Strony

sobota, 10 grudnia 2011

` 7 ` [AFY]

Wstałem z łóżka, czując się fatalnie. Przetarłem twarz dłońmi, starając się dobudzić i powrócić do rzeczywistości, która wzywała mnie nieubłaganie i nie pozwalała zapomnieć. Reda nie było. Zupełnie tak, jak zwykle. Przecież zawsze znikał i zostawiał mnie śpiącego, a ja mimo tego liczyłem na to, że któregoś ranka obudzę się obok niego... Chciałem mieć go przy sobie cały czas. Może to była jedynie moja złudna nadzieja, może tylko wydawało mi się, że u jego boku wszystko stałoby się znacznie prostsze, a przynajmniej bardziej znośne... Nie, pewnie nie. Pewnie z czasem nawet jego bliskość stałaby się uciążliwa i przestałaby dawać mi ukojenie. Może właśnie dlatego pojawiał się tutaj tak rzadko... Dawał mi jakiś cel, coś, o czym mogę myśleć, za czym mogę tęsknić, dla czego warto żyć...
Ale jak długo jeszcze będzie mi to wystarczać?
Nie znałem go. Nie wiedziałem nawet, jak naprawdę się nazywa. Nie wiedziałem, jaki jest, jak się zachowuje. Czy czuje to samo co ja, czy cierpi, czy ma podejście podobne do Fenicia, a może do Bella... Nie dał mi siebie dotąd poznać z żadnej strony. Był dla mnie bardzo łagodny, przyjazny, delikatny i cierpliwy, ale skąd miałem wiedzieć, jaki jest naprawdę? O nic mnie dotąd nie pytał, więc i ja nie pytałem. Kiedy pojawiał się w moim pokoju, przestawało mnie to obchodzić. Wtulałem się w niego i zasypiałem, przez krótki czas mając fałszywe przekonanie, że znam go lepiej niż kogokolwiek innego. Ale to złudzenie szybko mijało i pozostawiało mnie jeszcze bardziej zdezorientowanego i niepewnego. Nadal nie wiedziałem, czego tak naprawdę oczekiwał. Czy to możliwe, żeby też nie pogodził się z tym, że tutaj jest...? Żeby zobaczył we mnie coś, czego nie widział w nikim innym i chciał mi pomóc? Czy naprawdę potrzebował azylu, potrzebował kłamstw i poczucia bliskości tak bardzo jak ja...?
Azyl. Bezpieczne miejsce. Uśmiechnąłem się z goryczą, rozglądając dookoła po przerażająco ciemnym pomieszczeniu. Jak to możliwe, że ledwie wczoraj ten pokój wydawał mi się być miejscem pełnym spokoju, miejscem, w którym nikt nie może mnie skrzywdzić, w którym jestem tylko z Red, a teraz sprawiał wrażenie zimnego więzienia, z którego nie byłem w stanie się wyrwać. Całe to miejsce było jednym wielkim więzieniem.
Więc kim był Red i jaki był jego cel...? Próbował rozkuć moje kajdany czy raczej założyć je na nowo...?
Nie mówił przecież niczego, co mogłoby mi dać nadzieję. Niczego, prócz tych błahostek które słyszałem od wszystkich, że to z czasem stanie się naturalne, dużo prostsze, łatwe... Nie dał mi niczego, nie podsunął żadnego pomysłu, żadnej myśli, której mógłbym się chwycić rozpaczliwie i żyć z nią, wierząc, że pewnego dnia stanie się ona rzeczywistością. Nie obiecywał mi przecież, że stąd wyjdę. Za tydzień, za miesiąc, za rok... Nie mówił, że ktoś mnie tu znajdzie. Nie próbował mnie przekonać, że cokolwiek tutaj się zmieni, więc dlaczego czekałem na niego z niecierpliwością i zasypiałem w jego ramionach wyobrażając sobie, że jesteśmy razem w zupełnie innym miejscu? Byłem jak ślepiec, który potrzebuje czyjejś dłoni, by się na oprzeć, żeby nie upaść i iść dalej. Problem w tym, że ja wciąż stałem w miejscu. Prawdziwe życie toczyło się gdzieś indziej.
Wszedłem do łazienki i wziąłem prysznic, a następnie naszykowałem się do wyjścia. Zaczynałem włączać się powoli w panującą tu rutynę. Już wiedziałem, co będzie się działo przez resztę dnia. Zejdę na dół i usiądę przy barze, obok Fenicia. Prawdopodobnie dołączy do nas Bello albo Keisy. Jeżeli to będzie ten pierwszy, usłyszę, jak spiera się z Feniciem albo obejrzę kolejną odsłonę ich dziwacznej „symbiozy”. Jeżeli ten drugi, Fenicio nie zostawi na nim suchej nitki, a ja wciąż będę się zastanawiał, dlaczego on stale tutaj przychodzi, samemu skazując się na swój los. Później pewnie wrócę na górę, by znowu zejść na dół, gdy przyjdzie pora i zacząć szukać kogoś, kto zechciałby zrobić ze mną to, czego ja robić nie będę chciał i za to zapłacił. Ostatecznie i tak wyląduję tutaj, w milczeniu obserwując zegarek i nie mogąc się doczekać aż zobaczę w drzwiach rudowłosego.
Westchnąłem cicho, przechodząc z powrotem do sypialni i zamarłem w bezruchu, dostrzegając tacę ze śniadaniem leżącą na mojej komodzie. Przez chwilę rozglądałem się jedynie strachliwie po pomieszczeniu, jakbym myślał, że ktoś rzeczywiście może się tutaj ukrywać, po czym dotarło do mnie, że to zupełnie bezsensu. Ktoś zostawił to już jakiś czas temu, pewnie gdy spałem. Mimo wszystko, sama myśl o tym, że ktoś może tutaj w każdej chwili wejść, mnie przerażała.
Zjadłem niewiele. Nie potrzebowałem dużo, by się nasycić. Uprzątnąłem łóżko, a następnie wyszedłem z pokoju i ruszyłem korytarzem, chcąc zejść na dół. Gdy zszedłem piętro niżej, dostrzegłem, że drzwi do jednego z pokojów były uchylone. I pewnie nawet nie zwróciłbym na to uwagi i poszedł dalej, gdybym nie zauważył przez nie Keisy'ego, który siedział na brzegu łóżka i wpatrywał się w ścianę, zupełnie nieruchomo. Zatrzymałem się mimowolnie. Dostrzegłem bandaże i opatrunki leżące na łóżku obok niego i zaniepokoiło mnie to. Nie wiedziałem jednak, czy powinienem wejść, czy raczej zostawić to w spokoju. W pewnym momencie Keisy przeniósł pełne zdumienia spojrzenie na mnie i dopiero wtedy zreflektowałem się i szepnąłem speszone:
