Strony

niedziela, 2 października 2011

Rozdział 3

Amir wspiął się zdyszany na kolejne wzgórze i zatrzymał się na chwilę na jego szczycie, po czym rozejrzał dookoła, niezbyt przytomnym wzrokiem. Wokół niego rozpościerały się wzniesienia i doliny, łąki i lasy, rzeki i jeziora, a wszystko to było takie piękne, takie inne od tego, co widział na co dzień, że pewnie gdyby nie był aż tak zmęczony, postałby tu jeszcze chwilę, by zachłysnąć się tym niecodziennym powietrzem i poczuć bliskość natury. Tego jednak nie zrobił, bo akurat zorientował się, że jego towarzysz po raz kolejny zniknął mu z oczu, wyprzedzając go znacznie. Amir zaklął w myślach i ruszył dalej. Nogi powoli odmawiały mu posłuszeństwa, ciało aż uginało się pod ciężarem niesionych przez niego rzeczy. Dawno już stracił poczucie czasu, nie zadawał sobie nawet trudu, by obserwować wędrujące po niebie słońce, które zaczynało już powoli zbliżać się do linii horyzontu. Wędrowali już prawie cały dzień. Przez bliskie jego królestwu miasta i mieściny, udało im się przedostać bez większego problemu, acz nie bez kontrowersji. Amir nawet doszedł do wniosku, że chyba jego brat miał rację i zwracałby na siebie mniejszą uwagę z oddziałem maszerującego obok wojska, bo Nadim przyciągał ciekawskie spojrzenia i wywoływał dość emocjonalne reakcje, szczególnie w tych miasteczkach, którym daleko było do zamieszkiwanych przez potomków wilków lasów i nie musieli się borykać z tak dziwacznymi sąsiadami. Amir nie zamierzał wdawać się w dyskusje z tym psem, chociaż zdawał sobie sprawę, że zapewne i tak będzie musiał z nim zamienić kilka słów w ciągu tej wyprawy. Zdecydował jednak, że zarówno dla swojego bezpieczeństwa, jak i dla bezpieczeństwa tego psa (dla niego szczególnie), nie powinny to być słowa ani prowokujące, ani wywołujące konflikt, a co za tym szło, nie powinny to być żadne słowa, które nie są związane z ich misją, bo jakoś nie wyobrażał ich sobie rozstrzygających wątpliwości światopoglądowe w cywilizowanej rozmowie. Nie słyszał w końcu dotąd o ucywilizowanych psach, pomijając już fakt, że wolałby sobie odgryźć język, niż odezwać się do tego czegoś w sposób, jakkolwiek rozumieć to słowo, miły. Co prawda wuj prosił go, by nie kierował się swoimi osobistymi uprzedzeniami, ale nie bądźmy drobiazgowi... Kto powiedział, że osobiste uprzedzenia muszą być od razu uprzedzeniami, które nie mają żadnych podstaw albo są niezgodne z prawdą? A poza tym, nie odzywanie się do kogoś i generalne posiadanie go w głębokim poważaniu, nie jest przecież żadną wyraźną oznaką uprzedzenia. Kierując się tą myślą Amir, doszedł do wniosku, że będzie całą wyprawą dowodził, będzie szedł przodem, a pies, jak to pies, nie będzie miał do roboty nic innego, jak tylko go gonić. Nadim jednak nie miał najmniejszego problemu z tym, by dotrzymać mu kroku, a gdy opuścili w końcu teren miejski i weszli w świat otaczającej ich przyrody – tu dopiero zrodził się problem. Amir był owszem mężczyzną sprawnym i silnym, ale kompletnie nieprzyzwyczajonym ani do tego rodzaju terenu ani do długich wędrówek, w przeciwieństwie do swojego towarzysza, który nagle, nie wiadomo w którym momencie, wysunął się na pozycję przewodnika, a Amirowi nie pozostało do roboty nic innego, jak tylko nieustanne doganianie go, a co za tym idzie, kierowanie się za jego krokami. Nie musiał maszerować długo, by odczuć skutki swojego braku przygotowania. Na domiar złego, Nadim sprawiał wrażenie, jakby długa wędrówka wcale go nie zmęczyła, a wprost przeciwnie – wydawał się coraz bardziej rozbudzony. Poruszał się zwinnie i szybko, co jakiś czas zatrzymując się łaskawie i dając Amirowi szanse, by ten się z nim zrównał, a zaraz ponownie ruszał przed siebie. Amir natomiast poruszał się raczej wyjątkowo niepewnie i chwiejnie, najmniejszy kamień okazywał się być dla niego przeszkodą, a po kilku godzinach, nawet jego własne nogi, o które potykał się nieustannie. W końcu jednak nadszedł czas wytchnienia.
Wspięli się kilkanaście metrów pod górę i zatrzymali się na kolejnym wzniesieniu. Amir aż zaczął dziękować bogom w duchu, czego nie robił od bardzo dawna, gdy zauważył, że potomek wilków rozgląda się uważnie po okolicy. Wokół nich rosła jedynie gęsta trawa, a kilka metrów dalej niewielki lasek.
-Przenocujmy tutaj- rzucił Nadim, na co Amir nawet nie czekał, zdążył już bowiem odrzucić niesione przez siebie pakunki i opaść na trawę, nie zważając na to, co znajduje się wokół. Odszukał torbę z prowiantem i wyjął z niej chleb, po czym zaczął pochłaniać kolejne kęsy z taką szybkością, że niemal stawały mu w gardle. Miał wrażenie, że jego kończyny aż pulsują z bólu, ledwie czuł własne nogi. Zazdrośnie spoglądał na potomka wilków, który odłożył zręcznie na bok wcale nie mniejszy tobołek i nadal sprawiał wrażenie tak zrelaksowanego, jakby przed chwilą urządził sobie spacer wokół rynku, a nie wędrował przez cały dzień. Amira zaczynało to irytować, a jeżeli coś Amira irytowało, to dla zasady starał się tego pozbyć- Cóż...- Nadim odkaszlnął, chcąc najwyraźniej zwrócić na siebie uwagę, co mężczyzna całkowicie zignorował- Skoro już ze sobą współpracujemy... Amirze...- dodał po chwili wątpliwości, a jego towarzysz skrzywił się mimowolnie, jakby usłyszał nie swoje imię, ale jakąś obrzydliwą obelgę. Chociaż właściwie w ustach tego czegoś wszystko brzmiało jak obelga- Wypadałoby, żebyśmy przynajmniej ze sobą rozmawiali. Od czasu do czasu.
