Strony

niedziela, 13 listopada 2011

Rozdział 6 [Chaos]

Amir odetchnął głęboko świeżym powietrzem i uniósł głowę, obserwując przedzierające się przez liście drzew promienie słońca. Pierwszy raz odkąd wyruszyli czuł się tak spokojny i zrelaksowany, żadne troski i wątpliwości nie zaprzątały jego głowy, nic go nie niepokoiło, nic nie zajmowało... Właściwie gdyby ktoś zatrzymał go teraz i zapytał, o czym konkretnie rozmyśla, zapewne miałby duży problem z odpowiedzią. Szedł niespiesznie i wsłuchiwał się w odgłosy otaczającej go natury. Na jego szyi dyndał zawieszony pojemniczek, w którym znajdowały się dwa fragmenty kryształu, uśpione swoją obecnością. I cóż z tego, że nogi bolały go tak bardzo, że ledwie je czuł. Teraz przynajmniej nie musiał się niepokoić ani o pożywienie, ani o miejsce do spania. I cóż z tego, że znowu błądzili po jakimś lesie. Ten przynajmniej wydawał się być dużo przyjemniejszy od poprzedniego, drzewa nie były rozstawione tak gęsto, słońce oświetlało im drogę i żadne zdradzieckie korzenie nie dopuściły się jeszcze zamachu na jego życie. Wreszcie, cóż z tego, że wędrował z potomkiem wilków, który znowu przyjął na siebie rolę przewodnika. Właściwie przez ostatnie zdarzenia zaczął patrzeć na niego jakoś inaczej niż wcześniej i jego obecność nie budziła w nim już tak wielkiej irytacji. Stwierdzenie, że nagle poczuł do niego dziwaczną sympatię, byłoby zdecydowanym nadużyciem, ale nie miał już ochoty zrobić użytku ze swojej broni, za każdym razem, gdy na niego spoglądał albo słyszał jakąś jego uwagę czy ponaglenie. Właściwie od rana kusiło go, by odezwać się do Nadima i sprowokować go do rozmowy. Jeszcze dwa dni wcześniej byłby gotów się założyć, że prędzej odgryzie sobie język niż zechce z nim wszcząć dyskusję, ale brak lepszych kandydatów robił swoje. Tęsknił za Ludwikiem i Hadrinem, za znajomymi z Trupiarni, za wszystkimi tymi ludźmi, których widywał na co dzień. Ba. Tęsknił nawet za charakterystycznymi budynkami, za królewskim zamkiem, za ulubioną karczmą... Dopiero teraz rozumiał wszystkie te brzmiące wcześniej pusto hasła o przywiązaniu do rodziny, domu, ojczyzny... Zresztą, pewnie potomek wilków odczuwał dokładnie to samo.
-Najpierw te dziwaczne istoty... Później ta kobieta... Przez całe swoje życie nie napotkałem tylu dziwactw ilu w ciągu tych kilku dni...- mruknął cicho, ledwie unikając spotkania z ogromną pajęczyną zawieszoną pomiędzy kolejnymi drzewami.
Nadim zerknął na niego przez ramię i uśmiechnął się odrobinę złośliwie.
-To pewnie straszne uczucie, kiedy racjonalny świat okazuje się mniej racjonalny, niż się przypuszczało- stwierdził.
Amir prychnął z oburzeniem.
-A kto powiedział, że uważam od teraz świat za nieracjonalny...? Wprost przeciwnie. Świat jest bardzo racjonalny. I nawet, jeżeli ja nie potrafię wyjaśnić, czym były te wszystkie stworzenia, to nie oznacza, że wyjaśnić się tego nie da- odparł zdecydowanie. Jego towarzysz posłał mu pobłażliwe spojrzenie- O co ci chodzi, psie? Ludzie, i jak widać nie tylko, mają ogromną łatwość uznawania wszystkiego, czego nie rozumieją i nie są w stanie pojąć za magię, czary albo interwencję bogów. Dlatego tak łatwo można nimi manipulować, bo każdy, kto ma jedynie większą wiedzę albo najzwyczajniej w świecie doskonale oszukuje, jest w stanie przekonać ich, że ma rację. Można wymyślić najgorszą bzdurę, a i tak znajdą się tacy, którzy w nią uwierzą. I te wszystkie bajeczki, baśnie, legendy, opowiastki... Od małego wmawia się dzieciom, że za rogiem czeka straszna bestia, którą trzeba zabić, by poślubić księżniczkę... Co za idiotyzm.
-Każda legenda się na czymś opiera- odpowiedział spokojnie Nadim.
-Owszem- zgodził się mężczyzna, skinąwszy głową- Na ludzkiej naiwności.
Jego towarzysz zaśmiał się cicho.
-Naprawdę sądzisz, że w tych historiach nie tkwi nawet ziarno prawdy...?- Nadim zatrzymał się na chwilę i dopiero, gdy Amir do niego dołączył, ruszyli dalej- A te wszystkie opowieści ludzi, którzy przeżyli coś niesamowitego, niezwykłego, coś, czego nie da się wyjaśnić w sposób racjonalny...?
-Wymysły- odparł lekceważąco Amir, wzruszając obojętnie ramionami- Albo alkohol. Ewentualnie szaleństwo. Świat w końcu widział już ludzi, którzy widzieli więcej od całego świata i jeszcze uważali, że to oni mają rację...
Nadim uśmiechnął się tylko pobłażliwie, kręcąc głową.
-Nie wszystko da się tak łatwo wyjaśnić- odpowiedział cicho.
-Owszem, wszystko da się łatwo wyjaśnić- zaprotestował Amir, prychając. Zbyt wiele już nasłuchał się w swoim życiu bajdurzeń i opowiastek, by wierzyć jeszcze w legendy i mity o cudownych stworzeniach, potworach, bestiach albo innych tego typu wynaturzeniach. Ludwik zawsze mu powtarzał, że ludzie w gruncie rzeczy sami nie wiedzą co robią, co widzą i co mówią. Zwykłe przywidzenia traktują jak coś niesamowitego i ekscytującego, opowiadają to później innym, równie naiwnym i podobnym sobie ludziom, a gdy spotyka się to z szerszym zainteresowaniem, ubarwiają jeszcze tę historię, dodają do niej nowe wątki, nowe zdarzenia... I tak napotkany po raz pierwszy w lesie niedźwiedź staje się przerażającą, trzymetrową, włochatą bestią, cień na ścianie jakimś tajemniczym duchem czy demonem, a światła widziane z daleka, znakami od wiedźm i czarownic, które kusiły zbłąkanych wędrowców- Ludzie lubią być podziwiani, lubią budzić zainteresowanie. Wymyślenie takiej historyjki jest najprostszą rzeczą na świecie, bo nagle tchórz, który nigdy nie wyściubił nawet nosa z miasta, jest w stanie opowiadać o tym, jak zmierzył się z jakąś leśną bestią...
-Mylisz się- zaoponował jego towarzysz, wpatrując się w niego z uwagą- Ja sam słyszałem bardzo wiele podobnych historii i nawet, jeżeli większość z nich można było poddać pod wątpliwość... To zdarzały się też całkowicie prawdziwe. Elnir... Mój sekundant...- dodał po chwili- Wybrał się kiedyś na polowanie z trzema towarzyszami. Nie znajdziesz chyba wśród nas kogoś, kto nie znałby naszego lasu jak własnego domu. Szczególnie, że nie jest zbyt duży... Oni jednak natrafili na polanę, której żaden z nich nie mógł sobie przypomnieć i zupełnie stracili rozeznanie w okolicy... Zaczęli rozglądać się za drogą powrotną. Rozdzielili się. Elnir poszedł w jedną stronę, jego towarzysze w drugą. Wydawało mu się, że odnalazł właściwą drogę, więc zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, powrócił na polanę i przywołał swoich towarzyszy. Gdy ci wyłonili się z lasu, zatrzymali się jednak bardzo daleko niego i rozglądali się dookoła. Zawołał ich ponownie, a oni znowu zaczęli się rozglądać, jakby wcale go nie widzieli, nawoływali go po imieniu i pytali, gdzie jest... Podszedł więc bliżej nich, lecz oni nadal go nie widzieli. Dopiero, gdy znalazł się w odległości ledwie kilkunastu kroków od nich, spojrzeli na niego i przystanęli, sparaliżowani strachem. Żaden z nich wcześniej go nie widział. Wrócili razem do osady i opowiedzieli tę historię. Następnego dnia razem z innymi wyruszyli na poszukiwanie tej polany, ale żaden z nich nie mógł jej już odnaleźć ani wskazać, gdzie dokładnie się znajdowała. Obeszli cały las, ale efektów nie było. Tajemnicza polana przepadła. I jeżeli jesteś w stanie to wyjaśnić w jakikolwiek racjonalny sposób, słucham- Nadim spojrzał na niego pytająco.
