompletnie osłupiały z szeroko otwartymi ustami.
-Gdzie to jest...?- zapytał zdumiony Nadim, rozglądając się dookoła.
Tuż obok nich przemknęła kobieta, wysoka i smukła, w długiej, ciemnej sukni. Brązowe włosy miała ciasno upięte, twarz niezbyt urodziwą, ale charakterystyczną, z lekko zagiętym nosem i dużymi, brązowymi oczyma, którymi rozejrzała się dookoła z obrzydzeniem. Witającego się z nią gospodarza zmierzyła spojrzeniem co najmniej nienawistnym i nie odpowiadając nawet słowem ruszyła do drzwi. I dopiero po chwili Amir dostrzegł na jej szyi łańcuszek, na którym zawieszony był fragment kryształu.
Drżenie ustało. Amir puścił fiolkę i rzucił zdezorientowany:
-Kto to taki...?
-To?- podchwycił natychmiast stojący nieopodal gospodarz, nie mając najmniejszego pojęcia, co się przed chwilą zdarzyło- Taka szlachcianka, przybyła kilka dni temu, mieszka sobie u nas na górze... Ale nie tak ładna jak moje córki- rzucił jeszcze do Nadima, kiwając głową.
-Wyprowadziła się...?
-Ależ skąd! Wychodzi zawsze nocą, ponoć hałas bardzo jej przeszkadza... Ale mówi się tu i ówdzie, że przyjechała tu dla kochanka i to do niego się tak wymyka...- Ahim mrugnął do nich porozumiewawczo, po czym ruszył w tany z jakąś młódką.
-Wynocha- warknął Amir do wciąż klęczącego na podłodze mężczyzny. Ten spojrzał na nich obu niemalże przerażony, ale z jego ust nie padło ani jedno słowo. Podniósł się prędko i wybiegł z gospody.
-Kto to był...?- zapytał potomek wilków.
-Nikt- odparł zgodnie z prawdą mężczyzna.
Z zaplecza wyłoniła się żona gospodarza, która niosła ogromną tacę z upieczoną świnią. To zdawało się być momentem przez gości oczekiwanym, bo większość zrezygnowała z zabawy, zajęła miejsca przy stołach i na podłodze, oczekując na swoją porcję i gawędząc ze sobą wesoło.
-Chodźcie, panowie!- wołał ich wesoło gospodarz, krojąc kawał mięsa- Dla naszych gości specjalnych pierwsza porcja!
Ale Nadim wciąż nie odrywał spojrzenia od drzwi za którymi zniknęła kobieta, wyraźnie zamyślony.
-Interesujące...- stwierdził, zerkając kątem oka na Amira i uśmiechając się do niego lekko- Bardzo interesujące...

-Nie wiem, czy to dobry pomysł, panowie...- stwierdził ostrożnie gospodarz, zatrzymując się przed drzwiami jednego z pokojów.
Amir po raz kolejny wydobył z włosów fragment siana i fuknął cicho, poirytowany. Doszedł do wniosku, że zdecydowanie bardziej wolał noce spędzone w lesie, pod drzewami. Może i warunki były mniej komfortowe, ale przynajmniej wokół nie cuchnęło padliną i zwierzęcymi odchodami.
Nadim, któremu taki stan rzeczy zdawał się wcale nie przeszkadzać, spoglądał na swojego towarzysza z rozbawieniem.
-Kim jest ta pani...?- zwrócił się z pytaniem do gospodarza.
-Mówiłem wam, panowie, że to jakaś szlachcianka.
-Miejscowa...?
-A skąd!- żachnął się gospodarz, machnąwszy dłonią- Właściwie diabli wiedzą, skąd się wzięła, przecież nie szło jej spytać, skoro chodzi dookoła z zadartym nosem i tylko się na wszystkich obraża... Pojawiła się po prostu nagle, jakiś tydzień temu, z rana i tyle. Żeby chociaż miała ze sobą powóz, czy jakieś rzeczy, ale mnie się wydawało, że ona przyszła bez niczego, tyle co z sakiewką... Wiecie, panowie...- kontynuował z dumą- Bo u mnie już się zatrzymywali różni książęta czy wielcy panowie, w czasie swojej podróży... Przyjeżdżali niekiedy z całą świtą, z dziewczętami, łupami, końmi, ze wszystkim... A ona bez niczego. Aż dziw pomyśleć, że kobieta sama wędrowała, bo przecież wokół nas same lasy... Na pierwszy rzut oka widać, że jej brak męża, panowie...- dodał, kiwając w zamyśleniu głową- Ale nic dziwnego. Panna z niej ani urodziwa, ani szczególnie przyjemna. Ale bogata, bo zapłaciła za cały miesiąc z góry i tak sobie teraz tutaj pomieszkuje... A marudzi więcej niż cała reszta gości razem wzięta.
Nadim zapukał do drzwi.
-Ciszej, panie!- jęknął głucho gospodarz- Przecież ona tu zaraz zrobi potworną awanturę i wszystkich pozostałych gości pobudzi!
Odzewu jednak nie było.
Ahim nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, skulony, po czym zastukał leciutko. Tym razem zza drzwi najpierw wydobyło się coś na kształt tłumionego krzyku, a zaraz później dobiegł ich głośny trzask, jakby coś spadło na podłogę albo się potłukło.
-CZEGO?!- wrzasnęła zza drzwi kobieta, z taką siłą, że Amir i jego towarzysze cofnęli się odruchowo o kilka kroków. Nadim spojrzał na niego ze zdumieniem.
-Dzień dobry, łaskawa panienko...- odezwał się nieśmiało gospodarz, wyjątkowo płochliwie- Są tutaj ze mną dwaj panowie, którzy życzyliby sobie z tobą porozmawiać i...
-BIESIADY, ZABAWY, PRZEZ CAŁE NOCE...! NAWET ZA DNIA NIE MOŻNA ZMRUŻYĆ OKA! ŻEBY CIĘ JASNY SZLAG TRAFIŁ!
-Panienko, czy byłabyś łaskawa wyjść do nas na chwilę...?
W tym momencie znowu nastąpiła seria pisków, krzyków, łomotów, huków i szeregu innych, jeszcze dziwaczniejszych odgłosów, które wywołały u Amira lekką konsternację.
-Panienko...?- zaczął raz jeszcze Ahim.
-PRECZ!
-Tak jak mówiłem...- skwitował szeptem gospodarz- Ona za dnia nie wychodzi, prawie wcale, tyle, co czasem zejdzie na jakiś posiłek, ale i to rzadkość... Na gotowanie też narzeka... Ale nocą wyjdzie, to pewne.
-Kobieta z charakterem...- Nadim uśmiechnął się pod nosem z rozbawieniem.
-Nie, nie, panie!- zaśmiał się gospodarz, machnąwszy ręką i ruszył schodami na dół. Mężczyźni poszli w ślad za nim- Po prostu jędza! Jaki to panowie mają do niej interes?- zapytał, żywo zainteresowany.
Nadim spojrzał na swojego towarzysza zakłopotany.
-Ja mam do niej interes- stwierdził Amir i to wystarczyło, by malutkiego gospodarza całkowicie uspokoić, z przyczyn oczywistych. Zresztą uspokoiło go nawet tak bardzo, że jakby zapominając o swoich wcześniejszych słowach, dodał, że panna z niej wcale nie taka najgorsza, wcale nie najbrzydsza i wcale nie najpodlejsza jaką spotkał, a w dodatku bogata, więc czemu to się z taką nie żenić. Słuchając tego, potomek wilków reagował uśmiechem rozbawienia, a Amir raczej grymasem poirytowania i niechęci.
Nadal nie wiedział, jak uda im się to zrobić.

Amir wylegiwał się w ciepłej wodzie, obserwując spod wpółprzymkniętych powiek, wędrującego niespiesznie po podłodze karalucha. Gdy nieskrępowany jego obecnością owad, najpierw wspiął się na drewnianą wannę, a później zaczął spacerować po jej brzegu, najwyraźniej bez najmniejszych obaw o swój robaczy los, Amir tylko uśmiechnął się lekko do siebie, przymykając powieki i pogrążył się w zamyśleniu. Chwycił za szklany pojemniczek i zaczął wodzić po nim opuszkami palców, zastanawiając się. Kryształ istniał. I musiało w nim być coś wyjątkowego. A jeżeli kryształ istniał i nie był jedynie wymysłem tego starego głupca, może i jego pozostałe słowa były prawdziwe... Demon. Mężczyzna zaśmiał się cicho pod nosem. Pradawny demon. Demon wywołany przez potomków wilków. Demon, który pomógł ich przywódcy wygrać wojnę. Demon, o którym nikt właściwie nic konkretnego nie widział i który, nie licząc rzeczywiście dosyć efektownych anomalii pogodowych, nie ujawnił się w żaden inny sposób. A jeżeli to właśnie było szczytem jego możliwości, chyba nie należało się specjalnie narażać, by się go pozbyć. Tym bardziej, że skutki ostatniego „pozbycia” najwyraźniej nie były zbyt trwałe.
Westchnął głęboko, wciąż obracając w dłoni szklany słoiczek. Jeżeli dobrze zrozumiał Canisa (a nieszczególnie starał się go zrozumieć, bądźmy szczerzy), kryształ, którego teraz szukali, wzmacniał demona. Nie bardzo potrafił pojąć na czym to się właściwie opiera i czemu pradawna, potężna istota, potrzebuje jakiegoś kamyczka, żeby stać się silniejszą, ale postanowił sobie darować rozważania na ten temat. W każdym razie, jeżeli oni szukali tego kryształu w wiadomym celu, to zapewne szukał go ktoś jeszcze. A jednak nie zauważył, by fragment kryształu na szyi kobiety reagował jakkolwiek na ich obecność, więc... Więc... Więc... Więc właściwie nie miał pojęcia, co to mogło oznaczać, ale wydawało mu się, że logicznym jest, iż demon, chcąc odzyskać swoją moc, będzie poszukiwał fragmentów jeszcze bardziej gorliwie niż oni. Tylko gdzie? I jak?