Amir podniósł głowę i spojrzał na potomka wilków pogardliwie.
-Rozmawianie ze zwierzętami uważam za objaw poważnej choroby psychicznej- oświadczył lodowato. Zawinął resztę chleba w chustę i odłożył go z powrotem.
-Do tej pory szło ci całkiem nieźle...- westchnął Nadim.
Amir zignorował jego słowa. Ułożył się wygodniej na trawie i przymknął powieki, rozciągając obolałe kończyny i rozkoszując się chwilą względnego spokoju. Słyszał, jak jego nieszczęsny towarzysz krząta się, rozpakowując przyniesione ze sobą tobołki, najwyraźniej przygotowując się do spędzenia nocy. Amir leżał jeszcze przez chwilę w bezruchu, po czym zadecydował, że najlepiej będzie zrobić to samo i wreszcie podniósł się z niechęcią. Dostrzegł w rękach Nadima pokaźnej wielkości, zwinięty jeszcze materiał. On sam przyniósł ze sobą ledwie cienką poduszkę i koc. Nie sądził, by cokolwiek więcej było mu potrzebne.
-Zbierz drewno na opał, a ja rozbiję namiot- rzucił spokojnie Nadim, wywołując u Amira natychmiastową, aczkolwiek niezbyt spokojną reakcję.
-Nie będziesz mi rozkazywał, psie- warknął w odpowiedzi, ale już gdy wypowiadał te słowa, zdał sobie sprawę, że właściwie o namiotach pojęcie ma niewielkie, spanie pod gołym niebem nieszczególnie mu odpowiadało, a ogniskiem i tak ktoś musiał się zająć, więc właściwie propozycja potomka wilków nie była taka zła- Ty zajmiesz się namiotem, a ja poszukam drewna na opał- stwierdził więc wyniośle.
Nadim spojrzał na niego bez większego zrozumienia, ale najwyraźniej postanowił pozostawić to bez komentarza.
Amir, uzbrojony w nieodłączny miecz, zabrał ze sobą jeszcze krótki sztylet i niewielki topór, a następnie udał się do lasu. Ani broń, ani narzędzia nie były mu jednak potrzebne. Las był spokojny, cichy, nie zauważył w nim żadnych zwierząt, nie mówiąc już o czyhających na ich życie bandytach i mordercach. Albo czającym się na ich dusze demonie. Nazbierał gałęzi i wrócił. Potomek wilków zdążył już w tym czasie rozstawić namiot, który z zewnątrz sprawiał wrażenie naprawdę solidnego i okazałego. Amir minął Nadima, rzucając pod jego nogi przyniesione przez siebie drewno i tym samym jasno dając mu do zrozumienia, co ma z tym zrobić. Sam niewiele się tym dalej przejmując, schylił się nisko i wszedł do wnętrza namiotu. Rozejrzał się nieco podejrzliwie. Wewnątrz znajdowały się dwa posłania, oddzielone od siebie na tyle, że Amir zaczął żywić przekonanie, że może rzeczywiście tej nocy jeszcze się nie zabiją. I jedno, i drugie, przygotowane było z równą dbałością. Oprócz tego Nadim zdążył tutaj wnieść także resztę przyniesionych przez nich obu rzeczy.
Amir uśmiechnął się do siebie krzywo, siadając na swoim kocu i ściągając z siebie koszulę. Na jego szyi, zawieszony na rzemyku, znajdował się niewielki słoiczek, w którym spoczywał spokojnie kamień, zwany też przez niektórych fragmentem kryształu. Z racji tego, że nie żywił najmniejszego nawet zaufania do swojego towarzysza, co zresztą żadną tajemnicą nie było, nie zamierzał dzielić się z nim tym „obowiązkiem”. Założył na siebie coś lżejszego. Rozplątał włosy, które i tak zdążyły się już w większości wyswobodzić z jego prowizorycznej gumki, a następnie odpiął pas z mieczem i odłożył go z niezwykłą czułością na bok, tuż obok swojej pościeli. Nawet mieszkając w zamku wuja, gdzie zewsząd otaczała go straż, nie potrafił rozstać się ze swoim orężem, nie dlatego, że miał jakąś manię podejrzliwości, ale ze zwykłego sentymentu. Tym bardziej teraz wolał mieć go blisko siebie.
Zerknął z nieskrywaną pogardą w kierunku łuku i kołczanu pełnego strzał spoczywającym spokojnie w końcu namiotu. Ależ mu się trafił towarzysz, no doprawdy... Owszem, może i w ostatnim pojedynku zaprezentował się z dobrej strony... Nawet bardzo dobrej... Ależ, znowu! Gdyby dane im było walczyć dłużej, Amir zwyciężyłby, był tego pewien! Ale jakiś pradawny demon musiał im oczywiście przerwać, jakby godzinka różnicy w tę czy wewte robiła mu naprawdę tak wielką różnicę po setkach lat niebytu!
Nadim zajrzał do namiotu.
-To złe drewno- poinformował go krótko.
Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Że co?
-To złe drewno. Nie mogę rozpalić ogniska.
-Może najzwyczajniej w świecie nie potrafisz. Dawaj- warknął, nim potomek wilków zdążył cokolwiek odpowiedzieć i wyrwał mu z ręki krzesiwo, a następnie wyszedł z namiotu- Złe drewno...- wymamrotał gniewnie pod nosem, siadając w pobliżu ułożonego specjalnie stosu- Też mi wymówka... Po prostu nie należy zabierać się za coś, czego się nie potrafi zrobić- dodał kąśliwie, ale Nadim już zdążył zniknąć w namiocie.
Amir patrzył przez chwilę podejrzliwie w jego kierunku, po czym niemalże odruchowo dotknął okolic pasa. Zaklął w duchu, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jego broń została wewnątrz. W końcu kto wie, co chodziło po głowie temu podstępnemu psu. Zadrżał pod wpływem zimnego, nocnego powietrza i zaczął zajmować się ogniskiem. I rzeczywiście, marzł i męczył się wyjątkowo długo, nim udało mu się je rozpalić. Siedział jeszcze przez chwilę przed niewielkim stosem, ogrzewając dłonie i nieco skostniałe ciało, po czym wrócił do namiotu.