Amir uśmiechnął się do siebie pobłażliwie.
-A to przygoda...- skomentował drwiąco- Chcesz wyjaśnień, psie? Poradź kolegom, żeby następnym razem mniej pili.
-Nie byli pijani.
-Oczywiście, że nie...- zironizował, uśmiechając się kwaśno- Chociaż domyślam się, że wymyślenie takiej historyjki nawet na trzeźwo byłoby im całkiem na rękę... W końcu czterech, dużych chłopców zgubiło się w niezbyt dużym lesie... Wstyd, nie sądzisz? Na ich miejscu pewnie też wymyśliłbym coś równie „wiarygodnego”...
Nadim zaśmiał się cicho.
-Jestem pewien, że nie zmyślił tej historii. Lasy kryją w sobie naprawdę wiele tajemnic- odparł, posyłając mężczyźnie znaczące spojrzenie.
-Co ty, psie, chcesz mnie nastraszyć...?- Amir popatrzył na niego z politowaniem, kręcąc głową- Słyszałem już bardziej wiarygodne i godne uwagi bajki niż znikająca polana...
-Prawdopodobnie więc nie uwierzysz także w moje kolejne słowa, ale to, co ci opowiem, przydarzyło się naprawdę. Mnie, nie moim towarzyszom- zaznaczył natychmiast, widząc chyba, że Amir już otwierał usta, by rzucić jakąś kąśliwą uwagę. Mężczyzna spojrzał na niego z oczekiwaniem. Musiał przyznać, że chociaż właśnie toczył z tym psem dyskusję na najbardziej absurdalny temat, jaki w ogóle mógł wpaść mu do głowy, to wędrówka, wzbogacona rozmową, wydawała się znacznie przyjemniejsza. Szczególnie, że przestał zwracać uwagę na ból nóg i nie zastanawiał się nad tym, kiedy wreszcie się zatrzymają- Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Odszedłem zbyt daleko od osady i zgubiłem się...- no tak, to było do przewidzenia. Dlaczego wszystkie te opowiastki musiały się opierać na tak banalnym schemacie?- Nie potrafiłem już znaleźć drogi powrotnej. Postanowiłem więc zatrzymać się w miejscu i poczekać, aż ktoś mnie odnajdzie. Nadszedł jednak wieczór, zaczynało robić się coraz ciemniej, a nikt się nie pojawił. Wspiąłem się na jedno z drzew, chcąc tam przeczekać do rana. Bałem się, że mógłbym się natknąć na jakieś dzikie zwierzę czy co gorsza człowieka...
Amir wzniósł oczy ku niebu, wzdychając głęboko.
-No tak...- stwierdził pełnym politowania tonem- Bo my, ludzie, nie mamy nic innego do roboty, jak tylko chodzić nocami po lesie i polować na wasze, psie dzieci...
-Może nie wiesz, ale właśnie nocami natykamy się na was często, kiedy wytaczacie się z tej karczmy... W stanie nie do końca świadomym- dodał, spoglądając na niego znacząco- Nie dziw się, że jako dziecko wizja spotkania z wami mnie przerażała. W każdym razie siedziałem na drzewie, rozglądając się dookoła i w pewnym momencie zauważyłem, jak coś wynurza się z dziupli i schodzi na dół. W pierwszej chwili sądziłem, że to jakieś zwierzę, ale nie przypominało niczego, co wcześniej spotkałem... I nie minęło dużo czasu, aż zaczęły pojawiać się kolejne, wychodziły spod ziemi, wyłaniały się spomiędzy konarów drzew, zbierały się na samym dole, w gromadzie. Obserwowałem je z góry, osłupiały i nieco zlękniony, ale i zaintrygowany zarazem. To były dziwne stworzenia. Przypominały może trochę dzieci... Sam nie wiem...- zamyślił się przez chwilę, wzruszając bezradnie ramionami- Były dosyć małe, miały dłonie i stopy, ale poruszały się na czterech kończynach. Skórę miały szarawą, naciągniętą, widać było przez nią ich wystające kości. Główki miały okrągłe, z czarnymi, błyszczącymi oczyma, długimi, zagiętymi nosami i wystającymi, spiczastymi uszami. I te tajemnicze istoty, przez całą noc, sprawiały wrażenie jakby naradzały się ze sobą w swoim języku, tańcowały, bawiły się, karmiły owocami... Jednak, gdy tylko słońce zaczęło wschodzić, czmychnęły ponownie do swoich kryjówek. Zszedłem z drzewa i poszedłem dalej, zastanawiając się nad tym, czym były te istoty. Wkrótce później odnalazło mnie dwóch łowców i odprowadziło z powrotem do osady. Opowiedziałem im tę historię, a oni przez całą drogę sprzeczali się między sobą. Jeden z nich mówił, że te szkaradne potworki są duchami opiekuńczymi lasów i że nie raz już wyczuwał ich obecność, a znał nawet takich, którzy je spotkali. Drugi jako uzasadnienie podawał dokładnie to samo, ale twierdził, że są to złe diabliki, które kuszą zgubionych wędrowców, zapraszają je do wspólnej zabawy, upajają, a później zabijają. Do dziś nie wiem, czy którykolwiek z nich miał rację, nigdy więcej nie spotkałem także tych dziwacznych stworzeń. Ale może kiedyś się dowiem...- skwitował w zamyśleniu, po czym spojrzał na Amira, uśmiechając się przekornie- I co? Jak wyjaśnisz to zdarzenie?
-Dokładnie tak samo. Pij mniej.
Nadim przewrócił oczyma.
-Byłem dzieckiem- zauważył.
-Psie, i czego ode mnie oczekujesz, co?- Amir uniósł brew w pełnym politowania geście- Przecież sam już sobie odpowiedziałeś na swoje pytanie. Byłeś dzieckiem. Dzieckiem! A dzieciństwo to specyficzny czas, kiedy wyobraźnia tworzy wyjątkowe obrazy i wszystko wydaje się cudowne, wspaniałe i baśniowe. Pewnie byłeś przerażony, było ciemno, zobaczyłeś jakieś zwierzęta... Później, jeszcze pod wpływem wyjaśnień tamtych psów, dorobiłeś do tego jakąś historię i tyle. Zostało ci to w pamięci, ale to wcale nie znaczy, że zdarzyło się naprawdę. Daj spokój, psie- dodał, widząc, że ten otwiera usta, by odpowiedzieć- Wiem, jak to jest. Pod zamkiem mojego wuja znajduje się cały system lochów, od dawna zresztą nieużywany. Wśród służby chodziły pogłoski, że kiedyś torturowano i mordowano tam jeńców wojennych i miejsce to jest nawiedzone. Razem z Hadrinem bawiliśmy się często w dzieciństwie w ich pobliżu, ale nigdy nie zaglądaliśmy do środka. Dopiero pewnego razu założył się ze mną, że nie wejdę do środka, a ja się zgodziłem, udając, że się nie boję, chociaż w rzeczywistości byłem przerażony... Zszedłem po schodach na dół, rozejrzałem się, poszedłem dalej. W gruncie rzeczy nie było tam nic ciekawego, ciemne ściany, pajęczyny, szczury przemykające się gdzieś po podłodze... Aż w pewnym momencie usłyszałem jakieś zawodzenia, wydawało mi się, że to płacz. A zaraz później łomot, jakby ktoś uderzał w drzwi. Uciekłem stamtąd, trzęsąc się cały ze strachu. A później okazało się, że ten dziwny odgłos nie był niczym więcej, jak szumem wiatru, a w pobliżu znajdowało się niewielkie okienko, które chybotało się pod jego wpływem, wydając z siebie wszystkie te hałasy... I wierz mi, psie, że gdy uciekałem z tamtego miejsca, miałem wrażenie, że ktoś się za mną skrada, czai... Bałem się obrócić i czułem czyjąś obecność. A później wuj zabrał mnie na dół, oświetlił drogę i zdałem sobie sprawę z tego, że w lochach nie ma nic przerażającego. Żadnych duchów, żadnych mar, zjaw przeszłości... Zupełnie niczego. Gdyby nie ciemność, gdyby nie te historie, które wcześniej usłyszałem, pewnie wcale bym się nie bał. Wszystko zależy od okoliczności.
