Strony

piątek, 14 października 2011

Rozdział 4 [Chaos]

Wędrówka trwała. Długo szli lasem, który wydawał się Amirowi nieskończony. W końcu zanurzyli się w gęstwinie drzew jeszcze wtedy, gdy słońce górowało na niebie, a teraz zaczynało się powoli ściemniać. Mężczyzna był zmęczony i poirytowany. Od czasu niefortunnego poranka, niczego nie jadł. Co prawda Nadim znalazł w pewnym momencie jakieś owoce leśne i nawet chciał się nimi podzielić ze swoim towarzyszem, ale Amir odmówił. Nadal nie potrafił pogodzić się z faktem, że ten pies radzi sobie lepiej od niego. Nie po to był przecież szkolony tyle lat, żeby teraz potomek pradawnych futrzaków traktował go jak kogoś gorszego. Zresztą, te jagody wyglądały w jego mniemaniu wyjątkowo podejrzanie, a nawet przypuszczał, że mogły być trujące. Trudno powiedzieć, czy rozważał bardziej celowość działania Nadima, tworząc z niego w swojej wyobraźni obraz podstępnego, zdradzieckiego psychopaty, zabijającego towarzyszy zatrutymi jagodami, czy może raczej wolał opcję, że ten jest aż tak głupi, że nawet o tym nie wie. Jego podejrzenia minęły jednak, gdy tylko przeszli kolejne kilka kilometrów, a z jego brzucha zaczęło wydobywać się co jakiś czas donośne burczenie, na które Nadim reagował pobłażliwym uśmiechem, a co gorsza – wciąż był żywy i nic nie wskazywało na to, by zatruł się swoim znaleziskiem. Robiło się coraz zimniej, a Amir nie miał ze sobą nawet płaszcza, którym mógłby się okryć. Został na tym nieszczęsnym wzgórzu, razem z ich narzędziami, pożywieniem i namiotem. Ta myśl przypomniała Amirowi, że nie mają gdzie spać, a las nie był raczej najbezpieczniejszym miejscem na ucinanie sobie drzemki pod drzewem. Wolał nie ryzykować spotkania z czymś podobnym do tamtego stwora. Poza tym nawet zwykłe zwierzęta mogły być przecież groźne. Dalsza wędrówka w ciemności też nie wydawała mu się dobrym pomysłem. Coraz mniej widział i mimo tego, że jego wzrok przyzwyczaił się już do panującej wokół ciemności, i tak nieustannie potykał się o coś albo zahaczał o wystające gałęzie drzew, klnąc za każdym razem pod nosem, coraz bardziej ordynarnie. Nadim najwyraźniej w ciemności widział dobrze, bo znowu radził sobie dużo lepiej od swojego towarzysza, ale przecież nawet dla niego poruszanie się w takich warunkach nie mogło być zbyt komfortowe. Rozpalenie ogniska w środku lasu też nie byłoby najmądrzejsze.
-Jak tak dalej pójdzie, będziemy kręcić się w kółko- warknął gniewnie mężczyzna.
-Nie będziemy- odparł stanowczo Nadim, najwyraźniej nie podzielając jego obaw- Wiem, gdzie jesteśmy.
Amir prychnął głośno. Też coś. On też całkiem dobrze orientował się w terenie, ale było tak ciemno, a oni skręcali co chwila pomiędzy kolejnymi drzewami, więc sam już nie wiedział, w którą stronę właściwie idą i nie mógł nawet być pewien, że nie krążą nieustannie w tym samym miejscu. Nie mógł już znieść tego chodzenia bez celu, w dodatku zaczęło mu się wydawać, że za każdym pobliskim drzewem ukrywa się coś lub ktoś, tylko czekający na moment, aż będą przechodzić obok.
-To wszystko twoja wina, psie!- wybuchnął w pewnym momencie, zatrzymując się gwałtownie w miejscu. Nadim, chcąc nie chcąc, również przystanął, spoglądając na niego zrezygnowany. Ciężko było zliczyć, ile już razy podczas dzisiejszej wędrówki, usłyszał od swojego towarzysza to zdanie- Nie mamy namiotu, nie mamy narzędzi, nie mamy jedzenia, nie mamy nic! Ciekawe, jak sobie to teraz wyobrażasz, co?!
-Nie jest tak źle. Nadal mamy broń- stwierdził Nadim, wzruszywszy ramionami.
-Świetnie- odparł z przekąsem mężczyzna- Twoja broń zapewni ci ciepło czy dobre miejsce do spania...?
-Zapewni pożywienie. Ognisko jakoś uda nam się rozpalić, znajdziemy dobre miejsce rankiem, o ile nie uda nam się jeszcze wydostać z lasu. A jeżeli chodzi o miejsce do spania... Prześpimy się tutaj.
-Postradałeś zmysły, psie?- Amir parsknął z politowaniem- Chcesz, żebyśmy zamarzli? A może zostali zabici? Wybacz, ale ja nie zamierzam stać się przekąską dzikich zwierząt. Wolę raczej odwrotną sytuację- dodał znacząco.
-I właśnie w tym tkwi wasz problem- odparł z irytacją potomek wilków- Wydaje się wam, że jesteście panami całego świata, panami natury i z niczym nie musicie się liczyć. A w rzeczywistości jesteście głupcami, nie macie pojęcia o świecie, bez waszych broni i narzędzi jesteście bezbronni jak dzieci!
-A wiesz, jaki jest wasz problem, psie?- rzucił w odpowiedzi mężczyzna, spoglądając na swojego towarzysza pobłażliwie- Brak wam rozsądku. Jest was dużo mniej niż ludzi, a wciąż wydaje się wam, że możecie nam dyktować warunki i dyskutować z nami jak równy z równym. Dawno już przestaliście stanowić dla nas jakiekolwiek zagrożenie, gdybyśmy rzeczywiście chcieli...- och, Amir czasami bardzo by chciał- ...poradzilibyśmy sobie z wami bez najmniejszego problemu. Ale nie...- przewrócił oczyma, parsknąwszy głośno- Wy nadal opowiadacie, że jesteśmy bezdusznymi barbarzyńcami i zachowujecie się tak, jakbyście mieli prawo do miana sprawiedliwych! Albo jakbyście byli liczącą się siłą! Ale w porównaniu z liczbą ludzi, praktycznie nie istniejecie!
Nadim pokręcił głową, wzdychając głęboko.
-To zawsze może się zmienić- stwierdził.
-Bzdura...- żachnął się Amir- Rodzi się was niewielu, za to wielu umiera. U nas jest zupełnie inaczej.
-Bo karaluchy rodzą się szybciej od motyli- odparł wyniośle potomek wilków, co wywołało u jego towarzysza jedynie pobłażliwy uśmiech.
-Oczywiście...- zgodził się Amir, z jawną drwiną w głosie- Co nie zmienia faktu, że nas za kilka lat będzie jeszcze więcej, a was w końcu nie będzie wcale. I to wasza natura was wyeliminuje!- dodał, parsknąwszy śmiechem- Nic innego! Nie nasze ataki, nie nasze okrucieństwo, nie barbarzyństwo! A wy i tak nieustannie domagacie się coraz więcej. Słowo daję, wuj ma dla was naprawdę dużo cierpliwości, ja już dawno zająłbym się wami tak, jak należy...- mruknął z niezadowoleniem. Jeżeli Ludwik liczył na to, że towarzystwo potomka wilków pomoże Amirowi zrozumieć jego pokrętne rozumowanie i przedziwnie prowadzoną politykę, to się mylił. Amir nadal nie pojmował, dlaczego należy być wyrozumiałym wobec ludu... chociaż nie, ludem w końcu nie byli... wobec rasy, która nieustannie tworzy nowe problemy, nowe mity, uważa się za najbardziej pokrzywdzoną i domaga się szczególnego traktowania, co więcej, jest szczególnie traktowana, bo pozwala jej się istnieć samodzielnie, na terenach, które dawno mogłyby już być przyłączone do tego czy innego królestwa, a oni wciąż są niezadowoleni! A cóż to za problem, raz przetrzepać im porządnie i ogoniaste tyłki i albo dać jasno do zrozumienia, że mają zachowywać się jak należy, bo inaczej będzie z nimi źle, albo od razu bez cackania przejąć ich ziemie, a ich... no cóż, od biedy na nich zostawić, ale pod czyjąś ścisłą kontrolą.
-Domyślam się- odparł spokojnie Nadim, nie wydając się poruszonym słowami mężczyzny- Słyszałem o twoim wuju wiele dobrego- dodał po chwili. Amir spojrzał na niego uważnie- Canis bardzo go szanuje i ceni.
