Strony

czwartek, 24 listopada 2011

Ogłoszenie

Wiem, że niektórzy z Was i tak mają ochotę mnie zjeść, bo nie dość, że publikuję raz w tygodniu, to jeszcze cały czas "coś" wyskakuje. W tym tygodniu miałam jednak próbne matury, trochę się do nich przygotowywałam, a poza tym nieco mnie wyczerpały, szczerze mówiąc, po powrocie do domu nie miałam już ochoty na nic. No i piszę kolejny rozdział "Chaosu", który jest długi, uprzedzam za wczasu. Więc niestety rozdział nie ukaże się w sobotę, ale nie martwcie się. Jeżeli dam radę, Chaos pojawi się w środę, a w sobotę dodam rozdział czegoś innego. A jeżeli nie, Chaos pojawi się w następną sobotę, ale za to w kolejnym tygodniu dodam dwa rozdziały na raz, żeby jakoś nadrobić te braki.

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, robaczki :*

Trzymajcie się ciepło :)

sobota, 19 listopada 2011

- 7 - [Edmund Lancaster]

Edmund Lancaster od rana moczył się w wannie, najwyraźniej wyjątkowo zachwycony swoim najnowszym zajęciem. Przy okazji wytracił za jednym zamachem cały zapas płynu do kąpieli, żeli i szamponów, z których James korzystałby zapewne przez kilka miesięcy, ale chłopak nieszczególnie zwracał na to uwagę, pochłonięty rozmyślaniami. Ostatnimi czasy coraz częściej dochodził do wniosku, że zamiast na studia historyczne powinien pójść na filozofię i może wtedy udałoby mu się w końcu wymyślić coś konstruktywnego i godnego uwagi. Bo póki co odbijał się od ścian, sprzeczał sam z sobą i coraz częściej zastanawiał się nad tym, czy to wszystko nie jest jedynie dziwacznym snem, z którego zaraz się obudzi. Początkowo starał się jeszcze jakoś uporządkować swoje chaotyczne myśli, rysując jakieś schematy i próbując z nich wywnioskować cokolwiek, ale od dobrego kwadransa siedział z policzkiem wspartym na dłoni i bazgrał coś zupełnie bez sensu.
Edmund Lancaster został zamordowany. Pomijając fakt, że kąpał się w pomieszczeniu obok, nucąc, a raczej wyjąc jakąś melodię, tak właśnie było. Został zamordowany, a następnie najprawdopodobniej wyniesiony z zamku i najprawdopodobniej wrzucony do rzeki, gdzie w sposób zupełnie nieprawdopodobny, ożył i najprawdopodobniej wrócił do zamku, gdzie nikt go do tej pory nie widział. Najprawdopodobniej. Już w tym jednym zdaniu tyle było nieścisłości i absurdów, że James miał ochotę zapłakać z bezsilności. Pytań przybywało i przybywało, a jedynym źródłem rozwiązania zagadki zdawał się być sam Edmund, który jednak upierał się wciąż, wbrew wszystkiemu, że żyje. Nie przyjął też do świadomości faktu, że świat wokół niego się zmienił. No cóż, w końcu to tylko kilka wieków! Ot, taki nieistotny szczegół!
Ale dlaczego Edmund Lancaster został zamordowany...? To pytanie było zapewne dla całej sprawy najistotniejsze. Owszem, powodów teoretycznie można by znaleźć całkiem sporo. Był dziedzicem majątku Lancasterów. Jeżeli chodziłoby o ich zamek, ziemie, sprawa byłaby oczywista, ale... Dlaczego zamordowano go w tak okrutny i pozbawiony sensu sposób? Oczywiście poderżnięcie gardła, bo tak zginęli jego rodzice, trudno było uznać za sposób wielce humanitarny, ale na pewno wiązało się to z szybszą i mniej bolesną śmiercią niż podziurawienie nieszczęsnego dziedzica jakimś ostrym narzędziem. Dlaczego zatem zabito go w ten sposób, skoro jego rodzice zginęli inaczej? I dlaczego wyniesiono jego ciało? Ktoś chciał ukryć tę zbrodnię? Niedorzeczne, skoro jego rodziców znaleziono w takim stanie, jego łoże było we krwi, śmierć młodego Lancastera wydawała się wręcz oczywista. Owszem, pojawiały się hipotezy o tym, że mógł sam zaplanować zabójstwo rodziców i upozorować własną śmierć, ale nie było wielu śmiałków, którzy chcieliby bronić tego twierdzenia. Więc po co morderca ukrywał czy wynosił zwłoki, skoro w pomieszczeniu obok znaleziono ciała pozostałych członków rodziny?
Może morderca nie miał go zabić, a jedynie porwać...? James parsknął z politowaniem, obracając ołówek w dłoni. Tak, na pewno. A później zażądaliby zapewne okupu. Od nieżyjących rodziców... Co za niedorzeczność.
Nic w tej sprawie nie trzymało się kupy. Zupełnie nic.
-Jamie.
James odwrócił się i dostrzegł w drzwiach pomieszczenia Edmunda, który wpatrywał się w niego z wyraźnym zadowoleniem. Miał na sobie jedynie ręcznik, przewiązany wokół pasa. Rany na jego klatce piersiowej wydawały się jeszcze bardziej wyraźne niż wcześniej. James wzdrygnął się mimowolnie.
-Już?- uśmiechnął się, podnosząc się z miejsca.
-Mhm...- potwierdził Edmund, rozkładając się na łóżku i wpatrując się w niego dziwnie. Natomiast spojrzenie Jamesa automatycznie powędrowało w jednym kierunku. Młodzieniec chyba zdołał to dostrzec, bo sam spojrzał na swój tors i dotykając jednej z ran, zapytał niepewnie- Myślisz, że to zniknie...?
-Nie wiem...- przyznał szczerze James. Jeżeli chodziło o Edmunda niczego nie mógł być pewien. Ale skoro rany nie zabliźniły się przez tyle wieków, to i teraz nie było co liczyć na cud. Cud. Jedyne określenie, które odnośnie młodego hrabiego brzmiało odpowiednio. Tuż obok szaleństwa- Edmund, nie dotykaj...- skarcił go z głuchym jękiem mężczyzna, odwracając płochliwie wzrok.
Potomek Lancasterów nadal jednak majstrował coś w pobliżu skaleczeń, z niewiadomych przyczyn uznając je za wyjątkowo interesujące. Rany były szkarłatne, wyglądały tak, jakby zostały zrobione ledwie chwilę temu i miała się z nich zacząć sączyć krew, ale po tej nie było nawet śladu.
James podszedł do szafy, wyjmując z niej rzeczy, które już wcześniej naszykował dla hrabiego i podał mu je, czując, że przez jego ciało przechodzą dreszcze, gdy tylko po raz kolejny spojrzał na wyczyny Edmunda.
-Załóż je- poprosił prędko, odwracając wzrok.
-Co?- obruszył się hrabia, spoglądając na leżące obok siebie rzeczy z niekrytą pogardą- Nie ma mowy!
-Dlaczego?
-Są brzydkie.
-Są moje.
-No właśnie- Edmund posłał mu znaczące spojrzenie.
James westchnął głęboko.
-Po prostu je ubierz, dobrze?- poprosił łagodnie, po raz kolejny odnajdując w sobie niezwykłe wprost pokłady cierpliwości, za które ktoś powinien uhonorować go jakąś nagrodą- Jeżeli ci się nie spodoba, mogę dać ci coś innego.
Edmund Lancaster posłał mu niechętne spojrzenie, ale ostatecznie, po chwili wahania, zaczął się ubierać. Bardzo nieporadnie, bez wprawy, więc już na pierwszy rzut oka widać było, że wcześniej rzeczywiście nie robił tego sam. James ucieszył się jednak, że tym razem nie zwrócił się z prośbą o pomoc do niego, bo już czuł, że jest mu słabo i miał wrażenie, że nogi ugną się pod nim, jeżeli raz jeszcze zbliży się do Edmunda i jego ran. Jakoś nie mógł udźwignąć bliższych kontaktów z półnagim hrabią.
-Co zamierzasz dzisiaj robić?- zagadnął go uprzejmie, zwrócony do niego plecami, koncentrując się całkowicie na oglądaniu wzorków na ścianie.
-Nie wiem...- odmruknął dziedzic, tak, jakby miał wiele możliwości- Będę patrzył na ekran. A później się wykąpię.
-Znowu?
-Lubię się kąpać- odparł potomek hrabiego z irytacją w głosie, jakby pytanie Jamesa było co najmniej niestosowne.
James milczał przez dłuższą chwilę, dopiero po kilku minutach będąc w stanie zmusić się do tego, by odwrócić się i spojrzeć na poczynania panicza. Ostatecznie, widząc jego nieporadność, pomógł mu uporać się z dżinsami i rozporkiem. Oczywiście wtedy wszystkie rany Lancastera zniknęły już, zakryte koszulką. Właściwie w takim stroju Edmund nie przypominał średniowiecznego arystokraty. Wyglądał jak przeciętny nastolatek. Nie oddychający, trupio blady, żyjący od kilku wieków, przeciętny nastolatek.
-Edmund...- zaczął w końcu James, obserwując, jak na twarzy hrabiego pojawia się wyraz absolutnego zniecierpliwienia i niewyobrażalnej wprost irytacji- Chciałbym z tobą porozmawiać o twoim wuju.
-O wuju...?- zdumiał się młodzieniec, zapominając na chwilę o swoim rozgniewaniu.
-Tak, o nim... Był dość blisko z twoją rodziną, prawda?
Młody hrabia zmarszczył brwi, jakby zastanawiając się, czemu ma służyć ta rozmowa, jednak w końcu skinął ostrożnie głową.
-Wuj był dobry- stwierdził.
-Tak, ale... Był waszą najbliższą rodziną, więc gdyby... Gdyby coś się stało tobie i twoim rodzicom, to on przejąłby wasz zamek i cały majątek, prawda...?- tak się zresztą stało, ale o tym James wolał nie wspominać. Młody hrabia nie reagował dobrze na tego rodzaju wzmianki.
-Nie wiem, może... Ale przecież żyję, więc po co mi to wiedzieć?- fuknął, przeczuwając najwyraźniej intencje mężczyzny- Zresztą, co mnie to obchodzi- burknął ponuro, odwracając wzrok.
James zaczynał już dostrzegać, że gdy udało mu się wreszcie zadać pytanie, które budziło w dziedzicu chociażby cień refleksji, ten natychmiast uciekał od wszelkich rozważań i udawał, że nie widzi otaczającej go rzeczywistości. Milczał, zastanawiając się nad sformułowaniem kolejnego pytania. Edward Lancaster przejął ziemie po bracie i bratowej. Powiększył swój majątek, chociaż w porównaniu z tym, co już posiadał, nie był to zysk znaczący. Nigdy nie osiadł w zamku Edmunda. Miał swój własny, chociaż z tego mógł zrobić lepszy użytek niż pozostawić go zupełnie opustoszałym. A może dręczyły go wyrzuty sumienia? Miał powód by zabić Lancasterów, to on dostał wszystko, co mieli. Problem jednak tkwił w tym, że Edward Lancaster miał nieporównywalnie większy majątek od swojego brata, który często zdawał się na jego łaskę i przejęcie kilku wiosek nie miało dla niego żadnego znaczenia. I nie byłoby dostatecznym powodem, by zabić trzech najbliższych członków swojej rodziny, dlatego ta teoria zawsze budziła masę wątpliwości. Ale przecież powodów mogło być znacznie więcej. Źródła historyczne czasem nie wystarczają, czasem trzeba sięgnąć głębiej. Każda rodzina ma jakieś mroczne tajemnice, konflikty, kryzysy...
-Czy wuj kłócił się z twoimi rodzicami?- zapytał w końcu, czując się jak detektyw, a był jedynie Bogu ducha winnym historykiem z małym stażem. Skąd miał wiedzieć, jak obejść się z Edmundem...?- To znaczy.. Mieli jakieś poważne spory? Interesy? Sprawy rodzinne?
-Nie... Chyba nie...- Edmund pokręcił głową- Nie mam pojęcia, ale nie wydaje mi się.
-A czy mógł mieć jakiś inny powód, by zrobić krzywdę twoim rodzicom albo tobie?
To pytanie wywołało reakcję, jakiej się spodziewał.
-Oczywiście, że nie!- zaprotestował gwałtownie młody Lancaster, zrywając się na równe nogi- Był bratem mojego ojca! A poza tym był bardzo dobry i miły!
-... Podobno nieco porywczy- wtrącił nieśmiało James.
-Bzdura!- upierał się Edmund- Przyjeżdżał do nas często, przywoził drogie prezenty! I dobrze mnie traktował, lubił, zapraszał do siebie... Traktował mnie jak syna, bo sam nie miał dzieci!
-... Właściwie to miał- sprostował chłopak- Tylko trochę późno, koło pięćdziesiątki...
Ale tego Edmund wiedzieć nie mógł.
-Głupi jesteś, Jamie- prychnął zwyczajowo młodzieniec- Wuj nie miał żadnych dzieci. A mnie bardzo lubił i mówił, że jak dorosnę, da mi część swojego majątku. Nie zrobiłby krzywdy rodzicom- dodał stanowczo.
-Oczywiście- przytaknął mu James, pozwalając jednak, by w jego głosie pojawiła się nutka sceptycyzmu.
On osobiście na pewno nie. Ale znalezienie ludzi, którzy by to dla niego zrobili, nie byłoby żadną trudnością... James nie był przekonany wyjaśnieniami Edmunda, szczególnie, że ten nie należał do najbardziej... ekhem... świadomych... i dojrzałych... osób jakie spotkał. Z wielu rzeczy mógł nie zdawać sobie sprawy. Oczywiście można było na podstawie jego słów wysnuć jeszcze inną hipotezę. Być może Edward Lancaster nie chciał go zabić, a jedynie pozbyć się brata i bratowej, z zupełnie nieznanych przyczyn. Ale doszło do komplikacji i Edmund został zamordowany. Ludzie, których wynajął, zabili młodzieńca, a później, by ukryć swoją zbrodnię, wynieśli jego ciało, nie zważając na pozostałe dowody. To mogło mieć sens.
… Bardzo niewielki, ale jednak.
-Edmund, czym zazwyczaj zajmowałeś się w zamku?- zapytał spokojnie, chcąc zmienić temat.
-Wieloma rzeczami- odparł Edmund, ale chyba tych „rzeczy” nie było tak wiele, bo dobrą chwilę zastanawiał się nad konkretniejszą odpowiedzią. Wreszcie rzucił- Jeździłem konno... I bawiłem się... Wieloma rzeczami- dodał znowu- O! Wiem!- wykrzyknął, uśmiechając się szeroko- Miałem kiedyś w domu wioskę! Taką drewnianą, niedużą! I był tam zamek, podobny do naszego... I ludzie... Ludzie byli najlepsi! Był piekarz i grabarz, i kapłan, i książę, i król, i królowa, i panny, i młodzieńcy, i uliczni tancerze, i błazen, i żebrak...! I wielu, wielu innych! Bawiłem się nimi całymi dniami. Domy nie były takie interesujące, wewnątrz były całkowicie puste, ale lalki...
-Może... Może zrobimy dzisiaj coś innego?- zaproponował James- Zamiast zwyczajowego oglądania telewizji?
-Masz wioskę, Jamie?- Edmund zmarszczył brwi.
-Nie- zaprzeczył chłopak- Ale mam konia... To znaczy... Ekhem...- odkaszlnął odrobinę nerwowo- Jakby nie do końca... Coś podobnego do konia... Jeżeli ci się spodoba, mogę nauczyć cię jeździć.
-Ja umiem jeździć, Jamie!- stwierdził dumnie Lancaster- Nikt nie jeździł równie dobrze, co ja! Gdzie ten koń...?
-Cóż...- James podrapał się po głowie, skrępowany- W piwnicy.

