Strony

sobota, 31 grudnia 2011

Szczęśliwego Nowego Roku

Jak wyżej, nie ma chyba czego dodawać, bo już Wam napisałam życzenia świąteczne, które pewnie pokrywałyby się z tymi :D. Tak czy inaczej, świetnej zabawy dzisiaj (nawet jak ktoś będzie bawił się tylko przy swoim telewizorze) i cudownego kolejnego roku, pełnego fantastycznych emocji :). W przyszłym tygodniu mam zamiar dodać coś "specjalnego", ale jako że wracam do szkoły... Ehm... No cóż, mam nadzieję, że dam rady, ale jak nie dam rady, to nie krzyczcie :D. Tak z okazji Nowego Roku.

Enjoy.

Rozdział 9 [Chaos]

Amir przemierzał niespiesznie długi, ciemny korytarz. Jego powolne kroki odbijały się echem od pustych, popękanych, zniszczonych ścian, których nie rozpoznawał i nie mógł skojarzyć z żadnym znanym mu miejscem. Gdzieś w oddali, jakby na końcu tej drogi, majaczyła sylwetka jakiegoś człowieka.
-Wuju...?- szepnął mężczyzna ze zdumieniem, nagle odkrywając w tej tajemniczej postaci Ludwika- Wuju!- krzyknął już bardziej pewnie i rzucił się biegiem przed siebie. Ludwik stał przy balustradzie ich tarasu, wychylając się przez nią niebezpiecznie i z lękiem spoglądając na to, co znajdowało się na dole- Wuju, wuju!- krzyczał wciąż Amir, nie zatrzymując się nawet na chwilę, ale i zarazem nie przybliżając się do mężczyzny wcale. I chociaż widział go tak dokładnie, jakby ten stał tuż obok niego, droga, która prowadziła do Ludwika, była długa i niezależnie od przebytej odległości, dokładnie taka sama.
Biegnąc, wyminął swojego brata, dostrzegłszy go ledwie kątem oka. Zatrzymał się i odwrócił w jego kierunku, wołając go po imieniu, ale Hadrin nie zareagował wcale, jak gdyby w ogóle go nie słyszał. Zdenerwowany Amir nie szedł za nim, ale znowu zwrócił się w stronę wuja. Tym razem jednak nie znajdował się już na korytarzu, ale stał na tarasie, tuż obok Ludwika.
-Wuju...?- rzucił znowu, spoglądając na niego z uwagą, ale ten wciąż wychylał się przez barierkę i z niezrozumiałym wręcz przerażeniem, spoglądał w dół, nie zwracając na swojego siostrzeńca najmniejszej uwagi- Wuju?- zniecierpliwiony Amir dotknął ramienia Ludwika, ale i to pozostało bez żadnej odpowiedzi. Westchnął bezradnie i dopiero w tym momencie, sam podszedł bliżej balustrady i spojrzał w dół.
Osłupiał momentalnie. Obserwował swoje własne ciało, leżące nieruchomo na królewskim dziedzińcu, powyginane i otoczone krwią.
Zerwał się gwałtownie do pozycji siedzącej i rozejrzał wokół siebie chaotycznie. Dopiero, gdy dostrzegł potomka wilków, śpiącego tuż obok niego, uświadomił sobie, że to, co widział, było niczym więcej, jak tylko snem. Westchnął głęboko, starając się uspokoić szalejące emocje. Przetarł gorące czoło i zerknął raz jeszcze na swojego towarzysza, uśmiechając się lekko pod nosem. Nadim jak zwykle wypoczywał w jakiejś dziwacznej i zupełnie nienaturalnej pozycji, co nie było niczym niespotykanym. Amir zauważył, że ten potrafił budzić się kilkukrotnie w nocy, przewracając z boku na bok, układając raz jeszcze, przodem, tyłem, z rękoma na kocu, pod kocem, pod głową, na głowie... Nie raz już zbudził mężczyznę jakimś nieuważnym ruchem, co z początku zawsze kończyło się awanturą, a teraz reakcje Amira ograniczały się najczęściej jedynie do ciężkiego westchnienia i obrócenia na drugi bok.
Mężczyzna zsunął z siebie ostrożnie koc i wyczołgał się powoli z namiotu. Ostatnimi czasy śniło mu się wiele koszmarów, nic więc dziwnego, że Nadim stał się dla niego znakiem świata rzeczywistego. Chociaż właściwie potomek wilków też mu się śnił. Ale to były inne sny, spokojne, wręcz monotonne. Najczęściej wędrowali po prostu razem, po lasach, wzgórzach i dolinach, bez rozmów i bez celu. Ale te sny były dobre, odprężające. Oprócz nich była cała masa innych, niezrozumiałych i bezsensownych. Widział oczyma wyobraźni różnego rodzaju kształty i kolory, i przedmioty i ludzi, przeplatających się ze sobą w szaleńczych kombinacjach. Aż dziwne, że jeszcze przed wyjazdem, ledwie pamiętał poszczególne sny i nie przywiązywał do nich najmniejszej wagi. Teraz rozpamiętywał każdy jeden, analizował je, czasem przez całe dnie męczącego marszu. Stały się one dla niego sposobem na oderwanie się od rzeczywistości, na chwilę zapomnienia o otaczającym go świecie i niekończącej się wędrówce.
Wstał powoli, krzywiąc się mimowolnie i z trudem powstrzymując jęk bólu, cisnący mu się na wargi. Wędrować zresztą też było im ciężej, bo Amir kilka dni temu skręcił nogę. Poruszał się wolniej, mniej sprawnie i musiał częściej wypoczywać. Na domiar złego, zaczął gorączkować. I chociaż w swoim życiu doświadczył już niejednej rany czy urazu, znacznie poważniejszego od tego, był to chyba najbardziej uciążliwy i nieznośny rodzaj bólu z jakim się zetknął. Ciężko było o nim zapomnieć, a co za tym szło, ciężko było również chodzić, siedzieć, nawet leżeć, ciężko było zasypiać, ciężko było w ogóle funkcjonować, szczególnie w takich warunkach.
Kulejąc, przeszedł kilka metrów i usiadł nad rzeką. Jęknął głucho, pocierając opuchniętą i zaczerwienioną kostkę, obwiniętą jakimiś szmatami, stanowiącymi prowizoryczny opatrunek. Co prawda potomek wilków biegał za nim z początku, to z liściem takiej rośliny, to znów innej, przekonując, że to zmniejszy ból, ale ostatecznie nic nie pomagało, a Nadim z zawstydzeniem przyznał, że nigdy nie interesował się specjalnie tego typu sprawami, więc radzili sobie tak, jak mogli. Amir rozplątał materiał i odłożył go na bok, z przymkniętymi powiekami, masując nieustannie obolałe miejsce.
Myślał o wuju i Hadrinie. Za dnia, podczas wędrówki, całkiem wyczerpany, zapominał o swojej tęsknocie i nie wracał do nich pamięcią równie często, co wcześniej. Ale oni wracali do niego, w snach, w wyobrażeniach, w różnego rodzaju obawach. Zastanawiał się, jak im się wiedzie bez niego, czy dają sobie radę... No cóż, wuj z pewnością dawał sobie radę, gorzej z Hadrinem. Chociaż z drugiej strony, Ludwik nie był już młody. Mógł zachorować. Chociaż wtedy z pewnością znalazłby oparcie w swoim drugim siostrzeńcu. A ten, w razie potrzeby, w wuju. Więc chyba żyło im się dobrze...
Usłyszał szmer i nim zdążył się odwrócić, już dostrzegł Nadima, siadającego tuż obok niego, na trawie. Spojrzał na niego pytająco.
-Noga ci dokucza...?- zainteresował się potomek wilków, wpatrując się w niego z uwagą.
-Nie- skłamał cicho Amir. Wolał zostać sam- Chciałbym odetchnąć świeżym powietrzem...
-Uniemożliwiam ci oddychanie...?- zachichotał Nadim, niczym nie zrażony.
Amir parsknął z rozbawieniem i pokręcił głową.
-Nie rozumiesz subtelnej aluzji, żebyś sobie poszedł, prawda...?
Potomek wilków zaśmiał się znowu, najwyraźniej rozumiejąc, ale bezczelnie wcale nie zamierzając odchodzić. Chwycił za zniszczony materiał, służący za opatrunek mężczyzny i podszedł bliżej rzeki. Zwilżył go wodą i podał Amirowi. Ten przyłożył go sobie do kostki i syknął z bólu, czując jak lodowaty dreszcz przebiega przez całe jego ciało. Już po chwili zaczął jednak odczuwać ulgę.
-Jest gorzej niż było- ocenił Nadim, siadając z powrotem przy swoim towarzyszu- Myślę, że powinniśmy tu zostać na dzień albo dwa... Niedobrze byłoby, gdybyś zrobił sobie coś poważnego. W końcu mamy jeszcze dużo czasu...
Amir prychnął cicho.
-Och, jasne... W optymistycznej wersji, jakieś siedemdziesiąt lat...
Nadim uniósł kąciki ust i pokręcił głową.
-Przecież mamy już trzy kryształy.
Amir zamyślił się na chwilę.
-No tak...- odparł wreszcie- Sądząc, po czasie w jakim udało nam się je zdobyć, siedemdziesiąt lat może przy odrobinie szczęścia rzeczywiście wystarczyć...
Nadim zaśmiał się lekko i położył, opierając głowę na rękach i spoglądając w niebo. Amir zerknął na niego ukradkiem. Ciekawe, czy pies tęsknił za domem równie mocno, jak on. Za Canisem, swoimi przyjaciółmi, rodziną... Zresztą, czy on miał w ogóle jakąś rodzinę, poza wujem? Aż dziwne, że do tej pory o to nie zapytał. Poruszali najdziwniejsze tematy świata, a żadnemu z nich nie przyszło do głowy, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o swoim towarzyszu.
-Piękne dziś niebo...- westchnął Nadim z łagodnym uśmiechem- Tyle gwiazd... My wierzymy, że jest ich dokładnie tyle, ile istot żyjących na ziemi- zdawało się, że słowa potomka wilków są niczym więcej, jak tylko kolejną prowokacją do rozmowy- Że stworzył je nasz bóg, by uczcić swoje dzieło... Dlatego ja nie boję się, że nie zdążymy odnaleźć fragmentów na czas. Jestem pewien, że nasz bóg... Nasi bogowie...- poprawił się po chwili, spoglądając znacząco na mężczyznę- Nas wspierają.
Amir parsknął tylko, uśmiechając się z politowaniem. Przyzwyczaił się już, że jego towarzysz od czasu do czasu, w iście melancholijnym uniesieniu, powtarzał tego rodzaju rzeczy i niespecjalnie miał już ochotę się o to spierać.
-O co chodzi?- zapytał Nadim- Przecież wy też wierzycie, że wasi bogowie was wspierają, prawda? Nie macie legend, opowieści...?
-Owszem, mamy...- odparł leniwie Amir. On sam na wszelki wypadek, od czasu do czasu, gdy sobie przypomniał, zwracał się do bogów z prośbą o to, by nie szykowali im zbyt okrutnych niespodzianek. Robił to właściwie przez przezorność, by nie narazić się na ich gniew, chociaż w duchu sam niespecjalnie wierzył w skuteczność swoich modłów- Ale te opowieści zawsze wydawały mi się mocno przesadzone...- z tego samego powodu, przesadzone wydawały mu się rytuały, obrzędy, świątynie, kapłani i cała reszta spraw związanych z kultem poszczególnych bóstw- W końcu dlaczego bogowie mieliby zajmować się istotami, które stworzyli przez przypadek...?
Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Jak to?- zdumiał się.
-Skoro bogowie stworzyli ludzi przez przypadek, nie sądzę, by interesowali się specjalnie ich losem, a w ich dobre intencje wątpię coraz bardziej...- mruknął Amir, a że ziemia nie drżała i nie usłyszał żadnych gromów, kontynuował już śmielej- Jestem raczej gotów uwierzyć w to, że bawią się ich życiem, albo w ogóle w nie nie ingerują... Sądzę, że nieśmiertelne istoty, mają lepsze rzeczy do roboty, niż obserwować błahe konflikty i starania nędznych śmiertelników...
-Nie rozumiem...- odparł potomek wilków, marszcząc brwi- My wierzymy, że nasz bóg stworzył nas celowo... Że po skończeniu swojego idealnego dzieła, jakim był świat, postanowił umieścić w nim istoty, które mogłyby cieszyć się na co dzień jego pięknem...
-A my wierzymy, że zostaliśmy stworzeni przez przypadek- powtórzył dobitnie mężczyzna.
Milczeli obaj przez chwilę.
-No tak...- odezwał się w końcu Nadim, parsknąwszy pobłażliwie- To o czymś świadczy...
-Owszem- zgodził się kąśliwie Amir- Na przykład o przyczynach waszego przekonania o własnej wyższości...
-Albo o mentalności waszych bogów. Śmiechu warte, słowo daję, najwyższe i najpotężniejsze istoty, które tworzą cokolwiek przez przypadek, o mój boże... Co to w ogóle za bogowie?
-Tacy, którzy istnieją- odpowiedział z ironicznym uśmiechem mężczyzna- I tacy, którzy nie są wszystkim.
-To zupełnie nie ma sensu.
-Mylisz się, psie, ale z racji tego, że mylisz się nieustannie, nie zwracam już na to najmniejszej uwagi... Wysil się chociaż raz i pomyśl racjonalnie... Dlaczego jakaś istota, która jest w stanie zrobić wszystko i to najlepiej, jak tylko potrafi, miałaby stworzyć inne istoty, małe, słabe, śmiertelne, irytujące jak diabli, które w dodatku będą się do niej zwracać z każdą pierdołą, przez całe wieki, aż do końca świata...? Jeżeli wasz bóg zrobił coś takiego celowo, to albo jest masochistą albo kretynem. Ach, no i jeszcze ewentualnie nie istnieje, ale tego jakoś nie bierzesz pod uwagę, więc...
-Nasz bóg stworzył wszystko według swojego planu- odparł Nadim, wyraźnie oburzony słowami towarzysza- On jest doskonały i to, co powstało z jego rąk, także takie jest.
-Przebywając w twoim towarzystwie jakoś nie zwróciłem uwagi...
-Szkoda.
-Wiesz, co ci powiem, psie?- zaczął Amir, wzdychając ciężko- Wymyśliliście sobie tego twojego boga, bo potrzebujecie mieć świadomość kontroli. Potrzebujecie wierzyć w to, że jest jakaś sprawiedliwa siła, która stworzyła świat, was i trzyma nad wszystkim piecze. Jesteście tak bardzo słabi, że boicie się przyznać, że wasz los jest w waszych rękach.
-A wiesz, po co wy wymyśliliście waszych bogów?- Nadim spojrzał na niego lodowato- Żeby mieć na wszystko doskonałą wymówkę. Bo jeżeli sami bogowie są jacy są, toczą nieustanne wojny, konflikty, są słabi, pełni wad i dopuszczają się okrucieństw, jakich świat nie widział, cóż dopiero mówić o ich wyznawcach? Więc czujecie się dobrze z myślą, że wyrżnęliście niegdyś całe plemiona, bo przecież wasi bogowie gotowi byliby uczynić dokładnie to samo, czyż nie...? W gruncie rzeczy to wy jesteście zbyt słabi, zbyt mali, żeby wyjść poza wasze proste rozumowanie i uwierzyć w coś znacznie większego i bardziej skomplikowanego...
-Za to wy wierzycie w coś tak wielkiego i skomplikowanego, że aż sami nie jesteście w stanie tego wytłumaczyć...- zaśmiał się z politowaniem Amir- Bo wy wierzycie w boga, który jest wszystkim! Wszystkim! Boga, który jest tobą, który jest chodzącą po tobie mrówką i który jest tym nieszczęsnym ptakiem, którego upolowałeś rano i zjadłeś na śniadanie!- czy naprawdę tylko on widział, że to jest zupełnie bezsensowne?- Twój bóg jest wszystkim, może wszystko i wszystko kontroluje, a co więcej – robi to wszystko celowo, z zamysłem. A wiesz, co to znaczy? To znaczy, że z własnej woli dopuszcza do wojen, konfliktów, morderstw, gwałtów i grabieży, i że to wszystko jest doskonałe i wynika jasno z jego planu. A skoro tak jest, to może zanim następnym razem zaczniesz nas oskarżać o mordowanie twoich przodków, pogadasz ze stwórcą tego świata i ponarzekasz na jego pojmowanie dobra i sprawiedliwości, co?
-Za to wy wierzycie w bogów, którzy są dokładnie tacy jak wy – są złośliwi, namolni, okrutni, chciwi, nie znający granic, podli, podstępni, zdradliwi, zadufani w sobie i perfidni- Amir uśmiechnął się lekko pod nosem, słysząc jak Nadim w jednym zdaniu streścił wszystko to, co o nim myślał- A co za tym idzie, czcicie istoty, które same w sobie są symbolem waszych słabości. Hołdujecie swoim wadom i przez to nie chcecie się ich wyzbywać, a wręcz umacniacie w sobie przekonanie, że są one naturalne, bo w końcu wasi bogowie czynią dokładnie tak samo. Brak wam odpowiednich wzorców.
Mężczyzna skwitował ten wywód ironicznym uśmiechem. Za to potomkowie wilków mieli idealny wzorzec w postaci ich największego ciemiężyciela, którego wciąż traktowali bardziej jak bohatera niż tyrana – Fortisa. Oprócz tego mieli jeszcze boga, który jest wszystkim, a więc boga, który sam w sobie był także owym ciemiężycielem i wszystkimi innymi ciemiężycielami, którzy kiedykolwiek chodzili na tym świecie. Oczywiście był przy tym także wszystkimi wybawicielami i dobroczyńcami, co samo w sobie już świadczyło o tym, że chyba ma nie do końca po kolei w głowie.
-Nie powinniśmy się chyba spierać o takie rzeczy...- odezwał się w końcu Nadim, spoglądając na swojego towarzysza z uwagą. Uśmiechnął się do niego lekko, natrafiając na jego wzrok- Wiesz, może różnimy się pod wieloma względami, mamy inną kulturę, inne obyczaje, wierzymy w coś innego... I może nasi bogowie też są pozornie różni, ale w gruncie rzeczy może ich łączyć więcej, niż sądzimy, więc... Więc może pozostańmy przy naszym rozumieniu pewnych kwestii, skupiając się na tym, co najważniejsze.
-Czyli na czym...?
-Na tym, z czym walczą i nasi bogowie i my wszyscy.
-Czyli...?- nie rozumiał wciąż mężczyzna.
-Myślę, że chodzi o zło.
-Zło- powtórzył głucho Amir. Zło, podobnie jak dobro, było dla niego słowem o dość mglistym znaczeniu, które każdy przypisywał do różnych zachowań i ludzi, wedle własnych upodobań i systemu wartości.
-Mhm...- potwierdził spokojnie potomek wilków, wpatrując się w niebo. I nie minęła dłuższa chwila, nim zaczął mówić- Kiedy byłem mały, Canis powiedział mi, że w momentach strachu, powinienem zamknąć oczy, leżeć w bezruchu i nie reagować na nic, co będę czuł lub słyszał.
-I czemu to niby miało służyć...?- zaśmiał się z politowaniem mężczyzna.
-Canis zawsze mówił, że zło atakuje nasze zmysły. Usiłuje nas przerazić albo skusić. Dlatego często tuż przed snem słyszymy w swojej głowie jakieś głosy albo czujemy czyjś dotyk... To próba zwrócenia naszej uwagi.
-Wiesz, jeżeli czujesz czyjś dotyk przed snem, proponuję się obudzić...- odparł pobłażliwie Amir- Zawsze może to być jakiś szaman, który uznał, że nie żyjesz...
Nadim zachichotał cicho.
-Tak czy inaczej, miał rację. Od tamtej pory, gdy coś mnie przerażało, gdy widziałem coś, czego nie potrafiłem sobie wyjaśnić albo wydawało mi się, że coś znajduje się blisko mnie, ukryte w ciemnościach... Zamykałem oczy i usiłowałem zasnąć.
Amir parsknął cicho. Więc szkoda, że potomek wilków nie zrobił tego samego tej nocy, której rzekomo widział te dziwne kreatury, tańczące na leśnej polanie. Może wtedy zrozumiałby, że nie były niczym więcej, jak tylko jego wyobrażeniem i nie opowiadał podobnych bzdur kolejnym pokoleniom.
-Twoim zdaniem tak wygląda zło, psie...?- rzucił, kręcąc z niedowierzaniem głową i wzdychając głęboko. Nadim spojrzał na niego z zainteresowaniem- Twoim zdaniem zło to jakieś głosy, obrazy, dźwięki...?- uniósł brew w geście politowania- Zło, psie, to nie są złudzenia czy wyobrażenia zmęczonego umysłu. Zło to nie jest jakaś mityczna siła, która chce cię zniewolić czy przerazić. Wiesz czym jest zło? Zło to matka, która zabija własne dzieci. Zło to szaman, który zajmuje się zwłokami w sposób, w jaki zwłokami zajmować się nie powinno. Zło to bierność ludzi, którzy pozwalają na to, by ich bliskim działa się krzywda. A nie jakieś tańcujące, śmieszne stworki czy demony- wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i zapominając o wszystkim, podniósł się gwałtownie i aż wrzasnął z bólu, by zaraz zachwiać się i upaść z powrotem na trawę- Przeklęty psie...- wycedził przez zęby z trudem- Tak bardzo mnie denerwujesz, że aż zapominam o...
-... skręconej kostce?- dokończył potomek wilków, uśmiechając się niemalże z satysfakcją.
Amir potwierdził jego słowa skinieniem głowy.
-Chociaż ty zapewne potraktowałeś to jako komplement, co...?- jego towarzysz uśmiechnął się bezczelnie w odpowiedzi- Masz szczęście, że tak bardzo mnie boli, bo powiedziałbym ci coś niemiłego...
Potomek wilków zaśmiał się lekko, wstając.
-Chodź- rzucił, wyciągając w jego kierunku dłoń- Pomogę ci.
-Zachowaj tego rodzaju uprzejmości dla wiejskich dziewoi...- odmruknął niechętnie Amir.
-Uprzejmość jest moją cechą wrodzoną i jestem pewien, że nie zabraknie mi jej dla nikogo- odparł gładko Nadim, uśmiechając się pogodnie.
Mężczyzna zawahał się przez chwilę, po czym oparł się na dłoni towarzysza i wstał. Potomek wilków objął go mocno wokół pasa, odprowadzając powoli z powrotem do namiotu.
I to była niemalże pełnowymiarowa współpraca.