-Ty masz swoje doświadczenia, ja swoje- odpowiedział lekko Nadim, wzruszywszy ramionami- Są zdarzenia i sytuacje, których nie da się wyjaśnić ani wyobraźnią ani okolicznościami.
Amir uśmiechnął się, kręcąc głową.
-A wiesz, czym da się je wówczas wyjaśnić, psie? Łgarstwem- odparł bez ogródek- Chcesz wiedzieć, jak się tworzą baśnie, legendy i mity...? Kilka lat temu, jedna ze służek wyszła do lasu na spacer z córką swojej pani. Tak, do waszego, cudownego lasu- dodał kąśliwie, nie będąc w stanie powstrzymać się przed tą uwagą- Podobno była zmęczona, więc przysiadła na chwilę przy drzewie, a dziewczynka bawiła się samotnie niedaleko. Zamknęła na chwilę oczy, a gdy je otworzyła, dziecka już nie było. Zaczęła więc szukać dziewczynki, wołała ją, ale nigdzie jej już nie znalazła. Udała się więc do miasta, sprowadziła ludzi, którzy zaczęli pomagać jej w poszukiwaniach. Dopiero następnego dnia odnaleźli ciało dziewczynki w stawie. Utonęła.
Nadim skinął głową.
-Wielu ludzi się tam topi, nie tylko dzieci, ale i dorosłych.
-I co?- zironizował mężczyzna- Pewnie to sprawka tych tańcujących demonów albo jakichś wodnych nimf...?
Potomek wilków nie dał się sprowokować i odparł spokojnie, z łagodnym uśmiechem:
-Nie. Ten staw jest bardzo zwodniczy, szczególnie dla kogoś, kto nie zna tej okolicy. Początkowo wydaje się być bardzo płytki, ale ledwie po kilku krokach, grunt obniża się gwałtownie i jeżeli ktoś nie zda sobie z tego w porę sprawy i nie potrafi pływać, z pewnością zginie.
Amir potwierdził jego słowa skinieniem głowy. Zastanawiał się, dlaczego nie informuje się dzieci o zagrożeniach w taki sposób, a próbuje się im opowiadać jakieś bajki, które później oni przekazują swojemu potomstwu i tak w kółko. Ludwik wychowywał ich zupełnie inaczej, i jego, i Hadrina. Zawsze starał się im wyjaśniać wszystko w sposób logiczny, uporządkowany i zrozumiały, bez niepotrzebnych nadinterpretacji i przekręcania faktów.
-Kobieta opowiedziała o tym, że nim dziewczynka zginęła, zauważyła za drzewami jakiegoś mężczyznę, ale ten zniknął gdzieś szybko, więc uznała to za przywidzenie- kontynuował mężczyzna, śledzony uważnym spojrzeniem towarzysza- Opisała go bardzo dokładnie i miała dużo szczęścia, bo jak się okazało, jej opis pasował idealnie do człowieka, który utonął tam ledwie dwa tygodnie wcześniej. Więc jaki wniosek nasunął się większości ludzi?- zapytał Amir, unosząc kącik ust w kpiącym uśmiechu- Oczywiście, że jest to mściwy duch, który zapewne będzie teraz doprowadzał do śmierci dzieci, a może w ogóle wszystkich zabłąkanych ludzi. Pojawiły się nawet głosy, że biedny pijaczyna wcale nie utonął w czasie kolejnego powrotu z Trupiarni, ale został zamordowany i dlatego dopuszcza się teraz takich uczynków. I chociaż w końcu służka przyznała się otwarcie, że tak naprawdę dzień wcześniej bawiła się długo z synami chłopa, a rano, efektem tej zabawy był ból głowy, więc kazała dziewczynce bawić się dalej, a sama przysnęła i to na całkiem długi czas, a w dodatku żadnego mężczyzny nie widziała, a wszystko co powiedziała zmyśliła, by uniknąć kary. Ale co z tego, skoro ta historia nie była tak intrygująca, by dotrzeć do większości ludzi- parsknął pogardliwie- Nawet teraz jeszcze krąży wśród mieszczan, stale zmieniana i udziwniana, chociaż minęło już tyle czasu. I pewnie będzie krążyła jeszcze długo, chociaż nie ma w niej nawet ziarenka prawdy.
-Rozumiem...- odparł spokojnie potomek wilków- Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele z takich opowieści nie jest zgodne z rzeczywistością, ale z pewnością nie wszystkie są kłamstwem. Poza tym takie historie też mogą być potrzebne- stwierdził z pełnym przekonaniem. Amir posłał mu pełne niedowierzania spojrzenie i prychnął głośno. Ciekawe do czego- Wybacz, ale jako dziecko, zdecydowanie bardziej wolałbym usłyszeć historię o duchu niż najbardziej logiczne i zrozumiałe wyjaśnienia...- zaśmiał się serdecznie.
-Czemu mnie to nie dziwi...- westchnął głęboko Amir, wznosząc oczy ku niebu. Ludwik zawsze powtarzał mu, że są dwa rodzaje prawdy. Prawda, która pokrywa się ze stanem faktycznym i prawda, którą przekazuje się tym, którzy stanu faktycznego i tak nie zrozumieją. Może rzeczywiście coś w tym było- Na jednym ze wzgórz leżących w pobliżu naszego miasta, miała rozpocząć się budowa świątyni. Niedługo później, wkrótce przed porą zbiorów, niespodziewanie nastąpił wylew rzeki, co doprowadziło do tego, że kilkadziesiąt chłopskich rodzin zostało pozbawione swoich plonów i żywności... Jedna z nich wybrała się na to właśnie wzgórze. Ojciec, matka, dwóch synów i córka... Wszyscy się powiesili. Idąc ich śladem, kolejna rodzina uczyniła wkrótce to samo, dokładnie w tym samym miejscu, a później jeszcze dwóch chłopów. Świątyni tam nie zbudowano, a wzgórze nazywane jest od tamtego czasu Wzgórzem Przeklętym, chociaż przecież nie jest winne temu, że kilkoro ludzi wybrało je na miejsce swojego nietypowego manifestu... A później pozostali zechcieli ich naśladować... Ale teraz nie da się tam zbudować już nic, bo wszystkie plany spotykają się z oporem społeczeństwa, które boi się tego miejsca i unika go, jak tylko może.
-Rozumiem...- szepnął Nadim, w zamyśleniu, milcząc przez dłuższą chwilę. Szli powoli dalej- Canis opowiadał mi tą historię- stwierdził w końcu, spoglądając na towarzysza- Mówił, że był jednym z tych, którzy jako pierwsi odnaleźli tych ludzi... To był podobno potworny widok.
-Rzeczywiście- zgodził się chłodno mężczyzna- Zapewne nie najprzyjemniejszy.