Jego miecz wciąż leżał na swoim miejscu, pies już zresztą także. Amir z cieniem irytacji dostrzegł, że Nadim jest do połowy rozebrany i najwyraźniej wcale nie zamierza się przebrać. Wprost przeciwnie, położył się na swoim posłaniu i odwrócił się plecami do mężczyzny, co ten z niezrozumiałych przyczyn uznał, za jawny objaw lekceważenia, chociaż chwilę później zrobił dokładnie to samo, z zupełnie inną myślą.
Też mu się trafił dzikus... Ale czego można się spodziewać po jakichś człekokształtnych, żyjących w lesie. Nawet do snu się nie ubierają! Nie wiedzieć czemu, ten fakt okropnie mu się nie podobał, a to, że nieopodal niego leży półnagi mężczyzna wzbudzało w nim niemały dyskomfort. Westchnął cicho, leżąc nieruchomo na swoim miejscu. W namiocie było stosunkowo jasno, jego wnętrze oświetlało światło płonącego nieopodal ogniska. Amir dopiero w tym momencie, po całym dniu wędrówki, poczuł, jak strasznie brakuje mu rozmowy, dyskusji, choćby kilku słów. On, który był zawsze zwolennikiem działania, a nie gadania, nagle przyłapał się na tym, że chciałby coś komuś powiedzieć, nawet poskarżyć się na dyskomfort, zmęczenie, na ból. Nie żeby czuł potrzebę odzywania się do tego zwierzęcia, ależ skądże znowu! Ale już teraz zaczynał dostrzegać, że brakuje mu wuja, ich codziennych rozmów, jego normalnego, spokojnego życia, ostrożnego w swych działaniach, oddanego brata, Trupiarni, biednego Kaena, który musiał cierpliwie znosić wszystkie jego bójki i spory z lokalną arystokracją, a nawet owej marudnej arystokracji, bez której jego życie z pewnością nie byłoby równe barwne, ciekawe i zapewne nieco mniej drażniące... Ach, gdyby to chociaż była wędrówka do konkretnego celu! Gdyby wiedzieli, gdzie mają się udać, w którym kierunku, do jakiej miejscowości, jakiej okolicy! Gdyby znali długość tej wędrówki, potrafili rozplanować jej etapy, określić czas powrotu! Ale ta podróż mogła się ciągnąć właściwie bez końca. Pożegnał się z Hadrinem tak, jakby wyprawiał się na tygodniową wizytę w pobliskiej wsi, a przecież nie mógł się spodziewać, że prędko się zobaczą. Biedny braciszek, ciekawe jak sobie radzi, starając się jednocześnie podporządkować i przypodobać wujowi i członkom rady. Bądź co bądź, co Amir niejednokrotnie przyznawał z niemałym podziwem, nie było to zadanie proste.
Mężczyzna zerknął podejrzliwie przez ramię, na śpiącego Nadima. Uszy potomka wilków poruszały się, jakby drgały lekko. Amir nie był do końca pewien, czy ten już śpi, czy raczej czuwa, nasłuchuje. Kto wie... Może jedynie czekał na odpowiedni moment, by poderwać się z posłania i zadać śmierć swojemu przeciwnikowi... To jest, towarzyszowi, rzecz jasna... Amir chwycił za swój miecz i przysunął go jeszcze bliżej siebie, od razu czując się jakiś pewniejszy i spokojniejszy.
Czuł się coraz bardziej zmęczony i wyczerpany. Nużyły go rozmyślania, nużyły nawet własne podejrzenia. Przed jego oczyma zaczęły leniwie pojawiać się różnego rodzaju obrazy. Najpierw twarz wuja, później także brata. Ponure wnętrze trupiarni. Niewielki, niepozorny kamyczek, który obracał w swojej własnej dłoni. Znowu twarz wuja. Ciemniejące w jednej chwili niebo. Przesmyk światła. Przerażeni ludzie. Canis przed radą. Nadim, znajdujący się w jego uścisku, rozglądający się dookoła bez zrozumienia. Jego sekundant. Hadrin. Uginające się pod ciężarem niewyczuwalnego wiatru drzewa. I wszystkie te wspomnienia i obrazy, zdawały się krążyć w jego głowie, zmieniać się, deformować, mieszać ze sobą, tworząc wyjątkowo dziwaczne, wręcz abstrakcyjne połączenia, ale w pewnym momencie Amir zupełnie przestał zwracać na to uwagę. Jego ciało stawało się ciężkie, ból przestał być wyczuwalny, a on czuł się tak, jakby zapadał się w coś miękkiego, coraz głębiej i głębiej, aż w końcu...
Z tego dziwacznego stanu wyrwał go jakiś głośny dźwięk. Początkowo wydawało mu się, że był ledwie elementem jakiegoś snu czy wizji, ale chwilę później usłyszał go ponownie. Otworzył oczy i poruszył się, powracając do rzeczywistości. Raz jeszcze usłyszał ten dziwaczny odgłos, zupełnie nie potrafiąc go zidentyfikować, w pierwszej chwili otępienia. Dopiero po dłuższym momencie, zdał sobie sprawę z tego, co to takiego było.
A mianowicie, był to pomruk. Głęboki, gardłowy pomruk, przypominający mruczenie kota albo jakiegoś innego, większego zwierza. Oczywiście, gdy już zdał sobie z tego sprawę, nietrudno było mu odgadnąć, że osobnikiem mruczącym jest leżący obok niego Nadim.
-Psie- warknął gniewnie, ledwie przytomny.
Potomek wilków nawet nie zareagował. Z jego warg po raz kolejny wydobyło się to dziwne mruczenie. Amir nie wytrzymał. Zdzielił go mocno w plecy, co najwyraźniej obudziło wreszcie jego towarzysza, który odwrócił się i spojrzał na mężczyznę nieprzytomnie.
-Czego chcesz...?- zapytał sennie.
-Mruczysz.
Nadim przetarł oczy i uniósł brwi.
-Słucham...?- rzucił niepewnie, jakby doszedł do wniosku, że się przesłyszał.
-To ja słucham! Mruczysz!- poinformował go raz jeszcze Amir, niemniej rozgniewany- Nie dajesz mi spać!
-Naprawdę...?- zdumiał się Nadim, po czym pokiwał tylko głową- Przepraszam... Przepraszam, najwyraźniej coś mi się przyśniło...
Opadł z powrotem na posłanie i owinął się kocem. Amir burknął coś z niezadowoleniem, również się kładąc. Oddychał powoli, wsłuchując się jednocześnie w równie spokojny oddech Nadima i znowu, odpływał stopniowo, jego myśli stawały się coraz bardziej wolne, dziwaczne, jakby wymykały się spod jego kontroli, aż tu nagle...