-I słusznie- stwierdził chłodno Amir- Wszyscy powinniście go szanować, bo gdyby nie on, wasze zapchlone tyłki byłyby już dawno wykopane z naszych lasów. Ba, jestem nawet skłonny zaryzykować, że mało który z was by przetrwał, gdyby zabrała się za was nasza bardzo spragniona honorów i bogactwa arystokracja...
Łatwych honorów i bogactwa. To przede wszystkim.
-Szanuję twojego wuja. Właśnie dlatego, że Canis ma o nim tak dobre zdanie, a wiem, że potrafi ocenić trafnie czyjeś intencje. Ale gdybyście wy wszyscy zachowywali się wobec nas, tak samo jak on, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. I pewnie udałoby się nam dojść do zgody.
-Dobre sobie, psie...- Amir pokręcił z niedowierzaniem głową. To dopiero bezczelność!- Chcielibyście, żebyśmy wszyscy słaniali się przed wami na klęczkach i usługiwali wam...?- uśmiechnął się pobłażliwie- Nie jesteśmy głupcami.
-Och.... Więc twój wuj jest głupcem...?- Nadim uniósł pytająco brew, wpatrując się w swojego towarzysza z politowaniem.
-Nie. Mój wuj jest idealistą i przez to daje się zbyt łatwo zaślepić...- stwierdził Amir, ale ledwie wypowiedział te słowa, już poczuł cień wątpliwości. Może i wuj był idealistą, ale mężczyzna nie pamiętał zbyt wielu momentów, w których mógłby stwierdzić, że ten jest „zaślepiony”. No, może prócz ostatnich wydarzeń związanych z wiarą w istnienie jakiegoś demona. No i wszelkich sytuacji, w których stawał w obronie tych zwierząt- A my, psie, zachowujemy się w stosunku do was bardzo łaskawie... Powiedziałbym nawet, że wręcz ludzko...- dodał, uśmiechając się złośliwie.
-Nie rozumiem, jakim cudem słowo „ludzki” stało się synonimem łaski czy dobra! Ludzie od wieków dopuszczali się czynów tak ohydnych i okrutnych nie tylko wobec innych ludów, ale nawet wobec samych siebie, że słowo „ludzki” powinno oznaczać raczej nieskończoną głupotę, próżność i chciwość, a nie miłosierdzie, którym wasza cywilizacja nie wykazywała się nigdy, co udowodniliście!
-O bogowie...- westchnął teatralnie Amir, ruszając przed siebie. Właściwie to zmienił zdanie. Z dwojga złego, wolał już raczej kręcenie się w kółko niż światopoglądową uprzejmą wymianę zdań ze swoim jeszcze bardziej uprzejmym towarzyszem. Nie lubił bezsensownego ględzenia, wolał działanie.
-Nawet wasi bogowie tacy są!- nie odpuszczał wciąż Nadim, tym razem wyraźnie wytrącony z równowagi. Szybko dołączył do towarzysza, nie odrywając od niego uważnego spojrzenia- Jest ich cała masa, a każdy jeden gorszy od drugiego! Mściwi, chciwi, złośliwi, okrutni, nie znający sprawiedliwości ani przeznaczenia... Gdybym wierzył w ich istnienie, bałbym się budzić każdego poranka i wstawać z łóżka, w obawie przed tym, czy nie popadłem czasem w ich niełaskę!
-Pogódź się z tym, psie, że bogowie są tacy, jacy są, a nie tacy, jakimi chciałbyś ich widzieć...- stwierdził Amir, rozbawiony poruszeniem jakie dostrzegł u swego towarzysza- A poza tym, ciekaw jestem, w co wy wierzycie... Chociaż wy pewnie nadal pozostaliście jeszcze na etapie czczenia drzew...
-My nie wierzymy w bogów, ale w boga- stwierdził Nadim z powagą- Boga, który nie jest żadną istotą, ani podobną człowiekowi, ani podobną nam. Jest pewnego rodzaju stanem, bytem, duchem... Ciężko go określić. Jest po prostu siłą, która wprawia w ruch słońce, nocne niebo zdobi gwiazdami, wyznacza kierunek, znajduje się wszędzie i we wszystkim, co zostało stworzone przez naturę.
Amir uniósł brew, spoglądając na swojego towarzysza bez cienia zrozumienia.
-Czyli czym jest wasz bóg...?
-Nasz bóg jest wszystkim i wszystko jest naszym bogiem- odparł cierpliwie Nadim.
Amir milczał przez dłuższą chwilę, starając się przyjąć do wiadomości to, co przed chwilą powiedział potomek wilków, ale jakby sobie tego nie tłumaczył i tak jego umysł kwitował te brednie jednym słowem: absurd. Bogowie przecież nie mogą być wszystkim! Na tym właśnie polega cała idea bogów! Bycie wszystkim, to jak bycie niczym, a bogowie muszą być konkretni i mieć konkretne cele i zadania! I dzięki temu ludność wie, do której świątyni się udać i na ręce którego kapłana złożyć nieskromny datek, by znaleźć odpowiedniego męża czy żonę, by uzyskać dobre plony, by zwyciężyć w sporze sądowym z sąsiadem, pozdrowić przez pośredników nieżyjącego od piętnastu lat brata czy mieć odpowiednią pogodę na jutrzejszą schadzkę z kochanką. A jak coś nie wyjdzie, zawsze można to zrzucić na brak woli bożej, co w efekcie oznacza, że wola boska była, ale była inna, więc wola boża została wypełniona, więc wszystko jest w porządku! Oczywiście nie ulegało wątpliwości, że bogowie mnożyli się czasem jak grzyby po deszczu, a kapłani raz po raz doznawali jakiś objawień, w miarę rosnących potrzeb społecznych, ale cóż z tego! Zresztą, jak jeden bóg ma sobie poradzić ze wszystkimi sprawami? Jeden bóg – jedna sprawa, dobrze się na tym zna, małe szanse, że coś schrzani, a i kolejki niewielkie.
-Uważaj jak chodzisz, psie- rzucił złośliwie Amir, zerkając ukradkiem na swojego towarzysza- Możesz podeptać jakieś drobne żyjątka...
-A co się stanie, jeżeli podepczę jakieś drobne żyjątka...?- Nadim uniósł pytająco brew.
-Nie wiem...- odparł pełnym napięcia szeptem Amir- Ty mi powiedz. To w końcu może być twój bóg...
Powiedziawszy te słowa, przyspieszył kroku i zadowolony z siebie, wyminął potomka wilków. Nadim mruknął coś za jego plecami niezbyt wyraźnie, pozostając w tyle. I tak szli jeszcze przez kilkanaście minut w zupełnej ciszy, dopóki Nadim nie rzucił cichego:
-Widzisz to...?
-Tak- zaironizował Amir, parskając z politowaniem- Widzę. Ciemność. Wszędzie.
-Nie... Zobacz...
Potomek wilków, nie czekając na odpowiedź mężczyzny, ruszył biegiem przed siebie. Amir spojrzał na niego z istną rezygnacją, ale chcąc nie chcąc, przerażony możliwością zgubienia się samemu w tym wielkim lesie, musiał go gonić. A przynajmniej usiłował. Usiłował też dostrzec, co ten tak właściwie zauważył, ale mimo tego, iż wytężał wzrok, widział przed sobą jedynie drzewa. Przez chwilę wydawało mu się, że Nadimowi coś się wydaje, zauważył jakieś zwierzę albo właśnie doznał objawienia, utożsamiając swojego wszystko-będącego boga z którymś z pobliskich drzew. Tak jednak nie było. Gdy w ślad za potomkiem wilków przedarł się wreszcie przez mur sosen, zauważył coś, czego absolutnie się nie spodziewał.
Budynek. Stał przed nimi budynek. Tak po prostu, najzwyczajniej w świecie, w środku ogromnego lasu. Sam był całkiem sporych rozmiarów, dwupiętrowy, szeroki, zbudowany z ciosanego kamienia, wyglądał na dość stary, ale na pewno nie na opuszczony. Amir zdumiał się bardzo. Nadim spojrzał na niego bez większego zrozumienia, po czym obaj zbliżyli się niepewnie do pokaźnego domu, nie wiedząc, czego mogą się spodziewać.
-Co to jest...?- zapytał Amir, marszcząc brwi.
Potomek wilków wzruszył ramionami, po czym wspiął się na palcach, by móc spojrzeć przez wysoko umiejscowione, zabrudzone okna do wnętrza budynku.