-To nie jest koń, Jamie...- wycedził po raz kolejny przez zęby nadąsany Edmund, krocząc gniewnie obok Jamesa- Wiem, jak wyglądają konie.
-Wiem. To rower, Edmund. Rower- powtórzył znowu cierpliwie mężczyzna, uśmiechając się do żywego zmarłego ciepło, ale ten posłał mu takie spojrzenie, że uśmiech Jamesa zbladł szybko i przez resztę drogi nie odzywał się wiele.
Dzień był typowo letni, ciepły i przyjemny. Na ulicach było pełno ludzi, którzy mijali ich, już bez wcześniejszych sensacji i zaskoczenia, bo milczący, normalnie ubrany Edmund nie wyróżniał się właściwie wcale na tle całej reszty. Czasem tylko ktoś spojrzał na niego z rozbawieniem, gdy usłyszał jego dziwaczne pytania, ale nic poza tym. W końcu któż mógł wiedzieć, że ten niepozorny chłopak nie żyje już od dobrych kilkuset lat? A może raczej – żyje od dobrych kilkuset lat, chociaż żyć z pewnością nie powinien?
James wprowadził młodego Lancastera do parku, a następnie zaprowadził go prosto na placyk przy fontannie, wokół której bawiły się i jeździły małe dzieci. Edmund przystanął przy jednej z ławek i nie idąc dalej, przyglądał się pochmurnie całemu towarzystwu, na wpół zdumiony, na wpół rozgniewany.
-Edmund, chcesz nauczyć się jeździć?- zaproponował łagodnie mężczyzna, ale został zignorowany.
Wzruszył więc ramionami, nie zamierzając jednak rezygnować i zdając sobie sprawę z tego, że Edmunda najczęściej trzeba przekonać sposobem. Usiadł więc na rowerze, ale okazało się, że wbrew powszechnemu mniemaniu, umiejętność jazdy na nim nie pozostaje jednak na całe życie, bo nie udało mu się utrzymać równowagi, zachwiał się gwałtownie i zeskoczył, ledwie unikając upadku. Edmund zaśmiał się z niego głośno.
-Tato, nie puszczaj...!- jęknęło płaczliwie jakieś przejeżdżające obok nich dziecko, którego rower trzymał z tyłu ojciec.
-Nie puszczam- zapewnił go rodzic.
-Nie puszczaj!
-Nie puszczam, nie puszczam...- odparł znowu ojciec, jednak tym razem puszczając dziecko, które jechało samo przez dobre kilkanaście metrów, powtarzając wciąż swoją prośbę niczym mantrę, aż w końcu zdało sobie sprawę z tego, że rodzic został w tyle i zaczęło płakać.
Edmund podążył za brzdącem pełnym zainteresowania spojrzeniem.
-Edmund...? Chciałbyś spróbować?- zachęcił go James.
-Może...- mruknął jeszcze z cieniem niepewności hrabia, ale ostatecznie dał się skusić. Podszedł do chłopaka i stanął przy rowerze- Co mam zrobić, Jamie...?- uniósł pytająco brwi- Włożyć nogi w strzemiona...?
-Co...? Ach... Tak, tak... Po prostu usiądź, Edmund... I nogi na pe... Nogi w strzemiona, właśnie.
James trzymał rower, a Edmundowi udało się wreszcie na niego wgramolić. Poruszył się na siedzeniu niespokojnie, po czym chwycił dłońmi za rączki, rozglądając się dookoła.
-I co mam teraz robić...?- zapytał zdziwiony, kiwając się do tyłu i do przodu, jakby liczył, że rower sam ruszy.
-Teraz Edmund... Porusz po prostu eee... strzemionami... Zobacz- James wskazał na przejeżdżającą dziewczynkę- Po prostu... Obróć je... Tak jakby. Będę cię prowadził, spokojnie.
I rzeczywiście, Edmund spokojnie dał się prowadzić, a James z dużo mniejszym spokojem usiłował utrzymać chwiejący się rower, który i bez Edmunda nie ważył mało.
-Nie puszczaj mnie, Jamie- rzucił do niego w pewnym momencie Edmund.
-W porządku- stęknął James.
-Nie puszczaj mnie, Jamie.
-W porządku.
-Nie puszczaj mnie, Jamie.
-Dobrze, Edmund.
-Jamie! Nie puszczaj mnie!
-Dobrze, Edmund- powtórzył po raz kolejny mężczyzna, nieco całą sytuacją zdezorientowany.
-Do diabła, Jamie!- rzucił gniewnie hrabia, posyłając mu pełne irytacji spojrzenie- Kiedy mnie wreszcie puścisz?!
Mężczyzna spojrzał na niego z niezrozumieniem.
-Przecież mówiłeś, że mam cię nie puszczać...- bąknął.
-Przecież wszyscy tak mówią!- wrzasnął zdenerwowany panicz.
James zawahał się przez chwilę, ale w końcu puścił rower, co zakończyło się upadkiem młodego Lancastera. Ten jednak nie wydawał się być tym faktem przygnębiony, wstał, wdrapał się na rower znowu i znowu usiłował utrzymać równowagę, co kończyło się różnie. Mężczyzna obserwował jego poczynania z cieniem rozbawienia, nie licząc nawet czasu. Edmund Lancaster zaliczył kilka upadków, które wyglądały na bolesne (ale nie należało się dziwić, że nieszczególnie się nimi przejął, skoro bólu najwyraźniej nie czuł), parę razy o mały włos nie wpakowałby się w drzewo, czy ławkę, niewiele brakowało, a przejechałby jakiegoś Bogu ducha winnego sześciolatka, ale ostatecznie nauczył się utrzymywać na rowerze i jeździł całkiem sprawnie.
-Jamie! Jamie, popatrz na mnie!- wołał z dumą do chłopaka, który zmęczony chodzeniem i pilnowaniem Lancastera, przysiadł sobie na ławce i tylko machał do niego co jakiś czas, uśmiechając się.
W końcu jednak zaczęło się ściemniać, coraz mniej ludzi znajdowało się na placyku, a James robił się śpiący, zdecydował się więc wracać. Odnalazł śmigającego pomiędzy dzieciakami Edmunda.
-Wracamy już- poinformował go. Dziedzic zwolnił, spoglądając na niego prosząco.
-Jamie!- jęknął błagalnie- Jeszcze nie!
-Edmund...- James zaśmiał się cicho, czując się trochę niczym rodzic przekonujący swoje dziecko do powrotu do domu- Jeżeli będziesz miał ochotę, wrócimy tu jutro...
-Niech tak będzie...- zgodził się łaskawie Lancaster- Ale... Mógłbyś mnie zatrzymać, Jamie...? Chyba nie umiem zejść...
Mężczyzna zachichotał, zatrzymując rower i umożliwiając młodzieńcowi zejście. Dopiero w tym momencie zorientował się, że ktoś mu się przygląda. Odwrócił się w stronę stojącej nieopodal kobiety, która trzymała za rękę małe dziecko.
-Uczy pan brata jeździć?- uśmiechnęła się do niego serdecznie- To miłe.
James uśmiechnął się także w odpowiedzi, gotów odejść, ale Edmund odparł z oburzeniem:
-Jamie nie jest moim bratem!
-Nie?- zdumiała się kobieta- Więc...? Kuzynem...?- dopytała niepewnie.
-Jamie nie jest moim kuzynem!
-A kim...?
-Jest moim sługą!- obwieścił dumnie Edmund, uśmiechając się szeroko.
James jęknął głucho w duchu, widząc minę kobiety.
-On nie jest... Ekhem...- odkaszlnął nerwowo, wskazując ukradkiem na Lancastera i pukając się w czoło- Nie jest do końca... Rozumie pani...
-Och... Tak, tak, rozumiem...- wydukała płochliwie kobieta, po czym rzuciła do swojego synka- Chodźmy, Jimmy- i odeszła szybkim krokiem.
James westchnął głęboko.
Im szybciej uświadomi Edmunda, tym lepiej.
Wrócili do domu pod wieczór. Edmund wyjątkowo nie miał ochoty na oglądanie telewizji, nie marudził nawet zbyt wiele, poprosił tylko Jamesa o przygotowanie kąpieli. Mężczyzna puścił wodę do wanny, podczas gdy młodzieniec położył się na łóżku w sypialni. Doprawdy, jego milczenie i spokój były wręcz zadziwiające.
-Edmund...- James zatrzymał się w progu i zmierzył dziedzica uważnym spojrzeniem. Nie umknęło jego uwadze, że młody Lancaster wyglądał jakoś... żywiej niż do tej pory. Na jego twarzy widniały lekkie rumieńce, kontrastujące z bladością jego skóry, wzrok miał nieco nieobecny, jakby rozmarzony. Spojrzał na mężczyznę pytająco- Jak się bawiłeś...?
-Dobrze- potomek hrabiego podniósł się na przedramionach i westchnął z uśmiechem- Pójdziemy tam jeszcze jutro, Jamie?
-Pójdziemy- obiecał James, nie mogąc powstrzymać rozbawionego uśmiechu na widok jego miny- Edmund...- zawahał się przez chwilę- Edmund, ja nie jestem twoim sługą- stwierdził wreszcie.
Lancaster spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Więc kim...?- mruknął niepewnie, marszcząc brwi.
Bardzo dobre pytanie. James zamyślił się przez chwilę, starając się znaleźć jakieś właściwe określenie dla ich relacji, ale nic takiego nie przychodziło mu do głowy.
-Jestem twoim... przyjacielem...- dokończył więc, chociaż do przyjaciół pewnie było im jeszcze daleko.
Edmund Lancaster wciąż spoglądał na niego tak, jakby przed chwilą wylądował tutaj spodkiem kosmicznym i nie miał pojęcia, co się wokół niego dzieje.
-Nigdy nie miałem przyjaciela...- odpowiedział ostrożnie. James uśmiechnął się do niego łagodnie- A właściwie... Właściwie czym różni się taki przyjaciel od sługi...?- dopytywał podejrzliwie młodzieniec.
-No cóż...- mężczyzna odchrząknął, zakłopotany- Sługa jest z tobą, bo musi... A przyjaciel... A przyjaciel po prostu chce. Tak sądzę- dopowiedział kulawo. Bo o ile jeszcze przed chwilą poczuł współczucie i litość, gdy usłyszał słowa Edmunda, który przez setki lat mieszkał samotnie w swoim zamku, a nawet za życia nie znał ludzi, których mógłby określić podobnym mianem, to teraz James zdał sobie sprawę z tego, że właściwie on też nie miał przyjaciół. Owszem, gdy studiował kolegował z różnymi ludźmi. Tak samo było w czasach szkolnych. Nie należał do typu samotników, ale... Kiedy nie było już gdzie się spotkać, kontakty jakoś się urywały. Nie zależało mu szczególnie na ich utrzymaniu, bo zawsze miał coś lepszego do roboty, a teraz... No cóż. A teraz trafił mu się Edmund.
-Więc wolę, żebyś był moim sługą, Jamie- odparł wyniośle i zdecydowanie potomek hrabiego.
-Dlaczego...?
-A co jak zmienisz zdanie i nie będziesz już chciał być moim przyjacielem...?- wymamrotał Edmund.
James nie mógł powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.
-O to nie musisz się martwić- stwierdził jedynie, zagryzając lekko wargę- Poczekaj tutaj, dobrze? Sprawdzę ile naleciało wody...
Wyszedł na chwilę z pomieszczenia i zajrzał do łazienki. Chwycił za pojemniczek, w którym wcześniej znajdował się płyn do kąpieli i wlał jego resztkę do wanny. Pokręcił się jeszcze chwilę po pomieszczeniu, zadbał o to, by zostawić Edmundowi kilka ręczników i wrócił do sypialni.
-Edmund, kąpiel gotowa- poinformował pogodnie chłopaka i dopiero wtedy spojrzał na młodego Lancastera. Umilkł, zdumiony.
Edmund Lancaster spał. James spoglądał na niego przez chwilę, aż nie mogąc w to uwierzyć, aż w końcu wyciągnął koc z szafy i nakrył go ostrożnie, po czym wyszedł cicho z pokoju, uśmiechając się do siebie.
Co za dzień...