Amir usiadł przed namiotem i z niewielkiego zawiniątka wyjął kawałek suchego pieczywa. Wgryzł się w nie, ze znudzeniem obserwując krzątającego się dookoła Nadima. Ich poranki też zazwyczaj wyglądały dokładnie tak samo, szykowali się do wędrówki albo zajmowali zdobywaniem pożywienia. Tym razem jednak miało być inaczej. Potomek wilków postanowił już, że zostaną na miejscu jeszcze dzień czy dwa i chociaż Amir zapierał się początkowo rękami i nogami (a właściwie jedną nogą, bo druga nie była w najlepszym stanie), w rzeczywistości nawet mu to odpowiadało. Potrzebował czasu, by złapać oddech i wypocząć po kolejnych rewelacjach serwowanych im przez bogów, niebiosa czy też przeznaczenie, co kto woli. Chociaż z drugiej strony, niewiele miał do roboty, a i jego stan nie bardzo umożliwiał mu znalezienie sobie jakiegoś twórczego zajęcia. A że nie umiał długo usiedzieć na jednym miejscu, wstał w końcu i oświadczył swojemu towarzyszowi:
-Idę się wykąpać.
-Poczekaj- odparł Nadim, przynosząc z pobliskiego lasku drewno na opał.
Amir spojrzał na niego bez zrozumienia.
-Na co?
-Na mnie- potomek wilków zatrzymał się na chwilę i uśmiechnął do niego lekko- Obrócę jeszcze dwa razy w tę i z powrotem i pójdziemy razem.
Mężczyzna aż zaniemówił, sam nie do końca potrafiąc określić, czy poczuł się oburzony, czy zażenowany.
-Jak to... „na mnie”...?- powtórzył, marszcząc brwi.
Nadim spojrzał na niego i widząc jego minę, wybuchnął śmiechem.
-No po prostu- odpowiedział, jakby jego propozycja była czymś najbardziej naturalnym w świecie- Nie gubię masowo sierści, jak zdążyłeś zauważyć, więc to chyba nie będzie problem- dodał z rozbawieniem, najwyraźniej sądząc, że to tak obruszyło mężczyznę.
-Nie zamierzam się z tobą kąpać!- prychnął Amir, coraz bardziej zdenerwowany i zawstydzony jednocześnie. Na jego twarzy pojawił się wyraźny rumieniec.
-Dlaczego nie?- zdziwił się Nadim.
-Bo... Bo... Co to jest w ogóle za pytanie?!- huknął na niego mężczyzna. Potomek wilków zamrugał, nieco zdezorientowany, wzruszając bezradnie ramionami- To... To... To jest co najmniej niestosowne!- stwierdził kategorycznie Amir, nie potrafiąc jednak znaleźć żadnych bardziej trafnych argumentów.
-Co jest niestosowne...?- Nadim spoglądał na swojego towarzysza z taką miną, jakby poważnie martwił się o jego zdrowie psychiczne- Kąpiel dwóch mężczyzn jest niestosowna...?- z niewiadomych powodów, Amir spąsowiał jeszcze bardziej- To chyba normalne... Gdybym był kobietą miałbyś się czego wstydzić, ale skoro obaj jesteśmy...
-Psie, po prostu nie mam na to ochoty!- przerwał mu z irytacją mężczyzna.
-Na kąpiel...?
-Na kąpiel z tobą!
-W porządku, w porządku...- potomek wilków zaśmiał się lekko, unosząc dłonie w obronnym geście- Jak wolisz.
-Świetnie...- burknął jedynie Amir.
Jego towarzysz rozsiadł się wygodnie na trawie, przed namiotem, spoglądając na niego z uwagą.
-Czy chcesz mi powiedzieć, że masz z tym... mały problem...?- zapytał, a na jego wargach pojawił się złośliwy uśmieszek.
-Że co?- zdumiał się mężczyzna.
Nadim poruszył brwiami w sposób aż nazbyt znaczący.
Amir nie miał pojęcia, czy zawstydzenie ma jakiekolwiek granice, ale jego chyba osiągnęło szczyty.
-Nie mam pojęcia, o czym ty bredzisz, psie...- wycedził przez zęby ze złością- A zresztą... To nie twój interes...
-Masz rację... Twój interes należy tylko i wyłącznie do ciebie...
-Kretyn.
-Panna na wydaniu.
Po odbyciu tradycyjnej wymiany uprzejmości, Amir ruszył wzdłuż rzeki, szukając dla siebie odpowiedniego miejsca do kąpieli. Przez odpowiednie miejsce rozumiał przede wszystkim miejsce z daleka od potomka wilków, bo jego obecność w pewnych kwestiach stawała się dla niego co najmniej krępująca. Ale czy było w tym coś dziwnego? Też coś! To Nadim był dziwaczny z tymi swoimi niestosownymi propozycjami w których rzekomo nie widział nic niewłaściwego! A może w tym rzeczywiście nie było nic niewłaściwego...? Czyżby Amir patrzył na tę sytuację przez pryzmat swoich... nieco... nietypowych skłonności? Już sama myśl o tym zawstydziła go znowu potwornie, aż obejrzał się za siebie, chociaż odszedł już stosunkowo daleko od namiotu. Nie, z pewnością nie mogło o to chodzić. Może i owszem bywał nieco... nieco dziwniejszy... od innych dziwnych ludzi... pod wieloma równie dziwnymi względami... ale z psem...? Parsknął nerwowym śmiechem. To by dopiero było dziwactwo!
Dokuśtykał wreszcie do miejsca, które mu odpowiadało. Zatrzymał się przy krzakach, rozebrał, a następnie wszedł powoli do lodowatej wody, zanurzając się w niej do pasa. I rozmyślając wciąż o sprawach skomplikowanych i wstydliwych zarazem, obmywał bez pośpiechu swoje ciało, przymykając leniwie powieki. Po kilku minutach usłyszał jakiś dźwięk i choć w pierwszej chwili odniósł wrażenie, że mu się przesłyszało, nie minęła dłuższa chwila, aż doszedł go jakiś szmer. Odwrócił się gwałtownie w stronę lądu i dostrzegł, jak krzaki obok których zostawił ubrania, poruszają się w nienaturalny sposób.
-Psie!- wrzasnął z przerażeniem i rzeczywiście, niczym panna na wydaniu przyłapana w krępującej sytuacji, cofnął się gwałtownie, zapominając z tego wszystkiego o skręconej kostce. Ból przeszył całe jego ciało, a on zachwiał się gwałtownie i upadł do wody. Wynurzył się szybko, krztusząc się wodą i odsuwając z twarzy mokre włosy.
W krzakach wciąż coś poruszało się niespokojnie. Amir po chwili wahania, wyszedł z wody i z trudem naciągnął ubrania na mokre ciało, mając przeczucie graniczące niemalże z pewnością, że to wbrew jego pierwszym przypuszczeniom, nie jego towarzysz wybrał się na przechadzkę, żeby podglądać go z brzegu. Z najwyższą ostrożnością zbliżył się do rośliny, rozsunął powoli liście i... i zobaczył psa. Nie, nie Nadima, nie potomka wilków, ale po prostu psa, zwyczajnego szczeniaka. Chociaż może słowo „zwyczajny” nie najlepiej do niego pasowało, bo Amir nigdy dotąd nie widział równie pięknego zwierzęcia. Sierść miał idealnie białą, gładką, czystą, mimo tego, że wokół było pełno piasku i ziemi. Na jego szyi, zawieszony na nitce, wisiał maleńki, złoty dzwoneczek. Ten jednak nie wydał z siebie nawet jednego dźwięku, chociaż poruszał się za każdym razem, gdy szczeniak potrząsał głową. Amir chwycił psa na ręce i uniósł go do góry. Szczeniak szczeknął wesoło i polizał go po twarzy. Mężczyzna skrzywił się mimowolnie, opuszczając go nieco i przecierając twarz. Rozejrzał się dookoła, zdezorientowany. Minęło już kilka dni odkąd po raz ostatni natrafili na jakiegoś człowieka. W pobliżu nie było żadnej wioski czy osady. A przecież ten pies z pewnością nie był bezpański. Szanse na to, że przywędrował tutaj sam z daleka, też były niewielkie.
-Jest tu ktoś?!- krzyknął Amir, odczekując chwilę na odpowiedź- Hej! Jest tu ktoś?!
Cisza.
Mężczyzna spojrzał w dół, na trzymanego psa, a ten spoglądał na niego dużymi, czarnymi oczyma.
-I co ja mam z tobą zrobić, co...?- mruknął Amir z cichym westchnieniem, jakby oczekiwał odpowiedzi.
Szczeniak szczeknął radośnie.
Amir parsknął cicho i pogłaskał go po głowie. No to mu się trafiło znalezisko... Odczekał jeszcze chwilę, po czym ułożył psa na przedramionach i ruszył wraz z nim z powrotem do namiotu.
-Psie!- krzyknął, docierając na miejsce- Psie!- zawołał znowu, zaglądając do namiotu, ale jego towarzysza w nim nie było- Psie!- po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że zwracanie się w taki sposób do potomka wilków jest jednak nieco dziwaczne. Szczególnie, że szczeniak spoglądał na niego tak, jakby uważał, że chodzi o niego- Nadim!- zreflektował się mężczyzna, ale nie było odpowiedzi. Odetchnął głęboko.
Oczywiście, gdy miał ochotę zostać sam, potomek wilków był dosłownie wszędzie, ale gdy akurat był potrzebny – nie można było go znaleźć.
-Pewnie zaraz przyjdzie...- rzucił, zerkając na psa, jak gdyby ten mógł zrozumieć jego słowa. Postawił go na ziemi. Zwierzak zaczął biegać wokół niego, obszczekując go wesoło i merdając ogonem. Amir westchnął cicho. W końcu szczeniak zatrzymał się przed nim. Stanął na tylnych łapach, przednie opierając na nogach mężczyzny i spoglądając na niego z wyczekiwaniem- Zostań tutaj, dobrze?- zapytał Amir, cofając się odrobinę i jakby rzeczywiście było to potrzebne, dodał- Pójdę poszukać Nadima.
Ale ledwie zrobił kilka kroków, a szczeniak już był przy nim, znowu szczekając i krążąc wokół niego. Amir chwycił go i zaniósł z powrotem do namiotu, ale po raz kolejny nie udało mu się odejść daleko. Za trzecim razem, wyjął z zawiniątka resztkę chleba i podsunął ją zwierzęciu.
-Jesteś głodny...?- mruknął cicho, wpatrując się w psa z uwagą. O bogowie, nie znał się na zwierzętach. Nigdy nie czuł potrzeby, żeby jakieś posiadać, zawsze wydawało mu się to niepotrzebnym obciążeniem.
Szczeniak spoglądał na niego jeszcze przez chwilę z zaciekawieniem, po czym trącił nosem kawałek pieczywa, a następnie zaczął nadgryzać je lekko, wyraźnie jednak nie zainteresowany posiłkiem.
-Świetnie... Zostań tu- powtórzył znowu Amir i wyszedł szybko z namiotu.
Akurat w tym momencie, z lasu wynurzył się Nadim, nucąc coś pogodnie. Gdy dostrzegł swojego towarzysza, całego przemoczonego, parsknął śmiechem, ale nim zdążył chociaż otworzyć usta, by o coś zapytać, odezwał się Amir:
-Znalazłem psa.
-Co?- zdumiał się potomek wilków.
-Znalazłem psa. Zwykłego psa, na litość bogów, psie! Nadim!
Jego towarzysz uniósł brwi, ale już po chwili przechylił głowę, przyglądając się czemuś za plecami Amira. Mężczyzna odwrócił się, dostrzegając głowę szczeniaka, wyglądającego z namiotu.
-Śliczny jest...- rzucił z zachwytem Nadim- I z pewnością nie jest dziki... Gdzie go znalazłeś?
-W krzakach. Zresztą... mniejsza z tym. Pewnie się zgubił albo komuś uciekł. Ruszymy jutro w drogę i zostawimy go w jakiejś osadzie czy wiosce.
-Daj spokój, Amir- zaprotestował jego towarzysz- Przecież może zostać z nami... Tylko popatrz na niego... Chodź... No chodź...- Nadim klepnął się w uda i zagwizdał, ale pies nie zareagował z początku, a gdy w końcu się ruszył, podszedł do Amira i zatrzymał się przy jego nogach.
-Przypominam ci, że nie mamy na to czasu- mężczyzna skrzywił się mimowolnie. Ach, zresztą, komu on to tłumaczył! Temu, który jako jedyny z nich wierzył całkowicie w powrót strasznego demona i który, logicznie rozumując, powinien się go bać najbardziej, ale tracił czas na zabawy i romanse!
-Przestań... No chodź, chodź piesku...
Ale piesek nie podszedł, a zamiast tego zaczął groźnie warczeć. Amir spojrzał na niego z lekkim zdumieniem. Potomek wilków zaśmiał się serdecznie.
-Dziwne. Zazwyczaj zwierzęta mnie lubią.
-Najwyraźniej ten zna się na ludziach... i psach- odparł złośliwie mężczyzna.
-Nie, to tylko kwestia oswojenia- odparł spokojnie Nadim. Powolnym krokiem, zaczął zbliżać się w kierunku szczeniaka, który warczał coraz głośniej. Zatrzymał się przed nim wreszcie, nachylił się i wyciągnął w jego kierunku dłoń, zapewne chcąc pozwolić mu ją obwąchać. Cofnął ją jednak natychmiast, na moment przed tym, nim drobne zęby zacisnęły się gwałtownie w powietrzu. Zamrugał zdumiony.
Amir uśmiechał się wciąż, niemalże usatysfakcjonowany.
-Coraz bardziej zaczynam go lubić- stwierdził.
I chociaż przez cały dzień Nadim starał się oswoić psa, przynosiło to marne skutki. Mówił do niego, próbował do niego podejść, nawet przyniósł mu coś do jedzenia. Na nic się to jednak nie zdało. Szczeniak nadal reagował na jego widok otwartą wrogością, co wyglądało niezmiernie zabawnie, szczególnie z perspektywy Amira. Pies z niewiadomych przyczyn bardzo polubił jego towarzystwo i o ile stronił od potomka wilków, za mężczyzną biegał nieustannie, siedział przy nim, obszczekiwał go, usiłował mu wskoczyć na kolana i nie dawał się w żaden sposób przegonić. I choć z początku jego obecność i hałaśliwość budziła irytację Amira, szybko zdążył się do tego przyzwyczaić i nawet polubić towarzystwo zwierzaka.
Wieczorem, gdy ułożył się już do spania, pies położył się tuż obok niego i zaczął trącać go łapą, domagając się pieszczot. Mężczyzna głaskał go leniwie za uchem, nieco znużony, oczekując na przyjście Nadima, który zajmował się ogniskiem. Ledwie jednak potomek wilków rozchylił poły namiotu, szczeniak doskoczył do niego i na przemian to szczekając głośno, to obnażając groźnie kły, nie pozwalał się odsunąć od wejścia.
-Amir...- zaczął potomek wilków, a w jego głosie można było usłyszeć irytację- Czy mógłbyś z nim coś zrobić, proszę...?
-Mógłbym- odparł spokojnie mężczyzna.
-Więc...?- rzucił Nadim po dłuższej chwili oczekiwania.
-... Ale nie chcę...- dodał z leniwym uśmiechem Amir, ale dostrzegając rosnącą niecierpliwość swojego towarzysza, poklepał w końcu miejsce obok siebie i mruknął- Chodź tu, Mały Psie...
Szczeniak, jakby rozumiejąc doskonale, spojrzał raz jeszcze na Nadima wrogo i ułożył się znowu obok mężczyzny, przyciskając się kurczowo do jego boku. Ledwie jednak potomek wilków wszedł do namiotu i położył się na swoim miejscu, pies zaczął wyglądać przez ramię Amira i warczeć cicho.
-Nazwałeś szczeniaka Małym Psem...?- zapytał ze politowaniem Nadim.
-Mhm...
-Co za kretynizm...
-Kretynizmem byłoby nazywanie go wiewiórką. Dopóki nazywam małego psa Małym Psem, chyba wszystko jest w porządku, nie sądzisz?- Amir zerknął na niego przez ramię, sennym wzrokiem, nie mogąc jednak opanować cisnącego mu się na usta uśmieszku- A poza tym muszę was jakoś rozróżniać...
-Wiesz... Hm...- Nadim zmieszał się nieco- Myślę, że powinniśmy znaleźć dla... Małego Psa... jakiś dobry dom...
-Och, czyżby...? Czy to nie ty mówiłeś niedawno, że powinniśmy go zatrzymać...?
-Khem... Taaak... Cóż... Ale doszedłem do wniosku, że to nie są najlepsze warunki dla zwierząt...
-Mhm... Sam wiesz o tym najlepiej, więc wierzę na słowo...
Nadim zachichotał i zdzielił swojego towarzysza w plecy.
Wywołało to natychmiastową reakcję psa, który rzuciłby się na niego w obronie Amira, gdyby nie został przez niego w ostatniej chwili pochwycony.
Zapowiadała się długą noc.

Ledwie zaczynało świtać, gdy Amir poczuł, jak coś liże go po twarzy. Szybko zorientował się, że to raczej nie nieujawniony dotąd fetysz jego towarzysza. Przekręcił się na drugi bok, marszcząc brwi i krzywiąc się mimowolnie. Machnął dłonią na oślep, starając się odgonić zwierzaka, który należał jednak (jak wszystkie psy), do osobników wyjątkowo upartych.
-Mały Psie...- jęknął ze zgrozą mężczyzna, zakrywając twarz dłońmi- Idź pomęczyć kogoś innego... Idź pomęczyć Nadima...
Mały Pies, jakby rzeczywiście rozumiał jego słowa, już po chwili znudził się mężczyzną i skoczył na potomka wilków, na przemian szczekając na niego i szarpiąc nogawkę jego spodni.
-Amir, do licha...- wymamrotał jego towarzysz, podkuliwszy nogi- Zrób z nim coś.
-Niby co...?- rzucił sennie mężczyzna.
-Nie wiem. Może jest głodny.
Amir leżał jeszcze przez chwilę nieruchowo, po czym uniósł się na przedramionach, zdając sobie sprawę z tego, że chyba nie dane będzie mu spać dłużej. Szczeniak nie sprawiał wrażenia głodnego, raczej skorego do zabawy. Nie mogąc się zdecydować, to podchodził do mężczyzny, wskakiwał na niego, obwąchiwał go raz po raz, usiłował lizać po twarzy i rękach, to znów podbiegał do swojego największego wroga w postaci zupełnie niewinnego Nadima, warcząc na niego, szturchając małą łapą jego ucho, zahaczając zębami za jego rękę...
-Chodź tu, Mały Psie...- rzucił w końcu mężczyzna, poklepując miejsce obok siebie. Zwierzak spojrzał na niego zdezorientowany, jakby nie wiedział, czy nadal męczyć nieszczęsnego potomka wilków, czy podejść jednak do Amira. W końcu jednak wybrał to drugie, spoglądając na niego z ciekawością i oczekiwaniem.
Mężczyzna poklepał go po głowie i sięgnął po kawałek chleba, który dał mu wczoraj. Jednak i tym razem, pies ledwie szturchnął go nosem, nadgryzł raz czy dwa i nie jadł więcej.
Amir wyciągnął w jego kierunku dłoń i dotknął lekko złotego dzwoneczka, chcąc go dokładniej obejrzeć. Ten jednak nagle rozbrzmiał krótkim, pięknym dźwiękiem. Mężczyzna osłupiał ze zdumienia.
-Słyszałeś, psie...?- rzucił, tym razem do swojego towarzysza- Ten dzwonek zadzwonił...
Nadim parsknął śmiechem.
-No przecież jest dzwonkiem, nie...?
-Tak, ale...
Z zewnątrz doszedł go gwałtowny szum, jakby nagle zerwał się wiatr. Jednak ledwie po chwili znowu zapanowała zupełna cisza. Amir zmarszczył brwi. Ani jego towarzysz, który dalej usiłował zasnąć, ani kręcący się po namiocie szczeniak, nie zwrócili na to szczególnej uwagi. Aż w pewnym momencie, dotarł do nich chrzęst uginającej się pod czyimiś krokami trawy.
-Nadim...- syknął ostrzegawczo mężczyzna, chwytając miecz.
Jego towarzysz podniósł się natychmiast do pozycji siedzącej, wciąż zaspany i mocno zdezorientowany. Obaj spoglądali w kierunku wejścia do namiotu, które rozchyliło się nagle i ukazało im przybysza.
A raczej przybyszkę, co zapewne musiało niezmiernie uradować serce potomka wilków. Była to kobieta młoda, smukła, tak piękna, że Amir biorąc nawet pod uwagę ich nocną przygodę w gospodzie i krwiożercze towarzyszki, mógł śmiało powiedzieć, że nigdy nie widział piękniejszej. Suknię miała długą, białą i również idealnie czystą. Włosy długie i ciemne, twarz owalną, kolorem ledwie odróżniającym się od stroju. Oczy miała jasnobłękitne, duże, okolone wianuszkiem rzęs, nos maleńki i prosty, usta bladoróżowe. I chociaż nawet nie widział twarzy swojego towarzysza, zbyt pochłonięty przyglądaniem się kobiecie, już oczyma wyobraźni dostrzegał jego minę. Skoro nawet na nim ta pani zrobiła tak duże wrażenie, jego towarzysz pewnie już postradał rozum.
-Wybaczcie, panowie...- rzuciła jedwabistym, lekko rozbawionym głosem- Ale chyba macie mojego pieska...- i powiedziawszy to, wyprostowała się i odeszła nieco, jakby na nich oczekując.
Obaj spojrzeli na siebie, mocno zaszokowani. Nadim chyba dopiero w tej chwili uświadomił sobie, że jest ubrany zaledwie w spodnie i chociaż nigdy specjalnie nie przeszkadzało mu paradowanie wszem i wobec w strojach dziwacznych, niekompletnych, a nawet w ogóle bez żadnego stroju, budząc zgorszenie swojego towarzysza, nagle przejął się bardzo. Chwycił szybko za koszulę i zaczął się pospiesznie ubierać, odgarnął splątane włosy z twarzy, wygładził pomięte nogawki. Amir przyglądał się temu z mieszaniną politowania i niesmaku, niemalże w geście swoistego protestu, nie przebierając się wcale, chwycił po prostu za szczeniaka, chcąc go podać towarzyszowi, ale ten, jakby zapominając o psie, już wyczołgał się z namiotu.
-Ona nie mówiła o tobie...- wycedził przez zęby Amir. Szczeniak spojrzał na niego spojrzeniem, wyrażającym niemalże współczucie. Mężczyzna westchnął głęboko.
Wychodząc z namiotu, usłyszał słowa kobiety:
-To pan odnalazł mojego psa...? Bardzo dziękuję...
-To ja go odnalazłem- przerwał jej szorstko Amir, wstając- I nie ma za co.
Kobieta spojrzała na niego chłodno i bez zbytniej uwagi, ignorując zupełnie jego słowa. Uśmiechnęła się do potomka wilków, wyciągając w jego kierunku dłoń, którą ten uścisnął aż nazbyt ochoczo, a następnie ucałował lekko, wywołując uśmiech satysfakcji na twarzy przybyszki.
-Bardzo miło mi pana poznać... Nigdy chyba dotąd nie miałam okazji spotkać istoty tak... fascynującej i...
-Cała przyjemność po naszej stronie- mężczyzna stanął przed Nadimem i wcisnął ciemnowłosej w dłonie jej zwierzaka- Do widzenia.
Spojrzała na niego z oburzeniem i nagle, jej wzrok zatrzymał się na klatce piersiowej mężczyzny. Gdy Amir zorientował się, na co patrzy, było już za późno.
Na jej wargach pojawił się lekki uśmiech.
-Wiem, czego szukacie...- stwierdziła, akurat w momencie, gdy Amir chwycił za pojemnik z kryształami, chcąc ukryć go w dłoni.
-Wiesz, pani, gdzie są fragmenty kryształu...?- zainteresował się Nadim, a jego towarzysz spojrzał na niego z poirytowaniem. Co za kretyn, co za kompletny kretyn!
Kobieta skinęła głową.
-Mogę wam pomóc.
Nim Nadim zdążył choćby otworzyć usta, Amir warknął:
-Nie dziękuję, pomożemy sobie sami. Do widzenia- powtórzył stanowczo.
-Amir!- potomek wilków posłał mu karcące spojrzenie.
-Jak wolicie, panowie... Jak wolicie...- pani wzruszyła ramionami i odwróciła się, a następnie niespiesznym krokiem ruszyła w kierunku lasu.
Amir zatrzymał przy sobie swojego towarzysza i syknął półgębkiem:
-Padło ci na głowę...? Co ty wyrabiasz?
-Co ty wyrabiasz?- Nadim spojrzał na niego bez zrozumienia. Wyrwał mu się i ruszył biegiem za kobietą, która już zniknęła w lesie.
Mężczyzna wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie i ruszył wzdłuż rzeki. Był wściekły. Przeklęty Nadim. Żeby go szlag trafił i jego idiotyczne zachowanie! Wystarczy, żeby się pojawiła jakaś siksa i już mu odbija! Na co demon, na co podstępne sztuczki, na co knucie! Wystarczy Nadimowi podesłać panienkę i już całą ostrożność diabli biorą!
-Amir! Amir!- usłyszał wołanie towarzysza, ale nie odwrócił się nawet, a wręcz przyspieszył kroku. Potomek wilków dogonił go, idąc tuż obok niego- Jesteś z siebie zadowolony?- rzucił, rozgniewany- Nie mogłem jej znaleźć, nie wiem, gdzie zniknęła.
-Całe szczęście.
-Ona mogła nam pomóc!
-Albo poważnie zaszkodzić.
-Jaki masz znowu problem?
Amir zatrzymał się gwałtownie.
-Chcesz wiedzieć, jaki mam problem?!- warknął, zdenerwowany- Mam problem z tobą! Gdyby na jej miejscu stał facet, dwa razy zastanowiłbyś się nad tym, co wyrabiasz i doskonale byś rozumiał, o co mi chodzi! Ale to jest kobieta, a ty na widok kobiety tracisz rozum!
-O czym ty w ogóle mówisz?!- prychnął bez zrozumienia Nadim- Wiedziała, gdzie są kryształy!
-Tak...?- mężczyzna uśmiechnął się drwiąco- Dziwne, że przypomniała sobie o tym dopiero, gdy je zobaczyła. A może raczej dopiero, gdy jej o nich wypaplałeś!
-Może trzeba było chociaż wysłuchać, co ma do powiedzenia!
-Ciekawe po co?
-Bo mamy zebrać wszystkie kryształy!
-No właśnie Mamy zebrać kryształy, a nie romansować z jakimiś panienkami- odparł lodowato Amir- Mam wrażenie, że coraz częściej o tym zapominasz.
Nadim parsknął tylko, kręcąc głową.
-W ogóle nie rozumiem, o co ci chodzi- stwierdził.- Przyszła tutaj, może chciała się odwdzięczyć za odnalezienie psa...
-... Och, rzeczywiście! Że też na to nie wpadłem!...
-... a ty zacząłeś zachowywać się jak kretyn! Nie miałeś żadnych podstaw, żeby jej chociażby nie wysłuchać!
-Nie miałem?- Amir udał zdumienie- Hm... Zastanówmy się chwilę... Pojawia się tutaj jakaś panienka, nie wiadomo skąd, a zgodzisz się ze mną, że nie wyglądała raczej na zbłąkanego wędrowca i od razu oferuje nam swoją pomoc. Uważasz, że to normalne?
-A dlaczego miałaby mieć złe zamiary?- nie rozumiał wciąż potomek wilków.
Amir warknął coś gniewnie pod nosem.
-Ponieważ, psie...- wycedził w końcu przez zęby, siląc się na spokój- … o czym powinieneś wiedzieć najlepiej, ludzie nie zawsze mają dobre zamiary, a śmiem twierdzić, że przez te kilka minut nie poznałeś jej jeszcze na tyle dobrze, by wiedzieć, o co jej chodzi. Zresztą, nawet nie wiemy czy była człowiekiem...
Nadim prychnął z oburzenia.
-Ach, tak...- odparł kwaśno- Więc o to chodzi.
-O co chodzi...?- zapytał Amir, zbity z tropu.
-Jesteś uprzedzony!- krzyknął jego towarzysz, dezorientując go jeszcze bardziej- Jeśli to człowiek, to owszem, można mu wierzyć, ale jeśli potomek wilków albo... albo jakaś leśna nimfa to...
-Leśna nimfa!- mężczyzna wybuchnął gromkim śmiechem- A to dopiero! Masz niezłą fantazję, psie, doprawdy! Leśna nimfa! Lepiej módl się do tego twojego boga, żeby rzeczywiście tak było, bo jak na moje oko, to z lasami miała ona niewiele wspólnego!
-Nie zmieniaj tematu!- warknął Nadim- Przez ciebie mogliśmy stracić szansę na odnalezienie kolejnego fragmentu!
-Albo ocaliłem nam życie, ale to jak widać nie przyszło ci do głowy, o jaśnie nie-uprzedzony psie- odparł ironicznie Amir.
-A w jaki niby sposób twoje zachowanie miało ocalić nam życie?!- parsknął z niedowierzaniem potomek wilków- Może mi to wreszcie wyjaśnisz, co?
-Bardzo chętnie- warknął Amir, przez chwilę rozważając najskuteczniejszą metodę wyjaśniania – za pomocą pięści. W końcu jednak opanował się i zaczął- Pomyśl przez chwilę, psie... Wiem, że jest ci trudno, bo twoją główkę zaprząta teraz raczej jakaś leśna nimfa, ale mimo wszystko postaraj się...- uśmiechnął się drwiąco- To ty wierzysz w powrót tego demona. Więc, logicznie rzecz biorąc, to ty powinieneś kierować się większą ostrożnością, czyż nie? Bo w końcu ten demon chyba będzie się starał nas jakoś powstrzymać prawda...? Mamy już trzy fragmenty. Nie jeden, nie dwa, więc chyba trudno uznać, że wpadły nam w ręce przez przypadek. W dodatku jesteśmy wybrańcami. Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że pradawna, potężna istota, jest na tyle durna, by nie zorientować się, że ktoś szuka fragmentów albo nie próbować zebrać ich samodzielnie? A tak właściwie, to gdzie jest ten cały demon, co?- zapytał otwarcie.
-Co masz na myśli...?
-Chyba powinien nam jakoś dać o sobie znać, nie sądzisz...? W końcu obudził się po tak długim czasie i póki co, jego numerem popisowym było zaćmienie słońca, którym, jak sądzę, chciał dać nam znak, że żyje- zironizował- A teraz nic, cisza. Ani zaćmienia, ani deszczy, ani gromów, niczego. Naprawdę się nami nie przejmuje? Jeszcze się nie zorientował, że zapewne ktoś będzie chciał go powstrzymać? Czym jest tak bardzo zajęty, co? Uciął sobie drzemkę, popija herbatkę z twoim bogiem, który jest wszystkim...?
-Co ty w ogóle wygadujesz...- Nadim pokręcił głową, wpatrując się w niego z rozczarowaniem.
-Mówię prawdę- odparł szorstko mężczyzna- Ten demon to jedna wielka bajka, nikt w niego nie wierzy, nawet ty sam, bo wtedy zachowywałbyś się trochę bardziej odpowiedzialnie.
-Od samego początku wiedziałem, że tak będzie...- potomek wilków cofnął się nieco.
-Jak będzie?
-Jesteś uprzedzony, małostkowy, brak ci wiary w cokolwiek!- wybuchnął Nadim- Sądziłem, że nasza współpraca będzie niemożliwa i jak widać, wcale się nie pomyliłem!
-Więc trzeba sobie było znaleźć innego współpracownika!- odparł z wściekłością Amir- Och, wybacz, zapomniałem! Przecież jestem „wybrańcem”! Co w wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej tyle, że byłem jedynym człowiekiem, który mimo braku wiary w te wszystkie bzdury, które wygadujecie, był gotów dla świętego spokoju zareagować!
-Posłuchaj mnie uważnie...- wycedził przez zęby Nadim, przysuwając się do niego- Nie musisz mnie lubić, nie musisz mnie nawet szanować, nie musisz wierzyć w demona ani rozumieć tego, w czym uczestniczysz. Ale nie wchodź mi w drogę. Bo dla mnie, to coś więcej niż tylko brednie i zabawa. I jeżeli nie chcesz, wcale nie musisz ze mną współpracować.
-Świetnie- odparł szorstko Amir.
-Świetnie!- prychnął Nadim.
Obaj rozeszli się w dwie różne strony, Nadim w kierunku lasu, Amir wzdłuż rzeki.
I obu dopadło uczucie przygnębienia, które przesłaniane chwilowo przez gniew, jeszcze nie dało o sobie znać.