-To chyba... To chyba jakaś gospoda...- stwierdził po chwili, niezbyt przekonany. Amir parsknął z politowaniem. Gospoda? W środku lasu?- W środku są jacyś ludzie... Stoliki... Widzę kontuar...
-Jesteś pewien, że to gospoda...?
-Nie wiem... Ale jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać- zauważył.
Amir skinął głową, ale nie zamierzał być pierwszym, który przekroczy próg tego domu. Już samo jego umiejscowienie wydawało mu się tak nieprawdopodobne, że aż podejrzane. A że podejrzliwy był bardzo i na jednej podejrzliwości nie mógł poprzestać, natychmiast przypomniał sobie pełne grozy opowieści krążące w jego mieście, o niebezpiecznych kultystach gromadzących się masowo w lasach i gajach, z daleka od wszelkiej cywilizacji, i tam zakładających swoje siedziby, w których później przywoływali złe duchy, a wszelkich przybyszów torturowali okrutnie i składali w ofierze swoim upadłym bogom. Oczywiście plotki te nie miały w sobie ani ziarna prawdy, ale kto wie, co kryło się w tych lasach.
Nadim patrzył na niego jednak z wyraźnym wyczekiwaniem, więc Amir, chcąc nie chcąc, skapitulował, nie zamierzając wykazać się tchórzostwem i otworzył drewniane drzwi, a następnie wszedł do środka. Miejsce to rzeczywiście przypominało gospodę. Było ponure i niezbyt przyjemne, oświetlone ledwie bladym światłem pochodni zawieszonych na mosiężnych żyrandolach, tuż przy suficie. Na dwóch przeciwnych krańcach dużej sali, stały dwa ogromne kominki, w żadnym z nich nie tlił się jednak ogień, więc było prawie tak zimno, jak na zewnątrz. W pomieszczeniu znajdowało się też kilkanaście stolików, z czego większość uszkodzona albo podziurawiona. Po prawej stronie stał fortepian, pozbawiony już jednak większości klawiszy. W środku znajdowało się niewiele ponad tuzin ludzi. Dwóch jegomościów grało w karty tuż przy wejściu, niedaleko od nich siedziała nieruchomo słusznych rozmiarów pani, z zamkniętymi oczyma, jakby już przysypiała. Dalej dwie kobiety, ściskające się wzajemnie w taki sposób, że raczej trudno było je uznać za siostry i dwóch mężczyzn pogrążonych w żarliwej dyskusji. Stolik tuż przy oknie zajmowała trójka pań i dwóch jegomościów, żadne z nich jednak się nie odzywało, a jedynie patrzyli pustym wzrokiem przed siebie, jakby znudzeni. Obok zdumionego Amira, przemknęła się jakaś dziewczyna, młoda, może ledwie dwudziestoletnia, ciemnowłosa, z rdzewiejącym diademem na głowie. Zmierzyła ich obu nieprzychylnym spojrzeniem, po czym dołączyła do milczącego towarzystwa, zajmując ostatnie miejsce przy stoliku. Amir spojrzał na Nadima, który zdawał się być równie niepewny i zdziwiony tym, co zobaczył. Nie przypominało to z pewnością Trupiarni ani żadnej innej gospody, w jakiej mężczyzna bywał. Całe towarzystwo wydawało się jakieś ponure, bez życia, nikt nic nie pił, ani nie jadł.
Ruszyli powoli do przodu i w końcu usiedli obaj przy ladzie, raz po raz wymieniając ze sobą znaczące spojrzenia. Amir nie wiedział nawet, czy ktokolwiek pozwoli im tu zostać, gdy tylko wyjdzie na jaw, że nie mają nawet pieniędzy i z pewnością nic nie zamówią, ale przynajmniej było tu bezpieczniej niż w lesie.
Z bocznego pomieszczenia wyłonił się jakiś mężczyzna, zapewne gospodarz tego miejsca. On również był młody, jak wszyscy inni obecni, góra dwudziestoparoletni, urodziwy, o jasnej cerze, łagodnych rysach twarzy, błękitnych oczach, prostym nosie i bladych ustach. Skórę miał idealnie gładką, włosy czarne, długie i gęste, splątane w wysoką kitkę. W pierwszej chwili skojarzył się nawet Amirowi z kobietą, bowiem urodę miał bardzo subtelną.
W pierwszej chwili nie zwrócił nawet na nich uwagi, wzdychając ciężko i chodząc w kółko, przestawiając coś bez większego sensu i zaangażowania. Za jego plecami piętrzył się stos kieliszków i kufli, zakurzonych tak strasznie, jakby leżały tam nieużywane od kilku miesięcy. Niektóre z nich były już nadtłuczone albo w kawałkach. Nie widać było też żadnych trunków. Dobrze widoczne były za to pajęczyny i masa niewielkich żyjątek, przemykających bezkarnie po ścianach i podłodze, nie budząc najwyraźniej ani zainteresowania gości, ani samego gospodarza. Amir odkaszlnął nieco nerwowo. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, uznałby to miejsce za opuszczone.
Dopiero w reakcji na to, mężczyzna będący za kontuarem, odwrócił się zdumiony w ich kierunku. Zmierzył ich uważnym spojrzeniem, po czym raz jeszcze westchnął głęboko i rzucił ze smutnym uśmiechem:
-Co ja widzę...? Nowe twarze...?
Nadim uśmiechnął się niepewnie w odpowiedzi.
-Co tutaj robicie?- zainteresował się gospodarz. Amir dostrzegł, że o ile jemu gospodarz poświęcił ledwie jedno spojrzenie, od potomka wilków nie mógł oderwać spojrzenia, wyraźnie zafascynowany- Jestem pewien, że nie widziałem was nigdzie w pobliżu...
-Raczej nie, panie- odparł spokojnie Nadim, nie wytrącony z równowagi zainteresowaniem, do którego zapewne zdążył już przywyknąć- Dopiero co się tu zatrzymaliśmy, jesteśmy w podróży.
-Miło, że do nas zawitaliście- rzucił ciemnowłosy, kiwając głową ze zrozumieniem i uśmiechając się szerzej, ale nadal w jakiś ponury, posępny sposób, jakby coś go trapiło- Ale nie spodziewajcie się żadnych urozmaiceń...- dodał po chwili, wzdychając bardzo smętnie, już po raz kolejny- Nic się tutaj nie dzieje, zupełnie nic... Ani żywej duszy! Od dawna nie natrafiliśmy nawet na żadnego zbłąkanego wędrowca! Czy nie wydaje się wam, szanowni panowie, że nasza egzystencja jest doprawdy potworna...?- zapytał w zamyśleniu, wzbudzając u obu niemałą konsternację- Wolałbym, o tak, stanowczo bym wolał, zginąć najmarniej w świecie, niż tkwić tutaj zasraną wieczność i cały czas obserwować te same twarze... O, tak, panowie...- pokiwał głową i uśmiechnął się gorzko- Aż trudno uwierzyć, że bogowie potrafią być aż tak okrutni...
Amir uniósł brwi. Spodziewał się raczej, że od gospodarza usłyszy pytanie o to, czy zostają na noc, czy coś zamawiają, ile zapłacą. Ale sądząc po stanie tego pomieszczenia, może nie było nawet za co płacić.
-Szanowny panie...- odezwał się nieśmiało Nadim- Wybacz, że pytam, ale... Jaki jest sens zakładania gospody z dala od miasta?- zadał pytanie, które chodziło Amirowi po głowie od samego początku- Trudno chyba spodziewać się zbyt dużego... urozmaicenia.
-Ależ panie, tu kiedyś było miasto- odparł z pełnym przekonaniem mężczyzna- Dawno... Bardzo dawno, pięćset, może czterysta lat temu...- zamilkł na chwilę, zastanawiając się- A może nie... Nie wiem, nie wiem, pamięć mnie zawodzi- stwierdził, wywołując u Amira pobłażliwy uśmiech. To chyba nie był człowiek do końca zdrowy na umyśle- Ale tak, było tu miasto, panie... Duże miasto, jakie piękne miasto! Ludzi wokół pełno, dzień w dzień mieliśmy tu kilkunastu, interes się kręcił, aż chciało się dbać o to miejsce! Ale później... Och, tak... Później jakaś zaraza i całe miasto padło... A my zostaliśmy...- westchnął smętnie, kręcąc głową- Och, tak, zostaliśmy... Miasto popadło w ruinę, w końcu przestało istnieć, a później wyrósł tutaj las... Bardzo, bardzo smutny los nas czeka...