Wędrowali przez dłuższy czas w zupełnej ciszy, zastanawiając się nad tym, co usłyszeli. Amir musiał przyznać, że jego towarzysz, mimo zupełnie innego i dosyć abstrakcyjnego spojrzenia na świat, był ciekawym rozmówcą. A przynajmniej ich dyskusja była ciekawsza niż nieustanne prowadzenie wewnętrznego monologu, w którym usiłował odnaleźć najwymyślniejsze i najzłośliwsze określenia dla potomka wilków, i nieustannie przypominał sobie, dlaczego tak bardzo ich wszystkich nie lubi. I lubić nie zamierzał, rzecz jasna, co wcale nie przeszkadzało mu odezwać się po kilkudziesięciu minutach ponownie, w nawiązaniu do ich wcześniejszej rozmowy:
-Poza tym, psie, duchy i zjawy jeszcze nic nikomu nie zrobiły. Więc może nie warto zastanawiać się nad ich istnieniem, tylko przyglądać się lepiej tym, którzy nas otaczają, bo jak pokazuje historia o służce... Błąd nie leży w rękach niewidzialnych istot. A pomijając już zwyczajną głupotę, przez którą kilkuletnie dziecko pałęta się samo po lesie, są jeszcze przecież przypadki celowego działania...
Nadim skinął głową.
-Wiem, o czym mówisz- odpowiedział spokojnie- U nas też się tacy zdarzają.
-Nie...- Amir spojrzał na niego z udawanym niedowierzaniem- Naprawdę? U was, w waszym cudownym, świętym plemieniu...?
Potomek wilków uśmiechnął się tylko, postanawiając najwyraźniej nie reagować na zaczepkę.
-W każdym razie spotyka ich zasłużona kara- dodał, ponad wszelką wątpliwość- Jeżeli którykolwiek z nas, dopuszcza się jakiegoś okropnego czynu, na przykład morderstwa, zostaje od razu skazany na wygnanie.
-Och, świetnie!- rzucił z politowaniem Amir, uśmiechając się kwaśno- Co za genialny pomysł, sprowadzić jakiegoś zwyrodnialca na głowę całej reszcie świata!
-My nie zabijamy naszych. Niezależnie od tego, jak źle postąpią i co zrobią. Nasze dzieci od najmłodszych lat uczone są tego, że wspólnota jest najważniejsza i dla nas nie istnieje większa kara od wykluczenia z niej. Po prostu jesteśmy...
-... zwierzętami stadnymi, rozumiem- wszedł mu w słowo Amir, jak zwykle nie mogąc powstrzymać się od tej jakże subtelnej złośliwości.
-Powiedzmy... W każdym razie nijak się to ma do tego, co wy robicie i co wy nazywacie karą, uświęcając to, co sami nazywacie chwilę wcześniej zbrodnią- dodał, posyłając mu ostre spojrzenie. Amir uniósł pytająco brew- Canis opowiadał mi, jak obchodzicie się z tymi, którzy źle postąpili, jak zabijacie ich publicznie, jak organizujecie egzekucje na które przychodzą całe rodziny, dzieci...- na jego twarzy wymalował się grymas niechęci i oburzenia.
-Twojemu staruchowi coś się pomyliło, co zresztą wcale mnie nie dziwi, bo nie wygląda na kogoś całkiem przytomnego umysłowo...- mruknął uszczypliwie, posyłając Nadimowi złośliwe spojrzenie- Zresztą, sprawia wrażenie, jakby pamiętał jeszcze czasy jak zamieszkiwaliśmy wszyscy w lepiankach, więc kto wie... Chociaż zaraz... Właściwie wy nadal w nich mieszkacie...
-Nieprawda. Wcale nie odstajemy od was pod tym względem.
-Wcale...- zgodził się z nieskrywaną ironią Amir, uśmiechając się pobłażliwie i kontynuował- W każdym razie, psie, przekaż swojemu staruchowi, że czasy się troszeczkę zmieniły i zmieniły się też metody karania. Owszem, kiedyś, jeszcze przed panowaniem Ludwika bywało z tym różnie. Za większość uczynków karano śmiercią lub okaleczeniem. Właściwie arystokraci mogli sobie pozwolić na bardzo wiele, nawet na zabicie napotkanego mieszczanina, wystarczyło, by później znaleźli kilku świadków, którzy potwierdziliby, że ten próbował danego szlachcica napaść, okraść albo uraził głęboko jego lub jego rodzinę. Sądy oczywiście też działały i wydawały wyroki. Za mniejsze przestępstwa należała się kara pieniężna, a reszta... Cóż...- uśmiechnął się lekko pod nosem- Złodziejom obcinano dłonie. Dla morderców i spiskowców pozostawał topór kata. Ale odkąd zaczął rządzić Ludwik, to się zmieniło- dodał stanowczo, widząc wstręt malujący się na licach potomka wilków- Teraz mamy więzienia. Ludzie, którzy dopuszczą się cięższych przewinień są tam zamykani, z dala od świata, czasem na kilka tygodni, czasem na kilka czy kilkanaście lat. Nikt nie może ich odwiedzać i oni również nie są wypuszczani na zewnątrz. Oprócz tego nic nie można nikomu uczynić bez wyroku sądu, aczkolwiek nie powiem, by to postanowienie diametralnie coś zmieniło... Owszem, mieszczanie o swoich prawach mają jeszcze jakieś pojęcie, ale chłopi...?- uśmiechnął się pobłażliwie. Pozostawali w końcu wiecznie na łasce arystokracji, która chłopska rodzina byłaby się w stanie zbuntować czy donieść na swojego pana? A iluż to niepokornych czy niewygodnych chłopów, ich żon, córek czy synów zniknęło i czy ktokolwiek ma w ogóle o tym jakieś pojęcie?- Za wiele przewinień wystarczy uiścić pewną karę pieniężną. Oczywiście niektórych czynów bagatelizować absolutnie nie można, a i więzienie jest dla takowych zbyt łagodne, więc nadal należy pozbyć się tych, którzy za bardzo zagrażają społeczeństwu... Ale nie organizujemy już publicznych egzekucji, mój wuj tego zakazał. Chociaż właściwie nie wiem czemu...- dodał, w zamyśleniu. W odpowiedzi na to pytanie, Ludwik powtarzał zawsze, że jeżeli dana społeczność jest w stanie patrzeć, a może radować się nawet, ze śmierci jednego z jej członków, jest również w stanie posunąć się do najokropniejszych czynów. Amir miał na ten temat inne zdanie- Wbrew twojemu oburzeniu, psie, uważam, że dawny system funkcjonował całkiem dobrze... Chociaż arystokraci i kapłani bez rąk, mogliby wyglądać nieco dziwnie...- parsknął cicho pod nosem. Nadim wpatrywał się w niego bez zrozumienia- W każdym razie, publiczne egzekucje spełniały ważną rolę, jaką było uczenie ludzi tego, co moralne i tego, co moralne nie jest. Nie wystarczy tylko powiedzieć, że coś jest dobre, a coś złe, musi być jeszcze jakaś forma kary, wyartykułowana i przedstawiona wyraźnie. Nie będziesz płacił na świątynie i słuchał kapłanów? Bogowie cię ukarzą i nie wpuszczą do swojego świata. Nie będziesz słuchał władcy? Czeka cię kara. A jeżeli przykładnie ukaże się kilka osób, to reszta będzie się obawiała konsekwencji i zastanowi się kilka razy, nim zrobi coś podobnego.
-A co z niewinnymi...?- zapytał cicho potomek wilków- Czy zawsze jesteście pewni tego, że ktoś popełnił taki czyn...?
-Pewnie nie zawsze...- zgodził się Amir, wzruszając jednak jednocześnie obojętnie ramionami. To właściwie nie miało najmniejszego znaczenia- Wymierzanie sprawiedliwości zawsze niesie za sobą ofiary, trudno cokolwiek na to poradzić.
-Tak, ale jest różnica pomiędzy zamknięciem kogoś niewinnego, a zabiciem go- odparł potomek wilków, najwyraźniej wstrząśnięty.
-Różnica jest taka, że w pierwszym wypadku trzeba go utrzymywać, co nie jest opłacalne.
Nadim prychnął oburzony, przyspieszając kroku.