Zrezygnowany uchylił powieki i spojrzał na karalucha, który zatrzymał się tuż przy jego dłoni, wyraźnie nieco onieśmielony. Zaśmiał się na ten widok i wstał, po czym wyszedł z wanny. Obwiązał się w pasie pozostawionym przez gospodarza ręcznikiem. Doprawdy, byłoby łatwiej, gdyby Canis powiedział im cokolwiek więcej, i na temat tego demona, i na temat ewentualnych zagrożeń... Tymczasem oni wciąż błądzili we mgle, a każde ich odkrycie było niczym więcej, jak tylko dziełem przypadku.
-Bycie człowiekiem bywa jednak bardzo uciążliwe...- zwrócił się refleksyjnie do swojego towarzysza kąpieli, po czym śmiejąc się cicho, wyszedł z łazienki.
-Do kogo mówiłeś?- zdumiał się potomek wilków, czekający w pokoju gospodarza.
-A ty tu czego?- obruszył się mężczyzna, pąsowiejąc. Na wszelki wypadek chwycił za brzeg ręcznika, chcąc uniknąć ewentualnego wypadku.
-O, jestem już, panowie!- Ahim wpadł do pomieszczenia, cały w skowronkach, niosąc na rękach jakieś stroje. Amir spojrzał na niego bez zrozumienia- Ubierzcie się w to, panowie, powinny mniej więcej pasować. To ubrania mojego brata, nieboszczyka... Zmarło mu się, dwa lata temu...- dodał w zadumie- No, ale rzeczy wszystkie zostawił. Co dość oczywiste...- zachichotał, machnąwszy dłonią- Wyższy był ode mnie dużo, co dość dziwne, bo nasi rodzice byli dość mali... Ale matkę miałem bardzo urodziwą, panowie, więc sami rozumiecie...
Nadim zachichotał, przeglądając przyniesione przez mężczyznę ubrania. Bez najmniejszych oporów, zrzucił z siebie podartą koszulę i nałożył inną, nieco przyciasną. Równie śmiało wziął się do ściągania spodni. Amir skrzywił się mimowolnie i odwrócił. Czy tylko on w tym szanownym towarzystwie uważał, że świecenie tyłkiem przed dwójką niemalże obcych ludzi jest co najmniej niestosowne?
-Chyba potrzebuję... eee... Trochę miejsca na ogon...- zauważył ostrożnie Nadim. Amir spojrzał na niego kątem oka i wybuchnął niepohamowanym śmiechem. No tak. Odwieczny problem psów.
-Zrobi się!- odparł wesoło gospodarz, chwytając za nożyczki i podchodząc do potomka wilków, który wydawał się być nieco przerażony. Amir nie mógł się temu dziwić, szczególnie, że jeszcze pamiętał drobnego Ahima, wybiegającego do nich z zakrwawionym nożem.
Ostatecznie jednak Nadim uzyskał efekt, jaki zamierzał, a Amir wyprosił całe towarzystwo i dopiero wtedy wynalazł dla siebie jakieś ubrania, niezbyt wygodne, przyciasne, przykrótkie, ale jednak lepsze od poprzednich. Przynajmniej nie wyglądał już jak żebrak. I tak nie pachniał.
Zszedł na dół, do sali. Gospodarz, tak jak dnia wczorajszego, szykował się już na przyjęcie gości, Nadim siedział przy stoliku, dyskutując wesoło z córkami Ahima, które wydawały się już mniej onieśmielone niż wczoraj. Amir oparł się o ścianę, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Najchętniej jak zwykle usiadłby przy kontuarze i napił się czegoś mocniejszego, ale tym razem wolał zorientować się prędzej, kiedy ta uprzejma i urocza panna zejdzie na dół. Nadal nie miał jednak pojęcia, co miałby właściwie zrobić.
Zabawa rozkręcała się, dokładnie tak jak wczoraj. Wciąż przybywało gości, grała głośna muzyka, pito, tańczono, śpiewano... Nadim uwolnił się w końcu od jakieś uciążliwej kobiety, która tańczyła z nim od kilkunastu minut, wyraźnie nie chcąc dać mu spokoju i podszedł do Amira.
-Wiem, co zrobimy- stwierdził, spoglądając na towarzysza z uwagą- Gdy zejdzie, podejdziesz do niej i porozmawiasz z nią trochę... Wyjdź z nią na zewnątrz, a ja po prostu przebiegnę i zabiorę jej ten wisiorek... Nie powinna się zorientować, o ile mnie nie zauważyła...
-Rzeczywiście, trudno cię nie zauważyć- rzucił drwiąco Amir, prychając cicho- Poza tym, nie zamierzam z nią rozmawiać.
-Dlaczego?- zdumiał się Nadim.
-Po prostu...- burknął w odpowiedzi mężczyzna, wzruszając ramionami- Nie mam o czym.
-Jesteś mężczyzną...- potomek wilków uśmiechnął się znacząco, zagryzając figlarnie wargę- A ona kobietą... Temat chyba zawsze się znajdzie...
-Skoro jesteś takim specjalistą od kobiet, to śmiało, nie krępuj się- odparł tylko Amir, wciąż wyraźnie poirytowany.
-W porządku. Tylko nie trzymaj się zbyt blisko mnie... Może uda mi się to załatwić w mniej brutalny sposób...- zaśmiał się serdecznie Nadim, co jednak niespecjalnie rozbawiło jego towarzysza, który prychnął ponuro.
-Masz okazję...- stwierdził, czując, jak kryształ na jego szyi drży lekko. Rozplątał rzemyk i zdjął pojemniczek z szyi, wrzucając go szybko do kieszeni spodni, nie chcąc, by ktoś to zauważył.
-Świetnie...- odpowiedział pogodnie potomek wilków, uśmiechając się do niego raz jeszcze, jakby z pobłażaniem, po czym zbliżył się do schodów, oczekując na schodzącą po nich kobietę. Wyglądała dokładnie tak samo jak wczoraj i tak samo jak wczoraj, sprawiała wrażenie, że zagryzie każdego, kto gotów będzie do niej podejść- Dzień dobry, łaskawa pani...- Nadim skinął jej lekko głową. Zatrzymała się przy nim na chwilę, spoglądając na niego w taki sposób, że Amir na miejscu towarzysza już by się wycofał- Czy zechciałaby pani...
-Nie rozmawiam ze zwierzętami- obwieściła mu dumnym, lodowatym tonem i ruszyła dalej, w kierunku drzwi.
Amir uśmiechnął się do towarzysza z czymś na kształt satysfakcji.
-Twoja kolej- zwrócił się do niego Nadim, jakby nie zrażony.
-Jak to „moja”?- burknął niechętnie mężczyzna.
-Idź i z nią porozmawiaj!
-Nie chcę z nią rozmawiać!
-Amir, na litość boską! Musimy mieć ten fragment!
-Więc jej go zabierz!
-Amir! Tu jest kilkadziesiąt ludzi!
Mężczyzna warknął coś gniewnie pod nosem, ale w końcu przemknął się szybkim krokiem przed salę i wybiegł za kobietą.
-Przepraszam... Przepraszam, panienko...- zwrócił się do niej, siląc na uprzejmość.
Zerknęła na niego kątem oka, nawet się nie zatrzymując. Zrównał się z nią krokiem.
-Chciałem cię bardzo przeprosić za zachowanie mojego sługi... Zabraniałem mu zaczepiać kobiet... Zdecydowanie szlachetniejszych od niego...- oświadczył.
Kobieta zatrzymała się na chwilę, wyraźnie zdumiona.
-Sługi...?- zapytała niepewnie.
-Tak.
-Ten... Ten osobnik... Był pana sługą...?
-Owszem- Amir skinął głową.
Ciemnowłosa spoglądała na niego z nieskrywanym zainteresowaniem.
-Więc kim pan jest...?- spytała otwarcie, po czym zmierzyła go uważnym spojrzeniem, krzywiąc się lekko na widok jego stroju.
-Jestem księciem, panienko. Nasz powóz został napadnięty, straciliśmy wszystkie kosztowności i rzeczy, więc musieliśmy się tutaj zatrzymać...- wyrecytował, nawet się nie zająknąwszy- Wysłałem pozostałą służbę z powrotem do zamku, żeby kogoś po mnie przysłali, a sam musiałem się zadowolić łaskawością gospodarza...
-Książę...- powtórzyła kobieta, patrząc na niego już znacznie łaskawszym okiem- Jak się nazywasz, panie i skąd pochodzisz?
-Nazywam się Amir. Jestem z królestwa Alitis, gdzie rządzi obecnie mój wuj... A ja jestem następcą tronu...- dodał, widząc, że każde kolejne słowo sprawia, że ciemnowłosa wydaje się być coraz bardziej zaintrygowana.
-Ach, tak...- zaśmiała się perliście, odgarniając pasemko włosów za ucho i chwyciła mężczyznę pod ramię- Zechcę mi pan towarzyszyć w tym nocnym spacerze...? Ta gospoda jest taka nieznośna, szczególnie późną porą...
Amir skinął głową, ruszając powoli do przodu. Obejrzał się za siebie, chcąc się zorientować, gdzie znajduje się potomek wilków, ale nigdzie go nie dostrzegł. Skrzywił się mimowolnie.