-Przepraszam.
-Nie, nie!- krzyknął natychmiast brunet, nim zdążyłem odejść i podchodząc do mnie prędko, otwarł drzwi na oścież i uśmiechnął się radośnie. Wpatrywałem się w niego z lekkim zdumieniem. Nigdy nie potrafiłem do końca zrozumieć jego emocji. Najpierw widziałem go z Bellem i wydawał się wtedy naprawdę szczęśliwy, a niedługo później płakał w samotności. Podchodził do baru i siadał nieopodal Fenicia. Uśmiechał się, by zaraz pokazać rany, które sobie robił i odchodził roztrzęsiony, nie będąc sobie w stanie poradzić z tym, co usłyszał- Wejdź, proszę- rzucił, wpuszczając mnie do środka.
Wszedłem do pomieszczenia i rozejrzałem się niepewnie. Jego sypialnia była bardzo podobna do mojej, urządzona w tym samym stylu, szarawa i ponura. Wydawała się jednak trochę większa.
-Już dawno chciałem z tobą porozmawiać- stwierdził z entuzjazmem, siadając na brzegu łóżka i wskazując mi miejsce obok siebie.
Usiadłem, wciąż czując się wyjątkowo nieswojo. Keisy miał na sobie bluzkę z krótkim rękawkiem. Jedną rękę miał całkowicie obandażowaną, ale na drugiej wyraźnie widać było potworne zadrapania i rany. Niektóre z nich z pewnością były świeże. Mimowolnie odwróciłem wzrok, nie mając pojęcia, jak się zachować ani co powiedzieć.
-Ze mną...?- zapytałem wreszcie, zdając sobie chwilę z tego, co powiedział.
-Tak, ale jeszcze nie mieliśmy okazji- potwierdził radośnie, najwyraźniej nie przejmując się tym, w jakim stanie go widzę. Wciąż nie przestawał się uśmiechać- No, może prócz tej chwili w toalecie, ale wiesz, co mam na myśli... Wszystko u ciebie w porządku, Cissy?- zapytał nagle, wpatrując się we mnie niemalże troskliwie.
-Tak... Tak, jest znacznie lepiej- odparłem po chwili, chociaż nie było w tym ani odrobiny prawdy. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, co odpowiedzieć.
-To dobrze, bo bałem się, że będzie ci za ciężko- stwierdził, chwytając za kolejny bandaż i starając się nieudolnie owinąć nim drugą rękę- Pomożesz...?- zapytał, a ja skinąłem głową, zaczynając obwiązywanie.
-Te rany... Wcale nie zrobiłeś ich dawno, prawda?- rzuciłem, nie będąc pewnym, czy mogę sobie pozwolić na podobną uwagę, ale Keisy wcale nie sprawiał wrażenie zdenerwowanego.
-Nie wszystkie- przyznał otwarcie, wzruszywszy ramionami w taki sposób, jakby chodziło o coś mało istotnego- Ale to nic- dodał, widząc moje pełne przerażenia spojrzenie- Nie są na tyle głębokie, żebym coś sobie zrobił, naprawdę...
-Ale po co to robisz?- zapytałem, wpatrując się w niego bez zrozumienia. Już wczoraj, kiedy pokazywał mi swoje ręce, domyślałem się, że wcale z tym nie skończył. Teraz byłem już pewien. Skoro nie chciał się zabić, po co okaleczał się w tak potworny sposób?
-To pomaga- odparł, spoglądając na mnie tak, jakby to było coś oczywistego.
-W czym?
Zawahał się przez chwilę, po czym uśmiechnął się niepewnie i odparł:
-W niepamiętaniu.
-Przecież to boli- zauważyłem, nadal zupełnie nie potrafiąc tego pojąć.
-Wcale nie aż tak bardzo...- zaśmiał się cicho, chociaż w tym śmiechu trudno było doszukiwać się rozbawienia. Brzmiał raczej smutno. Kiedy skończyłem opatrywać mu rękę, zszedł na podłogę i klęknął na niej, szukając czegoś pod łóżkiem. Wstałem z posłania niepewnie, nie wiedząc, co robi. Dopiero po kilku chwilach odwrócił się w moim kierunku, trzymając w dłoniach żyletkę- Chcesz spróbować?- zapytał całkiem wesoło, podając mi ją- Na początku boli najbardziej, ale naprawdę przynosi skutek. Kiedy boli tutaj...- wskazał na ręce- To tam już trochę mniej- dokończył, dotykając dłonią swojego serca i uśmiechając się leciutko.
-Nie, raczej nie.
-Jesteś pewien? Nie martw się, nie używałem jej, jest całkowicie nowa...
Nie to mnie martwiło.
-Nie, dziękuję...- odmówiłem raz jeszcze, uśmiechając się blado.
-Okej, jak wolisz- wzruszył ramionami, odkładając ją na szafkę, po czym podniósł się z miejsca i chwycił za leżący na niej talerz- Może jesteś głodny?- zapytał, a ja pokręciłem przecząco głową. Uśmiechnął się do mnie raz jeszcze, po czym ruszył do łazienki. Przez otwarte drzwi widziałem jak spłukuje jedzenie w ubikacji.
-Co robisz?- zapytałem z zaskoczeniem.
-Nie jestem głodny- odpowiedział, siadając po turecku na podłodze.
Usiadłem przed nim, czując się dziwnie.
-Nie jesz?- rzuciłem wreszcie, pełen wątpliwości, a on pokiwał głową.
-Niewiele- przyznał, uśmiechając się nerwowo- Czasem przychodzi do mnie Bello i wtedy jem prawie wszystko... Zawsze je ze mną przynajmniej jeden posiłek- dodał niemalże z radością- Ale nic więcej nie jem.
-I nie jesteś głodny...?- nie potrafiłem w to uwierzyć.
-Trochę jestem- odpowiedział, wzruszając ramionami- Ale wtedy myślę o tym, że jestem głodny, więc nie myślę o niczym innym- zaśmiał się lekko- Tak samo jest z bólem.