-Ale z więzienia można jeszcze wyjść, a śmierci cofnąć się nie da.
-Nie widziałeś chyba naszych więzień, psie, skoro tak bardzo masz ochotę się w nich znaleźć...
-Wolałbym się w nich znaleźć niż zginąć- odparł ostro Nadim.
-Nie sądzę. A nawet jeśli... Co to właściwie za różnica?- nie rozumiał mężczyzna- Ilu może być tych niewinnych, co? Jeden na stu? To poświęcenie, które można znieść.
-Choćby był i jeden na wszystkich, to czy nie warto dla ratowania tego jednego odstąpić od karania w tak okrutny sposób...?
Amir mlasnął z niezadowoleniem, przewracając oczyma. O bogowie, jak strasznie nie cierpiał takiego filozoficznego ględzenia. Jego towarzysz chyba świetnie dogadałby się z Ludwikiem, bo przedstawiali dość podobne i z punktu widzenia Amira, równie abstrakcyjne teorie i twierdzenia. Aż zaczynał rozumieć powody, dlaczego wuj tak bardzo lubił te psy.
Po niecałej godzinie drogi, zatrzymali się wreszcie na polanie. Amir opadł na trawę i położył się na niej, odpoczywając. Nadim usiadł tuż obok niego, wznosząc twarz ku niebu. I tak jak wcześniej, mężczyzna ignorował go zupełnie, teraz właściwie słowa same cisnęły mu się na usta, chociaż nawet nie wiedział, o czym właściwie chce z nim rozmawiać. Tym razem to potomek wilków rozwiązał tę kwestię, rzucając:
-Nie rozumiem tego- Amir posłał mu pytające spojrzenie- Tych wszystkich... podziałów...- wyjaśnił z wahaniem Nadim- Chłopi i arystokracja... I kapłani... I mieszczanie... Po co to wszystko? U nas wszyscy są równi pozostałym. Nawet Canis, chociaż nami dowodzi i dla nas wszystkich jest zapewne najważniejszy, nigdy nie wywyższył się ponad resztę.
Amir prychnął pogardliwie.
-Jakoś wcale się temu nie dziwię... Takie podziały są normalne i potrzebne, psie.
-Jak widać na naszym przykładzie, niekoniecznie.
-To rzeczywiście dobry przykład...- zironizował mężczyzna. Przecież potomkowie wilków żyli obecnie na takim poziomie, na jakim oni znajdowali się kilka wieków temu! Nic dziwnego, że cieszyli się powszechnie mianem prymitywów- Dobrze, psie, wyobraźmy więc sobie taką sytuację. Mój wuj wychodzi dziś do ludu i ogłasza, że arystokracja i świątynie muszą oddać majątki, a także ziemie, które zostaną równo rozdzielone pomiędzy całą ludność. Przyjmijmy w dodatku, że wszystko odbywa się zupełnie bezproblemowo, wszyscy potulnie się zgadzają, król dzieli wszystko pomiędzy ludzi po równo, każdy dostaje tyle samo albo tyle, ile potrzebuje. I co teraz?
-Teraz chyba wszystko jest w porządku- odparł Nadim.
-Czyżby...? Więc wyobraź sobie chłopa, który dostaje nagle jakiś majątek, nawet niewielki, a nigdy wcześniej nie miał z tym do czynienia. I po kupieniu najpotrzebniejszych rzeczy i przeżyciu pierwszego zachwytu, jak myślisz, co zrobi?
-Zapewne będzie udoskonalał swój sprzęt, by osiągać coraz lepsze rezultaty- odparł bez chwili zastanowienia potomek wilków.
-Jeżeli ma trochę oleju w głowie – tak. Ale po co ma osiągać coraz lepsze rezultaty inwestując w rzeczy, które mogą się okazać nieopłacalne...? Pomijając już to, kto by się zajmował wyrobem tych rzeczy, skoro wszyscy byliby tak skoncentrowani na ziemi. W każdym razie, czy nie lepiej oddać te pieniądze w ręce ludzi, którzy twierdzą, że mają kontakt z bogami i są nam w stanie lepsze rezultaty u nich wyprosić...? Ze sprzętem bywa różnie, a boska łaska załatwi wszystko. Więc jak myślisz, kto dostałby te pieniądze...?
Nadim milczał przez chwilę, jakby starał się znaleźć odpowiednie argumenty, by zaprotestować, ale w końcu tylko wzruszył bezradnie ramionami i odparł:
-Kapłani.
Amir skinął głową, usatysfakcjonowany.
-Owszem, kapłani. A teraz przejdźmy do tych chłopów, a zapewniam cię, że będzie ich niewielu, którzy rzeczywiście mają trochę oleju w głowie i będą woleli inwestować. I ci chłopi, będą bogacić się na biedzie i nędzy pozostałych, będą mieli w końcu coraz więcej i więcej, więc będą chcieli kupować coraz to nowsze ziemie, które w końcu prędzej czy później i tak uda im się zdobyć i tak będą je gromadzić, i gromadzić, przekazywać sobie z pokolenia na pokolenie... I jak myślisz, jaka warstwa wykształci się z tych rozgarniętych ludzi...?
-Arystokracja...- odpowiedział Nadim, po czym dodał z politowaniem- Chociaż wasi arystokraci na zbyt rozgarniętych nie wyglądają.
Amir machnął lekceważąco dłonią i zaśmiał się lekko.
-Nasi arystokraci to arystokraci cieszący się tym mianem od kilku wieków, nie wymagaj od nich zbyt dużo! Dziadkowie, pradziadkowie albo jeszcze dalsza rodzina zajęła się zdobywaniem bogactw, w których oni dzisiaj się pławią. Nie wymagaj myślenia od ludzi, którzy myśleć nie muszą.
Nadim zaśmiał się głośno, kładąc się obok mężczyzny i wpatrując w niebo. Amir zerknął na niego ukradkiem. Mimowolnie przesunął wzrokiem wzdłuż całej jego sylwetki, zatrzymując się dłużej na jego twarzy i uszach. Te akurat poruszyły się lekko. Mężczyzna uśmiechnął się do siebie, zastanawiając się jednocześnie, jak dziwaczne musiały być one w dotyku.
-A wracając do myślenia... Nie sądzisz, że jako plemię, które domaga się poszanowania i uważa się za istotne, powinniście wybrać sobie... bardziej odpowiedniego przywódcę?- zapytał otwarcie. Nie żeby szczególnie go to interesowało, przywództwo potomków wilków świadczyło tylko i wyłącznie o nich, ale nie do końca pojmował, gdzie w tym wszystkim logika. Owszem, gdyby rzeczywiście był to tytuł wyłącznie honorowy, oznaczający mniej więcej tyle, że ten stary pies od czasu do czasu się gdzieś pojawi, coś powie, przemówi... Ale z pewnością nie nadawał się w tym stanie do załatwiania jakichkolwiek poważnych spraw! Przecież nawet u nich było podobnie. Gdyby Ludwik nie czuł się na siłach albo nie byłby tak sprawny umysłowo, pewnie rządziliby za niego doradcy albo arystokraci, on ograniczyłby się do najważniejszych decyzji, o ile byłby w stanie je podejmować- Nawet zakładając, że rzeczywiście posiada jakąś niesamowitą wiedzę, mógłby być po prostu doradcą albo czymś na kształt kapłana...
Nadim uśmiechnął się na jego słowa, jakby smutno, po czym odpowiedział:
-Nie doceniasz Canisa.
I powiedział to w taki sposób, jakby rzeczywiście wierzył, że ten staruch świetnie daje sobie radę na swoim stanowisku. Zresztą kto wie, może rzeczywiście tak uważał. Był w końcu jego krewnym, miał do tego prawo, co nie zmieniało faktu, że ten stary pies powinien się zajmować co najwyżej opowiadaniem bajeczek albo wróżeniem.