-Bo wie pan, ja jestem córką z bardzo szlachetnego rodu, kto wie, czy nie królewskiego nawet... Ale moi rodzice dawno już nie żyją, a ja się muszę tułać, bo nas wyklęli... Bo wie pan, my byliśmy bardzo specyficzną rodziną... A ja jestem specyficzną kobietą...- dodała, uśmiechając się znacząco i mrugając oczyma- Bardzo wymagającą...
-To dobrze...- mruknął w odpowiedzi Amir, niezbyt przytomnie. Gdzie u diabła podziewał się Nadim?!
-Więc też pomieszkuję w tej karczmie, chociaż nie powiem, żeby była to dla mnie sytuacja komfortowa! Co to są za ludzie, panie, nie ludzie, a zwierzęta! Ale gdzie mam się podziać...! Gdzie nie pójdę, tam w końcu mnie wygnają...
-To straszne, panienko.
-O, tak, straszne! A ja przecież jestem kobietą stateczną, wymagającą, ale stateczną! Ja przecież tylko szukam kąta dla siebie, tylko szukam ramienia do podpory, kogoś o dużym sercu i równie dużym majątku... Bo czy ja mam za duże wymagania, panie? Czy ja nie nadawałabym się na jakąś królewnę albo księżną...? A zamiast tego mieszkam tutaj, na jakiejś wsi, z dala od świata, wśród ludzi, którzy w ogóle mnie nie rozumieją! Sami prostacy, wieśniacy, rolnicy! Nie ma tu ludzi światłych, panie, o nie, nie ma...
Uśmiech na twarzy Amira zbladł i zaczął przypominać jakiś okropny grymas. Słuchał kolejnych słów kobiety, jej narzekań i wyrzutów, potakując jej mrukliwie i mając serdeczną ochotę uciec. Nadal nie dostrzegał nigdzie potomka wilków, nie miał pojęcia, czy ten w ogóle za nimi wyszedł. Zaczynał się coraz bardziej niecierpliwić.
-Bardzo ładny wisiorek...- rzucił w pewnym momencie, spoglądając na kobietę z uwagą.
-Prawda...?- uśmiechnęła się szeroko, dotykając czule fragmentu kryształu.
-Ja... Zajmuję się kolekcjonowaniem różnego rodzaju... kamieni... eee... wartościowych kamieni... I... Nigdy jeszcze takiego nie widziałem... Gdzie go kupiłaś, panienko...?
-Nie kupiłam go, to był prezent...- wyznała z rozrzewnieniem- Od pewnego serdecznego pana... Ale niestety, nie okazał się zbyt przyjemny- dokończyła srogo, zerkając na Amira jakby z przestrogą, po czym jej twarz znowu rozjaśnił uśmiech- Tak czy inaczej, jest doprawdy wspaniały...
-Skoro się panience źle kojarzy... Może warto go zmienić...- zasugerował ostrożnie.
-Ależ zmienię... Gdy dostanę ładniejszy...- odpowiedziała, spoglądając wciąż na swojego towarzysza.
-Eee... Nie wątpię, że panienka dostanie...- mężczyzna odkaszlnął nerwowo, czując się coraz bardziej skrępowany- Ale po co czekać?
Ciemnowłosa zmarszczyła brwi.
-Bo cierpliwość jest cnotą, panie- odparła, zerkając na niego podejrzliwie.
-Tak, ale... Ja mógłbym odkupić od pani ten kamień... Gdy tylko moja służba po mnie przyjedzie... Jestem pewien, że zarobi pani na nim bardzo wiele...
-Pamiątek się nie sprzedaje, szanowny panie.
-Owszem, ale... To jest pamiątka po kimś, kto nie jest miły pani sercu, prawda?
-Ale był.
-... A mnie ten kamień bardzo się podoba, więc gdyby pani mogła...
-O co panu chodzi?!- wybuchnęła wreszcie kobieta, odsuwając się gwałtownie.
Amir odetchnął głęboko, mając już dość tych wymysłów. Po prostu podszedł do kobiety i zerwał rzemyk wraz z fragmentem kryształu z jej szyi. Efekt był natychmiastowy. I porażający.
W ciągu sekundy, całe ciało kobiety pokryły długie, brązowe pióra, jej ręce przemieniły się w skrzydła, stopy wygięły, przyjmując kształt szponów, twarz wydłużyła się nieco, a jej rysy zaostrzyły wyraźnie. Kobieta wzbiła się wysoko w powietrze, by już po chwili z dzikim wrzaskiem ruszyć z całą mocą w kierunku oszołomionego Amira. Mężczyzna opadł na ziemię, w ostatniej chwili, nim ostre szpony natrafiły na jego skórę.
-Nadim!- krzyknął, przerażony- NADIM!
Jedną dłonią wydobył miecz, w drugiej wciąż trzymając odłamek kryształu i przeczołgał się do przodu. Kobieta zanurkowała ponownie z głośnym, rozrywającym piskiem. Amir przewrócił się na plecy, wyciągając broń przed siebie, ale ta istota nie zdążyła go nawet dosięgnąć. Jedno z jej skrzydeł przeszyła strzała, w reakcji na co zawyła głośno i zatoczyła koło, ponownie wznosząc się nieco.
-Jestem... Jestem...!- rzucił zdyszany Nadim, pojawiając się przy towarzyszu.
-Co tak długo?!- warknął z poirytowaniem Amir, śledząc wzrokiem krążącą nad nimi kobietę.
-Troszeczkę się... zagadałem... Przepraszam... Co to właściwie jest...?
-Twoja niedoszła towarzyszka wieczoru!
Niedoszła towarzyszka wieczoru Nadima ruszyła ku nim po raz kolejny. Po raz wtóry jednak, ubiegł ją potomek wilka, którego strzała znowu wylądowała w jednym z jej skrzydeł. Z warg istoty wydobył się potworny wrzask. Straciła ona równowagę, załopotała raz jeszcze ogromnymi skrzydłami i runęła na dół, prosto na drzewo. Amir usłyszał kilka donośnych jęków i dźwięk przywodzący na myśl łamiącą się kość. Wstał powoli i wraz z Nadimem ruszyli powoli do przodu, niepewnie. Ostatnie gałęzie ugięły się pod ciałem kobiety. Opadła na ziemię. Przez dłuższą chwilę nie ruszała się wcale, sprawiając wrażenie martwej. Całą jej twarz pokrywały sińce i zadrapania. Gdy jednak podeszli bliżej jeszcze o kilka kroków, zerwała się gwałtownie i wzniosła znów w powietrze.
-KŁAMCY! ZŁODZIEJE! NIECH WAS WSZYSTKICH PIEKŁO POCHŁONIE!- zawyła przeraźliwie i nagle zatrzymała się w górze, ze zdumieniem spoglądając na swoje odbicie w górnym oknie jakiegoś domu. Jęknęła ze zgrozą, jej oczy nabiegły łzami- POTWORY! POTWORY! ZWIERZĘTA!- załkała i raz jeszcze zatoczyła nad nimi dramatyczne koło, po czym odleciała i zniknęła w oddali.
Amir spojrzał na swojego towarzysza kompletnie zdezorientowany. Miał wrażenie, że jeszcze kilka takich niezwykłych spotkań, a naprawdę gotów będzie uwierzyć nawet w demona. Zza najbliższego budynku wyłonił się maleńki Ahim.
-Tu jesteście, panowie!- zawołał, zadowolony- Wiecie, wydawało mi się nawet, że ktoś krzyczał... Ach, tam, ach, tam...! Alkohol uderza do głowy! Cóż to za miny...?

-Uważam, że powinniśmy się wymieniać- stwierdził Nadim, wpatrując się w niego z uwagą.
Amir nawet nie zaszczycił go spojrzeniem, siedząc na jednym ze stogów siana i wpatrując się w pojemniczek, w którym znajdowały się teraz już dwa fragmenty. Żaden z nich nie reagował już teraz na obecność drugiego. Mężczyzna potrząsał lekko słoiczkiem, zaintrygowany i jednocześnie równie mocno sceptyczny. Takie maleńkie kamyczki miały mieć jakieś szczególne znaczenie... Dobre sobie...
-Amir- ponaglił go potomek wilków.
-O co chodzi?- mruknął niechętnie mężczyzna, szykując się do snu.
-Powinniśmy się wymieniać- powtórzył raz jeszcze Nadim- Nosiłeś już kryształ przez kilka dni, teraz moja kolej.
Mężczyzna spojrzał na niego z pełnym politowania uśmiechem i parsknął cicho.
-Jeszcze czego, psie...- odparł pobłażliwie, układając się na sianie, plecami do niego.
-Nie ufasz mi...?
Mężczyzna mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi, przymykając powieki. Potomek wilków nie dopytywał już dalej i również położył się. Amir musiał przyznać, że o ile z zasady nie darzył zaufaniem nikogo, komu ze spodni wystawał ogon, o tyle rzeczywiście, Nadim wydawał mu się jednostką NAWET godną zaufania. Bądź, co bądź uratował mu życie. No dobrze, nie przesadzajmy! Bez niego mężczyzna też na pewno świetnie dałby sobie radę! Ale współpraca z nim nie była aż tak tragiczna, jak się zapowiadała i właściwie, pomijając wszelkie spory światopoglądowe i fakt, że Nadim był psem, Amir byłby go w stanie nawet polubić. Ale pewnych kwestii jednak pominąć się nie dało.
Przysypiał już, gdy poczuł, jak ktoś dotyka jego szyi, chwytając za rzemyk.
-Nadim...?- warknął gniewnie w pierwszej chwili, ale gdy tylko otworzył oczy, przekonał się, że to nie jego towarzysz. Chwycił błyskawicznie za miecz i skierował go w stronę złodzieja, który cofnął się gwałtownie, po czym potknął się i upadł.