Leżeli obaj zwróceni do siebie plecami, przyciśnięci kurczowo do przeciwnych końców namiotu, chcąc uniknąć chociażby przypadkowego dotknięcia. Pomiędzy nimi leżał zmięty koc, którego żaden z nich nie ruszył, jakby w obawie, że ten drugi będzie sobie rościł do niego pretensje. I chociaż była już późna noc – żaden z nich nie spał.
Amir nie potrafił zmrużyć oka. Rozdrażniony do granic możliwości, czekał chociaż na jedno słowo potomka wilków, a każda kolejna minuta ciszy doprowadzała go do szału. I sam już otwierał usta, chcąc rzucić jakieś przekleństwo czy obelgę w kierunku towarzysza, ale zaraz powstrzymywał się przed tym, jak gdyby miało być to kapitulacją, jego porażką. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego zaistniała sytuacja denerwuje go tak bardzo. W końcu jako człowiek kłótliwy i dość pamiętliwy, przyzwyczajony już było do naprawdę poważnych sporów, w dodatku zakończonych niekiedy zerwaniem stosunków z jegomościem, czasem nawet dobrym znajomym, który pozwolił sobie na coś niedopuszczalnego. Teraz chodziło jednak o psa. I o spór, który można by określić mianem dziecinnego niemalże. Nawet, jeśli nie będzie się odzywał, cóż z tego? Czy to im do czegoś potrzebne? Przynajmniej Amir nie będzie musiał wysłuchiwać tych bredni, bajek, opowieści, potępiających słów względem własnej rasy i pełnych zachwytu względem potomków wilków. A więc same pozytywy! Odpocznie trochę od niego, nie będzie później rozpamiętywał tego, co usłyszał, może będzie nieco bardziej samotny, ale żadna strata! I chociaż nieustannie powtarzał to sobie w myślach, uczucie poirytowania wciąż go nie opuszczało.
-Psie...- zaczął w końcu powoli, a w tych okolicznościach, wiele kosztowało go odezwanie się pierwszemu.
-Hm...?- usłyszał cichy pomruk towarzysza.
-Śpisz?
I tak wiedział, że ten przez równie długi czas nie zmrużył oka. Za dobrze znał potomka wilków i jego zachowania, by nie zdawać sobie z tego sprawy.
-Nie...- padła ostrożna odpowiedź, ale w głosie Nadima nie dało się już wyczuć ani gniewu ani zdenerwowania.
Amir milczał długą chwilę, znowu walcząc ze samym sobą, o każde słowo, które cisnęło mu się na usta. A pomysłów miał bardzo wiele, od zwykłych przeprosin, które wydawały mu się jednak nie do przełknięcia, aż po wszczęcie kolejnego, równie bezowocnego sporu. Żadna z opcji mu się nie podobała i nie potrafił ich ze sobą pogodzić.
-Pomyślałem sobie...- zaczął więc z wahaniem- Pomyślałem sobie, że mógłbyś mi opowiedzieć o Fortisie...
Usłyszał, jak potomek wilków przewraca się na drugi bok. Zrobił dokładnie to samo i na twarzy towarzysza zobaczył zdumienie.
-O Fortisie...?- powtórzył Nadim.
-Mhm... Doszedłem do wniosku, że... że może... może łatwiej będzie mi uwierzyć, jeśli usłyszę, o co dokładnie chodziło...- odkaszlnął z zażenowaniem.
Potomek wilków parsknął z niedowierzaniem.
-Naprawdę nie znasz tej historii...?
-Obiła mi się o uszy- odpowiedział zgodnie z prawdą mężczyzna- Ale chyba zdążyłeś zauważyć, psie, że bajki nieszczególnie mnie interesują...
Cóż, może gdyby wiedział, jak szybko okaże się, że mają wpływ na jego życie, interesowałby się nimi bardziej.
-Zauważyłem...- potwierdził z rozbawieniem Nadim. Milczał przez chwilę, jakby zastanawiał się od czego zacząć- Więc... Hm... Myślę, że powinieneś przede wszystkim zdawać sobie sprawę z tego, jak wyglądał wtedy nasz świat. Bo nie wszystko było takie, jak teraz... Nie byliśmy wtedy jednym plemieniem- przyznał cicho, jakby ze wstydem- Można by więc powiedzieć, że jedynym dobrym skutkiem waszej inwazji było nasze zjednoczenie...- dodał, uśmiechając się ironicznie- W każdym razie, każda osada miała swoje własne sprawy, swoje interesy... Jedne były silniejsze i bardziej wpływowe, inne słabsze... Niektóre posiadały własną armię, wojowników, ale zazwyczaj służyli oni wyłącznie demonstracji siły. Wojny, czy też raczej walki, jakie toczyły się pomiędzy plemionami nie miały na celu podboju nowych ziem czy zwiększania wpływów. To był najczęściej pokaz potęgi i nic więcej. W rzeczywistości panował wtedy niemalże zupełny pokój. Fortis żył w nadmorskiej osadzie, bardzo niewielkiej i spokojnej. I chociaż w pozostałych miejscowościach, potomkowie wilków mieli z ludźmi niewiele wspólnego, mieszkańcy tej osady dobrze ich znali. Ludzie przypływali łodziami, by z nimi handlować, czasem zatrzymywali się na dłużej. Nie było między nimi większych konfliktów.
Amir skinął głową w milczeniu. Dobrze słuchało się ściszonego lekko głosu Nadima i patrzyło się na jego skupioną twarz.
-Fortis miał dwadzieścia lat, gdy musiał stanąć twarzą w twarz z własnym przeznaczeniem. Od zawsze wykazywał się niezwykłą wprost odwagą i nadmierną śmiałością, którą ówcześnie żyjący z chęcią mu wypominali...- Nadim uśmiechnął się lekko- Nie był wojownikiem. Zajmował się polowaniem, całe dnie spędzał w lesie, oddalonym nieco od osady. Walczyć jednak lubił. Pojedynkował się niekiedy, często o względy pań, a właściwie jednej... Co do której tożsamości nie ma jasności, ale podobno rzeczywiście istniała...- Amir parsknął cicho. No tak. Historia bez wątku miłosnego była historią straconą. Okropieństwo.- W każdym razie, wtedy pewnie nic jeszcze nie wskazywało na to, że stanie się największą i najważniejszą postacią w całej naszej historii. W dniu, w którym to wszystko się zaczęło, zasiedział się w lesie. Wrócił dopiero pod wieczór i już z dala dostrzegł trzy ogromne statki, stojące przy brzegu. Nie był to codzienny widok, potomkowie wilków nie budowali tego rodzaju machin, do łowienia ryb wystarczały im nieduże łódki, a i tych było niewiele. Fortis dotarł do osady i... Dostrzegł coś, co zapewne dręczyło go w snach już do końca życia. Zwłoki swojej rodziny i przyjaciół, znajomych i bliskich... To była mała miejscowość. Znał właściwie wszystkich, którzy tam mieszkali. I poznał także oprawców. Jak później twierdził, nigdy nie widział równie potężnej i ogromnej armii... Chociaż wynikało to zapewne z tego, że nigdy wcześniej nie widział żadnej. Potem okazało się, że starły się ze sobą oddziały jeszcze potężniejsze niż te, które wtedy spotkał. Dostrzegło go kilku żołnierzy. Fortis zaczął uciekać i udało mu się to. Gdy dostał się bowiem do lasu, nikt nie był w stanie go dogonić ani odnaleźć. Znał to miejsce lepiej niż ktokolwiek inny, a ludzie, nieprzyzwyczajeni do tego rodzaju warunków, zagubili się albo wrócili na zdobyte nadbrzeże. Fortis dotarł do najbliższej osady i powiedział przywódcy o tym, co się wydarzyło. Później zawędrował do kolejnej i jeszcze jednej, i jeszcze... Wszyscy jednak reagowali dokładnie tak samo. Albo nie wierzyli w jego opowieści o potędze najeźdźców albo uznawali, że to wyłączna sprawa ich sąsiadów i że im to nie zagraża. Potomkowie wilków, przyzwyczajeni do pokoju, nie potrafili ani zrozumieć, ani nawet wyobrazić sobie, by ktokolwiek mógł go rzeczywiście zakłócić. Szybko jednak przyszło im zmierzyć się z rzeczywistością.
-Czy mógłbyś... przejść do sedna, proszę...?- ponaglił go Amir, nie kryjąc znudzenia.
Nadim spojrzał na niego z politowaniem.
-Chciałeś opowieści czy suchych faktów?
-Nie sądzę, żeby w tej sprawie istniały jakiekolwiek „suche fakty”, więc kontynuuj- odpowiedział z cichym westchnieniem Amir.
Potomek wilków uśmiechnął się i mówił dalej.
-W końcu Fortis dotarł do samego centrum. Do największej miejscowości jaka wtedy istniała, najpotężniejszej, najbardziej rozwiniętej, posiadającej własną armię i mającej wpływ na to, co się dookoła działo. I stanął przed jej przywódcą, słynącym ze swej inteligencji i bardzo starym.
-Tak bardzo jak Canis?- wtrącił mężczyzna.
-Nie bądź przykry...- rzucił ostrzegawczo potomek wilków.
-Nie zamierzam. Chcę tylko wiedzieć, jak bardzo był stary.
-Bardzo.
-To znaczy ile miał lat?
Nadim westchnął ciężko ze zniecierpliwieniem.
-Nie wiem. To ma jakiekolwiek znaczenie?
-No cóż... Jeżeli trudno ustalić, ile lat miał przywódca największej osady, za to wiesz dokładnie, że pierwszą rzeczą, jaką zobaczył Fortis były statki ludzi to...
-To jest opowieść, w porządku?- przerwał mu Nadim z cieniem irytacji- Chcesz ją usłyszeć czy nie?
Amir pokiwał jedynie głową, nie chcąc kontynuować sporu.
-Pojawienie się Fortisa zbiegło się w czasie z kolejnymi najazdami ludzi. Przesuwali się w głąb kontynentu, podbijając na swojej drodze każdą osadę, jaką napotkali. Rozmowa z przywódcą wydawała się najbardziej rozsądnym rozwiązaniem, miał bowiem wpływ właściwie na wszystko, co działo się wtedy w naszym świecie i żadna poważna decyzja nie mogła zostać podjęta bez jego wiedzy i zgody. On uwierzył w słowa Fortisa, zignorował jednak jego prośby o wysłanie pomocy zagrożonym miejscowościom. Rozstawił wojowników na granicach własnej osady, uznając, że jej bezpieczeństwo jest najważniejsze. Fortis pozostał na miejscu, chcąc obserwować rozwój sytuacji. Tej nocy miał sen, w którym widział, jak ludzie mordują w sposób niezwykle okrutny całe rzesze jego pobratymców. Na drugi dzień powiedział o tym przywódcy, ale ten już wcześniej zadecydował o zmianie zdania. Odpowiedział na prośby czterech, równie wielkich osad, podzielił ogromne wojsko na cztery oddziały i wysłał każdy z nich do innej miejscowości. Fortis dołączył wtedy do nich i pojechał na południe. Ale nawet najbardziej liczna armia nie miałaby szans w starciu z ludźmi. Potomkowie wilków nie byli wyszkoleni ani przyzwyczajeni do walki, w przeciwieństwie do ludzi, posiadających jeszcze lepsze wyposażenie, lepszą broń. W dodatku nie potomkowie wilków nie mieli żadnego dowódcy. Na polach bitew panował zupełny chaos. Część wojowników rozpierzchła się jeszcze przed pierwszym uderzeniem. Niemalże wszystkie oddziały zostały natychmiast rozgromione, prócz tego, w którym znajdował się Fortis. Sam wysunął się na przywództwo i dowodził swoimi towarzyszami. Zmusił ludzi do walki na terenach, których nie znali i na których nie potrafili się poruszać. Odnosił coraz większe sukcesy, ale ludzi ciągle przybywało. Wobec tego musiał wycofać się z powrotem do centrum, ratując jednak dużą część okolicznej ludności i przyprowadzając ją ze sobą. Ta natychmiast okrzyknęła go mianem bohatera, a wieść o jego sukcesach rozprzestrzeniała się szybko i obrastała niemalże w legendy.
-Widzę...- mruknął sceptycznie Amir.
Nadim zignorował to i mówił dalej.
-W każdym razie został uznany za dowódcę wojska, teraz już dużo mniejszego, bo pozostałe oddziały poniosły klęskę. Wobec tego, przywódca osady, zwykłej ludności ogłosił najpierw jedynie możliwość zgłoszenia się do wojska, ale potomkowie wilków wcale nie chcieli walczyć i zdecydowała się na to jedynie garstka. A gdy tak się stało, zmusił wszystkich mężczyzn i chłopców do tego, by przyłączyli się do armii pod dowództwem Fortisa. Armia znowu stała się potężna pod względem liczby, ale wciąż równie słaba pod względem wyszkolenia i gotowości do walki. Spośród tych wszystkich „wojowników”, Fortis wybrał sobie pięćdziesięciu. A byli to najsilniejsi i najodważniejsi wojownicy, jacy chodzili po tym świecie i jacy już nigdy się nie narodzą...- Amir znowu westchnął cichutko, w formie ledwie słyszalnego protestu. Jako człowiek z natury sceptyczny, otrzymywał za mało dowodów, a za dużo opowiastek o wątpliwej wiarygodności- Tak czy inaczej, chciał zastosować swoją strategię, chciał walczyć z ludźmi. Jednak przywódca osady sprzeciwiał się temu mocno, wracając do swoich wcześniejszych obaw. Wojska ludzi były blisko. Chciał mieć armię przy sobie. Fortis protestował przeciwko temu, prowadził z nim bezowocne spory, starał mu się wyjaśnić, że pokonanie ludzi w otwartym starciu będzie niemożliwe, ale starzec pozostawał nieugięty. Gdy wracał do domu, rozczarowanemu i wściekłemu, Fortisowi ukazała się pewna postać, którą opisał później swoim towarzyszą jako „kobietę o twarzy potwora”- Nadim uśmiechnął się lekko- Powiedziała mu, że nie ma przyszłości dla jego narodu. I chociaż zniknęła niczym mara, złudzenie, Fortis potraktował to jako wróżbę. Następnego dnia, ostatni raz zdecydował się na rozmowę ze starcem. A gdy ten po raz kolejny wyraził protest wobec jego planów, Fortis nie zważając na tę decyzję, zbuntował się i wraz z całym oddziałem opuścił osadę. Jej przywódca cieszył się dużym szacunkiem, więc decyzja Fortisa spotkała się początkowo z ostrym sprzeciwem społeczeństwa, w któremu w dodatku wmówiono, że zostało pozostawione bez żadnej pomocy i wsparcia. Fortis jednak miał plan i działał dokładnie tak, jak zamierzał. Pozwolił ludziom przedostawać się dalej i zajmować kolejne osady, a sam, z niewielkimi oddziałami, przemykał się na ich tyły i dopiero wtedy atakował. Spalone zostały ich statki, ich obozowiska zniszczone. I chociaż ludzie wciąż przypływali, zaczynało brakować im pożywienia i zapasów broni. Prędzej czy później, zmuszało ich to do odwrotu, do ponownego zdobywania tego, co wcześniej było w ich posiadaniu, a co zdobyli na powrót potomkowie wilków. Centrum było bezpieczne. Fortis zaczął szykować się do większego ataku, ale wtedy nastąpiło coś, czego się nie spodziewał. Do armii przedostały się informacje, że dowódca realizował swoje plany wbrew woli przywódcy centrum. Część wojowników zbuntowała się i uciekła. Wszyscy zostali jednak schwytani i przykładnie ukarani śmiercią.
-Przykładnie ukarani śmiercią...- Amir parsknął śmiechem- To dopiero łaska...
-Czy wy nie robicie dokładnie tego samego?- przerwał mu ostro Nadim.
-Ale my jesteśmy przecież według was barbarzyńcami i okrutnikami, więc nam wolno więcej- stwierdził obojętnie, wzruszywszy ramionami. Obrońcy moralności powinni zachowywać się nieskazitelnie, czyż nie?
-W każdym razie, starcia z ludźmi, zaowocowały czymś jeszcze. Przywieźli oni ze sobą na kontynent choroby, z którymi potomkowie wilków nigdy wcześniej się nie zetknęli i które stały się przyczyną ich porażki. Zachorowała część wojowników Fortisa, a gdy minął tydzień – nie ostał się nawet jeden. Dowódca został sam, z garstką swoich pobratymców, którzy nie mogli mu jednak pomóc. Sam ułożył ciała swoich pięćdziesięciu wojowników w lesie, jedno obok drugiego, jakby już przeczuwał, co się wydarzy. Pozostałe, kazał zakopać. Wydawało się, że porażka jest nieunikniona, zrozpaczony Fortis nie zamierzał jednak wracać. Chciał stanąć twarzą w twarz z armią ludzi i zginąć, jeśli to było jego przeznaczeniem. Ale los chciał inaczej. Tej nocy, odwiedziła go istota, co do której wyglądu nikt właściwie nie ma żadnych informacji... Fortis przeraził się jej i chwycił za miecz, ale miecz zamienił się w popioły. Istota przywitała się z nim, ukłoniła nisko i powiedziała, że jest w stanie mu pomóc. Obiecała mu zwycięstwo w walce i ocalenie swojego narodu. Fortis nie był jednak głupcem. Pytał o konsekwencje decyzji, którą miał podjąć i o jej skutki, a gdy istota zaprzeczała wciąż, jakoby chciała czegoś w zamian, podejrzliwy dowódca zażądał czegoś na dowód prawdziwości jej słów i deklaracji. To zaimponowało demonowi, który ujawnił przed Fortisem swoją rzeczywistą postać. Ani człowiek, ani żadna inna istota, nie ośmieliła się bowiem stawiać mu jakichkolwiek warunków, a wręcz kuszona obietnicą spełnienia swoich marzeń, przestawała myśleć o tym, jaka będzie ich cena. Demon, jako żądany dowód, stworzył kryształ, który stał się jednak czymś znacznie więcej. Pradawna istota przelała w niego całą swoją moc. I ten klejnot właśnie stanowił połączenie pomiędzy nią a Fortisem. Fortis czerpał więc z niego potęgę, z jaką nie zetknął się wcześniej żaden człowiek czy potomek wilków, a demon, czerpał potęgę z samego Fortisa. Stali się nagle jakby jednym organizmem, połączonym tym właśnie kryształem, obaj potężniejsi niż kiedykolwiek wcześniej. Tej nocy, pięćdziesięciu najodważniejszych wojowników Fortisa, powstało, jak gdyby nigdy nie zginęli. I stanęło naprzeciw armii ludzi, którzy na widok garstki żołnierzy, wybuchnęli gromkim śmiechem. Gdy jednak okazało się, że wojowników nie można zabić ani nawet zranić, śmiech szybko przerodził się w panikę. Armia ludzi poniosła całkowitą klęskę i w kilka dni, dowódca wraz ze swym małym oddziałem, pozbyli się ich z całego kontynentu, oddając go z powrotem w ręce potomków wilków. I znowu Fortis wrócił do łask i znowu, stał się bohaterem. Przywódca centrum szybko zauważył w nim zagrożenie, ale Fortis wyczuł podstęp i zabił starca, nim ten jakkolwiek mu zaszkodził. Społeczeństwo nie szukało winnego. I chociaż Fortis z początku nie myślał nawet o władzy, naciskany zewsząd przez rozentuzjazmowanych rodaków, zgodził się w końcu na objęcie kontroli nad wszystkimi ziemiami potomków wilków. Tak rozpoczęło się nasze wielkie zjednoczenie. Fortis rządził początkowo dobrze, jego rodakom niczego nie brakowało. Dzięki swej mocy zapewnił im dobrobyt, z jakim nigdy wcześniej się nie spotkali. Ale początkowy zachwyt i wdzięczność minęły, jak to zwykle bywa. Niektórzy potomkowie wilków zaczęli głośno krytykować postępowanie Fortisa, poddawać pod wątpliwość jego moralność, podejrzewać o zbrodnię popełnioną na poprzednim przywódcy... Fortis, początkowo nie reagował na te obelgi, ale wkrótce, widząc, że skłania się ku nim coraz większa część społeczeństwa, a pozostali, łakną wciąż więcej i więcej, zaczął otwarcie mordować swoich przeciwników. Od tamtej chwili zaczęła się w nim przemiana, która z dnia na dzień czyniła go coraz bardziej okrutnym. Z czasem zaczął być podejrzliwy i zabijać nawet tych, którzy nie występowali przeciwko niemu w widoczny sposób. Przejął niemalże całkowitą kontrolę nad życiem obywateli, którzy po krótkotrwałym buncie, ucichli zupełnie, przerażeni potęgą, z jaką przyszło im się mierzyć. Jedynie nieśmiertelni wojownicy cieszyli się niemijającym wciąż szacunkiem i łaską dowódcy. W pełni oddani, wykonywali jego wszystkie rozkazy. Na naszych ziemiach zapanowały straszne czasy. I chociaż poddanym niczego z pozoru nie brakowało, wolność w rzeczywistości nie istniała. Fortis rósł w siłę. Widział wszystko, wszystko wiedział, z wszystkiego zdawał sobie sprawę... Nie było ani ucieczki ani możliwości uwolnienia się od jego rządów. Aż do momentu, gdy na kontynencie ponownie pojawili się ludzie.
Amir ułożył się wygodniej. Tę część opowieści lubił najbardziej.
-Mimo iż plotki o nieśmiertelnej, niepokonanej armii Fortisa dotarły do nich już dawno temu, zdecydowali się z nim zmierzyć. Plotki okazały się jednak prawdą. Fortis ze spokojem, a może wręcz radością, przyjął kolejną inwazję. Wraz ze swoją armią ruszył do ataku i zadawał swoim liczniejszym przeciwnikom skuteczne ciosy, uniemożliwiając im działanie i wzbudzając wśród nich popłoch. Na miejscu pozostali tylko najbardziej odważni i żądni sukcesów. Jeden z nich, wyzwał Fortisa na pojedynek. Nakazał mu zrezygnować z mocy, którą posiadał, zrezygnować z armii i by udowodnić swoją godność, walczyć z nim niczym równy z równym. Przekonany o swoim zwycięstwie Fortis, zgodził się na to. Rozpoczęła się walka, która rzeczywiście była starciem równego z równym. Ale człowiek męczył się coraz bardziej, a Fortis, mimo chwilowej rezygnacji ze swych szczególnych umiejętności, w ogóle nie czuł znużenia. Z chwili na chwilę stawał się coraz silniejszy i wydawało się, że pokona człowieka bez najmniejszego problemu, gdy ten nagle zamachnął się mieczem i... i ugodził w kryształ zawieszony na szyi legendarnego dowódcy. Ten pękł na dwie części i doprowadził do śmierci Fortisa i klęski jego armii. Doprowadził też do upadku demona, jak się okazało, ledwie chwilowego, bowiem ten, pozbawiony mocy, zapadł w sen.
-Widzisz, psie?- Amir uśmiechnął się z wyższością- Nawet wasze legendy mówią, że gdyby nie my, nadal żylibyście pod panowaniem tego tyrana...
-Co do tej części legendy nie ma akurat pewności...- rzucił ostrożnie Nadim- Niektórzy mówią, że to nie ludzie, ale potomkowie wilków, więc...
-Och, tak, jak zwykle...- przerwał mu z drwiną Amir, przewróciwszy oczyma- Jeżeli zrobimy coś złego, reagujecie natychmiast, ale jak uda nam się coś dobrego, staracie się nasze sukcesy przypisać sobie albo uznajecie je za nieistotne...
-Za to wy uważacie, że wasze pojedyncze sukcesy są w stanie zamazać zbrodnie i okrucieństwa, których się dopuszczaliście i oczekujecie nieustannej wdzięczności- odparował Nadim i jak zwykle wydawało się, że na tych odmiennych opiniach zakończy się ich dyskusja na ten temat- Tak czy inaczej, Fortis zginął. Potomkowie wilków wyzwolili się spod jego władzy. Dwie części kryształu usiłowali zniszczyć, ale udało im się tylko podzielić je na trzynaście fragmentów, które później ukryli. Ciało Fortisa, byli poddani, potraktowali z okrucieństwem. Zhańbione, zostawili na rozszarpanie dzikich zwierząt, nie chcąc organizować mu pochówku. Mniejsza część społeczeństwa zareagowała na to protestem. Byli to ci, którzy wspierali Fortisa i widzieli w nim jedyną nadzieję dla potomków wilków. Pod wpływem sporu, opuścili swój kraj i założyli osady zupełnie gdzieś indziej, czcząc zmarłego niczym boga. Pozostali, dopiero po kilku latach i przeżyciu kolejnych inwazji ludzi, którzy zaczęli przejmować kontrolę nad wszystkim, zdali sobie sprawę z tego, że ich postępowanie i ocena sytuacji nie mogło być obiektywne. Zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że Fortis był bohaterem.
-Bohaterem?!- powtórzył Amir, prychnąwszy z niedowierzaniem. Dobre sobie- Przecież mordował waszych!
-To był błąd.
-Świetnie, więc kiedy wasz... bohater...- wymówił to słowo z największą pogardą- … zabija was i dopuszcza się czynów, które potępiacie, jest to błąd, ale nasze działanie jest już okrucieństwem?
Nadim pokręcił głową w taki sposób, jakby zamierzał dać do zrozumienia swojemu towarzyszowi, że on i tak nie pojmie tak skomplikowanej i wielce złożonej kwestii.
-Fortis nas wybawił- stwierdził.
-Och, jasne...- odparł ironicznie mężczyzna- W takim razie możesz śmiało powiedzieć, że my też, idąc jego przykładem, „wybawialiśmy” was przez całe stulecia, z nieco mniejszą skutecznością, bo wybacz, nie mieliśmy za pomocnika demona...
-Posłuchaj mnie uważnie... Fortis dopuścił się czynów, które zasługują na potępienie, ale to było jedynie konsekwencją waszych działań... Gdyby nie wasze ataki, gdyby nie wasze okrucieństwo, wasze podstępy, Fortis nigdy by się na to nie zdecydował. Niezależnie od tego, jak postąpił i jakie decyzje podjął, jest największym bohaterem, jakiego kiedykolwiek mieliśmy.
-Jasne, że jest...- Amir uśmiechnął się kwaśno- Wiesz co, psie...?- potomek wilków spojrzał na niego pytająco- Nie znam się na waszych kategoriach określania tego, co jest bohaterstwem, a co nim nie jest... Może też nie zrozumiem waszej mentalności, waszej kultury ani waszego spojrzenia na świat, ale wiem jedno. Bohater, który by czynić dobro, potrzebuje pomocy zła, jest żadnym bohaterem. A bohater, który kolejne pokolenia skazuje na zmaganie się z tym, do czego sam doprowadził, nie zasługuje na to miano. Dobranoc.
I powiedziawszy to, odwrócił się na bok. Czekał jeszcze przez chwilę na ripostę potomka wilków, nie mając najmniejszej ochoty toczyć tej dyskusji, ale po dłuższym czasie usłyszał jedynie ciche:
-Dobranoc, Amir.

sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych Świąt

Chciałabym Wam złożyć serdecznie życzenia, dużo zdrowia, szczęścia, pomyślności, pieniędzy i nieco mniej schematycznie, dużo cierpliwości do mnie :). Zdaję sobie sprawę z tego, że oczekiwanie na niektóre opowiadania doprowadza wielu do bólu głowy, nie wiem, czy jestem w stanie obiecać poprawę, ale spróbuję :). W przyszłym tygodniu - tradycyjnie "Chaos", a później  postaram się wrócić do tych opowiadań, których dawno nie było - "Wyzwanie", "Theodore", "Gabriel". Nie wiem konkretnie za które.

Więc raz jeszcze wszystkiego najlepszego :*

Enjoy.

~~ 7 ~~ [Książę]

` Wszystko to, co widzisz
Zostało stworzone przeze mnie
Zbudowane moim strachem
Ustawione kosztem mojego cierpienia
Wszystko to, co widzisz
Zostało stworzone przeze mnie
Zamalowane kolorem nienawiści
Obleczone w materiał utkany z przerażenia
Wszystko to, co widzisz
Zostało stworzone przeze mnie
Grube mury z niezniszczalnego smutku
I samotna wieża chyląca się ku upadkowi
Wszystko to, co widzisz
Zostało stworzone przeze mnie.
Dlatego mnie już nie ma.
Ja nie istnieję.


Książę otworzył oczy. Leżał przez chwilę nieruchomo, przypominając sobie wydarzenia z wczorajszej nocy. Jego dłoń odruchowo niemalże wysunęła się w bok i opadła na prześcieradło. Opuszki palców potomka monarchy przemknęły się po ciepłym materiale, pamiętającym jeszcze ciało spoczywającego na nim mężczyzny. Książę zmarszczył brwi, podnosząc się do pozycji siedzącej i rozglądając dookoła, zbłąkanym wzrokiem. Zastanawiał się, gdzie zniknął Immriel. Opuścił go nad ranem, odszedł bezszelestnie, nie zbudziwszy następcy tronu żadnym gwałtowniejszym ruchem, żadnym nawet szmerem...? A może w ogóle go tu nie było? Może wszystko to, co teraz książę odtwarzał w swojej pamięci było w rzeczywistości tworem jego wyobraźni, skołatanego umysłu, który tak bardzo pragnął, by istniał ktokolwiek, kto byłby w stanie zdobyć się dla niego na najmniejsze choćby poświęcenie, kto byłby gotów być obok niego nie dla tego, że musiał, a dlatego, że chciał, kto byłby w stanie mówić mu te wszystkie rzeczy, nie plącząc się przy tym i nie łgając bezwstydnie. A jednak Immriel musiał tu być. W pomieszczeniu wciąż unosił się zapach ciała, który rozbudzał na nowo zmysły potomka monarchy. Książę czuł wciąż dotyk jego dłoni na swoim ciele. I słodkie dreszcze w okolicy podbrzusza.
A mimo tego, wczorajszy wieczór wydawał mu się niemalże niewiarygodny. A przecież wszystkie te słowa, które powtarzał na około w myślach, padły naprawdę. A przecież nie wymyślił sobie ani jego bliskości, ani szkarłatnych oczu spoglądających na niego w sposób, w jaki nikt jeszcze na niego nie patrzył. Nie wymyślił też sobie tej niezrozumiałej wprost śmiałości, na którą Immriel sobie pozwolił. A raczej na którą nikomu innemu nie pozwoliłby książę. Westchnął cicho. Cóż to był za człowiek! Nie znał dotąd nikogo, kto wzbudzałby w nim podobne emocje, podobne wątpliwości. Wydawało mu się zawsze, że ludźmi kierują proste mechanizmy, które znał doskonale i które potrafił wykorzystywać w taki sposób, by nimi manipulować. Tymczasem spotkał na swojej drodze jednostkę nie tyle wszelakim mechanizmom nie podporządkowaną, co wręcz stanowiącą ich zaprzeczenie. I książę stał się nagle całkowicie bezbronny, bezradny, chociaż przecież miał nad nim całkowitą władzę, przecież mógł uczynić z nim co tylko zechciał.
A może wcale nie mógł...? Immriel posiadał coś, o czym następca tronu nie miał pojęcia. Immriel był wolny. Nawet tutaj, nawet zamknięty w tym zamku, nawet wtedy, na targu niewolników, gdy był trzymany w kajdanach i bity – był wolny. Ta wolność tkwiła w jego umyśle i sprawiała, że stawał się tak różny, tak inny od wszystkich dookoła. Nie wyzbył się jej, nie zaprzedał nigdy, nie wymienił za podrzędne dobra. A książę...? Jego wolność była pozorna i zdawać się mogło, że w rzeczywistości została mu odebrana z chwilą narodzin. Cóż z tego, że rzekomo,mógł robić wszystko, skoro to „wszystko” i tak ograniczone było przez pewne normy, pewne zasady, które wpajano mu od zawsze...?
Drzwi uchyliły się leciutko. Potomek monarchy podniósł wzrok, a jego serce zabiło na chwilę szybciej, aż do momentu, gdy dostrzegł przed sobą Amona.
-Witaj, książę...- sługa skłonił się przez nim pokornie, z wypracowanym uśmiechem, nim wszedł do środka. Książę nie odpowiedział, przyglądając mu się z uwagą. A oto pojawił ten będący niczym więcej, jak tylko podrzędnym insektem, ten, który zaprzedałby duszę, w zamian za najbłahsze i najbardziej żałosne korzyści, który bał się nawet własnego cienia i nie potrafił mówić głośno, a jedynie szeptać nędznie słowa, których znaczenia nigdy nie pojmował- Wstałeś już, najdroższy książę...? Przygotuję ci strój- poinformował go jak zawsze, równie płochliwie, równie przymilnym, fałszywym głosem.
Potomek monarchy wciąż milczał. I chociaż wodził za krzątającym się nerwowo niewolnikiem uważnym spojrzeniem, ledwie zdawał sobie sprawę z tego, co ten robi, rozmyślając o czymś zupełnie innym i dalekim.
Jak wiele łączyło go z tymi, których darzył największą pogardą...?
Amon był niewolnikiem pewnego systemu.
Książę – niewolnikiem swojego koszmaru.
Amon był zniewolony przez człowieka.
Książę – przez szaleńczą myśl, potworne pragnienie, które zrodziło się w jego głowie i nie dawało mu spokoju.
Amon wreszcie, był niewolnikiem swojego własnego strachu, systemu wartości, który stawiał na piedestale życie, a nie honor czy poczucie godności.
Książę – niewolnikiem skrajnych uczuć i emocji, które najpierw wywoływały w nim nienawiść i chęć działania, by jednak zatrzymać go ostatecznie, obarczyć piętnem lęku i wątpliwości, których nie dało się przezwyciężyć.
Może teraz coś mogło się zmienić. Teraz był w końcu Immriel. A w jaki sposób „był”...? Wczoraj przekroczyli obaj granicę, która wcześniej wydawała się być niemożliwą do przekroczenia. Nie tylko granicę oddzielająca pana od niewolnika, ale granicę pewnej intymności, bliskości, po której wszystko stało się tak oczywiste i jasne, że aż przytłaczające. Coś się między nimi pojawiło, rozkwitło powoli, bez świadomości księcia i związało ich ze sobą w sposób trudny do wyjaśnienia. I tym czymś nie było pożądanie.
-Książę...?- Amon wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem, przygotowawszy już dzisiejszy strój przyszłego monarchy.
-Zostaw- mruknął tylko machinalnie następca tronu- Ubiorę się sam.
Niewolnik wbił w niego pełne zdumienia spojrzenie, ale nie pozwalając sobie na żaden komentarz czy pytanie, skłonił się przed swoim panem nisko, podziękował pokornie i ruszył do wyjścia. Zatrzymał się jeszcze na chwilę, w otwartych drzwiach i wydawało się, że czekał z tą informacją właśnie na moment, gdy będzie wychodził. Zresztą dokładnie tak jak zawsze.
-Twój ojciec wrócił, książę...- poinformował z wymuszonym uśmiechem.
Potomek monarchy zamarł na krótką chwilę, jakby nie wierząc w to, co słyszy.
-J... Jak to...? Tak szybko...?- wyjąkał nieporadnie. Rzadko pozwalał sobie na podobne ukazanie słabości i bezradności. Tym razem był jednak zupełnie zaskoczony. Zdawało się, że przez to wszystko, co się wydarzyło, na chwilę zapomniał o tym zupełnie.
-Szybko, książę...?- wargi Amona wykrzywiły się znowu w uśmiechopodobnym grymasie.
Następca tronu opanował się bardzo szybko. Już po chwili na jego twarz wstąpił wyraz wypracowanej dokładnie obojętności, chłodu. I chociaż wszystkie mięśnie jego ciała napięły się gwałtownie, jakby szykował się do ataku, czy może raczej ucieczki, i chociaż jego serce zaczęło bić szybciej, a w głowie szalała gonitwa chaotycznych myśli, nie dał tego po sobie poznać w żaden sposób. Kamiennym, lodowatym wzrokiem, spoglądał na swojego sługę, a ten skłonił mu się szybko i odszedł natychmiast, zamykając za sobą drzwi.
Książę został sam, sam ze swoim lękiem i swoimi rozmyślaniami, zupełnie tak jak zawsze. A więc wrócił...? Ha! Pusty śmiech wydobył się z warg następcy tronu, śmiech podobny śmiechowi obłąkanych. Jego oczy wypełniły się łzami, ale śmiał się nadal, śmiał się z własnej naiwności, z własnej wiary w coś, co nigdy nie miało szans na spełnienie, śmiał się z tej fascynacji, którą darzył Immriela, a która w gruncie rzeczy nie miała najmniejszego znaczenia, jak wszystko, co robił i czuł. I śmiał się tak długo, aż wreszcie nie potrafił nawet złapać oddechu, a łzy paliły go coraz mocniej i w końcu pociekły po policzkach. Otarł je jednak prędko i uspokoiwszy się wreszcie, wstał.
Ubrał się niedbale i niechętnie. Dopadło go zwyczajowe uczucie zobojętnienia na wszystko, poczucie, że każde jego najmniejsze działanie sprowadza się do absurdu. Nie wiedział, czemu wyszedł ze swojej komnaty, nie wiedział, z jakiej przyczyny, snuł się długo zamkowymi korytarzami. I wreszcie, nie wiedział, czemu po kilku godzinach skierował swoje kroki na arenę, chociaż nie prosił Immriela o przybycie, nie umawiał się z nim na konkretną porę, nie uprzedzał...
Ale ledwie dotarł na miejsce, a dostrzegł ciemnowłosego siedzącego na piasku i spoglądającego w stronę wejścia. Czekał na niego. Długo, może nawet od samego rana. Na widok księcia podniósł się na nogi i z pogodnym uśmiechem oczekiwał, aż ten do niego podejdzie. Książę zmierzał w jego kierunku krokiem chwiejnym i niepewnym, jakby rozważał jeszcze możliwość odwrócenia się i odejścia, ale w rzeczywistości nie rozważał już niczego. Pustka, pustka i nic więcej. Dokładnie tak, jak zawsze.
Zatrzymał się przed mężczyzną, wpatrując się w niego w milczeniu. Immriel uśmiechnął się do niego raz jeszcze. Było jasne, że to spotkanie nie miało być ich kolejną lekcją. Nie przygotował żadnej broni, niczego. Wydawało mu się, że umówił się na schadzkę z królewskim synem...? Na twarzy księcia pojawił się nieprzyjemny grymas. A to dopiero!
Niewolnik wyciągnął dłoń i dotknął delikatnie policzka potomka monarchy, po czym zsunął dłoń na jego ramię. Następca tronu nie ruszał się przez chwilę, nie wiedząc dokładnie, jak powinien się zachować. Śmiałość Immriela, jego gesty, jego uśmiech, spojrzenie, dezorientowały go, gubiły. A w tym momencie stały się wręcz niewygodne. Zaburzały samotność księcia, którą sam, po raz kolejny sobie narzucił. Odsunął się mimowolnie.
-Coś się stało... książę?- ciemnowłosy spojrzał na niego pytająco.
-Nie- odparł cicho następca tronu.
Szkarłatne oczy niewolnika mierzyły go badawczym spojrzeniem. Zbliżył się do następcy tronu ponownie, ale ten cofnął się po raz kolejny. Nie miał pojęcia, po co tu przyszedł.
-Co się stało?- zapytał tym razem otwarcie mężczyzna.
-Nic- odpowiedział książę, spuszczając wzrok.
-Chodzi o to, co zdarzyło się wczorajszej nocy...?- w głosie mężczyzny pojawiły się wątpliwości.
Potomek monarchy milczał przez dłuższą chwilę, jakby się wahał, ale w końcu uniósł głowę i spoglądając wprost w niesamowite oczy swojego towarzysza, odparł leniwie i chłodno:
-Tak.
Widział, jak przez twarz niewolnika przemknął cień. Uczucie niechęci do samego siebie i gorzkiej satysfakcji zmieszały się w następcy tronu gwałtownie. Chciał mu sprawić przykrość...? Urazić go? Zranić? A może tylko zobaczyć jego reakcję? Właściwie nawet nie był w stanie określić celu ani sensu swoich słów. Ot, powrócił nagle do zabawy ludźmi i ich emocjami. Zresztą... Czy Immriel nie robił z nim dokładnie tego samego...?
-Wybacz, książę...- głos niewolnika pobrzmiewał równie spokojnie co zwyczaj, ale w sposób niezwykle chłodny- To się już więcej nie powtórzy.
-Mam nadzieję- padła ze strony następcy tronu krótka odpowiedź.
Spoglądali na siebie obaj w milczeniu, zupełnie bezradni. Immriel bezradny w swej nieświadomości, książę – w swej nienawiści do samego siebie.
-Pójdę po broń...- rzucił cicho niewolnik.
Usta księcia wygięły się w pogardliwym uśmiechu. I nie czekając na ani jedno słowo mężczyzny, odwrócił się na pięcie i odszedł.