-Rozumiem...- skwitował potomek wilków, odkaszlnąwszy cicho, aczkolwiek widać było po nim wyraźnie, że jednak rozumiał niezbyt wiele. Amir uśmiechnął się lekko pod nosem. Dom wariatów. Istny dom wariatów. Potarł lekko skostniałe od zimna dłonie. Dlaczego jeszcze nie rozpalili w kominku...?- Więc dlaczego nie przenieśliście się do innego miasta?
-Ależ panie!- mężczyzna posmutniał i sposępniał jeszcze bardziej- Dokąd mielibyśmy iść...? Wcześniej wydawało nam się, że miasto jeszcze uda się odbudować, że ktoś tu wróci, ale nie... A później było za późno. Jakie straszne czasy dla nas nastały! Kiedyś byliśmy wszędzie, a dzisiaj musimy się ukrywać! Mało to już słyszymy historii, jak z naszymi braćmi rozprawiają się to tu, to tam...? A przecież jeszcze niedawno... Ach, panie!- westchnął raz jeszcze z rozrzewnieniem, jakby te wspomnienia były dla niego szczególnie drogie i bolesne jednocześnie.
Amir zerknął na Nadima, który z wyraźnym zainteresowaniem spoglądał w kierunku jednej z siedzących przy stoliku kobiet. Ten dopiero po chwili wyczuwając na sobie wzrok towarzysza, spojrzał na niego i widząc jego nieco zniesmaczoną minę, odebrał ją zapewne jako oznakę zniecierpliwienia. Popatrzył znowu na rozmarzonego gospodarza, pogrążonego całkowicie w rozmyślaniu i rzucił dla podtrzymania rozmowy:
-A ci wszyscy ludzie...? Oni tu mieszkają...?
-Cóż...- karczmarz najpierw wzruszył ramionami, by już po chwili pokiwać twierdząco głową- Tak, chyba można tak powiedzieć.
-A czym się zajmują...?
Amir raz jeszcze obejrzał się na dziwaczne towarzystwo i doszedł do wniosku, że to całkiem dobre pytanie. Wszyscy byli tutaj dobrze ubrani, panie miały na sobie długie suknie, które może jeszcze przed kilkoma laty mogły wyglądać elegancko i schludnie, teraz były już nieco poszarpane, podziurawione i brudne. Jednak tak samo kobiety, jak i mężczyźni, były bardzo zadbane, włosy miały czyste, upięte, twarze urodziwe, zresztą wszyscy obecni wyglądali raczej na rezydentów jakiegoś zamku czy pałacu, a nie bywalców gospody.
-A czymże mogli by się zajmować, szanowny panie...? Grają w karty, jak widzisz, rozmawiają czasem... Chociaż o czym to można rozmawiać przez tak długi czas! Chyba tylko rozwiązywać dawne spory...- dodał, wskazując na rozmawiających ze sobą mężczyzn, których dyskusja stopniowo stawała się coraz bardziej emocjonalna i zaczynała już przypominać kłótnię- Ale cóż się dziwić... Gdy nie ma nic do roboty, trzeba wymyślić cokolwiek, by nie oszaleć.
Nadim milczał. Amir doszedł do wniosku, że ten jegomość musiał oszaleć już dawno, ale powstrzymał się od komentarza. Znowu zauważył, że jego towarzysz wygląda ciekawie w kierunku młodych dziewcząt, ale żadna nie zwracała na niego większej uwagi, co wywołało u Amira uśmieszek satysfakcji.
-Nigdy nie widziałem kogoś takiego jak pan...- rzucił w pewnym momencie gospodarz, spoglądając wciąż na Nadima z nieskrywaną fascynacją.
-Jestem potomkiem wilków- wyjaśnił Nadim, uśmiechając się lekko. Musiał chyba poczuć ulgę, że nie został stąd ani wyrzucony, ani nie usłyszał choćby pogardliwego słowa czy obelgi. Pozostali obecni zdawali się zupełnie obojętni, a gospodarz nastawiony pozytywnie.
-Tak, tak, wiem, słyszałem o was...- potwierdził gorliwie ciemnowłosy, uśmiechając się szeroko- Ale nigdy nie sądziłem, że spotkam kogoś takiego... Kto by przypuszczał, że takie przekleństwo może dotyczyć również was... Smutne, prawda...?
Nadim otworzył usta, ale zaniemówił, chyba nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi.
-Tak, moi panowie...- westchnął znowu gospodarz, ze smutnym uśmiechem- Tak to jest z naszym życiem... Najpierw przychodzi etap, w którym wydaje się nam, że możemy wszystko i nic nam nie zaszkodzi... Później to się zmienia i jesteśmy w stanie posunąć się do najgorszych rzeczy, by uniknąć śmierci... A potem jest już tylko żal, bo nagle okazuje się, że śmierć nie jest w gruncie rzeczy niczym innym, jak tylko kolejnym etapem, a wieczność jest taka nudna... Życie jest takie nudne... Ach...
W tym momencie dwaj kłócący się mężczyźni, zaczęli już na siebie wrzeszczeć. Gospodarz przeprosił ich uprzejmie, po czym ruszył, by załagodzić sytuację. To chyba stanowiło dla obecnych najlepszą rozrywkę, bowiem wszyscy nagle spoglądali w stronę awanturujących się z cieniem ciekawości, nawet grubsza panna, siedząca w kącie, otworzyła oczy i z szerokim uśmiechem obserwowała rozwój sytuacji.
-To bardzo dziwny człowiek- ocenił szeptem Nadim, mocno zdezorientowany.
-Znałem już takich- parsknął pobłażliwie Amir, machnąwszy lekceważąco dłonią. Nadim spojrzał na niego pytająco- Ledwie odrośli od ziemi, a już spieszy im się do grobu. Ile to już było nieszczęśliwych kochanków, którzy pierwszą miłość przepłacili życiem...- zaśmiał się, kręcąc głową- Jakby było mało mężczyzn czy kobiet na świecie, no doprawdy... Znałem jednego, syn arystokraty. Chłystek, ledwie wszedł w młodzieńczy wiek, a już pisał poezję, swoją drogą marną, śpieszno mu było spotkać się twarzą w twarz z bogami, życie mu się nie podobało, chociaż majątku miał tyle, że mógłby zrobić co tylko zechciał... Ale nie, jemu najwyraźniej zależało na tym, by wyróżnić się inaczej. Ojciec nie dowierzał, że coś sobie zrobi, zresztą wszyscy myśleli, że to biadolenie, ale któregoś dnia udowodnił, że jest inaczej, poszedł się utopić. Ale pływać umiał dość dobrze no i go odratowali. Później chciał sobie podciąć żyły, ale ledwie zrobił niewielkie nacięcie, zobaczył krew, przeraził się tak bardzo, że zemdlał... Więc żyje nadal i pewnie nadal będzie próbował, bo tacy ludzie są tak dziwaczni i spaczeni, że nic innego im do głowy nie przychodzi.
-Może...- stwierdził Nadim w zamyśleniu- To straszne... Ktoś odbiera sobie życie, a przecież nie wiadomo, czy nie mógłby być w przyszłości doskonałym wodzem czy władcą...
Amir prychnął z politowaniem.
-To raczej oczywiste, że nie mógłby być. Szaleńcy powinni trzymać się z daleka od władzy.
Nadim uśmiechnął się.
-Niektóre szaleństwa mijają z wiekiem- odpowiedział.
Sytuacja się uspokoiła. Gospodarz powrócił za kontuar i uśmiechnął się lekko do mężczyzn.
-A skąd właściwie przybywacie, panowie...?- zapytał z zainteresowaniem.
-Z dalekiego królestwa- uciął Amir, nie chcąc wdawać się w szczegóły.
-Czy to dalekie królestwo jest dobrym miejscem dla takich jak my...?
-Jest dobre dla jego rdzennych mieszkańców, panie- odparł chłodno mężczyzna, zerkając jednocześnie znacząco na swojego towarzysza. Nie lubił przybyszów z zewnątrz, nie chodziło jedynie o potomków wilków, zbyt często już spotykał się z sytuacją, że ten czy inny jegomość, przyjeżdżając ze swojego królestwa, nadal uważa, że obowiązuje go poprzednie prawo i poprzedni system, a nawet poprzedni władca. Stąd wniosek nasuwał się prosty: niech każdy żyje tam, gdzie się urodził i nie narzeka.
-Wiem o czym mówisz, panie- stwierdził gospodarz, zbolałym głosem- Już się z tym spotkałem! Jak mamy stanowić potęgę, skoro nikt się wzajemnie nie szanuje...? Kiedyś trzymaliśmy się razem, jeden za drugiego mógłby zginąć, a teraz...- jęknął głucho- Zgroza! Brat podaje rękę bratu, ale ten woli ją odgryźć, niż pomóc! Co za straszne czasy!