-Przepraszam... Przepraszam...- usłyszał czyjś zlękniony głos i dopiero, gdy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności, poznał tego człowieka. To był ten sam starszy mężczyzna, który z takim upodobaniem opowiadał mu zeszłego wieczora o tym, jaki ma stosunek do potomków wilków.
-Czego tu chciałeś?!- syknął rozgniewany Amir, podchodząc do niego bliżej. Starzec skulił się wyraźnie przerażony, usiłując się odsunąć.
-P-Przepraszam, ja tylko... Tylko... Proszę mi wybaczyć...
Ostrze miecza dzieliło od gardła tego człowieka ledwie kilka centymetrów. Amir spoglądał na mężczyznę z pogardą. Niewielu ludzi w tak szybkim czasie zaskarbiło sobie u niego równą niechęć. Tym bardziej ciężką do wyjaśnienia, iż jeszcze nie tak dawno zdawać by się mogło, że ten człowiek myśli i czuje dokładnie tak samo, jak on.
-Amir!- rzucił ostrzegawczo Nadim, stając u jego boku- Nie rób niczego głupiego.
-Głupiego...?- powtórzył mężczyzna, prychnąwszy głośno- Przyszedł tutaj i próbował nas okraść... Żeby tylko... Może nawet zabić. Mam go teraz puścić wolno...?
-Panie, panie!- starzec zalał się łzami, kręcąc gwałtownie głową- Przysięgam ci, przysięgam ci na wszystkich bogów, na wszystkie świętości, nie podniósłbym na was ręki! Widziałem tylko ten świecący kamień i wydawało mi się, że może być cenny... Błagam, nie zabijaj mnie!
Dłoń potomka wilków spoczęła na ramieniu towarzysza. Amir tylko wykrzywił lekceważąco wargi. Wyjaśnienia tego człowieka niewiele go obchodziły. Nawet, gdyby chciał ich jedynie okraść, zasłużył sobie na karę. Ale w to jakoś Amir nie wierzył.
-Mów prawdę- nakazał surowo.
-Panie, to jest najświętsza prawda!
-Kłamiesz!- warknął gniewnie, dotykając ostrzem jego skóry- Kto cię tu przysłał?! Kim jesteś?! Mów, albo nie wyjdziesz stąd cało!
-Panie, panie!- płakał wciąż starzec, składając dłonie jak do modlitwy- Ja naprawdę... Ja tylko chciałem... Wybacz, mi, panie...
-Kłamstwo!- przerwał mu z poirytowaniem Amir- Wszystko kłamstwo! Jeżeli nie stać cię nawet na to, by...
Poczuł, jak potomek wilków odciąga go gwałtownie do tyłu. Odwrócił się w jego stronę, wściekły.
-Co ty wyrabiasz?!- rzucił bez zrozumienia.
-Co ty wyrabiasz? Przecież ten człowiek już ci odpowiedział.
-Ach, tak!- parsknął z politowaniem Amir- I mam mu niby uwierzyć?! Widział nas! Widział kryształ! Chcesz go teraz puścić wolno?!
-Przecież nic się nie stało- stwierdził cicho Nadim.
-Skąd możesz wiedzieć, kto go tutaj przysłał?!- utrzymywał wciąż mężczyzna, nie zwracając uwagi na skomlenie starca i jego gwałtowne zaprzeczenia- Jesteś pewien, że nikt nas nie śledzi?!
-Puść go wolno- powtórzył raz jeszcze potomek wilków- Jesteśmy tutaj nowi, nie potrzebujemy kłopotów. Amir... To tylko stary człowiek...- stwierdził, wpatrując się w swojego towarzysza bez zrozumienia.
-Ten stary człowiek, zarżnąłby cię jak zwierzę- odparł lodowato mężczyzna, chowając broń- Wynocha- warknął do przerażonego starca. Ten niemalże natychmiast dźwignął się na nogi i wybiegł ze stajni- I pamiętaj, kto ocalił ci życie!- krzyknął jeszcze za nim, po czym zamknął drzwi i minął swojego towarzysza bez słowa wyjaśnienia, nawet na niego nie patrząc.
-O co chodzi...?- zapytał cicho Nadim- Czemu chciałeś go zabić?
-Może nie zauważyłeś, ale próbował nam coś ukraść. A konkretnie to- dodał, unosząc w dłoni pojemniczek z fragmentami kryształu- Wydawało mi się, że to twój stary pies utrzymywał, jak strasznie cenne są te kamienie, więc chyba powinno ci na nich bardziej zależeć.
-Przecież za kradzież nie każe się śmiercią. Tym bardziej za nieudaną.
-Skąd możesz mieć pewność, że chciał nas tylko okraść, co...?- mruknął z poirytowaniem mężczyzna- Widział kryształ. Może wie, kim jesteśmy. Może wie, co robimy. Może właśnie dlatego mu na nim zależało.
-O czym ty mówisz...?- nie rozumiał potomek wilków.
-Mówię o tym, że jeżeli my tego szukamy, to ktoś inny też może. I nie powinniśmy się czuć zbyt pewnie. Co?- dodał z politowaniem, widząc zdumione spojrzenie towarzysza- Twój stary pies cię nie uprzedził? Nie poinformował, że prawdopodobnie nie jesteśmy jedynymi osobami zainteresowanymi tym dziwactwem? O ile to prawda, a tak właśnie utrzymujesz, tak musi być. Więc może przydałoby się nam więcej ostrożności.
-Ostrożność nie polega na zabijaniu. A już tym bardziej na zabiciu starszego człowieka...- Nadim wpatrywał się w niego z niedowierzaniem- Naprawdę sądzisz, że on może nam jakoś zaszkodzić...?
Amir uśmiechnął się gorzko. Ciekawe, czy gdyby jego towarzysz siedział wczorajszego wieczora na jego miejscu i sam usłyszał te wszystkie piękne określenia, jakimi obrzucił potomków wilków, miałby o nim równie dobre zdanie.
-Właściwie to mnie to nie dziwi...- odparł, wzruszając ramionami- To przecież mógł być twój bóg- dodał złośliwie, kładąc się z powrotem na swoim miejscu.
Nadim milczał.
Pewnych barier po prostu nie dało się pokonać.

-Pamiętaj, panie, że u nas zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce!- mówił pełen wzruszenia gospodarz, ściskając Nadima raz po raz serdecznie i uśmiechając się smutno. Ostatnią godzinę spędził na przekonywaniu ich, by zostali tutaj jeszcze choćby tydzień, a może trzy dni, dzień... Trudno było zresztą dziwić się małemu Ahimowi. Chyba nigdy wcześniej nie miał w swojej gospodzie aż tak dużego ruchu. Ludzie, zwabieni zapewne wiadomością o pobycie potomka wilków, przychodzili tam, niby to na herbatę, to na jakiś posiłek, ale nie trudno było się domyślić, co tak nagle przyciągnęło ich do tego miejsca. Amir przyglądał się scenie pożegnalnej z cieniem politowania i rozbawienia jednocześnie- Oczywiście, ty też jesteś tu mile widziany, panie- dodał gorliwie Ahim, dostrzegając jego spojrzenie, ale zaraz znowu powrócił do potomka wilków, któremu chwilę temu podał spory tobołek- Zapakowałem namiot, nieduży i trochę zniszczony, ale chyba się do czegoś nada. No i prowiant. W sam raz na kilka dni wędrówki.
-Bardzo dziękujemy- odpowiedział Nadim, uśmiechając się do niego niepewnie, wciąż wyraźnie zakłopotany szczególnymi względami, jakie okazywał mu Ahim- Nie trzeba było...
Amir posłał mu pobłażliwe spojrzenie. Rzeczywiście, po co im coś tak banalnego jak namiot i pożywienie! Przecież można wciąż spać pod drzewem, czekając na to, aż staną się łupem dzikich zwierząt i żywić się leśnymi owocami!
-Ależ trzeba było, panie, trzeba! O! Chodź no jeszcze ze mną, panie, muszę cię z kimś zapoznać...- rzucił, uśmiechając się szeroko i już ciągnął za sobą Nadima za ramię w kierunku jakiegoś jegomościa.
Amir uśmiechnął się lekko pod nosem i ruszył powolnym krokiem w przeciwnym kierunku. Podejrzewał, że kolejny etap wystawy zwierząt, zajmie Ahimowi dużo czasu, nie miał ochoty tego oglądać. Przypatrywał się kolejnym budynkom i domom, spacerując niespiesznie i zastanawiając się nad tym, co jeszcze im się przytrafi. Biorąc pod uwagę ilość spotkanych przez nich, bez wątpienia niecodziennych istot, już zaczynał się niepokoić. Jego uwagę przykuła dość szczególna budowla. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jest to świątynia, chociaż dużo bardziej niepozorna i skromna niż te, które znał ze swoich okolic. Wszedł do środka. Wnętrze nie było ani bogato zdobione, ani jakoś szczególnie wyposażone. Sala była naprawdę niewielka, kilkanaście metrów przed nim, na kamiennym podwyższeniu, znajdował się nieduży ołtarzyk, obok niego dwie mosiężne świece. W samym końcu pomieszczenia, wystrugany z drewna posąg jednego z bóstw, Aerisa, odpowiadającego podobno za deszcze i silne wiatry. Podobno nie był on bogiem szczególnie przyjemnym w obyciu, znany był ze swoich różnorodnych kaprysów i przez to każda społeczność utrzymująca się z rolnictwa wolała być z nim w dobrych stosunkach. Czyli krótko mówiąc – składała mu hojne ofiary.
Ze skutkami bywało różnie. W razie klęski zawsze można było stwierdzić, że Aerisa ktoś podle uraził, dano mu zbyt mało, zbyt dużo albo po prostu miał gorszy dzień. Gorszy wiek. Gorszą wieczność. Bogowie, doprawdy, bywają niekiedy bardziej uciążliwi niż ludzie.