Pomruk. Cholerny, głośny pomruk. Amir zerwał się do pozycji siedzącej i zdzielił potomka wilków z całej siły, na szczęście jedynie dłonią, chociaż bardzo kusił go leżący u jego boku miecz.
-O co ci chodzi?!- Nadim raz jeszcze odwrócił się w jego kierunku, marszcząc brwi, najwyraźniej również rozgniewany.
-Przestań mruczeć!- wrzasnął na niego Amir.
-Nie mruczę!
-Mruczysz!
Potomek wilków spoglądał na niego przez chwilę tak, jakby zamierzał się dalej kłócić, ale po kilku głębszych oddechach, odszedł od tego pomysłu. Ułożył się na plecach, dokładnie tak jak Amir i rzucił krótkie:
-Przepraszam.
Amir zacisnął wargi w wąską linijkę, znowu ledwie powstrzymując się od uszczypliwego komentarza, który wprost cisnął mu się na usta. Przymknął na chwilę powieki, czując, jak strasznie jest wyczerpany całym tym dniem, ale już po chwili uchylił je z powrotem i zerknął na potomka wilków. Nadim spoglądał nieruchomo w jakiś punkt przed sobą, najwyraźniej wcale do snu się nie przymierzając.
-Dlaczego nie śpisz?- zapytał Amir, już czując, że wraca do niego uczucie frustracji. Już wiedział, że on również nie zmruży oka, mając świadomość, że ten czuwa.
-Czekam aż ty zaśniesz, żeby znowu cię nie zbudzić- wyjaśnił spokojnie Nadim.
-Po prostu śpij, psie!- jęknął głucho Amir, niemalże błagalnie, zakrywając twarz dłońmi.
Przez chwilę panowała pomiędzy nimi cisza. Amir aż nabrał nadziei, że może potomek wilków rzeczywiście zasnął, tym razem darując sobie wszelkie dziwaczne odgłosy, ale niestety, pomylił się.
-Skoro... Skoro już ze sobą współpracujemy...- zaczął Nadim, wywołując u mężczyzny coś na kształt istnej rozpaczy i chęci mordu- Powinniśmy się do siebie przynajmniej odnosić z należnym nam obu szacunkiem. Nazywając mnie „psem” obrażasz mnie.
Amir parsknął z politowaniem.
-Nie mów, naprawdę...?- rzucił z udawanym zdumieniem, odsuwając dłonie od twarzy- Bo przecież od początku mam na celu wyłącznie nie-obrażanie ciebie... Ach, muszę to głęboko przemyśleć...
Nadim westchnął.
-Jesteśmy towarzyszami- zauważył niezbyt odkrywczo.
-Jesteś psem, nie wyobrażaj sobie zbyt dużo- odciął mu się natychmiast Amir, jego słowom brakowało już jednak wcześniejszej agresji. A to znaczyło, że musiał być już naprawdę bardzo zmęczony. Poza tym Nadim, na wszystkie sposoby usiłujący uniknąć kłótni i nawiązać z nim nić porozumienia, wydawał mu się w tym momencie niesamowicie zabawny- Mógłbyś być co najwyżej moim zwierzątkiem, ale nie lubię cię. Zresztą, nic dziwnego. Zawsze wolałem koty.
I znowu zapadła cisza. Tym razem tak długa i pełna napięcia, że Amir w pewnym momencie zaczął oczekiwać ciosu od swojego towarzysza albo rozpoczęcia otwartej kłótni, co zresztą odpowiadało mu bardziej, niż te dziwaczne podchody i nieudolne próby stworzenia wokół nich atmosfery przyjaźni i sympatii, co, rzecz jasna, nie mogło się udać.
-Lubię koty- odezwał się jednak Nadim, wywołując u drugiego mężczyzny uśmiech pobłażania.
-Doprawdy...? Smaczne są...?
-Nie w tym sensie. Po prostu je lubię.
-Jestem głęboko wzruszony... A teraz przymknij się z łaski swojej, bo potrzebuję snu i jeżeli jeszcze raz mi przeszkodzisz, będę zmuszony uciąć twój durny, mruczący łeb- ostrzegł lojalnie, odwracając się do niego plecami i zwalczając w sobie chęć sprawdzenia, czy ten również zamierza spać, czy nadal rozgląda się po namiocie.
Jutro mieli w końcu wyruszyć ponownie w drogę, musiał być wypoczęty, a i tak nie było łatwo, biorąc pod uwagę to, do jakich warunków był przyzwyczajony. Namiot i niezbyt wygodne posłanie, nie miało nic wspólnego z jego dużą komnatą i ciepłym, miękkim łóżkiem, w którym był dodatkowo, co należało w tej sytuacji zaznaczyć szczególnie, całkowicie sam. Chociaż właściwie po całym dniu marszu, już sam fakt, że nie musi spać pod gołym niebem, przyjął z nieskrywaną ulgą.
Tym razem zasnął bardzo szybko, ale znowu nie było dane mu spać długo. Został wybudzony po kilkudziesięciu minutach mocnym i mało przyjemnym dźgnięciem w plecy. Poderwał się gwałtownie do pozycji siedzącej i bogowie mu świadkiem, gdyby był na tyle przytomny, by zdawać sobie sprawę, że tuż obok niego leży jego miecz, zapewne by po niego sięgnął.
-PSIE!- wrzasnął rozpaczliwie, bliski uduszenia spoglądającego na niego towarzysza gołymi rękoma.
-Chrapiesz- odparł tamten na usprawiedliwienie swojego jakże okrutnego i bezdusznego uczynku, po czym wzruszył ramionami, czym zapewne zamierzał dać dowód swojej niewinności, w którą Amir i tak nie wierzył.
-Nie chrapię!
-Owszem, chrapiesz.
-Przeklęty psie! Zrobiłeś to celowo!
-Chrapiesz.
-Bzdura! Nigdy w życiu nie słyszałem, żebym chrapał!
-W to akurat wierzę...
Amir zgrzytnął zębami, opadając z powrotem na posłanie, po raz kolejny tej nocy. Och, gdyby wuj go teraz widział... Gdyby go teraz widział, mógłby czuć się dumny, że zachował aż tak dużą cierpliwość i nie pozbawił jeszcze tego cholernego psa jego psich atrybutów. I niechby mu ktoś później powiedział, że to było okrucieństwo!
-Swoją drogą, ja też nigdy nie słyszałem, żebym mruczał...- pokusił się o subtelną złośliwość Nadim, chyba będąc daleki od sennego nastroju Amira- Może dlatego, że wtedy spałem. Jak sądzisz?
Amir nie wytrzymał. Chwycił za miecz.
-Jeszcze jedno słowo, psie, a wytargam cię stąd i powieszę cię za ogon na najbliższym drzewie!- warknął.