Wpatrywałem się w niego z uwagą. Współczułem mu. To, co mówił, było dla mnie przerażające, kompletnie mnie paraliżowało, ale w pewien sposób go rozumiałem. Gdybym naprawdę wierzył w to, że cokolwiek mogłoby sprawić, bym przestał myśleć o tym wszystkim, nie niosąc za sobą jednocześnie bólu i cierpienia, pewnie natychmiast skorzystałbym z tej metody, może nawet za cenę zatracenia samego siebie. Ale ja zdawałem sobie sprawę ze swojego położenia, a Keisy... Keisy przecież mówił, że jest szczęśliwy. Że dni, kiedy było inaczej, już minęły. Mówił, że już się nie krzywdzi. Że wszystko jest w porządku... Że to cudowne miejsce, że cieszy się, że tutaj trafił... Nie potrafiłem tego pojąć, to było dla mnie zupełnie abstrakcyjne. Czy były chwile, że naprawdę czuł się tutaj szczęśliwy...? Czy może po prostu starał się sobie wmówić, że tak jest? A może wmówił mu to ktoś inny...?
-Bello pozwala ci robić sobie takie rzeczy?- zapytałem w końcu. Przecież musiał wiedzieć. Ja wiedziałem, a znałem go ledwie od kilku dni, spotykałem go zupełnie przypadkiem, zauważyłem to, chociaż dotąd nawet nie starałem się mu starannie przyglądać.
-Nie, bardzo się denerwuje, gdy widzi, że coś sobie zrobiłem...- przyznał ze skruchą- Ale ja mu ich nie pokazuję.
-Przecież masz zabandażowane ręce- zauważyłem, nie wyobrażając sobie nawet, jak można przeoczyć taki „szczegół”. Przecież Bello spędzał z nim czas sam na sam. Przecież byli razem blisko. Nie mógł się nie domyślać, nie mógł tego nie widzieć. Chyba, że celowo zamykał oczy w odpowiednich momentach i po prostu nie przyswajał tego, co do niego docierało. Ale dlaczego...?
-Często je bandażuję. Niektórym klientom nie do końca podoba się... no wiesz...- uśmiechnął się niepewnie- Więc robię sobie opatrunki, Bello nie zwraca na nie uwagi, bo wie, jaka jest sytuacja... Widział już moje blizny, a nowe rany przed nim ukrywam, zanim się trochę nie zagoją, a gdy tak się stanie, on nie odróżnia ich od reszty... Rzadko coś zauważa. Nie zna się na tym, a ja wolę, żeby nie wiedział i się o mnie nie martwił.
Rzadko coś zauważa... Aż nie potrafiłem uwierzyć w to, co do mnie mówił. Ja to zauważyłem, a nie miałem o tym pojęcia. Fenicio wykpiwał to niemalże każdego dnia. Czy Keisy naprawdę wierzył w to, że Bello może rzeczywiście tego nie dostrzegać? To było zupełnie nierealne. Jeżeli rzeczywiście tego nie widział, to tylko z jednego powodu. Nie chciał tego widzieć. Dlaczego...? Czy tak wyglądała właśnie pomoc i wsparcie...? Czy tak wyglądała ich miłość...? Wszystkie te słowa odnoszone do ich sytuacji wydawały mi się być kompletnie absurdalnymi i pozbawionymi sensu. Ale w tym miejscu wszystko traci swój pierwotny sens, prawda...?
-Jesteś bardzo miły, Cissy- odezwał się nagle, wpatrując się we mnie z uśmiechem- Zupełnie inny, niż cała reszta... Zostaniemy przyjaciółmi?- zapytał nagle, a ja wbiłem w niego zdezorientowane spojrzenie.
-Tak... Tak, jasne...- potwierdziłem po chwili, a on uściskał mnie serdecznie, a następnie położył się. Ułożyłem się obok niego, nie do końca orientując się jeszcze w całej sytuacji i poczułem, jak chwyta mnie za dłoń. Miał małe ręce. Cały był mały. Ja sam miałem raczej drobną posturę, ale on przy mnie sprawiał wrażenie jeszcze bardziej wątłego i niepozornego.
-Skoro jesteśmy przyjaciółmi to możesz mi mówić o wszystkim i o wszystko mnie pytać- poinstruował mnie, wyraźnie radosny- Tylko nie możesz tego powtarzać nikomu innemu. Ja też nic nikomu nie powiem. Nawet Bello.
-W porządku- zgodziłem się, uśmiechając się niepewnie. Tak naprawdę zdawałem sobie sprawę z tego, że zdobycie przyjaciół nie jest raczej kwestią deklaracji, a raczej wypracowania pewnych głębszych relacji, na które potrzeba było wiele czasu, ale tutaj wszystko było zupełnie inne. A poza tym, wydawało mi się, że Keisy naprawdę tego potrzebuje. I miałem cień nadziei, że ja sam również poczuję się chociaż odrobinę mniej samotny.
-Chcesz mnie o coś zapytać?- zagadnął mnie Keisy, wpatrując się we mnie z uwagą. Wciąż nie puszczał mojej dłoni.
-Hm... Ten... Ten mężczyzna o którym mówił wczoraj Fenicio... Ten, z którym wcześniej byłeś...
-Bernie- przerwał mi, uśmiechając się smutno i odwracając wzrok. Przez chwilę pożałowałem, że zacząłem ten temat i chciałem go przeprosić, ale on kontynuował- Był tutaj jeszcze przed tym, jak ja tu trafiłem. Byliśmy w bardzo podobnej sytuacji...- dodał w zamyśleniu, ciągle spoglądając w bok- Miałem... pewne problemy... A on mi pomagał. Strasznie go kochałem. Prawie tak jak Bella- sprostował po chwili wahania i uśmiechnął się nerwowo, a w jego oczach pojawiły się łzy- Czasem sobie żartowaliśmy, że stąd uciekniemy. Tylko żartowaliśmy- zaznaczył prędko, jakby z obawą- To znaczy ja nie brałem tego na poważnie. Wiedziałem, że to bez sensu.
-Nie chciałeś uciec...?- zapytałem. Nie wierzyłem w to. Nie wierzyłem w to, żeby ani przez chwilę nie przyszło mu to do głowy. Ja myślałem o tym bez przerwy, chociaż wydawało się, że nie ma na to nadziei.
-Nie! Jasne, że nie!- zaprotestował gwałtownie- To miejsce jest naprawdę... Naprawdę dobre! Mówiłem ci już, że tu jest znacznie lepiej niż na ulicy... Jest miejsce do spania, jest jedzenie, dach nad głową... Wszystko! A poza tym, ja nie miałbym dokąd uciec- stwierdził, wzruszywszy ramionami- Do rodziców nie chciałbym wrócić za nic w świecie, zresztą oni też na pewno za mną nie tęsknią. A Bernie... Cóż. Bernie mówił, że jego by mu wybaczyli, gdyby pojawił się w domu. I że moglibyśmy zamieszkać tam razem. Dla mnie to były tylko marzenia... Ale... Stało się- dokończył wreszcie, odkaszlnąwszy cicho.