-A może to ty go przeceniasz. Prawdziwy władca powinien być sprawny, sprawny fizycznie i psychicznie. A on jest stary, niedołężny! Rozumiem, gdyby budził powszechny podziw, lęk czy poważanie... Ale on raczej budzi śmiech! Jest lekceważony, brak mu charyzmy, zresztą sam widziałeś, jak zachowywał się podczas narady! Gdyby nie Ludwik, nasza arystokracja by go rozniosła! Nie liczysz chyba na to, że on jest w stanie jakoś poprawić wasz los...?
Z ust potomka wilków wydobyło się ciche westchnienie. Amir spojrzał na niego pytająco, oczekując jego odpowiedzi, która padła dopiero po dłuższej chwili:
-Canis nie miał łatwego życia- stwierdził Nadim, wywołując u mężczyzny uśmiech politowania. Oczywiście. Więc każdy, kto nie miał łatwego życia, powinien wdziać koronę i dowodzić jakimś plemieniem. Genialny pomysł- Gdy się urodził...- potomek wilków zawahał się wyraźnie- On jest... Nieco inny od nas wszystkich... Jeżeli zauważyłeś...- Amir spojrzał na niego bez zrozumienia- Nie ma ogona... W dodatku jest kaleki... Kulał od zawsze... Więc... Na jego matkę, a moją babkę, padły natychmiast zarzuty, że być może łączyły ją jakieś kontakty z człowiekiem... Najprawdopodobniej nie było to zgodne z prawdą. Babka bardzo przeżyła te oskarżenia. Chciała nawet porzucić gdzieś dziecko albo zabić je, byleby tylko nie być już skazaną na odtrącenie...
-Och, świetnie!- zironizował Amir, parsknąwszy drwiącym śmiechem- Widzisz, psie, a mówisz, że to my was nie lubimy... Ale gdy tylko wasza kobieta zada się z człowiekiem, owoc tej znajomości wolicie zabić...
-My jesteśmy bardzo przywiązani do tradycji- wyjaśnił spokojnie Nadim- Nasi przodkowie od wieków wierzyli w to, że to, co nas łączy, czyli więzy krwi, czynią z nas prawdziwych potomków wilków, prawdziwą wspólnotę, jedność. I chociaż ja tak nie uważam, dziś nadal wielu jest zwolenników tej teorii, którzy zbyt... intymny... kontakt z ludźmi, uznają za coś niegodnego, a nawet zasługującego na najwyższe potępienie. Ale tak czy inaczej, nijak to się ma do tego, jak wy postępowaliście z dziećmi, które rodziły się z mieszanych związków- dodał natychmiast. Amir przewrócił oczyma. Uwielbiał to odwracanie kota ogonem i fakt, że jego towarzysz na każdy zarzut skierowany w stronę plemienia, znajdował jeszcze gorsze przewinienie u ludzi, jakby rzeczywiście było to dobrym usprawiedliwieniem dla złych uczynków- Nie raz już docierały do nas straszne historie o tym, jak panie, którym rodziły się dzieci z psimi uszami czy ogonami, mordowały je okrutnie, by tylko nikt się o nich nie dowiedział.
-Co ty bredzisz, psie...- mężczyzna spojrzał na niego krytycznie- Naprawdę ci się wydaje, że te „straszne historie”, które do was docierały dotyczyły was albo jakichś nieszczęsnych mieszanek...?- pokręcił głową z politowaniem- Jeżeli w chłopskiej rodzinie rodzą się dzieci, oznacza to z jednej strony to, że jest więcej rąk do pracy. Ale jednocześnie jest też więcej gąb do wyżywienia... I jeżeli tych gąb jest zbyt wiele, kolejne potrzebne nie są, więc... Trzeba się ich pozbyć. Nawet nie wiesz, ile niemowląt potopiło się już w studniach czy zostało pochowanych chwilę po tym, jak się urodziło...
-Okrucieństwo- skwitował to surowo potomek wilków- W każdym razie, na szczęście, mój dziadek był rozsądny i nie uległ tym wszystkim, którzy oskarżali jego żonę, i uznał dziecko za swoje. Niestety, jego akceptacja wcale nie oznaczała akceptacji całego środowiska. Dziadek był szanowany w plemieniu, więc nikt nie pozwalał sobie na oficjalne kpiny z niego czy jego decyzji, ale i tak nieustannie szeptano za jego plecami. Doprowadziło do tego, że moja babka odeszła w pewnym momencie z osady, nie będąc w stanie już znieść spojrzeń i komentarzy... A Canis został właściwie sam. Od wczesnego dzieciństwa był pogardzany i przez starszych, i przez rówieśników. Przyjaciół właściwie nie miał... Przynajmniej nie wśród naszych...- dodał po chwili cicho- Cóż... Powiedzmy, że pewnym momencie przechodził wyjątkowo trudny czas i... Hm... W każdym razie... Gdy zmarł nasz przywódca, na jego następcę został spośród wszystkich kandydatów wybrany mój ojciec. Canis nawet nie brał w tym udziału, nikt zresztą nawet nie brał go pod uwagę. Mój ojciec rządził jednak krótko i zginął. Podczas kolejnego głosowania, Canis również pozostał wycofany. Gdy jednak rządził nami kolejny władca, on zaczął organizować spotkania, nauczać młodzież, rozmawiać z naszymi... W pewnym momencie zaczął cieszyć się dość dużym szacunkiem, przynajmniej u młodszej części społeczeństwa... I kiedy równie szybko zmarł kolejny przywódca, Canis stał się nagle jednym z pretendentów do przewodnictwa. Miał silnego przeciwnika, wywodzącego się z bardzo szanowanej rodziny, a poza tym...- Nadim uśmiechnął się smutno- Był w końcu podejrzewany o to, że nie jest jednym z nas, a trudno chyba o gorszą obelgę... Jego przeciwnik zaproponował im publiczne spotkanie i dyskusję, którą mogliby obserwować wszyscy zainteresowani. Był pewien, że Canis polegnie, zawsze był bardzo nieśmiały i cichy. Stało się jednak inaczej. Ja tego nie pamiętam, byłem wtedy bardzo młody, ale ci, którzy to obserwowali mówili, że w Canisa wstąpiło coś niezwykłego, jakaś energia, stanowczość... Przemawiał tak, jak prawdziwy wódz. Nawet ci, którzy wcześniej odtrącali go albo nie myśleli nawet, by oddać na niego głos zmienili zdanie i to on stał się przywódcą. I dzisiaj również w nim to widzę, gdy staje przed nami jakieś trudne wyzwanie... Jest w nim coś... Coś niesamowitego. Nadaje się do swojej roli, bardziej, niż ktokolwiek inny. I dziś bardziej, niż ktokolwiek inny, cieszy się szacunkiem, którego za młodu mu odmawiano.
-Dobrze, psie, a o czym to wszystko świadczy...?- Amir uniósł pytająco brew, nie rozumiejąc.
-Może o tym, że skoro wami rządzi twój wuj, a nami Canis, uda nam się wreszcie do siebie zbliżyć.
-Dobre sobie, psie!- mężczyzna zaśmiał się głośno i podniósł się do pozycji siedzącej, po czym przeciągnął się i wstał- Przypominam ci, że wy nie lubicie się do nas zbliżać...
Nadim podparł się na przedramionach i uśmiechnął niewinnie.
-Ja nie mam nic przeciwko...
-Tak, zauważyłem...- mruknął niechętnie Amir. Nadim sprawiał wrażenie wyjątkowo zainteresowanego ludzkimi kobietami...- A później się dziwisz, że kobieta ma problemy z wyjaśnieniem, skąd u diabła, u jej dziecka wziął się ogon...
Potomek wilków zachichotał.
-Rozłóż namiot- ponaglił go mężczyzna- Zbliża się wieczór. Ja pójdę się rozejrzeć, może coś upoluję... Dasz mi swój łuk...?
-Jasne- parsknął cicho Nadim- O ile ty dasz mi swój miecz.
-Chyba żartujesz.
-Więc znasz odpowiedź.
-W takim razie nie licz na zbyt wiele- odmruknął mężczyzna, dobywając broni.
… I tak zaczyna rodzić się wątła nić współpracy.