James przebudził się w środku nocy i rozejrzał się dookoła z lekkim zdumieniem, o mały włos nie zlatując z kanapy. Dopiero po chwili uświadomił sobie, gdzie się znajduje, co zresztą wcale nie dziwne, bo od kilka ostatnich nocy spędził na podłodze, u boku Edmunda. Odetchnął głęboko i przymknął powieki, starając się zasnąć, ale nie czuł się senny. Jego myśli ponownie zaczęły krążyć wokół Lancasterów i historii Edmunda. Zaczynał wątpić w to, czy kiedykolwiek będzie w stanie odpowiedzieć sobie na dręczące go pytania... Głównym źródłem jego wiedzy był Edmund. Edmund, zupełnie nieświadomy swojego położenia. A może on po prostu nie chciał być go świadomym...? Sam już nie wiedział. Opowieści Edmunda były z pewnością istotne i może przeoczył jakąś ważną część tego, co ten mówił? Ale z drugiej strony, Lancaster mówił tyle rzeczy! Niektóre z nich były zupełnie absurdalne i pozbawione sensu! Nie było w nich ani odrobiny logiki, brzmiały jak wynurzenia pięciolatka, który nie zna podstawowych praw na jakich opiera się świat. Ale jakie znaczenia mają te prawa, skoro nawet zmarły przed wiekami potomek hrabiego żyje...?
Więc może James nieświadomie zignorował jakieś ważne wskazówki. Może odrzucił je, uznając za nieistotne.
Co więc powiedział mu Edmund...? Wtedy, kiedy go spotkał, mówił o śpiących rodzicach. Ale jego rodzice przecież zginęli. Więc były to kolejne, bezsensowne słowa. Ale czy Edmund rzeczywiście wierzył w to, że żyli...? Dlaczego przez te wszystkie lata nie zajrzał nawet do ich sypialni? Naprawdę zupełnie nie czuł upływu czasu? Przecież widział, jak zmienia się otaczająca go przyroda. Co jeszcze mówił...? Mówił o zepsutym zegarze. Później o śmierci kota... I o zamku... I o strażnikach... No właśnie, absurd. Powiedział, że strażnicy spali. A chwilę później dodał, że służący wyszli razem ze strażnikami, więc... Więc...
… O Boże.
Jakiś szalony, zdawać by się mogło, zupełnie niedorzeczny pomysł pojawił się w jego głowie. Podniósł się prędko na nogi i wpadł do sypialni Edmunda, chwytając go za ramię, odrobinę zbyt gwałtownie. Młody hrabia podskoczył, przerażony, natychmiast wybudzając się ze snu.
-Jamie!- wykrzyknął z paniką.
-Edmund, posłuchaj mnie teraz uważnie- poprosił niecierpliwie mężczyzna, wciąż trzymając go za ramiona. Dziedzic spoglądał na niego ze zdumieniem- Pamiętasz, co mi kiedyś powiedziałeś? Powiedziałeś, że twoi strażnicy spali.
Młody Lancaster skinął niepewnie głową.
-Tak jak twoi rodzice...?
W oczach potomka hrabiego pojawiło się wahanie. Potoczył pustym wzrokiem po pomieszczeniu, marszcząc brwi i zastanawiając się.
-Myśl, Edmund- ponaglił go James, widząc jego zagubienie.
-Może...- szepnął młodzieniec.
-A służba wyszła ze śpiącymi strażnikami, tak? Tak, Edmund?- dopytał po raz kolejny, potrząsając nim lekko.
-Tak!- potwierdził Lancaster.
Dopiero wtedy James puścił go i odsunął się od niego powoli. Odetchnął głęboko, wpatrując się w twarz potomka hrabiego.
-To dlatego nie zabili cię tak jak rodziców...- szepnął, wstrząśnięty- Ty wcale nie spałeś... Widziałeś wszystko...
Edmund Lancaster pokiwał głową, otulając się szczelniej kocem, jakby zrobiło mu się zimno. Dawno już nie wydawał się równie mocno zdezorientowany i niepewny.
-A oni wcale nie byli zawodowymi zabójcami...- kontynuował mężczyzna. Nie trzymali go, próbowali zadźgać, wyrzucili jego ciało...- Byli przerażeni jak diabli.

niedziela, 13 listopada 2011

Dobry wieczór

Wybaczcie mi, proszę, tak duże opóźnienie, ale miałam wczoraj urodziny i jakoś wyszło z tego zamieszanie, dzisiaj zresztą też. Za tydzień prawdopodobnie Edmund :)

Pozdrawiam Was serdecznie ;*

Enjoy.

Rozdział 6 [Chaos]