Amir wpatrywał się przez chwilę w posążek, jakby wahając się. Nie był znany ze swojej wielkiej wiary, a raczej z krytycyzmu wyrażanego często w niezbyt wybrednych słowach wobec kapłanów. Nie znaczyło to jednak bynajmniej, że bogów nie uznawał, wprost przeciwnie. Z zasady podchodził niechęcią do większości warstw społecznych, szczególnie tych, które zbijały majątek na ludzkiej głupocie i naiwności. A w tych dziedzinach przodowali kapłani i arystokracja. Mimo to, zdarzało mu się modlić i składać ofiary, chociaż nie odbywało się to zbyt często. Może dlatego za każdym razem, gdy wchodził do tego rodzaju świętego miejsca, odczuwał coś na kształt wstydu i zaniepokojenia.
-Witaj...- odezwał się, spoglądając na posąg i czując się jednocześnie jak skończony kretyn. Właściwie z bogami wszystko byłoby jak najbardziej w porządku, gdyby nie jeden, drobny, naprawdę drobniutki szczegół – nigdy nie odpowiadali. A przynajmniej nie tak, by on, człowiek niezbyt uduchowiony i wyjątkowo sceptyczny mógł to rozumieć. Pośredników raczej nie uznawał. Nie widział powodu, dla którego istniejące od zawsze istoty, które były w stanie skutecznie namieszać każdemu śmiertelnikowi w życiu, nie mogły się z nim skontaktować- Dawno ze sobą nie rozmawialiśmy... To znaczy ja dawno do ciebie nie mówiłem... Nie modliłem się... Boże... Cóż...- odkaszlnął nerwowo. Posąg stał jak stał, równie nieruchomy i równie milczący (na całe szczęście), a mężczyzna z chwili na chwilę czuł się coraz bardziej zdenerwowany. Zawsze miał w takich chwilach wrażenie, że ktoś go obserwuje, język mu się plątał i ciężko było mu mówić cokolwiek. Uznał jednak, że skończenie rozmowy z bogiem na słowie „cóż” byłoby co najmniej niestosowne, więc kontynuował- Wiesz pewnie, że mam przed sobą zadanie... To znaczy, nie jestem pewien, czy wiesz, ale... Tak, mam przed sobą zadanie. Wyruszyłem na pewną wyprawę... To znaczy ja i mój pies wyruszyliśmy... To znaczy on nie jest mój i psem właściwie też nie jest. Jest potomkiem wilków. Nazywam go psem tak dla zasady- wyjaśnił pospiesznie- Ma na imię Nadim... Taak...- odkaszlnął znowu, jeszcze mniej pewny siebie- Więc ja i Nadim mamy przed sobą ważne zadanie. A z racji tego, że chciałbym dożyć sędziwego wieku, a jeszcze przed jego osiągnięciem wrócić do domu, nie ukrywam, że byłoby bardzo uprzejmie z twojej strony, gdybyś wstawił się za nami u reszty bogów... Bo te ostatnie niespodzianki naprawdę nie są przyjemne- stwierdził ostro- To znaczy bardzo mi miło, że żyję, ale byłoby mi jeszcze milej, gdyby nic podobnego już mnie nie spotkało... Przy okazji mógłbyś się też trochę zająć Nadimem... Wiem, że innowiercy raczej nie podlegają pod twoje kompetencje, ale mimo wszystko... Ewentualnie możesz porozmawiać z tym jego bogiem-który-jest-wszystkim... O ile istnieje... Bo coś czuję, że jeśli istnieje, to wszystko jego sprawka... Wiadomo, bóg psów... Ale ten pies nie jest nawet taki zły. Jak na psa oczywiście. Więc... Gdybyś mógł... Byłoby mi naprawdę, naprawdę miło... Tak... Więc... Dziękuję z góry- zakończył kulawo, wycofując się powoli- Gdybyś mógł dać jakiś znak, że mnie zrozumiałeś to...
Mosiężny świecznik łupnął o podłogę. Amir znieruchomiał, przerażony.
-Prz... Przepraszam...- usłyszał czyjś pisk i w pierwszej chwili spojrzał z osłupieniem na drewniany posąg. Dopiero po chwili dostrzegł wyłaniającą się na czworakach zza ołtarzyka dziewczynę. Jedną z córek gospodarza. Spąsowiał- Nie chciałam przeszkadzać...- wyjaśniła wstydliwie.
-N... Nic się nie stało...- bąknął, opuszczając świątynię w te pędy.
Pognał z powrotem do Nadima, którego po raz kolejny żegnał poruszony gospodarz i mruknął:
-Idziemy, psie.
-Co się stało?- zapytał zdumiony potomek wilków.
-Nic... Po prostu chodź- odparł niechętnie mężczyzna, przyspieszając kroku.
Bogowie byli naprawdę dowcipni.

piątek, 21 października 2011

Dobry wieczór :)

Rozdział troszeczkę wcześniej niż zwykle, mam nadzieję, że komuś tym poprawię humor ;). Czekam na jakąś chwilę wolnego czasu, bo nawet nie wiem w którym momencie, znika mi kilka godzin w ciągu dnia. I te kilka godzin spędzam najczęsciej na twórczym nic-nie-robieniu. W dodatku jestem przeziębiona, a zaczynam mieć lekkie obawy, że to chyba jednak grypa żołądkowa, więc... Szykuje mi się naprawdę wesoły tydzień :).

Wam robaczki, życzę dużo zdrowia i dobrego humoru, biorąc pod uwagę szarość za oknem, na pewno się przyda :).

Enjoy.

15. Coraz bliżej... [LPoH]

Najwyraźniej mój gust różnił się od gustu Andy'ego nie tylko w kwestii szeroko pojętej mody czy stylu. Nie żebym sądził, że jest inaczej, ale jednak nosiłem w sobie odrobinę nadziei, że nie będzie nam się zbyt trudno dogadać w kwestii wystroju jego pokoju, ale nasza wizyta w sklepie meblowym raz na zawsze tę nadzieję rozwiała. Rudowłosy z fascynacją oglądał wszystko, co było w ciemnych kolorach i co można było zaliczyć do jakichś wyjątkowych dziwactw. Ja natomiast, niczym przykładny ojciec, wyobrażałem sobie, że jego nowy pokój będzie istną oazą spokoju, będzie jasny, dobrze oświetlony, wypełniony drewnianymi meblami, które wpasują się idealnie w całą tę harmonię (i czerwone ściany)... A Andy niczym grzeczny uczniak będzie się w nim czuł dobrze i swobodnie. Oczywiście Andy'ego w żadnym razie nie można było nazwać grzecznym. Uczniakiem zresztą też nie.
-Zobacz, Mitch...- westchnął, usadawiając się na długiej, czarnej, skórzanej kanapie, zresztą nie pierwszej tego rodzaju, która przypadła mu do gustu. Nie na pierwszej również rozłożył się tak wygodnie i być może to właśnie było przyczyną, dla której jedna ze sprzedawczyń nieustannie krążyła gdzieś wokół nas. Albo po prostu wyczuła, że nie będą to małe zakupy...- Jest genialna...- stwierdził z zachwytem- Powiedz, Mitch, genialna, prawda? Bardzo, bardzo chciałbym ją mieć...
Andy pogłaskał mebel z taką czułością i oddaniem, że przez chwilę zachciałem być tą właśnie kanapą.
… Boże. Nawet, jeżeli można upaść jeszcze niżej, to na pewno niewiele mi do tego upadku brakuje.
-No nie wiem, Andy...- odkaszlnąłem niepewnie- Jest dosyć duża, nie wiem, czy się zmieści...
-Musi się zmieścić!- oświadczył rudzielec z taką determinacją, jakby w razie czego zamierzał osobiście przesuwać ściany.
-Momencik... Gdzieś tu miałem wymiary...- wymamrotałem, wyjmując z kieszeni złożoną kartkę, ale wymiary nie były tym, co Andy'ego jakkolwiek obchodziło.
-Och, proszę, Mitch!- jęknął błagalnie, wtulając się w mebel, który rzeczywiście wyglądał jak wyniesiony prosto z jakiegoś klubu, więc może i dobrze odnalazłby się wśród tych nieszczęsnych, czerwonych ścian- Mogę nawet nie mieć łóżka! Będę spał na niej! Mitch, och, proszę, proszę...
I to jest moment, w którym powinienem wykazać się chociażby odrobiną asertywności i logicznego myślenia, i dostrzec, że Andy absolutnie musi mieć łóżko i skórzane kanapy nie wchodzą w grę, szczególnie tej wielkości. Ale ja tylko stoję i patrzę na niego ze zwyczajowym uwielbieniem, a on patrzy na mnie, tymi swoimi pięknymi, zielonymi oczyma i po chwili sam już nie wiem, co właściwie miałem powiedzieć i dlaczego miałbym mówić cokolwiek.
-Andy...- zacząłem mimo wszystko, z trudem powracając do rzeczywistości- Nie wiemy nawet, czy ta kanapa jest na magazynie, ile czasu zajmie dowóz... Zawsze możemy poszukać czegoś innego...
-Dostawa może być nawet dziś- pospieszyła z pomocą krążąca nieopodal sprzedawczyni, uśmiechając się do nas iście firmowym uśmiechem. Westchnąłem głęboko.
-Widzisz, Mitch?- podchwycił Andy, nie przestając wpatrywać się we mnie błagalnie- To absolutnie najwspanialsza kanapa na świecie. I wcale nieb jest droga. Och, Mitch, nie daj się prosić...