Amir spacerował niespiesznie lasem, rozglądając się dookoła. Zewsząd dobiegały go nocne odgłosy natury, huczenie sowy, charakterystyczna muzyka świerszczy, rechot żab znajdujących się w pobliskim stawie... Westchnął głęboko, docierając wreszcie na polanę, na której znajdował się niewielkich rozmiarów namiot. Klęknął przed nim, by wejść na czworakach do środka i niemalże natychmiast zderzył się głową ze swoim towarzyszem.
-Psie!- jęknął głucho, ledwie miesząc się w środku. Namiot był tak mały, że nie był w stanie nawet się wyprostować. Usiłował się przesunąć bliżej ich rzeczy, które zajmowały ponad połowę powierzchni, ale mimo tego, że Nadim próbował się odsunąć, nie mógł się nawet ruszyć- Wyjdź!
-Nie mogę...- stęknął Nadim, pocierając czoło- Musisz wyjść pierwszy.
Amir sapnął niecierpliwie i rozplątał włosy. Potomek wilków odchylił się w ostatniej chwili unikając jego łokcia. Mężczyzna odłożył gumkę na bok i gimnastykował się przez dłuższy moment, by zdjąć z siebie górną część garderoby. Pojemniczek z fragmentami kryształu na wszelki wypadek wsunął do tobołka i zaczął wycofywać się tyłem z namiotu.
-Dokąd idziesz...?- Nadim spojrzał na niego zdumiony.
-Nad staw.
-Po co...?
Amir uśmiechnął się z politowaniem.
-Utopić psie dziecko.
Usłyszał, że z namiotu dobywa się śmiech jego towarzysza, który jakby wbrew własnej reakcji, stwierdził po chwili:
-To nie jest śmieszne...- Amir wyprostował się akurat, gdy z namiotu wyłoniła się głowa Nadima, który wpatrywał się w niego z zainteresowaniem- Po co idziesz nad staw?
-A jak myślisz, psie?- rzucił niecierpliwie, unosząc brew- Wykąpać się.
Nadim skrzywił się wyraźnie.
-Po co?- zapytał po raz kolejny- Przecież niedawno się kąpałeś.
-Owszem, psie...- mężczyzna posłał mu złośliwe spojrzenie- Ale nadmiar higieny jeszcze nikomu nie zaszkodził, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że możesz mieć na ten temat inne zdanie...- odwrócił się i ruszył powoli przed siebie, czekając na ripostę towarzysza, która oczywiście nie mogła nie paść.
-Wyprowadź mnie z błędu, ale jesteśmy chyba na wyprawie mającej na celu ocalenie naszych ludów...? Chociaż oczywiście w roli panny na wydaniu też prezentujesz się dobrze...
Amir nie odwracając się nawet, zaprezentował swojemu towarzyszowi wyjątkowo ordynarny gest i nie zwracając na niego więcej uwagi, przyspieszył kroku i po kilku minutach marszu zbliżył się w końcu w okolice stawu. Dopiero wtedy dopadły go dziwaczne rozmyślania, nie zatrzymał się więc, lecz szedł lasem dalej, wzdłuż stawu, widząc przez otaczające go drzewa odbijający się w gładkiej tafli księżyc. Dwa kryształy. Miał już dwa kryształy. Już dwa, a może dopiero...? Wędrowali już w końcu kilka dni. I znów – kilka dni, kilka dni to długo, czy nie? Biorąc pod uwagę fakt, że fragmentów kryształu, które mieli zebrać było dwanaście... Jak długo jeszcze im to wszystko zajmie? Kiedy znowu zobaczy się z Ludwikiem, z Hadrinem...? Bogowie. Kto się spodziewał, że nagle stanie przed nim tego rodzaju wyzwanie? Wyzwanie nie tyle pod względem organizacji, pod względem niezbyt dobranego towarzystwa, ale wyzwanie dotyczące jego sposobu myślenia, czegoś na kształt filozofii. Demon... Parsknął pod nosem. Jak abstrakcyjnie to brzmiało! Jakiś demon, który na nich czyha! Co za idiotyzm! I gdzie on teraz jest, co robi? Szuka ich? Gdzie? Po co? W jaki sposób jest im w stanie zagrozić? Tyle pytań i nic, żadnych odpowiedzi. Ten stary pies się obawiał, Ludwik się obawiał... Ale cóż prócz tego? Gdyby nie fakt, że jego wuj przyjął tę informację z taką powagą, Amir zlekceważyłby ją bez wahania. A teraz miał poważny dylemat. Z jednej strony miał ochotę ustawić się w jednym szeregu z arystokratami, po raz pierwszy od dawna. Wyśmiać Canisa, wyśmiać jego słowa, odrzucić je niczym najgorsze brednie... A z drugiej strony... Wuj. A jeżeli u jego wuja coś budziło niepokój, z pewnością nie było to coś nieistotnego. Same komplikacje...
Wyłonił się w końcu spomiędzy drzew, ale nim zdążył zrobić choćby krok dalej, zauważył kogoś siedzącego przy wodzie. Tym większe było jego zdumienie, że było to chyba jakieś dziecko. Małe, może kilkuletnie, siedziało w purpurowym płaszczu, z kapturem na głowie, tyłem do niego. W rękach trzymało długi patyk, do którego przyczepiona była nić, której koniuszek zanurzony był w stawie. Było to coś na kształt prowizorycznej wędki. Amir podszedł niepewnie do przodu.
-Dziewczynko...?- zaczął powoli, zastanawiając się nad tym, czy gdzieś tutaj znajduje się jakaś osada czy wieś. Dziecko, samo w lesie? O tej porze...? Reakcji nie było?- Dziewczynko? Co tutaj robisz?- zapytał, ale i tym razem dziecko nawet nie drgnęło, jakby nie dosłyszało jego słów.
Dotknął jego ramienia. I w tym momencie, osoba odwróciła się w jego kierunku i dostrzegł coś, co sparaliżowało go kompletnie na dłuższą chwilę. Wpatrywały się w niego puste oczodoły. Twarz dziecka... A właściwie nawet nie twarz. Naga kość bez choćby fragmentu skóry, zwrócona była w jego stronę. Żuchwa rozwarła się na chwilę, by zaraz zamknąć się z trzaskiem. Dziecko zamachało nerwowo kościstymi nóżkami.
Amir wycofał się, pobladły i przerażony, widząc jednak, że dziwaczna osoba nie idzie za nim, a wciąż jedynie zdaje się go obserwować, puścił się biegiem przez las.
-Nadim!- wrzasnął, oglądając się co jakiś czas za siebie- Nadim!
Udało mu się w końcu wbiec na polanę. Potomek wilków stał półnagi, wpatrując się w niego zdumiony.
-O co chodzi...?
-Chodź- Amir chwycił go za nadgarstek i zaciągnął go nad staw, nie będąc w stanie wycisnąć z siebie choćby słowa wyjaśnienia. Gdy jednak dotarli na miejsce, nie było już ani śladu po tamtym dziecku. Mężczyzna przystanął, rozglądając się zdezorientowany- Tutaj... Nawet nie wiesz, co widziałem...- bąknął, nie rozumiejąc zupełnie rozbawienia na twarzy towarzysza- Dziecko... Nie wiem, czy dziecko... Ale... Szkielet... Kość... O bogowie...
Nadim ogarnął go ramieniem, prowadząc go z powrotem w kierunku polany i zaśmiewając się głośno.
-A widzisz...?- rzucił z lekkim uśmiechem- Mówiłem, że las kryje w sobie wiele tajemnic...