-Ludzie tacy już po prostu są- rzucił potomek wilków, spoglądając na Amira wyniośle- Nie tolerują żadnej inności...
-Prawda, prawda!- potwierdził gorliwie ciemnowłosy, jakby sam był reprezentantem innej rasy- Za życia bardzo nad tym bolałem...
Amir uniósł brwi. Robiło się coraz zimniej. Z tego, co zdążył zaobserwować, jego towarzysz nie odczuwał tego równie mocno, ale on prawie się trząsł. Kiedy ktoś wreszcie rozpali w tych przeklętych piecach...? Było już przecież strasznie późno.
-Nie macie ze sobą żadnych rzeczy, panowie?- zmartwił się gospodarz- Jeżeli macie zamiar przechodzić przez miasto, powinniście mieć cokolwiek, choćby sam prowiant, żeby nie budzić podejrzeń...
-Ależ mieliśmy więcej niż prowiant...- mruknął z irytacją Amir. Nadim położył uszy po sobie, chyba już wiedząc, co zaraz usłyszy- Ale mój szanowny towarzysz, obudził jakąś bestię i... Powiedzmy, że zostaliśmy bez niczego. Przez moment wydawało mi się nawet, że bez życia...
W tym momencie gospodarz zaśmiał się głośno.
-Och, tak, tak!- chichotał wciąż, ku zdumieniu Amira, machając dłonią- Mnie też się to ciągle zdarza!
-Co takiego...?- zapytał bez zrozumienia mężczyzna.
-Wydaje mi się, że zaraz zginę, ale zaraz sobie przypominam i... Tak, tak, to bardzo zabawne!
I zaśmiewając się prawie do łez, wyszedł na chwilę na zaplecze, zostawiając swoich gości samych. Nadim wydawał się być równie zdezorientowany, co jego towarzysz. Obaj po raz kolejny spojrzeli na siebie i chyba nigdy wcześniej, tak dobrze jak w tej właśnie chwili się nie rozumieli. Należało tu jedynie przeczekać do świtu, a później ruszyć czym prędzej dalej.
-Co się dzieje...?- zapytał potomek wilków.
-Tu jest diabelnie zimno...- wycedził przez zęby Amir, trzęsąc się już cały i pocierając skostniałe dłonie. Obejrzał się na pozostałych obecnych, którym chłód zdawał się zupełnie nie przeszkadzać, chociaż ubrani byli stosunkowo lekko. Gospodarz wrócił z zaplecza, uśmiechając się do nich lekko- Czy nie można rozpalić w kominku...?- zapytał otwarcie mężczyzna, szczękając zębami.
-W kominku...?- zdumiał się tamten- A po cóż to...?
Amir prychnął z cieniem irytacji.
-Bo zaraz umrę z zimna.
Te słowa wywołały u gospodarza jeszcze większe zdziwienie.
-Czujesz zimno, panie...?- zapytał, a to pytanie zawisło na długą chwilę w zupełnej ciszy. Amir wpatrywał się w niego bez szczególnego zrozumienia. Widział, jak na twarzy mężczyzny grają jakieś emocje, jego oczy rozszerzyły się nagle, a usta rozchyliły szeroko, a zaraz ułożyły się w kolejne, równie pełne niedowierzania słowa- Wy jesteście... Jesteście...- jego wargi ułożyły się w niemalże szaleńczy uśmiech. Zaśmiał się głośno i krzyknął- Jakie to szczęście, że jesteście z nami! Cali! Zdrowi! Żywi...!
Szmer rozmów w jednej chwili ucichł. Amir obejrzał się za siebie i poczuł się ogromnie nieswojo, widząc, że oczy wszystkich obecnych skierowane są właśnie na nich. Po raz pierwszy ci dziwni ludzie patrzyli na nich z taką niezwykłą ciekawością, fascynacją. Na ich nieruchomych, obojętnych twarzach, wykwitły uśmiechy albo pojawiły się wyrazy niedowierzania. Wyglądało to w istocie niezwykle. Towarzystwo, przypominające wcześniej ledwie cienie czy kukły, zdawało się nagle budzić do życia.
-Bracia! Rozpalcie ogień!- rozkazał wesoło gospodarz, a dwaj kłócący się wcześniej mężczyźni, poderwali się natychmiast z miejsca i żwawo ruszyli, by spełnić jego polecenie- Dawno już nie mieliśmy tutaj tak znakomitych gości! I ugościmy ich jak należy! Poczekajcie, drodzy panowie- zwrócił się do kompletnie osłupiałych Nadima i Amira- Mam tutaj wielce szlachetne trunki! Zaraz się coś dla was znajdzie!
Wyszedł na zaplecze i zaraz powrócił z butelkami wina, chwycił jedną z nich i nalał z niej sprawnie do okropnie zakurzonych kieliszków, po czym postawił je przed mężczyznami z pogodnym, zachęcającym uśmiechem, który dodał mu jeszcze więcej urody i uroku. Amir powiódł za nim ciekawym spojrzeniem, zastanawiając się jednocześnie, co się tak właściwie stało.
-Coś jest nie tak...- szepnął Nadim, rozglądając się płochliwie. Amir z cieniem rozbawienia dostrzegł, jak ogon potomka wilków kręci się wte i wewte.
-A czy tu cokolwiek jest tak jak należy...?- mruknął Amir i nie reagując na pływające w trunku drobiny kurzu, wlał w siebie zawartość kieliszka. Wino rzeczywiście smakowało dobrze. Wystarczająco dobrze, by Amir skoncentrował się na nim i jego czujność została w jednej chwili uśpiona.
Gospodarz natychmiast dolał mu do kieliszka i tego wieczora dolewał jeszcze kilkakrotnie. Nadim, mimo początkowego niepokoju, w pewnym momencie również się zrelaksował, zapewne także pod wpływem alkoholu i towarzystwa dwóch wysoce urodziwych pań, które znalazły się u jego boku i patrzyły na niego pożądliwie, mimo tego, że jeszcze nie tak dawno zdawały się być zainteresowane wyłącznie swoim towarzystwem. Obok Amira również pojawiła się kobieta, ta sama, na którą zwrócił uwagę na początku, z diademem we włosach, jednak był on bardziej zainteresowany winem niż jej towarzystwem. Musiał jednak przyznać, że zaszła w niej jakaś niesamowita zmiana. Na początku, gdy ją zobaczył, mimo pozornej urody, wydawała mu się ona w pewien sposób nieprzyjemna, odpychająca. Teraz, spoglądając na nią z cieniem fascynacji, musiał przyznać, że była chyba najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek w swoim życiu widział. Taka sama zmiana zaszła właściwie ze wszystkimi obecnymi. Oni również zbliżyli się do nich, zagadywali ich od czasu do czasu, śmiali się serdecznie i teraz rzeczywiście sprawiali wrażenie całkowicie normalnych ludzi, choć ich niezwykła serdeczność mogła budzić niemałe obawy.
-Chyba już wystarczy...- zauważył Nadim, spoglądając na swojego towarzysza, sięgającego już po któryś kieliszek z kolei.
-Jestem stałym bywalcem Trupiarni...- rzucił z politowaniem Amir, jakby to wszystko wyjaśniało i upił spory łyk wina. I chyba rzeczywiście, argument ten był całkiem trafiony. Amir pił często, pił dużo, ale słynął z tego, że głowę miał mocną i długo zachowywał trzeźwość. Teraz czuł jak alkohol szumi mu przyjemnie w głowie, miał lekkie problemy z koncentracją, ale wydawało mu się to efektem tego, jak strasznie był zmęczony i senny.
Gospodarz zdawał się to zauważyć i w pewnym momencie rzucił:
-Może szanowni panowie zechcieliby się przespać...? Na górze mamy kilka pokoi, w sam raz dla strudzonych wędrowców...- i nie czekając nawet na odpowiedź mężczyzn, posłał dwie kobiety, by przygotowały sypialnie.
Gdy te przyszły i obwieściły, że wszystko gotowe, Nadim podniósł się z miejsca, a w ślad za nim ruszył Amir. Wstał dość gwałtownie, więc zakręciło mu się w głowie i zachwiał się, jednak po tej chwilowej słabości, odzyskał równowagę i mimo drobnego zamglenia, dotarł do swojego towarzysza i stanął u jego boku.