Amir odetchnął głęboko świeżym powietrzem i uniósł głowę, obserwując przedzierające się przez liście drzew promienie słońca. Pierwszy raz odkąd wyruszyli czuł się tak spokojny i zrelaksowany, żadne troski i wątpliwości nie zaprzątały jego głowy, nic go nie niepokoiło, nic nie zajmowało... Właściwie gdyby ktoś zatrzymał go teraz i zapytał, o czym konkretnie rozmyśla, zapewne miałby duży problem z odpowiedzią. Szedł niespiesznie i wsłuchiwał się w odgłosy otaczającej go natury. Na jego szyi dyndał zawieszony pojemniczek, w którym znajdowały się dwa fragmenty kryształu, uśpione swoją obecnością. I cóż z tego, że nogi bolały go tak bardzo, że ledwie je czuł. Teraz przynajmniej nie musiał się niepokoić ani o pożywienie, ani o miejsce do spania. I cóż z tego, że znowu błądzili po jakimś lesie. Ten przynajmniej wydawał się być dużo przyjemniejszy od poprzedniego, drzewa nie były rozstawione tak gęsto, słońce oświetlało im drogę i żadne zdradzieckie korzenie nie dopuściły się jeszcze zamachu na jego życie. Wreszcie, cóż z tego, że wędrował z potomkiem wilków, który znowu przyjął na siebie rolę przewodnika. Właściwie przez ostatnie zdarzenia zaczął patrzeć na niego jakoś inaczej niż wcześniej i jego obecność nie budziła w nim już tak wielkiej irytacji. Stwierdzenie, że nagle poczuł do niego dziwaczną sympatię, byłoby zdecydowanym nadużyciem, ale nie miał już ochoty zrobić użytku ze swojej broni, za każdym razem, gdy na niego spoglądał albo słyszał jakąś jego uwagę czy ponaglenie. Właściwie od rana kusiło go, by odezwać się do Nadima i sprowokować go do rozmowy. Jeszcze dwa dni wcześniej byłby gotów się założyć, że prędzej odgryzie sobie język niż zechce z nim wszcząć dyskusję, ale brak lepszych kandydatów robił swoje. Tęsknił za Ludwikiem i Hadrinem, za znajomymi z Trupiarni, za wszystkimi tymi ludźmi, których widywał na co dzień. Ba. Tęsknił nawet za charakterystycznymi budynkami, za królewskim zamkiem, za ulubioną karczmą... Dopiero teraz rozumiał wszystkie te brzmiące wcześniej pusto hasła o przywiązaniu do rodziny, domu, ojczyzny... Zresztą, pewnie potomek wilków odczuwał dokładnie to samo.
-Najpierw te dziwaczne istoty... Później ta kobieta... Przez całe swoje życie nie napotkałem tylu dziwactw ilu w ciągu tych kilku dni...- mruknął cicho, ledwie unikając spotkania z ogromną pajęczyną zawieszoną pomiędzy kolejnymi drzewami.
Nadim zerknął na niego przez ramię i uśmiechnął się odrobinę złośliwie.
-To pewnie straszne uczucie, kiedy racjonalny świat okazuje się mniej racjonalny, niż się przypuszczało- stwierdził.
Amir prychnął z oburzeniem.
-A kto powiedział, że uważam od teraz świat za nieracjonalny...? Wprost przeciwnie. Świat jest bardzo racjonalny. I nawet, jeżeli ja nie potrafię wyjaśnić, czym były te wszystkie stworzenia, to nie oznacza, że wyjaśnić się tego nie da- odparł zdecydowanie. Jego towarzysz posłał mu pobłażliwe spojrzenie- O co ci chodzi, psie? Ludzie, i jak widać nie tylko, mają ogromną łatwość uznawania wszystkiego, czego nie rozumieją i nie są w stanie pojąć za magię, czary albo interwencję bogów. Dlatego tak łatwo można nimi manipulować, bo każdy, kto ma jedynie większą wiedzę albo najzwyczajniej w świecie doskonale oszukuje, jest w stanie przekonać ich, że ma rację. Można wymyślić najgorszą bzdurę, a i tak znajdą się tacy, którzy w nią uwierzą. I te wszystkie bajeczki, baśnie, legendy, opowiastki... Od małego wmawia się dzieciom, że za rogiem czeka straszna bestia, którą trzeba zabić, by poślubić księżniczkę... Co za idiotyzm.
-Każda legenda się na czymś opiera- odpowiedział spokojnie Nadim.
-Owszem- zgodził się mężczyzna, skinąwszy głową- Na ludzkiej naiwności.
Jego towarzysz zaśmiał się cicho.
-Naprawdę sądzisz, że w tych historiach nie tkwi nawet ziarno prawdy...?- Nadim zatrzymał się na chwilę i dopiero, gdy Amir do niego dołączył, ruszyli dalej- A te wszystkie opowieści ludzi, którzy przeżyli coś niesamowitego, niezwykłego, coś, czego nie da się wyjaśnić w sposób racjonalny...?
-Wymysły- odparł lekceważąco Amir, wzruszając obojętnie ramionami- Albo alkohol. Ewentualnie szaleństwo. Świat w końcu widział już ludzi, którzy widzieli więcej od całego świata i jeszcze uważali, że to oni mają rację...
Nadim uśmiechnął się tylko pobłażliwie, kręcąc głową.
-Nie wszystko da się tak łatwo wyjaśnić- odpowiedział cicho.
-Owszem, wszystko da się łatwo wyjaśnić- zaprotestował Amir, prychając. Zbyt wiele już nasłuchał się w swoim życiu bajdurzeń i opowiastek, by wierzyć jeszcze w legendy i mity o cudownych stworzeniach, potworach, bestiach albo innych tego typu wynaturzeniach. Ludwik zawsze mu powtarzał, że ludzie w gruncie rzeczy sami nie wiedzą co robią, co widzą i co mówią. Zwykłe przywidzenia traktują jak coś niesamowitego i ekscytującego, opowiadają to później innym, równie naiwnym i podobnym sobie ludziom, a gdy spotyka się to z szerszym zainteresowaniem, ubarwiają jeszcze tę historię, dodają do niej nowe wątki, nowe zdarzenia... I tak napotkany po raz pierwszy w lesie niedźwiedź staje się przerażającą, trzymetrową, włochatą bestią, cień na ścianie jakimś tajemniczym duchem czy demonem, a światła widziane z daleka, znakami od wiedźm i czarownic, które kusiły zbłąkanych wędrowców- Ludzie lubią być podziwiani, lubią budzić zainteresowanie. Wymyślenie takiej historyjki jest najprostszą rzeczą na świecie, bo nagle tchórz, który nigdy nie wyściubił nawet nosa z miasta, jest w stanie opowiadać o tym, jak zmierzył się z jakąś leśną bestią...
-Mylisz się- zaoponował jego towarzysz, wpatrując się w niego z uwagą- Ja sam słyszałem bardzo wiele podobnych historii i nawet, jeżeli większość z nich można było poddać pod wątpliwość... To zdarzały się też całkowicie prawdziwe. Elnir... Mój sekundant...- dodał po chwili- Wybrał się kiedyś na polowanie z trzema towarzyszami. Nie znajdziesz chyba wśród nas kogoś, kto nie znałby naszego lasu jak własnego domu. Szczególnie, że nie jest zbyt duży... Oni jednak natrafili na polanę, której żaden z nich nie mógł sobie przypomnieć i zupełnie stracili rozeznanie w okolicy... Zaczęli rozglądać się za drogą powrotną. Rozdzielili się. Elnir poszedł w jedną stronę, jego towarzysze w drugą. Wydawało mu się, że odnalazł właściwą drogę, więc zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, powrócił na polanę i przywołał swoich towarzyszy. Gdy ci wyłonili się z lasu, zatrzymali się jednak bardzo daleko niego i rozglądali się dookoła. Zawołał ich ponownie, a oni znowu zaczęli się rozglądać, jakby wcale go nie widzieli, nawoływali go po imieniu i pytali, gdzie jest... Podszedł więc bliżej nich, lecz oni nadal go nie widzieli. Dopiero, gdy znalazł się w odległości ledwie kilkunastu kroków od nich, spojrzeli na niego i przystanęli, sparaliżowani strachem. Żaden z nich wcześniej go nie widział. Wrócili razem do osady i opowiedzieli tę historię. Następnego dnia razem z innymi wyruszyli na poszukiwanie tej polany, ale żaden z nich nie mógł jej już odnaleźć ani wskazać, gdzie dokładnie się znajdowała. Obeszli cały las, ale efektów nie było. Tajemnicza polana przepadła. I jeżeli jesteś w stanie to wyjaśnić w jakikolwiek racjonalny sposób, słucham- Nadim spojrzał na niego pytająco.
Amir uśmiechnął się do siebie pobłażliwie.
-A to przygoda...- skomentował drwiąco- Chcesz wyjaśnień, psie? Poradź kolegom, żeby następnym razem mniej pili.
-Nie byli pijani.
-Oczywiście, że nie...- zironizował, uśmiechając się kwaśno- Chociaż domyślam się, że wymyślenie takiej historyjki nawet na trzeźwo byłoby im całkiem na rękę... W końcu czterech, dużych chłopców zgubiło się w niezbyt dużym lesie... Wstyd, nie sądzisz? Na ich miejscu pewnie też wymyśliłbym coś równie „wiarygodnego”...
Nadim zaśmiał się cicho.
-Jestem pewien, że nie zmyślił tej historii. Lasy kryją w sobie naprawdę wiele tajemnic- odparł, posyłając mężczyźnie znaczące spojrzenie.
-Co ty, psie, chcesz mnie nastraszyć...?- Amir popatrzył na niego z politowaniem, kręcąc głową- Słyszałem już bardziej wiarygodne i godne uwagi bajki niż znikająca polana...
-Prawdopodobnie więc nie uwierzysz także w moje kolejne słowa, ale to, co ci opowiem, przydarzyło się naprawdę. Mnie, nie moim towarzyszom- zaznaczył natychmiast, widząc chyba, że Amir już otwierał usta, by rzucić jakąś kąśliwą uwagę. Mężczyzna spojrzał na niego z oczekiwaniem. Musiał przyznać, że chociaż właśnie toczył z tym psem dyskusję na najbardziej absurdalny temat, jaki w ogóle mógł wpaść mu do głowy, to wędrówka, wzbogacona rozmową, wydawała się znacznie przyjemniejsza. Szczególnie, że przestał zwracać uwagę na ból nóg i nie zastanawiał się nad tym, kiedy wreszcie się zatrzymają- Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Odszedłem zbyt daleko od osady i zgubiłem się...- no tak, to było do przewidzenia. Dlaczego wszystkie te opowiastki musiały się opierać na tak banalnym schemacie?- Nie potrafiłem już znaleźć drogi powrotnej. Postanowiłem więc zatrzymać się w miejscu i poczekać, aż ktoś mnie odnajdzie. Nadszedł jednak wieczór, zaczynało robić się coraz ciemniej, a nikt się nie pojawił. Wspiąłem się na jedno z drzew, chcąc tam przeczekać do rana. Bałem się, że mógłbym się natknąć na jakieś dzikie zwierzę czy co gorsza człowieka...
Amir wzniósł oczy ku niebu, wzdychając głęboko.
-No tak...- stwierdził pełnym politowania tonem- Bo my, ludzie, nie mamy nic innego do roboty, jak tylko chodzić nocami po lesie i polować na wasze, psie dzieci...
-Może nie wiesz, ale właśnie nocami natykamy się na was często, kiedy wytaczacie się z tej karczmy... W stanie nie do końca świadomym- dodał, spoglądając na niego znacząco- Nie dziw się, że jako dziecko wizja spotkania z wami mnie przerażała. W każdym razie siedziałem na drzewie, rozglądając się dookoła i w pewnym momencie zauważyłem, jak coś wynurza się z dziupli i schodzi na dół. W pierwszej chwili sądziłem, że to jakieś zwierzę, ale nie przypominało niczego, co wcześniej spotkałem... I nie minęło dużo czasu, aż zaczęły pojawiać się kolejne, wychodziły spod ziemi, wyłaniały się spomiędzy konarów drzew, zbierały się na samym dole, w gromadzie. Obserwowałem je z góry, osłupiały i nieco zlękniony, ale i zaintrygowany zarazem. To były dziwne stworzenia. Przypominały może trochę dzieci... Sam nie wiem...- zamyślił się przez chwilę, wzruszając bezradnie ramionami- Były dosyć małe, miały dłonie i stopy, ale poruszały się na czterech kończynach. Skórę miały szarawą, naciągniętą, widać było przez nią ich wystające kości. Główki miały okrągłe, z czarnymi, błyszczącymi oczyma, długimi, zagiętymi nosami i wystającymi, spiczastymi uszami. I te tajemnicze istoty, przez całą noc, sprawiały wrażenie jakby naradzały się ze sobą w swoim języku, tańcowały, bawiły się, karmiły owocami... Jednak, gdy tylko słońce zaczęło wschodzić, czmychnęły ponownie do swoich kryjówek. Zszedłem z drzewa i poszedłem dalej, zastanawiając się nad tym, czym były te istoty. Wkrótce później odnalazło mnie dwóch łowców i odprowadziło z powrotem do osady. Opowiedziałem im tę historię, a oni przez całą drogę sprzeczali się między sobą. Jeden z nich mówił, że te szkaradne potworki są duchami opiekuńczymi lasów i że nie raz już wyczuwał ich obecność, a znał nawet takich, którzy je spotkali. Drugi jako uzasadnienie podawał dokładnie to samo, ale twierdził, że są to złe diabliki, które kuszą zgubionych wędrowców, zapraszają je do wspólnej zabawy, upajają, a później zabijają. Do dziś nie wiem, czy którykolwiek z nich miał rację, nigdy więcej nie spotkałem także tych dziwacznych stworzeń. Ale może kiedyś się dowiem...- skwitował w zamyśleniu, po czym spojrzał na Amira, uśmiechając się przekornie- I co? Jak wyjaśnisz to zdarzenie?
-Dokładnie tak samo. Pij mniej.
Nadim przewrócił oczyma.
-Byłem dzieckiem- zauważył.
-Psie, i czego ode mnie oczekujesz, co?- Amir uniósł brew w pełnym politowania geście- Przecież sam już sobie odpowiedziałeś na swoje pytanie. Byłeś dzieckiem. Dzieckiem! A dzieciństwo to specyficzny czas, kiedy wyobraźnia tworzy wyjątkowe obrazy i wszystko wydaje się cudowne, wspaniałe i baśniowe. Pewnie byłeś przerażony, było ciemno, zobaczyłeś jakieś zwierzęta... Później, jeszcze pod wpływem wyjaśnień tamtych psów, dorobiłeś do tego jakąś historię i tyle. Zostało ci to w pamięci, ale to wcale nie znaczy, że zdarzyło się naprawdę. Daj spokój, psie- dodał, widząc, że ten otwiera usta, by odpowiedzieć- Wiem, jak to jest. Pod zamkiem mojego wuja znajduje się cały system lochów, od dawna zresztą nieużywany. Wśród służby chodziły pogłoski, że kiedyś torturowano i mordowano tam jeńców wojennych i miejsce to jest nawiedzone. Razem z Hadrinem bawiliśmy się często w dzieciństwie w ich pobliżu, ale nigdy nie zaglądaliśmy do środka. Dopiero pewnego razu założył się ze mną, że nie wejdę do środka, a ja się zgodziłem, udając, że się nie boję, chociaż w rzeczywistości byłem przerażony... Zszedłem po schodach na dół, rozejrzałem się, poszedłem dalej. W gruncie rzeczy nie było tam nic ciekawego, ciemne ściany, pajęczyny, szczury przemykające się gdzieś po podłodze... Aż w pewnym momencie usłyszałem jakieś zawodzenia, wydawało mi się, że to płacz. A zaraz później łomot, jakby ktoś uderzał w drzwi. Uciekłem stamtąd, trzęsąc się cały ze strachu. A później okazało się, że ten dziwny odgłos nie był niczym więcej, jak szumem wiatru, a w pobliżu znajdowało się niewielkie okienko, które chybotało się pod jego wpływem, wydając z siebie wszystkie te hałasy... I wierz mi, psie, że gdy uciekałem z tamtego miejsca, miałem wrażenie, że ktoś się za mną skrada, czai... Bałem się obrócić i czułem czyjąś obecność. A później wuj zabrał mnie na dół, oświetlił drogę i zdałem sobie sprawę z tego, że w lochach nie ma nic przerażającego. Żadnych duchów, żadnych mar, zjaw przeszłości... Zupełnie niczego. Gdyby nie ciemność, gdyby nie te historie, które wcześniej usłyszałem, pewnie wcale bym się nie bał. Wszystko zależy od okoliczności.
-Ty masz swoje doświadczenia, ja swoje- odpowiedział lekko Nadim, wzruszywszy ramionami- Są zdarzenia i sytuacje, których nie da się wyjaśnić ani wyobraźnią ani okolicznościami.
Amir uśmiechnął się, kręcąc głową.
-A wiesz, czym da się je wówczas wyjaśnić, psie? Łgarstwem- odparł bez ogródek- Chcesz wiedzieć, jak się tworzą baśnie, legendy i mity...? Kilka lat temu, jedna ze służek wyszła do lasu na spacer z córką swojej pani. Tak, do waszego, cudownego lasu- dodał kąśliwie, nie będąc w stanie powstrzymać się przed tą uwagą- Podobno była zmęczona, więc przysiadła na chwilę przy drzewie, a dziewczynka bawiła się samotnie niedaleko. Zamknęła na chwilę oczy, a gdy je otworzyła, dziecka już nie było. Zaczęła więc szukać dziewczynki, wołała ją, ale nigdzie jej już nie znalazła. Udała się więc do miasta, sprowadziła ludzi, którzy zaczęli pomagać jej w poszukiwaniach. Dopiero następnego dnia odnaleźli ciało dziewczynki w stawie. Utonęła.
Nadim skinął głową.
-Wielu ludzi się tam topi, nie tylko dzieci, ale i dorosłych.
-I co?- zironizował mężczyzna- Pewnie to sprawka tych tańcujących demonów albo jakichś wodnych nimf...?
Potomek wilków nie dał się sprowokować i odparł spokojnie, z łagodnym uśmiechem:
-Nie. Ten staw jest bardzo zwodniczy, szczególnie dla kogoś, kto nie zna tej okolicy. Początkowo wydaje się być bardzo płytki, ale ledwie po kilku krokach, grunt obniża się gwałtownie i jeżeli ktoś nie zda sobie z tego w porę sprawy i nie potrafi pływać, z pewnością zginie.
Amir potwierdził jego słowa skinieniem głowy. Zastanawiał się, dlaczego nie informuje się dzieci o zagrożeniach w taki sposób, a próbuje się im opowiadać jakieś bajki, które później oni przekazują swojemu potomstwu i tak w kółko. Ludwik wychowywał ich zupełnie inaczej, i jego, i Hadrina. Zawsze starał się im wyjaśniać wszystko w sposób logiczny, uporządkowany i zrozumiały, bez niepotrzebnych nadinterpretacji i przekręcania faktów.
-Kobieta opowiedziała o tym, że nim dziewczynka zginęła, zauważyła za drzewami jakiegoś mężczyznę, ale ten zniknął gdzieś szybko, więc uznała to za przywidzenie- kontynuował mężczyzna, śledzony uważnym spojrzeniem towarzysza- Opisała go bardzo dokładnie i miała dużo szczęścia, bo jak się okazało, jej opis pasował idealnie do człowieka, który utonął tam ledwie dwa tygodnie wcześniej. Więc jaki wniosek nasunął się większości ludzi?- zapytał Amir, unosząc kącik ust w kpiącym uśmiechu- Oczywiście, że jest to mściwy duch, który zapewne będzie teraz doprowadzał do śmierci dzieci, a może w ogóle wszystkich zabłąkanych ludzi. Pojawiły się nawet głosy, że biedny pijaczyna wcale nie utonął w czasie kolejnego powrotu z Trupiarni, ale został zamordowany i dlatego dopuszcza się teraz takich uczynków. I chociaż w końcu służka przyznała się otwarcie, że tak naprawdę dzień wcześniej bawiła się długo z synami chłopa, a rano, efektem tej zabawy był ból głowy, więc kazała dziewczynce bawić się dalej, a sama przysnęła i to na całkiem długi czas, a w dodatku żadnego mężczyzny nie widziała, a wszystko co powiedziała zmyśliła, by uniknąć kary. Ale co z tego, skoro ta historia nie była tak intrygująca, by dotrzeć do większości ludzi- parsknął pogardliwie- Nawet teraz jeszcze krąży wśród mieszczan, stale zmieniana i udziwniana, chociaż minęło już tyle czasu. I pewnie będzie krążyła jeszcze długo, chociaż nie ma w niej nawet ziarenka prawdy.
-Rozumiem...- odparł spokojnie potomek wilków- Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele z takich opowieści nie jest zgodne z rzeczywistością, ale z pewnością nie wszystkie są kłamstwem. Poza tym takie historie też mogą być potrzebne- stwierdził z pełnym przekonaniem. Amir posłał mu pełne niedowierzania spojrzenie i prychnął głośno. Ciekawe do czego- Wybacz, ale jako dziecko, zdecydowanie bardziej wolałbym usłyszeć historię o duchu niż najbardziej logiczne i zrozumiałe wyjaśnienia...- zaśmiał się serdecznie.
-Czemu mnie to nie dziwi...- westchnął głęboko Amir, wznosząc oczy ku niebu. Ludwik zawsze powtarzał mu, że są dwa rodzaje prawdy. Prawda, która pokrywa się ze stanem faktycznym i prawda, którą przekazuje się tym, którzy stanu faktycznego i tak nie zrozumieją. Może rzeczywiście coś w tym było- Na jednym ze wzgórz leżących w pobliżu naszego miasta, miała rozpocząć się budowa świątyni. Niedługo później, wkrótce przed porą zbiorów, niespodziewanie nastąpił wylew rzeki, co doprowadziło do tego, że kilkadziesiąt chłopskich rodzin zostało pozbawione swoich plonów i żywności... Jedna z nich wybrała się na to właśnie wzgórze. Ojciec, matka, dwóch synów i córka... Wszyscy się powiesili. Idąc ich śladem, kolejna rodzina uczyniła wkrótce to samo, dokładnie w tym samym miejscu, a później jeszcze dwóch chłopów. Świątyni tam nie zbudowano, a wzgórze nazywane jest od tamtego czasu Wzgórzem Przeklętym, chociaż przecież nie jest winne temu, że kilkoro ludzi wybrało je na miejsce swojego nietypowego manifestu... A później pozostali zechcieli ich naśladować... Ale teraz nie da się tam zbudować już nic, bo wszystkie plany spotykają się z oporem społeczeństwa, które boi się tego miejsca i unika go, jak tylko może.
-Rozumiem...- szepnął Nadim, w zamyśleniu, milcząc przez dłuższą chwilę. Szli powoli dalej- Canis opowiadał mi tą historię- stwierdził w końcu, spoglądając na towarzysza- Mówił, że był jednym z tych, którzy jako pierwsi odnaleźli tych ludzi... To był podobno potworny widok.
-Rzeczywiście- zgodził się chłodno mężczyzna- Zapewne nie najprzyjemniejszy.