7 komentarzy:

  1. Ojeny wybacz ze tyle czasu nie komentowałam, miałam trochę problemow ale powracam x]

    Rozdział jak zwykle cudowny. Perspektywa spania naszych kochanych bohaterów razem, w malutkim namiocie podoba mi się aż za bardzo;) hihi a ta dziewczynka(?) zupełnie skojarzyła mi się z jakąś upiorną wersją czerwonego kapturka ;P

    tak wiec, Weny!
    pzdr Deirdre

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha, dokładnie, jak czerwony kapturek xDD No to się najadł strachu ... biedny :D Jak zawsze rozdział genialny, pozostaje na edmundzika czekać *__*

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zawsze świetne, chociaż już powoli zaczęła mnie męczyć ich rozmowa, ale nie zmienia to faktu, że na ciekawy temat gawędzili i dużo mozna było się dowiedzieć choćby o zwyczajach wilków :)

    Cieszę się, ze panowie już zaczynają się lepiej dogadywać i nawet Amir dał się ogarnąć ramieniem przez Nadima :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Anonimowy10:12 AM

    Ahm. Johnny. Wiem, że kapryszę, ale rozwój akcji w tym opowiadaniu mnie dobija. D.

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy12:31 PM

    Historia jest jak dla mnie fenomenalna i taki inna. Uwielbiam docieranie się po między Amirem a Nadimem. Wyczekuje kolejnego tak emocjonującego rozdziału.
    Pozdrawiam i życzę weny.

    Lajla

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy3:04 PM

    Czyżbyś ostatnio oglądała "Dziewczynę w czerwonej pelerynie" ;)?
    Proszę, proszę. Mamy czerwonego kapturka, wilka i "pannę na wydaniu" zamiast babci :D
    Rozdział świetny, wprowadza czytelnika do świata opowiadania, wszystko jest interesujące i okraszone humorem.
    Nie wiem, dlaczego, ale wypowiedź Nadina " Ty masz swoje doświadczenia, ja swoje" przeczytałam jako "Ty masz swoje zboczenia, ja swoje" :D Pewnie wychodzą na jaw moje pobożne życzenia odnośnie tej dwójki :D

    Pozdrawiam,
    Cannum

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy6:10 PM

    Oh. Wreszcie miałam czas na przeczytanie tej notki. Ale na początek...

    WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!
    Zdrowia, Szczęścia, dużo weny... Em. No cóż, nie jestem zbyt dobra w składaniu porządnych życzeń, ale mimo to... Wszystkiego najlepszego, aby twe marzenia spełniły się jak najszybciej, żebyś miała czas pisać następne notki - i tu mam cichą nadzieję na You Found Me. :3
    Życzenia miałam ci już złożyć pod poprzednią notką, bo znów wzięłam się za czytanie Every Me (Ha! Już trzeci raz!) i doszłam do odcinka, w którym właśnie wspominałaś o swoich urodzinach. Ale postanowiłam troszkę poczekać. *.*
    Co do odcinka... Coś się rodzi między towarzyszami nietypowej podróży! A ostatnie zdania... Oh, prawie dostałam palpitacji serca. *.*
    Czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam, Spiritt.

    OdpowiedzUsuń