Ostatecznie obyło się bez wieszania na drzewach, odcinania sobie kończyn, bez walki, a nawet bez dalszych kłótni i wyzwisk. Chyba obaj byli już na tyle zmęczeni, że w pewnym momencie zasnęli i tym razem ani Amir nie miał już okazji usłyszeć uciążliwego mruczenia, ani nie został ponownie zbudzony, co zapewne znaczyło, że i jego towarzysz spał spokojnie. Mimo to, mężczyzna obudził się rano jeszcze bardziej obolały niż wczorajszego dnia i marnie wyspany. Rozejrzał się po wnętrzu namiotu. Nadima już w nim nie było, jego kołczan i łuk także zniknęły. Amir ziewnął szeroko, ale zwalczył w sobie chęć ponownego położenia się. Związał włosy, a następnie przypiął pas z bronią i wyszedł z namiotu. Dopiero wówczas dotarł do niego zapach, który natychmiast go rozbudził. Nad tlącym się jeszcze ledwie ogniskiem, wisiał upieczony już na brązowawy kolor, niewielki ptak, który roztaczał wokół siebie taką woń, że Amir, który wczoraj nie miał w ustach nic porządnego, poczuł, jak ślina napływa mu do ust. W tym momencie zdał sobie sprawę z tego, jak strasznie był głodny i choć w pierwszym odruchu zamierzał po prostu zabrać się do jedzenia, szybko się opamiętał.
-Częstuj się...- usłyszał głos nadchodzącego Nadima i choć nie czaiła się w nim nawet nutka dwuznaczności czy pretensji, Amir odczytał jego słowa jak pobłażliwe przyzwolenie. Potomek wilków był już całkowicie ubrany, miał w rękach swój łuk, na plecach zawieszony kołczan. Sprawiał wrażenie zrelaksowanego, wypoczętego, nawet uśmiechał się lekko, co nieustannie wprawiało Amira w stan jeszcze większej frustracji i zdenerwowania. Chociaż po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że gdyby jego towarzysz był ponury i pozbawiony energii, też czułby się poirytowany, ale wtedy on miałby świadomość tego, że jest tym, który tu wszystkim kieruje.
-Nie, dziękuję- odpowiedział lodowato, chociaż wszystkie jego wnętrzności zdawały się urządzać dziki taniec, mający zapewne zachęcić go do podjęcia innej decyzji. Przypomniał sobie teraz , jakże często powtarzane przez jego wuja słowa, że godność człowieka jest najważniejsza i z tą patetyczną myślą, usiadł niezadowolony na trawie, dochodząc do bardzo racjonalnego wniosku, że zjedzenie upolowanego przez psa ptaka byłoby absolutnym zaprzeczeniem tego hasła.
Po chwili, jakby zamierzając udowodnić, Nadimowi lub samemu sobie, że naprawdę nie jest mu to absolutnie potrzebne, zajrzał do namiotu i wyniósł stamtąd zawiniątko z pozostałością bochenka, a następnie wrócił na swoje miejsce i zaczął jeść. Potomek wilków wzruszył ramionami, chwycił za mięso i bez najmniejszych oporów, wgryzł się w nie głęboko. Amir jadł swój czerstwy chleb, który momentami prawie stawał mu w gardle, nie odrywając zazdrosnego wzroku od swojego towarzysza, który w iście psi sposób obchodził się z własną zdobyczą, nie przejmując się najwyraźniej faktem, że może to wyglądać mało estetycznie. Co jakiś czas słychać było chrzęst przegryzanych przez niego kości, co jednak Amira bynajmniej nie zniesmaczyło, a wprost przeciwnie.
W końcu obaj skończyli własne śniadanie, Nadim bardziej, Amir mniej syte, a więc otwartą pozostała kwestia dalszej części ich wyprawy.
-Powinieneś chyba zwinąć namiot- zauważył Amir, bardzo dumny ze swojej honorowej postawy, która kazała mu się przed chwilą zapchać całym zapasem chleba, jaki miał. Cóż, o polowaniu pojęcie miał raczej niewielkie, co prawda w ich królestwie takowe się odbywały i nawet na nich bywał, ale miały one raczej charakter okolicznościowych zabaw i nieszczególnie się w nie angażował. Zresztą, takie umiejętności nie zdawały mu się być dotąd potrzebne.
-Już?- zdumiał się potomek wilków.
-Przecież powinniśmy ruszać- zauważył z politowaniem mężczyzna.
-Myślę, że powinniśmy się najpierw rozejrzeć w okolicy. Zostańmy tu jeszcze dzisiaj, wybadajmy teren, a jeżeli nic nie znajdziemy, ruszymy jutro.
-Sądzisz, że znajdziemy tu ten... kryształ...?- mruknął pobłażliwie Amir, odruchowo chwytając się jednocześnie za szklany pojemniczek zawieszony na szyi, by upewnić się, że jest na swoim miejscu.
-Nie wiem. Ale jeżeli nie będziemy szukać, nie znajdziemy niczego.