Wędrowali przez dłuższy czas w zupełnej ciszy, zastanawiając się nad tym, co usłyszeli. Amir musiał przyznać, że jego towarzysz, mimo zupełnie innego i dosyć abstrakcyjnego spojrzenia na świat, był ciekawym rozmówcą. A przynajmniej ich dyskusja była ciekawsza niż nieustanne prowadzenie wewnętrznego monologu, w którym usiłował odnaleźć najwymyślniejsze i najzłośliwsze określenia dla potomka wilków, i nieustannie przypominał sobie, dlaczego tak bardzo ich wszystkich nie lubi. I lubić nie zamierzał, rzecz jasna, co wcale nie przeszkadzało mu odezwać się po kilkudziesięciu minutach ponownie, w nawiązaniu do ich wcześniejszej rozmowy:
-Poza tym, psie, duchy i zjawy jeszcze nic nikomu nie zrobiły. Więc może nie warto zastanawiać się nad ich istnieniem, tylko przyglądać się lepiej tym, którzy nas otaczają, bo jak pokazuje historia o służce... Błąd nie leży w rękach niewidzialnych istot. A pomijając już zwyczajną głupotę, przez którą kilkuletnie dziecko pałęta się samo po lesie, są jeszcze przecież przypadki celowego działania...
Nadim skinął głową.
-Wiem, o czym mówisz- odpowiedział spokojnie- U nas też się tacy zdarzają.
-Nie...- Amir spojrzał na niego z udawanym niedowierzaniem- Naprawdę? U was, w waszym cudownym, świętym plemieniu...?
Potomek wilków uśmiechnął się tylko, postanawiając najwyraźniej nie reagować na zaczepkę.
-W każdym razie spotyka ich zasłużona kara- dodał, ponad wszelką wątpliwość- Jeżeli którykolwiek z nas, dopuszcza się jakiegoś okropnego czynu, na przykład morderstwa, zostaje od razu skazany na wygnanie.
-Och, świetnie!- rzucił z politowaniem Amir, uśmiechając się kwaśno- Co za genialny pomysł, sprowadzić jakiegoś zwyrodnialca na głowę całej reszcie świata!
-My nie zabijamy naszych. Niezależnie od tego, jak źle postąpią i co zrobią. Nasze dzieci od najmłodszych lat uczone są tego, że wspólnota jest najważniejsza i dla nas nie istnieje większa kara od wykluczenia z niej. Po prostu jesteśmy...
-... zwierzętami stadnymi, rozumiem- wszedł mu w słowo Amir, jak zwykle nie mogąc powstrzymać się od tej jakże subtelnej złośliwości.
-Powiedzmy... W każdym razie nijak się to ma do tego, co wy robicie i co wy nazywacie karą, uświęcając to, co sami nazywacie chwilę wcześniej zbrodnią- dodał, posyłając mu ostre spojrzenie. Amir uniósł pytająco brew- Canis opowiadał mi, jak obchodzicie się z tymi, którzy źle postąpili, jak zabijacie ich publicznie, jak organizujecie egzekucje na które przychodzą całe rodziny, dzieci...- na jego twarzy wymalował się grymas niechęci i oburzenia.
-Twojemu staruchowi coś się pomyliło, co zresztą wcale mnie nie dziwi, bo nie wygląda na kogoś całkiem przytomnego umysłowo...- mruknął uszczypliwie, posyłając Nadimowi złośliwe spojrzenie- Zresztą, sprawia wrażenie, jakby pamiętał jeszcze czasy jak zamieszkiwaliśmy wszyscy w lepiankach, więc kto wie... Chociaż zaraz... Właściwie wy nadal w nich mieszkacie...
-Nieprawda. Wcale nie odstajemy od was pod tym względem.
-Wcale...- zgodził się z nieskrywaną ironią Amir, uśmiechając się pobłażliwie i kontynuował- W każdym razie, psie, przekaż swojemu staruchowi, że czasy się troszeczkę zmieniły i zmieniły się też metody karania. Owszem, kiedyś, jeszcze przed panowaniem Ludwika bywało z tym różnie. Za większość uczynków karano śmiercią lub okaleczeniem. Właściwie arystokraci mogli sobie pozwolić na bardzo wiele, nawet na zabicie napotkanego mieszczanina, wystarczyło, by później znaleźli kilku świadków, którzy potwierdziliby, że ten próbował danego szlachcica napaść, okraść albo uraził głęboko jego lub jego rodzinę. Sądy oczywiście też działały i wydawały wyroki. Za mniejsze przestępstwa należała się kara pieniężna, a reszta... Cóż...- uśmiechnął się lekko pod nosem- Złodziejom obcinano dłonie. Dla morderców i spiskowców pozostawał topór kata. Ale odkąd zaczął rządzić Ludwik, to się zmieniło- dodał stanowczo, widząc wstręt malujący się na licach potomka wilków- Teraz mamy więzienia. Ludzie, którzy dopuszczą się cięższych przewinień są tam zamykani, z dala od świata, czasem na kilka tygodni, czasem na kilka czy kilkanaście lat. Nikt nie może ich odwiedzać i oni również nie są wypuszczani na zewnątrz. Oprócz tego nic nie można nikomu uczynić bez wyroku sądu, aczkolwiek nie powiem, by to postanowienie diametralnie coś zmieniło... Owszem, mieszczanie o swoich prawach mają jeszcze jakieś pojęcie, ale chłopi...?- uśmiechnął się pobłażliwie. Pozostawali w końcu wiecznie na łasce arystokracji, która chłopska rodzina byłaby się w stanie zbuntować czy donieść na swojego pana? A iluż to niepokornych czy niewygodnych chłopów, ich żon, córek czy synów zniknęło i czy ktokolwiek ma w ogóle o tym jakieś pojęcie?- Za wiele przewinień wystarczy uiścić pewną karę pieniężną. Oczywiście niektórych czynów bagatelizować absolutnie nie można, a i więzienie jest dla takowych zbyt łagodne, więc nadal należy pozbyć się tych, którzy za bardzo zagrażają społeczeństwu... Ale nie organizujemy już publicznych egzekucji, mój wuj tego zakazał. Chociaż właściwie nie wiem czemu...- dodał, w zamyśleniu. W odpowiedzi na to pytanie, Ludwik powtarzał zawsze, że jeżeli dana społeczność jest w stanie patrzeć, a może radować się nawet, ze śmierci jednego z jej członków, jest również w stanie posunąć się do najokropniejszych czynów. Amir miał na ten temat inne zdanie- Wbrew twojemu oburzeniu, psie, uważam, że dawny system funkcjonował całkiem dobrze... Chociaż arystokraci i kapłani bez rąk, mogliby wyglądać nieco dziwnie...- parsknął cicho pod nosem. Nadim wpatrywał się w niego bez zrozumienia- W każdym razie, publiczne egzekucje spełniały ważną rolę, jaką było uczenie ludzi tego, co moralne i tego, co moralne nie jest. Nie wystarczy tylko powiedzieć, że coś jest dobre, a coś złe, musi być jeszcze jakaś forma kary, wyartykułowana i przedstawiona wyraźnie. Nie będziesz płacił na świątynie i słuchał kapłanów? Bogowie cię ukarzą i nie wpuszczą do swojego świata. Nie będziesz słuchał władcy? Czeka cię kara. A jeżeli przykładnie ukaże się kilka osób, to reszta będzie się obawiała konsekwencji i zastanowi się kilka razy, nim zrobi coś podobnego.
-A co z niewinnymi...?- zapytał cicho potomek wilków- Czy zawsze jesteście pewni tego, że ktoś popełnił taki czyn...?
-Pewnie nie zawsze...- zgodził się Amir, wzruszając jednak jednocześnie obojętnie ramionami. To właściwie nie miało najmniejszego znaczenia- Wymierzanie sprawiedliwości zawsze niesie za sobą ofiary, trudno cokolwiek na to poradzić.
-Tak, ale jest różnica pomiędzy zamknięciem kogoś niewinnego, a zabiciem go- odparł potomek wilków, najwyraźniej wstrząśnięty.
-Różnica jest taka, że w pierwszym wypadku trzeba go utrzymywać, co nie jest opłacalne.
Nadim prychnął oburzony, przyspieszając kroku.
-Ale z więzienia można jeszcze wyjść, a śmierci cofnąć się nie da.
-Nie widziałeś chyba naszych więzień, psie, skoro tak bardzo masz ochotę się w nich znaleźć...
-Wolałbym się w nich znaleźć niż zginąć- odparł ostro Nadim.
-Nie sądzę. A nawet jeśli... Co to właściwie za różnica?- nie rozumiał mężczyzna- Ilu może być tych niewinnych, co? Jeden na stu? To poświęcenie, które można znieść.
-Choćby był i jeden na wszystkich, to czy nie warto dla ratowania tego jednego odstąpić od karania w tak okrutny sposób...?
Amir mlasnął z niezadowoleniem, przewracając oczyma. O bogowie, jak strasznie nie cierpiał takiego filozoficznego ględzenia. Jego towarzysz chyba świetnie dogadałby się z Ludwikiem, bo przedstawiali dość podobne i z punktu widzenia Amira, równie abstrakcyjne teorie i twierdzenia. Aż zaczynał rozumieć powody, dlaczego wuj tak bardzo lubił te psy.
Po niecałej godzinie drogi, zatrzymali się wreszcie na polanie. Amir opadł na trawę i położył się na niej, odpoczywając. Nadim usiadł tuż obok niego, wznosząc twarz ku niebu. I tak jak wcześniej, mężczyzna ignorował go zupełnie, teraz właściwie słowa same cisnęły mu się na usta, chociaż nawet nie wiedział, o czym właściwie chce z nim rozmawiać. Tym razem to potomek wilków rozwiązał tę kwestię, rzucając:
-Nie rozumiem tego- Amir posłał mu pytające spojrzenie- Tych wszystkich... podziałów...- wyjaśnił z wahaniem Nadim- Chłopi i arystokracja... I kapłani... I mieszczanie... Po co to wszystko? U nas wszyscy są równi pozostałym. Nawet Canis, chociaż nami dowodzi i dla nas wszystkich jest zapewne najważniejszy, nigdy nie wywyższył się ponad resztę.
Amir prychnął pogardliwie.
-Jakoś wcale się temu nie dziwię... Takie podziały są normalne i potrzebne, psie.
-Jak widać na naszym przykładzie, niekoniecznie.
-To rzeczywiście dobry przykład...- zironizował mężczyzna. Przecież potomkowie wilków żyli obecnie na takim poziomie, na jakim oni znajdowali się kilka wieków temu! Nic dziwnego, że cieszyli się powszechnie mianem prymitywów- Dobrze, psie, wyobraźmy więc sobie taką sytuację. Mój wuj wychodzi dziś do ludu i ogłasza, że arystokracja i świątynie muszą oddać majątki, a także ziemie, które zostaną równo rozdzielone pomiędzy całą ludność. Przyjmijmy w dodatku, że wszystko odbywa się zupełnie bezproblemowo, wszyscy potulnie się zgadzają, król dzieli wszystko pomiędzy ludzi po równo, każdy dostaje tyle samo albo tyle, ile potrzebuje. I co teraz?
-Teraz chyba wszystko jest w porządku- odparł Nadim.
-Czyżby...? Więc wyobraź sobie chłopa, który dostaje nagle jakiś majątek, nawet niewielki, a nigdy wcześniej nie miał z tym do czynienia. I po kupieniu najpotrzebniejszych rzeczy i przeżyciu pierwszego zachwytu, jak myślisz, co zrobi?
-Zapewne będzie udoskonalał swój sprzęt, by osiągać coraz lepsze rezultaty- odparł bez chwili zastanowienia potomek wilków.
-Jeżeli ma trochę oleju w głowie – tak. Ale po co ma osiągać coraz lepsze rezultaty inwestując w rzeczy, które mogą się okazać nieopłacalne...? Pomijając już to, kto by się zajmował wyrobem tych rzeczy, skoro wszyscy byliby tak skoncentrowani na ziemi. W każdym razie, czy nie lepiej oddać te pieniądze w ręce ludzi, którzy twierdzą, że mają kontakt z bogami i są nam w stanie lepsze rezultaty u nich wyprosić...? Ze sprzętem bywa różnie, a boska łaska załatwi wszystko. Więc jak myślisz, kto dostałby te pieniądze...?
Nadim milczał przez chwilę, jakby starał się znaleźć odpowiednie argumenty, by zaprotestować, ale w końcu tylko wzruszył bezradnie ramionami i odparł:
-Kapłani.
Amir skinął głową, usatysfakcjonowany.
-Owszem, kapłani. A teraz przejdźmy do tych chłopów, a zapewniam cię, że będzie ich niewielu, którzy rzeczywiście mają trochę oleju w głowie i będą woleli inwestować. I ci chłopi, będą bogacić się na biedzie i nędzy pozostałych, będą mieli w końcu coraz więcej i więcej, więc będą chcieli kupować coraz to nowsze ziemie, które w końcu prędzej czy później i tak uda im się zdobyć i tak będą je gromadzić, i gromadzić, przekazywać sobie z pokolenia na pokolenie... I jak myślisz, jaka warstwa wykształci się z tych rozgarniętych ludzi...?
-Arystokracja...- odpowiedział Nadim, po czym dodał z politowaniem- Chociaż wasi arystokraci na zbyt rozgarniętych nie wyglądają.
Amir machnął lekceważąco dłonią i zaśmiał się lekko.
-Nasi arystokraci to arystokraci cieszący się tym mianem od kilku wieków, nie wymagaj od nich zbyt dużo! Dziadkowie, pradziadkowie albo jeszcze dalsza rodzina zajęła się zdobywaniem bogactw, w których oni dzisiaj się pławią. Nie wymagaj myślenia od ludzi, którzy myśleć nie muszą.
Nadim zaśmiał się głośno, kładąc się obok mężczyzny i wpatrując w niebo. Amir zerknął na niego ukradkiem. Mimowolnie przesunął wzrokiem wzdłuż całej jego sylwetki, zatrzymując się dłużej na jego twarzy i uszach. Te akurat poruszyły się lekko. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie, zastanawiając się jednocześnie, jak dziwaczne musiały być one w dotyku.
-A wracając do myślenia... Nie sądzisz, że jako plemię, które domaga się poszanowania i uważa się za istotne, powinniście wybrać sobie... bardziej odpowiedniego przywódcę?- zapytał otwarcie. Nie żeby szczególnie go to interesowało, przywództwo potomków wilków świadczyło tylko i wyłącznie o nich, ale nie do końca pojmował, gdzie w tym wszystkim logika. Owszem, gdyby rzeczywiście był to tytuł wyłącznie honorowy, oznaczający mniej więcej tyle, że ten stary pies od czasu do czasu się gdzieś pojawi, coś powie, przemówi... Ale z pewnością nie nadawał się w tym stanie do załatwiania jakichkolwiek poważnych spraw! Przecież nawet u nich było podobnie. Gdyby Ludwik nie czuł się na siłach albo nie byłby tak sprawny umysłowo, pewnie rządziliby za niego doradcy albo arystokraci, on ograniczyłby się do najważniejszych decyzji, o ile byłby w stanie je podejmować- Nawet zakładając, że rzeczywiście posiada jakąś niesamowitą wiedzę, mógłby być po prostu doradcą albo czymś na kształt kapłana...
Nadim uśmiechnął się na jego słowa, jakby smutno, po czym odpowiedział:
-Nie doceniasz Canisa.
I powiedział to w taki sposób, jakby rzeczywiście wierzył, że ten staruch świetnie daje sobie radę na swoim stanowisku. Zresztą kto wie, może rzeczywiście tak uważał. Był w końcu jego krewnym, miał do tego prawo, co nie zmieniało faktu, że ten stary pies powinien się zajmować co najwyżej opowiadaniem bajeczek albo wróżeniem.
-A może to ty go przeceniasz. Prawdziwy władca powinien być sprawny, sprawny fizycznie i psychicznie. A on jest stary, niedołężny! Rozumiem, gdyby budził powszechny podziw, lęk czy poważanie... Ale on raczej budzi śmiech! Jest lekceważony, brak mu charyzmy, zresztą sam widziałeś, jak zachowywał się podczas narady! Gdyby nie Ludwik, nasza arystokracja by go rozniosła! Nie liczysz chyba na to, że on jest w stanie jakoś poprawić wasz los...?
Z ust potomka wilków wydobyło się ciche westchnienie. Amir spojrzał na niego pytająco, oczekując jego odpowiedzi, która padła dopiero po dłuższej chwili:
-Canis nie miał łatwego życia- stwierdził Nadim, wywołując u mężczyzny uśmiech politowania. Oczywiście. Więc każdy, kto nie miał łatwego życia, powinien wdziać koronę i dowodzić jakimś plemieniem. Genialny pomysł- Gdy się urodził...- potomek wilków zawahał się wyraźnie- On jest... Nieco inny od nas wszystkich... Jeżeli zauważyłeś...- Amir spojrzał na niego bez zrozumienia- Nie ma ogona... W dodatku jest kaleki... Kulał od zawsze... Więc... Na jego matkę, a moją babkę, padły natychmiast zarzuty, że być może łączyły ją jakieś kontakty z człowiekiem... Najprawdopodobniej nie było to zgodne z prawdą. Babka bardzo przeżyła te oskarżenia. Chciała nawet porzucić gdzieś dziecko albo zabić je, byleby tylko nie być już skazaną na odtrącenie...
-Och, świetnie!- zironizował Amir, parsknąwszy drwiącym śmiechem- Widzisz, psie, a mówisz, że to my was nie lubimy... Ale gdy tylko wasza kobieta zada się z człowiekiem, owoc tej znajomości wolicie zabić...
-My jesteśmy bardzo przywiązani do tradycji- wyjaśnił spokojnie Nadim- Nasi przodkowie od wieków wierzyli w to, że to, co nas łączy, czyli więzy krwi, czynią z nas prawdziwych potomków wilków, prawdziwą wspólnotę, jedność. I chociaż ja tak nie uważam, dziś nadal wielu jest zwolenników tej teorii, którzy zbyt... intymny... kontakt z ludźmi, uznają za coś niegodnego, a nawet zasługującego na najwyższe potępienie. Ale tak czy inaczej, nijak to się ma do tego, jak wy postępowaliście z dziećmi, które rodziły się z mieszanych związków- dodał natychmiast. Amir przewrócił oczyma. Uwielbiał to odwracanie kota ogonem i fakt, że jego towarzysz na każdy zarzut skierowany w stronę plemienia, znajdował jeszcze gorsze przewinienie u ludzi, jakby rzeczywiście było to dobrym usprawiedliwieniem dla złych uczynków- Nie raz już docierały do nas straszne historie o tym, jak panie, którym rodziły się dzieci z psimi uszami czy ogonami, mordowały je okrutnie, by tylko nikt się o nich nie dowiedział.
-Co ty bredzisz, psie...- mężczyzna spojrzał na niego krytycznie- Naprawdę ci się wydaje, że te „straszne historie”, które do was docierały dotyczyły was albo jakichś nieszczęsnych mieszanek...?- pokręcił głową z politowaniem- Jeżeli w chłopskiej rodzinie rodzą się dzieci, oznacza to z jednej strony to, że jest więcej rąk do pracy. Ale jednocześnie jest też więcej gąb do wyżywienia... I jeżeli tych gąb jest zbyt wiele, kolejne potrzebne nie są, więc... Trzeba się ich pozbyć. Nawet nie wiesz, ile niemowląt potopiło się już w studniach czy zostało pochowanych chwilę po tym, jak się urodziło...
-Okrucieństwo- skwitował to surowo potomek wilków- W każdym razie, na szczęście, mój dziadek był rozsądny i nie uległ tym wszystkim, którzy oskarżali jego żonę, i uznał dziecko za swoje. Niestety, jego akceptacja wcale nie oznaczała akceptacji całego środowiska. Dziadek był szanowany w plemieniu, więc nikt nie pozwalał sobie na oficjalne kpiny z niego czy jego decyzji, ale i tak nieustannie szeptano za jego plecami. Doprowadziło do tego, że moja babka odeszła w pewnym momencie z osady, nie będąc w stanie już znieść spojrzeń i komentarzy... A Canis został właściwie sam. Od wczesnego dzieciństwa był pogardzany i przez starszych, i przez rówieśników. Przyjaciół właściwie nie miał... Przynajmniej nie wśród naszych...- dodał po chwili cicho- Cóż... Powiedzmy, że pewnym momencie przechodził wyjątkowo trudny czas i... Hm... W każdym razie... Gdy zmarł nasz przywódca, na jego następcę został spośród wszystkich kandydatów wybrany mój ojciec. Canis nawet nie brał w tym udziału, nikt zresztą nawet nie brał go pod uwagę. Mój ojciec rządził jednak krótko i zginął. Podczas kolejnego głosowania, Canis również pozostał wycofany. Gdy jednak rządził nami kolejny władca, on zaczął organizować spotkania, nauczać młodzież, rozmawiać z naszymi... W pewnym momencie zaczął cieszyć się dość dużym szacunkiem, przynajmniej u młodszej części społeczeństwa... I kiedy równie szybko zmarł kolejny przywódca, Canis stał się nagle jednym z pretendentów do przewodnictwa. Miał silnego przeciwnika, wywodzącego się z bardzo szanowanej rodziny, a poza tym...- Nadim uśmiechnął się smutno- Był w końcu podejrzewany o to, że nie jest jednym z nas, a trudno chyba o gorszą obelgę... Jego przeciwnik zaproponował im publiczne spotkanie i dyskusję, którą mogliby obserwować wszyscy zainteresowani. Był pewien, że Canis polegnie, zawsze był bardzo nieśmiały i cichy. Stało się jednak inaczej. Ja tego nie pamiętam, byłem wtedy bardzo młody, ale ci, którzy to obserwowali mówili, że w Canisa wstąpiło coś niezwykłego, jakaś energia, stanowczość... Przemawiał tak, jak prawdziwy wódz. Nawet ci, którzy wcześniej odtrącali go albo nie myśleli nawet, by oddać na niego głos zmienili zdanie i to on stał się przywódcą. I dzisiaj również w nim to widzę, gdy staje przed nami jakieś trudne wyzwanie... Jest w nim coś... Coś niesamowitego. Nadaje się do swojej roli, bardziej, niż ktokolwiek inny. I dziś bardziej, niż ktokolwiek inny, cieszy się szacunkiem, którego za młodu mu odmawiano.
-Dobrze, psie, a o czym to wszystko świadczy...?- Amir uniósł pytająco brew, nie rozumiejąc.
-Może o tym, że skoro wami rządzi twój wuj, a nami Canis, uda nam się wreszcie do siebie zbliżyć.
-Dobre sobie, psie!- mężczyzna zaśmiał się głośno i podniósł się do pozycji siedzącej, po czym przeciągnął się i wstał- Przypominam ci, że wy nie lubicie się do nas zbliżać...
Nadim podparł się na przedramionach i uśmiechnął niewinnie.
-Ja nie mam nic przeciwko...
-Tak, zauważyłem...- mruknął niechętnie Amir. Nadim sprawiał wrażenie wyjątkowo zainteresowanego ludzkimi kobietami...- A później się dziwisz, że kobieta ma problemy z wyjaśnieniem, skąd u diabła, u jej dziecka wziął się ogon...
Potomek wilków zachichotał.
-Rozłóż namiot- ponaglił go mężczyzna- Zbliża się wieczór. Ja pójdę się rozejrzeć, może coś upoluję... Dasz mi swój łuk...?
-Jasne- parsknął cicho Nadim- O ile ty dasz mi swój miecz.
-Chyba żartujesz.
-Więc znasz odpowiedź.
-W takim razie nie licz na zbyt wiele- odmruknął mężczyzna, dobywając broni.
… I tak zaczyna rodzić się wątła nić współpracy.