-Najpierw znajdźmy łóżko, dobrze?- uśmiechnąłem się nerwowo, czując, że jak tak dalej pójdzie, nie tylko zgodzę się na ten zakup, ale jeszcze sam przeniosę mu tą kanapę do domu. Słowo daję, jestem żałosnym człowiekiem- Jeżeli wszystko będzie pasowało i zostanie miejsce, wtedy wrócimy i kupimy kanapę...
… Już ja zadbam, żeby tego miejsca nie było.
-Okej- zgodził się chłopak, wzruszywszy ramionami i podniósł się z miejsca, po czym ruszyliśmy dalej, a w ślad za nami wyjątkowo pomocna sprzedawczyni.
-Masz już coś konkretnego na myśli?- zagadnąłem go ostrożnie, już zaczynając się bać kolejnego, rewolucyjnego pomysłu.
-Czy ja wiem, Mitch...- zastanowił się przez chwilę, po czym skinął głową- Cóż... Łóżko powinno być raczej wygodne, nie? No i duże... W sam raz na dwóch...- dodał ze złośliwym uśmiechem, przyspieszając kroku, a ja zostałem w tyle, przeżywając stan bliski zawałowi. Obejrzałem się z lękiem na idącą za nami kobietę, ale wyglądało na to, że ta albo nie dosłyszała, albo nie zrozumiała słów chłopaka.
Dogoniłem go prędko. Dalsze pytania postanowiłem sobie darować.
I weszliśmy w dział w całości poświęcony wyposażeniu biura. Pełno szafek, biurek, szuflad i komód, wszystko oglądałem dokładnie i sprawdzałem, zatrzymywałem się przy tych meblach, które wydawały mi się wyjątkowo godne uwagi, a Andy sprawiał wrażenie znudzonego. Znudziła się też sprzedawczyni, która zainteresowała się nagle innymi klientami, ku mojej głębokiej radości. W końcu obejrzałem uważnie jedno z biurek, bardzo ładnie wykończone i wyglądające na stabilne, a poza tym nawet pasujące do tych strasznych ścian, po czym stwierdziłem:
-Powinniśmy je kupić.
-Co...?- Andy spojrzał na mnie krzywo- Mitch, po co mi biurko?
-No... Od przyszłego roku pójdziesz do szkoły, więc...- zacząłem, ale przerwał mi głośny śmiech chłopaka.
-Chyba sobie żartujesz...- rudowłosy spojrzał na mnie z politowaniem i pokręcił głową- Co ty masz z tą szkołą? Nie potrzebuję jej. Radzę sobie bez tego.
-Musisz skończyć szkołę.
-Dlaczego „muszę”?- parsknął, unosząc brew- Szkoła jest do niczego.
-Andy... Po liceum, idzie się na studia i wtedy zdobywa się wyższe wykształcenie...- zacząłem cierpliwie, już czując, że niełatwo będzie go przekonać- Wybierzesz sobie jakiś kierunek, nauczysz się wszystkiego, co potrzeba i zdobędziesz dobry zawód.
-No jasne, Mitch, ty jesteś po tych wszystkich szkołach, a jakoś siedzisz w domu- burknął z irytacją.
-Ale stać mnie i na to biurko, i na twoją kanapę- zauważyłem.
Andy milczał przez dłuższą chwilę, wpatrując się we mnie z uwagą, jakby zastanawiał się nad moimi słowami i przez chwilę miałem nadzieję, że rzeczywiście udało mi się go przekonać, ale w końcu wzruszył jedynie obojętnie ramionami.
-Ciekawe jak mnie zapiszesz do jakiejś szkoły, skoro nie mam żadnych dokumentów.
-Jakoś zapiszę.
-Tak?- uśmiechnął się kwaśno- A jesteś pewien, że nie odeślą mnie do domu, jak się dowiedzą, że uciekłem z domu i nie mieszkam z rodzicami...?
Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, ale umilkłem. Nie miałem pojęcia. Nigdy wcześniej nie patrzyłem na to w ten sposób.

Ostatecznie wybraliśmy wszystko, co było potrzebne, obyło się też bez skórzanej kanapy i innych dziwactw, o których Andy w pewnym momencie zupełnie zapomniał, pochłonięty już wybieraniem czegoś innego. Dostawę mebli zaplanowaliśmy na pojutrze, na jutro wynająłem już robotników, którzy mieli zająć się malowaniem i podłogą. Miałem nadzieję, że wszystko pójdzie tak, jak należy.
Wracaliśmy do domu. Andy szedł obok mnie, opatulony długim, szarym szalem, który w ogóle nie pasował do jego pozostałych ubrań, zresztą nic dziwnego, skoro należał do mnie. Nie odzywał się zbytnio. Był zamyślony, wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą, a ja mogłem na niego bezkarnie spoglądać raz po raz, zastanawiając się nad tym, co tak zaprząta jego głowę.
-Ej, Mitch...- rzucił w końcu, posyłając mi uważne spojrzenie- O co ci chodzi z tą szkołą, co? Sądzisz, że jestem dla ciebie za głupi?
-Wprost przeciwnie- zaprzeczyłem stanowczo, kręcąc głową- Uważam, że jesteś wyjątkowo inteligentny i szkoda byłoby to zmarnować.
Rudowłosy uśmiechnął się kwaśno pod nosem.
-Tak...?- spojrzał na mnie z politowaniem, po czym zapytał prowokująco- Więc w czym niby przejawia się ta moja... wyjątkowa inteligencja, co...?
-Jesteś bardzo zaradny życiowo- stwierdziłem, uśmiechając się do niego lekko. Naprawdę tak sądziłem. Uciekł z domu w młodym wieku, bardzo szybko musiał zacząć sobie radzić sam, nie wyglądało na to, żeby wpakował się w jakieś poważne kłopoty, nie licząc kilku nieprzyjaźnie wyglądających panów, którzy wlekli się za nim pod moją kamienicę. Ale przecież tak często słyszy się o dzieciakach, które zaczynają brać narkotyki, pić albo... Albo robić inne, jeszcze bardziej straszne rzeczy. I niewiele brakowało, by Andy posunął się do czegoś podobnego. CHYBA niewiele brakowało.
-No tak- zaironizował, przewracając oczyma- Mieszkam ze starszym od siebie facetem, który śpi na kasie... Rzeczywiście, zaradność życiowa godna pozazdroszczenia...
-Nie to miałem na myśli. Chodzi mi o to, że wielu ludzi w twoim wieku nie dałoby sobie rady samemu w dużym mieście... A ty jakoś sobie poradziłeś. To z pewnością świadczy o inteligencji.
-Jasne...- rzucił po raz kolejny, uśmiechając się gorzko. Miałem wrażenie, że nie wierzy w ani jedno moje słowo, traktując je jako kłamstwa albo wymówki- Bo ucieczka z domu w wieku czternastu lat z jakimś idiotą, jest rzeczywiście przejawem inteligencji...
-Och, Andy...- westchnąłem ciężko, kręcąc głową- Dobrze wiesz, że i tak nie będę mógł cię przegadać. A to też o czymś świadczy- dodałem znacząco.
Rudowłosy zastąpił mi drogę, stając przede mną i zmuszając mnie do tego, bym również się zatrzymał. Spojrzałem na niego pytająco.
-To raczej świadczy o bezczelności- stwierdził dobitnie, nie przestając wpatrywać się we mnie przenikliwie- Ale na pewno nie o inteligencji.
-Andy, posłuchaj...- zacząłem raz jeszcze cierpliwie, ale nie potrafiłem zachować przy nim długo spokoju- Jesteś taki... Taki...- ...piękny- Taki dojrzały i... i...- ...piękny- …i wygadany... I bardzo, bardzo...- … piękny!- I bardzo... bardzo... bardzo inteligentny w każdym razie- zakończyłem kulawo, czerwieniąc się po czubki uszu. Jestem beznadziejny. Stoi przede mną najwspanialszy chłopak na świecie, a jedyne określenie odnośnie jego osoby, jakie przychodzi mi na myśl brzmi: „piękny”. Bo jest piękny, ale przecież nie to mi tak bardziej imponuje. Chyba nie. Sam już nie wiem. Boże, przecież ja nie interesuję się szesnastolatkami, jestem zdrowym, normalnym mężczyzną, ale to jest Andy i... I nagle wszystko się komplikuje.
-Oj, Mitch, Mitch...- chłopak wybuchnął głośnym śmiechem, zapewne na widok mojej kompletnie zdezorientowanej miny, po czym chwycił mnie pod ramię i ruszyliśmy dalej przed siebie, wchodząc już na nasze osiedle- Jesteś najfajniejszym staruchem jakiego znam- dodał i jestem pewien, że był to z jego strony świadomy akt okrucieństwa. Jęknąłem mimowolnie na to określenie- Żartuję, żartuję...- parsknął ugodowo, a ja spojrzałem na niego z czymś na kształt ulgi. Która minęła, gdy chłopak wspiął się na palcach i nachylił w moim kierunku, by szepnąć w końcu- … Znałem fajniejszych.
I śmiejąc się głośno, puścił mnie, a następnie ruszył biegiem przed siebie. Westchnąłem, wlokąc się za nim powoli i również się uśmiechając, chociaż dosyć smętnie. Wiedziałem przecież, że to był tylko żart, ale i tak zrobiło mi się przykro. Ja naprawdę czułem się przy nim stary. Diabelnie stary. Nie dziwię się wcale, że facetom w pewnym wieku odbija i starają się siebie odmładzać, szczególnie, jeżeli mają młodsze partnerki. Tudzież partnerów. A Andy jest przecież dwa razy młodszy. Między nami jest przepaść. Szesnastoletnia. Kiedy ja byłem w jego wieku, jego jeszcze nie było na świecie. Kiedy zaczynałem studia, on pewnie dopiero uczył się chodzić. Gdy studia kończyłem, on zapewne szedł do podstawówki. Patrząc na to z tej perspektywy, to zdecydowanie nie jest normalne. Ale właściwie... Dlaczego miałbym się ograniczać? Hugo jest prawie w takim samym wieku, co ja, a miał pełno młodszych kochanek.