Miejsce do spania, jedzenie, dach nad głową... Tylko po co to wszystko? Po co to wszystko, skoro można było zasnąć spokojnie dopiero w czyichś ramionach, skoro nie jadło się, żeby skoncentrować się na czymś innym, a jedynym marzeniem, było wyjście na zewnątrz...?
-Nie mówił ci, że zamierza uciec?
-Nie... To znaczy, w pewnym sensie...- sprostował, po chwili zastanowienia- Przyszedł do mnie któregoś dnia i zapytał, czy chciałbym z nim uciec. Odmówiłem. W ogóle potraktowałem to jak żart, zawsze z tego żartowaliśmy... A on odszedł. Tego dnia już się nie zobaczyliśmy. Sądziłem, że się na mnie obraził, bo zazwyczaj cały wolny czas spędzaliśmy ze sobą... A później się dowiedziałem...- zagryzł nerwowo wargę i uśmiechnął się niepewnie- I wszystko było jasne.
-To dlatego... Dlatego próbowałeś się zabić...?- dopytałem po chwili wahania, wpatrując się w niego badawczo.
Uśmiechnął się nerwowo, wolną dłonią zaczesując pasemko włosów za ucho.
-To był dla mnie trudny czas- odpowiedział jedynie.
Milczałem przez dłuższą chwilę i on również się nie odzywał. Leżeliśmy obok siebie w zupełnej ciszy. Ścisnąłem mocniej jego dłoń, a on uśmiechnął się do mnie leciutko. Zastanawiałem się, czy mogę dla niego cokolwiek zrobić. Czy mogę mu jakoś rzeczywiście pomóc, postąpić tak, żeby on w przyszłości nie zrobił sobie czegoś złego. Żeby przestał się krzywdzić. Wcale nie byłem tego pewien, zupełnie nic nie przychodziło mi do głowy. Bałem się tego, że będzie zupełnie tak jak z Kenny'm. Że chociaż wiedziałem, co go dręczy, nie będę potrafił zrobić dla niego nic więcej.
-Ale teraz mam Bella- odezwał się nagle, a jego twarz rozjaśnił pogodny, niemalże marzycielski uśmiech- Bello jest od niego zupełnie inny... Nie mówi nic o ucieczce ani nic...- parsknął cichutko- Jest... Jest bardzo opiekuńczy i wiem, że jestem z nim bezpieczny. Naprawdę dobrze jest tutaj kogoś mieć. Też powinieneś kogoś znaleźć- dodał, a ja uśmiechnąłem się jedynie w odpowiedzi- Cissy...?
-Hm?
-Nie miej mi tego za złe...- zaczął z wyraźnym wahaniem- Ale... Fenicio nie jest zbyt... To znaczy... Wydaje mi się, że on nie jest dla ciebie odpowiedni- dokończył, wpatrując się we mnie z obawą.
-Fenicio?- zapytałem ze zdumieniem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, co miał na myśli- Sądzisz, że Fenicia i mnie coś łączy?
-A nie?- zdziwił się, a ja pokręciłem przecząco głową- Przepraszam- uśmiechnął się nieco nerwowo- Siedzisz z nim codziennie i rozmawiasz, a on przecież nie jest najprzyjemniejszym towarzyszem... Więc sądziłem, że może macie się ku sobie. Albo ty masz się ku niemu. A to nie byłoby dobre dla kogoś takiego jak ty.
-Pewnie nie- potwierdziłem cicho.
Nie wiedziałem, czy powiedzieć mu o Red. Pamiętałem reakcję Fenicia i Bella na moje słowa. Ich zdziwienie. Może nawet niedowierzanie. Drwiny tego pierwszego, jego przypuszczenia, drobne złośliwości... Sam już nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.
-Jest... Jest ktoś- stwierdziłem w końcu po dłuższej chwili, a Keisy spojrzał na mnie z wyraźnym zainteresowaniem- Red. Przychodzi do mnie czasem- wyjaśniłem.
Brunet speszył się wyraźnie.
-Ale... Red nie jest przypadkiem...?
-... z szefem?- dokończyłem, widząc niepewność na jego twarzy- Tak, tak słyszałem.
-Nie o to mi chodziło- zaznaczył prędko, wyraźnie zawstydzony- Wiesz... To nic złego w sumie... Tylko on... On po prostu nikogo nigdy nie miał- stwierdził- Ale jest chyba miły- dodał po chwili zastanowienia- Nigdy z nim nie rozmawiałem... Właściwie to rzadko można go spotkać- uśmiechnął się odrobinę bezradnie- Ale nie sprawia złego wrażenia.
-Tak...- potwierdziłem z nutą goryczy- Tak, jest całkiem miły.
-Kochasz go?- zainteresował się chłopak, a ja spojrzałem na niego mocno zdezorientowany.
Nie wiedziałem. Starałem się już sobie odpowiedzieć na to pytanie, ale to wcale nie było takie proste. Na pewno coś do niego czułem. Czy coś więcej oprócz dziwacznego przywiązania wywołanego panicznym strachem? Kiedy się nad tym zastanawiałem, dochodziłem do wniosku, że w tym przypadku nie ma mowy o miłości, że to za krótki czas, że w ogóle się nie znamy... Ale kiedy byłem z nim, czułem coś tak intensywnego, że nawet nie byłem w stanie tego nazwać.
-Nie... Nie wiem... Chyba jest na to zbyt wcześnie- odparłem cicho.
-Zbyt wcześnie?- zdumiał się Keisy, wyraźnie nie rozumiejąc.
-Ledwie się znamy.
-Przecież mówiłeś, że jest miły- stwierdził chłopak, tak, jakby to wszystko wyjaśniało.
Uśmiechnąłem się jedynie niepewnie w odpowiedzi.
-Śliczny jesteś, wiesz, Cissy?- zachichotał ciemnowłosy, wpatrując się we mnie z rozbawieniem. Chwilę później przysunął się do mnie bliżej i musnął delikatnie moje wargi.
Spojrzałem na niego odrobinę zmieszany.
-Bello się nie zdenerwuje...?- zapytałem jedynie.
-Skąd!- zaprzeczył z pełnym przekonaniem, uśmiechając się szeroko- Przecież teraz jesteśmy przyjaciółmi!
Uśmiechnąłem się lekko, nieco skrępowany. Chyba nigdy w życiu nie pojmę tego, jakimi zasadami rządzi się to miejsce... Leżeliśmy obok siebie jeszcze jakiś czas, w ogóle się nie odzywając i patrząc na siebie po prostu. Keisy uśmiechał się wesoło raz po raz. Naprawdę wyglądał na kogoś, kto jest szczęśliwy. Pewnie gdybym nie widział bandaży na jego rękach i nie pamiętał tego, że jeszcze chwilę temu widziałem w jego oczach łzy, byłbym w stanie w to uwierzyć.