Książę przeszedł się po sypialni. Niespiesznym ruchem zasłonił okna, a następnie wsunął się pod kołdrę i po chwili wahania, zgasił stojącą nieopodal łóżka świeczkę, realizując swój wieczorny rytuał, który kończył się zazwyczaj dokładnie tak samo. Jego ciało automatycznie ułożyło się na boku, skuliło się, osłoniło szczelniej kołdrą. Dłonie machinalnie zacisnęły się mocno, paznokcie wbijały się głęboko w skórę, raniąc ją. Zamknięte oczy, przyspieszony oddech, bijące szaleńczo serce i zmysły wyostrzone do granic możliwości. Zdawało się księciu, że słyszy nawet głosy i śmiechy, dobiegające z oddali. Głosy szeptały jego imię, a śmiechy wykpiwały go otwarcie, drwiły z niego, cieszyły się jego katastrofą. I chociaż wszystko to rozgrywało się w jego głowie, książę miał wrażenie, że wokół odbywa się uczta, biesiada. I widział pod powiekami, Amona, Elijaha i wszystkich tych, służących jemu, jak siedzą razem w dużej sali, jak mówią o nim, jak radują się z jego stanu. Ich twarze były okropne, powykrzywiane w strasznych grymasach. Rysy twarzy zaostrzyły się gwałtownie, źrenice zwęziły, oczy zaczęły wyglądać niczym oczy węża. A pośrodku wszystkich tych obślizgłych, obrzydliwych ludzi, siedział Raphael. I głosem potwornym, zniekształconym, powtarzał wciąż: „Nie chcielibyśmy, by jedynemu potomkowi króla, stało się coś złego, prawda...? … Więc może źle wybrałeś swego prawdziwego pana...? … Dostaniesz wolność... Za dobrze poznałem was, wielkich panów, by wierzyć, że ten, który jest urodzony z królowej, jest lepszy od tego, którego urodziła niewolnica... Biedny, obłąkany książę!... Szaleństwo tkwi w tobie tak głęboko, że trudno przewidzieć, kiedy będziesz myślał racjonalnie, a kiedy twój skołatany umysł stworzy sobie jakąś potworną wizję i zechce wcielić ją w czyn... Szaleńcy kończą zawsze tak samo...”.
I niczym w malignie, zerwał się nagle z posłania i wybiegł z pomieszczenia. Ruszył pędem przed siebie, ścigany przez własne lęki, przywidzenia, własne słabości. Obijał się o obce ściany, które zdawały się go otaczać, kurczyć się wokół niego, zacieśniać, próbować go zamknąć, uwięzić. Słyszał dobiegające zza siebie głosy, jęki i wrzaski, przerażające, zbyt potworne, by odwrócić się i sprawdzić, czy w ogóle mogły istnieć. I niemalże widział w swej wyobraźni, jak mnogość bladych rąk, wyciąga się w jego kierunku i usiłuje go schwytać.
A więc demony księcia istniały jednak naprawdę...
I ledwie pamiętając drogę, dopadł wreszcie do tego oczekiwanego pokoju, wszedł do środka... I nagle wszystko ucichło. Zostało za zamkniętymi szczelnie drzwiami.
Książę usłyszał ciche skrzypnięcie i dostrzegł, jak Immriel unosi się na łokciach, spoglądając na niego. Stał nieruchomo, oczekując na słowa sługi, pełen obaw i niepewności, ale nie usłyszał zupełnie nic. W końcu, chwiejnym krokiem, dotarł do jego łóżka i usiadł na brzegu, wpatrując się w twarz mężczyzny, na której wykwitł delikatny uśmiech. Niewolnik przysunął się do niego powoli. Następca tronu chciał chyba coś powiedzieć, może nawet przeprosić za to, co wydarzyło się tego dnia, ale wszystkie słowa zamarły mu na ustach. Poczuł, jak Immriel dotyka jego twarzy, przesuwa kciukiem wzdłuż jego warg, nachyla się nieco... Otarł się o niego policzkiem, mimowolnie, drżący i spragniony jego bliskości, raz jeszcze i znowu... Aż w końcu ich usta złączyły się ze sobą w tęsknym pocałunku, a książę nie potrafił nawet przypomnieć sobie, który z nich to rozpoczął. Mężczyzna chwycił go mocno w pasie, przyciągając do siebie, tuląc w ramionach. I ten pocałunek stał się ostatecznym potwierdzeniem tego, co obaj czuli już od dawna i czemu nie dało się już teraz zaprzeczyć ani wyjaśnić tego czymkolwiek innym. Immriel odsunął się nieco. Zwilżył wargi językiem i uśmiechnął się ponownie, powracając do ust księcia i całując je już bardziej odważnie i pewnie. Następca tronu przyjmował to niemalże zupełnie biernie i bezradnie. Rozchylił lekko wargi, czując, jak język mężczyzny domaga się wejścia do ich wnętrza. Dłonie niewolnika spoczęły się na jego biodra i zaczęły masować je powoli. Immriel przesuwał się powoli na drugą stronę łóżka, ciągnąc księcia za sobą. Zsunął nocną szatę z jego ramienia i zaczął składać na nim pocałunki, układając jednocześnie następcę tronu pod sobą. Przerwał na chwilę i spojrzał mu w oczy, uśmiechając się figlarnie i muskając raz jeszcze wargami usta potomka monarchy. Książę uśmiechnął się do niego blado. Dłoń mężczyzny wślizgnęła się bezwstydnie pod szatę następcy tronu, przesuwając się wzdłuż wewnętrznej części jego uda. Palce przemknęły nęcąco po materiale bielizny, rozbudzając jeszcze bardziej to, co się pod nią znajdowało. Potomek monarchy spoglądał cały czas na mężczyznę, nie potrafiąc, nie chcąc oderwać od niego niespokojnego wzroku.
-Otwórz się przede mną, książę...- szepnął mu do ucha Immriel, muskając wargami jego szyję.
Książę bezwiednie, rozchylił lekko nogi, co wywołało u niewolnika parsknięcie śmiechem.
-Nie tutaj, książę... Tutaj...- sprostował, dotykając jego klatki piersiowej w okolicach serca. Następca tronu przełknął ślinę i nie mówiąc nic, przyjął kolejny pocałunek mężczyzny.
Immriel zszedł nieco w dół i podciągnął szatę następcy tronu, odsłaniając jego brzuch. Naznaczył jego skórę serią pocałunków, delikatnych i bardziej śmiałych, prowokujących niemalże, które wywoływały u potomka monarchy podniecenie i lęk zarazem. Język niewolnika przemknął się po podbrzuszu następcy tronu, a jego dłonie niespiesznym ruchem zsunęły z niego bieliznę.
Książę poruszył się niespokojnie. Immriel powrócił do jego warg w głębokim pocałunku. Zdjął z siebie spodnie i uniósł biodra następcy tronu, a następnie wszedł w niego ostrożnie, oplatając go czule ramionami. Następca tronu wcisnął twarz w jego szyję, wplatając palce w jego włosy. Przyzwyczajony do bólu, czekał na jego ruch, który nie przyniósł mu jednak cierpienia. Ich ciała zdawały się stanowić ze sobą idealne połączenie, perfekcyjną całość. Współgrały ze sobą w subtelnym tańcu uścisków, pocałunków i rozkoszy, tańcu dwóch odmienności, dwóch charakterów, dwóch różnych dusz, tak zupełnie innych, tak skrajnie odległych. I w ciszy przerywanej jedynie ledwie słyszalnymi westchnieniami, byli ze sobą tak blisko, jak jeszcze nigdy wcześniej, odkrywając przed sobą wszystko, swoje ciała, swoje emocje, swoje uczucia.
Wreszcie następca tronu poczuł w sobie spełnienie mężczyzny i ten odsunął się od niego, a następnie położył się tuż obok, chwytając znowu księcia w swoje ramiona, całując jego usta, śmiejąc się lekko, tuląc go do siebie...
-Należę do ciebie...- szeptał chaotycznie, pomiędzy kolejnymi muśnięciami warg- Jestem cały twój... Cały twój, książę... Zrobię dla ciebie wszystko...
I te słowa, wyrywając umysł potomka monarchy z chwilowego otępienia, wzbudziły w nim nagle coś na kształt nadziei.
-Wszystko...?- powtórzył ledwie słyszalnie.
Immriel zatrzymał się na chwilę i spojrzał na niego z uwagą, po czym skinął głową.
-Wszystko, książę- potwierdził zdecydowanie.
-Więc zrób to.
Mężczyzna spoglądał na niego pytająco.
Następca tronu podniósł się do pozycji siedzącej i wahając się jeszcze tylko przez chwilę, rzucił wreszcie tonem niemalże pełnym ekscytacji:
-Pomóż mi zabić mojego ojca.
Usta niewolnika rozchyliły się w wyrazie zdumienia. Wydawało się, że po raz pierwszy zupełnie zabrakło mu słów. Odsunął się nieco, jakby odruchowo, a książę uśmiechnął się gorzko. Już wiedział, jaką usłyszy odpowiedź.
-Co ty mówisz, książę...?- szepnął Immriel z obawą.
-Mówiłeś, że zrobisz dla mnie wszystko...- przypomniał chłodno potomek monarchy. Ale nagle słowa mężczyzny przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, przestały się liczyć. Nie były bardziej wartościowe od tego samego rodzaju zapewnień Amona czy kogokolwiek innego. Książę był głupcem sądząc, że ktokolwiek byłby w stanie mu pomóc. Był głupcem sądząc, że wyjątkowość Immriela cokolwiek zmieni. Był wreszcie głupcem wmawiając sobie samemu, że przy nim wszystko jest inne, omamiony jego obietnicami i pustymi słowami, pozbawionymi sensu.
-Tak, książę, zrobiłbym dla ciebie wszystko, wszystko dla twojego dobra- usiłował mu wyjaśnić Immriel, wciąż wpatrując się w niego niemalże z niedowierzaniem- Ale nie każ mi mieszać się w spory pomiędzy rządzącymi, nie każ mi dla własnych celów robić rzeczy tak okrutnych, książę, przecież...
Następca tronu podniósł się gwałtownie z łóżka. Opuścił szatę i ruszył do wyjścia, nie posyłając mężczyźnie nawet jednego spojrzenia.
-Książę!
Nie zareagował. Wyszedł z sypialni niewolnika i zatrzasnął za sobą drzwi.
I znowu został zupełnie sam.
Sam na sam ze swoimi demonami.

sobota, 17 grudnia 2011

Dobry wieczór

Na dole czeka na Was nowy rozdział "Chaosu", o czym za chwilę napiszę, a teraz o czymś innym. Chciałam Was poinformować, że moje opowiadanie dostało się do Antologii Opowiadań wydawnictwa Omikami. Jest to "Luscinius", którego zapewne znacie. No i cóż tu dużo pisać, mam nadzieję, że ktoś zakupi i będzie zadowolony z tego, że może mieć te opowiadanie w trochę innej, przyjemniejszej dla oka formie. Mam nadzieję, że to jest jakiś dobry początek.
A teraz przejdźmy do czegoś innego. Chciałabym napisać coś na temat "Chaosu", bo nie pierwszy raz już zetknęłam się z opinią, że akcja w tym opowiadaniu się nie rozwija albo nic nie dzieje się w relacjach pomiędzy głównymi bohaterami. I od razu mówię - to się nie zmieni. To znaczy, tutaj sytuacja jest dokładnie taka sama jak z "Every Me", wtedy słyszałam to samo i odpowiadałam dokładnie to samo - to jest całkowicie moje opowiadanie, od początku do końca i nie wyobrażam sobie tego, żebym mogła coś zmienić pod czyjeś oczekiwania. "Chaos" będzie opowiadaniem długim, rozbudowanym i nie chcę się z niczym spieszyć, więc jeśli ktoś oczekuje, że bohaterowie zaraz rzucą się na siebie, targani namiętnością, to niestety się rozczaruje. Nie piszę tego, żebyście Wy nie pisali, czy coś w tym stylu, chodzi tylko o to, żeby była jasność sytuacji. Jeżeli kogoś to frustruje albo woli opowiadania, w których tak zwane napięcie, jest widoczne pomiędzy bohaterami od razu, lepiej żeby wybrał coś innego.
No i to właściwie tyle, co miałam Wam do napisania :)

Pozdrawiam Was serdecznie ;*

Enjoy.

Rozdział 8 [Chaos]