Amir spacerował niespiesznie lasem, rozglądając się dookoła. Zewsząd dobiegały go nocne odgłosy natury, huczenie sowy, charakterystyczna muzyka świerszczy, rechot żab znajdujących się w pobliskim stawie... Westchnął głęboko, docierając wreszcie na polanę, na której znajdował się niewielkich rozmiarów namiot. Klęknął przed nim, by wejść na czworakach do środka i niemalże natychmiast zderzył się głową ze swoim towarzyszem.
-Psie!- jęknął głucho, ledwie miesząc się w środku. Namiot był tak mały, że nie był w stanie nawet się wyprostować. Usiłował się przesunąć bliżej ich rzeczy, które zajmowały ponad połowę powierzchni, ale mimo tego, że Nadim próbował się odsunąć, nie mógł się nawet ruszyć- Wyjdź!
-Nie mogę...- stęknął Nadim, pocierając czoło- Musisz wyjść pierwszy.
Amir sapnął niecierpliwie i rozplątał włosy. Potomek wilków odchylił się w ostatniej chwili unikając jego łokcia. Mężczyzna odłożył gumkę na bok i gimnastykował się przez dłuższy moment, by zdjąć z siebie górną część garderoby. Pojemniczek z fragmentami kryształu na wszelki wypadek wsunął do tobołka i zaczął wycofywać się tyłem z namiotu.
-Dokąd idziesz...?- Nadim spojrzał na niego zdumiony.
-Nad staw.
-Po co...?
Amir uśmiechnął się z politowaniem.
-Utopić psie dziecko.
Usłyszał, że z namiotu dobywa się śmiech jego towarzysza, który jakby wbrew własnej reakcji, stwierdził po chwili:
-To nie jest śmieszne...- Amir wyprostował się akurat, gdy z namiotu wyłoniła się głowa Nadima, który wpatrywał się w niego z zainteresowaniem- Po co idziesz nad staw?
-A jak myślisz, psie?- rzucił niecierpliwie, unosząc brew- Wykąpać się.
Nadim skrzywił się wyraźnie.
-Po co?- zapytał po raz kolejny- Przecież niedawno się kąpałeś.
-Owszem, psie...- mężczyzna posłał mu złośliwe spojrzenie- Ale nadmiar higieny jeszcze nikomu nie zaszkodził, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że możesz mieć na ten temat inne zdanie...- odwrócił się i ruszył powoli przed siebie, czekając na ripostę towarzysza, która oczywiście nie mogła nie paść.
-Wyprowadź mnie z błędu, ale jesteśmy chyba na wyprawie mającej na celu ocalenie naszych ludów...? Chociaż oczywiście w roli panny na wydaniu też prezentujesz się dobrze...
Amir nie odwracając się nawet, zaprezentował swojemu towarzyszowi wyjątkowo ordynarny gest i nie zwracając na niego więcej uwagi, przyspieszył kroku i po kilku minutach marszu zbliżył się w końcu w okolice stawu. Dopiero wtedy dopadły go dziwaczne rozmyślania, nie zatrzymał się więc, lecz szedł lasem dalej, wzdłuż stawu, widząc przez otaczające go drzewa odbijający się w gładkiej tafli księżyc. Dwa kryształy. Miał już dwa kryształy. Już dwa, a może dopiero...? Wędrowali już w końcu kilka dni. I znów – kilka dni, kilka dni to długo, czy nie? Biorąc pod uwagę fakt, że fragmentów kryształu, które mieli zebrać było dwanaście... Jak długo jeszcze im to wszystko zajmie? Kiedy znowu zobaczy się z Ludwikiem, z Hadrinem...? Bogowie. Kto się spodziewał, że nagle stanie przed nim tego rodzaju wyzwanie? Wyzwanie nie tyle pod względem organizacji, pod względem niezbyt dobranego towarzystwa, ale wyzwanie dotyczące jego sposobu myślenia, czegoś na kształt filozofii. Demon... Parsknął pod nosem. Jak abstrakcyjnie to brzmiało! Jakiś demon, który na nich czyha! Co za idiotyzm! I gdzie on teraz jest, co robi? Szuka ich? Gdzie? Po co? W jaki sposób jest im w stanie zagrozić? Tyle pytań i nic, żadnych odpowiedzi. Ten stary pies się obawiał, Ludwik się obawiał... Ale cóż prócz tego? Gdyby nie fakt, że jego wuj przyjął tę informację z taką powagą, Amir zlekceważyłby ją bez wahania. A teraz miał poważny dylemat. Z jednej strony miał ochotę ustawić się w jednym szeregu z arystokratami, po raz pierwszy od dawna. Wyśmiać Canisa, wyśmiać jego słowa, odrzucić je niczym najgorsze brednie... A z drugiej strony... Wuj. A jeżeli u jego wuja coś budziło niepokój, z pewnością nie było to coś nieistotnego. Same komplikacje...
Wyłonił się w końcu spomiędzy drzew, ale nim zdążył zrobić choćby krok dalej, zauważył kogoś siedzącego przy wodzie. Tym większe było jego zdumienie, że było to chyba jakieś dziecko. Małe, może kilkuletnie, siedziało w purpurowym płaszczu, z kapturem na głowie, tyłem do niego. W rękach trzymało długi patyk, do którego przyczepiona była nić, której koniuszek zanurzony był w stawie. Było to coś na kształt prowizorycznej wędki. Amir podszedł niepewnie do przodu.
-Dziewczynko...?- zaczął powoli, zastanawiając się nad tym, czy gdzieś tutaj znajduje się jakaś osada czy wieś. Dziecko, samo w lesie? O tej porze...? Reakcji nie było?- Dziewczynko? Co tutaj robisz?- zapytał, ale i tym razem dziecko nawet nie drgnęło, jakby nie dosłyszało jego słów.
Dotknął jego ramienia. I w tym momencie, osoba odwróciła się w jego kierunku i dostrzegł coś, co sparaliżowało go kompletnie na dłuższą chwilę. Wpatrywały się w niego puste oczodoły. Twarz dziecka... A właściwie nawet nie twarz. Naga kość bez choćby fragmentu skóry, zwrócona była w jego stronę. Żuchwa rozwarła się na chwilę, by zaraz zamknąć się z trzaskiem. Dziecko zamachało nerwowo kościstymi nóżkami.
Amir wycofał się, pobladły i przerażony, widząc jednak, że dziwaczna osoba nie idzie za nim, a wciąż jedynie zdaje się go obserwować, puścił się biegiem przez las.
-Nadim!- wrzasnął, oglądając się co jakiś czas za siebie- Nadim!
Udało mu się w końcu wbiec na polanę. Potomek wilków stał półnagi, wpatrując się w niego zdumiony.
-O co chodzi...?
-Chodź- Amir chwycił go za nadgarstek i zaciągnął go nad staw, nie będąc w stanie wycisnąć z siebie choćby słowa wyjaśnienia. Gdy jednak dotarli na miejsce, nie było już ani śladu po tamtym dziecku. Mężczyzna przystanął, rozglądając się zdezorientowany- Tutaj... Nawet nie wiesz, co widziałem...- bąknął, nie rozumiejąc zupełnie rozbawienia na twarzy towarzysza- Dziecko... Nie wiem, czy dziecko... Ale... Szkielet... Kość... O bogowie...
Nadim ogarnął go ramieniem, prowadząc go z powrotem w kierunku polany i zaśmiewając się głośno.
-A widzisz...?- rzucił z lekkim uśmiechem- Mówiłem, że las kryje w sobie wiele tajemnic...