-Chodźmy na dół- zaproponował nagle, wstając i ciągnąc mnie za sobą.
-W porządku...- zgodziłem się niepewnie, ruszając w ślad za nim i schodząc do sali. Keisy szedł trochę przede mną, nadal trzymając mnie za rękę i non stop odwracając głowę w moim kierunku, by obdarzyć mnie uśmiechem. Sprawiał wrażenie, jakby moja obecność naprawdę była dla niego powodem do radości.
-Usiądziemy przy barze?- zaproponował, ale ja zatrzymałem się gwałtownie na te słowa.
-Nie... Nie, usiądźmy tutaj- odparłem, ciągnąc go w kierunku jednej z kanap i mając nadzieję, że Fenicio nie zdążył nas zauważyć. Keisy chyba naprawdę posiadał wyjątkowy instynkt samobójczy, skoro wszystko ciągnęło go do człowieka, który jednym swoim słowem potrafił doprowadzić go do łez.
-Okej- zgodził się bez najmniejszego oporu, wzruszając ramionami i siadając obok mnie- Sądziłem, że chcesz pogadać z Feniciem... Musisz go chyba lubić, co?- zapytał, wpatrując się we mnie z uwagą- Często was razem widzę, ale on nie jest najlepszym materiałem na przyjaciela.
-Jest... Jest całkiem w porządku- odpowiedziałem cicho, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że w zestawieniu z jego zachowaniem względem Keisy'ego, moje słowa brzmią idiotycznie.
-Pewnie masz rację- odparł po prostu chłopak, chociaż spodziewałem się, że zareaguje na zupełnie inaczej.
Milczałem. Myślałem, że zacznie ze mną o tym dyskutować albo przynajmniej powie mi, co tak naprawdę sądzi o mężczyźnie, ale on najwyraźniej nie zamierzał się spierać. Albo miał złote serce i naprawdę nie czuł do Fenicia nawet krztyny żalu, albo po prostu był tak strasznie mało asertywny. Podejrzewałem, że choćbym stwierdził teraz, że Fenicio jest wzorem wszelkich cnót i dobra, i tak był nie zaprotestował.
-Dlaczego on traktuje cię w ten sposób?- zapytałem więc otwarcie.
-Chodzi ci o to, czy dałem mu jakiś konkretny powód...?- dopytał, a ja skinąłem głową. Uśmiechnął się smutno- Nie, raczej nie... Wiesz, nie znałem go dobrze na samym początku, ale od razu wydawał mi się wyjątkowo nieprzyjemny... Zresztą, wszyscy tak o nim mówili- dodał, wzruszywszy ramionami- Bo jego tutaj nikt nie lubi. Każdy ma o nim złe zdanie. Przykro mi, Cissy- szepnął nagle, jakby to był przytyk w moją stronę- A później, kiedy Bello zwrócił na mnie uwagę...- na jego wargach wymalował się rozmarzony uśmiech- Później już tak czy inaczej spotykałem go od czasu do czasu. Od początku był dla mnie wredny, zresztą on dla wszystkich jest wredny. Chyba najzwyczajniej w świecie potrzebuje ofiary, kogoś, kogo mógłby męczyć, bo tylko z tego powodu czuje satysfakcję... Bello zawsze tak mówi. Mówi też, że jeżeli odpowiednio mu się postawię, to się uspokoi i zacznie sobie szukać nowego obiektu do drwin...- zagryzł nerwowo wargę, uśmiechając się odrobinę bezradnie- Pewnie tak właśnie będzie.
Nie, wcale nie... Keisy nie był w stanie postawić się komuś takiemu jak Fenicio. Ja też nie byłem w stanie. Gdyby mężczyzna traktował mnie w podobny sposób, pewnie zupełnie bym się załamał, ale on nie traktował mnie źle. Z jakichś przyczyn rzeczywiście wybrał sobie za cel Keisy'ego, a on naiwnie wierzył w to, że naprawdę może zwyciężyć w tym starciu. Starciu kanarka z jastrzębiem. Nie mógł.
Rozmawialiśmy ze sobą jeszcze przez chwilę. Chłopak opowiadał mi więcej o tym miejscu, opisywał mijających nas mężczyzn, jakby dobrze ich znał, chociaż żaden z nich go nie witał, ani nie zwracał na niego szczególnej uwagi. W którymś momencie podszedł do nas Bello. Nachylił się nad Keisy'm i objął go delikatnie od tyłu, ucałował w szyję i szepnął:
-Tu jesteś... Wszędzie cię szukałem.
Ciemnowłosy rozjaśnił się natychmiast na jego widok.
-Cissy i ja jesteśmy przyjaciółmi- rzucił radośnie.
-Świetnie... Cześć, Cissy- przywitał się ze mną mężczyzna, posyłając mi przyjazny uśmiech, ale ja jedynie odwróciłem wzrok i odparłem niepewne:
-Cześć.
Czułem względem niego pewien rodzaj pretensji, niechęci. Keisy był naiwny i tego nie widział, ale ja widziałem aż nazbyt dobrze, że to co ich łączy, trudno nazwać uczuciem. A może...? A może to po prostu nie pasowało do mojej definicji miłości, która była jeszcze bardziej naiwna i banalna, niż postępowanie Keisy'ego...?
Zerknąłem na nich ukradkiem. Wyglądali razem jak para, ale bardzo nietypowa para. Może gdybym spotkał ich w innych okolicznościach, uznałbym, że są w sobie zakochani. A może... A może to Fenicio miał rację? A może Bello nie zwróciłby na niego uwagi w innych okolicznościach? Może gdyby spotkali się poza tymi murami, nawet by na niego nie spojrzał...? Keisy był ładnym chłopakiem, ładnym na pewien sposób, ale daleko mu było do Bella, który z pewnością mógłby się spodobać większości kobiet i mężczyzn. Zawsze byłem przekonany, że to działa zupełnie inaczej, ale coraz bardziej zaczynałem zastanawiać się nad tym, czy to nie ja jestem tym, który się mylił.
-Porywam cię na chwilę...- dodał mężczyzna, a ciemnowłosy zachichotał, gdy ten zahaczył lekko zębami o jego skórę- Nie masz nic przeciwko?- zwrócił się do mnie, wciąż uśmiechając się lekko.
-Nie... Nie, nie- zaprotestowałem, ponownie spoglądając gdzieś na bok.
-Do zobaczenia, Cissy- pożegnał się ze mną Keisy, uśmiechając się szeroko.
… Było mi go szkoda.