 Amir by: Cannum

Kolejne dni mijały im na wędrówce, przerywanej od czasu do czasu wizytami w pobliskich osadach i wsiach, ale te w końcu zaczęli omijać. Amir zdawał sobie sprawę z tego, że wzbudzają duże sensacje wśród okolicznej ludności, a właściwie wzbudza je jego towarzysz, trudno było więc powiedzieć, z jakimi zachowaniami mogliby się zetknąć. Paradoksalnie, rzeczywiście zdecydowanie bezpieczniejszym okazało się poruszanie po lasach, szczególnie, że w tych, Nadim dawał sobie radę doskonale i trzeba było przyznać, że ani razu nie zgubili się z jego winy. Nie mieli zbyt wiele do roboty, poza codziennym zdobywaniem pożywienia i szukaniem sobie miejsca na nocleg. Kryształ milczał. Amira znowu zaczynało dopadać uczucie zniechęcenia. Czasami, nocą, gdy nie mógł zasnąć, ściskał pojemniczek w dłoni i z irytacją zadawał sobie w myślach pytanie, po co właściwie to wszystko i czy rzeczywiście ma to jakikolwiek sens. Skąd mogli wiedzieć, jaką drogą podążać? Skąd mogli wiedzieć, gdzie powinni iść, w jakim miejscu się zatrzymać, a jakie omijać z daleka? I znowu to samo, i znowu zupełny brak odpowiedzi, zupełny brak pomysłów, i znowu trzeba było zdać się na ślepy przypadek i zabobonne opowieści tego starego psa... Czy naprawdę jego towarzysz nie miał żadnych wątpliwości co do celowości ich wyprawy...? Zresztą nastawienie Amira do potomka wilków również zmieniało się powoli, co wyczuwał całkiem świadomie, ale o czym nigdy nie odważyłby się powiedzieć głośno. Chociaż jeszcze niedawno, zastanawiał się, po co w ogóle ma się z nim męczyć i najchętniej pozbyłby się go najszybciej jak tylko mógł ruszając w podróż samotnie, teraz zaczynał przynajmniej połowicznie rozumieć decyzję Ludwika i być za nią niemalże wdzięczny. I nie chodziło wcale o te wszystkie momenty, gdy wywiązywała się pomiędzy nimi nić współpracy, kiedy pomagali sobie wzajemnie i kiedy działali razem o wiele skuteczniej niż mogliby zrobić to w pojedynkę. Chodziło o samą obecność Nadima, której Amir potrzebował nagle bardziej niż czegokolwiek innego. Zdawało mu się czasem, że gdyby wyruszył sam, oszalałby pewnie z braku towarzystwa i zaczął gadać do samego siebie. Tyle myśli kłębiło mu się niekiedy w głowie, tyle wątpliwości, pytań, emocji, że bez możliwości wyładowania tego, postradałby rozum. Potrafili nie odzywać się wzajemnie do siebie niemalże przez cały dzień wędrówki, ale wymienienie choćby kilku zdań wieczorem, przed snem, stało się czymś na kształt ich rytuału, bez którego nie można było się obyć. Czasami zdarzało się, że rzucali sobie ledwie krótkie „dobranoc”, które i tak znaczyło nagle znacznie więcej, niż pierwotnie i było czymś na kształt potwierdzenia, przypieczętowania całego dnia ich wspólnej wędrówki. Innym razem znowu, zaczynali się kłócić i robili to tak długo, aż któryś z nich w końcu zamilkł obrażony. To znowu prowadzili ze sobą długie dysputy, na różne, najbardziej wymyślne tematy, to o polityce, to o światopoglądzie, o prawie... I zdarzało się, że te ich dyskusje przeciągały się i trwały do samego świtu, gdy trzeba było już zrywać się i iść w dalszą drogę. Czasem też mówili zupełnie bez sensu o tym, co będą robić jutro i co może ich spotkać, jakby opowiadali sobie jakąś bajkę, bo przecież żaden z nich nie mógł wiedzieć, ale mówili mimo to, jakby dla samej radości mówienia. Amir przywykł do widoku swojego towarzysza. Ba. Kiedy wchodził do niewielkiego namiotu i widział go w środku, doznawał nagle jakiegoś uczucia ulgi, uczucia, jakby wszystko było zupełnie w porządku i na swoim miejscu. Podobnego czuł się, gdy wracał do zamku i widział swojego wuja i brata. Spływał na niego ten specyficzny błogi spokój, jakby ten namiot stał się jego zastępczym domem, a potomek wilków... rodziną? Śmiał się czasem w myślach na to określenie, ale brzmiało znacznie lepiej niż nazywanie go przyjacielem. Rodziny w końcu lubić nie trzeba, a on przecież nigdy by się nie przyznał do darzenia sympatią jakiegoś tam psa. Nie mógł nawet zasnąć bez niego obok siebie, co czasem doprowadzało go do istnej furii, szczególnie, że jego towarzysz miał tendencję do wymykania się wieczorami i znikania w okolicy nawet na kilka godzin. Czasem mówił, że idzie nazbierać drewna, czasem, że tylko rozejrzeć się dookoła, ale zdawało się, że obchodzi całkiem sporą część lasu, trudno powiedzieć z jakiej przyczyny, czy żeby się upewnić, że nie dzieje się nic złego, czy zobaczyć, co jest w pobliżu. Doprowadzał Amira do białej gorączki, gdy przed wyjściem rzucał do niego: „Możesz iść spać”, chociaż dokładnie wiedział, że nie mógł. Po tych słowach, mężczyzna kładł się na posłaniu, zaciskał powieki i przez długi czas wiercił się i kręcił, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, a w jego umyśle, w miarę upływającego czasu, pojawiały się coraz bardziej drastyczne sceny, przedstawiające los biednego potomka wilków, który zapuścił się zbyt daleko, zgubił albo natrafił na jakiegoś człowieka czy zwierzę i... I w takich chwilach Amir zrywał się już z posłania, już chwytał za miecz, już gotów był wychodzić i szukać swego towarzysza, a ten, jak na złość, najczęściej w tym właśnie momencie wracał, zastając mężczyznę w stanie trudnym do wyjaśnienia. Rzucał wtedy jakąś wesołą uwagę, a Amir pytał kąśliwie, czy ten musi obsikać wszystkie okoliczne drzewa, żeby naznaczyć teren, czy napotkał przypadkiem jakąś bogom ducha winną młódkę. To zazwyczaj zaczynało kłótnię, która przeradzała się najczęściej w zupełnie idiotyczną paplaninę, przeplataną inwektywami i niewybrednymi epitetami, którymi raczyli się wzajemnie, aż w końcu padali obaj, znużeni bezsensownym sporem.
Tego wieczora sytuacja zdawała się być podobna. Nadim wyszedł gdzieś jakąś godzinę temu, może trochę więcej albo trochę mniej, pod pretekstem krótkiego spaceru. Amir leżał nieruchomo pod ciepłym kocem, czekając na jego przybycie i z chwili na chwilę denerwując się coraz bardziej. W jego głowie jak zwykle przeplatały się ze sobą dwa główne wyobrażenia, jedno dotyczące tego, w jaki okrutny i mściwy sposób uśmierci psa, gdy wreszcie się tu pojawi, a drugie tego, że pies już może nie żyć, co doprowadzało go do szału. Drgnął lekko, gdy usłyszał dźwięk, przypominający grom. W pierwszej chwili sądził, że coś mu się przesłyszało, ale ledwie te uspokajające słowa przeszły mu przez myśl, a nagle z nieba runął rzęsisty deszcz. Mężczyzna z niepokojem wsłuchiwał się w dudniące w namiot i okoliczne drzewa pokaźne krople i wreszcie usłyszał to, co przekreśliło jego naiwne nadzieje – głośniejszy już tym razem grzmot upewnił go w przekonaniu, że nadchodzi burza. Zacisnął mocniej dłonie na kocu, jeszcze bardziej zdenerwowany losem swojego towarzysza, a teraz nawet swoim własnym. Było bezpiecznie...? W lesie, podczas burzy...? Sam już nie wiedział. Co też mu wuj powtarzał o burzach...? Stać pod drzewem? Nie stać pod drzewem...? Bogowie, jak strasznie nienawidził burzy! Już od wczesnego dzieciństwa wywoływała w nim lęk, którego wśród towarzystwa nigdy nie pokazał, ale w samotności nie raz wolał schować się pod kołdrę, zakryć szczelnie uszy i czekać na jej koniec. A teraz jeszcze cholerny Nadim włóczy się gdzieś na zewnątrz!
Kilka minut później, potomek wilków wczołgał się do namiotu, zadowolony z życia, a przy tym kompletnie przemoczony i drżący z zimna.
-Wiesz, co znalazłem?- zapytał pogodnie swojego towarzysza, który od momentu dostrzeżenia pierwszej błyskawicy, prawie umierał ze strachu.
-Jest burza...- poinformował Nadima nieco słabym głosem, tak, jakby ten rzeczywiście nie zdążył zauważyć.
-Znalazłem osadę.
-Jest burza...- powtórzył raz jeszcze Amir, rozglądając się z niepokojem.
-Wiem- parsknął z rozbawieniem potomek wilków- A tam jest osada. Niezbyt duża. Będziemy mogli wejść tam jutro na chwilę, rozejrzeć się, uzupełnić zapasy wody...
-Psie!- warknął z irytacją Amir. Wokoło mogłoby być nawet dziesięć osad, a każda z nich zbudowana ze złota, mało go to w tym momencie obchodziło- Nie słyszysz, co do ciebie mówię?! Jest burza!
-No to co?- nie rozumiał Nadim.
-A my jesteśmy w lesie!- odparł surowo mężczyzna i zaraz zaczął zastanawiać się znowu, czy to dobrze, że tu są, czy jednak nie- Jesteśmy bezpieczni w lesie...?- dopytał niepewnie.
Potomek wilków zaśmiał się głośno.
-Przecież ja cały czas mieszkam w lesie- odpowiedział.
-Tak, to wszystko wyjaśnia...- odparł kąśliwie Amir.
-Nasz bóg nie pozwoli zrobić nam krzywdy- wyjaśnił jeszcze.
-Och, tak!- zironizował Amir- Jak się ma boga, który jest wszystkim, nie ma się co dziwić...
-A wy nie macie jakiegoś boga... od burzy? … albo piorunów...?- zapytał potomek wilków.
-Mamy.
-Więc pomódl się do niego. Jeden z nas na pewno ma rację.
-Jasne...- skwitował to tylko mężczyzna, wyraźnie niezadowolony, ale na wszelki wypadek, zwrócił się z uprzejmą prośbą do wyżej wymienionego boga o to, by łaskawie pozwolił im przeżyć przynajmniej tę noc.
Kolejny grzmot był jeszcze głośniejszy niż wszystkie poprzednie. Amir znowu odruchowo zacisnął mocno palce na kocu, co nie umknęło uwadze jego towarzysza, który wpatrywał się w niego z lekkim rozbawieniem. Widząc to, mężczyzna, uspokoił się pozornie, ułożył z powrotem i udawał, że niczym się nie przejmuje, chociaż jego serce biło jak oszalałe ze strachu.
Potomek wilków ułożył się obok.
-Co ty wyrabiasz...?- Amir spojrzał na niego surowo- Rozbieraj się.
-Czemu?
-Głupie pytanie, psie! Jesteś cały przemoknięty, zachorujesz, a ja nie zamierzam bawić się w medyka!
-Nie zachoruję- odparł lekko Nadim, wzruszając ramionami- Jestem przyzwyczajony do takich warunków.
Amir zgrzytnął zębami ze złości.
-Ale ja nie jestem przyzwyczajony, a jeśli zachorujesz ty, zachoruję też ja! A chyba zgodzisz się ze mną, że w obliczu, o bogowie, wszechogarniającej katastrofy i zbliżającego się wielkimi krokami, acz wciąż niewidzialnego wroga, nie możemy sobie pozwolić na dłuższe postoje, prawda?!
Wobec takich argumentów, potomek wilków nie oponował już więcej. Zdjął z siebie przemoczone rzeczy, odkładając je na bok, nie bardzo jednak miał się czym otrzeć. Amir rozejrzał się dookoła, szukając jakiegoś materiału, ale nic nie znalazł, więc zdjął z siebie koszulę i podał ją swojemu towarzyszowi. Ten wytarł się i położył z powrotem. Amir zerknął ukradkiem na jego drżące jeszcze od zimna ciało i z głębokim westchnieniem, okrył go swoim kocem, samemu odsuwając się nieco. Już po chwili poczuł jednak, jak Nadim przysuwa się do niego bliżej, również nakrywa go materiałem, klepiąc lekko po biodrze.
-Co ty wyrabiasz...?- mruknął do niego Amir.
-Będzie ci cieplej...- wyjaśnił Nadim, po czym już w formie okrutnej wprost złośliwości dodał niewinnie- I nie będziesz się tak bał...
-Wcale się nie boję, psie!- odwarknął wściekle mężczyzna.
-Jasne, że się nie boisz...
Przylegające do niego, wciąż lekko wilgotne ciało potomka wilków, chociaż na początku wywołało w nim uczucie zimna, teraz zaczynało go powoli rozgrzewać. I rzeczywiście, zrobiło się jakoś cieplej i przyjemniej. I nawet burza wydawała się być nieco mniej straszna niż wcześniej... Co by nie mówić, jako wybrańcy mający ocalić swoje narody, powinni mieć jakieś wsparcie swoich bogów... boga... bogów... nieważne! W każdym razie, powinien ich ktoś wspierać, a przynajmniej tak to zawsze wyglądało we wszystkich legendach i baśniach.
-Dobranoc, Amir- szepnął mrukliwie potomek wilków.
-Dobranoc, psie...- odparł sennie mężczyzna, co wcale nie brzmiało już pogardliwie, tak, jak na samym początku.
Wszystko się zmieniało.
Amir drgnął lekko, gdy kropla deszczu skapnęła wprost na jego twarz. Nie otworzył jednak oczu, a jedynie odwrócił się na drugi bok, nie zamierzając wcale wstawać. Wystarczyło, że jego towarzysz zerwał się rano i pobiegł gdzieś, zapewne na poszukiwanie śniadania. Amir jakoś nie czuł wyrzutów sumienia, że mu w tym nie pomagał. Najchętniej spałby o wiele dłużej, ale już wiedział, że zaraz będzie trzeba wstać i ruszać dalej.
Nadim jak na złość akurat zajrzał do namiotu.
-Jak widzisz, nie myliłem się... Przynajmniej jeden z nas naprawdę miał rację...- zaśmiał się lekko. Amir spojrzał na niego niezbyt przytomnym wzrokiem, nie wiedząc, o czym ten mówi- Ciągle żyjemy- wyjaśnił pogodnie potomek wilków, a mężczyzna tylko parsknął i machnął obojętnie dłonią, przymykając powieki.
Jego towarzysz zostawił go znowu, ale ledwie wyczołgał się z namiotu, a Amir usłyszał jego słowa:
-Ekhem... Amir... Chodź tutaj... Na chwilę...
-Zaraz...- mruknął sennie mężczyzna.
-To chyba nie może czekać...
-Na litość bogów, psie!- zirytował się, zrzucając z siebie koc i wychodząc z niemałym trudem- Co znowu narobiłeś...?- rzucił ledwie przytomnie, stając tuż obok swojego towarzysza, ale gdy zorientował się na co ten spogląda...
Jakieś kilkanaście metrów od nich stała grupa ludzi, ustawionych obok siebie niemalże w idealnym rzędzie. I ta grupa ludzi spoglądała na nich ciekawie albo z niepokojem, nie podchodząc ani o krok bliżej i nie odzywając się wcale. Nie wyglądali oni bynajmniej na żadnych wojowników. Zwykli chłopi, ot co, z kobietami i dziećmi. Mężczyzna odkaszlnął cicho, sięgając do namiotu po swoją koszulę i nakładając ją prędko. Nie miał pojęcia, o co chodzi, ale już sam wstęp niezbyt mu się podobał.
Z grupy wyszła jedna młoda wieśniaczka. Podeszła do nich powoli, jakby niepewnie i wstydliwie, aż w końcu zatrzymała się przed nimi i zapytała niezbyt wyraźnie:
-Wy mówicie... jak my...?
-Na to wygląda...- odparł Nadim, uśmiechając się do niej łagodnie.
-Więc musicie iść z nami. Za nami- sprostowała po chwili, spoglądając na nich z wyczekiwaniem.
Amir cofnął się odrobinę. Dostrzegł pytające spojrzenie towarzysza i wskazał jedynie głową na namiot, nie chcąc nic mówić. Niedobrze byłoby zostawić tutaj wszystkie rzeczy, szczególnie, że jeszcze nie do końca wiedział, czy mieszkańcy wioski zamierzają ich zaprosić na miłą pogawędkę czy spalić na stosie. Zabrali szybko to, co mieli i nie protestując, ruszyli za młodą dziewczyną, już w gotowości, by wyjąć szybko broń i uciekać w razie czego. Reszta ludzi szła za nimi albo obok nich, jakby chcieli zapobiec ich ucieczce, ale w rzeczywistości wydawało się raczej, że każdy z nich chce bliżej przypatrzeć się Nadimowi. Już nie tyle dzieci, co nawet dorośli, wyciągali czasem dłonie, pokazując jego uszy i śmiejąc się głośno na widok poruszającego się nieco nerwowo ogona. Amira chyba szlag by trafił, gdyby ktoś skupiał na nim równie wielką uwagę, ale jego towarzyszowi zdawało się to nie przeszkadzać. Uśmiechał się co jakiś czas do bardziej wstydliwych dzieci, kłaniał się wieśniaczkom, mężczyzn traktował zresztą z nie mniejszą uprzejmością. Dziewczyna zaprowadziła ich do wioski, o której wczoraj zapewne mówił Nadim. Widzieli już bardzo małe  i słabo rozwinięte miejscowości, ale ta zdawała się być spośród nich najmniejsza. Amir dostrzegł kilkanaście, może kilkadziesiąt budynków, spośród których żaden nie wyróżniał się pod względem budowy. Drewniane, bardzo liche domy, pokryte strzechą. Trudno było się więc dziwić zainteresowaniu jakie wywoływał potomek wilków. Pewnie ci ludzie nigdy wcześniej nie widzieli kogoś podobnego. Amir wątpił nawet, by utrzymywali jakiekolwiek kontakty, chociażby handlowe, z innymi miejscowościami, bo tych chyba w pobliżu w ogóle nie było. Ci osadnicy żyli więc w kompletnej izolacji od świata zewnętrznego i goście musieli wzbudzać wśród nich istną sensację. W ten sposób doprowadzeni zostali tuż do jakiegoś mężczyzny, zdecydowanie wyróżniającego się na tle rolników. Ubrany był w długą szatę, twarz przyozdobioną miał jakimiś malunkami, zapewne o charakterze rytualnym. Wyglądał na kapłana. Najwyraźniej na nich oczekiwał, mierzył ich spojrzeniem surowym, może nawet groźnym, ale w zestawieniu z jego drobną posturą i wzrostem, nie robiło to wrażenia.
-Witajcie... przybysze...- rzucił w ich kierunku, a określenie, jakim ich obdarzył, zabrzmiało wyjątkowo pogardliwie i niechętnie- Kim jesteście?
Nadim spojrzał na swojego towarzysza. Już wcześniej doszli do wniosku, że wszelkiego rodzaju wymówkami i sprawkami międzyludzkimi zajmować się będzie Amir, bo potomek wilków miał zaskakującą wprost skłonność do nadmiernej szczerości, co nie zawsze wychodziło im na dobre.
-Jesteśmy podróżnikami, panie- odparł Amir.
-Podróżnikami...- powtórzył tamten, mierząc ich raz jeszcze uważnym spojrzeniem. Zatrzymał na chwilę wzrok na wystającej rękojeści miecza mężczyzny i łuku zawieszonym na plecach potomka wilków. Chyba mu się to nie podobało- A jaki jest cel waszej podróży, przybysze?
-Cel już zrealizowaliśmy- odpowiedział Amir, siląc się na uprzejmy uśmiech- Mieliśmy do wykonania pewne zadanie, zlecone nam przez nasze królestwo, a że już je wypełniliśmy, wracamy.
-Więc jesteście najemnikami?- głos kapłana zabrzmiał jeszcze ostrzej.
-Skąd, panie- odparł spokojnie- Gońcami.
-Gońcami...?- człowiek zmarszczył brwi, nie odrywając od nich wzroku, który zdawał się ich prześwietlać na wylot. Chyba wszyscy kapłani uczyli się za młodu takiego właśnie spojrzenia, bo ilekroć Amir któregoś widział, aż zaczynał żałować tych wszystkich określeń, jakimi niekiedy darzył ich w myślach. Na szczęście nie na długo- Dwaj gońce posłani gdzieś daleko, bez żadnej obstawy, bez żadnego wsparcia?
-Nie zostaliśmy posłani daleko, panie- wtrącił Nadim, a jego towarzysz posłał mu nieco zirytowane spojrzenie. Umawiać się na coś z psem. Niedorzeczne- Sęk w tym, że później napotkaliśmy na pewne trudności i zgubiliśmy się. No i zawędrowaliśmy aż tutaj.
-Ach, tak... Zagubieni przybysze...- rzucił chłodno tamten.
Amir dostrzegł, że pozostała ludność, która wciąż gromadziła się wokół nich tłumnie, teraz jednak zachowując pewien dystans, niespecjalnie zwraca uwagę ani nie przysłuchuje się nawet słowom kapłana, a wciąż z uśmiechem na ustach spogląda na Nadima. A gdy ten przemówił... O, bogowie, to dopiero zapanowała wśród nich radość. Cóż, Amir domyślał się, że w ich oczach, jego towarzysz musi wyglądać jak gadające, człekokształtne zwierzę. Po chwili zastanowienia doszedł do wniosku, że w jego oczach też tak mniej więcej wygląda.
-Jesteś władcą tej wioski, panie?- zapytał Amir.
-Nie. Jestem szamanem.
-Rozumiem. A możemy zobaczyć się z władcą?
-Nie mamy władcy, mamy władczynię- odparł tamten, a dwaj towarzysze spojrzeli na siebie znacząco i zrozumieli się bez słów, co ostatnio zdarzało im się nadzwyczaj często. Kobiety sprawujące władzę nie kojarzyły im się najlepiej- Pójdźcie za mną... przybysze...- to słowo znowu nacechowane było jakąś nieufnością i pogardą. Szaman ruszył do przodu, a oni szli w ślad za nim, pozostawiając ciekawą gawiedź, która nie towarzyszyła im więcej, chociaż nikt nie kazał jej zostać na miejscu.
Szaman poprowadził ich na sam skraj wioski. Minęli wyrytą w górze jaskinię i szli dalej, co zaczęło Amira niepokoić i wzbudzać wątpliwości co do rzeczywistych intencji tego człowieka. W końcu jednak doszli do, zdawać by się mogło, niewielkiego, kamiennego budynku. Szaman wprowadził ich do środka, a następnie zszedł długimi schodami w dół. Znaleźli się w jakiejś sali, pod ziemią. Wewnątrz było chłodno i raczej nieprzyjemnie, szczególnie, że jedynym źródłem światła były pozawieszane na ścianach świece, z których połowa zdążyła się już wypalić. Pomieszczenie było duże, ale przy tym jakby zupełnie puste. Jedynie na środku stało coś dużego, stanowiącego jakby centrum tego miejsca. Zbliżyli się tam w ślad za kapłanem i ich oczom ukazał się widok zdumiewający. W szklanej trumnie, ustawionej na podwyższeniu, nakrytym jakimś purpurowym płótnem, znajdowało się ciało młodej kobiety. Blada, szczupła, jasnowłosa, leżała nieruchomo na plecach, z zamkniętymi oczyma i złożonymi dłońmi. Amir potrzebował jednak dobrej chwili, by zorientować się w sytuacji.
-Ona nie żyje- stwierdził, i nawet w nim wywołało to niemałe zdumienie, szczególnie, że denatka wyglądała raczej tak, jakby spokojnie spała. Na jej ciele, ubranym w długą, szytą starannie, bladoniebieską suknię, nie widać było żadnej oznaki rozkładu.
-Ona śpi- pouczył go surowo szaman. Amir spojrzał na niego bez zrozumienia- Zasnęła snem podobnym zmarłym, ale wkrótce powróci.
-Co masz na myśli, panie?- zainteresował się Nadim.
-Nasza władczyni została nam zesłana przez bogów, żeby nami rządzić i zapewniać nam dobrobyt. Ale nastały ciężkie czasy i bogowie odwrócili się od nas. Wtedy ona postanowiła odebrać to, co należało jej się od samego początku...- mówił spokojnie i cicho, ale z jakąś dumą i pewnością, jakby przyprowadził ich tutaj tylko po to, by opowiedzieć im tę historię. Amir westchnął w duchu ze zniecierpliwieniem. Nie mógł znieść takich bajek- Aby to zrobić, musiała jednak przekroczyć granicę śmierci i uczyniła to. Dostała się do świata duchów, demonów i bogów. Bogowie są bardzo zazdrośni o nieśmiertelność. Strzegą jej. Tylko ona odróżnia ich od ludzi i dlatego każą ludziom cierpieć i umierać... Ale ona zdobędzie nieśmiertelność i powróci, jako ta jedyna i wybrana.
-A jak dawno temu ona...?- Nadim zawahał się, najwyraźniej nie wiedząc, jak zakończyć to pytanie.
-Trzy lata temu temu- pospieszył z odpowiedzią szaman- Trudno jednak przewidzieć dokładnie jej powrót. Świat duchów jest światem strasznym i podstępnym. Czas płynie w nim zupełnie inaczej niż tutaj.
-Jest piękna...- szepnął potomek wilków, zdumiony, przyglądając się jej z uwagą. Amir skrzywił się mimowolnie, ale nie sposób było nie przyznać towarzyszowi racji. Kobieta wyglądała tak, jakby zmarła dzień, może dwa temu, ale trzy lata? Zastanawiał się, co z nią właściwie zrobiono i jak dokładnie zginęła. Nie dziwił się wcale prostym wieśniakom, że wierzą w te dziwaczne opowieści, skoro widzieli ciało swojej władczyni w niemalże nienaruszonym, idealnym stanie.
Nadim zmarszczył brwi i nachylił się bardziej nad szklaną trumną, przyglądając się z uwagą i niedowierzaniem ciału denatki. Szaman spoglądał na niego ostro, czemu Amir wcale się nie dziwił, szczególnie, że jego towarzysz wpatrywał się prosto w dekolt nieszczęśnicy, co nawet przy nadmiernym zainteresowaniu potomka wilków kobietami, budziło już niepokój.
-Co ty wyrabiasz...?- warknął półgębkiem mężczyzna, uśmiechając się wciąż do kapłana.
Nadim wyprostował się wreszcie.
-Zobacz...- szepnął mu do ucha.
-Ani myślę...
-Zobacz...
I rzeczywiście, Amir przyjrzał się kobiecie nieco uważniej i wtedy dostrzegł to, co tak bardzo zaintrygowało potomka wilków. Na długim sznurku, na jej szyi, zawieszony był fragment kryształu. Mężczyzna aż odruchowo chwycił za pojemniczek zawieszony na jego szyi, by upewnić się, że w ogóle go przy sobie ma. Miał. Kryształy jednak wciąż pozostawiały uśpione. Amir nie był pewien, co to oznacza. Od ostatniego razu nie uaktywniły się wcale. Być może dwa fragmenty będące blisko siebie, nie reagowały już na obecność pozostałych...?
Spojrzał na Nadima, a Nadim spojrzał na niego. I znowu zgodzili się ze sobą w milczeniu.
-Czy będziesz miał coś przeciwko, panie, jeżeli zatrzymamy się w pobliżu...?- rzucił Nadim z uroczym uśmiechem.
Szaman najwyraźniej miał coś przeciwko, jednak chyba nie wypadało mu protestować specjalnie i na prośbę potomka wilków zareagował pełnym niechęci przyzwoleniem, chociaż nie przeszkadzało mu to wcale wypytywać ich długo o cel ich pozostania. Przy tym cały czas nazywał ich „przybyszami”, co było określeniem jak najbardziej trafnym i pasującym do nich idealnie, ale w jego ustach brzmiało jak najgorsza obelga. W końcu jednak nawet sam zaproponował im miejsce do spania, najwyraźniej uznając, że woli ich mieć gdzieś blisko. Co prawda wylądowali w jakimś zrujnowanym domu, uprzedzeni wcześniej, żeby nie przejmowali się stukotami i hałasami, bo budynek palił się jakiś czas temu i pewnie niedługo się zawali. Do użytku mieli właściwie tylko jedno pomieszczenie, urządzone bardzo skromnie, w którym ustawiono jedno łóżko i małą, zniszczoną szafę. Szybko jednak szaman zreflektował się i postanowił nie darzyć swoich gości tak otwartą niechęcią. Najpierw jeden z chłopów przyniósł im dodatkowe łóżko, a później nawet doniesiono im pożywienie i innego rodzaju drobne dary, za co podziękowali uprzejmie. Wokół miejsca ich pobytu wciąż kręciło się dużo ludzi, którzy zaglądali co jakiś czas przez niewielkie okienka i z radością reagowali, gdy Nadim wychodził na zewnątrz. Trudno było powiedzieć, czy to szaman kazał im mieć „przybyszy” na oku, czy raczej przychodzili z własnej ciekawości, ale wiele wskazywało na to, że druga opcja była bardziej realna, szczególnie, że tłumek malał z każdą chwilą, a pod wieczór każdy powrócił do swoich spraw. Dopiero wtedy mieli szansę porozmawiać ze sobą i ustalić jakiś plan.
Plan ustalili jednak bez większych trudności, bo i niewiele mieli opcji do wyboru. Należało złożyć martwo-żywej władczyni nocną wizytę, zabrać klejnot i odejść po prostu, bez wzbudzania szczególnych sensacji.
-Jestem ciekaw, czemu nie zadziałał...- mruknął Amir, bardziej do siebie, niż do swojego towarzysza, obracając w dłoniach szklany pojemnik z fragmentami kryształu.
-A nie zadziałał...?- Nadim zerknął na niego ukradkiem, stojąc tuż przy oknie.
-Nie...- odparł mężczyzna w zamyśleniu.
-Może nie reagują, gdy są obok siebie- potomek wilków powiedział to, co Amir przeczuwał już od pewnego czasu.
-Może...- i chcąc to sprawdzić, otworzył pojemnik z wydobył z jego wnętrza jeden z fragmentów kryształu. Ten pozostał nieruchomy. Natomiast drugi, znajdujący się w pojemniku, rozbłysł i uniósł się zupełnie tak jak zwykle. Amir westchnął głęboko, chowając kamień z powrotem.
-Trzeba będzie trzymać je oddzielnie- stwierdził Nadim.
-Mhm...
Nadim zgasił jedyną świeczkę i w pomieszczeniu zapadła ciemność. Potomek wilków wyglądał jeszcze przez chwilę przez niewielkie okienko, wyczekując, aż w końcu rzucił szeptem:
-Już czas.
Amir skinął głową.
Jego towarzysz wyszedł jako pierwszy i rozejrzał się dookoła ostrożnie, po czym spokojnym krokiem ruszył dalej. Amir poszedł w ślad za nim, nasłuchując. Nigdzie nie było ani śladu człowieka, nie widać było nawet światła zapalonych świec. Cała wioska już spała albo szykowała się do snu. Noc była wyjątkowo cicha i przyjemna. Nie słychać było nawet delikatnego szmeru wiatru. Zupełnie nic. Spojrzeli na siebie obaj i zaraz, jakby dali sobie wzajemnie sygnał, ruszyli biegiem przed siebie. Wydawało się, że zaraz ktoś ich zatrzyma, na kogoś wpadną, ktoś wyjrzy przez okno i gdzieś ich dostrzeże... Nic takiego nie nastąpiło. Udało im się dotrzeć do kamiennego budynku, oddalonego od wioski, nie będąc przez nikogo śledzonym ani choćby dostrzeżonym. Nadim otworzył pokaźne drzwi i weszli obaj do środka. Te zatrzasnęły się za nimi z głośnym hukiem.
Amir zaklął cicho, posyłając swojemu towarzyszowi karcące spojrzenie. Stali przez chwilę nieruchomo w miejscu, z głośno bijącym sercem nasłuchując czyichś głosów czy kroków, nic takiego jednak do nich nie dotarło. Zeszli na dół. Teraz, nocą, w krypcie było wręcz lodowato. Panujący wokół mrok wywołał w Amirze poczucie grozy całej tej sytuacji. W tej atmosferze, rzeczywistym nawet zdawać się mogło, że nieszczęsna denatka rzeczywiście zaraz powstanie. Podeszli jednak do ustawionej na katafalku trumny i co Amir odnotował z niezwykłą wprost ulgą – władczyni wciąż znajdowała się wewnątrz, równie nieruchoma i równie nieżywa, co jeszcze kilka godzin temu.
-Trzeba to otworzyć...- mruknął odkrywczo Nadim, usiłując unieść wieko trumny.
Amir przechylił głowę, dostrzegając jakieś zamknięcie. Chwycił za nie i szarpnął mocno, ale nawet nie drgnęło. Wyczuł opuszkami palców miejsce na klucz. Zaklął cicho.
-Świetnie!- syknął gniewnie- Trzeba było wpaść na to, że raczej nie wystawili jej tu jako łatwy cel rabunku!
-Więc trzeba to będzie czymś rozbić...- potomek wilków zaczął rozglądać się dookoła.
-Oszalałeś, psie?!- skarcił go mężczyzna.
Huk frontowych drzwi nie pozwolił im jednak na dokończenie sporu. Spojrzeli po sobie płochliwie, po czym zaczęli rozglądać się po pomieszczeniu, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Gdy usłyszeli kroki na schodach, nie mieli już wielu możliwości. Amir uniósł szybko płótno osłaniające podwyższenie trumny i wszedł pod nie prędko razem ze swoim towarzyszem. Skulili się mocno, przylegając do siebie kurczowo i z głośno bijącymi sercami, oczekując. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Przez niewielkie wolne miejsce, tuż nad posadzką, mężczyzna dostrzegł buty i skrawek szaty szamana. Potomek wilków zakrył usta dłonią. Amir poruszył się nieznacznie. Wszystko wskazywało na to, że pozostali niezauważeni.
Usłyszał, jak szaman przesuwa coś w stronę trumny. Amir starał się oddychać najciszej jak mógł, zastanawiając się co za dziwne rytuały można odprawiać nad czyimiś zwłokami. Odpowiedź uzyskał szybciej niż by chciał. Najpierw usłyszał kilka głębszych, chrapliwych oddechów człowieka, a zaraz później serię pojękiwań i gardłowych westchnień. Aż rozdziawił usta ze zdziwienia, w pierwszej chwili aż nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy. Dłoń jego towarzysza opadła na bok, odsłaniając wargi, które rozchyliły się ze zdumienia.
-O bogowie...- szepnął Amir, sparaliżowany.
Potomek wilków zdzielił go w kolano, nie mając możliwości innego ruchu.
Trumna nad nimi zaczęła przesuwać się ze stukotem.
-O bogowie...- rzucił znowu mężczyzna, tym razem już głośniej i z jawnym obrzydzeniem.
Wargi Nadima ułożyły się w bezgłośne: „Milcz”, ale Amir to zignorował.
-O bogowie...- zawtórował mu tym razem szaman. Trumna przestała się w końcu poruszać. Człowiek stanął z powrotem na posadzce, sapiąc głośno i starając się opanować. Chwilę jeszcze pokręcił się po pomieszczeniu i w końcu wyszedł. Gdy kolejny huk drzwi zasygnalizował jego wyjście, Amir natychmiast wyczołgał się spod trumny, blady i oburzony.
-To było nieco... zaskakujące...- stwierdził Nadim, bardziej rozbawiony niż wzburzony.
-Obrzydliwe!- warknął tylko mężczyzna, nie będąc w stanie wydobyć z siebie nic więcej. Odszedł nieco i oparł się o jeden z filarów, nachylając do przodu. Zrobiło mu się niedobrze.
-Zostawił stołek, widziałeś?- zachichotał potomek wilków- I... Amir! Zostawił ją otwartą!
Mężczyzna spojrzał na niego przez ramię bez zrozumienia.
-Chodzi mi o trumnę- wyjaśnił pospiesznie Nadim- Może zamierza wrócić! Chodź tu, pomóż mi!- dodał, otwierając wieko trumny, ale jego towarzysz tylko pokręcił słabo głową, odwracając się z powrotem- Amir!
Mężczyzna odetchnął płytko. O bogowie, o bogowie, niechże będą trupy, nawet wędrujące po zaświatach trupy, nawet powstające z zmarłych trupy, ale bez przesady! O bogowie, o bogowie, o bogowie!!!
-Amir, na litość boską!
Amir odetchnął raz jeszcze i chwiejnym nieco krokiem, podszedł do swojego towarzysza, ale ledwie spojrzał na nieszczęsną denatkę, a odwrócił wzrok z głuchym jękiem. Potomek wilków zaśmiał się lekko widząc jego reakcję, usiłując jednocześnie zerwać z szyi kobiety zamocowany na grubym sznurze kryształ, co nie wychodziło mu wcale. Zaczął przeszukiwać swoje kieszenie, chcąc zapewne znaleźć sztylet albo coś ostrego.
-Masz miecz?- zwrócił się do mężczyzny w końcu.
-Zawsze mam miecz...- odmruknął Amir, wyjątkowo nieprzytomnie i odruchowo sięgnął do pasa, ale... Miecza nie było. Zamrugał, zdumiony, usiłując sobie przypomnieć, gdzie też mógł go zostawić i doszedł do wniosku, że chyba rzeczywiście, przebierając się prędko i odkładając wszystkie rzeczy, nie wziął w końcu broni.
-Cholera, nie mogę tego rozedrzeć... Spróbuj ty- Nadim odsunął się, spoglądając na niego z wyczekiwaniem.
Mężczyzna spojrzał na niego niemalże z oburzeniem.
-Nie zamierzam...- odwarknął tylko z niesmakiem.
-Amir! On może tu zaraz wrócić!
Ta myśl po raz wtóry wywołała u mężczyzny mdłości, ale ostatecznie nachylił się nad zmarłą i bez zbytniej subtelności, szarpnął mocno za sznurek, niemalże wyrywając kobietę z trumny. Jego towarzysz posłał mu karcące spojrzenie, ale Amir zignorował to, odsuwając nieco trumnę i sadzając bezwładne ciało na brzegu podwyższenia. Potomek wilków po raz kolejny próbował rozerwać sznurek, nawet chwycił go w końcu zębami, ale znowu przerwał im huk frontowych drzwi. Amir gotów był włożyć zmarłą z powrotem do trumny, ale jego towarzysz przerzucił ją sobie przez ramię i jak gdyby nigdy nic, ukrył się za jednym z filarów.
-Co ty wyrabiasz?!- syknął bez zrozumienia mężczyzna, stając tuż obok potomka wilków, który dał mu znak, by ten był cicho.
Znowu ktoś wkroczył do pomieszczenia, tym razem krokiem niepewnym i zlęknionym.
-Panie...?- usłyszeli głos, który z pewnością nie należał do szamana, a do jakiegoś młodego mężczyzny- Panie, jesteś tu...?
Amir przymknął powieki. Świetnie. Za chwilę zauważy brak władczyni, zrobi szum i cała wioska się tutaj zleci. Rzeczywiście, do szczęścia brakowało im już tylko linczu.
Mieszkaniec wioski zrobił jeszcze kilka kroków, aż w końcu zatrzymał się gwałtownie i rzucił zduszonym głosem:
-O bogowie... O bo... O bogowie!- i zawrócił nagle, wybiegając na zewnątrz.
-Zabieramy się stąd- zasądził Nadim, ruszając wraz z denatką w stronę schodów.
-Co ty, psie, postradałeś rozum?!- skarcił go surowo mężczyzna- Zabierz jej ten przeklęty kryształ i zostaw ją tutaj!
-Zauważą, że kryształ zniknął!
Amir aż parsknął z niedowierzaniem.
-Rzeczywiście- zironizował- Za to jej zniknięcia z pewnością nikt nie zauważy!
Potomek wilków najwyraźniej miał jednak na ten temat inne zdanie, bo już biegł po schodach, niosąc ciało denatki. Amir sapnął z irytacją, ruszając prędko w ślad za nim. Opuścili kamienny budynek i biegiem ruszyli naokoło z powrotem do swojego tymczasowego domu. Słychać już było jakieś krzyki i głosy dochodzące z wioski. Mężczyzna przeklinał się w duchu za to, że nie wziął broni. Zginą, zginą marnie i to jak najgorsi z najgorszych, bez najmniejszych nawet szans na obronę. Dotarli jednak do chatki żywi. Amir zatrzasnął za nimi drzwi, chwycił natychmiast miecz, gotów już wybiec, iść, walczyć, ale jego towarzysz, jak gdyby nic, całkiem spokojnie, wciąż trzymając nieszczęśnicę przewieszoną przez ramię, nachylił się nad ich tobołkiem i zaczął szukać noża.
-Co ty zrobiłeś, psie...?- jęknął głucho Amir, wpatrując się w niego bez zrozumienia- Nie mogłeś jej tam zostawić...? Przecież nas za to zabiją!
A przynajmniej szaman to zrobi. Bądź, co bądź, zabrali mu jego kochankę. Ta myśl znowu wywołała u mężczyzny taką reakcję, że aż musiał usiąść. Widział już wiele dziwactw na tym świecie, ale nigdy czegoś podobnego i równie obrzydliwego.
-Nie zabiją- odparł zdecydowanie Nadim, po czym widząc pytające spojrzenie swojego towarzysza, wyjaśnił- Oni wierzą w to, że ona pewnego dnia „powróci”, prawda...? Właśnie dlatego zatrzymali jej ciało. Więc dlaczego nie miałaby powrócić tej właśnie nocy...?
-Co ty bredzisz, psie...- Amir jęknął raz jeszcze, kręcąc głową- Nikt w to nie wierzy. To tylko bajuchy, zabobony, element kultury, może nawet młodej tradycji... Ludzie zachowują się dziwnie i robią jeszcze dziwniejsze rzeczy, ale to jeszcze nic nie znaczy. Tak samo jak nikt nie wierzy w to, że kilku mężczyzn w śmiesznych strojach, potrafi wybłagać cokolwiek u poszczególnych bóstw, płaszcząc się przed nimi i układając równie śmieszne formułki, ale nikomu nie przeszkadza to w składaniu im jeszcze śmieszniejszych ofiar. To kwestia... przyzwyczajenia. Ewentualnie naiwności czy głupoty, ale nie prawdziwej wiary. A już na pewno szaman nie wierzy w jej powrót...
I akurat powód zatrzymania jej ciała był w tej sytuacji aż nazbyt oczywisty.
-Skąd wiesz?- zachichotał Nadim- Może napełnia ją życiodajnymi sokami...
-Jesteś obrzydliwy, psie...- Amir skrzywił się okropnie, kręcąc głową i spoglądając na swojego towarzysza karcąco. Ten jednak, nie przejmując się niczym, rzucił ciało denatki na łóżku tuż obok szafy- Psie!- wrzasnął znowu mężczyzna, jeszcze bardziej oburzony- To moje łóżko!
-I co?- nie rozumiał potomek wilków.
-Kładziesz trupa na moim łóżku!
-Nie musisz tu spać- odparł potomek wilków, jak zawsze bezproblemowo. Amir wzniósł oczy ku sufitowi. Czuł, że to wszystko nie skończy się dobrze- Weźmiesz moje...
Nadim chwycił za sztylet i sprawnym ruchem rozciął sznur, a następnie chwycił zawieszony na nim fragment kryształu i obrócił go w dłoniach, uśmiechając się lekko. Jego pogodny nastrój doprowadzał Amira do szału, ale im więcej czasu mijało, tym bardziej przekonywał się, że potomek wilków mógł mieć rację. Do tej pory nikt jeszcze do nich nie przyszedł, nie słychać było nawet żadnych głosów czy kroków.
-Schowaj go- rzucił do mężczyzny Nadim, podając mu kryształ- Później spróbujemy je jakoś rozdzielić...
-Mhm...- mruknął w odpowiedzi Amir, biorąc od niego kamień i dochodząc do wniosku, że trzymanie tylu kryształów, zapakowanych osobno i reagujących na siebie wzajemnie będzie wyjątkowo uciążliwe. Nim jednak wsunął fragment do pojemnika, coś jakby go powstrzymało. Obejrzał go bardzo dokładnie, a później zerknął na dwa pozostałe kawałki. Nie wiedział, co wzbudziło w nim nagle taką podejrzliwość. Ten kawałek wyglądał niemalże identycznie jak tamte. Niemalże. Brakowało mu czegoś, ale jakby się dobrze przypatrzeć, nawet nie potrafił określić czego.
Nie zastanawiając się już nad tym dłużej, wrzucił fragment do szklanego słoiczka i odczekał chwilę, obserwując szczątki kryształu. I nagle stało się coś, co zupełnie go sparaliżowało. Dwa pozostałe fragmenty rozbłysły szkarłatem i pojawił się między nimi płomień. Nim jednak mężczyzna zdążył jakkolwiek zareagować, poczuł, jak pojemniczek parzy jego dłoń. Puścił go odruchowo, a ten przylgnął do jego szyi. Palący ból przeszył jego skórę. Amir wrzasnął i chaotycznym ruchem zerwał zbiornik z szyi i odrzucił go na łóżko. Potomek wilków podszedł do niego prędko, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Mężczyzna potarł poparzone, naznaczone niewielkimi bąblami miejsce i spojrzał w kierunku fragmentów, zupełnie oszołomiony. Po trzecim kawałku kryształu nie było już nawet śladu, zostały jedynie pozostałe dwa. Płomień też zniknął. Jedynym śladem na to, że w ogóle się pojawił, była widniejąca na szkle sadza.
-Co się stało...?- Nadim spojrzał na niego, wyraźnie zdezorientowany- Kryształ spłonął...?
-Nie... Nie kryształ...- odpowiedział cicho mężczyzna, kręcąc głową- To nie był prawdziwy fragment. To dlatego pozostałe nie reagowały. To nie był fragment kryształu.
-Jak to nie?
Amir poczuł gniew. Świetnie, po prostu doskonale! Potarł raz jeszcze obolałe miejsce, po czym wziął chłodny już pojemniczek i zawiesił go z powrotem na szyi, wstając. Niech to wszystko szlag trafi! Czemu nie zorientowali się od razu? Zamiast tego stracili czas, ryzykowali życiem, a w dodatku nasłuchali się tych wszystkich obrzydliwości i w końcu postanowili wykraść ukochane, w sensie niestety dosłownym, martwe ciało władczyni.
Mężczyzna wziął szybko tobołek i wszystko, co tylko mógł, gotów wychodzić.
-Dokąd idziesz?- jego towarzysz mierzył go pełnym niezrozumienia spojrzeniem, jakby rzeczywiście robił coś dziwnego.
-Zabieramy się stąd.
-Co takiego?!
-I to szybko- dodał znacząco Amir- Nim ktokolwiek zdąży się zorientować, że to nasza sprawka.
-Oszalałeś...?- rzeczywiście, potomek wilków spoglądał na niego jak na szaleńca- Znaleźliśmy fałszywy fragment kryształu, wiesz co to znaczy...?
-Tak, wiem!- odparł z irytacją mężczyzna- To znaczy, że zmarnowaliśmy czas i ryzykowaliśmy życiem za nic. Po prostu zostaw ją tutaj, psie i uciekajmy, póki jeszcze mamy możliwość. To nie skończy się dobrze.
-Myślisz, że ci ludzie przypadkowo stworzyli coś identycznego?
Amir westchnął głęboko.
-Myślę, że to nie ma teraz większego znaczenia. Po tylu setkach lat, komuś mogło wyjść coś podobnego...
-A ja myślę, że to nie jest przypadek- odparł stanowczo potomek wilków- I że prawdziwy kryształ też może gdzieś tu być. Poczekajmy jeszcze trochę, chociażby jeden dzień. Może coś się wyjaśni.
Mężczyzna parsknął śmiechem. Jasne, że się wyjaśni. Wyjaśni się, że to oni, jako „przybysze”, zabrali ciało kobiety i ukryli je tutaj, za co z pewnością zostaną zabici, ale jak widać jego towarzysz niezbyt się tym faktem przejmował. Amir najchętniej zabrałby wszystko i odszedł stąd już teraz, ale wiedział jednocześnie, że Nadim zostałby tutaj tak czy inaczej. A zostawiać go przecież nie chciał. Kto wie, co durnemu psu strzeli do głowy, poza tym pomagali sobie do tej pory, a zostawienie go tutaj samego, byłoby jednak przejawem braku honoru. A honor Amir miał. Odwagę zresztą również, chociaż daleko mu było do aktów samobójczych.
-Psie, oni nas zabiją...- westchnął głęboko, odkładając tobołek na bok i siadając na wolnym łóżku.
-Nie sądzę- odparł tylko potomek wilków, jakby jego sądzenie miało w tej sytuacji jakiekolwiek znaczenie. Wziął nieszczęsną denatkę na ręce i uniósł ją ponownie.
-Co z nią zrobimy...?- Amir wpatrywał się w niego badawczo. Ta kwestia chyba wymagała ustalenia.
-Schowamy ją gdzieś tutaj.
-Co takiego?!
O bogowie, mężczyzna sądził raczej, że wyniosą ją gdzieś do lasu, zakopią, cokolwiek, zostawianie jej w tym pomieszczeniu było tak idiotyczne, że aż przekraczało wszelkie granice głupoty. Gdyby ktokolwiek chciał ją znaleźć, z pewnością by to zrobił, a poza tym...
-Nie zamierzam spać z trupem- oświadczył buntowniczo, jakby rzeczywiście ta kwestia była najbardziej istotna.
-Gdyby było inaczej, zacząłbym się o ciebie martwić...- Nadima najwyraźniej wciąż nie opuszczał dobry humor. Jego towarzysz posłał mu mordercze spojrzenie- Daj spokój, Amir. To tylko kobieta.
-Martwa kobieta- zaznaczył mężczyzna. Nawet z żywymi niewiele miał do czynienia, a co dopiero mówić o tych, będących już w stanie wiecznego spoczynku.
-Tym lepiej dla nas- Nadim wzruszył ramionami, otwierając szafę i bez chwili zastanowienia, wsadzając do niej bezwładne zwłoki władczyni- Raczej się nie poskarży na złe warunki, prawda...?