-A skąd pomysł, że mamy szukać akurat tutaj, co...?- parsknął mężczyzna, kręcąc głową- Dlaczego nie szukaliśmy wczoraj, dlaczego nie przekopywaliśmy ziemi, nie zaglądaliśmy w drzewne dziuple, dlaczego nie sprawdzaliśmy po kolei każdego kwiatka i każdej skały? Ten twój stary pies dał ci jakieś szczególne wskazówki i wiesz, że tu, akurat na tym wzgórzu, musimy zacząć szukać...?- zaśmiał się drwiąco. On sam nadal kompletnie nie rozumiał całej idei tej wyprawy, co wcale nie przeszkodziło mu się na nią zgodzić. Mieli chodzić i szukać czegoś, co było niezbyt dużych rozmiarów i mogło być właściwie wszędzie, w każdym miejscu. Trafienie na odłamek kryształu było równie prawdopodobne, jak trafienie na leżącą na środku drogi sztabkę złota. Chociaż właściwie, patrząc na to w ten sposób, znalezienie sztabki złota wydawało się jednak bardziej realne.
-Wierzę Canisowi- uciął Nadim, na co Amir zareagował teatralnym westchnieniem, dochodząc do wniosku, że jest to dyskusja godna rozmowy z głęboko wierzącym człowiekiem, którego pyta się, dlaczego jego ulubiony bóg właśnie zatopił mu ziemie.
-Świetnie- Amir uśmiechnął się kwaśno- Więc szukajmy.
-Dobrze. Więc ja zejdę na dół, a ty idź do lasu i przy okazji zbierz trochę drewna, żeby rozpalić wieczorem ognisko.
-Och, obawiam się, że nie znajdę „dobrego” drewna, więc...
-Dobrze- zgodził się po raz kolejny Nadim- Więc ja pójdę do lasu, a ty rozejrzyj się dookoła.
A następnie, nie czekając już na nic więcej i nie tracąc czasu, skierował się w stronę pobliskich drzew i wkrótce zniknął w ich gęstwinie. Amir natomiast rozłożył się leniwie na trawie. Też mu pomysł, chodzić i szukać kawałka jakiegoś kamienia... On przynajmniej przeznaczy swoją energię na coś bardziej pożytecznego, na odpoczynek na przykład, a nie na chodzenie w kółko i kierowanie się głosem przeznaczenia... Odetchnął uspokojony i przymknął powieki, ale nie dane mu było długo cieszyć się spokojem. Już po chwili usłyszał dochodzący z lasu ryk. Podskoczył gwałtownie, zaskoczony. Co jak co, ale był pewien, że akurat takiego odgłosu jego towarzysz nie był w stanie z siebie wydobyć... Podniósł się powoli na nogi, nieco zaniepokojony.
Już po kilkunastu sekundach, zza drzew wybiegł Nadim, blady jak ściana i nie zatrzymując się nawet przy Amirze, wciąż biegnąc przed siebie rzucił jedynie słabe:
-Uciekaj.
-Że co?!- oburzył się Amir, ale gdy zobaczył, jak zza drzew wyłoniła się jakaś wielka, włochata istota, uznał to za najlepszą radę i nie przyglądając się już dłużej dziwacznemu osobnikowi, po prostu rzucił się biegiem za uciekającym Nadimem. Widział, jak potomek wilków sprawnie radzi sobie z przeszkodami i zbiega ze skarpy. Amir wybrał szybszą drogę. Po prostu potknął się o wystający kamień i z niej spadł.
Sturlał się na sam dół, zdzierając przy okazji łokcie i kolana. Szybko jednak podniósł się na nogi i spojrzał w górę. Usłyszał ponownie rozdzierający ryk bestii, ale ta najwyraźniej została na wzgórzu.
-Wszystko w porządku?- zapytał Nadim, podchodząc do niego.
-Co to było...?- szepnął Amir w pierwszej chwili oszołomienia. W życiu nie widział czegoś podobnego.
-Nie wiem. Poszedłem do lasu... A to... zwierzę... siedziało zwinięte w kłębek, chyba spało... Myślałem, że to niedźwiedź... Chciałem iść dalej, ale to się obudziło i...
-Świetnie!- warknął gniewnie mężczyzna, zerkając karcąco w kierunku swojego towarzysza- Po prostu doskonale! Nasz namiot, ubrania, narzędzia, pieniądze! Wszystko tam zostało! Wszystko! Gratuluje ci twojego genialnego pomysłu i budzenia jakichś potworów...
-Nie obudziłem go celowo!- obruszył się Nadim- Poza tym nie zauważyłem, żebyś ty wykazał się jakąś niesłychaną odwagą, ale jeżeli bardzo chcesz, to idź i weź co nasze!
-Wiedziałem, że tak będzie, od początku wiedziałem...- mamrotał wściekle Amir, ruszając przed siebie i ignorując słowa potomka wilków- Zamiast dać mi kogoś normalnego... Nie! Jak zwykle musicie się wszędzie wciskać! Sam poradziłbym sobie lepiej, ale jasne! Złe drewno, złe drewno... Odezwał się... specjalista od lasów! A żeby was wszystkich piorun trzasnął! Bez narzędzi, bez pieniędzy, bez niczego! Ciekawe, co ze sobą teraz zrobimy! JA prowadzę- dodał stanowczo, gdy Nadim ponownie wysunął się na przód. Spojrzał na niego wyniośle- Bo JA przynajmniej nie ściągnąłem do tej pory na nas kłopotów...
Potomek wilków wzruszył ramionami, zostając nieco z tyłu.
Amir burknął coś gniewnie pod nosem, przyspieszając kroku. Tyle roboty na nic, bo przez jeden głupi wybryk pozostali jedynie z kawałkami głupiego kamienia! No i z mieczem. I z łukiem. Świetne połączenie, szkoda, że ani miecz ani łuk nie zapewni im schronienia. Gdyby chociaż mieli ze sobą pieniądze... Wystarczyłoby tylko poszukać miasteczka czy wsi, zanocować w gospodzie, kupić namiot... Ale nie! Los skazał ich na tułaczkę wyłącznie z bronią w ręku. Zresztą, jaki tam znowu los. To wszystko wina psa.