Keisy był przy mnie prawie przez cały dzień. Było mi dobrze w jego towarzystwie. Był naprawdę sympatyczny, a poza tym będąc przy nim, nie miałem tyle czasu na rozmyślania i zastanawianie się nad sensem tego wszystkiego. Słuchałem jego opowieści, odzywając się rzadko i uśmiechając się niepewnie, gdy zaczynał mówić o Bellu, a robił to wyjątkowo często, za każdym razem z równym zachwytem i radością. Ten mężczyzna był dla niego bardzo ważny. Pomyślałem sobie nawet, że gdyby go teraz zostawił, może gdyby poważnie się pokłócili, Keisy naprawdę mógłby sobie zrobić coś strasznego, dużo gorszego od tych ran na rękach. I sam już nie wiedziałem, czy dobrze zrobiłem osądzając Bella, czy powinienem raczej patrzeć na niego jak na kogoś, kto niezależnie od własnych uczuć, dał wsparcie komuś takiemu jak Keisy.
Wieczorem też byliśmy razem. Keisy chwycił mnie za rękę i pociągnął w głąb sali pełnej ludzi. Czułem się mniej zdenerwowany niż wtedy, gdy byłem sam, chociaż wiedziałem, że w końcu będziemy musieli się rozdzielić.
-Niekoniecznie- wzruszył ramionami chłopak, gdy go o to zapytałem- Bernie i ja też tak czasem robiliśmy... Byliśmy razem i pytaliśmy, czy ktoś chce do nas dołączyć albo na nas popatrzeć... Niektórym to wystarcza. Trzeba tylko poszukać. Chodź, Cissy- dodał z rozbawieniem i pociągnął mnie, a ja ruszyłem za nim niemrawo- Nie martw się- dodał, zerkając na mnie przez ramię- Ja jestem bardzo delikatny. A jak będziesz wolał, to ty możesz być na górze.
Nie odpowiedziałem, mocno zdezorientowany i zawstydzony. Gdy przeszliśmy obok baru, dostrzegłem Fenicia. On również mnie zauważył. Spojrzał na mnie i na Keisy'ego, marszcząc brwi. Poszliśmy dalej, ale ja wciąż czułem na sobie jego spojrzenie. Zastanawiałem się, co sobie w tym momencie pomyślał i czy zacznie mnie traktować w taki sam sposób jak chłopaka. Keisy kręcił się ze mną po sali, rozglądając dookoła nieco płochliwie, jakby nie wiedział, od czego ma zacząć, po czym wreszcie zebrał się na odwagę i zaczepił jakiegoś, nie wyglądającego zbyt dobrze, mężczyznę.
-Chce pan na nas popatrzeć?- zapytał otwarcie, starając się chyba wyglądać na pewnego siebie, ale niespecjalnie mu to wychodziło.
Facet spojrzał na niego, a później przeniósł wzrok na mnie. Czułem, że serce zaczyna mi szybciej bić i spuściłem oczy, czując się zażenowany.
-Ile...?- mruknął mężczyzna.
-Pięćdziesiąt.
-Nie żartuj ze mnie- prychnął z politowaniem, po czym zaśmiał się głośno i odszedł.
Keisy stał jeszcze przez chwilę w miejscu, po czym uśmiechnął się do mnie, jakby pocieszająco i szepnął:
-Nie martw się. Zaraz kogoś znajdziemy.
Nie o to się martwiłem...