Rzeczywiście, kobieta na warunki może się i nie skarżyła, co nie przeszkadzało jej wcale wylecieć z szafy z hukiem, w środku nocy, wywołując u Amira stan bliski zawałowi, a u jego towarzysza – po raz kolejny – gromki śmiech. W tych okolicznościach doszło więc do kolejnej zamiany łóżek, bo z dwojga złego, Amir wolał już spać tam, gdzie leżał trup, niż spać naprzeciwko szafy, w której ten się znajdował. Przeklinając w duchu i tak już przeklętego psa, w najbardziej możliwie przeklęty sposób, udało mu się w końcu zasnąć snem płytkim i wyjątkowo niespokojnym. Nie nękany niczym, obudził się dopiero z samego rana. Od razu postanowili obaj zorientować się w sytuacji, która wyglądała nieco zaskakująco. Bo choć poważny i rozgniewany szaman, ostudził pozornie zapały rozentuzjazmowanego tłumu, ogłaszając, że ciało władczyni zostało skradzione (w tym momencie posłał zresztą „przybyszom” takie spojrzenie, że nietrudno było zgadnąć, kogo podejrzewa o ten „ohydny występek”), to zdawało się, że padł on ofiarą stworzonej przez siebie legendy. Bo owszem, chociaż okoliczna ludność wyraziła potępienie dla ewentualnego sprawcy, w rzeczywistości – nikt w tego sprawcę nie wierzył. Chłop, który wczoraj, wieczorną porą wybrał się do krypty i jako pierwszy zobaczył opustoszałą trumnę stał w centrum zainteresowania, racząc wypytujących go wieśniaków coraz to bardziej rozbudowaną i wymyślną historią. Początkowo mówił jeszcze, że dostrzegł jedynie trumnę, później zaczął już sobie przypominać, że wychodząc, zobaczył chyba, jak jakaś tajemnicza postać znika w lesie, a gdy i to rozniosło się w okolicy, opowiadał, że to już nawet nie była postać, a z pewnością sama władczyni, którą poznał oczywiście bez najmniejszego nawet problemu, mimo panującej wokół ciemności. I nagle oprócz niego, jeszcze inni mieszkańcy osady zaczynali sobie przypominać, jak to słyszeli jakieś podejrzane kroki albo to znowu widzieli kobiecą postać, przemykającą pomiędzy chatami. Zdawać się mogło, że szaman nic nie mógł poradzić na te rozrastające się wciąż i żyjące niemalże własnym życiem plotki i nawet autorytet jakim się cieszył, niewiele dawał.
-Dzień dobry...- potomek wilków zaczepił jedną z wieśniaczek, zatrzymując się przy niej na chwilę. Amir nie do końca wiedział, czy to jego uprzedzenia, czy po prostu sposób bycia jego towarzysza, ale za każdym razem, gdy ten zwracał się do kobiety, nawet w sposób najbardziej uprzejmy, spokojny i wyważony, mężczyźnie pobrzmiewało to niestosownie- Słyszeliśmy, co się stało z władczynią. Kto mógłby to zrobić?
Amir zacisnął wargi, z trudem powstrzymując się od uszczypliwego komentarza. Jeśli będą w ten sposób wypytywać każdego przechodnia, z pewnością jeszcze szybciej ściągną na siebie podejrzenia.
-Wiesz, panie...- wieśniaczka ściszyła głos i kontynuowała nieśmiało- My wiemy, że nasz szaman ma bardzo dużo racji i rzadko się myli... Ale myślimy sobie, że to naprawdę nasza pani już wróciła... Czekaliśmy już na nią jakiś czas... A ona chyba zdążyła już zrobić wszystko co zamierzała... Nie rozumiem tylko, czemu jeszcze do nas nie przyszła... Myślę, że powinniśmy otworzyć skarbiec... Wszyscy tak teraz mówią- dodała, jakby wstydziła się swoich słów- Ale szaman się nie zgodzi, bo myśli, że to nieprawda. A nasza pani chyba bardzo tego potrzebuje.
-Skarbiec...?
-Wszystko, co należało do naszej pani, czeka tutaj na nią- wyjaśniła kobieta, bez najmniejszych oporów- Szaman ukrył to już dawno temu, tuż po jej śmierci.
-A co jest w tym skarbcu?- wypytywał dalej potomek wilków, jakby nie dostrzegał ostrzegającego spojrzenia swojego towarzysza- Jakieś... złoto? Kosztowności?
Amir chrząknął znacząco.
-Wszystko, co należało do naszej pani- odpowiedziała raz jeszcze wieśniaczka, wzruszając bezradnie ramionami. Widać było, że sama nie orientuje się zbytnio w zawartości „skarbca”.
-Wasza pani miała bardzo piękną biżuterię...
Amir aż parsknął z niedowierzaniem, słysząc słowa potomka wilków. Śmiało, niech powie coś jeszcze! Na przykład coś w stylu: „miała też bardzo ładny, niebieski kryształ, dokładnie taki, jak te dwa, które wiszą na szyi mojego towarzysza, co prawda porwaliśmy jej zwłoki, ale kryształ okazał się fałszywy, więc gdzie znajdziemy właściwy?”. Co za idiotyzm! Nawet paradowanie po wiosce z jej zwłokami było bardziej dyskretne!
-To wszystko zrobiliśmy sami, tuż po jej śmierci...- wyjaśniła kobieta- Nie daliśmy jej nic cennego, szaman nie chciał, by ktoś czuł pokusę... Chociaż my właściwie nawet nie mielibyśmy co z tym wszystkim zrobić... Nasza pani miała ulubiony naszyjnik, więc ktoś zrobił bardzo podobny.
-A... A prawdziwe rzeczy ma... szaman...?
-Nie, panie. Wszystko, co należało do naszej pani, czeka na nią w skarbcu.
-Dziękuję- Nadim uśmiechnął się do niej i razem z Amirem odeszli.
Potomek wilków nie krył triumfu, ale Amir traktował tę informację z dystansem. To była jedynie niewielka wioska, położona w dodatku z daleka od innych osad, miast czy ośrodków. Więc skąd miałyby wziąć się tutaj te wszystkie bogactwa, skąd te cenne rzeczy...? Mężczyzna podejrzewał, że skarbiec należący do władczyni, jest równie prawdziwy, jak pogłoski o jej zmartwychwstaniu. Szczególnie, że nikt chyba nawet nie wiedział, gdzie ten rzekomy skarbiec się znajduje i chociaż Nadim dwoił się i troił, usiłując w jakiś sprytny sposób zagadać tego czy innego mieszkańca wioski – żadnej konkretnej odpowiedzi nie dostał. Większość jedynie słyszała, że gdzieś jakiś skarbiec się znajduje, ale niewiele wiedzieli o jego dokładniejszym położeniu czy zawartości. To jeszcze bardziej upewniło Amira w jego przekonaniu – w końcu sam szaman nie stworzyłby jakiegoś ogromnego skarbca, o którym im opowiadano, potrzebował do tego jakiegoś wsparcia, ludzi, a jeśli nikt nic o tym nie wiedział, to wniosek mógł być tylko jeden. Mimo wszystko, pies mógł mieć jednak trochę racji. I może zamiast ogromnego skarbca istniała jakaś kryjówka, skrytka, w której chowano kosztowności pozostałe po władczyni. Chociaż najbardziej prawdopodobne wydawało się, że te znajdują się u samego szamana. Brakowało im jednak jakiegokolwiek pomysłu, jak można by to sprawdzić.
Nadim zniknął gdzieś po południu, zostawiając swojego towarzysza samego. Ten krążył nerwowo po pomieszczeniu, wyglądając przez okna i zerkając co jakiś czas w kierunku szafy. Nadal był zdania, że powinni byli wynieść się stąd już wczorajszej nocy. Może i mieszkańcy osady byli naiwni, ale nie byli głupi i nawet oni musieli w końcu dostrzec bezsensowność własnych wierzeń. Chociaż być może wszystkie wierzenia oparte były na bezsensowności.
W końcu, gdy na dworze już się ściemniło, w pomieszczeniu pojawił się Nadim, wyraźnie zmęczony, z lekko zaczerwienionymi policzkami i przyspieszonym oddechem, ale zarazem z uśmiechem wyrażającym zadowolenie.
-Co ty ro...- zaczął Amir, ale gdy dostrzegł sukienkę, którą jego towarzysz trzymał w dłoniach, jego wargi wykrzywiły się w pełnym potępienia grymasie i warknął- Psie, naprawdę mógłbyś sobie darować, chociażby z uwagi na okoliczności...
-Załóż to.
Mężczyzna parsknął cicho, w pierwszej chwili będąc przekonanym, że się przesłyszał.
-Załóż to- powtórzył znowu potomek wilków, wpatrując się w niego takim wzrokiem, że ten aż cofnął się odruchowo, nieco zdenerwowany.
-Odbiło ci do reszty...?
-Wiem, co zrobimy- stwierdził z entuzjazmem Nadim.
Amir cofnął się jeszcze.
-Nic nie zamierzam z tobą robić...- odparł, już nieco zlękniony.
-Mam plan!- potomek wilków uśmiechnął się szeroko, nie bardzo zwracając uwagę na to, że jego towarzysz zupełnie nie rozumiał, co się wokół niego dzieje- Oni oczekują nadejścia swojej pani, tak?- Amir skinął głową, zdezorientowany- Więc im ją pokażmy!
Mężczyzna spojrzał na twarz Nadima, a później na trzymaną przez niego sukienkę. Później raz jeszcze na jego twarz, znowu na sukienkę i na szafę. I nadal nic nie rozumiał, chociaż już zaczynał się domyślać i wcale mu się to nie podobało.
-Więc ją im pokaż, jest tam.
Nadim pokręcił głową z westchnieniem.
-Posłuchaj... Oni będą dzisiaj wypatrywać śladów władczyni, gdzieś w pobliżu krypty. Liczą na to, że się pojawi. Jeżeli ją zobaczą... To będą pewni jej powrotu. A jeżeli będą pewni jej powrotu, będą nalegać na to, by szaman otworzył skarbiec.
-... Ale on tego nie zrobi, bo sam w to nie uwierzy- parsknął z pobłażaniem mężczyzna.
-Zrobi to chociażby po to, żeby udowodnić, że się nie myli.
-Psie...- Amir uniósł brew w geście politowania- Może on jest dewiantem, ale na pewno nie jest idiotą. Poza tym... Jak u licha zamierzasz im pokazać władczynię, co...? Bo chyba nie w takim stanie...
Nadim uśmiechnął się szeroko, machając suknią w bardzo sugestywny sposób, co stanowiło chyba najlepszą odpowiedź.
-Przebierzesz się w to- dodał wesoło.
-Nawet nie zaczynaj, psie- warknął groźnie mężczyzna.
-Dlaczego?
-Czy ja według ciebie wyglądam jak kobieta?!
-Gdy się w to przebierzesz, będziesz wyglądał- potomek wilków nie przestawał się uśmiechać, tym razem niemalże złośliwie.
-Nie ma mowy!- zaprotestował gwałtownie Amir, nie kryjąc oburzenia- Skąd ty w ogóle wytrzasnąłeś tą sukienkę?!
-Zabrałem- Nadim wzruszył ramionami- Leżała przed domem jakiejś chłopki. Czy to ważne...? Po prostu się przebierz... Obiecuję, że nie będę o tym opowiadał, gdy już wrócimy...- lekki uśmieszek znowu zagościł na jego wargach- … zbyt wiele.
-Przebieranie się za kobietę jest poniżej wszelkiej godności- odparł wyniośle.
-Nie chodzi o godność, chodzi o kryształ. Musimy się dostać do skarbca.
-Nie istnieje żaden skarbiec, na litość bogów! A poza tym, popatrz na mnie! Czy ja ci ją w ogóle przypominam...? Przecież od razu się zorientują, że to podstęp!
-Jest ciemno. I trochę mgliście- wyjaśnił spokojnie potomek wilków- Moje uszy jakoś umknęły uwadze Eldira, więc i twoja postura nie powinna się rzucać aż tak bardzo w oczy...
-Więc sam się przebierz- odparł szorstko mężczyzna- Jesteś ode mnie smuklejszy, zresztą to twój pomysł...
-No właśnie- jego towarzysz posłał mu znaczące i zdecydowane spojrzenie- To mój pomysł. Twoim pomysłem było zwabianie mordercy do wymyślonego dziedzica. I wtedy to ja musiałem go udawać, narażając swoje życie, więc gdybyś mógł...
-Nie narażałeś swojego życia!- żachnął się Amir. Też coś! Był tuż obok! W szafie! Och, bogowie, czuł, że po tej historii do żadnej już nigdy nie wejdzie, ale mimo wszystko! Nie dałby mu zrobić krzywdy.
-Ty też nie będziesz- Nadim wyciągnął w jego kierunku sukienkę, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem.
Amir zacisnął mocno zęby, milcząc. Aż sam nie mógł uwierzyć, że w ogóle się nad tym zastanawia, ale mimo wszystko... Przeklęty Nadim! Że też musiało mu przyjść do głowy coś tak idiotycznego! Mężczyzna chaotycznie usiłował wymyślić coś innego, ale zupełnie nic nie przychodziło mu do głowy. A jeśli pies się nie mylił i to rzeczywiście mogło odnieść skutek...? Tylko co dalej, co dalej? Skarbiec nie istnieje, a nawet gdyby istniał, szaman nigdy go nie otworzy. Lud znajdzie jedynie potwierdzenie dla swoich opowiastek, ale i tak nie będzie w stanie działać samodzielnie, więc co za różnica?
Potomek wilków nie odrywał od niego uważnego spojrzenia. Amir westchnął głęboko, po chwili wahania, biorąc od niego suknię i wychodząc do pomieszczenia obok, kompletnie zrujnowanego. Nie mówiąc ani słowa, zdjął z siebie swoje rzeczy, rozplątał znajdujące się z tyłu sukienki sznurki i założył ją na siebie z niemałym trudem. Materiał rozdarł się na jego ramionach i popękał w kilku innych miejscach. Mężczyzna rozpuścił jeszcze włosy, nie przestając się zastanawiać, co on najlepszego wyprawia. Gdy wreszcie udało mu się nieco stłumić narastające poczucie zażenowania, przeszedł z powrotem do sypialni, ukazując się swojemu towarzyszowi w pełnej krasie. Tym razem Nadim darował sobie wybuch śmiechu, na jego ustach błąkał się jedynie złośliwy, rozbawiony uśmieszek, gdy podszedł do mężczyzny i chwycił za związujące suknię sznurki.
-Psie, jeżeli to zrobisz, będę cię nienawidził do końca życia- ostrzegł Amir, ale było już za późno. Jego towarzysz pociągnął za nie mocno, a te zacisnęły się boleśnie na skórze mężczyzny. Amir jęknął głucho. Odsunął się od potomka wilków i poruszając się chwiejnie i z niemałym trudem, dotarł do swojego łóżka i nachylił się, by sięgnąć po miecz.
Jego towarzysz zareagował jednak szybko i pierwszy sięgnął po broń, odkładając ją na bok.
-Księżniczki nie noszą ze sobą broni- dodał z uśmiechem.
-A powinny...- mruknął grobowo Amir, raz jeszcze przypominając sobie zdarzenie, którego byli świadkiem w krypcie. Wzdrygnął się mimowolnie.
Nadim zachichotał.
-Obejdziesz las i wyjdziesz gdzieś w pobliżu krypty. Tam powinni czekać ludzie. Będę czekał razem z nimi. Tylko nie zbliżaj się za bardzo... Lepiej żeby nie widzieli zbyt wiele.
-Wiem, co mam robić...- odparł Amir, nieco poirytowany. Zerknął na swojego towarzysza ukradkiem- Na co się patrzysz, co...? Zauważyłem, że podnieca cię widok każdej spódnicy, ale nie przesadzaj...- och, nie mógł sobie podarować tej uszczypliwości!
Nadim uśmiechnął się tylko, niewzruszony.
-Nie martw się, mnie bardziej interesuje, co jest pod nią- odpowiedział niewinnie.
Amir parsknął cicho, ruszając w stronę wyjścia.
-Powinieneś chyba poruszać się bardziej... dostojnie...- rzucił jeszcze potomek wilków.
Mężczyzna zgrzytnął zębami z wściekłości, darując sobie cisnące mu się na usta przekleństwo i wyszedł. Też coś. Ciekawe, z jaką dostojnością paradowałby ten pies, gdyby miał na sobie coś podobnego... Chociaż on miał z pewnością więcej do czynienia z tego typu strojami niż Amir.
Na zewnątrz wcale nie było „trochę mgliście”. Mgła była taka, że gdy wszedł do lasu i zrobił ledwie kilkanaście kroków, już nie wiedział, skąd dokładnie przyszedł. Rozglądał się wokół chaotycznie, ale jego pole widzenia było mocno ograniczone. Podwinął suknię i ruszył w kierunku krypty, a taką przynajmniej miał nadzieję. Starał się iść szybko, ale nieustannie to potykał się o coś, to zahaczał materiałem stroju o gałęzie drzew. W końcu dotarł na skraj lasu. Podszedł powoli do przodu, widząc już zarys kamiennego budynku, ale nic więcej. Nie słyszał niczyich głosów, nie dostrzegał ludzi, zupełnie nikogo. Opuścił nerwowo poły materiału i cofnął się nieco. Dopiero teraz nerwy zaczęły ustępować nieco, a on coraz bardziej wyczuwał panujący wokół chłód. Oparł się o jedno z drzew i czekał, mając nadzieję, że plan Nadima był jednak trochę bardziej dopracowany i zakładał coś więcej, niż tylko wciśnięcie go w ten idiotyczny strój. Po kilkunastu minutach, zaczął słyszeć głosy ludzi. Nie widział ich jednak z miejsca, w którym stał i trudno było mu powiedzieć, jak wielu ich przyszło. Miał też nadzieję, że gdzieś tam jest potomek wilków, który będzie całą sytuację kontrolował. Odetchnął głęboko i przymknął na chwilę powieki, po czym przełamał się wreszcie i wyszedł znowu na skraj lasu. Znowu, widział kamienną budowlę, a wokół niej jakieś niewyraźne sylwetki, postaci. Poszedł do przodu jeszcze o kilka kroków, nie do końca wiedząc, w którym momencie powinien się zatrzymać.
-Jest... Jest...!- usłyszał przytłumiony, pełen ekscytacji głos i dopiero wtedy przystanął, rozglądając się dookoła i nie mając pojęcia, co właściwie powinien robić.
-Gdzie?
-Tam! Tam! O, pani! Nasza pani!
-Pani!
Zewsząd rozległy się wołania, to pełne nadziei, to niemalże rozpaczliwe. Amir przełknął nerwowo ślinę i poruszył się niespokojnie. Powinien już odejść czy wciąż tutaj stać? A jeżeli odejdzie, to czy nie pójdą za nim?
-Pani, wróć do nas! Wróć do nas, pani!- ktoś wystąpił nagle z tłumu, zbliżając się nieco.
I w ślad za tym kimś poszła cała reszta, skowyczących i jęczących, wyciągających ręce w kierunku nieszczęsnego Amira, który nie bardzo wiedział, co począć. Ale wielkiego wyboru nie miał, bo zaraz wszyscy ci ludzie, rzucili się do przodu, jakby chcieli swoją władczynię pochwycić i siłą sprowadzić ją do wioski. Mężczyzna osłupiał w pierwszej chwili, po czym odwrócił się błyskawicznie i ruszył biegiem do lasu. Raz po raz potykał się o rąbek sukni, która cała była już poszarpana i zniszczona, to znów zahaczał o jakąś gałąź czy korzeń, ledwie powstrzymując się przed upadkiem. Gnał jednak wciąż na oślep, słysząc wciąż za sobą wołania naiwnego ludu. W końcu zatrzymał się przy jednym z drzew i chwytając się kolejnych gałęzi, wspiął się na nie wysoko. Oplótł nogami chudy pień i czekał, wisząc w górze, przeklinając w duchu geniusz swojego towarzysza.
Długo jeszcze mieszkańcy osady przeszukiwali las, zanim zdali sobie sprawę z tego, że wszystkie ich wysiłki nie przynosiły żadnego rezultatu. Amir słyszał jeszcze jakieś zawodzące, pełne niezrozumienia głosy, gdy rozchodzili się i oddalali stopniowo do swoich domostw. Gdy wreszcie wokół zapanowała zupełna cisza, skostniały z zimna, zszedł powoli z drzewa, trzęsąc się i ledwie trzymając na nogach. Mgła była już nieco mniejsza niż wcześniej, ale nadal rozglądając się wokół, widział niewiele i nie bardzo wiedział, w którą stronę powinien iść. Oparł się na chwilę o pień i odetchnął, usiłując uporządkować myśli, gdy nagle usłyszał czyjeś kroki.
Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł przed sobą szamana, który spoglądał na niego lodowato. Chyba spodziewał się, że go tutaj zastanie.
-Kto by pomyślał...- mruknął rozgniewany- Wpuścić przybyszy, ugościć ich i dostać takie podziękowanie... Nic, co miała przy sobie nie było cenne. Na nic wam się nie przyda... Gdzie ona jest?- zapytał surowo.
-Nie wiem- odparł automatycznie Amir.
-Gdzie ona jest...?- rzucił znowu szaman, tym razem groźniej, zbliżając się do mężczyzny jeszcze.
-Nie wiem, o czym mówisz- odpowiedział po raz kolejny Amir.
-Drwisz sobie ze mnie?!- człowiek wydobył spod szaty sztylet i wymierzył go w stronę Amira, który odruchowo sięgnął do pasa, szukając miecza, zanim przypomniał sobie, że go ze sobą nie wziął. Cofnął się nieco- Co z nią zrobiliście?! Możecie kpić sobie z głupców, ale nie ze mnie, nie na mojej ziemi! Mów, gdzie jest albo zginiesz!
-Wolałbym nie... Nie jest bezpiecznie być martwym w twojej obecności...
W oczach szamana najpierw pojawiło się zdumienie, a w ślad za nim gniew. Syknął coś wściekle i zamachnął się, zamierając jednak ze sztyletem uniesionym w dłoni i wpatrując się w kogoś ponad ramieniem Amira. Mężczyzna zerknął za siebie i dostrzegł we mgle kobiecą postać, która zmierzała w ich kierunku powoli.
-Kobieto!- krzyknął szaman, opuszczając na chwilę sztylet- Wracaj do domu! Nie macie tu już czego szukać!
Postać jednak nie zareagowała wcale. Kroczyła dalej przed siebie, krokiem spokojnym i niespiesznym.
-Kobieto!- zawołał znowu tamten, ale odpowiedziała mu jedynie cisza.
Istota bez cienia lęku zbliżała się do nich, wciąż pozostając ledwie wyraźną, przypominającą jakąś marę czy zjawę. Było w niej coś mistycznego, tajemniczego, coś, co zupełnie sparaliżowało i szamana i samego Amira, który spoglądał na tą kobietę z osłupieniem, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Czy to możliwe...? Czy to w ogóle możliwe...? Szaman przystąpił kilka kroków do przodu, mijając mężczyznę, ale zaraz zawahał się i wycofał z powrotem. Oczy miał rozszerzone z lęku, nie odrywał ich od zbliżającej się postaci. Oddech spłycił mu się wyraźnie. Chwycił się nagle za klatkę piersiową i oparł o drzewo, łapiąc z trudem powietrze i osuwając się powoli na ziemię. Amir nie potrafił odwrócić wzroku od tej niesamowitej istoty, aż do momentu...
Aż do momentu, gdy dostrzegł, że „niesamowita istota” ma uszy. Psie uszy.
I tym oto sposobem stanął twarzą w twarz ze swoim własnym towarzyszem, ubranym w suknię.
-Psie...!- Amir aż jęknął głucho, czując, że opuszcza go lęk. I tak właśnie powstają te wszystkie legendy i naiwne historyjki, do diabła! Wystarczy mgła, noc, odpowiednia atmosfera i jakiś kretyn przebrany w sukienkę!
-Wszystko w porządku?- Nadim spojrzał na swojego towarzysza z uwagą.
Amir skinął głową, po czym przypomniał sobie o szamanie, który wciąż siedział przy drzewie, oddychając coraz płycej i z coraz większym trudem. Nachylił się nad nim, nie bardzo jednak wiedząc, co mógłby zrobić.
-Amir, zostaw!- zatrzymał go potomek wilków- On wprowadza się w trans!
Mężczyzna spojrzał na niego krzywo.
-Że co...?
-Wprowadza się w trans. Niektórzy szamani mają takie umiejętności.
-Psie, co ty bredzisz, on umiera!- żachnął się Amir.
-Wcale nie!
W tym jednak momencie szaman po raz ostatni złapał powietrze w płuca, a jego głowa opadła na klatkę piersiową i znieruchomiał zupełnie. Mężczyzna posłał swojemu towarzyszowi pełne politowania spojrzenie.
Nadim odkaszlnął cicho.
-Miałeś rację. Chyba jednak nie żyje- stwierdził, niemalże ze skruchą- Nic ci nie zrobił...?
-Nie. Co z nim zrobimy...?- Amir podniósł się powoli, stając obok potomka wilków.
-Nie wiem. Raczej go tu nie zostawimy.
-Raczej nie.
-Szafa jest już zajęta...
Amir spojrzał na swojego towarzysza ostro, nim zorientował się, że ten żartuje. Parsknął śmiechem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z dziwaczności sytuacji w której się znaleźli. Obaj stali w środku nocy, w lesie, w damskich ubraniach. Jeśli dodać jeszcze do tego zwłoki szamana, leżące pod drzewem, ktoś postronny musiałby sobie pomyśleć, że to najdziwniejszy rytuał religijny świata.
-Po co się w to w ogóle ubrałeś?- nie rozumiał mężczyzna.
-Nie wiem- Nadim zachichotał, wzruszając ramionami- To było pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Amir parsknął pobłażliwie.
-Jeżeli pierwsze, co przychodzi ci do głowy w sytuacji zagrożenia to przebranie się w sukienkę, zaczynam się o ciebie obawiać.
Potomek wilków uśmiechnął się lekko.
-Niepotrzebnie.
Amir przyjrzał mu się nieco uważniej. Sukienka wydawała mu się dziwnie znajoma.
-Skąd ty ją w ogóle masz...?- zapytał podejrzliwie.
-Zdjąłem z władczyni.
Amir zaniemówił na dłuższą chwilę.
-Że co?!- wydusił z siebie w końcu, odskakując od towarzysza.
-O co chodzi...?
-Rozebrałeś ją, psie?! Na litość bogów! Zostań szamanem!
-Amir, to tylko suknia...
-O bogowie...- szepnął z udawaną zgrozą.
-Amir!
-O bogowie...
-Amir, nie zrobiłem niczego złego! Amir, na litość boga!- potomek wilków wciąż powtarzał chaotycznie jego imię, idąc w ślad za tłumiącym z trudem śmiech mężczyzną- Dokąd biegniesz...?
Żartowanie z psa było najlepszą rozrywką na świecie.