Mężczyzna poczuł, jak coś stuknęło go w plecy, ale zignorował to. Po chwili jednak poczuł to ponownie i po raz kolejny. Odwrócił się gwałtownie, już chcąc wrzasnąć na Nadima, ale zorientował się, że ten stał kilka metrów dalej, spoglądając na niego jakoś dziwnie.
-Twoje... plecy...- rzucił potomek wilków ze zmarszczonymi brwiami.
Amir wciąż czując uciążliwe stukanie, sięgnął dłonią do tyłu i dopiero w tym momencie zorientował się, że najwyraźniej podczas ucieczki, nietypowy łańcuszek musiał się okręcić i szklany pojemniczek znajdował się z tyłu. Okręcił go z powrotem i wtedy jego oczom ukazał się widok jeszcze dziwniejszy niż włochaty stwór wybiegający z lasu za dużo mniej włochatym psem. Znajdujący się wewnątrz kamień błyszczał i migotał, obijał się o ścianki swojego pudełka, wprawiając je w ruch. Nadim podszedł do niego i z równym zaskoczeniem spoglądał przez chwilę na niecodzienne zjawisko.
-To o tym mówił Canis...- szepnął w pewnym momencie, zafascynowany- Gdzieś w pobliżu musi być kryształ... Daje nam to do zrozumienia...
-Kamień daje nam do zrozumienia...?- Amir spojrzał na niego z politowaniem, ale nie dało się ukryć, że pierwszy raz widział coś tak dziwacznego i nieprawdopodobnego.
Nadim zaczął rozglądać się dookoła, uklęknął na ziemi, przeczesując palcami wilgotną od porannej rosy trawę. Amir obserwował jego poczynania bez większego zrozumienia, ale w końcu sam mimowolnie zaczął rozglądać się dookoła. Spojrzał w górę, w kierunku samego szczytu wzgórza i znowu w dół. Zauważył, że ziemia tuż przy nich, pokryta jest jakimiś roślinami. A przynajmniej wydawało mu się, że jest to ziemia, bo gdy rozsunął zwiędłe kwiaty, okazało się, że jest to wejście do jaskini. Zajrzał niepewnie do środka, opierając jednocześnie dłoń na jednej ze ścian. Syknął cicho, gdy poczuł, że natrafił na coś ostrego, co rozcięło jego palec. Wygrzebał to z ziemi i w tym momencie znajdujący się na jego szyi kryształ, zupełnie znieruchomiał. Mężczyzna wyszedł z jaskini i obejrzał w słońcu swoje odkrycie, zaskoczony nim niezmiernie. Oto udało mu się odszukać drugi fragment kryształu, który wyglądał właściwie identycznie tak, jak ten, który już posiadał.
-To on...- szepnął Nadim, podnosząc się z ziemi.
-Tak... Chyba tak...- odparł w zamyśleniu Amir. Przecież jeszcze ledwie chwilę temu, dałby sobie głowę uciąć, że cały ten pomysł z wyprawą jest kretyńskim wymysłem, a szanse na znalezienie tego fragmentu równe zeru. Tymczasem on był cały czas tutaj, tak blisko nich. Jeżeli tego nie można było nazwać cudem, to chyba nic innego nie pasowało do tego określenia.
Mężczyzna usłyszał nagle łopot skrzydeł tuż obok swojego ucha. Nie zdążył nawet zorientować się, co się stało, coś po prostu wyrwało kryształ z jego dłoni. Gdy spojrzał w górę, zobaczył odlatującego ptaka, podobnego do wrony czy kruka.
-Psie!- krzyknął ostrzegawczo.
Nadim zamachnął się, jakby chciał dosięgnąć zwierzęcia, ale było już za późno. Ten wzbił się wysoko w górę i poszybował nad wzgórzem.
Amir zamrugał, nie poruszając się przez chwilę, oszołomiony, aż w końcu...
-NIE WIERZĘ!- wybuchnął poirytowany, łapiąc się za głowę. Dopiero co go znaleźli! Dopiero co mieli go w rękach i już go stracili!- NIE WIERZĘ, PO PROSTU NIE WIERZĘ! POTWORY! KRYSZTAŁY! ZŁODZIEJSKIE PTAKI! GDZIE JA JESTEM?!
-Uspokój się- poradził mu Nadim, również wyraźnie rozczarowany- Pójdziemy dalej i go poszukamy.
-Nie ma mowy- żachnął się Amir, wracając z powrotem do jaskini i wchodząc do jej wnętrza.
-Amir...- rzucił ostrzegawczo jego towarzysz.
-Może będzie tu kolejny.
-Nie będzie. Kryształ jest spokojny.
-Nie zaszkodzi sprawdzić- wzruszył ramionami mężczyzna, wchodząc głębiej. Nadim wciąż stał w tym samym miejscu, spoglądając niepewnie w jego kierunku- No co jest...?- Amir uśmiechnął się pobłażliwie- Strach cię obleciał?
-Po prostu nie uważam, żeby to był dobry pomysł...
-Ooooch, jasne...- zaśmiał się drwiąco Amir, dalej idąc powoli przed siebie- Tak to się teraz nazywa, co...? Przyznaj, że po prostu się boisz... Chyba nie chcesz mi wmówić, że wy, psy, macie coś na kształt intuicji...?
-Coś w tym stylu.
-Szkoda, że twoja intuicja nie podpowiadała ci, żebyś nie zbliżał się do dziwnych zwierząt w lesie...
W tym momencie z głębi jaskini wydobyło się głośne warczenie.
Amir przystanął natychmiast i odkaszlnął, nieco wytrącony z równowagi.
-Psie...?- rzucił cicho, po czym odwrócił się w kierunku wejścia, ale swojego towarzysza już tam nie dostrzegł- Psie!- krzyknął, nieco bardziej spanikowany, natychmiast zabierając się do ucieczki- Psie, czekaj na mnie! Nadim! Nadim, do diabła!
Przed nimi jeszcze bardzo długa droga.