sobota, 5 listopada 2011

Dobry wieczór

Więc Gabriela nie ma. Wiem, że niektórzy będą się czuli rozczarowani, inni wprost przeciwnie. Napisałam dokładnie połowę rozdziału i jakoś zabrakło mi sił, a czasu rzeczywiście miałam dużo. No niestety, może innym razem. Wyniki głosowania nieco mnie zdumiały, szczególnie, że pojawiły się takie nazwy opowiadań, o których ja już prawie zapomniałam, więc cieszę się, że wy pamiętacie :) Na za dwa tygodnie wstępnie zapowiadam Edmunda, zobaczymy ile z tej zapowiedzi uda mi się zrealizować ^^".

Enjoy.

23. Zdrajca [Sunrise]

Po kilkunastu minutach siłowania się z klamką, wszedłem wreszcie do mieszkania, mocno poirytowany. Na rękach trzymałem wszystkie moje książki, zeszyty, piórnik oraz torbę, która przypominała teraz raczej jeden, wielki strzęp materiału. Rozdarła się, gdy wracałem ze szkoły, ledwie kilka minut drogi od domu. To zdecydowanie nie był mój najlepszy dzień. Gdy zamykałem ze sobą drzwi, książki przechyliły się nieco i nim zdążyłem opanować sytuację, upadły na posadzkę. Zakląłem z wściekłością, gdy zawartość mojego piórnika rozsypała się naokoło.
Amadeusz wyszedł z sypialni i przemknął demonstracyjnie obok, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem, nie mówiąc nawet o udzieleniu ewentualnej pomocy. To w końcu byłby przejaw zbytniej łaskawości z jego strony, szczególnie, że już od kilku dni, a właściwie od czasu naszego ostatniego sporu, traktował mnie chłodno i z dystansem. Krótko mówiąc? Nadąsał się jak zwykle i jak zwykle czekał, aż zacznę go przepraszać. Problem w tym, że ja, także jak zwykle, nie bardzo wiedziałem za co. Nim jednak zdążyłem się schylić, by uprzątnąć bałagan, pojawił się nagle przy mnie, wpatrując we mnie lodowato.
-Kim był ten chłopak z którym rozmawiałeś, co?- rzucił, nie przestając spoglądać na mnie tak, jakby chciał mi wyrwać serce.
-O co ci znowu chodzi?- westchnąłem ciężko, podnosząc z podłogi kilka zeszytów.
-Josh, pytam cię o coś- upomniał mnie, zdenerwowany- Kim był ten chłopak z którym rozmawiałeś?
-Hm...- wyprostowałem się, udając, że się nad tym zastanawiam- Chłopak z którym rozmawiałem...? No nie wiem... Jest ich w końcu tak wielu...- zironizowałem, ale Amadeusz chyba tego nie dostrzegł, bo wyraźnie zirytował się jeszcze bardziej- Może Jack...?
-Nie rób ze mnie idioty, Josh, dobrze wiem, jak wygląda Jack- prychnął gniewnie, podchodząc tak blisko, że prawie przyciskał mnie do drzwi- Kim był ten chłopak?
-Amadeusz, na litość boską!- jęknąłem głucho- O co ci chodzi? Jaki znowu chłopak?
-Ach... „Znowu”...?- podchwycił, wpatrując się we mnie wrogo.
Zaczynam żałować, że tak mało ludzi widzi demony. Byłoby znacznie łatwiej, gdyby ktoś napisał jakiś poradnik na ich temat, może to ułatwiłoby ich zrozumienie. Bo ja Amadeusza nie rozumiałem kompletnie.
-O co ci chodzi?- powtórzyłem raz jeszcze, wzdychając ciężko.
-Ten chłopak, który pomógł ci, gdy podarła się twoja torba- wycedził przez zęby- Kim on był?
-Sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie- parsknąłem z politowaniem- To był chłopak, który pomógł mi, gdy podarła się moja torba, a poza tym... Zaraz, zaraz... Śledziłeś mnie?!- rzuciłem głośno, spoglądając na niego z niedowierzaniem.
-Bez znaczenia- odburknął niechętnie, przysuwając się do mnie jeszcze bardziej. Syknąłem z bólu, gdy klamka zaczęła wbijać się w moje plecy- Masz bardzo poważne kłopoty, Josh- dodał i nic nie wskazywało na to, że żartował.
Co nie zmienia faktu, że jego wyraz twarzy był w tym momencie wyjątkowo zabawny, szczególnie w połączeniu z bzdurami, jakie od dobrych kilku minut wygadywał, więc zaśmiałem się cicho, odsuwając go od siebie.
-Tak, mam poważne kłopoty. Z tobą- westchnąłem, kręcąc głową. Kiedy wszystko było już absolutnie w porządku i mógł się zająć tylko mną, i tak nieustannie wymyślał jakieś problemy. Ricky już mnie nie zajmował, nie miał ze mną żadnego kontaktu i wszystko wskazywało na to, że dał sobie spokój. Nie widziałem przed szkołą ani jego, ani nikogo, kogo znałbym z jego bliskiego otoczenia. Ale kiedy nie ma problemów z byłym chłopakiem, muszą pojawić się problemy z obecnym. Powiedzmy.
-A co?!- rzucił wściekle, gdy pozbierałem pozostałe rzeczy i wyminąłem go, przechodząc do sypialni. Rzuciłem wszystko na stole, wznosząc oczy ku sufitowi- Może mam uwierzyć, że w ogóle się nie znacie, co?! Że pomógł ci tak po prostu?! Bezinteresownie?!
Spojrzałem na niego bez zrozumienia.
-Tak! Tak właśnie mi pomógł! Może nie wierzysz, ale to całkiem normalne! I nie, wcale go nie znam! Nawet nie wiem, jak się nazywa!
-Oczywiście!- odpowiedział kąśliwie- Myślisz, że jestem aż tak naiwny, Josh...? Sprawdzę to! A jeżeli nie okaże się, że ma żonę i przynajmniej dwoje dzieci... Będziesz miał duży problem.
-Ty już mam problem- uciąłem, zmęczonym głosem- Z głową. Niestety, ja nie nadaję się na psychiatrę.
Amadeusz nie odpowiedział. Układałem wszystko spokojnie na stole, korzystając z tej jakże wyjątkowej chwili ciszy. Czy naprawdę powiedziałem mu ostatnio coś tak okropnego, że zachowywał się w taki sposób? Przecież jedyne, co miałem na celu, to dać mu do zrozumienia, że nie jestem (jeszcze) jednostką całkowicie aspołeczną, a już na pewno nie jestem demonem, unoszącym się samotnie gdzieś w czasoprzestrzeni. Przecież z każdej strony otaczali mnie ludzie! Chociaż właściwie mogłem się domyślać, że takiej istocie ciężko będzie to zrozumieć. Mogło mu się zrobić przykro, ale to już chyba przesada. A teraz chodził naburmuszony i nie bardzo było wiadomo, jak mam mu zadośćuczynić za jego tragiczne krzywdy.
No dobrze, doskonale wiedziałem jak. Jeżeli wszystkie demony myślały wyłącznie o jednym, tak jak on, to chyba dobrze, że nie miały ciała ani możliwości, by z niego skorzystać.
-Masz kogoś?- Amadeusz pojawił się tuż przy mnie, wywołując u mnie krzyk przerażenia i sprawiając, że uderzyłem się z całej siły w mebel.
-Cholera, Amadeusz!- jęknąłem z bólu, pocierając biodro i wpatrując się w niego bez zrozumienia- Czego ty chcesz?!
-Pytałem o to, czy kogoś masz. To nie jest trudne pytanie, Josh...- rzucił z pozornym spokojem, ale w tonie jego głosu czaiła się niemalże groźba mordu- Chyba, że masz coś do ukrycia...
-Nie, Amadeusz, nie mam nic do ukrycia. Nie wiem tylko, co ty insynuujesz... Co ci przyszło do głowy?- zapytałem. Patrzył na mnie w taki sposób, że aż miałem ochotę skurczyć się w sobie, chociaż sam nie wiedziałem, z jakiego powodu. To ja powinienem być wściekły, na litość boską! Jeżeli wszystko dobrze zrozumiałem i to nie była jego gra wstępna, to właśnie oskarżył mnie o zdradę! I sam już nie wiem, czy powinienem być rozbawiony jego zazdrością (o chłopaka, który pomagał mi z torbą...), czy poirytowany faktem, że w ogóle mi nie ufa. A może raczej zaniepokojony jego stanem zdrowia psychicznego, bo naprawdę nie wiedziałem, co doprowadziło go do tak idiotycznych wniosków.
-No nie wiem, Josh, nie wiem...- odparł z udawaną obojętnością, nie odrywając ode mnie uważnego wzroku, jakby oczekiwał, że zaraz się czymś zdradzę. Uniosłem pytająco brwi- Jak się ma chłopaka i się go zdradza, to można go zostawić... Ale demona zostawić nie można...- posłał mi znaczące spojrzenie, wywołując u mnie jeszcze większą dezorientację- Ale uwierz mi na słowo, ukryć się przed nim na dłuższą metę też nie da rady, więc... Jeżeli jest ktoś inny, lepiej powiedz mi to teraz, zanim sam się dowiem. Pójdę sobie.
Parsknąłem, oszołomiony jego słowami. Byłem tak zdumiony, że przez moment żadna odpowiedź nie przychodziła mi do głowy. Najwyraźniej to zirytowało go jeszcze bardziej, bo fuknął coś gniewnie pod nosem i odwrócił się gwałtownie na pięcie, ruszając w kierunku drzwi, jakby nie mógł najzwyczajniej w świecie przenieść się w inne miejsce, co było jasnym sygnałem, że nie zamierzał wcale tej rozmowy kończyć.
-Ty chyba nie sądzisz, że mógłbym... Amadeusz!- wrzasnąłem wściekle i dopiero wtedy zechciał się łaskawie zatrzymać i zwrócić ponownie w moją stronę, posyłając mi wyjątkowo przyjemne spojrzenie. Takie, jakie kat rzuca swojej ofierze, zanim utnie jej głowę- Skąd... Skąd... Skąd w ogóle taki pomysł?!- wybuchnąłem.
-Nie mów mi, że nie mam powodów do podejrzeń- mruknął Amadeusz. Podszedłem do niego szybkim krokiem, ale on przeniósł się na drugi koniec pokoju. Sapnąłem, sfrustrowany. Ktokolwiek wymyślił demony, musiał mieć naprawdę źle w głowie- Nie chcesz mnie. Nie kochasz się ze mną. W ogóle nie zwracasz uwagi na moje potrzeby.
… stwierdził demon, który w normalnych warunkach, nie ma żadnych potrzeb.
-Co takiego?! Na litość boską!- syknąłem gniewie, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszę- Od czasu do czasu jestem zmęczony, nie mam ochoty na seks, a ty... A zresztą! To ja powinienem być wściekły! Seks to jedyne, co cię obchodzi! Kilka dni przerwy, a ty już zaczynasz świrować! Jestem ciekaw, co byś zrobił, gdybym był heterykiem albo nie byłbym tobą zainteresowany!
-Nie można nie być mną zainteresowanym- odparł wyniośle- A kilkudniowe przerwy w pożyciu są niezdrowe dla osób w twoim wieku, Josh.
-Że co?! Co ty opowiadasz?!
-Nie wiem... Co jest, Josh? Nie podobam ci się już? Rany, co ja bredzę...- wymamrotał, zastanawiając się przez chwilę- Przecież zawsze wyglądam tak samo...
-No właśnie, co ty bredzisz?- podchwyciłem, spoglądając na niego z politowaniem.
-Więc może ci się znudziłem, co?- drążył dalej Amadeusz- Masz ochotę na coś ciekawszego, znalazłeś sobie kogoś bardziej interesującego, szykuje się nowy, burzliwy związek... Demon jest zbędny...
No tak... Bo związek z demonem jest taki nudny i pełen rutyny.
-Amadeusz!- warknąłem, jeszcze bardziej rozgniewany- Nigdy w życiu bym ci tego nie zrobił! Nigdy! Nikomu bym tego nie zrobił!
-Ricky'emu zrobiłeś.
Wbiłem w niego zdezorientowane spojrzenie.
-S... Słucham...?- bąknąłem niepewnie.
-No tak- potwierdził z całkowitą powagą- Całowałeś się ze mną, a później... Na, na, na...- zanucił, uśmiechając się szeroko.
Prychnąłem z oburzeniem.
-To TY całowałeś MNIE!
-Jasne- zironizował, przewracając oczyma- Bo ty nie brałeś w tym czynnego udziału...
-To był...
-To była zdrada- przerwał mi stanowczo.
Aż zagotowałem się z wściekłości. Cholerny drań! Prowokujący, cholerny drań, który najpierw usiłuje mnie uwieść, a gdy mu się to udaje, stosuje to jako argument przeciwko mnie!
-Dobrze wiesz, że to co innego!- gdyby Ricky był dobrym, niewinnym, wiernym chłopakiem, to co innego... Ale jego postępowanie wobec mnie, całkowicie mnie w tej sprawie oczyszcza. I może rzeczywiście, moje postępowanie nie było do końca moralne, ale... Ale to nie były najnormalniejsze warunki, nie sądzicie?! Zwykłego faceta mogłem po prostu spławić. Demona spławić nie mogłem.
-Nie wiem- odparł obojętnie, wzruszając ramionami.
-Ty nachalny... Nachalny dupku!- syknąłem, podchodząc do niego znowu i stając z nim twarzą w twarz. Nie sprawiał wrażenia poruszonego moimi słowami- Gdybyś nie był taki uparty, do niczego by nie doszło, dobrze o tym wiesz!
… przynajmniej, dopóki nadal byłbym z Ricky'm.
-No właśnie!- dodał triumfalnie, ze złośliwym uśmiechem- A jest wielu upartych ludzi, prawda...?- on naprawdę posiadał szczególną zdolność do obracania moich słów przeciwko mnie- A ty przecież jesteś baaardzo uległy, no nie, Josh...? To w gruncie rzeczy całkiem dobry argument, ale jeżeli za jakiś czas, będziesz próbował mnie nim przekonać, będę miał to gdzieś. Jesteś po prostu zdrajcą, Josh. Pogódź się z tym.
-Amadeusz...- syknąłem ostrzegawczo.
-Z-D-R-A-J-C-Ą...- przeliterował śpiewnym głosem, prowokując mnie.
-Przyłożę ci- zagroziłem, mając serdeczną ochotę to zrobić.
-Śmiało- uśmiechnął się lekceważąco, wzruszając ramionami- Mnie przecież i tak nie boli.
Przez chwilę poważnie rozważałem swoje słowa, ale ostatecznie skapitulowałem i zamiast go uderzyć (co wciąż wydawało się kuszącą opcją), po prostu go przytuliłem.
-Wiem, że cię ostatnio zaniedbuję- przyznałem cicho. Jakby nie było, nasza relacja była ciężka do pogodzenia z normalnym życiem. Biorąc pod uwagę fakt, jak wiele czasu on spędził sam, zanim mnie spotkał, nie mogłem się dziwić, że chce ze mną często przebywać. Teraz też był sam. Jako demon nie miał zbyt wielu zajęć, którym mógłby się poświęcić, by zabić nudę, widział już prawie wszystko, a ja miałem szkołę, przyjaciół... I byłego faceta na głowie. Na szczęście to akurat nie było już problemem- Przepraszam.
-Mhm...- odmruknął łaskawie, obejmując mnie ciasno ramionami, co chyba można było uznać za odpuszczenie win.
Uśmiechnąłem się lekko.
-Mam to nadrobić...?- szepnąłem mu do ucha.
-Mhm...- potwierdził niewinnie.
-Teraz...?
-Mhm...
Nim zdążyłem się jednak ruszyć, on już przyciskał mnie do ściany, całując zachłannie. I jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą sprawiał wrażenie, jakby miał ochotę udusić mnie gołymi rękami, wychodziło mu to wyjątkowo dobrze. Oderwał się wreszcie od moich warg i otarł lekko o mój policzek, uśmiechając figlarnie.
-A co będzie, jeżeli ja będę złym, groźnym, spragnionym seksu demonem...?- wyszeptał prowokująco, schodząc coraz niżej, aż w końcu klęknął przede mną, kładąc dłonie na moich biodrach.
-Cóż... Wtedy ja będę Joshem- odparłem, uśmiechając się lekko- I wszystko będzie tak jak zawsze.
Zachichotał, zsuwając nieco moje spodnie i składając delikatny, a przy tym wyjątkowo kuszący pocałunek na moim podbrzuszu. Przymknąłem powieki i odetchnąłem głęboko, opierając się całym ciężarem ciała o ścianę. Wciąż muskał leciutko wargami moją skórę, nie potrzebując jednak wiele czasu, by uporać się z moim paskiem i rozporkiem. Zsunął ze mnie spodnie i bieliznę, wędrując ustami niżej. Przesunął językiem wzdłuż mojej pobudzonej męskości. Jęknąłem cicho, odchylając lekko głowę do tyłu. Pieścił mnie wciąż, nęcił, prowokował... Drżałem, poruszając chaotycznie biodrami, a gdy wziął moje przyrodzenie w wargi... Cóż. Zachwiałem się, straciłem równowagę i runąłem wprost na niego.
-Żyjesz, Josh...?- wymamrotał, jakbym to ja był właśnie przez niego miażdżony.
-Chyba...- uśmiechnąłem się niepewnie, unosząc na łokciach. Podniósł się nieco wyżej i zsunął z siebie spodnie, a następnie objął mnie ciasno ramionami, najwyraźniej zmieniając strategię.
Zaśmiałem się cicho, po czym wpiłem się w jego wargi i usiadłem pomiędzy jego kolanami. Amadeusz otarł się o mnie sugestywnie, jasno dając mi do zrozumienia, że nie zamierza czekać ani chwili dłużej. Wszedłem w niego zdecydowanym ruchem. Wydał z siebie pełen zadowolenia pomruk i zaczął poruszać biodrami. Zrównałem się z nim tempem, wydając z siebie serię westchnień i jęków. Demon z chwili na chwilę nabijał się na mnie coraz gwałtowniej, aż wreszcie skończyliśmy obaj.
Zsunąłem się z niego i położyłem tuż obok, na podłodze, na własnej skórze przekonując się o tym, że nie sprzątałem tu już od dobrych kilku tygodni.
-Amadeusz, przenieśmy się na łóżko...- jęknąłem błagalnie, podnosząc się.
Demon spoglądał na mnie z uwagą, wydając się zamyślony. Parsknąłem cicho pod nosem. Dlaczego zawsze, gdy to ja jestem na górze, udziela mu się dziwacznie refleksyjny nastrój? Podniósł się do pozycji siedzącej i musnął raz jeszcze moje wargi. Uśmiechnąłem się do niego lekko, oddając to muśnięcie.
-Wiesz, Josh...- rzucił ledwie słyszalnie- Gdybyś kogoś miał, to chyba bym cię zabił z żalu.
Spojrzałem na niego z politowaniem, po czym parsknąłem śmiechem.
-No nie...- westchnąłem głęboko, udając poirytowanie-- Kolejny maniak mi się trafił... Jeszcze chwilę temu twardo twierdziłeś, że jesteś gotów odejść, gdybym kogoś miał, a teraz grozisz mi straszną śmiercią...?
-Bez przesady- Amadeusz obruszył się na porównanie do Ricky'ego i dodał- To nie o to chodzi, że byłbym na ciebie zły... To znaczy byłbym okropnie zły... Ach, zresztą... Wiem, że czasem przesadzam- właśnie przesadził używając słowa „czasem”. Westchnął bezradnie- Ja po prostu chciałbym z tobą spędzać cały czas, czy jest w tym coś złego?
No i refleksyjny nastrój udzielił się mnie. Amadeusz był w stanie powiedzieć mi, że mnie zabije z zazdrości, był gotów robić mi wyrzuty, opowiadać, że chce ze mną spędzać cały czas, że nie lubi, gdy mnie przy nim nie ma, a jednocześnie nie mógł wydobyć z siebie prostego „kocham”. Bo może wcale nie kochał? Łudziłem się, karmiłem jego słowami, przyjmując je z nadzieją, doznając otuchy, gdy tylko mówił lub robił coś, co wskazywało, że jest ze mną bez względu na wszystko, że jestem dla niego kimś więcej, niż tylko człowiekiem, który go widzi, więc można z nim wreszcie zrealizować wszystko to, czego zrealizować wcześniej się nie dało. Starałem się sobie tłumaczyć, że on nie postrzega świata tak, jak ludzie, że potrzebuje czasu, żeby sobie uświadomić własne uczucia. Ale może to ja potrzebowałem czasu, żeby sobie uświadomić, że tych uczuć nie ma? Był zazdrosny i zaborczy, ale czy to świadczyło o miłości? Podobne słowa mógł wypowiedzieć każdy, szczególnie ktoś taki, jak Amadeusz, egoistyczny i zapatrzony w siebie. Nie było w tym żadnej ukrytej deklaracji, nic, poza zwykłym zaznaczeniem, że będzie bronił tego, co uważa za swoje. Czyli mnie. Co nie powinno mnie cieszyć. W normalnych warunkach, gdyby Amadeusz był człowiekiem, pewnie nie pozwoliłbym sobie na takie traktowanie. Chociaż... Biorąc pod uwagę związek z Ricky'm... Ale Ricky traktował mnie dobrze. Oszukiwał, ale i tak traktował dobrze. Na początku rzecz jasna. A moje relacje z demonem od początku opierały się tylko i wyłącznie na jednym. Na seksie.
-Josh, idziesz?- ponaglił mnie, leżąc już na łóżku i wpatrując się we mnie zachęcająco.
-Mhm...- mruknąłem smętnie, wstając z podłogi i siadając obok niego.
-Rany...- westchnął ciężko, widząc moją minę- Znowu się zaczyna...
-Co się zaczyna?
-Josh, naprawdę, nie wiem czy zauważyłeś, ale czasem zachowujesz się jak... jak... jak kobieta!- rzucił w końcu oburzony.
-Przecież gdybym był kobietą i tak byś mnie chciał- odparłem, wzruszywszy ramionami, dochodząc do wniosku, że nie powinno mu to robić większej różnicy.
Zastanowił się przez chwilę.
-Tak, w sumie tak- potwierdził wreszcie bez najmniejszych oporów.
-Wiesz, co, Amadeusz...?
-Hm?
-Zaczynam myśleć, że uganiałbyś się za wszystkim, co tylko się rusza i cię widzi...
-Pewnie tak- jego szczerość zaczynała mnie dobijać- Nie patrz tak na mnie, Josh... Po prostu od dawna chciałem sprawdzić, co takiego fajnego jest w tym seksie... Bo zdajesz sobie sprawę z tego, że jak się na to patrzy z góry, to wygląda to dość... obleśnie.
Nie wytrzymałem i wybuchnąłem śmiechem.
-Pewnie masz rację...- stwierdziłem, rozbawiony- To dziwne, że nie ma kobiet-demonów, co...?
-Nie sądzę- odpowiedział, o dziwo, nawet nie irytując się szczególnie tym pytaniem- Mężczyzn demonów też nie ma- spojrzałem na niego bez zrozumienia- No co?- zdumiał się- My nie mamy ciała. A kobiecość czy męskość... To kwestia ciała chyba. Równie dobrze mógłbyś widzieć mnie jako kobietę.
-Tak- zironizowałem, przewracając oczyma- Kobietę o imieniu Amadeusz.
-Już nie takie rzeczy widział wasz świat, nie sądzisz...?- uśmiechnął się złośliwie- Wybrałem sobie to imię dawno temu, podoba mi się. Poza tym, raczej widziałem siebie jako mężczyznę. Mężczyźni są bardziej... dumni.
Parsknąłem cicho.
-Wiesz, jak się nazywa takich jak ty w naszym świecie?
-No?
-Szowinistami. A poza tym, chyba orientujesz się, czy są demony o bardziej kobiecych imionach. Przecież jakieś znasz.
-Rany, Josh!- no i przyszedł czas na irytację- Ile razy mam ci uświadamiać, że demony nie są jak ludzie. My się nie „znamy” w takim sensie, w jakim ty to rozumiesz. Nie spotykamy się na herbacie i nie plotkujemy. Ja ich nie znam. Ja po prostu mam świadomość, że one istnieją. A to nie to samo. Czuję je, nie widzę, nie rozmawiam, po prostu... Po prostu są gdzieś tam, a ja zdaję sobie z tego sprawę i dlatego mnie tam nie ma.
-Więc tutaj też ich nie ma.
-Nie ma.
-Wiesz, jest jednak jeden plus twojej obecności...
-Och, dzięki, Josh, to takie miłe...- odparł Amadeusz z udawaną urazą.
-Wiem, że nie podgląda mnie żadna inna, niewidzialna istota- stwierdziłem i rzeczywiście wywołało to u mnie niemałą ulgę. Nadal odczuwałem dyskomfort, gdy myślałem o tym, że ktoś mógłby mnie widzieć w najdziwniejszych, najbardziej żenujących sytuacjach, a ja nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy.
-No nie wiem, nie wiem...- demon uśmiechnął się przebiegle- Wykluczasz istnienie Boga...?
Zamyśliłem się na chwilę, po czym rozejrzałem dookoła nieco płochliwie. Amadeusz zaśmiał się głośno.
-Wiesz, co...?- rzuciłem po chwili, również chichocąc- Trochę mi dziwnie z tą myślą...
-Więc schowajmy się tutaj...- zaproponował z rozbawieniem, wsuwając się pod kołdrę. Przytuliłem się do niego, kryjąc pod materiałem. Ucałował mnie w usta, wsuwając dłonie pod moją koszulę.
Wszelkie niewidzialne byty? Unieszkodliwione.