… No dobrze. Żadna z nich nie miała szesnastu lat.
Zresztą, o czym ja myślę. Andy w życiu by mnie nie chciał. A nawet, gdyby chciał, to miałby powód, żeby mnie chcieć, a to byłoby niestosowne. W ogóle cały nasz układ byłby niestosowny, gdyby opierał się na seksie. Dlatego jest... czysty. Platoniczny. Oparty tylko na... na tym, że ja zgrywam Świętego Mikołaja i udaję, że absolutnie mnie nie pociąga, a on nieustannie stroi sobie ze mnie żarty i mnie prowokuje, pewnie zdając sobie sprawę z tego, że jest inaczej.
Gdy doszedłem do Andy'ego, zauważyłem, że stoi przy osiedlowym sklepiku. Spojrzałem na niego pytająco.
-Mówiłeś, że nie mamy mleka- stwierdził.
-A... Ach, tak...- odkaszlnąłem nerwowo, zaglądając niepewnie do środka. Ten młody chłopak właśnie obsługiwał jakąś panią- Ale to nic...- stwierdziłem, parsknąwszy cicho- Pójdę na zakupy jutro.
-Żartujesz, Mitch?- Andy zaśmiał się cicho- Ty przecież nic innego nie pijesz! A poza tym bez mleka, zostanę skazany na twoją jajecznicę! Chodź- chwycił mnie za dłoń i pociągnął za sobą do środka. Serce podeszło mi do gardła. Kobieta minęła mnie w progu i wyszła. Zostaliśmy w tym sklepie sami.
-Czym mogę służyć...?- mruknął ten chłopak obojętnie. Miałem nawet wrażenie, że mnie nie poznał.
-Poproszę mleko...- pisnąłem dosyć cienko. Andy był zajęty wybieraniem chipsów.
-Karton czy butelka?
-W kartonie.
Rudzielec położył na ladzie paczkę chrupek i stanął obok mnie, rozglądając się dookoła.
-Tu wcale nie jest tak drogo, jak mówiłeś...- dodał, spoglądając na to, co chłopak nabijał na kasę. Ale jego mina zrzedła, gdy tylko usłyszał:
-Dziesięć funtów.
-C... Co?! Ile?!- wykrzyknął Andy, zerkając na to, co wyświetlało się na kasie- Chyba coś ci się pomyliło!- parsknął, zapewne sądząc, że to rzeczywiście jedynie pomyłka, ale ja już wiedziałem, co się szykuje.
-Nie- odparł bezczelnie sprzedawca, uwieszając się na ladzie- Nic mi się nie pomyliło. Mój sklepik, moje ceny. Dla każdego mogę ustalać takie, jakie mi się podobają.
-Czyżby...?- syknął gniewnie Andy.
-Właśnie tak- odparł chłodno tamten, zupełnie niewzruszony.
-Andy, może stąd pójdziemy...- zaproponowałem ugodowo. Bóg mi świadkiem, chciałem się chociaż raz zachować odważnie i jakoś mu zaimponować, ale jedynym przejawem odwagi, jaki teraz przyszedł mi na myśl, było po prostu zostawienie tego wszystkiego w cholerę i wrócenie do domu. Wiedziałem jednak, że rudowłosy na tym nie poprzestanie.
-Ty wiesz w ogóle, kto to jest...?- zapytał rudzielec, wskazując na mnie. Jęknąłem głucho. O tak, wiedział aż za dobrze.
-Pan architekt, kasy w bród- odpowiedział mężczyzna, uśmiechając się nieprzyjemnie- Jak jest leniwy, to musi więcej zapłacić, to oczywiste.
-A wiesz, że ten pan architekt może w tym momencie zadzwonić na policję i powiedzieć, w jaki sposób prowadzisz ten swój sklepik, a zapewniam cię, że nie robisz tego zgodnie z prawem...?
-Ta...?- zaśmiał się mężczyzna- A jak mi to udowodni?
-Odpowiedz sobie sam- rzucił Andy, uśmiechając się drwiąco- To on jest sławnym architektem, śpiącym na kasie. A ty jesteś sklepikarzem. Komu uwierzą...?
Sprzedawca spojrzał na Andy'ego, chcąc zapewne wyglądać na kogoś stanowczego, ale chyba rzeczywiście przestraszył się jego słów. Chwilę później znowu przeniósł spojrzenie na mnie. Ostatecznie mruknął coś niechętnie pod nosem, a ja zapłaciłem dokładnie tyle, ile pokazało się na wyświetlaczu i razem z zakupami wyszliśmy.
-Co za idiota!- krzyknął rudowłosy, ledwie przekroczyliśmy próg sklepu- Sami idioci! Wszędzie! Nie mam pojęcia, jak ty możesz żyć pośród tych wszystkich ludzi! I dawać sobą tak pomiatać! Mitch! Jesteś bogatym, wykształconym facetem, rany! Powinieneś ich wszystkich zagiąć w dwóch słowach!
-Wiem...- szepnąłem zawstydzony, ale w rzeczywistości byłem kompletnie bezradny. Nie potrafiłem nikomu dogadać, wycisnąć z siebie nawet słowa, byłem zbyt uległy, zbyt przerażony i zbyt mało asertywny. Ale Andy dawał sobie radę świetnie- Ty jesteś bardziej błyskotliwy... Więc chyba do co twojej inteligencji miałem rację- dodałem, uśmiechając się lekko.
-Dobra, dobra, przestań chrzanić o tej szkole, Mitch...- burknął chłopak z udawaną złością, ale już na pierwszy rzut oka widać było, że zrobiło mu się miło.
Uśmiechnąłem się lekko pod nosem.
Andy, ach, Andy.

Leżeliśmy razem na łóżku w mojej sypialni. Nawet nie wiem, w którym dokładnie momencie, Andy przyszedł i położył się tuż obok mnie, oglądając ze mną jakiś program, ale było mi przy nim tak dobrze i ciepło, że w ogóle nie miałem ochoty wstawać, chociaż dawno już powinienem był zabrać się za zrobienie jakiejś porządnej kolacji. Na szczęście jego obecność nie działała na mnie równie intensywnie jak w nocy. Czułem, co prawda, wyraźne mrowienie w podbrzuszu, a gdy poruszał się lekko, ocierając o mnie, moje ciało przeszywał dreszcz. Ale tego na szczęście Andy zaobserwować nie mógł, a mój umysł pozostawał jeszcze stosunkowo spokojny i nie zawładnęły nim żadne niepoprawne fantazje. Głowę miał opartą na mojej klatce piersiowej, jego dłoń spoczywała na moim brzuchu.
-Ej, Mitch...- zaczął w końcu, zerkając na mnie z ciekawością. Spojrzałem na niego pytająco, czując jednocześnie to samo ukłucie niepokoju, które czułem zawsze, gdy patrzył na mnie w taki właśnie sposób. Bo to oznaczało jedno. Niewygodne pytania- Masz jakiś kompleks na punkcie swojego wieku...? Chodzi mi o to, że dziwnie reagujesz, gdy coś o tym mówię...
-Nie, nie mam- skłamałem bezczelnie, czerwieniąc się lekko- Tylko... Tylko po prostu uważam, że nie jestem aż tak stary- dodałem po chwili wahania.
Bzdura. Ja jestem stary. Koszmarnie stary. Słyszę już, jak kostucha stuka do moich drzwi.
… No dobrze, nieco przesadzam. Właściwie to słyszę jedynie, jak nasz sąsiad z dołu przybija coś młotkiem, ale tak czy inaczej, nigdy wcześniej nie czułem się tak źle ze swoim wiekiem. Kiedyś, kiedy patrzyłem na lustro, widziałem po prostu siebie. Teraz widzę jakiegoś starego, zmęczonego człowieka, zabiegającego o względy młodziaka, który w życiu nie zwróci na niego uwagi. I tak, możecie mi wierzyć, że mogę to wszystko wyczytać ze swojego odbicia. Aż strach pomyśleć, jak widzą mnie inni ludzie...
-No jasne, że nie jesteś- odparł spokojnie Andy- To tylko takie żarty... A poza tym, wiesz jak to jest z facetami, zawsze szukają sobie młodszych... Szczególnie...- odkaszlnął znacząco, unosząc brew- No wiesz...- dodał konspiracyjnie.
-Nie wiem...- odparłem niepewnie.
-Geje.
-Nie jestem gejem- zaprotestowałem niemalże odruchowo.
Andy uśmiechnął się z politowaniem.
-Więc jesteś hetero?
-Tak- odpowiedziałem, starając się brzmieć pewnie i stanowczo, ale zdradzał mnie zapewne widniejący na mojej twarzy rumieniec. Nie, heteroseksualny chyba nie byłem. Problem w tym, że gejem chyba też nie byłem. Zresztą, sam już nie wiem. Nigdy nikt nie podobał mi się w taki sposób... Powinienem być chyba oficjalnie andyseksualny. Albo raczej jestem andyholikiem. I powinno się mnie zamknąć, odizolować i długo leczyć.
-Czujesz dyskomfort, gdy obok ciebie leżę...?- zapytał z zaintrygowaniem.