Ciało szamana, wraz z ciałem władczyni, pochowali w lesie, w sposób raczej nieszczególnie uroczysty, ale i nie pozbawiony godności. Złożyli ich we wspólnym grobie, mimo wielu wątpliwości co do rzeczywistej woli zmarłych, a szczególnie zmarłej. Ostatecznie jednak doszli do wniosku, że chociaż szaman wciąż był sztywny, tym razem miało to trwać już na wieki wieków i raczej ręce świerzbić go nie będą. Tak więc nieszczęśnik spoczął tuż przy swej ukochanej nieszczęśnicy. Oczywiście nikogo z wioski o pochówku nie informowali. Sami wieśniacy niezbyt przejęli się nagłym zniknięciem szamana, które potraktowali jako kolejny znak i dowód na swoją teorię o powrocie, choćby chwilowym, władczyni.
-Sądzę, że nasza pani go ze sobą zabrała- powiedziała im ta sama kobieta, z którą rozmawiali dnia wczorajszego- On tak bardzo nie chciał w to uwierzyć... Poszedł z nami do lasu i został tam najdłużej ze wszystkich... Myślę, że ona na niego czekała. Może wróciła tylko na chwilę, bo potrzebowała jego pomocy. Będziemy więc czekać na nich dwoje.
Później weszli razem do chaty kapłana, która okazała się jeszcze bardziej skromną i maleńką od ich zniszczonego domku. Urządzona surowo i ubogo, położona na drugim krańcu wioski, przypominała raczej miejsce pustelnika. Nie znaleźli tam zupełnie nic, ani żadnych śladów skarbca, ani skrzyni, ani nawet jednej rzeczy, którą można by uznać za cenną. Mężczyzna był wobec tego przekonany, że potwierdziły się jego przypuszczenia i żaden skarbiec nie mógł w rzeczywistości istnieć.
Aż w końcu, wciąż pewny siebie potomek wilków, znalazł kogoś, kto twierdził, że miejsce skarbca zna. Amir przyjął tę informację wyjątkowo sceptycznie.
-Więc gdzie jest ten skarbiec...?- zapytał przyprowadzonego przez Nadima mężczyznę.
-No... Panie... Jest... Tam...- ten miał wyraźny problem z wypowiedzeniem się. Machnął gdzieś dłonią w kierunku lasu, po czym wzruszył ramionami- Nie pamiętam... Aż tak... Ale blisko... Blisko pani bardzo...
-Blisko pani...?- podchwycił Nadim- Blisko krypty...?
-Tak... Tak sądzę...
-Ten skarbiec znajdował się w jakimś budynku...? Był gdzieś zakopany...?
-Nie... Nie, nie... Znajdował się... Gdzieś się znajdował na pewno... Nie, nie był zakopany... Nie w budynku... Nie pamiętam... Zbyt dobrze...
-Tracimy czas- mruknął półgębkiem Amir.
Nadim jednak postanowił to sprawdzić. Tym sposobem wylądowali po raz kolejny przy kamiennym budynku i zaczęli poszukiwania, w które mężczyzna nie angażował się zbytnio, przekonany o ich bezsensowności. Potomek wilków wszedł do pobliskiej jaskini, ale i tam nic nie znalazł. I wydawało się, że gotów był już przyznać swojemu towarzyszowi rację, gdy jego uwagę zwrócił nagle stojący tuż przy wzgórzu, ogromny, pokryty mchem głaz.
-Odsuńmy to- rzucił, wywołując u Amira gwałtowny śmiech.
-Nie odsuniemy tego we dwóch, psie...- mruknął tylko, rozkładając się leniwie na trawie.
Nadim jednak się nie poddawał. Po kilkunastu minutach, przyprowadził kilku mieszkańców osady, którzy pomogli mu kamień odsunąć. A gdy to wreszcie uczynili, oczom wszystkich, ukazało się wejście do jaskini. Dopiero w tym momencie, Amir wstał, nieco zdumiony. Podszedł do swojego towarzysza, który wziął od jednego z chłopów pochodnię i obaj weszli do środka. I nie musieli iść długo, by przekonać się, że znaleźli nic innego, jak właśnie legendarny skarbiec. Chociaż z pewnością nie takich widoków się spodziewali.
Światło pochodni umożliwiło im dostrzeżenie znajdujących się niemalże wszędzie, martwych ciał. Kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt trupów, ułożonych w taki sposób, że oczywistym było, że musieli żyć, gdy ich tutaj zamykano. I w tym momencie absolutnie jasne stały się słowa tamtej wieśniaczki. Wszystko, co należało do ich pani, czekało na nią tutaj. Włącznie z jej służbą.
Ta jednak nie miała szansy zachować się w równie dobrym stanie, co jej pani. Zewsząd spoglądały na nich puste oczodoły, ciała zmarłych były przeraźliwie chude, ciemnobrązowa lub wręcz sczerniała skóra przylegała ściśle do kości. A wokół zwłok piękne stroje i kufry, część z nich była otwarta, wszystko wskazywało na to, że przez tych, którym przyszło spędzić tutaj ostatnie dni swojego życia. Na ziemi porozsypywane były jakieś monety, minęli pięknie zdobione naczynia, przewrócone złote puchary, biżuterię... Amir nie mógł wyjść ze zdumienia. Spojrzał ukradkiem na swojego towarzysza, który z mieszaniną niedowierzania i przerażenia przyglądał się temu, co są w stanie zrobić ludzie.
Mężczyzna westchnął głęboko. A więc wyjaśniła się tajemnica skarbca. Musieli go stworzyć, od początku do końca ci, którzy sami się tutaj znaleźli. Prawdopodobnie czynili to z własnej woli, a jeśli tak było – zapewne liczyli na to, że powrócą razem z władczynią i dane im będzie żyć wiecznie. Ciekawe, jak szybko przekonali się o tym, że opowieści szamana nie miały nic wspólnego z prawdą. Amir ruszył powoli dalej. Nie rozumiał wciąż, skąd wzięły się tutaj te wszystkie bogactwa, te kosztowności, piękne tkaniny i niespotykane wyroby. Wiele jednak wskazywało na to, że władza tejże pani nie była jedynie pozorna, a może rozciągała się jeszcze na dalsze krainy. Ciężko było teraz stwierdzić, jak wyglądała ta wioska przed trzema laty, chociaż okoliczni mieszkańcy musieli to dobrze pamiętać. Może właśnie dlatego, osoba władczyni, nawet po śmierci budziła w nich takie odczucia. Amir poczuł znajome szarpnięcie. Pojemniczek z kryształami uniósł się nieco, a znajdujące się w nim fragmenty, rozbłysły charakterystycznie. Kryształ był tutaj.
-Nadim...- szepnął Amir, wybudzając swojego towarzysza z osłupienia. Ten podszedł do niego powoli.
Mężczyzna ruszył dalej i wkrótce natrafili na koniec jaskini. Tuż przy jej ścianie, znajdował się, ustawiony na podwyższeniu, otwarty, pusty kuferek. A obok podwyższenia leżały ostatnie zwłoki. Amir nachylił się nad nimi i spomiędzy chudych palców wydobył kawałek kryształu. Schował go do pojemnika. Pozostałe fragmenty uspokoiły się natychmiast.
-Chodźmy stąd.
A wszystko, co za sobą zostawiali, było przerażająco obce.