-Wreszcie weekend- rozłożyłem się na kanapie tuż obok Amadeusza i oparłem głowę na jego ramieniu- Poleżymy spokojnie, odpoczniemy, porozmawiamy, obejrzymy coś, zjemy pizzę...
-Zjemy...?- Amadeusz zerknął na mnie z politowaniem, najwyraźniej nieszczególnie zachwycony tymi pomysłami, co mnie nie dziwiło. Objął mnie jednak ramieniem, muskając wargami moją skroń. Włączyłem telewizor. Pewnie wyglądamy teraz prawie jak normalna para. Dosyć dziwna, zważywszy na wygląd demona, ale biorąc pod uwagę stan faktyczny, rzeczywiście niemalże normalna.
-Ja zjem, a ty możesz sobie wyobrażać, jak fantastycznie smakuje- parsknąłem z rozbawieniem, sięgając do pudełka po kawałek.
-Przed państwem kolejne losowanie!- mówił rozemocjonowany prezenter- Trzy miliony funtów są w zasięgu ręki! Kto dzisiaj okaże się szczęśliwcem, kto...
Przełączyłem na kolejny kanał. Amadeusz spojrzał na mnie, zaintrygowany.
-Czo...?- wymamrotałem z pełnymi ustami.
-Wiesz, to nawet całkiem niezły pomysł... Zagrać w jakąś grę... Niekoniecznie taką. Z moją pomocą udałoby ci się pewnie coś wygrać.
-Daj spokój- parsknąłem cicho.
-No co?
-To nieuczciwe.
-Rany, Josh, nie bądź aż taki święty- posłał mi pełne politowania spojrzenie- Jak będziesz miał własne pieniądze, będziesz niezależny, będziesz mógł zająć się mną i...
-Nie kończ- odpowiedziałem stanowczo. I tak wiedziałem, do czego to wszystko zmierza. Ale nawet gdyby... Jakoś nigdy nie pociągała mnie wizja ogromnego bogactwa, nie widziałem siebie w roli milionera. I nie byłem pewien, czy chciałbym się w tej roli widzieć.
-Josh... Co ty właściwie zamierzasz robić w przyszłości?
To pytanie mnie rozbroiło. Otworzyłem usta, chcąc coś odpowiedzieć, ale problem w tym, że nie bardzo wiedziałem co. Czasem się nad tym zastanawiałem, ale nigdy nie dochodziłem do żadnych konkretnych wniosków, więc... Wydawało mi się, że ta kwestia po prostu sama się kiedyś rozstrzygnie.
-No...- zacząłem niepewnie.
-No?- podchwycił, uśmiechając się pobłażliwie.
-Będę... Będę... Będę łowcą demonów, oczywiście!
-Doskonały pomysł!- Amadeusz przewrócił oczyma- A tak poważnie?
Milczałem.
Amadeusz aż parsknął z niedowierzaniem.
-Nie wiesz, co chcesz robić?
-Oczywiście, że wiem- odparłem zawstydzony. Boże, nie miałem bladego pojęcia- Pójdę na studia- stwierdziłem w końcu bezmyślnie.
-Mhm... Na jakie?- demon najwyraźniej zdawał sobie sprawę z tego, że moje słowa są dalekie od stanu faktycznego.
-Na takie... Na jakie się dostanę.
-To na pewno będzie coś związanego z fizyką...- stwierdził konspiracyjnym szeptem.
Uśmiechnąłem się lekko.
-Pewnie tak.
-No więc...?
-Co?- zapytałem niepewnie.
-Co dalej?
-N... Nie wiem... Nie myślałem o tym aż tak bardzo...- przyznałem, zażenowany.
-Świetnie...- Amadeusz odsunął się nieco i uśmiechnął kwaśno- Jak tak dalej pójdzie, będziemy mieszkać pod mostem...
-Amadeusz, do licha!- zirytowałem się, wstając- Nie każdy musi być... prawnikiem, lekarzem, dziennikarzem czy... czy... czy księciem!
-Owszem, nie każdy- zgodził się łaskawie- Ale ty nie wyglądasz mi na kogoś z zacięciem artystycznym, ani tym bardziej na kogoś, kto potrafi naprawić zepsuty kran, więc...
-Może nie zdajesz sobie sprawy, ale to nie są jedyne opcje- zauważyłem spokojnie- Ludzie są potrzebni na budowach, w sklepach, w różnego rodzaju firmach, instytucjach, organizacjach... Nawet bez tytułu magistra, mam masę możliwości!
-Mhm... Na przykład zamiatanie ulicy...
-Więc będę zamiatał ulicę!- parsknąłem- Nie widzę w tym nic złego. Nie zamierzam siedzieć w domu i się obijać, a już tym bardziej nie zamierzam oszukiwać, żeby zdobyć pieniądze. Zamierzam za to uczciwie pracować.
Amadeusz spoglądał na mnie pobłażliwie, najwyraźniej nie rozumiejąc ani słowa.
-Wiesz, co, Josh...?- rzucił wreszcie, przeciągając się leniwie- Lepiej zmień moralność. Albo naprawdę zacznę nam szukać miejsca pod mostem...
Wzniosłem oczy ku sufitowi i westchnąłem ciężko. W pewnych kwestiach nigdy nie dojdziemy do porozumienia.
-Idę do skrzynki- poinformowałem go tylko.
-Po co...?
Nie odpowiedziałem, chwytając za klucze i wychodząc z mieszkania. Czasem naprawdę mnie wkurzał. Nawet bez robienia mi wyrzutów dotyczących mojej wierności. Otworzyłem skrzynkę. Jakiś rachunek, kilka reklam, list z wydawnictwa... A na samym spodzie...
Więc już wiem, gdzie mieszkasz :)
R.

Trzymałem karteczkę w dłoniach, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
A jeszcze chwilę temu wydawało mi się, że wszystko jest już w porządku...