Zastanowiłem się chwilę, zdając sobie sprawę z tego, że właściwie żadna odpowiedź nie będzie dobra. Jeżeli powiem, że nie, wyjdzie na to, że ta sytuacja jest dla mnie normalna, więc może naturalnie się czuję, leżąc w dość... nietypowej pozycji, obok drugiego mężczyzny, niemalże go przytulając. Jeżeli z kolei powiem, że tak, będzie to jednocześnie oznaczało przyznanie się do tego, że czuję pewien rodzaj napięcia, a to zdradzi mnie jeszcze bardziej. Zbyt dobrze znałem Andy'ego, by wierzyć, że zadowoli się krótkim stwierdzeniem.
Od niewygodnej odpowiedzi wybawił mnie jednak dźwięk mojej komórki. Zerwałem się nieco zbyt gwałtownie, zaczynając szukać jej chaotycznie na stoliku nocnym. Rudzielec wstał z łóżka i podszedł do komody, po czym przyniósł mi mój telefon, nie przestając spoglądać na mnie z nieskrywaną ciekawością.
-Dziękuję- uśmiechnąłem się do niego nerwowo, po czym usiadłem przy łóżku i odebrałem- Słucham...?- rzuciłem do komórki. Rudzielec usadowił się tuż obok mnie i przycisnął się do mnie mocno, jakby chciał usłyszeć mojego rozmówcę.
-Cześć, Mitch, jak tam zdrowie?- usłyszałem rozbawiony głos Hugo.
-W porządku...- uciąłem krótko, nieco skrępowany obecnością chłopaka. Szybko jednak zorientowałem się, że znając mojego przyjaciela, sprowadzi rozmowę na niekoniecznie poprawne tematy, więc zapytałem prędko- Jak tam Andrea...?
Na wargach Andy'ego wymalował się pobłażliwy uśmieszek.
-To nie jest rozmowa na telefon, staruszku...- … znowu słyszę kostuchę- Znajdziesz dla mnie trochę czasu?
-Jasne.
-Wpadnę jutro.
-Nie, nie!- zaprotestowałem gwałtownie- Jutro nie, mam... Mam remont...- przyznałem.
-Remont...?- usłyszałem w głosie Hugo zdumienie, a chwilę później wybuchnął śmiechem- Mitch, naprawdę mógłbyś wymyślić lepszą wymówkę...
-To nie jest wymówka... Naprawdę mam remont.
-Serio...? Co remontujesz...?
-Ten mały pokój- odpowiedziałem. Wiedziałem, że Hugo zacznie pewnie zaraz wypytywać o szczegóły, zmyślanie przy Andy'm nie byłoby rozsądne i mogłoby sprawić, że zacząłby mnie podejrzewać o nieszczerość (… całkiem przecież niesłusznie, naprawdę...)- Opowiem ci wszystko jak się spotkamy, za kilka dni, może w poniedziałek. Zadzwonię.
-Coraz bardziej mnie zaskakujesz, Mitch... Trudniej się z tobą umówić niż z tą blondyneczką z księgowości... Masz jeszcze w planach jakieś rewelacje? Telefony, przebieranki, remonty... Szykuje się jakaś operacja plastyczna...? Uprzedź mnie wcześniej, co?
-Bardzo zabawne, Hugo- parsknąłem cicho, po czym pożegnałem się z nim i rozłączyłem.
Andy spoglądał na mnie jakoś dziwnie. Odkaszlnąłem skrępowany i ruszyłem do kuchni. Poszedł w ślad za mną.
-Kim jest ten Hugo...?- zapytał, zatrzymując się w drzwiach.
-Mówiłem ci, to mój przyjaciel, ten, który cię tutaj przyprowadził- powiedziałem, nawet na niego nie patrząc, przelewając mleko do garnka i włączając gaz.
-A Andrea...?
-Andrea to kobieta, która mu się podoba. Na tą chwilę. Chyba- dodałem, bo co do obecnych fascynacji Hugo pewnym być nigdy nie mogłem.
-Jesteś o to zły...?
-Nie- spojrzałem na niego ze zdumieniem- Dlaczego?
Wzruszył ramionami.
-Więc kto podoba się tobie?
-N... Nikt...- wyjąkałem, uśmiechając się nerwowo.
-Niemożliwe- stwierdził kategorycznie chłopak.
-Dlaczego...?- zapytałem bez zrozumienia.
-Bo jest jedna rzecz, której człowiek potrzebuje zawsze...- stwierdził, zbliżając się do mnie powoli.
Wpatrywałem się w niego niepewnie, zastanawiając się o co może mu chodzić.
… Miłości?
-Seksu- dodał, rozwijając moje wszelkie wątpliwości. Odkaszlnąłem zażenowany, gdy stanął tuż przy mnie, wpatrując się w moją twarz z uwagą- A ty nie wyglądasz mi na osobę, która lubiłaby ryzykowne numerki, nie wymykasz się z domu, nie wychodzisz w żadne dziwne miejsca, nie spotykasz się z nikim potajemnie... Więc albo się w kimś podkochujesz albo masz kogoś na oku, albo...- jego dłoń spoczęła na moim biodrze, po czym przesunęła się niebezpiecznie w kierunku mojego podbrzusza- … albo po prostu wolisz co innego...- stwierdził znacząco.
-A-Andy!- wyjąkałem przerażony, odsuwając jego rękę i prawie wchodząc na kuchenny blat ze strachu. Gdyby ktoś obserwował nas z zewnątrz, doszedłby zapewne do wniosku, że jestem molestowany seksualnie przez szesnastolatka. A gdyby ktoś siedział teraz w mojej głowie, doszedłby do wniosku, że należy mnie niezwłocznie zamknąć- Ja po prostu... Ja po prostu... Po prostu... Bycie samemu mi nie przeszkadza- skwitowałem w końcu z dużym trudem. Poprawka. Do tej pory mi nie przeszkadzało.
-Bzdura...- parsknął chłopak, spoglądając na mnie z politowaniem- Nikomu nie jest dobrze samemu.
-Mi jest- przekonywałem dalej, z chwili na chwilę czując się coraz bardziej zażenowany i jednocześnie zdradzony przez moje niezbyt skoordynowane i niepewne ruchy- Naprawdę... Ja lubię... Ja lubię być ze sobą samym.
Andy zmarszczył brwi i przechylił lekko głowę, wpatrując się we mnie ze zmarszczonymi brwiami, po czym... Wybuchnął gwałtownym śmiechem.
-Okej, Mitch...- chichotał wciąż, kiwając głową ze zrozumieniem- Skoro tak stawiasz sprawę...
-C... Co?- baknąłem niepewnie.
-No wiesz... Rękodzieła też są w porządku...- uśmiechnął się z rozbawieniem, ale już po chwili znowu zaczął się śmiać.
Dopiero w tym momencie zrozumiałem o co mu chodziło.
-Nie to miałem na myśli...- usiłowałem mu wyjaśnić, zaczerwieniony po czubki uszu, ale on w ogóle mnie nie słuchał- Andy! Ja naprawdę nie... Andy!- jęknąłem głucho, skrywając twarz w dłoniach.
… Właściwie jak tak dalej pójdzie, nie pozostanie mi nic innego.

Wyszedłem z łazienki, przeciskając się przez przestawione z pokoju rudowłosego na przedpokój meble. W końcu udało mi się wślizgnąć do mojej sypialni, już wiedząc, co tam zastanę. Andy zajął miejsce przy moim łóżku, opatulił się szczelnie kołdrą i najwyraźniej czekał tylko na moje przybycie. Po wczorajszych nocnych „eskapadach”, zadecydowałem jednak, że spanie z nim... Boże, nawet to brzmi dla mnie dwuznacznie!, że spanie U JEGO BOKU nie jest najlepszym pomysłem. Mógłbym się czymś zdradzić i to bardzo łatwo, a to nie pomogłoby mi w podtrzymywaniu bajek o tym, że jestem absolutnie heteroseksualny i zdrowy umysłowo... Chociaż szczerze mówiąc wątpię, by ktokolwiek jeszcze w to wierzył.
Uśmiechnąłem się lekko do chłopaka, patrzącego na mnie z wyczekiwaniem, po czym podszedłem do szafki i wyjąłem z niej koc.
-Dobranoc- szepnąłem miękko, ruszając do drzwi.
-Nie chcesz ze mną spać...?- Andy spojrzał na mnie z uwagą. Zatrzymałem się i uśmiechnąłem niepewnie.
-Prześpię się na kanapie- stwierdziłem.
… Ze sobą samym.
-Ja mogę spać na kanapie- odparł chłopak, podnosząc się do pozycji siedzącej.
-Nie, nie- zaprotestowałem natychmiast, kręcąc głową- Zostań tutaj.
Rudowłosy milczał przez chwilę, zastanawiając się.
-Wiesz, co, Mitch? Tak sobie myślę, że...- zawahał się wyraźnie- Że nawet możesz mnie zapisać. Do tej szkoły w sensie. Ale od nowego roku- zaznaczył natychmiast surowo- O ile nie będzie żadnych problemów i tak dalej... Ale nie licz na to, że będę miał dobre oceny- dodał kategorycznie- Nigdy nie byłem prymusem...
Uśmiechnąłem się do siebie.
-Dobranoc, Andy- rzuciłem po raz kolejny, wesoło, wychodząc.
-Dobrej nocy, Mitch...
-Dobrej nocy.
Zgasiłem za sobą światło i znowu przedarłem się przez zagracony przedpokój, po czym położyłem się na kanapie, okrywając kocem.
Wciąż nie przestawałem się uśmiechać. Nie chodziło już nawet o tą szkołę, ani o to, że Andy się zgodził. Ale pierwszy raz, odkąd się tutaj pojawił, mówił o czymś tak odległym, bez żadnego zniechęcenia, niedowierzania czy wątpliwości. Nie powiedział już, że jutro może go tutaj nie być, nie powiedział, że nie jest tu przecież na stałe.
A to chyba oznaczało, że zaczynał mi ufać.
Stopniowo.