-Zaprowadzę panów- zaoferował się gospodarz, po czym zatrzymał się przy nich i rzucił- Czy zechcielibyście może, wybrać sobie jakąś towarzyszkę...?- zapytał, wskazując na kobiety znajdujące się za nim. Żadna z nich nie wydawała się być bynajmniej tymi słowami obruszona, wszystkie patrzyły na nich, uśmiechając się zachęcająco.
-Cóż...- na wargach Nadima pojawił się figlarny uśmiech.
-Nie- warknął Amir, spoglądając na niego surowo.
-Dlaczego nie?- nie rozumiał potomek wilków.
-Bo chcę spać i nie mam ochoty słuchać twojego... mruczenia- odparł mężczyzna, posyłając mu znaczące spojrzenie. Nadim parsknął cicho i skinął głową z rozbawionym uśmiechem.
Gospodarz zaprowadził ich na górę. Pierwszy pokój, pokój Nadima, znajdował się na samym końcu, tuż przy jakichś schodach, które nie prowadziły chyba do sali. Amir był coraz bardziej senny i zamroczony, ledwie zdawał sobie sprawę z tego, dokąd go prowadzą. Dostał sypialnię daleko od swojego towarzysza. Natychmiast wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Jej wnętrze było równie zaniedbane i obskurne, co wnętrze sali, ale mało go to obchodziło. Rzucił się na łóżko tak jak stał, okrył się jedynie niedbale kołdrą i zadowolony z faktu, że w pobliżu nie znajduje się żaden mruczący czy też chrapiący osobnik, zasnął prawie natychmiast.
W pewnym momencie obudził go jakiś szmer. Uchylił powieki i rozejrzał się dookoła z niewyraźnym pomrukiem, usiłując sobie przypomnieć, gdzie się właściwie znajduje. Dostrzegł tuż przy drzwiach czyjąś sylwetkę. Przez moment wydawało mu się, że to tylko sen albo złudzenie, ale gdy postać poruszyła się nagle, przekonał się, że jest inaczej.
-Czego chcesz...?- burknął gniewnie i sennie, wtulając się z powrotem w poduszkę, nie starając się nawet sprawdzić kto to taki, sądząc, że to zapewne jego towarzysz albo inny, równie natrętny jegomość.
Nie usłyszał jednak odpowiedzi, do jego uszu dotarły jedynie ciche kroki i już po chwili poczuł, jak ktoś chwyta go za ramię, nachylając się nad nim jednocześnie.
-Co ty wyrabiasz, psie...?- warknął znowu zdezorientowany, ale gdy tylko spojrzał w górę, przekonał się, że to nie Nadim złożył mu tak nietypową wizytę. Przez chwilę był tak osłupiały, że nawet nie drgnął, obserwował tylko, jak szkaradna twarz mężczyzny, z rozwartymi w nienaturalny sposób ustami, w których widać było wyraźnie długie kły, podobne do zębów potomka wilków, zbliża się do niego. Dopiero po momencie, szarpnął się mocno, wyrywając z uścisku. Postać zasyczała głośno i chwyciła go za nadgarstek, przyciskając do łóżka, nie była jednak zbyt silna i nie wydawała się być skoncentrowana na tym, by go unieruchomić, a jedynie dosięgnąć. Ogromne szczęki otwierały się i zamykały raz po raz, tuż nad twarzą mężczyzny, gdy ten odpychał od siebie kreaturę, trzymając ją na odległość. W pewnym momencie przetoczył się na bok, wraz z tą szkaradą i spadł razem z nią z łóżka. Wyplątał się sprawnie z jej uścisku i podniósł prędko, w tej samej chwili dobywając miecza. Cofnął się do drzwi. Stworzenie zawyło głośno i ruszyło w jego kierunku. Amir wbił miecz głęboko w jego ciało. To znieruchomiało na chwilę i z wyrazem zdumienia wpatrywało się w niego, po czym ruszyło gwałtownie do przodu, nabijając się na ostrze jeszcze bardziej i zbliżając się tym samym do kompletnie zdezorientowanego tym widokiem mężczyzny. Kreatura dotknęła jego ręki, rozbitej podczas upadku z łóżka, z której sączyła się powoli czerwona ciecz. Obserwował z obrzydzeniem, jak to stworzenie oblizało chciwie własną dłoń, naznaczoną jego krwią i z większą siłą, i szaleństwem w oczach, znowu ruszyło do przodu. Amir odskoczył na bok i szarpnąwszy mocno miecz, niemalże przepołowił bestię, uwalniając go z jej cielska. Wskoczył na łóżko, a w ślad za nim ruszyła ta postać. Amir zaatakował znowu, odcinając najpierw dłoń, a później wyciągniętą ku niemu rękę. Trysnęła na niego krew, o bardzo dziwnej konsystencji i zapachu. Bestia zawyła ponownie i zdawać by się mogło, że zaatakuje znowu, ale nie zdążyła. Amir wziął mocny zamach i uciął jej głowę, która opadła z hukiem na podłogę. Korpus stał jeszcze przez chwilę nieruchomo w takiej samej pozycji jak wcześniej, z wyciągniętym ku mężczyźnie kikutem, ale już po chwili również zwalił się na ziemię. Amir zszedł z łóżka, oddychając płytko i przerażony, ominął zwłoki potwora, nie będąc nawet w stanie domyślić się, co się właściwie wydarzyło. Podłoga tonęła w bladoczerwonej mazi, sączącej się coraz wolniej z trupa.
-Nadim...- szepnął po chwili Amir, ledwie rozumiejąc, co się wokół niego dzieje, na tyle jednak świadom, by zdać sobie sprawę z tego, że jego towarzysz jest zagrożony.
Na chwiejnych jeszcze nogach, wybiegł z pomieszczenia i ruszył wzdłuż korytarza, dopadając do ostatnich drzwi i zaglądając do środka. Zatrzymał się w progu, dostrzegając spokojnie śpiącego mężczyznę, owiniętego kołdrą i leżącego plecami do niego. Odetchnął z ulga, po czym podszedł do niego.
-Psie... Psie! Psie, wstawaj do licha!- warknął głośno, ale jego towarzysz nie zareagował. Amir syknął zniecierpliwiony i chwycił go za ramię, ale w tym momencie poczuł coś wilgotnego. Uniósł dłoń, spoglądając na nią niepewnie. Krew- Nadim!- wykrzyknął spanikowany, widząc, że mężczyzna się nie rusza i odwrócił go w swoim kierunku...
Głowa połączona z ciałem ledwie fragmentem skóry, odchyliła się gwałtownie do tyłu. Diadem upadł z trzaskiem na posadzkę. Dopiero wówczas Amir zdał sobie sprawę z tego, kto znajduje się w łóżku.
-Przeklęty psie...- rzucił, nawet nie wiedząc, czy czuje wściekłość, czy ulgę i nie wiedząc tym bardziej, co czuć właściwie powinien. Nie miał pojęcia, gdzie znajduje się Nadim.
Wyszedł szybko z pomieszczenia i zatrzymał się przy schodach. Nie miał pojęcia, dokąd prowadziły, nie wiedział też, czy powinien w ogóle schodzić na dół. Ruszył jednak powoli, słysząc, jak drewniane stopnie trzeszczą pod jego stopami. Opierał się o kamienne ściany, nie do końca przyzwyczajony jeszcze do otaczającej go ciemności. Potknął się kilka razy, jednak udało mu się wreszcie dotrzeć na dół. Wpadł na jakąś beczkę, która z hukiem potoczyła się dalej. Zacisnął mocniej palce na rękojeści miecza, rozglądając się wokół spanikowany. Słyszał swój własny, płytki oddech i bijące szybko serce. W pewnym momencie dotarło do niego coś jeszcze. Trzask bitego naczynia.
-Żeby was wszystkich...- mruknął pod nosem i drżąc, ruszył do przodu, gotów zabić wszystko, co pojawi się na jego drodze.
I znowu jakiś szmer, jakby coś usiłowało się przed nim schować. Szedł jednak dalej przed siebie, z mieczem uniesionym lekko w górę, dawno nie będąc równie przerażonym, co w tej właśnie chwili. W pewnym momencie zauważył przed sobą czyjąś sylwetkę. Ruszył do przodu z dzikim okrzykiem i ktoś naprzeciw niego zrobił dokładnie to samo... I gotów był już zamachnąć się mieczem, gdy usłyszał osłupiałe:
-Amir...?
Zatrzymał się i dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę z tego, kto przed nim stoi.
-Psie!- jęknął głucho, niemalże mając ochotę go uściskać- Może nie uwierzysz, ale pierwszy raz cieszę się, że cię widzę...
-Jak tak dalej pójdzie, twoja radość nie potrwa długo- stwierdził Nadim, uśmiechając się blado- Co to właściwie jest...?- zapytał po chwili.
-Sądząc po zamiłowaniu do krwi... Człekokształtne komary...- mruknął w odpowiedzi mężczyzna, rozglądając się dookoła. Znajdowali się w jakimś schowku czy magazynie, dosyć dużym, ale zastawionym masą rzeczy, szafek, półek, drewna, beczek, butelek i skrzyń. Naprzeciwko nich znajdowały się jakieś drzwi- Dokąd prowadzą...?- zapytał niepewnie Amir, jakby rzeczywiście sądził, że Nadim ma o tym jakiekolwiek pojęcie.
-Nie wiem...- potomek wilków odetchnął płytko. W rękach trzymał łuk i strzałę- Jest jeden sposób, by się o tym przekonać- dodał po chwili.
-Wiesz, że gdy mówiłeś to ostatnim razem, to nie skończyło się dla nas dobrze...?- Amir westchnął głęboko, ale przyznał swojemu towarzyszowi rację. Ruszył do przodu, cały czas ściskając mocno miecz w prawej dłoni. Zatrzymał się jeszcze na chwilę tuż przed drzwiami, jakby chciał usłyszeć coś, co pozwoli mu podjąć odpowiednią decyzję, ale wokół panowała cisza- Mam dziwne przeczucie, że to nie jest droga do wyjścia...- stwierdził, naciskając klamkę i gdy tylko przekroczył próg, jego przeczucia stały się prawdą.
Znajdowali się bowiem za kontuarem, w sali, w której byli poprzedniego wieczora. Na jej środku ustawiony został jeden, duży stół, utworzony z połączenia wszystkich pozostałych, a przy nim zasiadali ci ludzie, których tu widzieli. Także gospodarz, zajmujący honorowe miejsce, na środku.
-Dobry wieczór, drodzy goście...- odezwał się, uśmiechając szeroko. Dosłownie, tak szerokiego uśmiechu Amir nie widział nigdy w swoim życiu. Całe towarzystwo spoglądało na nich dokładnie w taki sam sposób, a ich twarze wydawały się być równie zdeformowane i pozbawione jakiejkolwiek proporcjonalności. Te piękne kobiety i przystojni mężczyźni, w jednej chwili przemienili się w jakieś szkaradne kreatury, blade, podobne trupom- Czy noc minęła wam spokojnie...?
Wszyscy obecni zachichotali. Amir obejrzał się za siebie, ale doskonale wiedział, że cofnięcie się niczego im nie da. Żeby się wydostać musieliby się przedrzeć przez całą salę złożoną z tych przerażających istot. Ruszył powoli przed siebie, a potomek wilków poszedł w ślad za nim. Wyszli obaj zza kontuaru, nadal trzymając w ręku broń, nie odzywając się też wcale.
-Widzicie, drodzy panowie, towarzysze byliby z was całkiem sympatyczni...- stwierdził gospodarz, podnosząc się z miejsca i wciąż spoglądając na nich z uśmiechem- Ale musicie nas zrozumieć... Przyszło nam żyć w naprawdę trudnych czasach... A jak widzicie, mam do wykarmienia wiele braci i sióstr... Więc nie miejcie nam tego za złe, ale pewnie po wszystkim nie zostanie już w was zbyt wiele krwi...
Kolejna salwa śmiechu przemknęła przez towarzystwo, był to jednak śmiech bardziej nerwowy niż wcześniej, wszyscy obecni spoglądali na nich z wyczekiwaniem i wyraźną niecierpliwością, najwyraźniej czekając na pozwolenie gospodarza.
-A gdzie Eala...?- zapytała jedna z kobiet.
-Nie będziemy czekać na resztę- rozsądził gospodarz- Biorę potomka wilków.
-Co takiego?!- obruszyła się ta, wstając gwałtownie, jednak to nie los jej towarzyszki zmartwił ją tak bardzo- Przecież mówiłeś, że my będziemy mogły go mieć!
-I dostaniecie go- wyjaśnił cierpliwie mężczyzna- Gdy ja skończę...
-Nie ma mowy!- ryknął groźnie jeden z obecnych, również się podnosząc- Ostatnim razem też miało tak być! Teraz będziesz się żywił na samym końcu!
-Ja?! Na samym końcu?! Przeklęci, gdyby nie ja, dawno byście zginęli!
-Bierz człowieka!
-Ty bierz człowieka! Chcę wilka!
-To niesprawiedliwe, nigdy nie miałem wilka!
-Ja też nie!
-Ja chcę jego krwi!
-Niewdzięcznicy!
-Obiecałeś, ty przeklęty...!
Amir poczuł nawet cień ulgi, że to nie o niego toczy się ten spór. Jego towarzysz był jednak zajęty czymś zupełnie innym. Rozglądał się z uwagą po pomieszczeniu, patrzył na podłogę, ściany, sufit, wszystko, jakby spodziewał się gdzieś dostrzec inną drogę ucieczki. W pewnym momencie stuknął lekko Amira w ramię i wskazał na górę. Mężczyzna podniósł głowę. Tuż nad stołem, przy którym zasiadały te potwory, zawieszony był jeden z mosiężnych żyrandoli.
-Rozumiem...- szepnął tylko, dostrzegając spojrzenie swojego towarzysza.
Nadim nałożył strzałę i naciągnął cięciwę, celując na początku w stronę jednego z mężczyzn. Dopiero w tym momencie zebrani przestali się kłócić, umilkli nagle i spojrzeli w jego kierunku.
Gospodarz uśmiechnął się pobłażliwie.
-Spróbuj, nieszczęśniku...- rzucił, niemalże z rozbawieniem- I tak nic ci to nie da...
Ale Nadim skierował łuk w górę i wystrzelił, trafiając idealnie w sznur na którym zawieszony był żyrandol. Sznur został prawie przerwany przez grot przeszywającej go strzały, przez chwilę trzymał się jeszcze na ostatnich nitkach, po czym runął w dół. Drewniany stół i krzesła zajęły się pod wpływem pochodni. Zgromadzeni rozpierzchli się w panice, wrzeszcząc.
-Uciekaj!- krzyknął Nadim, znikając Amirowi z oczu.
Mężczyzna nie potrzebował kolejnego polecenia, pobiegł prosto przed siebie, do drzwi. W pewnym momencie poczuł, jak ktoś chwyta go mocno za ramię, zatrzymując przy sobie. Szarpnął się spanikowany i machnął mieczem na oślep, ale już po chwili usłyszał świst strzały tuż przy uchu, obejrzał się i dostrzegł, jak trzymający go wcześniej mężczyzna dławi się własną krwią. Grot wbił się prosto w jego krtań. Amir nie zatrzymywał się już. Wybiegł z gospody prosto do lasu, i biegł dalej przed siebie. Obejrzał się jedynie, by zobaczyć, czy Nadimowi udało się wydostać, ale gdy dostrzegł go niedaleko za sobą, już się nawet nie oglądał.
Biegli jeszcze jakieś kilkaset metrów, chociaż zdawać by się mogło, że nic ich już nie goniło, aż wypadli wreszcie na jakąś polanę, oświetloną światłem wschodzącego słońca. Dopiero w tym momencie zatrzymali się, zdyszani i przemęczeni.
-Bogowie... O bogowie...- powtarzał chaotycznie Amir, a już sam fakt, że zazwyczaj ciężko było usłyszeć z jego ust podobne wezwania, świadczył o tym, że był w stanie wyjątkowego rozstrojenia.
-Co to było, co to było...?- powtarzał w kółko Nadim, kręcąc głową.
-Grunt, że już jesteśmy bezpieczni...- stwierdził mężczyzna i w tej właśnie chwili dostrzegł jedną z tych kreatur, która z dzikim wrzaskiem wyłoniła się zza drzew i skoczyła w ich kierunku. Obaj cofnęli się odruchowo, przerażeni, ale w tym momencie potwór począł zawodzić głośno i wrzeszczeć z bólu. Skóra na jego twarzy i dłoniach, zaczęła ciemnieć, a zaraz później pękać. Zanurzył się prędko z powrotem do lasu, wciąż płacząc żałośnie.
Nadim i Amir spojrzeli na siebie zaszokowani. Nadal nie potrafili sobie odpowiedzieć na pytanie, czym były bestie, które ich zaatakowały.
-Mówiłem, że las nie jest bezpiecznym miejscem na spędzenie nocy- stwierdził mężczyzna.
-Mówiłem, że towarzystwo ludzi jest jeszcze mniej bezpieczne- odparł Nadim.
I obaj wciąż na wpół osłupiali, na wpół usatysfakcjonowani własną racją i nie skorzy do polemik, ruszyli przed siebie.

8 komentarzy:

  1. Anonimowy11:11 PM

    Lubie to! Bardzo to lubie ... xD kiedy bedzie Afy? ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy11:38 PM

    Matko, jaka przygoda. No to czekam do soboty :D

    OdpowiedzUsuń
  3. hahaha czlekoksztaltne komary gleba, kobieto! Poległam xD No i Amir zwracał się do wilczka już wiele razy po imieniu *__* czuje napięcie... Poza ty widzę sytuację, gdy Amir bedzie chciał przeleciec wilczka po alkoholu i nadim mu na to pozwoli o.O No ale to tylko moja chora wyobraźnia więc nie bierz jej zbyt poważnie, hoho xD Weny życzę i wracam do spania :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy12:36 PM

    Człekokształtne komary... Jak to przeczytałam to na moim ryjku pojawił się wielki uśmiech. XD No ale, cóż w tym dziwnego? :3 Piszesz tak wspaniale, z takimi detalami. Czytając każdy Twój odcinek czuję się, jakbym tam była i obserwowała wszystko z BEZPIECZNEGO miejsca. :)) I dlatego Cię kocham. *.*
    Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy i życzę dużo weny! <3
    Spiritt

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozdział bardzo smakowity :D Serwujesz bohaterom masę rozrywki, mam jednak nadzieje, że chwilę odpoczną przed kolejną niespodzianką? :D Ogólnie scena w karczmie i sam gospodarz bardzo mi się podobali :) Czy długo będzie trzeba czekać na narodzenie się czegoś między bohaterami? Chociaż patrząc na ich obecne relacje wróżę, że jeszcze trochę musi minąć xD Uch dla mnie mogłabyś pisać ciągle i wyłącznie to opowiadanie xD

    Kohaku

    OdpowiedzUsuń
  6. Mindfuck, po całości.
    Chcę więcej. <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Ooo jaaa! Wybacz, że komentarz tak późno ale przez szkołę, zupełnie zapomniałam ^^'

    Każdy rozdział czytam z zapartym tchem ale przy tym to prawie zapomniałam o oddychaniu. Takie napięcie! xD Twoje pomysły są genialne. Jak już ktoś wspomniał, ciekawe ile czasu zajmie bohaterom zbliżenie się do siebie. mam nadzieję że nie każą nam czekać zbyt długo;)
    Mimo ze szczerze uwielbiam wszystkie twoje opowiadania to to, wg mnie, jest najlepsze. (Pewnie dlatego ze kocham fantasy ;)) Nie mogę się doczekać następnego rozdziału^^

    Weny!

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy3:18 PM

    Myślałam ze to burdel xD

    OdpowiedzUsuń