Chłopak ścisnął mocniej moją dłoń, ruszając w przeciwnym kierunku sali i zatrzymując się przy kimś innym.
-Chce pan na nas popatrzeć?- zapytał prowokująco, dokładnie tak samo jak wcześniej.
Mężczyzna po pięćdziesiątce z wyraźną nadwagą spojrzał na nas badawczo, po czym najwyraźniej zamyślił się chwilę, a następnie odparł:
-Muszę wiedzieć na co.
-No... Na nas...- powtórzył raz jeszcze Keisy, wyraźnie nie czując się zbyt pewnie.
-Dajcie mi chociaż jakąś próbkę.
Ciemnowłosy nachylił się natychmiast w moim kierunku, nim zdążyłem zareagować i zaczął całować mnie mocno i przy tym bardzo chaotycznie. Wyraźnie widać było, że zależy mu na zrobieniu wrażenia na tym człowieku.
-Tylko tyle...?- mruknął mężczyzna z udawanym rozczarowaniem.
-Więcej zobaczy pan na górze- odparł Keisy, ale ten zarechotał jedynie i machnął lekceważąco dłonią:
-Nie zapłacę za coś, czego nie widzę, a poza tym w domu mam ciekawsze pornosy...
-Keisy, to chyba nie jest najlepszy pomysł- zauważyłem niepewnie, gdy odeszliśmy, ale on chyba tego nie usłyszał.
Zaczepiał kolejnych klientów, z czego jedni natychmiast odmawiali, a inni ignorowali go i mijali nas obojętnie, nie spoglądając na nas nawet, wyraźnie zajęci czymś innym. W końcu ciemnowłosy wypatrzył jakiegoś eleganckiego mężczyznę, siedzącego samotnie na kanapie i palącego papierosa. Podszedł do niego pewnym krokiem i uśmiechnął się lekko.
-Chce pan na nas popatrzeć?- zapytał dokładnie tak, jak poprzednio.
Mężczyzna założył leniwie nogę na nogę i zmierzył nas uważnym spojrzeniem, nie odzywając się przez dłuższą chwilę i zaciągając się niespiesznie.
-Może...- odparł w końcu, nie odrywając ode mnie wzroku- To zależy, co dokładnie zobaczę...
-Co tylko pan chce- odparł Keisy, uśmiechając się szerzej- Może pan nawet do nas dołączyć, jeżeli pan zechce, ale będzie pan musiał zapłacić drożej- dodał natychmiast, a ja poczułem się podle.
-Masz- mężczyzna wychylił się i wyciągnął w kierunku ciemnowłosego dłoń z papierosem, którego ten jednak nie przyjął.
-C-Co?- baknął jedynie, wyraźnie nie wiedząc o co chodzi.
-Przypalisz go troszeczkę, a później włożysz mu go tam, gdzie trzeba...- rzucił, wskazując na mnie głową i uśmiechając się okropnie- Za takie widowisko chętnie zapłacę.
-Pan jest nienormalny!- warknął wściekle Keisy, a mężczyzna zaśmiał się jedynie, kręcąc głową.
Odeszliśmy. Znowu znaleźliśmy się w pobliżu baru, ale tym razem Fenicio już nie zwrócił na mnie uwagi. Siedział i rozmawiał z jakimś mężczyzną, zapewne klientem, bardzo dziwnie ubranym. Miał, na oko, jakieś czterdzieści lat, może trochę więcej, zbyt szeroką koszulę, postrzępione dżinsy i bardzo brudne buty. Twarz miał dosyć przyjemną,z dłuższym zarostem, chociaż trudno było nazwać go przystojnym. Ogólnie, sprawiał wrażenie niechlujnego.
-Sam!- wykrzyknął nagle Keisy, a ja spojrzałem na niego bez zrozumienia. Patrzył w kierunku tego samego mężczyzny, co ja przed chwilą, a na jego twarzy pojawił się serdeczny uśmiech. Zatrzymaliśmy się przy tym człowieku. Oprócz Fenicia, siedziało tam jeszcze dwóch chłopaków, słuchając go z wyraźnym zainteresowaniem.
-Kto to taki...?- zapytałem bez zrozumienia.
-Bardzo fajny facet- wyjaśnił wesoło Keisy- Bardzo miły... Nigdy z nim nie byłem, ale... No wiesz...- uśmiechnął się- Jest bardzo sympatyczny. Dużo podróżuje i czasem nam o tym opowiada...
Fenicio zauważył mnie i przywołał do siebie gestem dłoni. Podszedłem do niego niepewnie, sądząc, że chce mi coś powiedzieć, ale ten tylko posadził mnie sobie na kolanach, dalej przyglądając się swojemu towarzyszowi rozmowy.
-Wróciłem niedawno z Ameryki i tak sobie pomyślałem, że może pora wreszcie do was zajrzeć...- kontynuował tamten. Jego słowa zabrzmiały tak, jakby był dobrym wujkiem, który odwiedza swoją rodzinę, a nie klientem burdelu. Dostrzegłem, że na wargach Fenicia pojawił się powątpiewający, drwiący uśmieszek. Wpatrywałem się w niego z zaskoczeniem. Wydawało mi się, że rozmawiał z tym człowiekiem całkiem przyjaźnie.
-Więc... Sam... Mówisz, że byłeś w Ameryce, tak...?- zagadnął go leniwie szatyn, wciąż nie przestając się uśmiechać w ironiczny sposób.
-O tak, tak... Mam wam bardzo dużo do opowiedzenia...
-To Cissy- przerwał mu szatyn, obejmując mnie lekko w pasie- Nasza... świeżynka...- dodał znacząco, chichocąc z rozbawieniem i głaszcząc mnie wolną dłonią po szyi- Opowiadałem ci o nim- stwierdził, a ja spojrzałem na niego, wytrącony z równowagi i niepewny- Myślałem, że będziesz chciał go lepiej poznać...
-Byłoby miło...- mężczyzna uśmiechnął się tak, jakby był jego słowami skrępowany.
-Idź- szepnął mi do ucha Fenicio, a ja podniosłem się z jego kolan- Dużo gada, mało robi, idealny dla ciebie- zaśmiał się cicho, po czym rzucił do zgromadzonych wokół Sama chłopaków- Nie macie tu czego szukać, nie...?- a następnie wyminął ich z wyższością i odszedł kawałek dalej, obserwując mnie jednak z pewnej odległości. Tamci mężczyźni również odeszli, niezadowoleni. Keisy gdzieś zniknął.
-Sam- przedstawił się, wyciągając do mnie dłoń.
-Cissy...- odpowiedziałem, czując się wyjątkowo nieswojo i nie wiedząc, jak miałbym się zachować. Bałem się, że Fenicio spłatał mi jakiegoś złośliwego psikusa i ten człowiek wcale nie będzie taki, jak powiedział, ale w porównaniu z tym, co widziałem do tej pory, rzeczywiście sprawiał wrażenie nastawionego niemalże przyjaźnie. I wyraźnie zakłopotanego. Uścisnąłem jego rękę.
-Słyszałem o tobie trochę od Fenicia... Nie radzisz sobie zbyt dobrze, co?- zagadnął mnie, nie tak jakby był klientem, ale jednym z tych, którzy tu przebywają- Często tu bywam, wiem jak to jest... Niełatwo, co?- w jego tonie pobrzmiewało coś na kształt współczucia, ale ja nagle poczułem nie tyle sympatię, nawet nie strach, co zwykłą irytację. Ten człowiek bywał tutaj. Wiedział, co się dzieje. Może nawet rzeczywiście rozumiał... Dlaczego nic nikomu nie powiedział...? Nie chciał? Ważniejsze dla niego było istnienie takiego miejsca niż to...? Czy naprawdę nikt nie mógł mi pomóc? A może...? Nadzieja zrodziła się we mnie nagle, chociaż zdawała się zupełnie nie mieć uzasadnienia. Może on jednak mógłby coś zrobić...- Ładny jesteś... Młody... Pewnie krępuję cię, że taki starzec jak ja mówi ci takie rzeczy? Przyzwyczaisz się...
Milczałem, uśmiechając się nerwowo.
Chwycił za moją dłoń i wsunął w nią pomięty banknot. Poruszyłem się niespokojnie.
-Mogę cię pocałować?- zapytał otwarcie.
Spojrzałem na niego oszołomiony. Raczej nie takiego pytania się spodziewałem. Przypomniałem sobie tych mężczyzn, z którymi byłem blisko. Chyba z żadnym się jeszcze nie całowałem i żaden tego nie wymagał. W porównaniu z tym, co robiłem zazwyczaj, ta propozycja wydawała mi się zupełnie niewinna, łatwa. Skinąłem głową. Uśmiechnął się z zadowoleniem, a następnie nachylił się w moim kierunku, całując mnie dosyć delikatnie i nieumiejętnie. Oddałem pocałunek, chociaż nie był zbyt przyjemny. Czułem posmak papierosów, zresztą od razu było je od niego czuć. Wystarczyła mi jednak ledwie chwila, by się do tego przyzwyczaić. Przymknąłem powieki.
Nagle, mężczyzna oderwał się ode mnie gwałtownie. Zamrugałem, zaskoczony i dopiero po kilku sekundach zdałem sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Stał obok mnie Red, który odciągał Sama za kołnierz. Nie wiedziałem, co się dzieje.
-Zabieraj go- rzucił ostrym tonem rudowłosy, do faceta stojącego za barem, a ten spojrzał na niego niemniej zaskoczony niż ja- Dobierał się do chłopaka bez jego zgody, był namolny i jest zalany w trupa, nie potrzebujemy tutaj takiego...
Barman otworzył tylko usta, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale ostatecznie podszedł do mężczyzny i chwycił go mocno, wyprowadzając.
-Nieprawda!- zaprotestował Sam, ale nikt już go nie słuchał- Chłopak się zgodził! Nic mu nie zrobiłem! Zgodził się!
-Co ty wyrabiasz, do kurwy nędzy?!- Fenicio pojawił się błyskawicznie przy rudowłosym, wściekły i rozjuszony- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?!
Wstałem i ruszyłem szybkim krokiem za rudowłosym, który wyminął szatyna i wyszedł na korytarz. Zatrzymałem się, wpatrując się w niego bez zrozumienia. Nadal nie potrafiłem pojąć, po co on to zrobił. Coraz mocniej ściskałem w dłoniach banknot, który teraz wywoływał u mnie z niezrozumiałych przyczyn poczucie winy.
-Nie możesz całować nikogo innego. Jesteś mój- stwierdził cicho Red. Nie sprawiał wrażenia zdenerwowanego ani wytrąconego z równowagi, w przeciwieństwie do mnie. Jego słowa niczego nie wyjaśniły, a wprost przeciwnie, wywołały u mnie jeszcze większą dezorientację.
-Bardziej boli cię to, że się z kimś całuję, niż to, że ktoś się do mnie dobiera?- rzuciłem bez zrozumienia.
-Są drogi do przyjemności i drogi do uczuć- odpowiedział spokojnie- To jest droga do uczuć. A twoje uczucia mają pozostać przy mnie. Idź już.
Tej nocy nie przyszedł.