15 komentarzy:

  1. MUAHAHAHHAHAHA !!! Kocham cię!!! :D "Mruczysz" xD To było cute! Mimo, że to nie Absa, to i tak dziękuję za rozdział! Naprawdę się rozkręca ;D Na końcu nawet nazwał go po imieniu xDDDD

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakby nie patrzeć zaczynają się na swój sposób dogadywać xD Amir zaczyna przeżywać metamorfozę ;p

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy8:39 PM

    wolę nie myśleć ile czasu zajmie im porozumienie się nie wspominając już o głębszych uczuciach. ale podoba mi się, bo jak się doczekam, to będzie megazajebiście uroczo. D.

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem szczerze, że na razie nie jest to jedno z moich ulubionych opowiadań, jeśli chodzi o twoją twórczość - jakoś nie mogę wczuć się tutaj w klimat. Mimo wszystko czekam na ciąg dalszy, może w końcu się uda. Główny bohater jest strasznie uparty...

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy9:56 PM

    Boże kochany! Praktycznie cały czas na mojej twarzy gościł banan od ucha do ucha. Mruczenie Nadima. *.* Czekam na ciąg dalszy. <3

    Sorry za tak nieskładny komentarz, ale to tylko i wyłącznie przez Ciebie! Za co bardzo dziękuję. :)

    Pozdrawiam i życzę dużo weny. Spiritt

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy10:25 PM

    O cholera. Można gdzieś sobie zamówić takiego Nadina z modułem mruczącym? Przydałby się, ja bym nie miała problemów ze snem, jakby mi taki cud do ucha robił mrrrr...
    Akcja się rozwija, wciągnęłam się w historię, 'Chaos' obecnie jest w mojej top 3 Twojej twórczości.
    Pozdrawiam i dziekuę, Cannum.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ah! Cudo! Az sie moja mama pytała dlaczego się śmieję do monitora xD Jak już zostało wspomniane, mruczenie Nadima jest epickie. Mrrrr..
    I postępy w znajomości sa. Rozmawiają. Jest dobrze. To jeszcze nie miłość ale jest dobrze xD nawet Amir nazwał Nadima po imieniu O.O ^^ Yay!

    Nie mogę się doczekać cd. *rzuca znaczące spojrzenie wenowi Silencio* Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  8. Podoba mi się coraz bardziej. Aż nie mogę w to uwierzyć. Świetne, naprawdę. Czekam na kolejny rozdział! <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Przykro mi, ale znowu muszę przesuwać publikację kolejnego rozdziału na sobotę. Naprawdę brakuje mi weny, a w dodatku niedługo mam olimpiadę z historii >.>'

    OdpowiedzUsuń
  10. Anonimowy11:10 AM

    Uwilbiam to opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Wybaczamy Ci przesunięcia ;DDD Co nie dziewczyny ? ^^

    OdpowiedzUsuń
  12. przerażasz mnie... dzień się kończy!!! T-T

    OdpowiedzUsuń
  13. Wybaczamy ;D Ja czekam cierpliwie :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie wiem juz od ilu lat planowalam zaczac czytac to opowiadanie, ale wreszcie zdecydowalam sie na ten uczynek!Najpierw nie moglam doczytac 1 notki, bo byla dluga i ciagle ja odkladalam na potem.Kto by pomyslal ze w ciagu 1 dnia przeczytam az cale 3!xD
    Naprawde nie oczekiwalam, ze to opowiadanie bedzie takie ciekawe i zabawne.Zarty o mruczaniu i kocie powalily mnie xD Zapomnialan juz, ze masz takie niesamowite poczucie humoru, silencio)
    No coz, zabieram sie do czytania kolejnych 40 notek xD
    ~pozdro

    OdpowiedzUsuń