13 komentarzy:

  1. Anonimowy4:54 PM

    Ależ to wszystko zawiłe i pokręcone! I wciąż bardzo tajemnicze. Mnóstwo w tym psychologii, co mi bardzo dopowiada. Odcinek bardzo wciągający, dużo się działo, więc z przyjemnością oderwałam się od innych zajęć.
    Wciąż niewiele o tym opowiadaniu mogę powiedzieć, wiadomo- wszystko się rozkręca :)

    Cannum

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy6:05 PM

    Jakkolwiek się nie wypowiem, dobrze nie będzie, przeto jest to moje ulubione opowiadanie. To i parę innych; nie potrafię wybrać jednego.
    Jednym słowem: niesamowite. Ciągle chcę więcej i więcej. Cieszę się, że potrafisz umiejętnie mydlić me oczy poprzez dodawanie na równi ciekawych historii.
    Co prawda dopatrzyłam się paru literówek, lecz od razu o nich zapomniałam na rzecz ciągu dalszego.

    N.

    OdpowiedzUsuń
  3. Red, jest zazdrosny. Według niego, całowanie się jest czym przeznaczonym dla tej jedynej osoby. To coś, co prowadzi do głębokich uczuć, coś przez co te uczucia są okazywane. :D Jego reakcja bardzo mnie zaskoczyła. Mile wręcz. Cissy, jest jego. Może się oddawać, bo musi, ale coś, jak całowanie się należy tylko do Reda. :D
    Żal mi Keisy. Chłopak jeszcze trzyma się na nogach dzięki Bello i teraz Cissy. :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Właściwie zapomniałam już o tym opowiadaniu, a teraz pojawiło się znowu i się w nim doszczętnie zauroczyłam. Cissy i Red...ah... są po prostu wspaniali. Dziękuję za rozdział i czekam na nexta!!! Pozdrawiam ;D

    OdpowiedzUsuń
  5. Anonimowy10:47 PM

    Dziękuję, że dodałaś wreszcie kolejną cząstkę mojego ulubionego tu opowiadania. Wyjątkowo polubiłam Reda - dla mnie jest postacią niezwykle piękną, czarującą i dostojną, zupełnie odległą od nich wszystkich, z wyjątkiem naszego głównego bohatera. Rozdział przybliżył mi w jakiś sposób jego uczucia względem niego (choć może tak tylko mi się wydaje?). Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy.

    Pozdrawiam i życzę weny.
    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam Twoje opowiadania choć zawsze po nich jestem jakaś taka smutna.. Ale czy miłość w takich a nie innych sytuacjach nie jest czymś pięknym?
    Życzę weny!

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy5:45 AM

    Hmmmm ciekawe kto zrobił mu takie świństwo.... -.-
    Kiedy można liczyć na następny rozdział?
    Znalazłam sobie narkotyk , i już się uzależniłam <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie w tym miesiącu, ale mam nadzieję, że uda mi się w przyszłym.

      Usuń
  8. Ilikejam9:45 PM

    Świetne. Po prostu świetne. Nie spodziewałam się takiego obrotu akcji. Nie przypuszczałam, że Red stanie się zazdrosny! Twoje opowiadania są świetne. I takie zaskakujące. W tym dobrym sensie, oczywiście.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział tego opowiadania! (Albo "Wyzwania", które jest równie epickie)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ilikejam9:46 PM

      Wybacz, że trzy razy powtórzyłam ten sam przymiotnik... Po prostu jestem ślepa i dopiero po dodaniu komentarza zauważyłam to >.<"

      Usuń
    2. Nie martw się, piszesz do mistrzyni powtarzania słów :D. Dzięki i pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  9. Dziękuję. Chciałam napisać jak przeczytam wszystkie opowiadania, ale ten fragment przypomniał mi nie tylko przykrą przeszłość, ale też pozwolił coś zrozumieć. Dziękuję.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń